Pacyfik. Zwycięska fala. Walki na wyspach Oceanu Spokojnego 1942-1944 - Ian W. Toll

Kup ebooka

94.99 zł
75.99 zł (94,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

UWAGI I PODZIĘKOWANIA

Dekadę temu, gdy rozpoczynałem długą pracę obejmującą zbieranie materiałów na potrzeby wielotomowej historii wojny na Pacyfiku, musiałem przezwyciężyć dręczące mnie wątpliwości. Wystarczy spędzić kilka minut w każdej większej księgarni czy bibliotece, by przypomnieć sobie, jak ogromna jest literatura historyczna dotycząca II wojny światowej. Nawet jeśli weźmiemy pod uwagę jedynie najnowszy cykl wydawniczy, powiedzmy tytuły opublikowane po 1990 roku, to na półkach i tak jest wystarczająco dużo książek, aby zająć najbardziej zapalonego miłośnika historii na całe życie. Czy możliwe jest, zadawałem sobie pytanie, dodać jeszcze coś użytecznego do morza atramentu poświęconego II wojnie światowej?

Gdy zacząłem brodzić po szyję w tym metaforycznym morzu, moje obawy szybko zniknęły. Zastąpiło je rosnące przeświadczenie, że moja sprawa jest sprawiedliwa. Literatura dotycząca II wojny światowej, choć bez wątpienia olbrzymia, cechuje się uderzającymi dysproporcjami. Niektóre aspekty wielkiego konfliktu opisano niemal wyczerpująco, inne z kolei są zaskakująco zaniedbane. Badania nad alianckim naczelnym dowództwem tak naprawdę nigdy nie doprowadziły do powstania przekonującej, kompleksowej relacji z jego rozważań i decyzji wpływających na teatr działań wojennych na Pacyfiku. Sprzymierzeni uczynili regułę "najpierw Europa" podstawą swej globalnej strategii - zgodzili się uznać nazistowskie Niemcy za głównego wroga, którego należało pokonać w pierwszej kolejności. Amerykanie nigdy nie mogli sobie jednak pozwolić na drugorzędne traktowanie Pacyfiku. Kluczowa rola odegrana przez admirała Ernesta J. Kinga, stosunkowo słabo znanego człowieka, który w czasie wojny stał na czele US Navy i doprowadził do przeprowadzenia wczesnej ofensywy na Oceanie Spokojnym wbrew obiekcjom praktycznie wszystkich liczących się osób, jest z różnych powodów niedostrzegana lub niedowartościowywana. Panuje tendencja (ktoś mógłby stwierdzić, że charakterystyczna dla całej historii wojskowości) do traktowania kampanii lądowych jako "głównego wątku", przy jednoczesnym degradowaniu operacji morskich do statusu podgatunku, którym powinni zajmować się specjaliści. W przypadku wojny na Pacyfiku skłonność ta dokonała poważnych szkód. Aby to zrozumieć, wystarczy spojrzeć na mapę Oceanu Spokojnego: wojna przeciwko Japonii była prowadzona w przeważającym stopniu na morzu i w powietrzu, a kwestia zniszczenia nieprzyjacielskiej floty stanowiła podstawowy problem strategiczny. Podbijanie wysp nigdy nie było celem samym w sobie. W sytuacji gdy wyspa zajęta przez przeciwnika nie posiadała żadnej wartości, po prosto ją omijano, a jej obrońców zostawiano w spokoju, żeby "stopniowo wymarli". Wyspecjalizowane siły inwazyjne schodziły na brzeg tylko wtedy, gdy potrzebowano nowej bazy morskiej lub lotniczej. Pasy startowe budowano, wycinając dżunglę, a porty tworzono, wysadzając skały koralowe. Dzięki temu flota i lotnictwo posuwały się na zachód, zyskując możliwość zgromadzenia sił przed kolejnym uderzeniem. Kampanii morskiej należy się centralne miejsce w każdej historii wojny na Pacyfiku, o czym nie zapominałem w swojej pracy.

Zwycięska fala to drugi z planowanych trzech tomów historii wojny na Pacyfiku. Kontynuuje on opowieść z Próby ognia, przedstawiającej pierwsze sześć miesięcy konfliktu, od zaskakującego uderzenia Japończyków na Pearl Harbor do niszczycielskiego ciosu zadanego przez Amerykanów w bitwie o Midway. Tematem niniejszego tomu jest środkowa część wojny, czyli okres od połowy 1942 do połowy 1944 roku. To wówczas dwie równoległe ofensywy Aliantów na północ i południe od równika zalały rozległe wyspiarskie imperium Tokio niczym "zwycięska fala". Ich zwieńczenie stanowiła nieodwracalna strategiczna klęska Japonii na Marianach. Tak jak w poprzedniej książce, moim celem było włączenie w jedną opowieść wielu różnych i ostro kontrastujących ze sobą punktów widzenia: z alianckiej i japońskiej strony konfliktu, z dalekich tyłów i z frontu, z najwyższych szczebli przywództwa politycznego i wojskowego oraz z pokładów, okopów i kokpitów. Postawiłem sobie za cel przedstawienie całej historii wojny na Pacyfiku. Jest to niewątpliwie onieśmielające zadanie, nawet w trzech tomach liczących łącznie ponad 1500 stron. Jestem w stanie stwierdzić, że trylogia ta będzie pierwszą historią całego konfliktu na Oceanie Spokojnym od przynajmniej 25 lat, a także pierwszą wielotomową kroniką działań na morzu od czasu 15-tomowego dzieła Samuela Eliota Morisona z końca lat 40. i z lat 50. Od tamtej pory interesujący nas obszar badań uległ znacznemu wzbogaceniu. Otworzono nowe archiwa, nagrano lub opublikowano nowe wspomnienia, przetłumaczono nowe i stare japońskie źródła. Utalentowani pisarze i badacze po obu stronach Pacyfiku naświetlili różne aspekty wojny. Pośród kierowców na tej autostradzie przeważa jednak mentalność "trzymania się swojego pasa". Coraz bogatsza i zróżnicowana literatura zaczęła stawać się niespójna i wyrywkowa. Wyraźny jest brak odpowiednio scalonych opowieści o całej wojnie na Pacyfiku.

W przypadku każdej wielkiej historycznej relacji oczywistym wyzwaniem jest oddanie sprawiedliwości szerokości, głębokości i złożoności tematu. Podejściem najrozsądniejszym (tak aby powstała książka najprostsza do zgłębiania i najłatwiejsza w pisaniu) jest przyjęcie odgórnej, podręcznikowej perspektywy i przedstawianie wszystkich ważnych wydarzeń w kolejności chronologicznej. Praca taka nie dodałaby jednak zbyt wiele do tego, co już posiadamy. Byłaby też pozbawiona kluczowego dla historii poczucia bezpośredniości, bliskości i napięcia. Alternatywą jest podejście epizodyczne: następujące po sobie "głębokie zanurzenia" w poszczególne wydarzenia lub motywy, wybrane w celu ukazania konkretnych aspektów szerszego tematu. Metoda taka w ogromnym stopniu opiera się na osobistych wspomnieniach, relacjach naocznych świadków, wymownych szczegółach oraz wnikliwych spostrzeżeniach obserwatorów i uczestników. Wykorzystuje techniki opowiadania historii znane z powieści, a nawet (czy mogę to powiedzieć?) filmów. Wymaga podjęcia skalkulowanej decyzji, aby zwracać dużą uwagę na jedne kwestie, a innymi zająć się pobieżnie lub całkowicie je pominąć. W związku z tym może stać się celem oskarżeń o przeoczenia bądź zaniedbania. Podejście epizodyczne, o czym mogą poświadczyć czytelnicy moich poprzednich książek, cechuje się także niepoprawną tendencją do wyjeżdżania poza tradycyjne pasy historii wojskowości, a nawet do kluczenia po całej szerokości szosy. Przyznaję się do winy. Spodziewam się też, że jutro znajdę się z powrotem w sądzie, żeby odpowiadać na znane mi już zarzuty identycznym co poprzednio tłumaczeniem.

Relacje z pierwszej ręki, jakie znalazły się w tej opowieści, pochodzą w mniej więcej równych częściach ze źródeł archiwalnych i opublikowanych. Opierałem się w dużym stopniu na przekazach ustnych, nagranych i zapisanych w ostatnich dekadach przez US Naval Institute oraz Uniwersytet Columbia. Analizując decyzje strategiczne i taktyczne, sięgałem po bezpośrednie świadectwa dowódców w raportach z działań, listach, dziennikach i sprawozdaniach. Szczegółowe załączniki na końcu większych raportów zapewniają niekiedy znacznie bardziej wnikliwą analizę (sposobu i przyczyn wygrania lub przegrania bitwy) od tej, jaką można znaleźć w literaturze historycznej. Tak jak w Próbie ognia, często korzystałem z opublikowanych zbiorów relacji ustnych, dzienników i listów. Szczególny nacisk położyłem na nieznane i trudniej dostępne relacje. Wiele z nich wydano w latach 40. lub 50., gdy ich autorzy byli w sile wieku, a ich wspomnienia wciąż były świeże. Pamiętnikarze stanowią grupę, do której przynależą z własnej woli. Zazwyczaj charakteryzują się wrodzonym talentem pisarskim, bystrymi opiniami, nieustraszoną szczerością i kpiącym poczuciem humoru. Mówią nam nie tylko o tym, jak toczono wojnę, ale też jak ją przeżywano. Ich autobiograficznym opowieściom należy się specjalne miejsce pośród świadectw historii, wiele zostało jednak zapomnianych lub nie cieszy się poważaniem.

Każda praca historyczna o tak olbrzymim zakresie musi stanowić, przynajmniej w pewnym sensie, syntezę najlepszych i najnowszych rezultatów badań naukowych w swej dziedzinie. W przypisach i bibliografii przedstawiłem najistotniejsze w mojej opinii publikacje. W miejscach, w których występują kontrowersje, starałem się jak najsprawiedliwiej zaprezentować sprzeczne punkty widzenia przed dodaniem własnych konkluzji.

***

PRAGNĘ PODZIĘKOWAĆ PERSONELOWI Biblioteki Prezydenckiej FDR, National Archives, Naval History and Heritage Command oraz Naval War College. Ronald Russell, były redaktor i webmaster Battle of Midway Roundtable (online na stronie www.midway42.org), ogromnie mi się przysłużył, przeglądając rękopis oraz szczegółowo komentując zarówno kwestie historyczne, jak i językowe. Z tego samego powodu pragnę gorąco podziękować mojemu przyjacielowi Floydowi Beaverowi, świetnemu redaktorowi i pisarzowi oraz naocznemu świadkowi kilku wydarzeń opisanych w niniejszej książce. Jim Hornfischer przeczytał maszynopis i przekazał mi cenne opinie. Jego następna praca, traktująca o Marianach, będzie lekturą obowiązkową dla wszystkich zainteresowanych wojną na Pacyfiku. Moi przyjaciele Damian Smith, Lucy Walker, Andrew Maloney, Feyi Akindoyeni i Kate Deverall gościli mnie, gdy prowadziłem badania w Australii. Robyn Middleton wspaniałomyślnie odnajdywała dla mnie źródła w Australian War Memorial. Smith i Maloney zrobili więcej, niż od nich oczekiwałem, towarzysząc mi w wyprawie na Guadalcanal i Tulagi. W Japonii wsparcie i pomoc zapewniły mi następujące osoby, za co jestem im niezmiernie wdzięczny: Kiyohiko Arafune, Yukio Satoh, Susumu Shimoyama, Yukoh Watanabe, Naoyuki Agawa i wiceadmirał Yoji Koda (Japońskie Morskie Siły Samoobrony, w stanie spoczynku). Za pomoc z fotografiami i przy bibliografii dziękuję Christopherowi Keilmanowi. Raz jeszcze chcę też wyrazić wdzięczność wobec utalentowanej i oddanej Loren Doppenberg, która zajmowała się tworzeniem map.

Mogę z dumą oświadczyć, że Eric Simonoff, najpracowitszy człowiek w branży wydawniczej, jest wciąż moim agentem.

Mam dług wdzięczności wobec całego zespołu w W.W. Norton. Ryan Harrington i Mary Babcock odegrali kluczowe role w powstawaniu tej książki. Mój redaktor, Starling Lawrence, życzliwie pogodził się z moim haniebnym rekordem niedotrzymanych terminów. Jest dla mnie nieustannie cennym rzecznikiem, doradcą i przyjacielem.

PROLOG

Szukając niepewnie lądu pośród niezmierzonego błękitu południowego Pacyfiku, nawigatorzy wypatrywali unoszących się na wodzie liści lub orzechów kokosowych. Kierowali się w ślad za krążącymi im nad głowami ptakami. Zwracali uwagę na odległe chmury burzowe, które mogły unosić się nad wyspami schowanymi za horyzontem. Starali się nawet wywąchać coś z wiatru, ponieważ bardzo często, zwłaszcza w nocy lub we mgle, ziemię dało się wcześniej poczuć niż zobaczyć. Żadnego obszaru nie dotyczyło to w większym stopniu niż Wysp Salomona, cuchnącego, porośniętego dżunglą archipelagu, rozciągającego się ukośnie wzdłuż 800-kilometrowej osi kilka stopni na południe od równika, od Morza Koralowego do Wyspy Bougainville'a. Większe z jego wysp wydzielały zapach wilgotnej ziemi i gnijącej roślinności, docierający na odległość 15-30 kilometrów od brzegu.

Marynarze na statku zbliżającym się do źródeł tej osobliwej woni widzieli wyłaniające się stopniowo z mgły zbocza gór, nawet jeśli szczyty pozostawały ukryte pośród nieprzeniknionej warstwy chmur. Równiny i doliny, tworzące szachownicę o ciemniejszych i jaśniejszych odcieniach zieleni, rozpościerały się poniżej wzniesień. Wzdłuż brzegu dały się zauważyć zagajniki palmowe i namorzynowe bagna. W końcu oczom ludzi ukazywała się plaża, biała pozioma granica między bujną roślinnością wyspy i ciepłym, modrym morzem.

Archipelag zdominowany jest przez tuzin dużych wysp, tworzących podwójny łańcuch. Pomiędzy tymi górskimi masami lądowymi rozsiane są setki niewielkich i w większości niezamieszkałych wysepek oraz atoli. Niektóre z nich wyrastają zaledwie 3 metry powyżej poziomu morza. Historia naturalna regionu, rozciągającego się w poprzek południowego łuku Pacyficznego Pierścienia Ognia, jest niezwykle burzliwa. Strefy subdukcji, w których jedna płyta tektoniczna wpycha się pod drugą, a morze ma głębokość 6 kilometrów lub większą, biegną równolegle wzdłuż północnych i południowych obrzeży archipelagu. Same wyspy, wypchnięte z dna oceanu przez te same siły tektoniczne i wulkaniczne, sięgają na wysokość 1500-2000 metrów. Góra Popomanaseu na Guadalcanal wznosi się na 2335 metrów nad poziom morza w odległości zaledwie 11 kilometrów w linii prostej od południowego brzegu wyspy. Kolejne 15 kilometrów dalej znajduje się krawędź Południowego Rowu Salomona, mającego głębokość 5300 metrów. Tylko na obszarze Pierścienia Ognia tak duże różnice w głębokości oceanu i wysokości szczytów występują na tak niewielkim dystansie.

W przededniu II wojny światowej Wyspy Salomona stanowiły dom dla około 100 000 ciemnoskórych Melanezyjczyków, potomków starożytnych nomadów, którzy przybyli z Azji przez plejstoceńskie pomosty lądowe lub pokonali morze w ręcznie wydrążonych z drewna canoe. Żyli w bardzo podobny sposób jak przez poprzednie stulecia i tysiąclecia, w małych wioskach i odizolowanych grupach plemiennych bądź rodzinnych. Ubrań nosili niewiele lub wcale. Swą neolityczną egzystencję wiedli, polując, łowiąc ryby, trudniąc się zbieractwem, hodując świnie oraz uprawiając nieduże poletka kolokazji i batatów. Mówili mniej więcej setką różnych języków i dialektów. W wielu przypadkach tak bardzo różniły się one od siebie, że uniemożliwiały porozumienie się sąsiadującym ze sobą plemionom. Lingua franca stanowiła prowizoryczna pochodna angielskiego znana jako "pidżyn", licząca około 600 słów. Miejscowa ludność nie współdzieliła żadnego poczucia narodowości. Cześć oddawano jedynie plemiennym krewnym, przodkom i miejscom świętym.

W przekazach ustnych zachowały się opowieści o brutalnych wojnach. W przeciągu kilku pokoleń historia stawała się legendą, a po kilku następnych mitem. Młodzi mężczyźni po osiągnięciu konkretnego wieku chwytali za broń, aby rozstrzygnąć legendarne i mityczne porachunki rodowe. Atakowali z zaskoczenia wrogie plemiona i ich osady, zabijając, ścinając i zjadając nieprzyjaciół. W XIX wieku, kiedy zaczęło dochodzić do pierwszych regularnych kontaktów rdzennej ludności z europejskimi żeglarzami, polowania na ludzi i kanibalizm stanowiły powszechne zjawisko. Niemający skrupułów biali trudnili się nielegalnym handlem niewolnikami, znanym jako blackbirding. Okolicznych mieszkańców skłaniano podstępem lub zmuszano do wejścia na statki, po czym zabierano ich do Australii i kierowano do pracy na plantacjach trzciny cukrowej. Współplemieńcy ofiar nierzadko mścili się na każdym, kto wyglądał podobnie do winowajców. W związku z tym biały człowiek, schodząc na brzeg, ryzykował, że zostanie ścięty, upieczony i zjedzony. Potem jego pokiereszowana głowa mogła zostać zmniejszona i zachowana przez zabójcę jako pamiątka. Zanim w 1893 roku Brytyjczycy przejęli kontrolę nad Wyspami Salomona (zobowiązując się położyć kres łapaniu niewolników, polowaniom na ludzi i kanibalizmowi), archipelag zyskał reputację jednego z najbardziej niebezpiecznych miejsc na ziemi.

Jeśli odłożymy na chwilę kwestie samostanowienia, wyzysku ekonomicznego i politycznej legitymizacji, historia pokazuje, że pół wieku kolonialnej władzy poskutkowało zaprowadzeniem Pax Britannica na Wyspach Salomona. Londyn zarządzał archipelagiem jak "protektoratem", a nie kolonią, sprawując relatywnie wąską kontrolę nad sprawami rdzennych mieszkańców. Wyspiarze żyli w dużej mierze tak jak wcześniej, pod przewodnictwem stojących na czele wiosek wodzów plemiennych ("naczelnych" lub "wielkich ludzi"), postępując zgodnie z odziedziczonymi zwyczajami i prawami. Zamiast jednak sięgać po broń, wodzowie odwoływali się do kolonialnych urzędników. Ci odgrywali rolę mediatorów w sporach, a ich decyzje były zazwyczaj respektowane. Plemię, któremu kończyła się żywność, mogło wnieść petycję o pomoc: wówczas karmiono je lub przesiedlano w miejsce, gdzie była nadająca się do uprawy ziemia lub łowiska. Niemożliwe jest ustalenie, jaka część rdzennych mieszkańców szczerze popierała brytyjską władzę, ale w latach 30. XX wieku bardzo niewielu nienawidziło jej do tego stopnia, żeby otwarcie się jej przeciwstawić. Nawet w pierwszych latach istnienia protektoratu zorganizowane bunty miały charakter lokalny i szybko dobiegały końca. W 1941 roku nie trwała żadna rewolta, a na większości wysp nie potrzebowano stałych sił do utrzymywania porządku. Mieszkańcy archipelagu czuli się po prostu onieśmieleni przez białych, ich broń, okręty, technologię, a chyba przede wszystkim samoloty. Tak nieodgadniona potęga stanowiła dla nich rzecz niemożliwą do pojęcia. Myśl o oporze ocierała się o absurd, lepiej było zaprzyjaźnić się i jak najlepiej to wykorzystywać. Wielu wyspiarzy wykazywało się gorliwą lojalnością wobec Brytyjczyków i w zbliżającej się wojnie na Pacyfiku zdarzało im się dać temu dowody.

Siedziba władz kolonialnych mieściła się na sennej wysepce Tulagi w grupie wysp Nggela (lub Florida), położonej 30 kilometrów na północ od znacznie większej Guadalcanal. Na rozciągającej się na 5 kilometrów, mającej kształt klepsydry Tulagi Brytyjczycy zgromadzili wszystkie potrzebne symbole kolonializmu: klub oficerski, koszary, hotel, okazałą oficjalną rezydencję, niewielkie pole golfowe, boisko do krykieta, radiostację oraz nabrzeże z podstawowym wyposażeniem portowym. Większe wyspy położone w okolicy podzielono na okręgi, z których każdy administrowany był przez pojedynczego urzędnika (district officer). Służbę tę pełnili zazwyczaj młodzi, nieżonaci mężczyźni, rozpoczynający karierę w Brytyjskiej Służbie Kolonialnej. Musieli oni znosić prymitywne warunki bytowe, duszący upał i nawroty malarii. Mieszkali samotnie w skromnych domach na wybrzeżu, blisko najlepszego dostępnego naturalnego portu. Ich kwatery zwykle pełniły także funkcję siedziby miejscowych władz. Zakres obowiązków był bardzo szeroki, urzędnik okręgowy nie posiadał jednak żadnego personelu, nie licząc tubylców, których musiał samodzielnie zwerbować, wyszkolić i zatrudnić. Odgrywał rolę gubernatora, sędziego, szefa policji, koronera, poborcy podatkowego, inżyniera, kancelisty, kapitana portu, płatnika i naczelnika poczty. Wszystkie fundusze publiczne przechodziły przez jego ręce. Oczekiwano, że w swych oficjalnych księgach rozliczy się z każdego pensa. Wędrował od wioski do wioski błotnistymi, wiodącymi przez dżunglę ścieżkami lub żeglował małym drewnianym szkunerem wzdłuż wybrzeża, gdzie występowały największe skupiska ludności.

Urzędnik okręgowy, jak każdy typowy biały wyspiarz, był całkowicie przeświadczony o swej wrodzonej władzy nad tubylcami, którzy przecież "dopiero co zeszli z drzew" (to odrażające powiedzenie, często słyszane w odległych placówkach Imperium Brytyjskiego, przedstawia w pigułce kolonialny sposób myślenia). Brytyjczycy jednak mieli już za sobą niemałą praktykę w sztuce kolonialnego ucisku i cechowali się na tyle dużą przebiegłością, aby rządzić poprzez istniejącą już strukturę społeczną. Doświadczony urzędnik okręgowy robił przedstawienie, z szacunkiem konsultując się z wioskowymi wodzami, a także zawsze ustępował wobec lokalnych praw i zwyczajów, o ile nie kolidowały z brytyjskim zwierzchnictwem.

Była to minimalistyczna, lecz w pełni wystarczająca administracja. Wyspy Salomona nigdy nie miały większego znaczenia w grze imperiów, będąc miejscem odległym i trudno dostępnym nawet jak na standardy Pacyfiku. Oferowały niedużo w zakresie handlu czy bogactw naturalnych. Odwiedzało je niewielu Europejczyków, a jeszcze mniej decydowało się tam zamieszkać. W 1941 roku na całym archipelagu żyło około 500-600 białych, pracujących jako zarządcy plantacji, spedytorzy, kupcy, poszukiwacze minerałów, sklepikarze, lekarze, kolonialni urzędnicy i misjonarze. Większość wyczekiwała dnia, w którym awans zawodowy lub powodzenie finansowe pozwoli im na wyjazd. Wyspy Salomona stanowiły placówkę pełną niewygód. Klimat jest duszny i monsunowy. Oblewane deszczem dżungle i bagna namorzynowe są siedliskiem egzotycznych chorób gorączkowych i skórnych: malarii, dengi, trzeciaczki, dyzenterii, filariozy, trądu, słoniowacizny, potówki czy stopy okopowej. W rzekach i mokradłach czają się krokodyle i pijawki, przy okalających wyspy rafach krążą agresywne rekiny. Skorpiony, pająki, stonogi i węże kąsają i kłują. Ostra jak nóż trawa kunai przecina skórę każdego, kto odważy się przez nią przejść. Przez podszycie dżungli przemykają szczury wielkości kotów. Najlepszy widok na wyspy, twierdzili marynarze, rozciąga się z rufy odpływającego statku.

Tak wyglądały Wyspy Salomona w 1941 roku. Były nieznaczącą placówką na obrzeżach Imperium Brytyjskiego, gospodarczym i politycznym zaściankiem, strategicznym niebytem, rzeczą drugiej kategorii. Wszystko to miało się zmienić, nagle i gwałtownie, w roku 1942.

WOJNA NADESZŁA SZEŚĆ TYGODNI po ataku na Pearl Harbor. 22 stycznia 1942 roku o poranku japońskie bomby po raz pierwszy spadły na Tulagi. Nalot był niczym grom z jasnego nieba. Brytyjczycy nie spodziewali się, że nieprzyjaciel uderzy tak daleko na południowym wschodzie, w samym sercu południowej części Wysp Salomona, zwłaszcza w czasie, gdy alianckie floty i armie wciąż walczyły tysiące kilometrów bliżej Japonii, na Filipinach, Malajach i w Holenderskich Indiach Wschodnich. Następnego dnia cesarskie siły desantowe wylądowały w Rabaulu, znajdującym się w australijskich rękach porcie morskim i wysuniętej bazie lotniczej na Nowej Brytanii, 1000 kilometrów na północny zachód od Tulagi. Szybko rozprawiły się ze stacjonującym tam 1500-osobowym garnizonem. Brytyjska obecność wojskowa na Wyspach Salomona była nieznaczna, dlatego też od razu stało się jasne, że Japończycy mogą opanować cały archipelag, kiedy tylko zechcą.

Sytuacja rozwijała się w podobny sposób na całym obszarze Pacyfiku. 7 grudnia 1941 roku Japończycy rozpoczęli morsko-powietrzno-lądowy Blitzkrieg na szerokim froncie. Wszędzie odnieśli sukcesy, przełamując słaby i zdezorganizowany opór Sprzymierzonych. W każdym przypadku: na Hawajach, Filipinach, wyspach Wake i Guam, Malajach, w Holenderskich Indiach Wschodnich, Hongkongu, Birmie i na Nowej Brytanii, pierwsze ciosy wyprowadzili z powietrza. Japońskie bombowce pokładowe i bazowe uderzały z zaskoczenia i na niespodziewanie dużych dystansach, dewastując alianckie lotniska i bazy morskie oraz oczyszczając niebo nad plażami. Następnie do celu zbliżały się siły inwazyjne w kolumnach statków transportowych. Oddziały japońskiej piechoty schodziły na brzeg i posuwały się szybko w kierunku słabo bronionych lotnisk. Często zdobywały je w stanie nietkniętym i bez oddania choćby jednego strzału. Wówczas japońskie grupy powietrzne przenosiły się do zdobytych baz i rozpoczynały przygotowania do kolejnej rundy ataków na cele położone dalej na południu lub wschodzie. Kiedy wojska alianckie stawiały opór na umocnionych pozycjach, tak jak w przypadku amerykańsko-filipińskich sił na półwyspie Bataan i wyspie Corregidor, odcinano je i omijano. W ten sposób, wykonując szybkie i drobiazgowo skoordynowane skoki, Japończycy zdobyli olbrzymie imperium na Pacyfiku w ciągu nieco ponad czterech miesięcy, ponosząc przy tym niewielkie straty.

Przed grudniem 1941 roku amerykańscy i brytyjscy eksperci lotniczy arogancko twierdzili, że japońskie samoloty są kiepsko skonstruowanymi podróbkami zachodniej techniki, a tamtejsi piloci to zabawne, nieudolne manekiny do testów zderzeniowych. Pierwsze tygodnie wojny całkowicie rozwiały tę iluzję. Na całym teatrze działań wojennych alianckie lotnictwo zostało praktycznie rozbite. Sprzymierzeni zaczęli rozumieć, że ich oszukano, dopiero gdy zalała ich fala nieprzyjacielskich podbojów. Sprytnie korzystając z pychy i rasowego szowinizmu zachodnich rywali, Japończycy ukryli potęgę swych powietrznych flot i lotników.

Cesarska Marynarka Wojenna Japonii (Nippon Kaigun) miała na wyposażeniu dwa doskonałe dwusilnikowe średnie bombowce: G3M (aliancki kryptonim "Nell") oraz G4M ("Betty"). Oba mogły zostać skonfigurowane do przenoszenia torped lub bomb o wadze przekraczającej 700 kilogramów. Dysponowały też zasięgiem ponad 4000 kilometrów. Często eskortowały je Mitsubishi A6M Zero, znakomite jednomiejscowe myśliwce o prędkości wznoszenia i manewrowości lepszej niż u jakiejkolwiek innej ówczesnej maszyny. Alianccy piloci, którym udało się przeżyć początkowe próby podjęcia walki kołowej z Zero, byli wstrząśnięci zdolnością samolotu do wykonywania gwałtownych zwrotów i wznoszenia się z dużą prędkością. Choć myśliwce trafiły do służby ponad rok przed atakiem na Pearl Harbor i zdołały odnieść dużą liczbę łatwych zwycięstw nad lotnictwem Czang Kaj-szeka w Chinach, pozostawały praktycznie nieznane na Zachodzie. Alianccy lotnicy nie otrzymali żadnego ostrzeżenia o osiągach Zero, nie dostali też taktycznych porad, jak im zaradzić. W rezultacie musieli poznawać ten niezwykły, akrobatyczny samolot w niewybaczającej błędów szkole walki powietrznej.

Brytyjczycy oparli swe imperium w rejonie Azji i Pacyfiku na wielkiej bazie morskiej i powietrznej w Singapurze, "Gibraltarze Wschodu". Jednak już od pierwszego dnia wojny, gdy japońskie siły inwazyjne wylądowały na północno-wschodnim wybrzeżu Półwyspu Malajskiego, a cesarskie bombowce zaczęły druzgotać lotniska Królewskich Sił Powietrznych (RAF) w regionie, kampania stanowiła nieprzerwaną serię zwycięstw najeźdźców w powietrzu, na lądzie i morzu. Trzy dni po ataku na Pearl Harbor japońskie samoloty zatopiły u wybrzeży Malajów pancernik Prince of Wales oraz krążownik liniowy Repulse. Był to pierwszy przypadek w historii wojen morskich, w którym znajdujące się na morzu okręty liniowe zostały zniszczone uderzeniem lotnictwa. Brytyjscy dowódcy wycofali swe ocalałe samoloty do Singapuru, zostawiając przeciwnikowi niebo nad północnymi Malajami. Japońskie wojska lądowe nacierały na południe z zaskakującą szybkością, wypierając oddziały Wspólnoty Brytyjskiej z zajmowanych przez nie stanowisk i zmuszając je do chaotycznego odwrotu. Agresorzy łączyli wściekłe frontalne ataki z manewrami oskrzydlającymi i przenikaniem przez pozycje obrońców. Niewielkie grupy lekko uzbrojonych japońskich żołnierzy przemierzały dżungle i bagna namorzynowe, by następnie uderzyć na Brytyjczyków od tyłu. Cesarskie oddziały posuwały się też szybko wzdłuż wybrzeża, korzystając z niewielkich jednostek pływających. W obliczu tak przebiegłego i zręcznego wroga oraz bezkarnych ataków japońskiego lotnictwa Brytyjczycy szybko opuszczali pozycje i wycofywali się.

Łącząc się z innymi oddziałami dalej na południu lub docierając do położonego na wyspie Singapuru, uciekinierzy szerzyli nowy, przerażający obraz nieprzyjaciela. Japończycy byli superwojownikami, posiadającymi nadnaturalne umiejętności w walce oraz zdolność do przetrwania w dziczy. Nie dało się ich pokonać ani w dżungli, ani - jak się zdawało - w powietrzu i na morzu. Pośród żołnierzy z Wielkiej Brytanii i państw Wspólnoty Brytyjskiej zapanowało przygnębienie i zrezygnowanie. Ludzie byli posępni i pogardliwi wobec oficerów, którzy ponieśli całkowitą klęskę, nie przygotowując się należycie do starcia z lekceważonym jeszcze niedawno wrogiem. Morale zupełnie się załamało. Cywile rozpoczęli paniczny exodus z singapurskich nabrzeży, usiłując za wszelką cenę dostać się na któryś z wypływających statków. Oficerowie próbowali zdobyć przeniesienie na Jawę lub w jakieś inne miejsce. Tydzień po tym, jak wojska japońskie przekroczyły cieśninę Johor i weszły do Singapuru, generał Arthur Percival poddał miasto wraz z 80 000 żołnierzy. Siły, przed którymi skapitulował, były o ponad połowę mniejsze. Wraz z upadkiem Singapuru przypieczętował się los Holenderskich Indii Wschodnich. Pod koniec lutego znacznie słabsza od przeciwnika wielonarodowa aliancka flota została bezproblemowo pokonana w serii starć morskich. Ocalałe siły powietrzne i lądowe z Jawy ewakuowano do Australii.

Na Wyspach Salomona zaczęła się wówczas paniczna ucieczka. Biali uchodźcy zmierzali na południe i wschód, licząc, że uda im się znaleźć statek płynący do Australii. Kolonialni urzędnicy znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. W przeciwieństwie do Malajów na Wyspach Salomona znajdowała się jedynie garstka brytyjskich żołnierzy mogących stawić jakikolwiek opór. Oficjele z protektoratu nawet nie udawali, że istnieje realna szansa na zatrzymanie japońskiego natarcia. Było pewne, że wróg zajmie archipelag i wypędzi Brytyjczyków, a zanim Sprzymierzeni powrócą dużymi siłami, miną miesiące, a może lata. Cywile z Tulagi i okolicznych wysp pakowali dobytek i uciekali. Brytyjski komisarz, najwyższy rangą urzędnik na Wyspach Salomona, przeniósł się na Malaitę, większą wyspę położoną dalej na wschodzie. Niewielkie szkunery i kutry, głównie żaglowe, przewoziły uciekinierów z północnego zachodu, korzystając z wiejących powszechnie z tamtego kierunku wiatrów. W styczniu rozklekotany parowiec Morinda wyruszył w ostatni rejs z Wysp Salomona. W dokach na Gavutu, wyspie położonej niedaleko Tulagi, tłum cywilów zażądał możliwości wejścia na pokład. Omal nie doszło do zamieszek, a pewien lekarz został ranny. Ostatecznie kapitan zabrał przerażonych uchodźców na statek i ewakuował ich do Australii1.

Do marca 1942 roku większość białych zdołała opuścić Wyspy Salomona. Ład społeczny na archipelagu zaczął się załamywać. Mimo to młodym urzędnikom okręgowym ze Służby Kolonialnej przekazano, żeby zostali na miejscu i dalej wykonywali powierzone im obowiązki. Władze brytyjskie nawet się upewniły, że jeśli będą próbowali zaciągnąć się do wojska, ich zgłoszenia zostaną odrzucone.

Jednym z takich ludzi był Martin Clemens. Ten 26-letni Szkot, syn dyrygenta z Aberdeen, zdobył stypendia do prestiżowych szkół i ukończył Christ's College w Cambridge. W 1937 roku wstąpił do Służby Kolonialnej, a rok później trafił na placówkę na Wyspach Salomona. Urzędował na dwóch dużych, porośniętych dżunglą wyspach: San Cristobal i Malaita. Był szorstkim, wąsatym mężczyzną o kwadratowej szczęce oraz produktem swej epoki, otrzymanego wykształcenia i społeczeństwa klasowego, w którym został wychowany. Miał wiernego towarzysza, małego czarnego psa nieznanej rasy noszącego imię Suinao. Clemens skrupulatnie dbał o ubiór i wygląd, cechował się dyscypliną w przyzwyczajeniach i stoicyzmem w obliczu niebezpieczeństwa. Prowadził szczegółowy i wnikliwy pamiętnik, w którym cytował Shakespeare'a, a swe obserwacje przerywał modnymi okrzykami, jak "Magia!" czy "Calloo, Callay!". W trudnych miesiącach japońskiej okupacji wykazał się zaradnością, odwagą i wytrzymałością.

Gdy kolonialna administracja opuszczała Tulagi, Clemens otrzymał rozkaz objęcia stanowiska urzędnika okręgowego na Guadalcanal. Siedziba władz wyspy znajdowała się w Aola na północnym wybrzeżu, około 30 kilometrów na południowy wschód od Tulagi, za akwenem, który w przyszłości miał stać się znany jako Cieśnina Żelaznego Dna. Clemens zamieszkał tam w skromnym białym domu na drewnianych palach, pokrytym liśćmi palmowymi. Na zewnątrz, na wielkim figowcu pośród plumerii i hibiskusów, obok niewielkiego ogródka, w którym rosła kolokazja i bataty, zbudował stanowisko obserwacyjne. Od świtu do zmierzchu rdzenny zwiadowca wypatrywał z niego nieprzyjacielskich samolotów.

Tulagi oraz obiekty RAF na pobliskich Gavutu i Tanambogo bombardowano każdego ranka. Naloty odbywały się z taką regularnością i przewidywalnością jak ruch pociągów na tokijskim dworcu. Wielkie czterosilnikowe łodzie latające Kawanishi pojawiały się na dużej wysokości niemal codziennie. Często zawracały i przelatywały na wysokości wierzchołków drzew, aby załoga mogła z bliska przyjrzeć się domowi Clemensa.

Do obowiązków młodego urzędnika należało między innymi meldowanie o tych przelotach przez sieć radiową znaną jako "służba obserwacji wybrzeża", należącą do Royal Australian Navy (RAN). Pierwotnie miała to być nieformalna, złożona w całości z ochotników organizacja, zapewniająca wczesne ostrzeganie o ruchach nieprzyjacielskiej marynarki i lotnictwa. Ustalono, że obserwatorzy będą przesyłać meldunki o dostrzeżeniu wroga do stacji w Townsville na północnym wybrzeżu Australii. Każdy został wyposażony w "teleradio" typu 3B, zdolne do przekazywania transmisji głosowych na odległość około 650 kilometrów lub wiadomości zapisywanych alfabetem Morse'a na ponad 900 kilometrów. Specjalnie skrojony kryształ pozwalał urządzeniom na nadawanie w rzadko stosowanej częstotliwości 6 MHz; wybrano ją w złudnej nadziei, że japońskie służby nasłuchowe nie przechwycą wiadomości. Największą wadę radia stanowiły jego rozmiary. Składało się z ponad tuzina elementów, w tym odbiornika, nadajnika, głośnika, zestawu anten i dużego zapasu części zamiennych. Zasilały je dwa ciężkie 6-woltowe akumulatory samochodowe, które należało często ładować, co wymagało benzynowego generatora prądu i zapasu paliwa.

Clemens przesyłał meldunki każdego dnia. Słuchał też transmisji innych obserwatorów z archipelagu, informujących o nieustannych postępach zbliżających się z północnego zachodu Japończyków. Padały kolejne pozycje, garnizony były zmuszane do odwrotu, a obserwatorzy ukrywali się w dżunglach w głębi lądu. Nieprzyjaciel dotarł do cieśniny Buka na północ od Wyspy Bougainville'a, a niewielki stacjonujący tam oddział RAF rozproszył się w buszu. 5 kwietnia wojska cesarskie dokonały zaskakującego lądowania na plaży Kangu w południowej części Wyspy Bougainville'a, zmuszając stację obserwacji wybrzeża DMK w Buin do zaprzestania nadawania2. W następnym tygodniu Japończycy poszerzyli swe panowanie na obszarach wokół Buin i zajęli pobliską wyspę Shortland.

Clemens próbował utrzymać porządek na Guadalcanal, ale nie był w stanie się rozdwoić. Opustoszałe plantacje były plądrowane przez tubylców i białych uchodźców. Młody urzędnik aresztował winnych grabieży, zbierał relacje świadków i przenosił porzucone zapasy do bezpiecznych rządowych magazynów. Dużo czasu zajmowało mu szukanie żywności, zakwaterowania i miejsc na statkach dla grup uciekinierów, a także przesiedlanie z innych wysp pracowników rdzennego pochodzenia, bezczynnych z powodu porzucenia plantacji.

Faktu panicznej ucieczki białych mieszkańców nie dało się ukryć przed miejscowymi, którzy powtarzali między sobą: "A więc przyjdzie Japonia"3. Plemienni wodzowie przybyli z wiosek całej wyspy do Aola, żeby zadać Clemensowi nurtujące ich pytania. Dlaczego większość białych próbuje za wszelką cenę wydostać się z wyspy? Co stanie się z ich osadami pod japońską okupacją? W swych wspomnieniach Clemens zamieścił przemowę (w pidżyn), jaką wygłosił przed delegacją wodzów w marcu 1942 roku: "Nawet jeśli Japończycy przyjdą tu dużymi siłami, zostanę z wami. Trzymajcie się mnie, a Sprzymierzeni w końcu wrócą i ocalą nas przed wrogiem. Nie wiem, kto przybędzie ani kiedy, ale ostatecznie wszystko będzie dobrze"4. Clemens twierdził, że złożył tę obietnicę z "upadającym animuszem", lecz wodzowie zdawali się ją zaakceptować.

Na początku kwietnia Clemens pożeglował swym szkunerem na północno-zachodni kraniec Guadalcanal, żeby złożyć wizytę pewnemu zarządcy plantacji, F. Ashtonowi "Snowy'emu" Rhoadesowi. Ten śmiały, uparcie niezależny Australijczyk obserwował ucieczkę większości białych mieszkańców wyspy z pełnym wyższości obrzydzeniem i odmówił przyłączenia się do niej. Brytyjskie władze kolonialne, które (jak zapisał w dzienniku) po prostu "załamały się", traktował wyłącznie z pogardą5. Ze swego domu wznoszącego się na wysokim klifie w Lavoro miał szeroki widok na morze i niebo na zachodzie - jeśli japońskie okręty i samoloty miały przybyć, to właśnie z tamtego kierunku. Clemens przekonał Rhoadesa, aby przyłączył się do sieci obserwatorów, i zaopatrzył go w radio.

29 kwietnia aliancki samolot patrolowy dostrzegł japońską flotę płynącą z północnej części Wysp Salomona na południe. Dwa dni później Clemens ujrzał najcięższy z dotychczasowych nalotów bombowych na Tulagi. 2 maja obserwatorzy wybrzeża z Santa Isabel zameldowali, że w zatoce na północno-zachodnim krańcu wyspy, niecałe 250 kilometrów od Tulagi, pojawił się japoński tender wodnosamolotów. Ponieważ wszystkie znaki wskazywały, że inwazja jest nieuchronna, jednostka Royal Australian Air Force (RAAF) z Tanambogo, składająca się z zaledwie czterech wodnosamolotów i niewielkiego garnizonu, ogłosiła wycofanie się, przewidując lądowanie nieprzyjacielskich wojsk. Na pokładzie starego parowca Australijczycy przepłynęli cieśninę, docierając do Aola. Uszkodzony wodnosamolot Catalina, holowany za statkiem, powierzyli tam Clemensowi. Ten zwerbował kilkuset tubylców, którzy wyciągnęli maszynę na plażę i ukryli ją pod liśćmi palmowymi.

3 maja o świcie niewielka japońska flota wpłynęła do portu Tulagi. Żołnierze zeszli na brzeg, gdzie odkryli, że brytyjskie władze zniknęły, a wyspa jest w dużej mierze opuszczona. Clemens niezwłocznie polecił, aby uszkodzoną Catalinę wciągnięto z powrotem na wody cieśniny i zatopiono.

4 maja rano doszło do zdumiewającego zwrotu akcji. O godzinie 8 na niebie pojawiła się duża formacja nieznanych samolotów. Nadleciały nie z północnego zachodu, od strony nieprzyjacielskich baz w Rabaulu i na wyspie Buka, lecz z południa. Były to bombowce i myśliwce z amerykańskiego lotniskowca Yorktown. Ich zaskakujące uderzenie na japońskie okręty zakotwiczone u brzegów Tulagi stanowiło pierwszy cios wyprowadzony w czterodniowej bitwie na Morzu Koralowym (4-8 maja 1942 roku). "Snowy" Rhoades pisał, że ku swemu zdumieniu usłyszał "w górze wielki warkot silników". Dodawał: "Osłupiałem na widok 20 albo 30 jednosilnikowych samolotów lecących prosto na Tulagi. Znajdowały się na wysokości nie więcej niż 200 metrów. Dobrze widziałem gwiazdy na ich skrzydłach"6. Clemens z podekscytowaniem oglądał "wspaniały spektakl w wykonaniu 12 bombowców nurkujących, wypadających z chmur nad Tulagi (...). Cóż za widok dla zmęczonych oczu"7. Zużywszy bomby i torpedy, intruzi zniknęli na południu, za górzystym kręgosłupem Guadalcanal.

Clemens był w trudnym położeniu. Amerykańskie samoloty przyleciały i odleciały. Nie udało im się wyprzeć japońskich sił z Tulagi. Dom urzędnika znajdował się o rzut kamieniem od brzegu, na którym w każdej chwili mógł wylądować nieprzyjaciel. 5 maja Clemens przebywał na plaży w Aola, kiedy nagle trzy Kawanishi przeleciały z rykiem silników tuż nad jego głową. Kilka dni później pewien australijski obserwator z Wyspy Bougainville'a zameldował, że duża japońska flota zbiera się w Queen Carola Harbour u wybrzeży wyspy Buka. "Dla mnie sprawa stała się jasna - zauważył Clemens. - My byliśmy w Aola, a Japońcy na Tulagi, w odległości niespełna 30 kilometrów"8. Istniało duże prawdopodobieństwo, że nieprzyjaciel wyląduje właśnie w Aola, a nie w innym punkcie wybrzeża. Japończycy musieli wiedzieć (od przesłuchiwanych tubylców), że to tam znajduje się siedziba brytyjskich władz na Guadalcanal. Clemens mógł się spodziewać, że jeśli trafi do niewoli, będzie zmuszany torturami do wyjawienia wszystkich posiadanych informacji.

W Lavoro na północno-zachodnim krańcu wyspy "Snowy" Rhoades stał w obliczu podobnego problemu. Japońskie samoloty patrolowe niemal codziennie przelatywały nisko nad jego domem. Australijczyk miał wrażenie, że "rzuca się w oczy jak złota rybka", dlatego też krył się w dziurze pokrytej liśćmi palmy za każdym razem, kiedy do jego uszu dobiegał coraz głośniejszy odgłos silników. W dzienniku zapisał: "Zrozumiałem, że wojna wreszcie do nas dotarła, a ja jestem cywilnym szpiegiem i jeśli znajdę się w niewoli, zostanę odpowiednio potraktowany"9.

Jak wszystkie kontynentalne wyspy archipelagu, Guadalcanal była duża i niemal niezagospodarowana. Drogi występowały jedynie na plantacjach. W głębi lądu podróżowano pieszo, błotnistymi ścieżkami przez dżunglę lub korytami strumieni. Za przybrzeżną równiną rozpościerał się rozległy, niezbadany, porośnięty dżunglą pagórkowaty obszar. Najlepsze ze ścieżek prowadziły do stromych grzbietów górskich, rozdzielanych przez głębokie jary. W gęstej dżungli człowiek mógł ukryć się niemal wszędzie, a przechodząca obok kolumna żołnierzy nie miałaby szansy na odkrycie jego obecności.

Było mnóstwo spraw do załatwienia, lecz niewiele czasu. Zaopatrzenie, żywność, broń, amunicję i kanistry z paliwem należało spakować i przetransportować do tajnych skrytek w dżungli, aby nic cennego nie wpadło w ręce wroga. Wszystko musiano zabrać lub zniszczyć. "Mieliśmy masę rzeczy do zrobienia i mało czasu do namysłu - stwierdził Clemens. - Wydarzenia toczyły się bardzo szybko, a sytuacja była ciężka. Musiałem tkwić na plaży przy radiu, a jednocześnie pospiesznie schować wszystko w buszu, ponieważ szybka łódź motorowa mogła przypłynąć z Tulagi w zaledwie dwie godziny"10.

Clemens stał na czele miejscowej policji, w której służyli zaufani ludzie. Poza tym zatrudniał też jednak setki rdzennych robotników i tragarzy. Na każdego z nich przypadało zapewne dziesięciu kolejnych, którzy wiedzieli, gdzie się wybiera i co robi. Czy mógł im ufać? Nawet jeśli nie zostałby wydany Japończykom, to czy miał pewność, że lokalni tragarze nie splądrują tajnych skrytek z zaopatrzeniem? Pod koniec maja Clemens i Rhoades dowiedzieli się, że niejaki George Bogese, rdzenny mieszkaniec archipelagu pracujący jako lekarz na wyspie Savo, współpracuje z Japończykami. Wieść ta nimi wstrząsnęła, gdyż Bogese znał ich osobiście i mógł przekazać nieprzyjacielowi ważne informacje.

19 maja Clemens, doszedłszy do wniosku, że i tak ociągał się zbyt długo, opuścił Aola, prowadząc długi korowód ciężko objuczonych tragarzy. Szesnastu ludzi potrzebowano do przeniesienia radia i jego różnych elementów ważących łącznie prawie 140 kilogramów. Inni dźwigali ważne akta administracyjne, broń, żywność, paliwo, a nawet urzędowy sejf Clemensa, zawierający 800 funtów w srebrnych monetach. Droga wiodła przez trawiaste równiny do regionu wznoszących się gwałtownie wzgórz z czerwonej gliny.

O zmroku wycieńczona grupa zatrzymała się w niewielkiej wiosce Palapao. Clemens zajął małą chatkę z liści mającą pełnić funkcję jego biura i kwatery, po czym zaczął montować radio. Rozmieścił antenę między dwoma drzewami, a następnie przykrył ją winoroślą, żeby nie dało się jej zauważyć z powietrza. Robotnicy zabrali się za budowę platformy obserwacyjnej na jednym z najwyższych drzew w wiosce. Wartownik miał stać na niej od świtu do zmierzchu. Otrzymał rozkaz, aby w razie wylądowania Japończyków na odległej o kilka kilometrów plaży, dmuchnąć w muszlę ślimaka, co stanowiło ustalony sygnał.

Clemens wycofał się w porę. Pierwsze, niewielkie grupy nieprzyjacielskich zwiadowców dotarły na Guadalcanal tydzień później. Przepytywani okoliczni mieszkańcy twierdzili, że nic nie wiedzą o miejscu pobytu białych ludzi. Odpowiadali: "Ja nie obeznany" albo "Poszli stąd całkiem"11. 8 czerwca większe siły japońskie zeszły na brzeg i rozbiły obóz namiotowy na równinie nieopodal rzeki Lunga. Dziesięć dni później cesarski niszczyciel zakotwiczył kilkaset metrów od jej ujścia i zaczął wyładowywać zaopatrzenie na plażę. 20 czerwca Clemens zanotował w dzienniku: "Wygląda na to, że Japońcy chcą zostać tu na dłużej". Szkot nakazał swym zaufanym policjantom, by zeszli do rzeki i zebrali informacje. Odnieśli oni wrażenie, że Japończycy budują przystań, z pewnością palili też pola na plantacji Lunga12. To sugerowało, że mogą szykować podłoże pod przyszły pas startowy. Clemens natychmiast przekazał otrzymane informacje do Townsville. Stamtąd jego meldunek trafił do biura marynarki w Melbourne, a następnie do alianckiego naczelnego dowództwa w Waszyngtonie i Londynie.

W pierwszym tygodniu lipca złożony z 12 statków konwój wpłynął do cieśniny Savo i zakotwiczył niedaleko nowej przystani. Na brzeg wyładowano ciężki sprzęt budowlany i ciężarówki, a także kilkuset kolejnych żołnierzy i robotników. To rozwiało wszelkie wątpliwości: Japończycy budowali na Guadalcanal pas startowy. Gdyby udało im się go ukończyć, poszerzyliby zasięg swego rozpoznania lotniczego na znaczne połacie Morza Koralowego. Clemens od swych zwiadowców dowiedział się również, że jest poszukiwany przez Japończyków, którzy znają jego nazwisko. Najwyraźniej przechwycili niektóre z jego transmisji. Czy mogli ustalić jego położenie za pomocą przyrządów do namierzania radiostacji? Tubylcy donosili też, że Japończycy chcą wyśledzić go z użyciem psów myśliwskich. "Cóż za wesołe wieści", zanotował gorzko Clemens.

Palapao, choć położone na odludziu, przestało być bezpieczne. 4 lipca Clemens ruszył dalej w głąb górzystego obszaru, do maleńkiej i biednej osady Vungana. Szlak prowadził błotnistym grzbietem, gdzie teren opadał stromo po obu stronach. Clemens przebył najbardziej zdradliwe fragmenty trasy, niosąc pod pachą swego małego psa Suinao. Z niepokojem obserwował, jak bosi tragarze zmagają się z ciężarem wyposażenia. "Umarłem po tysiąckroć, patrząc, jak ludzie muszą puszczać liny, żeby jedną ręką podtrzymywać ciężki akumulator na ramieniu, a drugą ratować się przed upadkiem".

Vungana składała się z jedynie pół tuzina pokrytych strzechą chatek na wąskiej odnodze grzbietu, leżała jednak tak wysoko, że Japończycy najprawdopodobniej jej nie zagrażali, przynajmniej chwilowo. Z wysokości 450 metrów nad poziomem morza Clemens miał wspaniały widok na lotnisko Lunga i całą cieśninę: mógł bacznie obserwować ruch statków między Tulagi i Guadalcanal. Ponownie rozłożył radio, rozciągając antenę między dwoma dużymi drzewami bambusowymi. Urządzenie niestety sprawiało coraz więcej problemów. Nie opracowano go z myślą o przenoszeniu, a wilgoć zdawała się nadżerać wewnętrzne obwody. Clemens stwierdził, że konieczne jest otworzenie obudowy i czekanie całe popołudnie, aż mechanizm wyschnie na słońcu. Dopiero wczesnym wieczorem podjął próbę dalszego transmitowania.

Lipiec stanowił dla Szkota najczarniejszy okres wojny. Na tej wysokości noce były zimne, w związku z czym niewiele spał. Wyczerpywały się zapasy żywności, pieniędzy, paliwa i części zamiennych. Nawet wodę pitną musiano przynosić do wioski z płynącego kilkaset metrów niżej strumienia. Miejscowi zwiadowcy donosili, że Japończycy rozpraszają siły, prowadząc poszukiwania wzdłuż wybrzeża i rzek, oraz skrupulatnie przesłuchują misjonarzy, którzy zostali na zajętych przez nich terenach. 8 lipca Clemens powiadomił Townsville, że 700 nieprzyjacielskich żołnierzy biwakuje w namiotach na rozciągającej się poniżej jego pozycji równinie. Dodał, że nie jest pewny, jak długo uda mu się jeszcze utrzymać. Włączanie radia stawało się coraz trudniejsze. Wydawało się tylko kwestią czasu, kiedy przestanie działać. Robotnicy byli głodni. Urzędnik wiedział, że jeśli ich nie nakarmi, nie może się spodziewać, że z nim zostaną.

26 lipca rano Clemensa zaskoczyło nagłe pojawienie się nad osadą jednego Kawanishi. Maszyna przeleciała nie więcej niż 200 metrów nad jego głową. Rzucił się do kryjówki w chwili, gdy ostro zawróciła, żeby przyjrzeć mu się raz jeszcze. Musiał uznać, że został dostrzeżony. Zaczął poważnie rozważać wyczerpującą i niebezpieczną wędrówkę na południowe wybrzeże Guadalcanal w nadziei, że znajdzie tam ukrytą łódź, którą uda mu się dotrzeć do Australii.

W zagadkowych wiadomościach otrzymywanych z Townsville padały szczegółowe pytania. Gdzie dokładnie znajduje się japońska stacja radiowa? Jakiego typu i jak liczne są oddziały? Jakie jest rozmieszczenie i kaliber dział? Czy na wyspie są jakieś samoloty? Pytania te podsyciły nadzieje Clemensa, zdawały się bowiem zwiastować jakąś operację, zapewne uderzenie z powietrza. Oczywiście ludzie po drugiej stronie nie musieli mu nic mówić, sugerowali jednak, że ocalenie jest bliskie: "To już nie potrwa długo". Clemens czekał, zamęczał się i tracił na wadze. "Im bardziej rozmyślałem nad moją sytuacją, tym bardziej wydawała się beznadziejna. Radio działało sporadycznie i trudności nastręczało samo nadanie wiadomości, nie mówiąc już o skonsultowaniu się z innymi, co należy zrobić".

6 sierpnia jeden ze zwiadowców wrócił z wybrzeża z informacją, że lotnisko Lunga zostało pokryte żwirem oraz ziemią i sprawia wrażenie gotowego na przyjęcie samolotów. W pobliżu pasa startowego budowano hangar. Na wyspie było teraz około 4000 japońskich żołnierzy. Clemens przekazał nowe wieści przez radio wraz z pytaniem, czy Alianci podejmą się próby zniszczenia lotniska. Nie nadeszła żadna odpowiedź. "Zakosztowałem jedynie goryczy porażki", napisał Szkot13. Udał się do łóżka wcześnie, z pustym brzuchem, i zapadł w głęboki sen.

Ze spoczynku wyrwały go wstrząsy i dudnienie artylerii. Clemens spojrzał na zegarek. Wskazywał 6.13. Wciąż było ciemno. W cieśninie Savo ogień prowadziły ciężkie działa okrętowe. Co to za okręty? Czyje? Podekscytowany zwiadowca zameldował, że cała japońska flota kotwiczy przy przylądku Lunga. Na chwilę, wspominał Clemens, "moje serce się zatrzymało". Kilka minut później do jego uszu dobiegł warkot silników samolotowych. Włączył radio i zaczął zmieniać częstotliwość, aż w końcu usłyszał głosy opisujące z amerykańskim akcentem dzieło zniszczenia wzdłuż wybrzeża. Wychwycił odniesienia do "Bazy Pomarańczowej", "Bazy Czarnej" i "Bazy Czerwonej". Trzy lotniskowce! "Magia!!! - zapisał w dzienniku. - Calloo, Callay, co za dzień!!!"14.

O świcie Clemens przyjrzał się cieśninie przez lornetkę. Doliczył się ponad 50 okrętów, w tym kilku ciężkich krążowników, zasypujących pociskami kal. 203 mm japońskie obiekty wokół przylądka Lunga. Budynki i składy paliwowe wściekle się paliły, wydzielając ogromne kolumny oleistego czarnego dymu. Żołnierze w zielonych mundurach schodzili ze statków transportowych na barki, które następnie kierowały się w stronę plaż na zachód od Lunga. Tak wielkiej operacji desantowej nie widział do tej pory ani Clemens, ani żaden inny człowiek. Radio psuło się coraz bardziej, co stanowiło nieuchronny rezultat używania go w prymitywnych warunkach i przy dużej wilgotności. Martin Clemens jednak nie potrzebował go, aby stwierdzić, że Jankesi zamierzają zostać tu na dłużej.

ROZDZIAŁ I

Henry L. Stimson, doświadczony republikański polityk, który w gabinecie Franklina Delano Roosevelta pełnił funkcję sekretarza wojny, pozostawił w swych wspomnieniach niezwykle celny przytyk. Odnosząc się do zaciekłej rywalizacji między wojskami lądowymi i marynarką wojenną o wpływy i zasoby, która odcisnęła piętno na każdym etapie kampanii na Pacyfiku, Stimson stwierdził, że problemy "wynikały głównie z osobliwej mentalności Departamentu Marynarki Wojennej. Często zdawał się on opuszczać świat logiki i wkraczał do mętnej religijnej krainy, w której Neptun był Bogiem, Mahan jego prorokiem, a US Navy jedynym prawdziwym Kościołem"15.

Zwolennikowi marynarki nie zabrakłoby ripost: na myśl szybko przychodzą chociażby mesjanistyczne fantazje generała Douglasa MacArthura. Opinii Stimsona nie należy jednak beztrosko zbywać. W okresie pokoju US Navy stała się organizacją zamkniętą, zapatrzoną w siebie i zaściankową. Dla każdego oficera flagowego (admirała) ścieżka kariery wyglądała tak samo: Annapolis, Naval War College, a potem seria stanowisk dowódczych na lądzie i na morzu. Podczas gdy szef sztabu US Army w czasie II wojny światowej generał George C. Marshall uczęszczał do Virginia Military Institute (VMI), a nie West Point, w US Navy nie służył choćby jeden admirał, który nie ukończył Akademii Marynarki Wojennej. Każdy starszy oficer marynarki spędzał w niej całe dorosłe życie, począwszy od 17 lub 18 roku życia. Był przesycony doktrynami o potędze morskiej Alfreda Thayera Mahana, wybitnego historyka wojen morskich i teoretyka strategii. Uczono go, żeby czcił dziedzictwo i tradycje instytucji oraz dochowywał im gorliwej i dozgonnej wierności: "Marynarka: pierwsza, ostatnia i wieczna"16.

Wrogość między rodzajami sił zbrojnych nie stanowiła wyłącznie amerykańskiego problemu. Jeszcze bardziej zawzięty charakter miała w Japonii, gdzie generałowie i admirałowie uważali się za faktycznych wrogów. Impas w ich relacjach był kluczową przyczyną lekkomyślnego rzucenia się kraju w wir katastrofalnego w skutkach konfliktu. Jednakże amerykańscy dowódcy wojskowi, którzy w 1941 roku niespodziewanie znaleźli się na wojnie, byli w dużej mierze nieprzygotowani do funkcjonowania w ramach zintegrowanego naczelnego dowództwa. W czasie pokoju US Army i US Navy nieczęsto wchodziły ze sobą w interakcję, zaniedbując kwestie planowania i wykonywania połączonych operacji. Aż do 1947 roku nie istniało nic na kształt Departamentu Obrony czy stanowiska sekretarza obrony. Departamenty Marynarki Wojennej i Wojny były niezależne i równe sobie. Na ich czele stali cywilni członkowie rządu, odpowiedzialni bezpośrednio przed prezydentem. Do grudnia 1941 roku nie istniało też Kolegium Połączonych Szefów Sztabów (Joint Chiefs of Staff - JCS), które utworzono ad hoc przed pierwszym w czasie wojny szczytem z Brytyjczykami. Ponieważ nie posiadano żadnego innego mechanizmu współdziałania różnych rodzajów sił zbrojnych, do spotkań JCS dochodziło regularnie przez resztę konfliktu. Kolegium nie miało jednak formalnie ustalonego zakresu władzy ani oficjalnego przewodniczącego. Admirał Ernest J. King, najstarszy stopniem oficer US Navy, nie podlegał Marshallowi i vice versa. Dowódcy starali się więc osiągnąć konsensus. W przeciwnym razie musieli zwrócić się z prośbą o rozwiązanie sporu do prezydenta17.

Niechęć przejawiała się na każdym szczeblu. Na ulicach San Francisco i Honolulu co wieczór dochodziło do wściekłych burd między marynarzami, żołnierzami piechoty morskiej i ludźmi z wojsk lądowych. Marynarze i żołnierze drwili z siebie nawzajem, nazywając "szmatami do pokładu" i "psimi pyskami". Spór rozwiązywano pięściami. Piechurzy zazdrościli marynarzom gorących posiłków i czystych łóżek, udogodnień, które jawiły się jako nadmiernie wystawne w porównaniu do brudu i nędzy wojny na lądzie. Niesnaski między marynarzami i żołnierzami piechoty morskiej były dobrze znane już od czasu utworzenia obu rodzajów sił zbrojnych w trakcie wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Obelgi wkradały się do "pustosłowia" zamieszczanego na początku i końcu zaszyfrowanych wiadomości radiowych, na przykład: "Korpus Piechoty Morskiej, dalekomorscy boye hotelowi, ha, ha, ha"18. W bazach US Navy na całym świecie posterunki strażnicze i bramy obsadzali nadąsani żołnierze piechoty morskiej. Ich zwyczajowe słowa rzucane na powitanie wszystkim marynarzom brzmiały: "Myślisz, że gdzie do cholery się wybierasz?".

Starsi oficerowie US Army uznawali cały Korpus Piechoty Morskiej za uknuty przez US Navy spisek, pozbawiający ich należnej im funkcji. Robili więc co w ich mocy, aby zdusić ten rodzaj sił zbrojnych albo przynajmniej ograniczyć jego użycie do jednostek nie większych od pułku. Lotnicy marynarki wojennej narzekali, że Army Air Forces (USAAF) rozdają medale niczym miętówki po obiedzie. Piloci różnych służb czerpali satysfakcję z "brzęczenia" nad lotniskami lub maszynami konkurencji oraz (na ziemi) z przytrzymywania hamulców i jednoczesnego dodawania gazu, żeby przysypać rywali chmurą ziemi i kurzu.

Każdemu większemu starciu w początkowym okresie wojny na Pacyfiku towarzyszył czynnik animozji między rodzajami sił zbrojnych. Po ataku na Pearl Harbor sekretarz Marynarki Wojennej Frank Knox często podkreślał, że to US Army w głównej mierze odpowiadała za obronę powietrzną Oahu. W następstwie zaciętego (i ostatecznie daremnego) oporu na wyspie Wake służby informacyjne marynarki i piechoty morskiej zaczęły rywalizować o uznanie opinii publicznej. MacArthur z kolei stwierdził, że utrata Filipin była "spowodowana zasadniczo niedoborem sił morskich na Pacyfiku"19. Przeprowadzony w kwietniu 1942 roku rajd Doolittle'a, w trakcie którego w Tokio uderzyły startujące z lotniskowców, lecz należące do wojsk lądowych bombowce B-25, stanowił rzadki przypadek owocnej współpracy między jednostkami US Army i US Navy. Później jednak lotnicy pułkownika Jamesa H. Doolittle'a oskarżali admirała Williama F. Halseya Jr., że nakazał im wzbić się w powietrze zbyt wcześnie, gdy siły zadaniowe wciąż znajdowały się ponad 1000 kilometrów od Japonii. W czasie bitwy na Morzu Koralowym (4-8 maja 1942 roku) załogi bazujących w Australii maszyn USAAF MacArthura krytykowano za niedokładne raporty o kontaktach wzrokowych z przeciwnikiem oraz o zrzucenie bomb na własne okręty, które wzięto za japońskie (wszystkie ładunki spadły do morza, nie czyniąc żadnych szkód).

W bitwie o Midway (4-6 czerwca 1942 roku) bombowce nurkujące US Navy z Enterprise'a i Yorktowna zaatakowały i posłały na dno cztery największe i najwspanialsze lotniskowce japońskie. W pierwszych relacjach prasowych zasługę tę błędnie przypisano armijnym B-17, bazującym na Midway. "WIELKIE BOMBOWCE WYGRAŁY", brzmiał nagłówek na pierwszej stronie New York Timesa z 12 czerwca 1942 roku. Generał brygady Willis H. Hale oświadczył, że "w bitwie o Midway zwyciężono głównie dzięki uderzeniu Latających Fortec na japońskie siły zadaniowe u wybrzeży wyspy, przeprowadzonemu 4 czerwca o poranku"20. Ostatecznie ustalono, że ani jedna bomba zrzucona przez samoloty amerykańskich wojsk lądowych nie trafiła w nieprzyjacielskie okręty. Po bitwie jednak załogi B-17 jako pierwsze wróciły do Honolulu, gdzie zaczęły raczyć korespondentów opowieściami o swych spektakularnych uderzeniach na japońską flotę i licznych uzyskanych trafieniach. Doprowadziło to do wściekłości znających prawdę pilotów US Navy. Kiedy tydzień po starciu lotnicy obu rodzajów sił zbrojnych spotkali się twarzą w twarz w hotelu Moana w Honolulu, doszło do sprzeczek, które przerodziły się w rękoczyny. Chorąży Fred Mears, pilot samolotu torpedowego z Horneta, zauważył, że lotnicy morscy "widzieli, jak ich przyjaciele ryzykują, a czasami tracą życie, schodząc poniżej 300 metrów, atakując z lotu nurkowego, spuszczając torpedy i zatapiając okręty Japońców, podczas gdy Armia trzymała się bezpiecznie na wysokości 6 kilometrów i nie tylko chybiała, ale i niekiedy trafiała nasze własne jednostki. To dlatego wściekli się na nią"21.

W powojennych wspomnieniach generał piechoty morskiej Holland M. "Howlin' Mad" Smith wyrównał rachunki za poniesione krzywdy, oskarżając marynarkę o "umysłową miażdżycę"22. Wymienił cały szereg występków, jakich się dopuściła. Stwierdził, że podczas operacji desantowych US Navy nie zapewniała należytego wsparcia ogniowego i powietrznego. Zmuszała żołnierzy piechoty morskiej, aby radzili sobie z gorszym jakościowo, zbędnym i przestarzałym wyposażeniem oraz uzbrojeniem. Admirałowie ze znajdujących się u brzegów sił zadaniowych wtrącali się w zakres zwierzchnictwa dowódców piechoty morskiej na przyczółkach. Opinię Smitha podzielali ludzie u dołów wojskowej hierarchii. Żołnierze piechoty morskiej, transportowani przez marynarkę na nieprzyjacielskie plaże, żywili wobec niej większe i mniejsze urazy. Ich pisemne i ustne wspomnienia pełne są żalu. Opowiadają o nierównych przywilejach w mesie, niesprawiedliwym rozmieszczeniu koi czy zakazie kupowania słodyczy i papierosów w okrętowym sklepie. Zdarzało się, że zostawiali swoje rzeczy osobiste pod pieczą marynarki i nigdy więcej ich nie widzieli. Zamykano ich na dolnych pokładach, odcinając od świeżego powietrza i światła słonecznego. Byli zmuszani do przestrzegania absurdalnych zasad "dla bezpieczeństwa okrętu". Marines zostawili ironiczną wiadomość dla załogi transportowca, którym dotarli do Peleliu, miejsca jednej z najbardziej krwawych operacji desantowych wojny:

Z wielką przyjemnością składamy szczere podziękowania wszystkim członkom załogi za życzliwe i uprzejme traktowanie żołnierzy piechoty morskiej w trakcie rejsu. My, niefrontowcy, zdajemy sobie sprawę, że to wasza odważna i twarda załoga wygrywa wojnę na Pacyfiku. Wy, marynarze, potraficie zbliżyć się do japońskiej wyspy na mniej niż 15 kilometrów, tym samym ryzykując swym cennym życiem. Ależ jesteście mężni!23

Desanty, wymagające dostarczenia przez marynarkę wojsk mających zaatakować wroga na lądzie, jak żadne inne operacje wojskowe ukazywały i pogłębiały tarcia między rodzajami sił zbrojnych. Wojna na Pacyfiku była natomiast największym, najkrwawszym oraz najbardziej kosztownym, innowacyjnym technicznie i skomplikowanym pod względem logistycznym konfliktem w historii, obfitującym w tego rodzaju przedsięwzięcia. Aby odbić obszary zajęte przez Japończyków, Sprzymierzeni musieli zajmować kolejne wyspy, przemierzając tysiące kilometrów oceanu w dwóch wielkich równoległych ofensywach po obu stronach równika. Armia, marynarka i piechota morska musiały utrzymywać stałą i złożoną współpracę. Popełniono liczne błędy i starano się wyciągnąć z nich jak najwięcej wniosków. Jednak nawet wtedy, gdy operacje kończyły się sukcesem, spory pozostawiały po sobie rany, których nie zabliźniło nawet zwycięstwo.

13 CZERWCA, DOWIEDZIAWSZY SIĘ o zwycięstwie w bitwie o Midway, brytyjski premier Winston Churchill napisał do Roosevelta: "To odpowiedni moment, bym najserdeczniej pogratulował panu wspaniałych amerykańskich triumfów na Pacyfiku, które zdecydowanie zmieniły układ sił w wojnie morskiej. Wszystkiego dobrego dla pana i przyjaciół"24.

Nawet w sztampowym telegramie z gratulacjami Churchill ostrożnie dobierał słowa. Bitwa "zmieniła układ sił" w wojnie na Pacyfiku, lecz nie stanowiła przełomu. Nippon Kaigun utraciła lotniskowce Hiry?, S?ry?, Kaga i Akagi wraz z wszystkimi ich samolotami, a ponad 3000 doświadczonych oficerów, marynarzy i lotników zginęło w walce. Mimo to Japonia zachowała przewagę liczebną w większości klas okrętów i samolotów. Połączona Flota wciąż posiadała pięć lotniskowców wobec czterech amerykańskich, a kilka kolejnych było w budowie. Nie licząc krążownika Mikuma, zniszczonego podczas działań oczyszczających dwa dni po zatopieniu lotniskowców, japońskie siły nawodne wyszły z walk bez szwanku. Pod Midway siły cesarskie nie utraciły żadnego ze swych potężnych pancerników, okrętów podwodnych, niszczycieli, łodzi latających czy niezwykle skutecznych, bazujących na lądzie średnich bombowców. Jedynie około 110 zaprawionych w boju lotników morskich nie przeżyło bitwy. Inni utracili swe samoloty, ale znaczna liczba nowych maszyn wciąż zjeżdżała z linii montażowych w Nagoi, Yokosuce, Musashino i Kure. Midway nie osłabiło agresji i energii, z jaką Japończycy prowadzili ofensywę na południowym Pacyfiku. Ich siły morskie, lądowe i powietrzne bazujące w Rabaulu na Nowej Brytanii posuwały się na południe i wschód. Siły alianckie w okolicy nieustannie pozostawały w defensywie.

Dwa tygodnie po bitwie o Midway admirał King wybrał się z Waszyngtonu do Annapolis, aby przemówić do 611 midszypmenów kończących w 1942 roku studia w Akademii Marynarki Wojennej. Ich rocznik był największym w 97-letniej historii uczelni. Naukę skrócono im o rok, z czterech do trzech lat, z powodu rosnącego zapotrzebowania marynarki na nowych oficerów. Z mównicy w Sali Dahlgrena admirał ostrzegł młodych mężczyzn, że zostaną rzuceni w wir "największej wojny w historii", wymagającej "nieustannych trudów, wielkiego cierpienia i poświęceń, jakich ten kraj jeszcze nie zaznał"25.

King, najpotężniejszy admirał w amerykańskiej historii, jako pierwszy piastował jednocześnie dwa najważniejsze stanowiska w marynarce: naczelnego dowódcy Floty Stanów Zjednoczonych (COMINCH) oraz szefa operacji morskich (CNO). Był wysokim, ciemnowłosym mężczyzną o wąskiej twarzy i wyraźnym podwójnym podbródku. Wywodził się z klasy robotniczej, czym wyróżniał się pośród kolegów. Urodził się i wychował w Lorain w stanie Ohio, gdzie jego ojciec pracował jako brygadzista w warsztacie kolejowym.

King był bardziej szanowany niż lubiany. Gardził tradycyjnym poczuciem przynależności do elitarnego kręgu, łączącym absolwentów Annapolis. Za osobisty cel postawił sobie oczyszczenie służby z ludzi, których uznał za opieszałych lub nieudolnych. Według jego adiutanta admirał potrafił zaakceptować w oficerze "prawie wszystko poza niekompetencją, lenistwem i gadatliwością"26. King był tak bezpośredni, że aż nieprzyjemny. Nie próbował nawet kryć wstrętu wobec tych, którzy mu się przeciwstawiali. Po wojnie generał Marshall stwierdził: "Miałem problem z Kingiem, ponieważ zawsze się na wszystkich boczył. Był nieustannie wredny"27. W prywatnym dzienniku z czasów wojny generał Dwight D. Eisenhower wyraził się podobnie, lecz nie tak delikatnie: "Jedną rzeczą, która może nam pomóc w odniesieniu zwycięstwa, jest zastrzelenie Kinga. Ten człowiek to antyteza współpracy. Jest umyślnie nieuprzejmy, co oznacza, że lubi znęcać się psychicznie"28.

Brytyjscy szefowie sztabów często podejrzewali Kinga o spiskowanie w celu przekierowywania sił z Europy na Pacyfik. Generał sir Alan Brooke, szef brytyjskiego Imperialnego Sztabu Generalnego, zanotował w dzienniku podczas konferencji w Casablance na początku 1943 roku:

King (...) to przebiegły i nieco zarozumiały typ. Jego wizja ogranicza się głównie do Pacyfiku. Jakakolwiek operacja zakładająca skierowanie w inne miejsce sił dostępnych na Pacyfiku nie spotka się z jego wsparciem czy aprobatą. Nie podchodzi do problemu z ogólnoświatowego punktu widzenia. Zamiast tego interesuje się wyłącznie Pacyfikiem. Choć twierdzi, że popiera fundamentalną strategię pokonania w pierwszej kolejności Niemiec, by następnie zwrócić się przeciwko Japonii, nie stosuje się do niej w przypadku wszelkich związanych z wojną problemów29.

Prawda była bardziej zniuansowana. King nigdy nie kwestionował sensu przyjętej przez Aliantów strategii "najpierw Europa" (ustalonej na początku 1941 roku i potwierdzonej po ataku na Pearl Harbor), wedle której główne wysiłki należało skierować przeciwko Niemcom. Na froncie wschodnim Wehrmacht prowadził najbardziej niszczycielską kampanię lądową w historii. Gdyby zwyciężył, doprowadzając Rosję do upadku lub zmuszając ją do kapitulacji, Hitler mógłby przenieść do Europy Zachodniej sto lub więcej dywizji. Z kolei pokonanie Niemiec musiało doprowadzić do nieuchronnej klęski Japonii i Włoch.

Strategia "najpierw Europa" (lub "najpierw Niemcy"), stanowiąca jedynie abstrakcyjną deklarację, pozostawiała bez odpowiedzi ogrom drugorzędnych pytań. Na Pacyfik miała trafić mniejsza część alianckich sił, ale jaki dokładnie ich procent? 10? Czy może około 30? Co oznaczało "obronę" przed wrogiem mogącym zaatakować w każdym punkcie rozległego oceanicznego frontu? Na morzu nie było stanowisk strzeleckich, okopów i fortyfikacji. Mimo porażki w bitwie o Midway Japonia wciąż zagrażała alianckim terytoriom na południowym Pacyfiku. Przed ustabilizowaniem sytuacji na teatrze działań wojennych nie istniała szansa na hipotetyczne powstrzymywanie przeciwnika, o jakim napisano w dokumentach planistycznych Sprzymierzonych. Niebezpieczeństwo było bliskie, a potrzeba przeciwstawienia się mu konieczna.

Wiosną 1942 roku King zaczął naciskać kolegów, żeby wzmocnili trasę morską łączącą Amerykę Północną z Australią. Zdawał sobie sprawę z niedoboru żołnierzy, statków transportowych i wszelkiego rodzaju sprzętu wojskowego. Wiedział też, że jego plany mogą utrudnić kampanię przeciwko Niemcom. Pozostałym szefom sztabów powiedział, że kryzys na południowym Pacyfiku "wymaga z pewnością najpilniejszych działań i trzeba mu się przeciwstawić niezwłocznie. Pomijając ideę wszelkich przyszłych ofensyw na tym teatrze, musimy się upewnić, że zdołamy utrzymać nasze obecne pozycje"30. Raz po raz nakierowywał dyskusję na potrzebę posiadania "silnych punktów", zwłaszcza na Samoa, Fidżi, Nowej Kaledonii, Nowych Hebrydach i Tonga31. Wyspy te można było utrzymać tylko poprzez wzmocnienie ich dużymi garnizonami, samolotami oraz robotnikami i wyposażeniem do budowy lotnisk. 12 maja King poprosił Marshalla o przeniesienie trzech grup bombowych US Army, razem z obsługą naziemną, częściami zamiennymi, paliwem i amunicją, z Australii i Hawajów na Nową Kaledonię, Efate i Fidżi32.

Jak zwykle Kinga nie satysfakcjonowała wyłącznie statyczna obrona. Po skoncentrowaniu odpowiednich sił w sieci umocnionych punktów na południowym Pacyfiku Sprzymierzeni powinni przejść do bardziej ambitnego programu kontrofensywy na północny zachód z baz na Nowych Hebrydach przez Wyspy Salomona do Archipelagu Bismarcka. Miała ona zostać przeprowadzona "krok po kroku, w taki sam sposób, w jaki Japończycy posuwali się na Morzu Południowochińskim"33. 24 czerwca King z wyprzedzeniem poinformował o rozważanej ofensywie admirała Chestera W. Nimitza, naczelnego dowódcę Floty Pacyfiku (CINCPAC). Nimitz miał zgromadzić siły morskie i powietrzne na potrzeby "opanowania i początkowej okupacji Tulagi oraz okolicznych wysp"34. Następnego dnia King dodał, że ofensywa powinna rozpocząć się "około 1 sierpnia"35.

Pięć tygodni do największego desantu morskiego od czasu Gallipoli? Na jednym z najsłabiej rozwiniętych i najmniej dostępnych teatrów działań wojennych? Przez kilka ostatnich miesięcy King nakłaniał szefów sztabów i Biały Dom do ofensywy na Wyspach Salomona, ale ani razu nie dał do zrozumienia, że miałaby ona rozpocząć się już w sierpniu. Data ta sprawiała wrażenie nierealistycznie wczesnej.

Odpowiedzialność za pokierowanie przedsięwzięciem miała spaść na admirała Roberta L. Ghormleya, który niedługo wcześniej otrzymał posadę dowódcy Sił Południowego Pacyfiku (COMSOPAC). Dotarł on jednak na teatr działań wojennych zaledwie przed pięcioma tygodniami, stając na czele zupełnie nowego związku. W tym czasie przebywał w nowozelandzkim Auckland; nie zdołał jeszcze zebrać sztabu ani utworzyć stałej kwatery głównej. Absorbowały go skomplikowane kwestie logistyczne i nawet nie otrzymywał wiadomości na czas, a to z powodu "niedoświadczenia radiowców i szyfrantów"36.

Uwagę Ghormleya w głównej mierze zaprzątał problem paliwa. Z Ameryki Północnej wysłane zostały wyczarterowane tankowce, przewożące pół miliona baryłek z ropą. Admirał miał też otrzymać trzy tankowce marynarki w ramach bieżących uzupełnień. Dysponował niedużymi suchymi dokami w Auckland i Wellington na nowozelandzkiej Wyspie Północnej, lecz wszelkie poważniejsze uszkodzenia większych jednostek wymagały napraw w Pearl Harbor lub Ameryce Północnej. Na północ od Nowej Zelandii nie posiadano natomiast żadnej infrastruktury do przechowywania większej ilości paliwa. Zapas amunicji każdego kalibru był niebezpiecznie skromny. Dowódca lotnictwa południowego Pacyfiku (COMAIRSOPAC) kontradmirał John S. "Slew" McCain zajmował się syzyfową pracą budowania pasów startowych na odciętych od świata tropikalnych wyspach, na których jedynym ewentualnym surowcem było drewno i orzechy kokosowe. Jednostka, która miała wylądować na Wyspach Salomona, 1. Dywizja Piechoty Morskiej generała majora Alexandra Archera Vandegrifta, przed niespełna miesiącem opuściła obóz szkoleniowy w New River w Karolinie Północnej. Dwie trzecie jej żołnierzy wciąż znajdowało się na morzu w drodze do Nowej Zelandii. Obiecano im dodatkowe sześć miesięcy ćwiczeń, zanim wezmą aktywny udział w działaniach wojennych. Dywizja wciąż nie rozpoczęła też gigantycznych przygotowań logistycznych, jakich wymagał desant morski37.

Operacja Pestilence, bowiem taki kryptonim przypisano pierwszej próbie wyrwania terytorium z rąk Japończyków, szybko zakończyłaby się fiaskiem bez wsparcia z baz morskich i lotniczych rozmieszczonych na wschód od Wysp Salomona. Kingowi zostało pięć tygodni do dnia rozpoczęcia działań, a wspomniane bazy wciąż nie istniały. Numea, stolica znajdującej się pod kontrolą Wolnych Francuzów Nowej Kaledonii, posiadała zdatne do użytku lotnisko oraz sporych rozmiarów port z podstawową infrastrukturą. Leży jednak aż 1600 kilometrów na południowy wschód od Guadalcanal, zbyt daleko, aby zapewniać stamtąd bezpośrednie wsparcie powietrzne. Dalej na północ, w południowej części Nowych Hebrydów, batalion piechoty morskiej stacjonował na wyspie Efate; trwała tam budowa pasa startowego dla myśliwców. Efate położone jest 1300 kilometrów na południowy wschód od Guadalcanal, również zbyt daleko, aby spełnić wymieniony wyżej cel. Potrzebowano bazy morskiej i lotniska na odległych północnych krańcach Nowych Hebrydów, w promieniu 1000 kilometrów od Guadalcanal. Rozpoznając okolicę z powietrza, admirał McCain przyjrzał się wyspie Espiritu Santo, największej w swej grupie. Dostrzegł gęsto zalesioną równinę wtuloną pomiędzy porośnięte dżunglą wzgórza. Znajdowała się niedaleko w głębi lądu, blisko kanału Segond i dobrego naturalnego portu. Musiała wystarczyć.

Kapitan M.B. Gardner, szef sztabu McCaina, powiedział później na spotkaniu oficerów w Waszyngtonie: "Od każdego, kto ma ustanowić wysuniętą bazę na wyspach południowego Pacyfiku, powinno wymagać się przeczytania Robinsona Crusoe. Nie ma tam od czego zacząć, jest tylko dżungla"38. Gorączkowy, trwający miesiąc wyścig z czasem o wyrąbanie 1800-metrowego pasa startowego dla bombowców na Button (kryptonim Espiritu Santo) ukazał skalę wyzwań czekających na południowym Pacyfiku na bataliony budowlane (seabees). Cały potrzebny sprzęt i zapasy sprowadzono statkami do kanału Segond, ale tamtejszy port nie posiadał nabrzeży, magazynów i żurawi. Ciężkie wyposażenie musiano dostarczać na plaże barkami. Beczki z paliwem były spuszczane z pokładów i "płynęły" do plaż, gdzie dźwigano je ręcznie na ciężarówki i wieziono do jednego z ponad dwóch tuzinów ukrytych składów. Maty Marstona, blachy z perforowanej stali, które kładziono na pasach startowych, przywożono w ogromnych 2,5-tonowych zwojach; do dostarczania ich na plaże musiano używać barek do transportu czołgów. Kiedy 28 lipca do Santo dotarł niszczyciel USS Dale, jego załoga spodziewała się zastać tam bazę morską z prawdziwego zdarzenia, lecz przez kilka godzin nie mogła nawet znaleźć kotwicowiska. "Nie mogliśmy się połapać, gdzie powinniśmy płynąć, więc krążyliśmy powoli wokół wyspy. W końcu obserwator dostrzegł kilka masztów wystających ponad czubkami palm. Opłynęliśmy cypel, znajdując wejście do niewielkiej zatoki"39.

Prymitywne warunki wymagały użycia dużej liczby ludzi, która sama z siebie tworzyła kolejne problemy logistyczne. Całą żywność, odzież i zapasy medyczne musiano sprowadzać bezpośrednio ze Stanów Zjednoczonych. Powszechnie występująca malaria sprawiała, że potrzebowano baraków z blachy falistej albo przynajmniej domków namiotowych z siatkowymi zasłonami.

Przez miesiąc 35 operatorów sprzętu z jednostki seabees i żołnierze z afroamerykańskiej kompanii budowlanej toczyli walkę z dżunglą. Praca trwała całą dobę, w nocy w świetle reflektorów. Seabees kierowali ciągnikami, buldożerami i walcami, a piechurzy mieli siekiery i łopaty. Ciężarówki i maszyny do robót ziemnych często stały bezczynnie z powodu braku pojedynczych, drobnych części; aby je dostać, konieczne było wysłanie wodnosamolotu na Efate lub do Numei. Dokonując desperackich wysiłków, prace ukończono 28 lipca, w ostatecznym terminie wyznaczonym przez McCaina. Pierwsza eskadra B-17 przyleciała następnego dnia. Musiała zostać zatankowana ręcznie, a każdy z wielkich czterosilnikowych bombowców pochłaniał 50 beczek paliwa (minął prawie rok, zanim bazę wyposażono w duże zbiorniki na paliwo lotnicze i rurociąg biegnący do portu). Wodnosamoloty mogły operować z kanału Segond, jednak aż do końca lipca nie posiadano dla nich żadnego tendera. Port nie był broniony przez miny ani sieci przeciwtorpedowe. Zespoły robotnicze doprowadzono do stanu wycieńczenia, były "wymęczone malarią i potrzebowały odpoczynku"40.

14 CZERWCA WAKEFIELD - niegdyś luksusowy liniowiec, a obecnie brudny i zatłoczony transportowiec wojskowy - wpłynął do portu Wellington na Nowej Zelandii. Na pokładzie znajdował się generał Vandegrift, większość jego sztabu i pierwszy rzut 1. Dywizji Piechoty Morskiej. Rejs był wyczerpujący. Wakefield był nieodpowiednio zaopatrzony i ludzie musieli przeżyć na uszczuplonych racjach żywnościowych. Wielu straciło na morzu 7-9 kilogramów wagi.

Vandegrift liczył, że otrzyma czas na odpoczynek i regenerację, a potem dodatkowe sześć miesięcy szkolenia na Nowej Zelandii. 26 czerwca podczas konferencji w Auckland admirał Ghormley wręczył mu jednak bez słów telegram Kinga z 24 czerwca, informujący, że niebawem nadejdą rozkazy desantu morskiego na Wyspy Salomona. Dzień "D" wyznaczono na 1 sierpnia. Vandegrift oniemiał. "Nie mogłem w to uwierzyć - wspominał. - Raz jeszcze przeczytałem napisany na maszynie tekst. Nie było mowy o pomyłce"41.

Większość żołnierzy 1. Dywizji zaciągnęła się zaraz po ataku na Pearl Harbor. W zakresie desantu z morza nie przeszli żadnego szkolenia lub jedynie nieznaczne. Dwie trzecie jednostki przebywało na Samoa albo wciąż na morzu. Operacja Watchtower (kryptonim pierwszego etapu Operacji Pestilence, czyli zajęcia Tulagi i Guadalcanal) zakładała, że za pięć tygodni nowicjusze ci trafią na zajęte przez wroga wyspy. Zgodnie z wiedzą posiadaną przez Vandegrifta plaże miały być umocnione i bronione przez tych samych zaprawionych w boju weteranów, którzy pokonali Brytyjczyków na Malajach, a Holendrów w Indiach Wschodnich. Wyposażenie, broń i zapasy spoczywały w skrzyniach w ładowniach siedmiu statków transportowych. Musiano je wyładować, na nowo posortować i przenieść do mniejszych jednostek szturmowych, żeby były gotowe do użycia w walce. Tworzyło to kolosalny problem logistyczny, którego rozwiązanie mogło wymagać ponad miesiąca42. Vandegrift nie wierzył, że operacja jest wykonalna, a na pewno nie 1 sierpnia. Ghormley był nastawiony jeszcze bardziej pesymistycznie: "Nie wiem, czy w ogóle będziemy w stanie wylądować. Skonsultuję się w tej sprawie z MacArthurem"43.

Telegram Kinga nie przyszedł w formie jednoznacznego rozkazu. COMINCH napisał jedynie, że "następujące ustalenia są rozważane", a Nimitz powinien się należycie "przygotować"44. King usiłował przekonać do operacji szefów sztabów, zmagając się z obiekcjami MacArthura, który sam chciał pokierować całym przedsięwzięciem. Po kilku rundach ożywionych sporów i twardych negocjacji Marshall wyraził zgodę na trzyetapową ofensywę przez Wyspy Salomona i Nową Gwineę ze zwieńczeniem w postaci zdobycia Rabaulu. Rozkazy wydano 2 lipca. Zadanie pierwsze: "opanowanie i okupacja wysp Santa Cruz, Tulagi i okolicznych pozycji", miało pozostać pod nadzorem Nimitza i jego dowódcy na podteatrze działań, admirała Ghormleya45 (King zmienił później wyrażenie "okoliczne pozycje", wyszczególniając wyspę Guadalcanal). Zadanie drugie i trzecie, obejmujące zajęcie japońskich lotnisk na północno-wschodnim wybrzeżu Nowej Gwinei, a następnie zdobycie i okupację Rabaulu, spadło na barki generała MacArthura. Aby obszar związany z zadaniem pierwszym leżał w całości w strefie odpowiedzialności Ghormleya, linię demarkacyjną między rejonami SOPAC (południowym Pacyfikiem) i SOUWESTPAC (południowo-zachodnim Pacyfikiem) przesunięto o jeden stopień na zachód, na długość geograficzną 1590E, żeby omijała zachodni kraniec Guadalcanal.

Instynkt nakazywał Ghormleyowi odwołać Operację Pestilence albo przynajmniej ją odroczyć. W kwestii tej znalazł tymczasowego sojusznika w postaci MacArthura. Miesiąc wcześniej władczy generał zaproponował przeprowadzenie bezpośredniego uderzenia na Rabaul. Poprosił przy tym, aby pod jego komendę przeniesiono z Floty Pacyfiku siły zadaniowe z dwoma lotniskowcami (propozycję odrzucił King). Teraz Ghormley odkrył, że generał chce przyłączyć się do opozycji wobec bardziej okrężnej ofensywy, jaką zakładał plan Operacji Pestilence.

W następstwie pospiesznej konferencji w Melbourne MacArthur i Ghormley wspólnie wysłali długi telegram do Waszyngtonu, proponując, żeby operację "przełożono na później". Swoje zdanie uzasadniali brakiem odpowiednio wyszkolonych w desantach morskich żołnierzy, niedoborem statków transportowych oraz zbyt małą liczbą bazowych bombowców i myśliwców. Stwierdzili, że japońskie samoloty rozpoznawcze zapewne wykryją zbliżające się siły inwazyjne, toteż "osiągnięcie zaskoczenia jest mało prawdopodobne". Flota i wspierające ją grupy lotniskowcowe musiały pozostać w okolicy przez jeden do czterech dni. W tym czasie byłyby "narażone na ciągłe ataki nieprzyjacielskiego lotnictwa oraz okrętów nawodnych i podwodnych", w związku z czym groziło im "zniszczenie przez przeważające siły". Dwaj dowódcy zalecili, aby Operacja Pestilence została odroczona do momentu zgromadzenia w regionie większych sił morskich, powietrznych i lądowych46.

King był rozczarowany Ghormleyem i wściekły na MacArthura. "Chciałbym zauważyć - poskarżył się Marshallowi - że mniej więcej trzy tygodnie temu MacArthur twierdził, jakoby (...) był zdolny uderzyć prosto na Rabaul. Teraz, w obliczu konkretnych aspektów tego zadania, uznał, że nie jest w stanie podjąć się nie tylko wydłużonej operacji, ale nawet samych działań przeciwko Tulagi"47.

King nie zamierzał rozważać przesunięcia w czasie Operacji Pestilence, ale zaoferował listek figowy w postaci dodatkowych sił morskich i logistycznych do jej wsparcia. W ich skład weszły lotniskowcowe siły zadaniowe utworzone wokół okrętów Enterprise, Wasp i Saratoga, a także jednostki logistyczne, w tym tankowce i transportowce. "Biorąc pod uwagę te i inne czynniki, [szefowie sztabów] nie zamierzają odwoływać trwających już przygotowań do wykonania zadania pierwszego"48.

GENERAŁ VANDEGRIFT I JEGO SZTABOWCY przenieśli się do hotelu Cecil w centrum Wellington, niegdyś eleganckiego, a teraz obskurnego budynku, przekazanego do ich wyłącznego użytku. Czekało ich onieśmielające zadanie przygotowania planu operacji. W Korpusie Piechoty Morskiej analizowaniu i planowaniu desantów morskich poświęcano większą uwagę niż w jakiejkolwiek innej organizacji wojskowej na świecie. Doskonale zdawano sobie sprawę ze związanego z nimi ryzyka. Lądowanie na nieprzyjacielskim brzegu stanowiło najniebezpieczniejsze ze wszystkich militarnych przedsięwzięć. Aby być pewnym zwycięstwa, atakujący musiał posiadać zdecydowaną przewagę, w tym pełną kontrolę na morzu i w powietrzu. Desant należało poprzedzić potężnym ostrzałem pozycji wroga, a następnie szybko dostarczyć na plaże wojska lądowe i ciężką broń. Osiągnięcie zaskoczenia znacznie zmniejszało początkowe niebezpieczeństwo. Jednak nawet jeśli pierwsze uderzenie kończyło się sukcesem, atakujący musiał być nieustannie zaopatrywany drogą morską i dysponować solidną osłoną z powietrza. Ghormley i MacArthur wątpili, czy warunki te da się zagwarantować. Dlatego też przelali swe zastrzeżenia na papier. King, znajdujący się na drugim krańcu świata, uparł się na przeprowadzenie operacji zgodnie z harmonogramem sprawiającym wrażenie niemożliwego do zrealizowania.

Poważne problemy, przed którymi stanęła piechota morska, z łatwością mogły wywołać dogłębny pesymizm. Vandegrift wiedział, że morale się kruszy, dlatego też nie tolerował żadnych rozmów o negatywnym wydźwięku. Był rodowitym Wirgińczykiem, mężczyzną średniego wzrostu, o przerzedzających się włosach i pomarszczonej szyi, pod względem charakteru sympatycznym i łagodnym. Odznaczał się opanowaniem i niewzruszoną postawą nawet w wielkim stresie. Cecha ta sprawiła, że koledzy z Korpusu Piechoty Morskiej nadali mu pseudonim "Słoneczny Jim". Jak wspominał pewien oficer sztabowy, gdy tylko stało się jasne, że Operacja Watchtower jest nieuchronna, Vandegrift "odmówił jakichkolwiek pogaduszek na temat jej zalet. Każdy, kto je kwestionował, spotykał się z natychmiastowym upomnieniem (...). Vandegrift odrzucał wszelki sceptycyzm i zastrzeżenia co do otrzymanych przez nas rozkazów. Tych, którzy je wyrazili, traktował ze słuszną i zawziętą pogardą"49.

O Wyspach Salomona nie wiedziano prawie nic. Zdjęcia lotnicze regionu, przesłane z kwatery głównej MacArthura w Melbourne, zostały skierowane w nieodpowiednie miejsce i zaginęły w teczce w sztabie Ghormleya. Na stole rozłożono nieliczne posiadane mapy, ale te były za stare lub sporządzone w za dużej skali, by okazały się przydatne. Na jednej z nich nazwę Guadalcanal zapisano błędnie jako "Guadalcanar"50. Rzeki mylnie identyfikowano lub umieszczano w niewłaściwych miejscach. Mapy morskie przekazane przez US Navy miały już kilka dekad i zawierały niewiele informacji na temat wystających fragmentów raf koralowych.

Marines ogłosili, że chcieliby porozmawiać z każdym, kto posiada wiedzę z pierwszej ręki na temat wysp. Nowozelandczycy zdołali zebrać kilku uchodźców, którzy tam mieszkali i pracowali przed japońską inwazją. Charles Widdy, były zarządca plantacji Lever Brothers, wykonał z pamięci prosty odręczny szkic, ukazując na nim rozmieszczenie rowów, mokradeł, wzgórz, ogrodzeń z drutu kolczastego, trawiastych równin, palm kokosowych i rzek. Jednakże, jak zresztą większość Europejczyków, Widdy trzymał się głównie wybrzeża i niewiele wiedział o wnętrzu wyspy. Nawet jeśli jego pamięć nie szwankowała, to odległości i skala pozostawały jedynie domysłami.

Wyraźnie potrzebowano rozpoznania z powietrza. Pułkownik Merrill B. Twining postanowił przelecieć armijnym B-17 nad cieśniną Savo. Spoglądając w dół z wysokości 900 metrów, dostrzegł i sfotografował rozległe rafy koralowe w lazurowych wodach na południe od Tulagi. Gdy samolot odbił na południe w stronę północnego wybrzeża Guadalcanal, Twining z ulgą zobaczył, że sytuacja wygląda tam znacznie lepiej. Ciemnoniebieska woda sięgała niemal samego brzegu, a wzdłuż plaż nie dało się zauważyć żadnych japońskich fortyfikacji. Trzy wodnosamoloty myśliwskie wroga zaczęły nękać wytrzymały bombowiec, ale ten ukrył się w warstwie chmur i bezpiecznie wrócił do Port Moresby na Nowej Gwinei.

Napięty harmonogram ustalony przez Kinga wymagał nieustających o każdej porze dnia i nocy przygotowań logistycznych. Zapasy 1. Dywizji, amunicję i ciężki sprzęt pospiesznie ładowano na statki płynące z Norfolk, Nowego Orleanu, San Francisco i San Diego. Wszystko musiano wyładować na nabrzeża w Wellington, a następnie posortować, zapakować ponownie i umieścić na mniejszych jednostkach transportowych, używanych podczas desantu. Skala tych prac nie miała precedensu.

Wellington, pełne wdzięku angielskie miasto otoczone zielonymi wzgórzami, posiadało najlepszą infrastrukturę portową na obszarze SOPAC. Keja Aotea, największa w porcie, mogła przyjąć pięć dużych jednostek. Nabrzeże było wystarczająco duże, by umieścić na nim stosy skrzyń i ukryć je pod brezentem. Wczesna nowozelandzka zima przyniosła jednak zimne deszcze i porywiste wiatry. Kartonowe pudła rozpadały się pod wpływem gwałtownych opadów, przez co znajdująca się wewnątrz sucha żywność zamieniała się w niemożliwą do odratowania papkę. Większość należących do dywizji świeżych jajek, mięsa i produktów mlecznych zepsuła się z powodu braku odpowiedniego chłodzenia.

Dokerzy w Wellington byli zrzeszeni w związku o cechach niemalże bojówki. Zarządzał nimi dyrektor portu, który praktycznie nie krył wrogości wobec Amerykanów. Robotnicy nabrzeżni ("wharfies") znajdowali się nieustannie na granicy strajku i często odmawiali pracy z niejasnych przyczyn. Nie zwracali uwagi na sugestie, aby zaczęli pracować w wojennym tempie, ignorowali też wszelkie wzmianki o niebezpieczeństwie ze strony Japończyków. Robili sobie przerwy na poranną i popołudniową herbatę oraz na papierosy. Na pomysł kontynuowania pracy po zwyczajowym fajrancie reagowali śmiechem. Schodzili z nabrzeży, gdy tylko zaczynało padać, niekiedy tłumacząc, że nie przynieśli swoich "macintoshów". Przerwy trwały zwykle krótko, przeważnie mniej niż godzinę, zdarzały się jednak irytująco często. W jednym 24-godzinnym okresie "wharfies" zaprzestali pracy 14 razy. Większość obowiązków dokerów wykonywali sami marines. Pracowali nieustannie, w nocy przy świetle reflektorów, i nie zatrzymywali się nawet w ulewnym deszczu. Jeden z żołnierzy ku swej aprobacie dostrzegł na murze w Wellington napis: "Wszyscy wharfies to sukinsyny"51.

OD SAMEGO POCZĄTKU PLANOWANIE zbliżającego się przedsięwzięcia utrudniała dziwna i niepraktyczna struktura dowodzenia. Admirał Ghormley, któremu King powierzył odpowiedzialność za Operację Watchtower, miał pozostać na brzegu, w swej kształtującej się dopiero kwaterze głównej w Numei. Komendę nad całością sił ekspedycyjnych na morzu otrzymał od niego wiceadmirał Frank Jack Fletcher. Przybył on na południe na czele sił zadaniowych z lotniskowcami Enterprise i Saratoga (trzeci lotniskowiec, Wasp, znajdował się w drodze ze Stanów Zjednoczonych, ale wymagał kilkudniowych napraw w Tongatabu)52. Grupy lotniskowcowe Fletchera (61. Siły Zadaniowe) miały zmiękczyć opór na plażach intensywnymi atakami bombowymi i z broni pokładowej, a także zapewnić osłonę myśliwską, przechwytując wszelkie zbliżające się japońskie maszyny. Zadanie krążowników i niszczycieli z 62.6. Grupy Zadaniowej, dowodzonej przez kontradmirała Victora A.C. Crutchleya z Royal Australian Navy, polegało na ostrzelaniu plaż przed lądowaniem. Siły powietrzne MacArthura, operujące z Port Moresby, miały uderzyć na Rabaul i inne japońskie lotniska w regionie, aby powstrzymać wroga od nieuchronnego ataku na wojska inwazyjne. Zdecydowano, że przed wypłynięciem ku Wyspom Salomona flota zbierze się w rejonie Fidżi i przeprowadzi próbne lądowanie na wyspie Koro na południu archipelagu. Dzień D ("Dog-Day") ustalono na 7 sierpnia, niecały tydzień po pierwotnej dacie podanej przez Kinga.

Na czele sił desantowych Operacji Watchtower (62. Sił Zadaniowych) King postawił członka własnego sztabu, admirała Richmonda Kelly'ego Turnera, od 1940 roku kierującego Wydziałem Planów Wojennych US Navy. Turner, podobnie jak King, należał do niezwykle zdolnych, lecz drażliwych ludzi. Był niskim, łysiejącym mężczyzną z grubymi czarnymi brwiami, noszącym okulary w stalowych oprawkach. Łatwo się irytował i często podnosił głos. "Kurde!" stanowiło jego ulubione wyrażenie. Cechował się niewyczerpaną energią i oczekiwał, że koledzy i podkomendni dorównają mu pod względem tempa. Posiadał bystry analityczny umysł, co przyznawali nawet jego krytycy. Nie reagował jednak dobrze na krytykę, nawet gdy została wyrażona w dobrej wierze. Turner rzadko chwalił ludzi za porządnie wykonaną pracę, ale skwapliwie zrzucał winę na innych, zwłaszcza gdy wszystko wskazywało, że leży ona po jego stronie. W swych przemowach często przechodził w napastliwy, pouczający ton, bardziej odpowiedni dla prawnika na sali sądowej niż admirała. Cechy te sprawiły, że zyskał pseudonim "Okropny Turner".

Przygotowując plany Operacji Watchtower, Turner wolałby zacząć z pustą kartką, lecz dotarł na Nową Zelandię dopiero w połowie lipca, zaledwie tydzień przed dniem, w którym flota musiała wypłynąć, chcąc zdążyć przed terminem wyznaczonym przez Kinga. W efekcie musiał pracować w oparciu o wstępny plan sporządzony przez sztab Vandegrifta.

22 lipca siły zadaniowe wypłynęły z Wellington, tworząc długą kolumnę statków transportowych z wojskiem i zaopatrzeniem, osłanianą przez krążowniki i niszczyciele. Po czterech dniach rejsu po spokojnym morzu dotarły do wyznaczonego punktu zbiórki, 590 kilometrów na południe od Fidżi. Jednostki kołysały się na falach, a silniki zmniejszały obroty. Po południu nowe maszty i nadbudówki zaczęły wyłaniać się zza horyzontu ze wszystkich kierunków. Doświadczeni marynarze wskazywali i identyfikowali typy lub nazwy okrętów: krążowników, niszczycieli, transportowców, trałowców i tankowców floty. Dostrzegali też (co najbardziej podnosiło na duchu żołnierzy piechoty morskiej) wielkie, przypominające pudła sylwetki lotniskowców. Niebo patrolowały myśliwce Grumman. W pobliżu Enterprise'a dało się dojrzeć jeszcze rzadszy widok - pancernik North Carolina. "Nic nie może równać się z uczuciem, jakiego doznaliśmy, gdy po raz pierwszy ujrzeliśmy siły zadaniowe wyłaniające się zza horyzontu z lotniskowcem wspieranym przez krążowniki i niszczyciele", wspominał major Justice Chambers z 1. Batalionu Raiders. Po raz pierwszy od czasu opuszczenia Stanów Zjednoczonych żołnierze piechoty morskiej zdali sobie sprawę: "Bez względu na to, gdzie się udajemy, będzie nam towarzyszyło wielu przyjaciół"53.

Aby zachować tajemnicę i możliwość skrytego podejścia przeciwnika, pilnowano, by nikt niezaangażowany bezpośrednio w planowanie Operacji Watchtower nie wiedział, co się tak naprawdę dzieje. Według plotek 1. Dywizja miała zluzować nowozelandzki garnizon Fidżi54. Olbrzymi i majestatyczny pokaz potęgi morskiej w postaci floty złożonej z 82 jednostek, największej, jaką zgromadzono do tej pory w wojnie na Pacyfiku, sugerował jednak, że zbliża się poważna operacja. "Armada zajmowała olbrzymią połać morza, rozciągając się daleko, jak okiem sięgnąć - wspominał pilot z Enterprise'a. - Wszystkich na pokładzie ekscytowała perspektywa udziału w czymś, co wyglądało na pierwszą dużą amerykańską ofensywę tej wojny"55.

Flota skierowała się ku małej wyspie Koro, gdzie Turner postanowił przeprowadzić próbę generalną. Na plaże na południu Koro spadły pociski z dział krążowników. Myśliwce Grumman F4F nadleciały z rykiem, symulując walkę i zestrzeliwanie japońskich Zero. Bombowce nurkujące z lotniskowców runęły z dużego pułapu, zrzucając 45-kilogramowe bomby na punkty oznaczone jako pozycje wroga. Jak jednak wkrótce odkryto, Koro różniła się od Guadalcanal w pewnym krytycznym aspekcie. Podczas odpływu rafy koralowe uniemożliwiały dostęp do brzegu barkom desantowym Higginsa. Pierwszy rzut, zatłoczony w pełni wyekwipowanymi żołnierzami piechoty morskiej, utknął na nich, co doprowadziło do zacięcia się śrub. Ponieważ nie posiadano zapasowych barek, Turner odwołał lądowanie.

27 lipca po południu admirał Fletcher zwołał dowódców sił zadaniowych na naradę na pokładzie okrętu flagowego, lotniskowca Saratoga. Niespokojne morze sprawiło, że przesiadka za pośrednictwem łodzi lub uprzęży stanowiła trudne, a nawet niebezpieczne przedsięwzięcie. Turner zbliżył się na niszczycielu Dewey do majaczącej sylwetki wielkiego lotniskowca. Vandegrift w towarzystwie kilku oficerów 1. Dywizji przypłynął na niszczycielu Hull. Admirała McCaina, z trudnością wchodzącego po kołyszącej się drabinie, przemoczyła fala zepsutego mleka i odpadków, wydobywająca się ze zsypu na śmieci. Do zebrania doszło w mesie oficerskiej Fletchera. Co istotne, w spotkaniu nie wziął udziału Ghormley. Reprezentował go jego szef sztabu, kontradmirał Daniel J. Callaghan.

Według kilku uczestników admirał Fletcher był w kiepskim nastroju i zaczął naradę w wybitnie niekonstruktywny sposób, nakazując opuszczenie pomieszczenia wszystkim oficerom poniżej stopnia admirała lub generała. Vandegrift ocenił, że Fletcher jest "nerwowy i zmęczony" oraz nienależycie poinformowany co do szczegółów Operacji Watchtower. Najwyraźniej uważał, że całe przedsięwzięcie jest chybionym pomysłem. "Szybko dał nam do zrozumienia, że w jego opinii nie zakończy się ono sukcesem"56. Wszyscy się zgodzili, że operacja została zorganizowana w zbytnim pośpiechu, użalając się nad brakiem czasu na skrupulatne i drobiazgowe przygotowania. Nie posiadano nawet odpowiedniej liczby egzemplarzy rozkazów Fletchera i Turnera oraz załączników do nich. Wielu oficerów sztabowych floty i dowódców okrętów musiało pracować w oparciu o notatki.

Dyskusja dotyczyła szczegółów logistycznych, uzupełniania paliwa, harmonogramu uderzeń z powietrza na Tulagi i Guadalcanal, zajęcia grupy wysp Santa Cruz oraz planowanego zluzowania piechoty morskiej przez garnizon złożony z oddziałów armii. Rozmowa stała się nieprzyjemna, gdy poruszono kontrowersyjny temat osłony desantu przez lotnictwo. Turner szacował, że dostarczenie wyposażenia, amunicji i zapasów na przyczółek wymaga czterech dni. Fletcher odparł na to krótko, że zamierza trzymać swe lotniskowce w okolicy jedynie przez dwa dni. Doszło do nerwowej debaty, w wyniku której z trudem uzyskano od Fletchera ustępstwo: lotniskowce miały zostać w pobliżu przez trzy dni. Począwszy od dnia "Dog+2" siły inwazyjne Turnera musiały radzić sobie bez osłony z powietrza. Po ustaleniu tej kwestii Fletcher zakończył konferencję i rozdrażnieni dowódcy rozeszli się. Kiedy oficerowie piechoty morskiej schodzili na łódź, którą mieli udać się z powrotem na swój okręt, Vandegrift według jednego ze sztabowców był "poważnie zaniepokojony i nie w nastroju do rozmów"57.

REJS W STRONĘ WYSP SALOMONA minął zadowalająco spokojnie58. Połączone siły zadaniowe, zygzakując w celu uniknięcia ataku nieprzyjacielskich okrętów podwodnych, popłynęły zachodnim kursem na północ od Nowej Kaledonii, docierając na Morze Koralowe. W ten sposób Guadalcanal znalazła się daleko po ich prawej burcie. Morze było nieruchome, wiatr łagodny, a nisko wiszące chmury ukrywały flotę przed japońskimi samolotami rozpoznawczymi. "Początkowo w ogóle nie przypominało mi to wojny - stwierdził Roland Smoot, dowódca niszczyciela Monssen. - Przemierzaliśmy te piękne południowe wody tak swobodnie i beztrosko, jak gdybyśmy udawali się na niedzielny piknik szkolny"59.

Na transportowcach żołnierze piechoty morskiej czyścili i smarowali karabiny, kaemy i naboje. Ładowali amunicję do pasów, mierzyli z broni, ostrzyli bagnety i noże. Wykładali swe wyposażenie na pokłady, inwentaryzowali je i przepakowywali. Zamykali plecaki, starannie umieszczali na górze zwinięte posłanie i kładli je rzędami przy grodziach. Ich rzeczy osobiste trafiały do worków marynarskich, które powierzano załogom okrętów. Każdy człowiek miał przy sobie sześć puszek z racjami żywnościowymi C, którymi mógł żywić się przez dwa dni, a także 100 sztuk amunicji przy pasie głównym i dalsze 100 przy naramiennym, dwa granaty, kilof albo łopatę (do wyboru), dwie manierki, maskę przeciwgazową, zestaw pierwszej pomocy, posłanie, ponczo, moskitierę i menażkę60. Dla zabicia czasu śpiewano, palono, grano w karty, pisano listy do domu. Noc spędzano w gorących i brudnych ładowniach, na kojach ustawionych piętrowo po cztery lub pięć. Aby uciec przed gorącem, niektórzy kładli się na pokładzie lub w łodziach ratunkowych.

5 sierpnia kolumna prowadzona przez trzy grupy lotniskowcowe skręciła na północ, rozpoczynając ostatni etap podejścia do celu. Po południu niebo się rozjaśniło i przez kilka godzin świeciło słońce. Szczęście nie opuściło Amerykanów: nie pojawił się żaden japoński samolot. Późnym popołudniem armada ponownie wpłynęła w obszar frontu atmosferycznego. Okryły ją gęste chmury i sporadyczne gwałtowne deszcze. W następne popołudnie, w dniu "Dog-1", trzy grupy lotniskowcowe Fletchera oddaliły się od reszty, aby zająć pozycje na południe od południowego wybrzeża Guadalcanal. Siły inwazyjne Turnera kontynuowały rejs na północ, w kierunku Cheetah Shoals, nieopodal wysuniętego najdalej na zachód punktu górzystej wyspy.

O godzinie 23.05 zmierzająca na północ flota podzieliła się na dwie podwójne kolumny, oddalone od siebie o niecałe 1000 metrów. Pierwsza (Grupa Transportowa XRAY) skręciła na wschód, wzdłuż północnego wybrzeża Guadalcanal. Druga (Grupa Transportowa YOKE) skierowała się na północ od stratowulkanicznego stożka wyspy Savo, a dopiero potem wykonała zwrot na wschód, w stronę Tulagi i Nggela. Noc była ciemna, a morze spokojne. Na pokładach zakazano nawet palenia papierosów. Półksiężyc wznosił się nad horyzontem na wschodzie61. Porucznik Herbert L. Merillat wspominał "napięcie unoszące się w powietrzu i całkowitą ciszę, jeśli nie liczyć równomiernego warkotu silników, delikatnego chlupotu dziobów okrętów przecinających wodę i cichego przemieszczania się ludzi po otwartych pokładach"62. Krążowniki i niszczyciele wysunęły się do przodu, przyspieszając do 27 węzłów. Płynęły wystarczająco szybko, aby słona morska woda zaczęła oblewać relingi. Przy tej prędkości okręty ukazywały swe "zęby" - długie białe fale dziobowe, widoczne nawet ciemnymi nocami. Czy japońscy obserwatorzy dostrzegą je i wzniecą alarm? Artyleria nadbrzeżna nie otworzyła ognia. Na lądzie nic się nie poruszyło. "Stała się bardzo prozaiczna rzecz - stwierdził kapitan Smoot. - Osiągnęliśmy całkowite zaskoczenie"63.

Znad relingów statków transportowych żołnierze piechoty morskiej przyglądali się majaczącej w oddali sylwetce Guadalcanal. Była to wysoka, czarna, postrzępiona bryła, z konturami ledwo widocznymi na tle nieznacznie jaśniejszego nieba. Przed świtem ludzie nie zobaczyli zbyt wiele, ale do ich nozdrzy dotarł silny fetor wilgotnej roślinności. Wstające słońce zaczęło stopniowo rzucać światło na strome, niebiesko-zielone góry, gęsto zalesione grzbiety, jasne fragmenty otwartych równin oraz pasma drzew i zarośli wijące się wzdłuż rzek w stronę wybrzeża. Przez lornetki dostrzeżono leżące zaraz za plażami wioski zamieszkałe przez rdzenną ludność, niewielkie gromady włókiennych dachów i przydomowych ogródków. Co kilka kilometrów delty rzeczne formowały przylądek. Jeden z nich, przy ujściu rzeki Lunga, leżał niedaleko na zachód od plaży Red, gdzie marines mieli zejść na brzeg. Kilka kilometrów dalej w głębi lądu znajdował się ich główny cel, niemal ukończone już lotnisko.

Żołnierzy ostrzeżono, że na plaży Red powinni spodziewać się krwawej walki. Ci, którzy przeżyją początkowy szturm, mieli przeć w głąb lądu, przekraczając rowy melioracyjne mogące pełnić funkcję okopów, forsując rzeki pod ostrzałem i nacierając przez pola porośnięte ostrą jak brzytwa trawą kunai. Zakładano, że na każdym etapie staną przeciwko nim tysiące dobrze uzbrojonych i fanatycznych Japończyków. Pewien porucznik piechoty morskiej powiedział dziennikarzowi Richardowi Tregaskisowi, że według jego przewidywań w pierwszej fali zginie co czwarty człowiek64. Mimo to morale było wysokie. Szeregowy William Rogal czuł "ścisk w żołądku, ale nie silniejszy czy bardziej intensywny od tego przed wyjściem na scenę". Bardziej od śmierci lub rany Rogal bał się hańby, "stchórzenia"65. William Manchester, szeregowy piechoty morskiej, który później zyskał sławę jako autor wspomnień i biograf, napisał: "Energia rozpierała cię niczym pod wpływem narkotyku, choć perspektywa śmierci nie wydawała się atrakcyjna"66. Nade wszystko ludzie pragnęli zejść w końcu z brudnych i zatłoczonych transportowców, które przez ponad miesiąc stanowiły ich cały świat. Pewien kapitan rezerwy, z zawodu hurtownik w Bostonie, stwierdził: "Nie denerwowałem się bardziej, niż kiedy miałem przed sobą trudne zadanie w cywilnym życiu, na przykład sprzedanie dużego zamówienia przy małym popycie"67.

O godzinie 6.13, gdy smugi szarego światła rozchodziły się ze wschodu na zachód przez pochmurne niebo, ciężki krążownik Quincy wycelował swą główną baterię w przylądek Lunga i otworzył ogień. Podmuchy wystrzałów z dział kal. 203 mm rozgarniały fale wzdłuż kadłuba okrętu. Potężne wstrząsy rozeszły się echem po cieśninie Savo, odbijając się od wzgórz okolicznych wysp. Dla pułkownika Twininga była to "niezapomniana, historyczna chwila" - pierwsze alianckie kontruderzenie w wojnie, pierwszy krok na długiej i krwawej drodze do Tokio68. Cztery krążowniki i sześć niszczycieli przyłączyło się do Quincy'ego. Zielonożółte płomienie wylotowe z luf rozświetlały morze, okręty oraz wzgórza i grzbiety pobliskich wysp. Czerwone smugacze szybowały łukiem w stronę brzegu, a potężne wybuchy zalewały blaskiem palmy rosnące wzdłuż plaż. Jeden z pocisków trafił w skład paliwa w wiosce Kukum na zachód od przylądka Lunga. W rezultacie nastąpiła gigantyczna eksplozja. Płomienie wystrzeliły na 30 metrów w górę, pojawił się słup oleistego czarnego dymu. Obserwatorzy z krążownika lekkiego San Juan z północnej grupy wsparcia ogniowego pokierowali ostrzałem Tulagi, Gavutu i Tanambogo z odległości 1800 metrów. W ciągu dwóch minut z nabrzeży pozostały jedynie dymiące szczątki.

Pięć minut po pierwszej salwie działa okrętów nagle zamilkły. Stanowiło to znak dla myśliwców Grumman F4F Wildcat, które przed świtem wystartowały z lotniskowców - teraz miały przystąpić do ataków z użyciem broni pokładowej na nieukończony pas startowy. Linie czerwonych smugaczy wystrzeliły z luf kaemów kal. 12,7 mm, po czym rykoszetowały z powrotem ku niebu, tworząc płytki, rozświetlony wzór "V"69. Szesnaście Grummanów z 71. Eskadry Myśliwskiej (VF-71) Waspa przeleciało nisko nad zatoką na południe od Nggela, dziurawiąc pociskami zapalającymi wodnosamoloty zacumowane u brzegów Tulagi i Tanambogo70. Z kilku nieprzyjacielskich łodzi latających Kawanishi i wodnosamolotów myśliwskich zostały unoszące się na wodzie, ogarnięte pożarem wraki71. Maszyny VF-71 zawróciły i przystąpiły do drugiego podejścia, siejąc zniszczenie pośród barek desantowych, barek z paliwem i stanowisk karabinów maszynowych. Bombowce nurkujące SBD Dauntless zrzuciły swe 454-kilogramowe ładunki na wyznaczone cele wzdłuż wybrzeży Guadalcanal. Kiedy wyrównały lot i skręciły na zachód, wracając na lotniskowce, krążowniki i niszczyciele ponownie otworzyły ogień.

Z pokładu McCawleya generał Vandegrift i admirał Turner przyglądali się przez lornetki trwającym działaniom. Plaże, na których miały lądować wojska, zostały oznaczone pojemnikami wytwarzającymi kolorowy dym, zrzuconymi przez wodnosamoloty z krążowników. Na Guadalcanal kolumny dymu wykwitały wzdłuż 5-kilometrowego odcinka wybrzeża między rzekami Lunga i Tenaru. Działa okrętowe i samoloty pokładowe wykonały swe zadanie: japońskie budynki, koszary, radiostacje, nabrzeża, obozy, magazyny i baterie przeciwlotnicze paliły się jasnymi płomieniami. Na brzegu nie dostrzegano żadnych błysków wystrzałów ani żołnierzy wroga. Z prowadzących rozpoznanie nad wyspą samolotów z krążowników napływały meldunki o braku aktywności nieprzyjaciela. Najwyraźniej nawet tubylcy uciekli do lasów. Vandegrift i jego sztabowcy zwrócili uwagę na imponującą bryłę góry Austen, wznoszącej się kilka kilometrów za przylądkiem Lunga. Na posiadanych przez nich mapach została zidentyfikowana jako "trawiasty pagórek" o nieznanej wysokości. Tymczasem bez wątpienia sięgała ponad 300 metrów powyżej otaczających ją równin. Sztabowcy musieli skrócić swe linie i wykluczyć teren góry z planowanych pozycji obronnych.

Godzinę "H", czyli lądowanie na Tulagi, wyznaczono na 8.00. Godzina "Zero", to jest lądowanie na Guadalcanal, miała nastąpić 30 minut później. O 6.30 Turner nakazał, żeby rozpoczęto spuszczanie barek desantowych na wodę, czemu towarzyszył surowy brzęk łańcuchów przechodzących przez żurawiki. Sternicy zaczęli krążyć ostrożnie, z silnikami pracującymi cicho na niskich obrotach, pośród unoszących się nad wodą kłębów dymu z rur wydechowych. Czekali na sygnał powrotu do okrętów i załadowania ludzi. Kilka minut przed godziną 7 marines zaczęli schodzić po sieciach. Z uwagą chwytali się pionowych lin (nie poziomych, gdyż człowiek znajdujący się wyżej mógłby zgnieść im palce butami). Ciężkie wyposażenie przytroczyli do pasów umożliwiających szybkie odłączenie, aby uchronić się przed utonięciem w wypadku znalezienia się w wodzie. Każdy z żołnierzy wchodził na płaski pokład barki Higginsa i zajmował miejsce siedzące. Gdy jednostka się zapełniła, sternik odpływał od okrętu i ponownie zaczynał krążyć. Warunki były niemal doskonałe, a morze płaskie jak stół. Sieci zrzucano po obu stronach transportowców, co umożliwiało jednoczesny załadunek ludzi z lewej i prawej burty. Żadna z barek się nie wywróciła, nie poniesiono jakichkolwiek strat i nie zanotowano opóźnień. Po komedii pomyłek u wybrzeży Koro fakt, iż sprawnie wywiązano się z obowiązków, stanowił miłe zaskoczenie. Major Donald Dickson stwierdził: "Niewiele razy widziałem coś zrobionego równie zręcznie"72.

O godzinie 7.41 pierwsza fala barek minęła linię wyjścia (wyznaczoną między dwoma niszczycielami) i ruszyła naprzód z pełną prędkością. Marines kulili się, trzymając głowy poniżej krawędzi burt, a pryskająca wszędzie woda zalewała im twarze. Małe amerykańskie flagi na rufie każdej z jednostek łopotały na wietrze. Dla marynarza patrzącego z krążownika Vincennes "wyglądało to niczym wyścig łodzi w Newport. Nasze flagi trzepotały na rufach, gdy zbliżano się do plaży. Oglądanie takiego przedsięwzięcia było ekscytujące. Wciąż nie strzelała artyleria ani nic innego. Zaczęliśmy się niepokoić, ponieważ wiedzieliśmy, że prędzej czy później się zacznie"73.

Niszczyciele wciąż okładały brzeg z dział kal. 127 mm, po czym wstrzymały ogień, gdy pierwsze barki dotarły do plaży. Marines wyskoczyli ponad burtami i ruszyli mozolnie przez wodę. Nie napotkali żadnego oporu. Od Kukum do ujścia rzeki Tenaru plaże i sąsiadujące z nimi gaje kokosowe najwyraźniej były opuszczone. Wystrzelono flarę i na niebie pojawiła się biała gwiazda, sygnalizując lądowanie bez przeciwdziałania ze strony wroga.

Kiedy później tego samego poranka na plażę dotarły trzecia i czwarta fala, przyczółek był osobliwie spokojny. Raz na jakiś czas w oddali dało się słyszeć pojedyncze strzały karabinowe, ale żadnych intensywnych i długich serii sugerujących starcie ogniowe. Na podpływających do brzegu barkach marines niespiesznie ustawiali się w kolejkach, po czym jeden za drugim skakali z dziobów, próbując nie zamoczyć sobie butów. Ludzie relaksowali się w cieniu, paląc papierosy i próbując otwierać kokosy za pomocą noży lub bagnetów. Kilku rozebrało się do bielizny i wskoczyło do morza, żeby popływać. Pokryte strzechą chatki zmieniano w stanowiska dowodzenia, a do palm przybijano znaki wskazujące, gdzie tragarze mają składować i sortować przybywający sprzęt i zapasy. Rozłożono namiot medyczny pod flagą Czerwonego Krzyża, ale do godziny 10.30 jedynym poszkodowanym był pewien młody mężczyzna, który przeciął sobie dłoń, próbując otworzyć kokos z użyciem maczety74.

Wszystko sprawiało wrażenie zbyt łatwego, wręcz nieco złowrogiego. Czyżby Japończycy liczyli, że uda im się wciągnąć atakujących w zasadzkę?

ROZDZIAŁ II

Na Tulagi Japończyków zbudził ogień dział okrętowych. Zostali całkowicie zaskoczeni. Kapitan Shigetoshi Miyazaki, dowódca bazy wodnosamolotów, wysłał ostrzeżenie do Rabaulu. Gdy pierwsze barki desantowe docierały do odcinka, który marines znali jako plażę Blue, Miyazaki wraz z niewielkim oddziałem żołnierzy ze Specjalnych Sił Desantowych Marynarki Wojennej wycofał się ku górzystemu wnętrzu wyspy. Zanim to uczynił, wysłał ostatni meldunek, śmiało ogłaszając: "Będziemy się bronić do ostatniego człowieka. Módlcie się za nasz sukces"75.

W Rabaulu, położonym ponad 1000 kilometrów na północny zachód, mieściła się kwatera główna 8. Floty, dowodzonej przez nowo przybyłego wiceadmirała Gun'ichiego Mikawę, oraz 25. Flotylli Powietrznej, jednostki bazowej z około 90 sprawnymi maszynami, w tym bombowcami, samolotami rozpoznawczymi i myśliwcami Zero. Posiadając dwa działające lotniska i kolejne dwa w rezerwie, Rabaul stanowił fundament japońskiej potęgi powietrznej w regionie, zapewniając wsparcie mniejszym, satelickim lotniskom w miejscach takich jak Kavieng, Lae, Salamaua, Buin i Buka. Znajdował się tam też wspaniały naturalny port w postaci zalanej kaldery o średnicy ponad 1,5 kilometra. Japońscy najeźdźcy jednak nie poważali Rabaulu. Było to gorące, zakurzone, prymitywne miasteczko, nękane częstymi trzęsieniami ziemi oraz zasypywane dławiącymi fragmentami skał i szaroczarnym pyłem z wulkanu Tavurvur, którego masywny czarny stożek dominował nad południowym krajobrazem. Kwatera główna admirała Mikawy mieściła się w ciasnym, rozpadającym się domu kolonialnym. Zwykli żołnierze i marynarze kwaterowali w pozbawionych udogodnień koszarach. Żywiono ich głównie ryżem z jęczmieniem i zupą miso. Funkcję toalet pełniły doły kloaczne. Według jednego ze stacjonujących w Rabaulu oficerów największą zaletą tego miejsca była łaźnia, zbudowana przez Japończyków nad gorącymi źródłami w bazie Tavurvur. Nic nie wzmacniało morale bardziej od ciepłej kąpieli.

Otrzymawszy wieści o inwazji na Wyspy Salomona, kontradmirał Sadayoshi Yamada rozpoczął przygotowania do uderzenia na flotę przeciwnika. Nakazał, aby 27 dwusilnikowych bombowców G4M i dziewięć myśliwców Zero, zatankowanych i uzbrojonych do planowanego ataku na Rabi, alianckie lotnisko na Nowej Gwinei, wystartowało niezwłocznie, kierując się do rejonu Tulagi-Guadalcanal. Nie pozwolił nawet, żeby bombowce przezbrojono w torpedy, znacznie skuteczniejsze przeciwko okrętom od bomb. Bał się, że jego maszyny zostaną zaskoczone na ziemi i zniszczone.

Przyglądając się mapom, piloci Zero pogwizdywali z niedowierzaniem. Musieli dotrzeć do celu odległego o 1050 kilometrów i wrócić. Ich jednomiejscowe samoloty nigdy nie przebyły tak dużego dystansu podczas misji bojowej. Dowódca klucza przekazał podkomendnym, że oszczędzanie paliwa musi mieć pierwszorzędne znaczenie. Mieli polecieć ze zbiornikami podkadłubowymi, ograniczającymi osiągi Zero w walce powietrznej. Nad wrogą flotą mogli przebywać bardzo krótko. Z tych powodów ich sytuacja była bardzo niekorzystna.

Tuż przed godziną 10 rano (czasu Guadalcanal) wielkie G4M ruszyły z rykiem silników po pasach startowych. Kilka minut później ich śladem poszły Zero. Czterdzieści pięć samolotów utworzyło szyk "grotu strzały": bombowce leciały w trzech, rozmieszczonych schodkowo formacjach "V". Niedaleko z tyłu, po obu stronach, podążały myśliwce. W trakcie długiego lotu Japończycy znaleźli się bezpośrednio nad dużą Wyspą Bougainville'a, domem dwóch nieustraszonych obserwatorów wybrzeża, którzy już wcześniej schronili się w głębi lasów. W.J. "Jack" Read przebywał na wysuniętym stanowisku wśród porośniętych dżunglą wzniesień na północy, a Paul Mason zaszył się w nieprzystępnej kryjówce na wzgórzu Malabita w pobliżu południowego krańca wyspy. Podczas przygotowań do Operacji Watchtower, chcąc uniknąć opóźnień w rozszyfrowywaniu meldunków, obu mężczyznom nakazano przekazywać informacje o dostrzeżeniu wrogich samolotów bezzwłocznie, transmisjami głosowymi jawnym tekstem.

Krótko przed godziną 11 Mason usłyszał nad głową ryk silników lotniczych. Patrząc przez listowie, dostrzegł armadę japońskich bombowców. Doliczył się 24 maszyn. Bez zwłoki wysłał meldunek: "Od Sto, 24 bombowce lecą do was"76. Wiadomość została skopiowana w Port Moresby i przekazana do Townsville, a stamtąd natychmiast do Pearl Harbor, skąd skierowano ją do sił zadaniowych biorących udział w Operacji Watchtower.

Komunikat Masona przebył okrężną drogę, a mimo to dotarł na Saratogę i McCawleya w ciągu zaledwie 30 minut. Czas lotu z Wyspy Bougainville'a do Guadalcanal wynosił ponad dwie godziny, więc Fletcher i Turner mieli dużo czasu na reakcję. Turner rozproszył okręty i kazał im przygotować się do wykonywania uników w razie zagrożenia. Z lotniskowców wystartowały myśliwce z zadaniem przechwycenia wrogich maszyn.

Fletcher został zawczasu ostrzeżony, lecz stał w obliczu poważnych problemów logistycznych. Jego Grummany musiały osłaniać siły zadaniowe oddalone od siebie o 100-120 kilometrów, czyli około 30 minut lotu. Podczas walki powietrznej spalano dużo paliwa, co wymuszało wcześniejszy powrót na okręty. Wtedy pojawiał się problem oczyszczenia pokładu lotniczego, aby przyjąć i zatankować myśliwce. Napięty harmonogram działań powietrznych sprawił, że nieustannie potrzebowano pokładów wszystkich trzech lotniskowców (zasadniczo przez ten sam problem Japończycy przegrali bitwę o Midway). O godzinie 13.15, gdy nieprzyjacielskie maszyny zbliżały się do cieśniny Savo, tylko osiem Wildcatów było gotowych do obrony floty inwazyjnej. Znajdowały się na wysokości 3700 metrów, poniżej warstwy mętnych chmur. Japońskie G4M nadleciały na pułapie 4900 metrów, powyżej chmur, niewidoczne dla Amerykanów. Radio kontroli myśliwców rozbrzmiewało ostrzeżeniami radarów.

Nagle wszystkie bombowce wyłoniły się z chmur w płytkim locie nurkowym. Porucznik James J. Southerland, dowódca klucza F4F z Saratogi, wzniósł przez radio okrzyk "tally-ho": "Bombowce horyzontalne, trzy klucze, każdy po dziewięć samolotów, nad Savo, lecą w stronę transportowców (...). Na nich, chłopcy"77. Southerland obniżył lot, odbijając w lewo, po czym wystrzelił kilka serii w kierunku najbliższej japońskiej maszyny z odległości zaledwie 450 metrów. Kontynuując obiecujący atak, sprawił, że jeden z G4M runął w dół w płomieniach. Kilka sekund później z chmur wypadły jednak Zero, biorąc na cel trzech jego skrzydłowych. Dwa Wildcaty spadły korkociągiem do morza. Piloci pozostałych musieli zanurkować, ratując życie.

Gdy japońscy lotnicy znaleźli się poniżej warstwy chmur, zdumiała ich wielkość amerykańskiej floty. Bombowce kontynuowały lot na wschód. Zeszły na 3000 metrów i zrzuciły ładunek nad transportowcami grupy XRAY, manewrującymi z dużą prędkością blisko przylądka Lunga. Niebo pokryło się ciemnymi smugami po wybuchach pocisków z dział przeciwlotniczych, ale japońskie samoloty zachowały szyk. Sternicy spokojnie wykonywali uniki. Wszystkie lśniące ukośne sznury bomb spadły do morza w pobliżu przylądka Lunga, nie czyniąc nikomu krzywdy. G4M zawróciły na zachód, rozpoczynając długą drogę powrotną do Rabaulu78.

Nad wyspą Savo i zachodnią częścią Guadalcanal nadal trwało zaciekłe starcie myśliwców. Wśród pilotów Zero znajdowali się dwaj spośród najskuteczniejszych asów myśliwskich Nippon Kaigun: Hiroyoshi Nishizawa, któremu przyznano łącznie 87 zestrzeleń, co dało mu pierwsze miejsce na liście japońskich asów, oraz Sabur? Sakai, który przeżył wojnę, mając na swoim koncie około 60 zestrzeleń (Sakai jest autorem fascynujących i wiarygodnych wspomnień zatytułowanych Samuraj, przełożonych na angielski w latach 50.). Southerland po zapaleniu jednego z G4M wszedł w spiralny lot nurkowy, próbując umknąć przed dwoma ścigającymi go Zero. Samolot porucznika Josepha R. Daly'ego, podziurawiony pociskami z kaemów kal. 7,7 mm zaczął obracać się i opadać w stronę morza. Zbiornik z paliwem stanął w ogniu, pożar ogarnął też kokpit: "Paliły się moje ubrania, moje spodnie i koszula. Nie widziałem niczego poza czerwonymi płomieniami wszędzie wokół"79. Daly otworzył szarpnięciem osłonę kabiny i wyskoczył. Przeleciał przez warstwę chmur na wysokości 2100 metrów, po czym otworzył spadochron.

Saburo Sakai nigdy wcześniej nie widział myśliwca F4F. Spoglądając w dół, zauważył mniej więcej 450 metrów poniżej pojedynczego Wildcata w starciu z trzema Zero. Porucznik Southerland wykonywał serię ostrych spirali w lewo, uniemożliwiając prześladowcom wzięcie go na cel. Raz po raz zmuszał przeciwników, aby wysuwali się przed niego, po czym zasypywał ich skrzydła pociskami kal. 12,7 mm. Sakai włączył się do walki i szybko dał się zaskoczyć umiejętnościom Southerlanda: "Do tej pory nie widziałem nieprzyjacielskiego samolotu, który poruszał się równie szybko i z tak wielką gracją"80. Wykonując beczki i gwałtownie zmniejszając siłę ciągu, Sakai i Southerland próbowali zyskać przewagę. W końcu oba samoloty weszły w pionową spiralę z jednym skrzydłem skierowanym w dół, ku morzu, a drugim w stronę nieba. Intensywne przeciążenie wbiło obu mężczyzn w fotele, zmuszając ich do wyciągania szyi, żeby utrzymać głowy prosto. Po piątej spirali Southerland wykonał pętlę, a Sakai znalazł się na jego ogonie. "Miałem go - napisał Japończyk. - W tego rodzaju manewrze Zero mógł pokonać każdy myśliwiec na świecie"81.

Sakai wystrzelił długą serię z karabinów maszynowych kal. 7,7 mm w kokpit Southerlanda, ale wytrzymały Grumman leciał dalej: zdawało się, że przetrwał bez szwanku otrzymane ciosy. Japoński pilot przyspieszył i zrównał się z Wildcatem. Dwaj mężczyźni nawiązali kontakt wzrokowy. Sakai dostrzegł, że Southerland jest ciężko ranny: miał krew na ramieniu i klatce piersiowej. Amerykanin uniósł dłoń i pomachał. Sakai potrząsnął pięścią i krzyknął do przeciwnika, aby walczył, "a nie latał jak rzutek"82. Jednak kaemy Southerlanda się zacięły, a jego samolot otrzymał kilkaset trafień; aluminiowe pokrycie kadłuba i skrzydeł zostało poszatkowane tak bardzo, że Sakai widział obnażony szkielet. Tablica przyrządów uległa całkowitemu zniszczeniu. Osłona kabiny była roztrzaskana, radio nie działało, klapy nie reagowały, a do kokpitu wlewała się ropa. Amerykanin odniósł jedenaście ran. Nie miał wyboru, musiał wyskoczyć. Gdy Sakai wystrzelił kilka pocisków kal. 20 mm w nasadę skrzydła Wildcata, zapalając maszynę, Southerland odpiął pasy i wydostał się z kokpitu. Znajdował się na wystarczająco dużej wysokości, by otworzyć spadochron przed uderzeniem w korony drzew. Odniósł poważne obrażenia, między innymi od pocisku kal. 7,7 mm, który przeszedł mu przez stopę, a mimo to zdołał dotrzeć lądem do amerykańskich pozycji.

Sakai rzucił się wówczas w pościg za ośmioma bombowcami nurkującymi, pochodzącymi z eskadr VB-6 i VS-5 z Enterprise'a. SBD utrzymały szyk, a tylni strzelcy skoncentrowali ogień na silniku i kokpicie zbliżającego się Zero. Pocisk kal. 7,62 mm otarł się o czaszkę japońskiego pilota, oślepiając go na prawe oko. Mimo okropnej rany Sakai zdołał nie tylko przeżyć, ale też wrócić do oddalonego o ponad 1000 kilometrów Rabaulu i bezpiecznie wylądować. Stracił oko, lecz w 1944 roku ponownie znalazł się w służbie jako pilot.

Klucz dziewięciu bombowców nurkujących Aichi D3A2 (aliancki kryptonim "Val"), uderzył na transportowce grupy XRAY niedaleko przylądka Lunga, zrzucając 60-kilogramowe bomby. Jedna z nich ugodziła nadbudówkę niszczyciela Mugford, zabijając 21 ludzi, ale tylko nieznacznie uszkodziła okręt. Wildcaty ruszyły w pościg za odlatującymi maszynami przeciwnika i zalały je ogniem karabinów maszynowych kal. 12,7 mm. Wszystkie japońskie bombowce zostały zniszczone: niektóre w walce, inne na skutek wodowania. Utracono przy tym 12 z 18 członków załóg.

U południowego wybrzeża Guadalcanal nastroje w 61. Siłach Zadaniowych były zdecydowanie optymistyczne. Pewien oficer z niszczyciela obserwował pierwszą falę samolotów powracających na Waspa: "Rozradowani piloci krążyli wokół, kołysząc skrzydłami i machając, gdy nad nami przelatywali"83. Lądowały kolejne maszyny, a wieści szybko się rozchodziły: początkowe ataki z użyciem bomb i broni pokładowej wyeliminowały z dalszej walki wszystkie japońskie samoloty w okolicy, zanim te zdołały wystartować. Działania powietrzne dopiero się jednak rozpoczynały. Od świtu samoloty startowały z trzech lotniskowców aż 704 razy i lądowały 686 razy. Marynarze wstali na długo przed wschodem słońca, z przekrwionymi oczami zjedli śniadanie i o godzinie 5 zostali wezwani na stanowiska. Pracowali niemal do granicy wyczerpania. Loty rozplanowano co do minuty, z najdrobniejszymi szczegółami. Admirał Thomas C. Kinkaid, dowódca 16. Sił Zadaniowych, przyrównał harmonogram działań z tego dnia do "rozkładu jazdy pociągów"84. Samoloty lądowały, po czym tankowano je i uzbrajano, uzupełniano zapas tlenu i przygotowywano do wzbicia się w powietrze po raz kolejny. Ponowne starty następowały w rekordowym tempie. W jednym przypadku licząca osiem maszyn eskadra wylądowała na pokładzie Waspa i wystartowała w ciągu 16 minut85. Co nieuniknione, przytrafiały się niefortunne wypadki. Samoloty wpadały do morza lub koziołkowały nad barierami i musiały być wyrzucone za burtę. Niektóre nie odnalazły swych okrętów w drodze powrotnej i przymusowo wodowały.

Grupy powietrzne skutecznie obroniły flotę Turnera, ale poniesione tego dnia straty pośród myśliwców okazały się niepokojąco wysokie. Piętnaście Grummanów zostało zniszczonych lub zmuszonych do wodowania. Pięć kolejnych odniosło ciężkie uszkodzenia. W początkowym starciu z Zero, pilotowanymi przez niektórych spośród najlepszych asów Nippon Kaigun, Wildcaty poniosły 50-procentowe straty. Większa prędkość i zwrotność Zero wciąż stanowiły przyczynę poważnych obaw. Grummanów potrzebowano do osłony własnych lotniskowców i floty Turnera w cieśninie Savo oraz do eskortowania wszelkich uderzeń lotniczych w razie pojawienia się w pobliżu lotniskowców przeciwnika. Admirał Kinkaid doszedł do wniosku, że 18 myśliwców na okręt to liczba "dalece niewystarczająca". W rezultacie do końca 1942 roku została ona dwukrotnie zwiększona. Na razie jednak Fletcher musiał radzić sobie z tym, co posiadał. Miał dobre powody, by zastanawiać się, czy dysponuje odpowiednio licznymi myśliwcami, żeby obronić flotę w dniu D+1.

1 Clemens, Alone on Guadalcanal, s. 57.

2 Read, "Report by Lieut. W.J. Read on Coastwatching Activity", s. 59.

3 Clemens, Alone on Guadalcanal, s. 149.

4 Ibid., s. 32.

5 Rhoades, "Secret Diary", s. 1.

6 Ibid., s. 4.

7 Clemens, Alone on Guadalcanal, s. 106.

8 Ibid., s. 110.

9 Wpis z 4 maja 1942 roku, [w:] Rhoades, "Secret Diary", s. 4.

10 Clemens, Alone on Guadalcanal, s. 105.

11 Ibid., s. 147.

12 Rhoades, "Secret Diary", s. 7.

13 Clemens, Alone on Guadalcanal, s. 187.

14 Ibid., s. 188.

15 Być może autorem tego powiedzenia jest Bundy. Stimson i Bundy, On Active Service in Peace and War, s. 506.

16 Karsten, Naval Aristocracy, s. XIV.

17 Zob. kąśliwe uwagi na ten temat Ruthvena E. Libby'ego, [w:] wiceadmirał Ruthven E. Libby, USN (w stanie spoczynku), USNI Oral History Program, 1984, s. 56-62.

18 Twining i Carey, No Benden Knee, s. 29.

19 MacArthur do szefa sztabu US Army, 23 maja 1942, [w:] NARA, RG 38, "CNO Zero-Zero Files", Box 38.

20 Trumbull, "Big Bombers Won".

21 Mears, Carrier Combat, s. 78.

22 Smith i Finch, Coral and Brass, s. 18.

23 Tom Lea, "Peleliu Landing", [w:] Reporting World War II, t. 2, cz. II, s. 500.

24 Churchill do Roosevelta, 13 czerwca 1942, [w:] Loewenheim, Langley i Jonas (red.), Roosevelt and Churchill, s. 220.

25 "Sacrifice Will Win, Says Admiral King".

26 Walter Muir Whitehill, "A Note on the Making of This Book", [w:] King i Whitehill, Fleet Admiral King, s. 649-650.

27 Stoler, Allies and Adversaries, s. 69.

28 Ambrose, Eisenhower, s. 141.

29 Wpis z 20 stycznia 1943, [w:] Alanbrooke, War Diaries, s. 364.

30 Admirał Ernest J. King do Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, "J.C.S. - Defense of Island Bases in the Pacific", 6 kwietnia 1942, FDR Safe Files, Box 4, teczka George'a C. Marshalla.

31 "Memorandum for the President", 18 stycznia 1942, akta Ernesta J. Kinga, Box 9, korespondencja FDR.

32 "Situation in South Pacific and Southwest Pacific Areas as of the end of May, 1942", naczelny dowódca US Fleet do szefa sztabu US Army, memorandum z 12 maja 1942, [w:] NARA, RG 38, "CNO Zero-Zero Files", Box 60.

33 King, "Memorandum for the President", 5 marca 1942, akta Ernesta J. Kinga, Box 9, korespondencja FDR.

34 COMINCH do CINCPAC, 23.03-23.06, 24 czerwca 1942, [w:] dziennik CINCPAC, księga 1, s. 602-603.

35 COMINCH do CINCPAC, 18.40, 25 czerwca 1942, [w:] ibid., s. 603.

36 COMSOPAC do CINCPAC, 00.15, 26 czerwca 1942, [w:] ibid., s. 604.

37 Plan Operacji Pestilence, COMSOPAC File No. A 4-3/A16-3, Serial 0017, [w:] NARA RG 38, "SOPAC Amphibious Force Diary, July 1942", Box 173; oraz depesze COMSOPAC, [w:] dziennik CINCPAC, księga 1, s. 487-596.

38 "Interview of Captain M.B. Gardner, USN, Chief of Staff, ComAirSoPac", 13 stycznia 1943, Bureau of Aeronautics, s. 2-3, akta Samuela Eliota Morisona, Coll/606, Box 24.

39 D.J. Vellis, relacja ustna zapisana w: Olson, Tales from a Tin Can, s. 89; Huie, Can Do!, s. 93-95.

40 "Callaghan's Report on Conference", Saratoga, 28 lipca 1942, akta Samuela Eliota Morisona, Coll/606, Box 24.

41 Vandegrift i Asprey, Once a Marine, s. 105.

42 "Division Commander's Final Report on Guadalcanal Operations", 24 maja 1943, s. 2-4, akta Samuela Eliota Morisona, Coll/606, Box 25.

43 Vandegrift i Asprey, Once a Marine, s. 111.

44 COMINCH do CINCPAC, 23.03-23.06, 24 czerwca 1942, [w:] dziennik CINCPAC, księga 1, s. 602-603.

45 "Joint Directive for Offensive Operations in the Southwest Pacific Area", 2 lipca 1942, [w:] NARA, RG 38, "CNO Zero-Zero Files", Box 38, folder "Memos to Gen. Marshall, 15 Jan. 42-1 Sept. 44".

46 "COMSWPACFOR do COMINCH, etc., July 9, 1942", [w:] COMSOPAC, "Top Secret Incoming and Outgoing Dispatches, 1942-45", [w:] NARA, RG 38: 0313, Container 1.

47 COMINCH do szefa sztabu US Army, 10 lipca 1942, [w:] NARA, RG 38, "CNO Zero-Zero Files", Box 38, folder "Memos to Gen. Marshall, 15 Jan. 42-1 Sept. 44".

48 COMINCH do COMSOPAC, 21.00, 10 lipca 1942, [w:] dziennik CINCPAC, księga 1, s. 616.

49 Twining i Carey, No Bended Knee, s. 30.

50 Merillat, Guadalcanal Remembered, s. 21.

51 Twining i Carey, No Bended Knee, s. 27.

52 Por. Chester M. Stearns, wywiad z listopada 1943 roku, przeprowadzony na pokładzie Baltimore, [w:] notatnik Morisona, Pacific XII 1943, akta Samuela Eliota Morisona, Coll/606, Box 26.

53 Major Justice Chambers, USMCR, relacja ustna, [w:] NARA, RG 38, "World War II Oral Histories and Interviews, 1942-1946".

54 Major Donald Dickson, USMC, relacja ustna, [w:] ibid.

55 Mears, Carrier Combat, s. 100.

56 Vandegrift i Asprey, Once a Marine, s. 120.

57 Twining i Carey, No Bended Knee, s. 45.

58 Szczegóły w: NARA, RG 38, "SOPAC Amphibious Force Diary, August 1942", Box 173.

59 Roland N. Smoot, USNI Oral History Program, 1972, s. 92.

60 "Annex King to Operation Plan No. A3-42", s. 3, [w:] NARA, RG 38, "SOPAC Amphibious Force Diary, July 1942", Box 173; Rogal, Guadalcanal, Tarawa and Beyond, s. 51-52.

61 "Vice Admiral Crutchley's Report on Operation Watchtower", 3 września 1942, akta Samuela Eliota Morisona, Coll/606, Box 26.

62 Merillat, Island, s. 28.

63 Roland N. Smoot, USNI Oral History Program, 1972, s. 93.

64 Tregaskis, Guadalcanal Diary, s. 15.

65 Rogal, Guadalcanal, Tarawa and Beyond, s. 52.

66 Manchester, Goodbye, Darkness, s. 162.

67 Tregaskis, Guadalcanal Diary, s. 31.

68 Twining i Carey, No Bended Knee, s. 63.

69 Major Justice Chambers, USMCR, relacja ustna, [w:] NARA, RG 38, "World War II Oral Histories and Interviews, 1942-1946"; Tregaskis, Guadalcanal Diary, s. 36.

70 W wielu relacjach zniszczenie Kawanishi przypisano działom San Juan. Jednak admirał Crutchley, dowodzący grupami wsparcia ogniowego, stwierdził, że dokonały tego F4F, atakując z użyciem broni pokładowej. "Vice Admiral Crutchley's Report on Operation Watchtower", 3 września 1942, s. 9-10, akta Samuela Eliota Morisona, Coll/606, Box 26.

71 Negatywy zdjęć wykonanych z samolotu dowódcy grupy lotniczej Waspa potwierdziły twierdzenia VF-71. Raport działań Waspa, "Capture of the Tulagi-Guadalcanal Area, 7-8 August 1942", datowany 14 sierpnia 1942, FDR Map Room Papers, Box 178.

72 Major Donald Dickson, USMC, relacja ustna, [w:] NARA, RG 38, "World War II Oral Histories and Interviews, 1942-1946".

73 Farmaceuta Frederick A. Moody, USN, relacja ustna, zapisana w Departamencie Marynarki Wojennej, 21 kwietnia 1943, [w:] "World War II Oral Histories and Interviews, 1942-1946".

74 Tregaskis, Guadalcanal Diary, s. 44.

75 Lundstrom, First Team and the Guadalcanal Campaign, s. 38.

76 Lindsay, Coast Watchers, s. 197.

77 Lundstrom, First Team and the Guadalcanal Campaign, s. 48.

78 Wpis z 8 sierpnia, 1942, s. 6, dowódca sił desantowych, 62. Siły Zadaniowe, dziennik, sierpień 1942, [w:] NARA, RG 38, "World War II War Diaries", Box 173.

79 Lundstrom, First Team and the Guadalcanal Campaign, s. 52.

80 Sakai, Caidin i Saito, Samurai!, s. 151.

81 Ibid.

82 Ibid., s. 152.

83 Calhoun, Tin Can Sailor, s. 53.

84 Thomas C. Kinkaid, CCOH Naval History Project, Nr 429, t. 1, s. 186.

85 Wasp, raport z działań, "Capture of the Tulagi Guadalcanal Area, 7-8 August, 1942", s. 5, datowany 14 sierpnia 1942, FDR Map Room Papers, Box 178.