Pacyfik. Zmierzch Bogów. Wojna na zachodnim pacyfiku, 1944-1945 - Ian W. Toll


Reflow text when sidebars are open.
W roku 2007 - krzywię się na samo wspomnienie - przystąpiłem do pisania jednotomowego opracowania historii wojny na Pacyfiku. Wydawca mojej pierwszej książki Six Frigates zaproponował mi umowę i zapłacił zaliczkę. Dwa i pół roku później, gdy do ostatecznego terminu pozostało jeszcze pół roku, zadzwoniłem do redaktora, Starlinga Lawrence'a, by przekazać mu dobrą nowinę, że napisałem już prawie 800 stron. Zła nowina, którą również mu przekazałem - zapewne trzymając telefon daleko od ucha - brzmiała, że narracja doszła dopiero do końca bitwy pod Midway. Opisałem zaledwie sześć z 44 miesięcy wojny, a już przekroczyłem wyznaczoną długość manuskryptu o 300 stron.
W trakcie tej samej rozmowy, bez żadnej przerwy na przemyślenie sprawy czy choćby na zażądanie 800 stron, Star zaproponował rozwiązanie. A gdyby tak przekształcić ten projekt w trylogię? Umowa została zmieniona, terminy się wydłużyły, a zaliczka wzrosła (chociaż, niestety, nie trzykrotnie). Tom I, Pacyfik: Próba ognia, ukazał się w 2011 r.; tom II, Zwycięska fala, w 2015 r. Pierwszy omawiał początkowe pół roku wojny, od niespodziewanego japońskiego ataku na Pearl Harbor do druzgocącego przeciwuderzenia Amerykanów pod Midway. Drugi opowiadał historię dwóch środkowych lat konfliktu, od połowy 1942 do połowy 1944 r., oraz alianckich kontrofensyw na południowym i środkowym Pacyfiku. Niniejszy tom, trzeci i ostatni, podejmuje opowieść po kampanii na Marianach i omawia ostatni rok wojny, do kapitulacji Japonii w sierpniu 1945 r. włącznie.
Czytelnik być może już zauważył, że książka ta jest dłuższa niż jej poprzedniczki. Nie było to ani spodziewane, ani zamierzone. Sądziłem, że trzeci tom będzie najłatwiejszy do napisania, a może nawet najkrótszy. Duża część przygotowań była już gotowa, a okres do omówienia obejmował zaledwie rok, podczas gdy Zwycięska fala dotyczyła dwóch. Z zuchwałą pewnością siebie przewidywałem, że ostatni tom ukaże się w roku 2018. Kiedy okazało się to niemożliwe, przyrzekłem na Twitterze, że ujrzy on światło dzienne w 2019 r., "chyba że wcześniej mnie wykończy". Potem nastał rok 2020, kiedy to książka została ukończona, ale jeszcze nie znalazła się w druku. Na szczęście wpisy z Twittera można kasować, a do chwili pisania niniejszych słów jeszcze nie umarłem, ale Zmierzch bogów okazał się najtrudniejszym do ukończenia tomem trylogii. Przyczyn jest wiele. Pod koniec 1944 i w 1945 r. wojna osiągnęła ogromną skalę, w każdym wymiarze, więc doszedłem do wniosku, że nie oddam sprawiedliwości tej historii, jeśli nie poświęcę jej więcej czasu i miejsca, których najwyraźniej potrzebowała. Na przestrzeni lat zgromadziłem wiele informacji w dziedzinach leżących na obrzeżu głównej narracji - takich jak stosunki pomiędzy wojskiem a prasą, szkolenie pilotów morskich, aliancka propaganda radiowa i ulotkowa czy też losy ewakuowanych japońskich uczniów - i byłem zdecydowany umieścić wszystko to w książce (w pierwszych dwóch, w odróżnieniu od trzeciej, mogłem napisać: "Zajmę się tym w kolejnym tomie"). W rezultacie napisanie tego trzytomowego opracowania wojny na Oceanie Spokojnym zajęło mi ponad trzykrotnie dłużej, niż uczestniczące państwa ją toczyły.
W przedmowie do Zwycięskiej fali opowiedziałem się za narracją epizodyczną i dyskursywną, wykraczającą poza granice konwencjonalnej, specjalistycznej historii wojskowości. Nie będę tu powtarzał owego manifestu. Dość powiedzieć, że to, co wówczas trafne, dziś jest jeszcze trafniejsze. W ostatnim roku II wojny światowej, w jeszcze większym stopniu niż w innych latach i na innych wojnach, decyzje strategiczne najwyższego szczebla stanowiły splot kalkulacji czysto militarnych z polityką i sztuką dyplomacji. I w Europie, i w Azji rozumiano, że koordynacja czasowa, skala i zakres wielkich operacji będą mieć dalekosiężny wpływ na powojenny porządek międzynarodowy. W Stanach Zjednoczonych ponadto epokowe decyzje roku 1944 podejmowano w cieniu kampanii prezydenckiej. Carl von Clausewitz napisał, że: "Wojna to kontynuacja polityki za pomocą innych środków", ale w demokracji konstytucyjnej ze stałym kalendarzem wyborczym powiedzenie to można równie dobrze odwrócić: "Polityka to kontynuacja wojny za pomocą innych środków". W tym duchu postanowiłem zacząć książkę od długiego pierwszego rozdziału na temat konferencji strategicznej w Honolulu z lipca 1944 r., kiedy to prezydent Franklin Delano Roosevelt spotkał się z podległymi dowódcami pacyficznych teatrów działań, aby zaplanować ostatni etap kampanii przeciwko Japonii. Zdarzenie to miało ogromną wagę, zarówno dla wojny na Pacyfiku, jak i dla przyszłości Azji, ale opracowania historyczne i biografie często je lekceważą. Uznałem, że zasługuje ono na dłuższe i bardziej wielostronne omówienie, tym bardziej, że niedawno wyszło na światło dzienne nowe, ważne źródło - a mianowicie pamiętnik Roberta C. Richardsona juniora, głównodowodzącego sił US Army na Hawajach, który w trakcie konferencji gościł gen. Douglasa MacArthura i spisał jego ówczesne relacje z pierwszej ręki o dyskusjach z FDR.
Dziękuję wszystkim, którzy na różny sposób wspomagali mnie w badaniach: świętej pamięci Adolphusowi Andrewsowi juniorowi za podzielenie się wspomnieniami z Iwo Jimy i powojennej Japonii; Billowi Bellowi za nadesłanie dziennika jego ojca, Williama Bella, na temat działań lotniczych 38. Sił Zadaniowych; Frankowi Dunlevy'emu za historię mówioną jego teścia na temat służby na niszczycielu Johnston; Ronaldowi Nunezowi, który przekazał mi dziennik adm. Johna Henry'ego Towersa; Chetowi Layowi i kmdr. w st. spocz. Michaelowi A. Lilly (US Navy), który przekazał ciekawe informacje na temat przyjaźni Chestera Nimitza z rodziną Walkerów z Oahu (opublikowane tymczasem przez Lilly'ego w Nimitz at Ease). Płk w st. spocz. Robert C. Richardson IV (USAF) przekazał mi wspomniany już pamiętnik swojego dziadka, który gen. Richardson nakazał w testamencie swoim spadkobiercom zachować w tajemnicy aż do roku 2015. Ronald Russell, były redaktor i webmaster strony Battle of Midway RoundTable, zrecenzował manuskrypt i przedstawił cenne uwagi, podobnie jak w przypadku tomów I-II. Wśród Japończyków, którzy pomogli mi na różne sposoby, znaleźli się: Susumu Shimoyama, Kazuhisa Murakami, Yukoh Watanabe, Kiyohiko Arafune oraz Yukio Satoh. Eric Simonoff, mój agent od 18 lat, nie tracił wiary w obliczu długich opóźnień i przekroczonych terminów. Wdzięczny jestem całemu zespołowi wydawnictwa W. W. Norton, szczególnie takim osobom jak Nneoma Amadi-Obi, Rebecca Homiski, Bill Rusin, a przede wszystkim Star Lawrence, który od zawsze wspierał moją instynktowną skłonność do schodzenia z wytyczonych ścieżek, a równocześnie dawał mi znać, kiedy oddalałem się od nich za bardzo.
"Nie kłóć się z ludźmi, którzy kupują atrament na beczki"
Amerykański aforyzm nieznanego autorstwa
Dobre stosunki pomiędzy Franklinem Delano Rooseveltem a prasą uległy zdecydowanemu pogorszeniu od czasów jego pierwszej kadencji. W trakcie owego "miodowego miesiąca" roku 1933 nowo zaprzysiężony prezydent rozbrajał reporterów serdeczną i poufałą manierą - mówił do nich po imieniu, gawędził o błahostkach, wypisywał życzenia urodzinowe i zapraszał ich z całymi rodzinami na przyjęcia w Białym Domu. Organizowane dwukrotnie w tygodniu konferencje prasowe były beztroskie i swobodne. Wkraczających gęsiego do Gabinetu Owalnego dziennikarzy pozdrawiał wesoły mężczyzna o dużej głowie, odziany w znoszony, nieco zmięty garnitur. Siedział na wózku inwalidzkim za wielkim mahoniowym biurkiem, zwykle ściskał w dłoni papierosa, a drobiny popiołu osiadały na materiale rękawów. Na wszystkie pytania odpowiadał na bieżąco, elokwentnie i bez namysłu. Podtrzymywał lekką i wesołą atmosferę. Niekiedy prezydent zauważał, że któryś reporter jest chyba na kacu, i pytał obecnych o zdanie; mógł też upewnić się u ochrony, że dany korespondent został przeszukany. Udawał nauczyciela prowadzącego "klasę" i przemawiał do dziennikarzy jak do nieszczególnie bystrych uczniów szkoły podstawowej: "Nie, dziecko drogie, wszystko ci się pomieszało"1. Słuchając pytania, otwierał usta w parodii głębokiego skupienia. Jego wodewilowo przerysowane miny wyrażały zdumienie, zmieszanie lub niepokój. Zastanawiając się nad odpowiedzią, spoglądał w górę - na stiukową Wielką Pieczęć Prezydencką na suficie - brał głęboki oddech, wydymał policzki i długim podmuchem wypuszczał powietrze. Ta błazenada budziła radosny śmiech reporterów.
Nie zawsze prezydent odpowiadał wprost - ani zgodnie z prawdą, a bywało, że w ogóle nie odpowiadał - ale tolerował pytania uzupełniające i angażował się w nieoficjalne wymiany zdań. Stenotypiści z Białego Domu zarejestrowali każde słowo z jego 998 konferencji prasowych, łącznie ze swobodnymi pogawędkami i żartami otwierającymi każde posiedzenie. Transkrypcje te liczą tysiące stron i w Bibliotece FDR, z siedzibą w mieście Hyde Park w stanie Nowy Jork, zajmują ponad cztery stopy sześcienne [ponad 0,112 m3].
W 1941 r., pierwszym roku jego trzeciej kadencji, wciąż utrzymywały się jeszcze przebłyski dawnego ciepła i dowcipu - teraz jednak, bardziej niż w dawnych latach, reporterzy w Białym Domu uważali Roosevelta za postać chimeryczną, wybuchową, a nawet nieprzeniknioną, człowieka o niezmierzonej głębi. W jednej chwili rozświetlał salę swoim słynnym uśmiechem o wysokiej mocy, w następnej stawał się skwaszony i zgryźliwy. Krzyk ani nawet podnoszenie głosu nie leżały w naturze Roosevelta, lecz w jego żartach często kryła się zgryźliwa nuta, a jeśli pytanie mu się nie spodobało, to potrafił nieprzyjemnie potraktować reportera. Jak stwierdził Merriman Smith, korespondent agencji United Press, prezydent "mógł być szorstki jak opryszek z Trzeciej Alei albo bez reszty czarujący, rozbrajający i ogromnie sympatyczny. Wszystko zależało od pytania, od tego, kto je zadawał i jak czuł się pan Roosevelt, gdy wstał tego ranka"2.
Wywołując poszczególnych dziennikarzy, by sprostować napisane przez nich materiały, z zapałem sądowego adwokata zasypywał ich krzyżowym ogniem pytań. Nie znosił takich eufemizmów jak "błąd" czy "nieścisłość", oskarżał więc konkretnych reporterów, że drukują "kłamstwa" lub, jeśli nie brzmiało to wystarczająco dobitnie, "pospolite kłamstwa" albo "umyślne kłamstwa"3. Pojęcie "kłamstwo" charakteryzowało motywy sprawcy, nie pozostawiając miejsca na ewentualność nieumyślnej pomyłki, ale o to właśnie chodziło prezydentowi. Potępiając tendencję do "dziennikarstwa objaśniającego", nalegał dogmatycznie, aby gazety nie odgrywały żadnej roli w analizie czy komentowaniu informacji, nawet w artykułach wstępnych. Prasowych felietonistów uważał Roosevelt za "zbędną narośl na ciele naszej cywilizacji". Zastawiali oni sieci na plotki - "byle brzęczenie" - jak to nazywał, i przedstawiali te okruchy jako informacje. Drew Pearsona, najbardziej poczytnego felietonistę epoki, określił mianem "chronicznego łgarza"4.
Na konferencji prasowej w lutym 1939 r. pytania sugerujące, że FDR usiłuje ominąć uchwalone przez Kongres ograniczenia dostaw uzbrojenia do Europy, sprowokowały go do tyrady. "Naród amerykański zaczyna zdawać sobie sprawę, że rzeczy, o których dotąd czytał i słyszał, (...) to czysta bujda - b-u-j-d-a, bujda; że tacy ludzie odwołują się do ignorancji, uprzedzeń i obaw Amerykanów, a postępują nie po amerykańsku".
Zapytany, czy jego zdaniem winne tego procederu gazety celowo wprowadzają czytelników w błąd, FDR odpowiedział własnym pytaniem:
- Co mam powiedzieć? Mam być uprzejmy czy nazywać rzeczy po imieniu?
- Proszę po imieniu - odparł jeden z dziennikarzy.
- To są umyślne kłamstwa5.
Co rano czytał 4-5 gazet, zwykle przed wstaniem z łóżka. Roosevelt był człowiekiem pobożnym i rzadko przeklinał, ale poranne wydania często doprowadzały go do kipiącej złości, która przejawiała się słowem "cholera", a w poważniejszych przypadkach - "jasna cholera". Gdy czytał, twarz mu ciemniała, podbródek tężał, a oczy lśniły gniewnie. Czasem wydzierał z gazety kontrowersyjny materiał i zabierał do Gabinetu Owalnego, gdzie wciskał go w ręce swojemu sekretarzowi prasowemu, Stephenowi T. Early'emu, utyskując: "Cholerne kłamstwo od A do Z"6. Doszedł do przekonania, że większość prasy amerykańskiej - często podawał tu odsetek 85% - funkcjonowała jako tuba zagrożonej oligarchii. "Prasa torysów", jak mawiał Roosevelt, była podstępna, wrogo nastawiona i pozbawiona skrupułów. Znajdowała się w ręku i pod kontrolą kliki bogatych konserwatystów, którzy osobiście nienawidzili prezydenta i co dzień serwowali porcję jadu wymierzonego w niego samego, jego sojuszników politycznych, administrację, a nawet rodzinę.
W panteonie arcywrogów FDR wysokie miejsca zajmowała czwórka magnatów prasowych. Ogólnokrajowy koncern Williama Randolpha Hearsta często publikował identyczne artykuły redakcyjne, potępiające Roosevelta i jego politykę. Analitycy mediów trafnie przypuszczali, że kampanią obelg kierował sam "szef", przekazując podległym redakcjom instrukcje telegraficznie ze swojego kiczowatego zamczyska w San Simeon na wybrzeżu Kalifornii. Robert R. "Bertie" McCormick, wydawca "Chicago Tribune", otwarcie gardził Rooseveltem i wszystkim, co reprezentował, a jego gazeta - drugi co do znaczenia dziennik w mieście i jedna z najpopularniejszych w kraju - dyskredytowała administrację prezydenta bez choćby pozorów obiektywizmu. Kuzyn McCormicka, Joseph M. Patterson, był założycielem i właścicielem "New York Daily News", pierwszego tabloidu w kraju. Przy swoim formacie, stawiającym na duże fotografie, oraz sensacyjnym sposobie relacjonowania przestępczości, sportu i skandali erotycznych, "Daily News" prosperował przez cały okres Wielkiego Kryzysu, a nakładem przewyższył w końcu "New York Timesa". Swego czasu Patterson określał się jako socjalista i początkowo sympatyzował z New Deal, ale w roku 1940 związał się z ruchem izolacjonistycznym, a jego gazeta zwróciła się ostro przeciw FDR. Eleanor "Cissy" Patterson, młodsza siostra Josepha i kuzynka Bertiego McCormicka, była ekscentryczną i ordynarną mizantropką, która wykupiła od Hearsta dwie waszyngtońskie gazety i połączyła w jedną: "Washington Times-Herald". Pod koniec lat trzydziestych "Times-Herald" wygrał stołeczną bitwę nakładów i stał się jednym z najbardziej dochodowych tytułów prasowych w kraju. Była to otwarcie tendencyjna gazeta dużego formatu, atakująca administrację prezydenta prawie codziennie, a czasami kilka razy dziennie, w aż czterech wydaniach dziennych. Na pierwszej stronie pojawiały się obelżywe anty-Rooseveltowskie artykuły wstępne, podpisane "Cissy Patterson". Gazeciarze sprzedawali "Times-Herald" na każdym rogu śródmieścia, a jeden czy dwaj wykrzykiwali zwykle najnowsze nagłówki na chodniku tuż u bram Białego Domu.
Żaden z czworga magnatów nie był obcy FDR. McCormick i Joseph Patterson chodzili z nim do szkoły w Groton, zaś on sam i Eleanor przyjaźnili się z Cissy Patterson, gdy była młodą debiutantką w balowych kręgach towarzyskich. We wcześniejszym okresie kariery Roosevelt zaliczał Hearsta do sojuszników, a nawet nazywał "przyjacielem". Jego antypatia wobec potentatów medialnych, oraz ich antypatia wobec niego, była serdeczna i głęboko osobista. Ponieważ troje z tej czwórki łączyły więzy krwi, a czwartego (Hearsta) wiązały z pozostałymi wieloletnie przyjaźnie i interesy, FDR zwykł uważać gazety Hearsta, McCormicka i Pattersonów za zjednoczony front. Jednakże w roku 1940, gdy ubiegał się o bezprecedensową trzecią kadencję prezydencką, około trzech czwartych ogółu amerykańskich gazet sprzeciwiało się jego staraniom o reelekcję, a stosunki FDR z prasą osiągnęły nadir. Na szlaku kampanii wyborczej Roosevelt często oskarżał gazety, gdy tylko mógł, zarzucając, że niedostatecznie wypełniają swoją kluczową rolę w amerykańskiej demokracji. Prasa, jak twierdził, stanowiła przedsięwzięcie nastawione na zysk, w którym pogoń za sensacją i plotki uchodziły za bardziej dochodowe od trzeźwego, rzetelnego reporterstwa - w rezultacie zatruwała w kraju debatę obywatelską. Tej jesieni na łamach "New York Timesa" Arthur Krock wspominał o determinacji prezydenta, "by głosić wojnę klasową przeciwko prasie" oraz jego "mocnym przekonaniu, że prasa jest niewiarygodna i często przekupna"7.
Gdy prezydent zwyciężył kandydata republikanów, Wendella Willkiego, przytłaczającą większością w głosowaniu zarówno powszechnym, jak i elektoralnym, wielu dziennikarzy, redaktorów, prezenterów radiowych i felietonistów usztywniło kurs wobec niego. FDR przełamał 150-letni precedens, kandydując (i zwyciężając) na trzecią kadencję. Bardziej niż kiedykolwiek dziennikarze uświadomili sobie konstytucyjny obowiązek, by rzucać wyzwanie potężnemu prezydentowi i kontrolować jego władzę.
Spoglądając z perspektywy dzisiejszych czasów, kiedy dziedzictwo Roosevelta jest wyryte w marmurze, trudno pojąć, jak polaryzującą i kontrowersyjną postacią był on w swoich czasach. W kręgach medialnych, nawet wśród dziennikarzy, którzy osobiście go lubili i popierali jego politykę, przyjmowano za pewnik, że FDR to niepoprawny przechera. Często pokazywał, że umie manipulować prasą albo ją omijać. Przemawiał do narodu amerykańskiego bezpośrednio przez radio, i to z dużym powodzeniem - radio wciąż jednak było dość nowym medium i wielu żywiło obawy, że stanie się ono środkiem przekształcenia w oręż demagogii politycznej. Kilkakrotnie, podczas debat pomiędzy izolacjonistami a interwencjonistami na temat zaangażowania Stanów Zjednoczonych w wojnę europejską, prezydent sugerował, że jego krytycy dopuszczają się zdrady. Krytyków z kolei martwiło nieuchronne poszerzenie uprawnień prezydenckich w przypadku, gdyby Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny przeciw Hitlerowi. Każdy człowiek w wieku średnim lub starszy pamiętał system cenzury represyjnej, wprowadzony podczas I wojny światowej. "Godność" Woodrowa Wilsona była wówczas uważana za nietykalną, a jakakolwiek krytyka prezydenta lub jego polityki, nawet łagodna i w dobrych intencjach, stanowiła podstawy do postępowania sądowego lub zamknięcia winnej gazety. Roosevelt pracował w administracji Wilsona jako zastępca sekretarza marynarki, więc spoczywała na nim część odpowiedzialności za owe dawne nadużycia. H. L. Mencken, wspominając ekscesy lat 1917-1918, ostrzegał kolegów, że mają obowiązek, w czasie wojny jeszcze bardziej niż podczas pokoju, "nie spuszczać czujnego oka z tych panów, którzy kierują naszym wielkim narodem i aż nazbyt często popadają w przeświadczenie, że jest on ich własnością". Gdyby gazety nie stawiały zdeterminowanego oporu, uległyby wówczas "naciskom, jakim poddają je politycy od samego zarania Republiki"8. Tak miały się sprawy 7 grudnia 1941 r., kiedy największy temat dla XX-wiecznej prasy rozegrał się na niebie nad Pearl Harbor.
Dwa dni po ataku FDR zorganizował swoją zwykłą wtorkową konferencję prasową, pierwszą w czasie wojny. Uprzedzono reporterów, aby stawili się w Białym Domu wcześniej, ponieważ nowe, wojenne środki bezpieczeństwa spowodują długie opóźnienia. Na całym terenie wzniesiono nowe wartownie i budki strażnicze. Przy każdym wejściu stanęły stalowe barykady i trzymetrowe wały z worków z piaskiem. Na dachu ustawiono karabiny maszynowe. Żołnierze w stalowych hełmach nosili karabiny z bagnetami, a ubrani po cywilnemu agenci Secret Service uzbrojeni byli w pistolety maszynowe Thompson.
Miała to być największa jak dotąd konferencja prasowa za prezydentury FDR. Aby pomieścić ogromny tłum, przeniesiono ją z Gabinetu Owalnego do Sali Wschodniej. Mike Reilly, szef osobistej ochrony prezydenta z Secret Service, naliczył ponad sześciuset dziennikarzy zgromadzonych w przedsionku za sznurami odgradzającymi, "tłoczących się i przepychających jak tabun dzikich koni w zagrodzie. Pozwalaliśmy im przechodzić przez barierę pojedynczo, legitymując i prosząc o wyrzucenie zapalonych papierosów, zanim wejdą do gabinetu prezydenta"9.
W ciągu poprzednich 48 godzin prasa na wyścigi relacjonowała wydarzenia z Hawajów. Oprócz wąskiego grona specjalistów od armii i marynarki, większość reporterów nie miała większego pojęcia o sprawach wojskowych i nie potrafiła nawet wymienić nazwisk najwyższych stopniem generałów i admirałów w kraju. Sekretarz prasowy Steve Early od niedzieli urządzał regularne spotkania z dziennikarzami, o wielu jednak rzeczach nie mógł im powiedzieć. Okruchy prawdy przesączały się z Pearl Harbor w morzu plotek: napomknienia o zatopionych pancernikach, samolotach zniszczonych na ziemi, tysiącach zabitych i rannych żołnierzy. W powietrzu wisiały histeria i strach. Klub Prasowy na 14. Ulicy wrzał od pogłosek. Dyrektor FBI, J. Edgar Hoover, dokonał koordynacji pierwszych, wstępnych kroków na rzecz cenzury prasy. Armia ostrzegła gazety, że nie należy drukować żadnych informacji o ruchach wojsk, a marynarka przejęła kontrolę nad międzynarodowymi centralami telefonicznymi i telegraficznymi. Jednak w tych pierwszych, gorączkowych dniach wojny władza nie ujawniła jeszcze, kiedy i w jaki sposób naród amerykański będzie otrzymywał wieści z zamorskich teatrów działań wojennych.
Konferencja prasowa opóźniła się jakiś czas, gdyż ochrona dwukrotnie sprawdzała akredytacje. Roosevelt siedział przy biurku w przedniej części gabinetu, a Early krążył w pobliżu, gdy do środka spływali ostatni dziennikarze i fotoreporterzy. Oficjalny stenotypista zanotował ich spontaniczną wymianę zdań.
- Strasznie dużo ludzi - stwierdził Early.
- A dostaną cholernie mało - odparł prezydent10.
FDR zaczął konferencję od odczytania szeregu oświadczeń o mobilizacji wojennej oraz poinformował o różnych agencjach zaangażowanych w reglamentację towarów i przestawienie przemysłu cywilnego na produkcję uzbrojenia. Kwestie dziennikarstwa i cenzury wojennej poruszono dopiero w drugiej połowie godziny, a wówczas stało się oczywiste, że FDR i jego doradcy ledwo zaczęli się zastanawiać nad tymi problemami.
- Wszystkie informacje, przed publikacją, winny spełniać dwa oczywiste warunki - powiedział prezydent. - Po pierwsze, powinny być rzetelne. Cóż, wydaje mi się, że to dość jasne. Po drugie, ujawnianie takich informacji nie powinno służyć nieprzyjacielowi pomocą ani wsparciem.
Reporterzy byli ewidentnie nad wyraz chętni stosować się do systemu cenzury - katastrofa w Pearl Harbor w dramatyczny sposób unaoczniła konieczność ochrony tajemnic wojennych - ale chętni byli też oddzielać fakty od plotek. W razie otrzymania informacji z nieoficjalnego źródła - zapytał jeden z dziennikarzy - co z nimi zrobić? FDR stwierdził, że należy wstrzymać się z publikacją, dopóki nie zostaną ocenione przez cenzorów wojskowych. "Gazety nie prowadzą wojny. Armia i marynarka powinny jasno to powiedzieć".
Prezydenta zasypano gradem pytań o Pearl Harbor, na które odpowiadał z jak najmniejszą ilością szczegółów. Poproszony o potwierdzenie, że tysiące marynarzy otrzymało urlopy i rankiem, gdy nastąpił atak, przebywało w Honolulu, FDR wypalił: "Skąd mam wiedzieć? Skąd pan to wie? Skąd to wie ten, kto o tym donosi?"11. Plotki już w czasie pokoju były wystarczająco kłopotliwe; podczas konfliktu mogły się okazać zgubne dla wysiłku wojennego.
Tej nocy FDR zwrócił się do narodu przez radio w pierwszej wojennej "Pogawędce przy kominku", osiągając rekordową publiczność 60 mln słuchaczy. W przemowie tej powtarzał i wzmacniał argumenty ze swojego wykładu dla korespondentów w Białym Domu sprzed kilku godzin. Plotkarstwo, jak stwierdził, było impulsem zrozumiałym, ale potencjalnie szkodliwym dla morale narodu amerykańskiego. "Z największą powagą nawołuję rodaków do odrzucania wszelkich plotek. W czasie wojny te paskudne wzmianki o całkowitej katastrofie latają gęsto i szybko. Wymagają zbadania i oceny". Nieprzyjaciel miał szerzyć kłamstwa i dezinformację, aby zamącić Amerykanom w głowie i przerazić ich, więc zbiorowym obowiązkiem narodu był sprzeciw wobec takiej taktyki propagandowej. Nie należało wierzyć żadnej informacji podanej przez anonimowe źródło. Prezydent dodał bezpośredni apel do mediów:
Oto, co mam do powiedzenia wszystkim gazetom i stacjom radiowym - wszystkim, które docierają do oczu i uszu narodu amerykańskiego: spoczywa na was jak najpoważniejsza odpowiedzialność wobec narodu, teraz i aż do końca wojny.
Jeżeli uważacie, że władza ujawnia nie dość wiele prawdy, macie wszelkie prawo to powiedzieć. Jednak, w razie braku jakichkolwiek faktów w źródłach oficjalnych, etyka patriotyzmu nie daje wam prawa prezentować niepotwierdzonych doniesień w taki sposób, by naród uważał je za prawdę objawioną12.
Na tak wczesnym etapie wojny, kiedy wciąż utrzymywał się szok po Pearl Harbor, kierownictwo mediów przyjęło konstruktywny stosunek do cenzury. Żaden redaktor, reporter ani prezenter radiowy nie chciał być oskarżany o działanie na szkodę sprawy alianckiej, umyślne czy niezamierzone. Wszyscy zgadzali się, przynajmniej co do zasady, że kluczowe tajemnice wojskowe nie powinny wpadać w ręce nieprzyjaciela za pośrednictwem wolnej prasy. Popularne czasopismo branżowe oznajmiło czytelnikom: "Stojąc pomiędzy etycznym wymogiem zawodowym, aby dziennikarz nie ukrywał niczego, a patriotycznym obowiązkiem, by nie strzelać własnym żołnierzom w plecy, bez najmniejszego trudu dokonaliśmy wyboru. Wolność prasy nie pociąga za sobą ogólnej zgody na ujawnianie nieprzyjacielowi naszych tajemnych mocnych stron i słabości"13.
Pomny, że w czasie I wojny światowej władza posunęła się za daleko, FDR postępował ostrożnie. Wyrażał osobistą niechęć wobec cenzury. "Wszyscy Amerykanie czują wstręt do cenzury w równym stopniu jak do wojny" - stwierdził w oświadczeniu wkrótce po ataku na Pearl Harbor. - "Jednakże doświadczenie naszego i wszystkich innych narodów wykazało, że w czasie wojny cenzura jest do pewnego stopnia niezbędna, a dziś jesteśmy na wojnie"14.
Do stycznia 1942 r. władze federalne ustanowiły swoją zasadniczą politykę. Relacjonowaniem zdarzeń z zagranicy mieli się zajmować "korespondenci wojenni" akredytowani przy armii lub marynarce, a ich materiały przed publikacją powinny były trafiać do wojskowych cenzorów. Natomiast krajowe gazety, czasopisma i nadawcy radiowi mieli podlegać systemowi ściśle dobrowolnemu, bez przepisów wprowadzających państwową cenzurę prewencyjną i bez nowych mechanizmów przymusu. Apelowano do mediów, aby przestrzegały Kodeksu praktyk czasu wojny dla prasy amerykańskiej, określającego kategorie danych, jakich nie należało przekazywać do publikacji w czasie trwania wojny: ruchy wojsk, wypłynięcia statków i okrętów, statystyki produkcji wojennej, pogoda, położenie wrażliwych obiektów wojskowych lub fabryk zbrojeniowych. Nie należało w żaden sposób nawiązywać do informacji ze źródeł wywiadowczych, skuteczności nieprzyjacielskich środków obronnych ani prac nad nowym uzbrojeniem i technologiami. W obawie, że szpiedzy lub sabotażyści mogą używać amerykańskich mediów do komunikacji, poproszono gazety, aby zaprzestały publikacji ogłoszeń drobnych. Z tej samej przyczyny komercyjne stacje radiowe miały zrezygnować z programów z udziałem słuchaczy, audycji z telefonami do studia czy sond ulicznych. Nie powinny były już przyjmować zamówień muzycznych ani nadawać ogłoszeń lokalnych o zaginionych zwierzętach, sprawach klubowych czy spotkaniach.
Zadanie realizacji tych środków otrzymała nowa agencja federalna: Urząd Cenzury (Office of Censorship). Dyrektorem mianowany został Byron Price, weteran dziennikarstwa, ostatnio redaktor naczelny Associated Press. Po objęciu nowego stanowiska poprzysiągł, że prędzej ustąpi niż pozwoli na ograniczenie wolności prasy, jak w czasie I wojny światowej, na tak mglistych czy niestałych podstawach jak "interes publiczny lub morale narodu". Prokurator generalny zachował pewne uprawnienia wykonawcze na mocy Ustawy o szpiegostwie z 1917 r. - które pozostały wówczas w mocy, a zresztą pozostają i dziś - ale urząd Price'a nie miał nic wspólnego z karaniem czy ściganiem gazet. Agencja wynajmowała za to zawodowych dziennikarzy, aby działali jako "misjonarze" - tak ich nazywał Price - czyli podróżowali po kraju, przekonując redaktorów i nadawców do przestrzegania zasad. System dobrowolnej autocenzury, jak stwierdził Price, "dał gazetom i innym publikacjom kredyt zaufania. Zaciągnął on każdego autora i redaktora do armii republiki"15.
Opinia publiczna nie znała jeszcze pełnej skali katastrofy w Pearl Harbor, jednak doniesienia i plotki nie pozostawiały wątpliwości, że Japończycy zadali pacyficznej twierdzy druzgocący cios. Rozmawiając z prasą w tydzień po ataku, sekretarz marynarki Frank Knox przyznał, że kilka pancerników zostało zniszczonych, a inne poważnie uszkodzone; wyjawił też, że zginęło prawie 3000 marynarzy i innych członków sił zbrojnych. Trwały dochodzenia, zarówno w Kongresie, jak i w wojsku. Knox stwierdził, że "siły lądowe i morskie nie znajdowały się w pogotowiu", sugerując, że miejscowi dowódcy byli winni zaniedbania obowiązków16. Adm. Husband E. Kimmel i gen. Walter C. Short, głównodowodzący na Hawajach, zostali zdymisjonowani w trybie doraźnym. Czekała ich degradacja, przymusowe przejście w stan spoczynku i "ścieżka zdrowia" w postaci dziewięciu zasadniczo zbędnych dochodzeń, które miały odciągnąć winę od Waszyngtonu.
Z innych części Oceanu Spokojnego nadchodziły tymczasem wieści konsternujące i złowieszcze. W ciągu kilku godzin od ataku na Pearl Harbor Japończycy rozpoczęli lotniczy blitzkrieg na froncie o długości prawie 5 tys. km, uderzając na cele amerykańskie i brytyjskie w Mikronezji, na Filipinach, Malajach, w Birmie i Hongkongu. Trzeciego dnia wojny od torped lotniczych zatonęły u wybrzeży Malajów brytyjskie pancerniki Prince of Wales i Repulse. Japońskie siły inwazyjne dokonały desantów na wielu plażach Luzonu i innych wysp Archipelagu Filipińskiego. Dowódca amerykański na Filipinach, gen. Douglas MacArthur, na czele swoich wojsk toczył desperacką, choć mężną walkę z przeważającymi siłami nieprzyjaciela - a w każdym razie takie wrażenie odnosiło się na podstawie pobieżnych i nieco dezorientujących wczesnych doniesień z drugiej strony globu.
Chociaż prawda miała wyjść na światło dzienne dopiero po latach, postępowanie MacArthura w pierwszym dniu wojny było co najmniej równie karygodne jak zachowanie Kimmela czy Shorta. Otrzymawszy z dziewięciogodzinnym wyprzedzeniem ostrzeżenie o ataku na Pearl Harbor, generał zaszył się w swojej kwaterze głównej i unikał łączności z podległymi dowódcami lotnictwa, choć wielokrotnie usiłowali do niego dotrzeć. W rezultacie jego główne siły bombowców B-17 i myśliwców P-40 sparaliżował brak rozkazów, a pierwszy japoński nalot na terytorium Filipin zniszczył ponad połowę maszyn na ziemi. To "drugie Pearl Harbor" w kilka godzin po pierwszym wstrząsnęło przywódcami w Waszyngtonie, ale nikt spoza uprzywilejowanego kręgu nawet nie wiedział, że do niego doszło. Doniesienia prasowe z 7 grudnia stwierdzały co najwyżej, że japońskie samoloty dostrzeżono w filipińskiej przestrzeni powietrznej. Trzy dni później Biały Dom ogłosił, że Japończycy zaatakowali Clark Field, bazę lotniczą na północ od Manili, ale nie podał szczegółów: "Gen. Douglas MacArthur, jak dotąd, nie był w stanie zameldować o szczegółach tego starcia"17.
Odmienne standardy odpowiedzialności na Hawajach i na Filipinach od zawsze trapiły historyków. Wypadków na tym drugim archipelagu nigdy nie poddano formalnemu śledztwu, a MacArthur nigdy nie odpowiedział za błędy i zaniedbania, które wydawały się co najmniej równie karygodne, a z pewnością łatwiejsze do uniknięcia niż te na Hawajach. Rozbieżność tę można wytłumaczyć wyłącznie szczególnym efektem sposobu, w jaki pierwsze etapy wojny na Pacyfiku zostały przedstawione przez media w Stanach Zjednoczonych. W przypadku odwołania MacArthura działanie należałoby podjąć natychmiast albo wcale - a natychmiast go nie podjęto. W drugim tygodniu wojny nastrój narodu amerykańskiego uległ zmianie. Teraz opinia publiczna wydawała się pragnąć narracji o odkupieniu, która zmyłaby traumę i hańbę Pearl Harbor. Osaczona armia MacArthura po drugiej stronie świata, z niewielkimi nadziejami na wsparcie czy uzupełnienia, toczyła poruszającą walkę bez większych szans na sukces. Człowiek, który stał na jej czele, jawił się postacią dzielną i szlachetną, istnym amerykańskim paladynem. Jego codzienne komunikaty, redagowane w stylu wahającym się od sensacyjnego do pyszałkowatego, zniewalały społeczeństwo amerykańskie. "Ubrany był szykownie, fizycznie był przystojny, jako mówca - efektowny" - napisał później o MacArthurze komentator prasowy. - "W wieku sześćdziesięciu dwóch lat był prosty, jakby kij połknął, o bystrym spojrzeniu, rumianych policzkach i tylko niewielkiej łysinie. Rysy twarzy miał regularne, minę władczą, a przekrzywiona haftowana czapka wzbogacała jego elegancką powierzchowność o romantyczną nutę"18.
W tych pierwszych dniach wojny Douglas MacArthur wzbił się w amerykańskich mediach nader gwałtownie do statusu supergwiazdy, osiągając sławę, rozgłos i popularność na skalę, z jaką nie mógł się równać żaden inny dowódca. Jego rakieta miała szybować nad Pacyfikiem majestatyczną trajektorią na wysokim pułapie, dopóki po dziesięciu latach nie zestrzelił jej Harry Truman.
Filipiny od początku były skazane na zgubę i zapewne byłoby tak nawet gdyby Japończycy nie uderzyli na Pearl Harbor. Pierwsze japońskie ataki na te wyspy, oraz wiele innych terytoriów alianckich na zachodnim Pacyfiku, zostały przeprowadzone z wielką wprawą i przytłaczającym panowaniem w powietrzu. MacArthur miał jednak wolę walki, a także uczynienia z niej porządnego widowiska, zaś Amerykanie uwielbiali go za to. Od 8 grudnia 1941 r. do 11 marca 1942 r. jego kwatera główna wydała 142 komunikaty dla prasy. W 109 z nich tylko jeden człowiek był wymieniony z nazwiska: sam MacArthur. Rzadko kiedy wyróżniano pochwałą lub uznaniem poszczególne jednostki; komunikaty mówiły zwykle po prostu o "armii MacArthura" czy "żołnierzach MacArthura"19. Często sugerowano, że osobiście dowodził wojskami w polu, gdy naprawdę przebywał w swojej kwaterze w Manili.
Obyty z prasą generał znał wartość zwięzłego zdania, nadającego się w sam raz na nagłówek. "Zrobimy, co w naszej mocy" - oznajmił dziennikarzom piątego dnia wojny20. Kiedy ktoś zaproponował, by zdjąć amerykańską flagę z dachu kwatery w Manili, by nie przyciągała uwagi japońskich bombowców, MacArthur odparł: "Niech flaga powiewa"21. Tego rodzaju slogany, przytaczane w jego komunikatach, nazajutrz pojawiały się w nagłówkach na całym obszarze Stanów Zjednoczonych. Doskonale umiał pozować do zdjęć, w wyprostowanej pozie i z pewnym ustawieniem głowy, jak posąg z białego marmuru na cokole. Na okładce czasopisma "Time" z 29 grudnia 1941 generał stoi dumny i śmiały, wpatrując się w dal. Producenci kronik filmowych eksponowali stare nagrania MacArthura dokonującego przeglądu wojsk, przemawiającego do kadetów w West Point czy całowanego w oba policzki przez francuskiego generała. Kongres głosował za przemianowaniem Conduit Road, drogi w Dystrykcie Kolumbii na zachód od Georgetown, na "MacArthur Boulevard". Czerwony Krzyż rozpoczął ogólnokrajową akcję zbierania datków w "Tygodniu MacArthura". Uniwersytety nadawały mu zaocznie tytuły honoris causa. Konwencja taneczna w Nowym Jorku przedstawiła nowy taniec, zwany MacArthur Glide22. Indianie Czarne Stopy przyjęli MacArthura do swojego plemienia, nadając mu imię Mo-Kahki-Peta, "Wódz Mądry Orzeł". Nowojorskie wydawnictwa na wyścigi publikowały "błyskawiczne" biografie generała - a właściwie hagiografie - i choć były one pisane z niewielkim przygotowaniem i w pośpiechu, to sprzedawały się na pniu: MacArthur Wspaniały; Generał Douglas MacArthur: Ekscytująca historia życia czy Generał Douglas MacArthur: Bojownik o wolność.
W dniu sześćdziesiątych drugich urodzin generała, 26 stycznia 1942 r., kongresmeni i senatorzy na Kapitolu wygłaszali pełnym głosem urodzinowe panegiryki, a każdy mówca sprawiał wrażenie, jakby próbował przebić ekscytację poprzedniego23. Nazajutrz "Philadelphia Record" oznajmiła czytelnikom: "Jest on jednym z największych generałów walczących w tej czy jakiejkolwiek innej wojnie. Oto historia, o której Państwa dzieci będą opowiadać wnukom"24. 12 lutego 1942 r., w bostońskim przemówieniu z okazji rocznicy urodzin Lincolna, Wendell Willkie, pokonany republikański kandydat na prezydenta z 1940 r., domagał się odwołania MacArthura do Waszyngtonu i powierzenia mu odpowiedzialności za prowadzenie wojny na szczeblu globalnym. "Sprowadźcie generała MacArthura" - grzmiał Willkie. - "Postawcie go na samym szczycie. Zabierzcie od niego ręce biurokratów i polityków. (...) Uczyńcie go najwyższym dowódcą naszych sił zbrojnych, podporządkowanym prezydentowi. Wówczas naród Stanów Zjednoczonych będzie mieć powody do nadziei, że to umiejętności, a nie fuszerka i nieład, kierują jego wysiłkami"25.
Wchłanianie przez naród z zapartym tchem historii rozgrywającej się na Filipinach nasuwało prezydentowi i jego kierownictwu wojskowemu złowieszcze pytanie: jak to się skończy? Czy MacArthura można wspomóc posiłkami albo nawet zaopatrzeniem? Gen. George C. Marshall polecił swojemu nowemu zastępcy, niedawno awansowanemu gen. bryg. Dwightowi D. Eisenhowerowi, zbadać problem z każdej strony i przedstawić rozwiązanie. Eisenhower służył na Filipinach pod rozkazami MacArthura w latach 1935-1939, więc znał tamtejsze warunki najlepiej ze wszystkich oficerów w Waszyngtonie. Zwrócił uwagę, że Marshall nic nie wspomniał o wpływie na naród amerykański, ale uznał, że konsekwencje są nie do przeoczenia: "Najwyraźniej uważał, że jeśli ktoś jest na tyle głupi, by nie dostrzec tej kwestii, nie powinien nosić gwiazdki generała brygady"26.
Krótko mówiąc, dylemat polegał na tym, że Filipin nie dało się uratować, ale nie można było ich po prostu porzucić. Były nie do uratowania, ponieważ alianci nie mogli jeszcze wystawić nawet ułamka jednostek pływających, sił morskich i powietrznych niezbędnych do walki po drugiej stronie Pacyfiku. Misja ratunkowa spotęgowałaby tylko skalę klęski; jakikolwiek okręt usiłujący przełamać japońską blokadę i dostać się na półwysep Bataan, gdzie tkwiła w oblężeniu armia MacArthura, zostałby zatopiony lub zdobyty. A jak by nie liczyć, prowiant, amunicja i inne niezbędne zaopatrzenie na Bataanie skończyłyby się na długo, zanim alianci zdołaliby zmobilizować siły na skalę potrzebną, by wrócić na Filipiny. Z drugiej strony Eisenhower oznajmił Marshallowi, że osaczonej armii nie można "z zimną krwią" porzucić na pastwę nieprzyjaciela. Choć twarda wojskowa logika nakazywała ograniczanie strat, Stany Zjednoczone były wielkim krajem o reputacji, którą musiały utrzymać. Powinny więc spróbować przerzucić na Bataan co najmniej trochę zaopatrzenia okrętami podwodnymi, łamaczami blokady i samolotami. Choćby miało to oznaczać niewiele więcej niż "pomoc po kropelce" i choćby oddaliło nieuniknioną kapitulację tylko o kilka tygodni, "musimy zrobić dla nich wszystko, co w ludzkiej mocy"27. Marshall zgodził się i pozwolił Eisenhowerowi wydać praktycznie dowolną kwotę na organizację symbolicznych transportów.
MacArthur w żaden sposób nie dał do zrozumienia, że chce porzucić swoją armię. Nosił przy sobie nabitego derringera i przysięgał, że nie da się wziąć żywcem. Jednak w tunelu Malinta na wyspie Corregidor u wybrzeży Bataanu była z nim także młoda żona i czteroletni syn. Pozostawienie generała i jego rodziny na pastwę losu wzbudziłoby publiczne oburzenie na administrację Roosevelta. Gen. "Pa" Watson, wpływowy asystent FDR, nalegał, by prezydent rozkazał MacArthurowi opuścić Filipiny, twierdząc, że jest on wart "pięciu korpusów". Proponował przemycić generała do Australii i postawić na czele przyszłej kontrofensywy.
Rozważając to w dzienniku z 23 lutego, Eisenhower zapisał prorocze słowa o MacArthurze: "Wykonuje on dobrą robotę tam, gdzie jest, ale powątpiewam, czy poradziłby sobie równie dobrze w bardziej złożonych sytuacjach. Bataan jest dla niego jak uszyty na miarę: stoi w centrum uwagi społeczeństwa; uczynił go publicznym bohaterem; posiada wszystkie główne składowe dramatu; jest on tam niekwestionowanym królem. W przypadku wydostania generała, opinia publiczna wepchnie go na pozycję, w której zamiłowanie do świateł sceny może go zgubić"28. Kiedy FDR ostatecznie postanowił odwołać MacArthura z Filipin i mianować głównodowodzącym sił alianckich na Południowo-Zachodnim Pacyfiku, Eisenhower ubolewał: "Nie mogę się oprzeć przekonaniu, że artykuły redakcyjne wchodzą nam w szkodę i reagujemy na nastroje "opinii publicznej", zamiast kierować się logiką militarną". Eisenhowerowi nie było dane odegrać żadnej roli w wojnie na Pacyfiku - miał być zajęty gdzie indziej - ale już na początku 1942 r. przewidział wszelkie bolączki, jakie MacArthur miał sprawiać przywódcom w Waszyngtonie. MacArthur wykorzystywał później swoje wpływy polityczne i niezrównany dostęp do amerykańskich mediów, aby domagać się wysyłania pod swoje dowództwo coraz większej ilości wojsk, okrętów i samolotów. Odrzucał zasadę "najpierw Europa" jako podstawę globalnej strategii. Wtrącał się do polityki australijskiej. Upierał się przy kierowaniu wojną morską na Oceanie Spokojnym. Rościł sobie prawo do wyzwolenia całych Filipin przed podjęciem jakiejkolwiek ostatecznej ofensywy przeciw Japonii. Eisenhower przewidywał, że przywódcy w Waszyngtonie muszą się liczyć z nadzwyczajnym wpływem MacArthura na każdym etapie nadchodzącej wojny, gdyż "opinia publiczna zbudowała sobie bohatera z własnej wyobraźni"29.
Ernest J. King, stojący na czele US Navy marynarz o ostrych rysach, był zdecydowany nie mieć nic do czynienia z prasą. Kiedy prezydent Roosevelt zaproponował mianowanie go głównodowodzącym floty amerykańskiej ("COMINCH") na tydzień po ataku na Pearl Harbor, King przyjął to stanowisko pod warunkiem, że nie będzie musiał chodzić na konferencje prasowe. Stwierdził, że jego troską jest ochrona tajemnic wojennych, a jego sztab oganiał się od próśb o wywiady, tłumacząc, że King nie chce udzielać "nieprzyjacielowi pomocy i wsparcia"30. Jednak waszyngtońscy dziennikarze trafnie podejrzewali, że wrogość admirała miała głębsze podstawy - uważał ich za nieproszonych gości z godnego pogardy cywilnego półświatka pismaków i plotkarzy. Według jednego z nich King wydawał się lokować ich "nieco powyżej dżumy w kategorii rzeczy, których należy unikać za wszelką cenę"31.
Odczucia te powszechnie podzielało kierownictwo marynarki wojennej. Oficerowie uważali zwykle reporterów za szkodniki - i to niebezpieczne, zdolne do ujawniania tajemnic marynarki. Byli też świadomi skłonności gazet do tworzenia historii w oparciu o osoby, szczególnie takie o barwnej lub energicznej osobowości. Tego rodzaju osobisty rozgłos, jakiego nie szczędzono Douglasowi MacArthurowi, ich zdaniem nie licował z etosem panującym w marynarce wojennej, stawiającym drużynę wyżej od zawodnika.
King i jego rówieśnicy rozpoczęli służbę w marynarce na początku XX wieku, w okresie po wojnie hiszpańsko-amerykańskiej. W tych latach wybuchł zacięty publiczny spór pomiędzy Williamem T. Sampsonem a Winfieldem Scottem Schleyem, dwoma wyższymi oficerami, którzy 3 lipca 1898 r. dowodzili eskadrami morskimi w bitwie pod Santiago de Cuba. Każdy z nich przypisywał sobie zasługę za zwycięstwo, a deprecjonował rolę drugiego. Obaj dowódcy i ich stronnicy rywalizowali o uznanie opinii publicznej i przerzucali się w druku oskarżeniami i obelgami. Wszczętemu we wrześniu 1901 r. dochodzeniu prasa - szczególnie gazety Williama Randolpha Hearsta - poświęciła wiele nagłówków; sąd wydał jednak niejednoznaczny wyrok, który tylko dolał oliwy do ognia. Prezydent Theodore Roosevelt usiłował stłumić wszelkie publiczne dyskusje na temat tego sporu, lękając się, że zbrukał on zwycięstwo marynarki nad Hiszpanią, ale scysja jeszcze przez wiele lat odbijała się echem w gazetach, a nawet stała się tematem jednego z pierwszych amerykańskich filmów niemych: The Sampson-Schley Controversy (1901).
Na midszypmenach, którzy w tych latach przechodzili przez Akademię Marynarki Wojennej, ten niestosowny publiczny spektakl wywarł trwałe wrażenie. Triumfy marynarki pod koniec wojny wyniosły Stany Zjednoczone do rangi światowego mocarstwa militarnego. Flota powinna była pławić się w uznaniu, czynić plany na przyszłość i umacniać swoją pozycję w Waszyngtonie - jednak Sampson i Schley oraz ich zwolennicy, którzy zdawali się dbać tylko i wyłącznie o swoje egoistyczne interesy, prali publicznie brudy marynarki. Młodzi oficerowie z tej generacji, tacy jak King (rocznik 1901), William Leahy (1897), William Halsey (1904), Chester Nimitz (1905) czy Raymond Spruance (1906), poprzysięgli sobie nawzajem i z osobna, że nigdy nie dopuszczą, by coś takiego się powtórzyło. Do lat czterdziestych większość Amerykanów zapomniała o aferze Sampsona i Schleya, o ile w ogóle o niej słyszała. Jednakże admirałowie II wojny światowej dobrze ją pamiętali. Szczycili się kulturą pracy zespołowej, chłodnego profesjonalizmu i osobistej skromności, z reguły całkowicie więc unikali dziennikarzy, gdy tylko nie wiązały się z tym żadne konsekwencje.
Wojenna próba ognia miała jednak wkrótce ukazać ryzyko i ograniczenia wynikające z awersji marynarki do rozgłosu. Nieprzedstawianie przez nią zadowalających i aktualnych informacji o wojnie morskiej pozostawiało próżnię w pojmowaniu tego tematu przez opinię publiczną - tak więc nieuchronnie, jakby na mocy prawa fizyki, w próżnię tę wlały się szalone plotki i spekulacje. Nikt nie kwestionował potrzeby ochrony tajemnic wojskowych, ale na wczesnych etapach wojny, kiedy wojska japońskie szalały po całej Azji Południowo-Wschodniej i Pacyfiku, wpływowe głosy w Waszyngtonie zarzucały marynarce, że nadużywa kontroli nad dziennikarstwem wojennym, aby maskować niepowodzenia. Co gorsza, przywódcy republikanów oskarżali ją o usługiwanie FDR i demokratom przez kształtowanie przepływu wiadomości na rzecz śródkadencyjnych wyborów do Kongresu w 1942 r. Zarzut ten był fałszywy, ale mógł mieć katastrofalne skutki, adm. King zrozumiał więc w końcu, że będzie musiał albo go odeprzeć, albo narazić się na zarzuty o wtargnięcie do strefy zdemilitaryzowanej pomiędzy prowadzeniem wojny a polityką.
Równie paląca była kwestia miejsca marynarki w powojennym systemie obrony. Po ataku na Pearl Harbor przywódcy obu partii w Kongresie zobowiązali się uprościć schemat organizacyjny sił zbrojnych. Departamenty Wojny i Marynarki, samodzielne i równoważne od czasów administracji Johna Adamsa, miano połączyć w jednolity departament obrony pod kierownictwem jednego, cywilnego funkcjonariusza rządowego. Choć szczegółowe postanowienia pozostawały jeszcze do negocjacji, to wojska lądowe, marynarka wojenna, piechota morska oraz siły powietrzne miały zostać połączone w ramach zintegrowanej struktury dowodzenia. FDR przekonał Kongres, aby odroczył te reformy do czasu zwycięstwa w wojnie - nikomu nie było jednak trudno przewidzieć, że połączenie rodzajów sił zbrojnych musi przerodzić się w polityczną awanturę na monumentalną skalę, w której marynarka ma wiele do stracenia w kwestii autonomii dowodzenia i wpływów. Sekretarz Knox i jego podsekretarz James Forrestal - obaj z doświadczeniem dziennikarskim - ostrzegli Kinga i admirałów, że walka ta w pewnym sensie już się zaczęła i lepiej, żeby marynarka "opowiedziała swoją historię" narodowi amerykańskiemu. Forrestal zauważył, że armia już nieoficjalnymi kanałami prezentuje swoje argumenty przywódcom Kongresu, a zatem "w mojej ocenie, na dzień dzisiejszy, Marynarka Wojenna przegrała sprawę, a górę weźmie punkt widzenia Armii, czy to w Kongresie, czy w sondażach opinii publicznej"32. W sierpniu 1944 r. Forrestal oznajmił Kingowi: "Wizerunek publiczny jest dziś taką samą częścią wojny jak logistyka czy szkolenie, i musimy go za takową uznawać"33.
W najbliższych tygodniach po Pearl Harbor setki zatrudnionych dziennikarzy zgłaszało się do Departamentu Wojny i Marynarki, aby uzyskać akredytację korespondentów wojennych, prekursorów dzisiejszego "dziennikarstwa osadzonego"34. Według Basic Field Manual for Correspondents ("Podstawowego podręcznika polowego dla korespondentów") wojsk lądowych, frontowi reporterzy mieli podlegać władzy wojskowej i musieli "przedstawiać do cenzury wszelkie wypowiedzi, materiały pisemne i fotografie przeznaczone do publikacji lub przekazania"35. Chociaż mieli pozostać cywilami, nakazano im nosić zwykłe mundury khaki z mosiężnymi oznakami na naramiennikach, pozwalającymi rozpoznać ich jako "Korespondentów", "Fotografów" lub "Komentatorów Radiowych". Ogólnie, aż do końca wojny, siły zbrojne wydały około 1600 akredytacji dla takich osób.
Dziennikarzom zaciągającym się jako korespondenci nakazywano spakować bagaże i być gotowymi do opuszczenia kraju w ciągu dziesięciu godzin. Podobnie jak żołnierze i marynarze, mieli oni zakaz ujawniania dat wyjazdu i celu podróży, nawet własnym redaktorom czy bliskim. Mieli podróżować razem z żołnierzami - drogą powietrzną lub morską. Choć nie nosili stopni wojskowych, to dysponowali przywilejami oficerskimi, a więc jedli posiłki z oficerami i korzystali z tych samych co oni warunków życia i zakwaterowania. Jako cywile, nie powinni byli salutować ani odbierać salutów - ale ponieważ nosili mundury, oficerowie i żołnierze często oddawali im honory. Ściśle mówiąc, gdyby mieli postępować zgodnie z protokołem, to powinni powstrzymywać się od odwzajemniania salutu. Z drugiej strony, nikt nie chciał nikogo urazić. Nigdy nie zarządzono jakiegokolwiek oficjalnego rozwiązania tego dylematu. Jak twierdził William J. Dunn, korespondent radia CBS przydzielony do australijskiej kwatery głównej Douglasa MacArthura, większość jego kolegów przyjęła taki zwyczaj, że nie salutowali jako pierwsi, ale odwzajemniali saluty "z czystej uprzejmości". Stając twarzą w twarz z dowódcami wysokiej rangi, zdobnymi w "plejadę gwiazdek", unosili jednak dłonie do czoła szybko i instynktownie, pal sześć protokół36.
Korespondenci wojenni i oficerowie do spraw kontaktów z prasą byli naturalnymi przeciwnikami. W większości zagranicznych sztabów wojskowych ich stosunki zawodowe nieuchronnie obfitowały w nieporozumienia i urazy. U źródeł problemu leżała rozbieżność pomiędzy ich kulturami zawodowymi i postawami. Wojskowi wszystkich stopni byli przyzwyczajeni do funkcjonowania w ramach hierarchii dowodzenia. Jeśli rozkaz wydawał się dziwny lub nielogiczny, to nie było pierwszym odruchem żołnierza domagać się wyjaśnienia czy uzasadnienia. Slangowy akronim SNAFU (Situation normal, all fouled up, czyli "sytuacja normalna - kompletny bajzel"), który wszedł do szerokiego obiegu w czasie II wojny światowej, wyrażał zrezygnowaną akceptację przez żołnierza regulaminów i procedur, które zdawały się sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem. Taka stoicka postawa nie przychodziła łatwo cywilnym dziennikarzom, którzy nigdy nie mieli oporów kłócić się z redaktorem, jeśli sądzili, że mają rację.
W niektórych sztabach za granicą, szczególnie w pierwszym roku wojny, sekcje prasowe stosowały system "ślepej cenzury". Cenzorzy przeglądali każdy materiał z czerwonym ołówkiem w ręku, wykreślając wszelkie zdania czy akapity, jakie uznali za nieodpowiednie, po czym wysyłali wersję ocenzurowaną telegraficznie wprost do Stanów Zjednoczonych. Autora nie powiadamiano o przeróbkach i skreśleniach ani nie podawano żadnego wyjaśnienia, nie pozwalano mu też napisać i złożyć artykułu na nowo. W niektórych przypadkach tekst znikał w cenzorskiej "czarnej dziurze", a jego autora ani słowem nie powiadamiano o decyzji. Dopiero później dowiadywał się, czy jego tekst "przeszedł" i jak duża jego część uniknęła czerwonego ołówka. Denerwujące było patrzenie, jak ciężka praca znika w takiej próżni. Nieuchronnie wywiązywały się zażarte kłótnie. Oficer prasowy, świadom swoich uprawnień i odpowiedzialności za ochronę tajemnic, nie był skłonny do ustępstw. Kiedy pięciu korespondentów wojennych w sztabie w Nowej Zelandii zwróciło się do cenzora prasowego z całą listą skarg, powiedział: "Nie boję się was bardziej niż pięciu Japońców"37. Inne biuro prasowe w odpowiedzi na protesty rozpowszechniało odbite na powielaczu szablonowe pisma:
PRZYJACIELU,
Ze łzami w oczach i ściśniętym gardłem słucham Twoich gorzkich żalów. Pozwolę sobie przekazać najgłębsze i najszczersze kondolencje. Nie pełnię jednak obowiązków kapelana i nie mam zbyt wielu ręczników. Proszę, skontaktuj się z Dyżurnym Toalety w sprawie materiału do osuszenia oczu.
POKÓJ Z TOBĄ, PRZYJACIELU,
Naczelny Cenzor38
Oficer prasowy miał jednak pecha, jeśli stanął w obliczu przeciwników, których władza nie onieśmielała i wśród których znaleźli się jedni z najgroźniejszych na świecie polemistów i miotaczy obelg. Korespondent "New Yorkera", A. J. Liebling, scharakteryzował oficerów prasowych napotkanych w sztabie gen. Eisenhowera w Londynie. W cywilu byli rzecznikami prasowymi korporacji lub "chicagowskimi przepisywaczami", jak zauważył Liebling - ale wojna zmieniła ich w majorów i pułkowników, którzy nigdy nie postawili stopy w obozie szkoleniowym ani nie widzieli pola bitwy. Byli to niezdarni "statyści kostiumowi", nieskazitelnie odziani w nienaganne, uszyte na miarę, wykrochmalone mundury, którzy o armii wypowiadali się z wyćwiczoną "obłudą". Przed wojną nie cieszyli się szacunkiem jako dziennikarze; teraz nie szanowano ich jako oficerów. Dysponując pewną żyłką do szachrajstwa i manipulacji, "dostosowali się do tego plugawego środowiska i rozkwitali w nim". W maju 1945 r., tuż po dniu zwycięstwa w Europie, kiedy utrata akredytacji prasowej nie pociągała już za sobą zawodowych konsekwencji, Liebling otworzył ogień na łamach swojego czasopisma. Potępił stosowanie cenzury "z powodów politycznych, osobistych lub zwykłego widzimisię" i ogłosił, że nadeszła pora obnażyć "olbrzymią ilość czystego kitu, który wciskano pod szyldem Służby Prasowej Armii"39.
Na Hawajach, gdzie adm. Chester Nimitz był głównodowodzącym Floty Pacyfiku (Commander-in-Chief of the Pacific Fleet - CINCPAC), korespondenci szybko zorientowali się, ku swej rozpaczy, że ten stateczny siwowłosy Teksańczyk jest zdecydowany nie dać im niczego interesującego ani nadającego się do cytowania. Dziennikarze wydawali się sądzić, że człowiek wysłany, by pomścić atak na Pearl Harbor, powinien wyglądać jak awanturnik z twarzą zżartą przez sól z powieści przygodowej dla chłopców. Nimitz jednak, jak zauważył jeden z nich, przypominał "emerytowanego bankowca"40. Według korespondenta "Time", Boba Sherroda, CINCPAC był "utrapieniem swoich specjalistów od stosunków z opinią publiczną; po prostu nie było w jego naturze wygłaszać imponujące oświadczenia czy udzielać barwnych wywiadów"41.
Pierwsza formalna konferencja prasowa Nimitza, której udzielił dopiero pod naciskiem sekretarza marynarki, Franka Knoxa, odbyła się 29 stycznia 1942 r., miesiąc po objęciu przez niego dowodzenia w Pearl Harbor. Korespondentów wojennych wprowadzono do jego gabinetu w kwaterze głównej, która mieściła się chwilowo w bazie okrętów podwodnych w Navy Yard. Zastali Nimitza przy standardowego typu drewnianym biurku, ubranego w zwykły mundur khaki bez krawata. Nie wstał na powitanie. Ściany były nagie, nie licząc zegara, kalendarza i mapy Pacyfiku. Dziennikarze siedzieli na składanych krzesłach, ustawionych specjalnie na tę okoliczność. Nimitz odczytał przygotowane zawczasu oświadczenie, w którym wymieniał poczynione pomiędzy armią a marynarką ustalenia dotyczące dowództwa. Wszystkie te informacje ujawniono już w Waszyngtonie, nie były więc nowe. Potem odpowiadał na pytania. Tak, zamierza utrzymać i obronić Hawaje. Nie, nie rozwinie tematu. Korespondent "New York Timesa", Foster Hailey, poprosił o "parę uspokajających słów dla ludzi w kraju na temat działań marynarki po 7 grudnia". Można sobie wyobrazić zbiorowe poczucie zawodu, gdy padła odpowiedź: "Admirał Nimitz stwierdził, że każde oświadczenie na temat działań jednostek floty winno pochodzić z Waszyngtonu w ramach globalnej strategii wojennej"42.
W tym samym miesiącu, również pod presją ze strony Knoxa, Nimitz mianował pełnoetatowego oficera do spraw kontaktów z prasą. Był nim Waldo Drake, komandor podporucznik rezerwy marynarki, a dawniej korespondent "Los Angeles Times" do spraw morskich. Praktyka nadawania cywilnym reporterom stanowisk oficerów prasowych opierała się na założeniu (jak to ujął pewien oficer marynarki), że "hipopotam dogada się z drugim hipopotamem"43. Drake zrobił dobre pierwsze wrażenie na korespondentach wojennych, obiecując, że drzwi jego gabinetu w sztabie Floty Pacyfiku będą dla nich zawsze otwarte. Pracę miał jednak w dużej mierze niewdzięczną, ponieważ jego przełożony nadal uważał współpracę z prasą raczej za problem, z którym trzeba sobie poradzić, niż za okazję do komunikacji z opinią publiczną. Uprawnienia Drake'a nie sięgały poza kwaterę główną Floty Pacyfiku, ale na Oahu było wiele innych dowództw - na przykład armii lądowej, Sił Powietrznych Armii (USAAF) oraz 14. Okręgu Marynarki Wojennej - a poszczególne sztaby miały własne praktyki cenzury i strategie kontaktów z mediami44.
Dzień po dniu korespondenci pukali do drzwi Drake'a, by dać upust skargom. Jak twierdzili, wiadomości podawane przez sztab Floty Pacyfiku były już wcześniej powszechnie znane. Żółwie tempo procedur cenzorskich Drake'a sprawiało, że ich teksty w chwili dotarcia na kontynent były już przebrzmiałe. Zbyt niewielu pozwolono wyruszyć w morze razem z flotą. Kiedy Japończycy zdobyli wyspę Wake, cenzorzy wykreślili nazwę "Wake" i określili ją po prostu jako "wyspę". Jeden z korespondentów zapytał: "Czy komukolwiek w marynarce wydaje się, że Japończycy myślą, że zajęli jakąś inną wyspę?"45. Na skutek snafu panującego w administracji, korespondentów zaproszono na spotkanie prasowe z adm. Robertem Englishem, dowódcą Pacyficznych Sił Podwodnych. Nimitz jednak zarządził całkowitą blokadę informacyjną w przedmiocie okrętów podwodnych, więc Drake musiał wpaść do pomieszczenia i położyć kres konferencji. Zanim wypuścił reporterów, odebrał im wszystkie notatniki46. Doszło też do incydentu zwiastującego satyryczną powieść Josepha Hellera Paragraf 22: materiał prasowy przeszedł przez cenzurę armii i marynarki, ale cenzor z tej drugiej zmienił jeden z akapitów. Wtedy armia doszła do wniosku, że wersja marynarki się jej nie podoba, i zawiesiła akredytację korespondenta, który napisał artykuł, choć w ogóle nie widział on wersji zmienionej, dopóki nie pojawiła się w druku.
Gdy liczba korespondentów w Pearl Harbor wzrosła do ponad setki, a chór krytyki stawał się coraz głośniejszy i coraz bardziej natarczywy, wprowadzona przez Drake'a polityka "otwartych drzwi" zaczęła ulegać stopniowym ograniczeniom, przekształcając się w politykę "drzwi czasem otwartych", a potem "drzwi przeważnie zamkniętych". Do najbardziej bezlitosnych krytyków Drake'a należał Bob Casey z "Chicago Daily News", który stwierdził: "Tutejszym biurem rzecznika prasowego powinien kierować ktoś przyzwoitej rangi oraz o znacznym takcie i doświadczeniu, ale przede wszystkim ktoś, kto potrafi spojrzeć na zegarek i powiedzieć, która godzina"47.
Szczególnie w pierwszych miesiącach wojny Nimitz mógł znaleźć niewiele czasu na rozmyślania o public relations. Miał na głowie znacznie ważniejsze problemy. Jako głównodowodzący Obszarów Oceanu Spokojnego (CINCPOA), sprawował zwierzchnictwo nad wszystkimi rodzajami sił zbrojnych na ogromnym teatrze działań. Rywalizacja pomiędzy armią, marynarką a piechotą morską była stałą przyczyną irytacji, a łagodzenie tych chronicznych tarć wymagało pełni wielkiego dyplomatycznego taktu Nimitza i jego umiejętności przywódczych. Pod tym względem korespondenci wojenni mu się nie przysługiwali, ponieważ w ich naturze było badać kontrowersje. Fruwali i trzepotali wokół nich jak ćmy wokół lampy na ganku. Zafascynowani różnymi zaciętymi rywalizacjami na Oahu, sporządzili ogromną ilość doniesień z pierwszej ręki. Prowokowali marines, by skarżyli się na marynarkę, żołnierzy wojsk lądowych, aby deprecjonowali piechotę morską, a lotników marynarki - by dzielili się odczuciami wobec oficerów z okrętów nawodnych. Czyhali w kasynach oficerskich, gdzie alkohol rozwiązywał ludziom języki, i zadawali pytania przebiegle obliczone na sprowokowanie szczerych odpowiedzi. Cenzorzy nie pozwalali im publikować ani słowa na ten temat, ale ich przemyślenia już wkrótce trafiały pocztą pantoflową na kontynent, gdzie krążyły swobodnie w redakcjach i korytarzach władzy Waszyngtonu. Artykuły prasowe powstające w Stanach Zjednoczonych nie podlegały cenzurze prewencyjnej. Chociaż gazety związane były dobrowolnym kodeksem powstrzymywania się przed publikacją pewnych konkretnych faktów, to wolno im było swobodnie publikować opinie, a duża część doniesień prasowych i komentarzy redakcyjnych na temat wojny czerpała z tajnego rurociągu informacji spływających ze stref wojny za pośrednictwem korespondentów i ich niepoprawnej paplaniny.
Do wiosny 1942 r., w Waszyngtonie i nie tylko, zrodzona w następstwie Pearl Harbor życzliwość pomiędzy prasą a wojskiem uległa oziębieniu. Artykuły redakcyjne zarzucały armii i marynarce, że za bardzo błądzą w dziedzinie wstrzymywania informacji. Wielu oficerów podejmujących na co dzień decyzje cenzorskie było stosunkowo młodych - wiekiem i stopniem - więc usilnie próbowali nie ściągać sobie na głowy gniewu przełożonych. Dwudziestopięcioletni porucznik nie ponosił żadnych konsekwencji za utrącenie materiału prasowego pod wątpliwym pretekstem - ale nie daj Boże, aby przepuścił artykuł, który następnie przeczytał pułkownik czy generał i uznał za szkodliwy dla sprawy. "Armia i marynarka sądziły, że media są ich własnością, i od początku do końca wojny zachowywały się jak ich właściciele" - stwierdził David Brinkley, wówczas początkujący reporter gazety z Karoliny Południowej. "Wykorzystywały je umiejętnie, podobnie jak na przestrzeni wieków zawsze czyniły cywilne agencje rządowe - usiłując ukryć własne niepowodzenia i błędy, a z nadmierną szczegółowością przedstawić sukcesy"48.
W odpowiedzi na ten coraz głośniejszy chór krytyki FDR stworzył nową agencję, która miała koordynować ujawnianie informacji wojennych w ramach całego systemu władz federalnych. Dekretem z 13 czerwca 1942 r. powołane zostało Biuro Informacji Wojennej (Office of War Information - OWI), "w uznaniu prawa narodu amerykańskiego i wszystkich innych narodów sprzeciwiających się agresorom spod znaku Osi do rzetelnej informacji"49. Jako dyrektora prezydent zaangażował doświadczonego dziennikarza prasowego i prezentera radiowego, Elmera Davisa. OWI powstało z połączenia czterech dotychczasowych agencji federalnych, a Davis twierdził, że czuje się jak "mężczyzna, który poślubił czterokrotną wdowę i próbuje wychowywać dzieci, które miała z wszystkimi poprzednimi mężami"50. Świadom, że napotka opór ze strony Departamentu Armii i Marynarki, Davis poprosił, aby statut OWI zawierał prawo do wglądu we wszystkie wojskowe raporty operacyjne z teatrów działań wojennych i do podejmowania niezależnych decyzji, jakie wiadomości można ujawnić. "Problem jednak polegał na tym" - napisał Brinkley - "że inne agencje, szczególnie armia i marynarka, nie przeczytały obwieszczenia Roosevelta albo po przeczytaniu postanowiły je zlekceważyć, co uczyniły"51.
Ani armii, ani marynarce niespecjalnie spodobał się pomysł, że mają odpowiadać przed nową, cywilną agencją propagandową. Na pytanie, czy OWI będzie kierować funkcjami prasowymi Departamentu Wojny, sekretarz Henry Stimson odpowiedział pytaniem: "Czy pan Davis jest wykształconym oficerem wojskowym?"52. Sekretarz marynarki Frank Knox sam był człowiekiem mediów - jako dawny udziałowiec i właściciel "Chicago Daily News" - ale Davis stwierdził później, że choć Knox był zawsze uprzejmy, "to i tak, koniec końców, byłem uprzejmie odprawiany z kwitkiem"53. Na codziennej porannej konferencji w biurach OWI oficerowie armii i marynarki streszczali meldunki, które nadeszły z różnych teatrów działań w ciągu ostatnich 24 godzin. Davis i jego współpracownicy porównywali następnie te meldunki z oficjalnymi komunikatami. Jeśli uznali, że jakieś informacje zostały niesłusznie wstrzymane, naciskali na departamenty wojskowe o ich udostępnienie. W skrajnych przypadkach, jak to ujął jeden z podwładnych Davisa, OWI rościło sobie prawo, by "nakazywać zamieszczenie w komunikacie danej informacji, chyba że wojsko zdołało nas przekonać, iż została ona pominięta z uzasadnionych przyczyn bezpieczeństwa"54.
Niewielkie postępy Davis zdziałał z adm. Kingiem. Wkrótce doszedł do wniosku, że w dziedzinie public relations marynarka była "krnąbrnym dzieckiem" wśród rodzajów sił zbrojnych. Po Waszyngtonie szeroko krążyło spostrzeżenie Davisa, że polityka prasowa według Kinga polega na tym, żeby aż do końca wojny nic nie mówić opinii publicznej, a potem wydać komunikat zawierający jedno słowo: "Wygraliśmy". Admirał traktował Davisa serdecznie, zapewne dlatego, że polecił mu to prezydent, ale w ciągu lata 1942 r. pozostawał tylko minimalnie skłonny do współpracy. W okresie tym King uważał sprawy wizerunku i prasy za, w najlepszym razie, drugo- czy trzeciorzędne problemy, które można zlecić komuś stojącemu niżej w hierarchii, a potem zapomnieć o nich.
Jego postawę potwierdził i zaostrzył potencjalnie druzgocący przeciek, który pojawił się w druku w tym samym tygodniu, gdy powstało OWI. 7 czerwca, nazajutrz po bitwie pod Midway, "Chicago Tribune" opublikowała na pierwszej stronie materiał pod nagłówkiem: "Marynarka wiedziała o japońskim planie uderzenia na morzu". "Tribune" podawała, że flota poznała newralgiczne szczegóły operacji pod Midway "na kilka dni przed rozpoczęciem bitwy"55. Artykuł milczał co do źródeł, ale wnikliwy czytelnik mógł wywnioskować, że Amerykanie złamali japońskie szyfry radiowe. Tak rzeczywiście było, ale fakt ten należał do najpilniej strzeżonych tajemnic wojny i ujawnienie go w ważnej amerykańskiej gazecie groziło ostrzeżeniem nieprzyjaciela. King wpadł we wściekłość i zarządził śledztwo, które wkrótce ustaliło, że winien był Stanley Johnston, korespondent wojenny "Tribune", który przebywał na pokładzie lotniskowca Lexington, gdy ten 8 maja poszedł na dno w bitwie na Morzu Koralowym. Uratowany przez niszczyciel eskorty, Johnston dzielił kajutę z grupą oficerów z Lexingtona, gdy razem wracali na kontynent amerykański na pokładzie transportowca Barnett. W czasie podróży tą jednostką Johnston widział ściśle tajną depeszę adm. Nimitza z datą 31 maja 1942 r. na temat szczegółów trwającej operacji pod Midway. Winą za przeciek obciążony został kmdr por. Morton Seligman, zastępca dowódcy Lexingtona 56.
Kwestia, czy postawić "Chicago Tribune" zarzuty zdrady i szpiegostwa, wlokła się nierozstrzygnięta aż do sierpnia, kiedy to pojawiła się obawa, że wciąż trwające wokół niej zamieszanie zwiększy tylko ryzyko, iż Japończycy się zorientują. Rząd zwołał w Chicago federalną wielką ławę przysięgłych, ale marynarka nie chciała przedstawić jednoznacznych zeznań na temat swoich ściśle tajnych programów kryptograficznych, a przysięgli odmówili postawienia "Tribune" w stan oskarżenia. Ostatecznie marynarka doszła do wniosku, że Japończycy nie zauważyli tego materiału lub nie docenili jego znaczenia - a z powojennych przesłuchań nie wyniknęły żadne dowody, które by temu wrażeniu przeczyły57.
Narastała presja na adm. Kinga i marynarkę, aby wykazywali więcej chęci do przekazywania złych wiadomości. Na Kapitolu, jak twierdził pewien waszyngtoński reporter, brano za pewnik, że "marynarka rzuca w swoich komunikatach sporo podkręconych piłek. (...) Innymi słowy, że ukrywa wiele poważnych strat. Stoi za tym najwyraźniej przekonanie adm. Kinga, że naród mógłby nie znieść takich wiadomości"58. Kilkakrotnie w ciągu roku 1942 amerykańskie okręty tonęły w boju, a opinia publiczna dowiadywała się o tym dopiero wiele tygodni, a nawet miesięcy później. W każdym przypadku istniały rozsądne powody wstrzymywania wiadomości - albo Japończycy nie wiedzieli, że dane okręty zostały zatopione, albo trzeba było czasu na powiadomienie rodzin poległych - ale krytycy podejrzewali, że przepływem wiadomości manipulowano, by oszczędzić wstydu i ochronić Kinga.
Po bitwie na Morzu Koralowym w maju 1942 r. pierwsze amerykańskie materiały prasowe opisywały miażdżące zwycięstwo. Doniesienia wyolbrzymiały straty Japończyków - którzy, w gruncie rzeczy, utracili tylko jeden mały "lotniskowiec-pisklę", Ry?j? - za to nic nie mówiły o zatopieniu Lexingtona, jednego z zaledwie czterech amerykańskich lotniskowców znajdujących się wówczas na Pacyfiku. King osobiście nakazał zatajenie jego utraty przed opinią publiczną, z tej przyczyny, że w chwili zatonięcia okrętu nie było w pobliżu żadnych samolotów japońskich, zatem nieprzyjaciel mógł jeszcze o tym nie wiedzieć. Wieści o zatopieniu Lexingtona wstrzymywano przez ponad miesiąc, aż wreszcie ujawniono 12 czerwca, kiedy to Amerykanie świętowali zwycięstwo w bitwie pod Midway. "Nieupowszechnienie tej informacji dało naszej Marynarce bezpieczeństwo" - stwierdzał nieco asekuracyjnie komunikat - "które stało się kamieniem węgielnym dla zwycięstwa pod Midway"59.
Dwa miesiące później, nocą 8 sierpnia - nazajutrz po desancie 1. Dywizji Piechoty Morskiej na Guadalcanalu - cztery alianckie krążowniki poszły na dno w bitwie koło wyspy Savo. King nakazał surowo zataić wiadomości o tej potwornej klęsce. Jego rozumowanie było rozsądne: do walki doszło w nocy, a flota japońska natychmiast wycofała się do bazy w Rabaul, więc można było zakładać, że nieprzyjaciel nie wiedział, jak wielkie straty zadał. Wydany po tygodniu komunikat marynarki podkreślał zwycięstwa amerykańskie w walkach na lądzie i w powietrzu. Nie zawierał jednak żadnych dalszych szczegółów na temat strat alianckiej marynarki "ze względu na oczywistą wartość takich informacji dla nieprzyjaciela"60.
Nie dało się jednak sprawić, aby informacje o pełnej skali katastrofy pod Savo nie przeciekały na kontynent za pośrednictwem plotek, a na początku października - dwa miesiące po fakcie - w całej urzędowej części Waszyngtonu była to już tajemnica poliszynela. Cynicy uważali Kinga za zainteresowanego głównie ochroną samego siebie. Operacja na Guadalcanalu była jego pomysłem i rozpoczął ją pomimo obiekcji dowódców wyznaczonych do jej realizacji. Według Hansona Baldwina, korespondenta "New York Timesa", admirał znajdował się "na widelcu, ponieważ to on cały czas naciskał w sprawie Guadalcanalu. To on kazał ruszać, nawet z byle jakimi siłami, a te reperkusje, te straty, ta nieudolność marynarki, nie zostałyby dobrze odebrane przez naród amerykański ani nie powiększyłyby jego sławy i szczęścia"61.
Elmer Davis nalegał, by King powiedział opinii publicznej o stratach przy wyspie Savo, a także o wrześniowym zatopieniu lotniskowca Wasp przez okręt podwodny. Po rozmowie w cztery oczy w gabinecie Kinga na początku października, Davis oznajmił żonie, że spotkanie było "ostre, a jednak w jakiś sposób nadal przyjazne"62. Admirał wydawał się świadom, że znalazł się w delikatnym położeniu. Blokadę medialną bezpośrednio po zatopieniach dało się obronić, ale nie było szczególnych powodów, by wieści o stratach chronić przed prasą przez całe dwa miesiące, zwłaszcza że setki ocalałych już powróciły do Stanów. Wobec braku wiarygodnych doniesień szerzyły się mroczne plotki. Niektórzy szeptali, że na Wyspach Salomona unicestwiona została duża część Floty Pacyfiku, a Japończycy stoją u progu opanowania całego Guadalcanalu. Był to sezon polityczny - 3 listopada miały się odbyć śródkadencyjne wybory do Kongresu za rok 1942 - i niektórzy podejrzewali, że adm. King i marynarka tuszują straty, aby chronić sojuszników FDR w Kongresie. Wśród rosnącej presji King doszedł do wniosku, że nadszedł czas ujawnić katastrofę koło wyspy Savo, a 12 października marynarka wydała komunikat: "Można już podać do wiadomości pewne początkowe etapy kampanii na Wyspach Salomona, dotychczas nieogłaszane ze względów militarnych"63. Smutną historię czterech zatopionych krążowników przedstawiono z bezlitosną szczegółowością.
Już nazajutrz nadeszła miła niespodzianka. Na tych samych wodach co wcześniejsze starcie doszło do kolejnej nocnej bitwy - koło przylądka Esperance - która tym razem zakończyła się miażdżącym zwycięstwem Amerykanów. Marynarka wydała kolejny komunikat z pełnym wyszczególnieniem efektów64. Taka synchronizacja była autentycznym zbiegiem okoliczności, ale dziennikarze i republikańscy kongresmeni z gniewem zarzucali marynarce, że podobnie jak w przypadku oświadczenia o Lexingtonie po Midway, wstrzymywała złe wieści (Savo), dopóki nie dało się ich połączyć z dobrymi (przylądek Esperance). Zdarzenie to zbiegło się z najbardziej desperackim etapem kampanii na Guadalcanalu, kiedy wielu wątpiło w zdolność marynarki i marines do utrzymania wyspy, a nieudolne postępowanie z wiadomościami z frontu tylko pogorszyło napięcia w Waszyngtonie. Kongresmen Melvin Maas, który niedawno odwiedził Południowy Pacyfik, zabrał głos w Izbie Reprezentantów, stwierdził, że Japończycy wygrywają wojnę na Wyspach Salomona, i oskarżył rząd o próby tuszowania tego faktu. Prasa traktowała teraz komunikaty marynarki ze sceptycyzmem i drwiną, snując domysły na temat skali jeszcze nieujawnionych strat.
King może i był uparty jak osioł, ale dość obyty w waszyngtońskich zwyczajach, by wiedzieć, że percepcja i rzeczywistość często stawały się tożsame. Miał wielu wrogów, którzy najchętniej by się go pozbyli - w armii i marynarce, w prasie oraz w Kongresie - oni zaś najwyraźniej rozpętali przeciw niemu szeptaną kampanię. Narodowa jedność wokół wysiłku wojennego była sprawą życia i śmierci. Admirał nie mógł sobie pozwolić na ściąganie, niczym piorunochron, politycznie nacechowanej krytyki; gdyby do tego doszło, musiałby odejść. Nadszedł czas na odwrót taktyczny. King wykorzystał radę Davisa, aby pozbyć się nagromadzonych zaległości w dziedzinie nieogłoszonych zatonięć.
26 października marynarka podała, że Waspa utracono ponad pięć tygodni wcześniej wskutek ataku okrętu podwodnego na wschód od Guadalcanalu65. Jeszcze tego samego dnia doniosła o pierwszych wynikach starcia lotniskowców, znanego jako bitwa koło wysp Santa Cruz, przyznając, że zatopiony został amerykański niszczyciel, a "jeden z naszych lotniskowców odniósł poważne uszkodzenia"66. Była to prawda: niewymienionym z nazwy okrętem był Hornet. Nazajutrz jednak, kiedy kolejny telegram doniósł, że pożar Horneta wymknął się spod kontroli i trzeba było go zatopić, King zawahał się z publikacją wiadomości. Japończycy być może jeszcze nie wiedzieli o utracie okrętu, więc taka informacja mogła się im przydać. Elmer Davis ostrzegał jednak, że gdyby wstrzymać ją aż do dnia wyborów, to republikanie podniosą krzyk. Nalegał, aby opublikować ją natychmiast, i poczuł się dość pewny, by przedstawić swoje argumenty wprost sekretarzowi Knoxowi, a nawet prezydentowi. Z drugiej strony adm. Nimitz był równie nieprzejednany w przekonaniu, że wiadomości należy strzec przed Japończykami, a swoją argumentację przedstawił w stanowczo sformułowanym telegramie z Hawajów.
Zapędzony tak w kozi róg, gdy dyrektor OWI groził, że z powodu tej sprawy poda się do dymisji, King stwierdził, że nie ma wyjścia. 31 października, trzy dni przed wyborami śródkadencyjnymi, komunikat marynarki przyznał, że Hornet "następnie zatonął"67. Nazajutrz Nimitz poskarżył się Kingowi, że publikacja ta jest "dla nas szkodliwa w niezwykle krytycznej sytuacji"68.
Do najbardziej zaufanych powierników Kinga należał jego osobisty adwokat i przyjaciel, Cornelius ("Nelie") Bull, stale tytułujący admirała "Szyprem". Na wcześniejszym etapie kariery był on prasowym reporterem i wciąż miał wielu znajomych w waszyngtońskim korpusie prasowym. Obserwując narastające kontrowersje, Bull zaczął się martwić, że nad głową Kinga wisi już topór, więc postanowił coś na to poradzić. Pewnego piątkowego wieczora w październiku, w zatłoczonym barze Klubu Prasowego przy 14. Ulicy, natknął się na Glena Perry'ego, pomocnika szefa redakcji "New York Sun". Z brzuchami przypartymi do kontuaru sączyli we dwóch koktajl Tom Collins i obmyślali intrygę. Mieli zamiar starannie dobrać tuzin doświadczonych dziennikarzy, zatrudnionych w najważniejszych gazetach i towarzystwach telegraficznych oraz cieszących się opinią "absolutnej uczciwości i wiarygodności"69. Zamierzali zaprosić ich na spotkanie z Kingiem w prywatnych, nieoficjalnych warunkach, najlepiej w weekend. Dziennikarze mieli z góry zaakceptować surowe podstawowe warunki, równoważne z późniejszą praktyką "głębokiego źródła" - nie drukować żadnych informacji podanych przez Kinga, a jedynie wykorzystać je dla poprawy własnego zrozumienia publicznych komunikatów marynarki. Nie powinni byli cytować admirała - ani po nazwisku, ani jako anonimowe źródło; nikt też spoza ich własnych redakcji nie mógł wiedzieć, że z nim rozmawiali. Bull miał być gospodarzem spotkania we własnym domu, gdzie King czuł się komfortowo i swobodnie. Jako poczęstunek przewidziano piwo i koreczki. Reporterzy mieli nie robić notatek w obecności admirała. Bull z żoną postarali się zapewnić zrelaksowane i poufałe warunki towarzyskie, otoczenie, które nikomu (a zwłaszcza Kingowi) nie przypominałoby oficjalnej konferencji prasowej.
Kiedy Bull przedstawił Kingowi ten pomysł, admirał zaskoczył prawnika natychmiastową zgodą. Był świadom, że jego odpowiednik w armii, gen. Marshall, przeprowadzał nieoficjalne spotkania z prasą w swoim gabinecie w Departamencie Wojny, a jednak w ich wyniku nie dochodziło do żadnych przecieków. Najwyraźniej było prawdą (jak zapewniali go Bull, Knox, Davis i inni), że można było liczyć, iż szanowani dziennikarze będą przestrzegać podstawowych zasad. Spotykając się z nimi w domu Bulla, King mógł udawać, że to spotkanie towarzyskie; ta wygodna fikcja pozwalała mu obejść Biuro Spraw Publicznych marynarki wojennej, podlegające nadzorowi sekretarza Knoxa.
W sobotę l listopada, o 20:00, czarna limuzyna Kinga stanęła przed domem Neliego Bulla przy Princess Street w Alexandrii w stanie Wirginia. Był to mały domek z czasów wojny o niepodległość, położony tuż naprzeciwko starego, pobielanego więzienia z XIX wieku, gdzie mieścił się ongiś osławiony obóz dla konfederackich jeńców wojennych. Pozostawiając za sobą kierowcę i ochroniarza z piechoty morskiej, King zadzwonił do drzwi. Reporterzy już przybyli i rozsiedli się w salonie. "Wysoka, szczupła postać w regulaminowym granatowym mundurze marynarki" weszła do pomieszczenia, wręczając Bullowi płaszcz i czapkę. Glen Perry opisał tę scenę w notatce dla redaktora:
Wszedł po cichu do salonu, a mnie od razu uderzyło, że był sam! Żadnego marudnego adiutanta czy narzucającego się jegomościa od kontaktów z prasą, który prowadziłby go przez wszystkie ewentualne rafy. Tylko sam Ernest J. King, admirał US Navy, zapewne nieco spięty, jak ktoś, kto powierzył swój los w niepewne ręce. Mimo wszystko był całkowicie pewny siebie, emanował atmosferą autorytetu, opanowania, bez najmniejszego wysiłku. Wielcy ludzie mogą lubić ornamenty i ozdobniki, ale nie potrzebują ich, by zdobywać natychmiastowy szacunek.
Nelie oprowadził admirała po pokoju, przedstawiając kolejno każdego korespondenta. King uścisnął każdemu dłoń - szybki, mocny uścisk - powtarzając nazwisko i podkreślając słowa szczerym spojrzeniem prosto w oczy. W jego oczach w ogóle nie było widać nieprzyjaźni, ale nie trzeba było wielkiego wysiłku, aby wyobrazić sobie, że w mniej sprzyjających okolicznościach mogły one wyglądać jak wykute z tej samej stali, która osłaniała jego pancerniki70.
Po prezentacji wszyscy zajęli miejsca - King w głębokim fotelu w kącie, reporterzy wokół niego, mniej więcej w kręgu. Podawano piwo z wypełnionej lodem wanny. Mężczyźni pili prosto z butelek.
King spontanicznie zaczął mówić i przez pierwsze około godziny reporterzy w ogóle mu nie przerywali. Przedstawił pełną chronologiczną narrację globalnej wojny - od problemów, z jakimi się borykał, prowadząc konwoje atlantyckie w 1941 r., przez atak na Pearl Harbor, początkowy kryzys na Pacyfiku, zwycięstwo pod Midway, aż po zmienne koleje walk o Guadalcanal.
Dziennikarze chłonęli każde słowo. Ogromne zawiłości strategiczne i logistyczne stały się nagle dla nich jasne. Mistrzowskie streszczenie przez Kinga największych problemów wojny samo w sobie stanowiło bezcenną edukację - ale kiedy przeszedł do konkretów, wykazał się zdumiewającą orientacją w szczegółach, także w danych technicznych. Wypił drugie piwo, potem trzecie; mniej więcej raz na kwadrans zapalał kolejnego papierosa. Co najbardziej niezwykłe - a przynajmniej takie wrażenie odnieśli dziennikarze - mówił z całkowitą szczerością o popełnionych przez marynarkę błędach i nie wydawał się ukrywać czegokolwiek ze względów bezpieczeństwa. "Mówił nam, co się stało, co się teraz dzieje, a często także, co zapewne może się wkrótce wydarzyć" - wspominał jeden z dziennikarzy. - "Złe wieści relacjonował równie wyczerpująco jak dobre, a często wyjaśniał, z jednej strony, co poszło źle, a z drugiej strony, jaka strategia, broń czy połączenie jednej z drugą przyniosły sukces. Przez cały czas był całkowicie swobodny i zawsze cierpliwy, przyjmując przyjazne pytania, często przerywające jego narrację, i odpowiadając na nie szczerze i z łatwością"71.
Padło wiele pytań o sytuację na Guadalcanalu i wokół niego, gdzie było wiadomo, że Stany Zjednoczone poniosły ciężkie straty w lotnictwie i okrętach. Czy Amerykanie zdołają utrzymać wyspę, czy taktyczny odwrót stanie się konieczny?
- Wytrzymamy - powiedział King. Wyjaśniając, że walki na Wyspach Salomona były zaciekłe i rozpaczliwe, przyznał, iż marynarka poniosła ciężkie straty. Istniały jednak poważne powody, aby kontynuować walkę. Japończycy również cierpieli, a niełatwo było im uzupełniać straty. Geografia działała na korzyść aliantów, ponieważ w pobliżu nie było japońskich baz lotniczych. King wyjaśnił, w jaki sposób i dlaczego marynarka ogłaszała swoje straty, ostrzegł też, że liczby podawane przez Japończyków są często dziesięciokrotnie i bardziej wyolbrzymione. Zauważył, że dowódcą na Południowym Pacyfiku mianowano niedawno Billa Halseya, i przewidział w najbliższych tygodniach walną bitwę morską72.
- Czy to nie znaczy, że ryzykujecie utratę floty? - zapytał felietonista Walter Lippman.
- A czy nie do tego ona służy? - odparł King73.
Spotkanie zakończyło się po trzech godzinach, a King wyszedł, uścisnąwszy dłoń każdemu z reporterów. Niektórzy zostali, by porozmawiać we własnym gronie, a inni pospieszyli zanotować wszystko, co zdołali zapamiętać z tej dyskusji. Byli oszołomieni swoim szczęściem i mieli wrażenie, jakby rozumieli II wojnę światową lepiej niż kiedykolwiek dotąd. Jeden stwierdził, że "King był przede wszystkim realistą; nie poddawał się pobożnym życzeniom ani nie zamykał oczu na nieprzyjemne problemy w nadziei, że same przejdą"74. Jeśli chodzi o kontrowersje związane z informowaniem o wcześniejszych zatonięciach, dziennikarze przyjęli wyjaśnienia Kinga i doszli do wniosku, że on sam i marynarka zostali niesprawiedliwie oczernieni.
Ku swojemu zaskoczeniu King stwierdził, że podobała mu się każda minuta tego wieczoru. W pewnym sensie mówił sam do siebie, opowiadając sobie całą historię wojny; doświadczenie to pomogło mu nawet uporządkować myśli. Nazajutrz rano, przybywszy do gabinetu, zadzwonił do Neliego Bulla z pytaniem: "Kiedy następny raz?"75.
Tajne spotkania prasowe Kinga w Alexandrii trwały aż do końca wojny, mniej więcej raz na sześć tygodni. Zapraszano coraz więcej korespondentów, aż w końcu ich liczba wzrosła do prawie trzydziestu. Dziennikarze nazwali się "komandosami hrabstwa Arlington", a Kingowi, w najlepszym szpiegowskim stylu, nadali kryptonim "Papierowy Człowiek". Kiedy sekretarz Knox dowiedział się o tych spotkaniach, udzielił serdecznej aprobaty, mimo że admirał podkopał jego autorytet już samym ich zorganizowaniem. Żadna z ujawnionych przez Kinga tajemnic nigdy nie trafiła do druku.
Wkrótce adm. King zrozumiał, że wypracował sobie kapitał życzliwości wśród członków waszyngtońskiego korpusu prasowego. Był to zasób niematerialny, ale admirał już wkrótce poznał jego wartość. Kongresmen Maas pomstował w Kongresie i mediach na brak jedności w naczelnym dowództwie, a także naciskał na władzę ustawodawczą, by połączyła siły zbrojne w jedną, zintegrowaną strukturę dowodzenia. Zdaniem Kinga, dotychczasowa organizacja Kolegium Połączonych Szefów Sztabów (Joint Chiefs of Staff - JCS) funkcjonowała wystarczająco dobrze, a ustawę o połączeniu sił zbrojnych należało odłożyć aż do końca wojny. Dyskretnie zwrócił się do kilku "komandosów hrabstwa Arlington". W ciągu 24 godzin największe gazety w kraju opublikowały artykuły i wstępniaki przeciwne poglądom Maasa, nie wymieniając jednak Kinga z nazwiska. Wkrótce później, z poparciem FDR i przywódców Kongresu, połączenie sił zbrojnych odroczono do zakończenia wojny.
W 1941 r. King przybył do Waszyngtonu zdeterminowany, by nie mieć nic do czynienia z prasą. Zanim nadeszła pierwsza rocznica Pearl Harbor, manipulował już nią zza kulis jak wytrawny waszyngtoński intrygant. Według pierwszego wrażenia była to zaskakująca odmiana. Jednakże po namyśle trudno w niej było widzieć cokolwiek zaskakującego, ponieważ nikt nigdy nie uważał Ernesta J. Kinga za kogoś, kto ma problemy w nauce.
W sztabie Obszaru Południowo-Zachodniego Pacyfiku (Southwest Pacific Area, SWPA) gen. Douglasa MacArthura, w australijskim Brisbane, sekcją prasową zarządzał płk LeGrande "Pick" Diller, oficer zawodowy, który ostatecznie (w tej właśnie roli) osiągnął stopień generała brygady. Diller był członkiem-założycielem "gangu bataańskiego", wąskiego grona lojalistów MacArthura, którzy przed wojną służyli na Filipinach i wraz z nim uszli z Corregidoru w marcu 1942 r. SWPA nigdy nie szczędziło funduszy ani personelu na kontakty z prasą: ostatecznie Diller miał pod sobą ponad stu oficerów i żołnierzy, w tym długą listę kapitanów i majorów, z których wielu do końca wojny otrzymało orły pułkowników. W odróżnieniu od kwatery głównej Floty Pacyfiku w Pearl Harbor, gdzie Nimitza ze sztabem niepokoił niesłabnący napływ dziennikarzy z kontynentu, Diller przyjął zasadę "im więcej, tym lepiej" i zawsze z radością wystawiał kolejną serię akredytacji prasowych. Liczba akredytowanych reporterów, fotografów i prezenterów radiowych w Brisbane przekroczyła w końcu czterystu.
Diller z zespołem traktowali korespondentów jak szanowanych klientów. Natychmiast odpowiadali na wszelkie zapytania; zapewniali dostęp do najbardziej zaawansowanych urządzeń łączności i nadawczych; dbali o "przyjemności życiowe" dla dziennikarzy objeżdżających strefy walk. Umożliwiali również regularny dostęp do samego MacArthura, choć na starannie wyreżyserowanych konferencjach prasowych. Diller redagował pierwsze wersje niemal codziennych komunikatów prasowych SWPA, które MacArthur następnie przeglądał i często pisał na nowo. Korespondenci szybko się dowiedzieli, że żadna faktyczna czy pośrednia krytyka nie oprze się czerwonemu ołówkowi Dillera, a z drugiej strony, im więcej nadchodziło z ich strony pochwał i czołobitności, tym częściej nagradzano ich materiałami na wyłączność i innymi pożądanymi przywilejami.
Dziennikarze dawali Dillerowi i jego zespołowi wysokie noty za chęć do współpracy. Zupełnie inaczej niż na Hawajach, materiały prasowe przekazywane do biura prasowego MacArthura przeglądano, cenzurowano, zatwierdzano i odsyłano do Stanów Zjednoczonych w ciągu 24 godzin, więc temat był jeszcze świeży, gdy trafiał do gazet. Nowsze wiadomości miały większe szanse znaleźć się na pierwszej stronie, podczas gdy stosunkowo zapóźnione biuletyny z teatru działań Nimitza częściej trafiały na dalsze kolumny. To z kolei przyczyniało się do wrażenia amerykańskiej opinii publicznej, dość rozpowszechnionego w latach 1942-1943, jakoby to MacArthur prowadził większość działań wojennych na Pacyfiku.
Bardziej niż jakikolwiek inny dowódca amerykański w czasie wojny, MacArthur rozumiał znaczenie wizerunku. Zwracał staranną uwagę na szczegóły swojej garderoby i akcesoriów, które cynicy nazywali "rekwizytami": wysłużoną miękką czapkę filipińskiego feldmarszałka, znoszoną lotniczą kurtkę skórzaną, lotnicze okulary przeciwsłoneczne oraz fajki z kaczanów kukurydzy, które z biegiem czasu stawały się coraz większe. Na początku pobytu w Australii eksperymentował z ozdobnie rzeźbioną laską, ale porzucił ją, gdy mu powiedziano, że go postarza. Był wrażliwy na punkcie swojej poszerzającej się łysiny i kiedy trzeba było zrobić mu zdjęcie bez czapki, poświęcał chwilę na osobności, by zaczesać włosy na czubek głowy, pozostawiając idealnie prosty fragment około pięciu centymetrów ponad prawym uchem - była to zręcznie wykonana wersja fryzury zwanej "zaczeską". Fotografie, podobnie jak teksty prasowe, podlegały cenzurze Dillera - zaś większość opublikowanych w czasie wojny zdjęć MacArthura wykonano z niskiego kąta, aby wydawał się wyższy niż w rzeczywistości.
Machina medialna w Brisbane często stwarzała mylące wrażenie, że MacArthur osobiście dowodzi wojskami w boju. Nie była to jego rola jako dowódcy teatru działań wojennych, a nadzwyczajne męstwo w I wojnie światowej sprawiło, że nie musiał niczego udowadniać. Mimo wszystko żołnierzy faktycznie walczących, którzy rzadko kiedy, o ile w ogóle, widywali MacArthura, irytowało, gdy czytali w amerykańskiej gazecie, że dzielił on z nimi frontowe trudy i niebezpieczeństwa. W październiku 1942 r., po krótkiej podróży lotniczej do Port Moresby, bazy alianckiej na południowym wschodzie Nowej Gwinei, korespondenci wojenni z Brisbane donosili, że MacArthur objeżdżał strefy walk w rejonie Buny, niedaleko północnego wybrzeża wyspy. Materiały te weryfikowali i zatwierdzali cenzorzy SWPA. Prasie udostępniono zdjęcie MacArthura obserwującego ćwiczenia polowe w australijskim Rockhampton, podpisując miejsce niezgodnie z prawdą jako "front". W nagraniach z kronik filmowych siedział z tyłu jeepa podskakującego na błotnistej dżunglowej drodze, a narrator oznajmiał widzom, że generał objeżdża pierwszoliniowe pozycje bojowe. W rzeczywistości, w ciągu całej wizyty, od najbliższych wojsk japońskich oddzielał go wyniosły, pokryty dżunglą łańcuch górski76.
Te jawne konfabulacje irytowały Roberta L. Eichelbergera, dowódcę 8. Armii, który doszedł do wniosku, że biuro prasowe SWPA nadużywa swoich uprawnień do cenzury wojennej, by folgować osobistej próżności MacArthura. Gen. Eichelberger poznał gorzką naukę, którą przed nim wyciągnęli Eisenhower i inni - że jeśli podległy oficer chce być w dobrych stosunkach z MacArthurem, to nie powinien dopuścić, by jego nazwisko trafiło do gazet. Gdy zacytowano go i sfotografowano w kilku relacjach prasowych o kampanii pod Buną, Eichelberger został wezwany do Brisbane na dywanik u MacArthura, który zapytał: "Zdaje pan sobie sprawę, że już jutro mogę zdegradować pana do pułkownika i odesłać do domu?"77. Eichelberger przyjął reprymendę i do końca wojny unikał prasy. Odwiedzającemu go oficerowi do spraw medialnych oznajmił: "Wolałbym, żeby podrzucił mi pan grzechotnika do kieszeni, niż dał jakikolwiek rozgłos"78.
Od początku wojny MacArthur stale korzystał z prawa do wydawania własnych komunikatów prasowych i opierał się presji z Waszyngtonu, który domagał się ich tonowania. Gen. Marshallowi i sekretarzowi Stimsonowi nie podobały się sensacyjne obwieszczenia z Brisbane, poza tym kwestionowali rzetelność podawanych przez MacArthura rezultatów bitew. Prawda padała ofiarą machiny medialnej SWPA. Relacje ze starć koloryzowano, aby wydawały się bardziej ekscytujące i dramatyczne, a w wielu przypadkach nie tylko poprawiano język, ale szczodrze dodawano nowe "fakty". Czasami statystyki strat nieprzyjaciela były od początku do końca zmyślone. Ponadto wiele komunikatów SWPA wydawało się zawierać niezbyt zawoalowane podteksty wymierzone w marynarkę lub w działania na teatrze Nimitza. Najbardziej osławiony z nich ukazał się w marcu 1943 r., po udanym ataku lotniczym na japoński konwój transportowców wojsk u północnego wybrzeża Nowej Gwinei, w ramach starcia nazwanego później bitwą na Morzu Bismarcka. Stosując nową taktykę nalotów z małej wysokości, zwaną "bombardowaniem z odbicia", bombowce 5. Armii Powietrznej gen. por. George'a C. Kenneya zatopiły tuzin nieprzyjacielskich jednostek, w tym 8 transportowców i 4 niszczyciele eskorty. Myśliwce P-38 zestrzeliły około 20 japońskich samolotów zapewniających konwojowi osłonę powietrzną i przepędziły zapewne 20 kolejnych. Transportowce przewoziły około 8000 żołnierzy japońskich, z czego co najmniej 3000 zginęło w trakcie nalotów lub później utonęło (dokładnej liczby nigdy nie zliczono, ponieważ wielu dotarło na pobliski ląd, trzymając się szczątków wraku, lub zostało wyratowanych przez małe jednostki pływające).
Ta brawurowa akcja stanowiła przełom taktyczny dla USAAF, którego bombowce z baz lądowych często miały trudności z trafianiem nieprzyjacielskich okrętów na morzu. Jednak późniejsze komunikaty SWPA podawały efekty rażąco wyolbrzymione: zatopionych 12 transportowców, 3 krążowniki lekkie i 7 niszczycieli oraz 102 japońskie samoloty "z pewnością potwierdzone jako wyeliminowane". Ponadto komunikat stwierdzał, że konwój przewoził szacowaną liczbę 15 tys. żołnierzy japońskich, z których "wszyscy zginęli"79. W towarzyszącym komunikatowi oświadczeniu, również udostępnionym prasie, MacArthur wydawał się wyciągać z tego jednego starcia dalekosiężny wniosek, iż potęga lotnicza osiągnęła strategiczną dominację nad potęgą morską, z podtekstem, że Siły Powietrzne Armii wygrały swój wciąż trwający metaspór z marynarką. W przyszłości, jak stwierdził, o panowaniu na morzu przesądzać będzie raczej lotnictwo stacjonujące na lądzie niż potęga morska: "Można liczyć, że alianckie siły morskie odegrają swoją wspaniałą rolę, ale bitwę na Zachodnim Pacyfiku wygra się lub przegra dzięki prawidłowemu stosowaniu współpracy powietrzno-lądowej"80. Osłupiali admirałowie zażądali, aby Marshall i Stimson przywołali swojego człowieka do porządku.
Wyolbrzymione wyniki podawane przez MacArthura i Kenneya nie potwierdziły się przy dokładniejszym badaniu, a zaczęły się sypać, gdy meldunki pilotów i przesłuchania wyciągniętych z morza jeńców ujawniły, że cały konwój był mniejszy niż liczba zgłoszonych zatopień. Kiedy jednak gen. Marshall przesłał do Brisbane skorygowane szacunki, prosząc sztab SWPA o wydanie poprawionego komunikatu, MacArthur wybuchnął. W długim telegramie do Marshalla - który trzeba przeczytać, aby uwierzyć - podał nazwy 21 spośród 22 okrętów zniszczonych rzekomo przez jego siły, stwierdził, że wyniki zostały bezsprzecznie zweryfikowane dzięki zdobytym japońskim dokumentom i przesłuchaniom jeńców, i zażądał, aby to Waszyngton skorygował swoje dane zgodnie z jego poprzednim raportem. Dodał, że jest gotów bronić podawanych przez siebie wyników "oficjalnie lub publicznie". Ponadto, gdyby Departament Wojny zamierzał wydać jakikolwiek publiczny dokument "podważający rzetelność moich raportów operacyjnych", to MacArthur chciał znać nazwiska odpowiedzialnych za to ludzi, "abym mógł podjąć odpowiednie kroki, łącznie z wejściem na drogę sądową, wobec osób odpowiedzialnych, jeśli okoliczności będą to uzasadniać"81.
Konfabulacje w komunikatach prasowych MacArthura były bezzasadne i zbędne, jako że w latach 1943-1944 miał on przecież całkiem realne osiągnięcia wojskowe. Jego natarcie wybrzeżem Nowej Gwinei, lądowania na Nowej Brytanii, śmiały, zaskakujący desant na Los Negros-Manus, długi skok wzdłuż północnego wybrzeża Nowej Gwinei do Hollandii - wszystkie te ruchy zostały sprawnie zaplanowane i wykonane. Bombowce Kenneya rzeczywiście zlikwidowały większą część ważnego konwoju i faktycznie zaimprowizowały nową, śmiercionośną taktykę zatapiania okrętów na morzu, z czym w przeszłości sobie nie radziły. Siły MacArthura miały dość powodów do uzasadnionej dumy ze swoich osiągnięć, a kontrowersje związane z jego komunikatami rzucały tylko cień na to, co należało całkiem słusznie uważać za zwycięską kontrofensywę na Południowym Pacyfiku.
Krytycy okrzyknęli MacArthura narcyzem i megalomanem, ale za jego podrasowanym wizerunkiem publicznym krył się wyrachowany cel. Była to próba osiągnięcia wpływów politycznych w kraju. Diller stwierdził później, że generał "starał się, jak mógł, zdobyć jak najwięcej pomocy dla Pacyfiku i naszych wojsk, w związku z czym próbował dbać o atrakcyjność tej historii, aby ludzie nadal chcieli udzielać mu wsparcia"82. W swoim przekonaniu MacArthur stawiał czoła klice wrogów w Waszyngtonie. FDR był jego arcywrogiem: człowiekiem, którego dobrze znał i którym serdecznie gardził. Generał często mówił swoim klakierom, że prezydent "zdradził" go na początku wojny, nie przysyłając wojsk na odsiecz Filipin. Był sfrustrowany podziałem Pacyfiku na dwa osobne dowództwa teatrów działań, z czego północnym dowodził Nimitz. Marynarkę uważał za ulubioną służbę FDR - w czym niewiele się mylił - i zwykł odnosić się z nieufnością do wszystkich oficerów marynarki jako szpiegów lub uzurpatorów. Jednakże wpływ MacArthura w mediach był większym problemem dla armii niż dla marynarki. Marshall, Stimson i dowództwo armii w Waszyngtonie z wysiłkiem starali się trzymać dowódcę SWPA w ryzach. Nieustannie testował on granice niesubordynacji, często grożąc w niezbyt zawoalowany sposób, że przedstawi swoją sprawę opinii publicznej, a wszelkie wewnętrzne nieporozumienia mogły z dużym prawdopodobieństwem odbić się echem w gazetach i w Kongresie.
Na wewnętrznym poziomie emocjonalnym MacArthur uważał, że Departament Wojny zawiódł jego wojska na Filipinach. Gardłował o spiskowcach (w większości) bez twarzy i nazwisk - określał ich mianem "oni" - którzy przejęli panowanie nad armią i kopią pod nim dołki. "Oni" oparli globalną strategię aliantów na zasadzie "najpierw Europa", do której czuł odrazę i zawsze był gotów krytykować ją jako historyczne szaleństwo. "Oni" pozbawili go wojsk, których potrzebował, by zawrócić japońską ofensywę na Południowym Pacyfiku. "Oni" tworzyli klikę generałów-politykierów zza biurek, zazdrosnych o jego publiczną sławę, a przez to chętnych go zniszczyć. "Oni" byli na miejscu w Waszyngtonie, gdy on przebywał w Australii, oddalony o pół świata od centrum władzy. Od dawna był daleko - od Waszyngtonu i od Stanów Zjednoczonych, od kiedy opuścił kraj w 1935 r.; przeszedł także w stan spoczynku w US Army, pełniąc służbę jako feldmarszałek armii filipińskiej, dopóki w lipcu 1941 r. FDR nie mianował go dowódcą sił amerykańskich na Dalekim Wschodzie. Długie fizyczne oddalenie postawiło go w sytuacji politycznie niekorzystnej, a przynajmniej tak uważał, wobec czego musiał uczynić wszystko, co konieczne, aby jego wpływ dał się odczuć w stolicy. Tylko taką metodą mógł liczyć na uzyskanie wojsk, broni, okrętów i samolotów, których potrzebował, by wygrać wojnę na Pacyfiku, i to wygrać ją według swoich zasad. Musiał pokonać "ich" - swoich waszyngtońskich adwersarzy - w ich własnej grze, to znaczy przelicytować ich popularnością wśród narodu amerykańskiego83. Pragnął jedynej władzy nad prowadzeniem wojny, wchłonięcia sił Nimitza do swojego dowództwa; gdyby to się jednak nie udało, to chciał przynajmniej dopilnować, aby jego teatr działań otrzymywał lwią część alianckich zasobów na Pacyfiku. Pragnął, by jego idee strategiczne dominowały nad formułowanymi przez marynarkę, Kolegium Połączonych Szefów Sztabów oraz aliantów, co oznaczało przede wszystkim, że powinien jak najszybciej wyzwolić Filipiny (a zwłaszcza największą, północną wyspę Luzon). Pod żadnym pozorem nie należało omijać Filipin na rzecz bardziej bezpośredniej trasy do samej Japonii.
W prywatnych rozmowach MacArthur swobodnie przyznawał, że jego energiczna strategia wizerunkowa stanowi narzędzie do osiągnięcia tych celów. "Boją się mnie, Bob" - oznajmił Eichelbergerowi na początku 1944 r. - "bo wiedzą, że będę z nimi walczył na łamach gazet"84. MacArthur musiał "co rano wygrywać wojnę w swoim komunikacie", jak zauważył korespondent przydzielony do jego sztabu. "Musiał przekonywać opinię publiczną, że Roosevelt i nikczemni Szefowie Sztabu odmawiają mu broni, która słusznie mu się należy"85.
W autobiografii Reminiscences z 1964 r. MacArthur utrzymywał, że ani przez chwilę nie przyszło mu do głowy ubiegać się o nominację na kandydata republikanów w wyborach prezydenckich 1944 r. Prawda jest taka, że chętnie współpracował z "gabinetem kuchennym" potężnych republikanów, czołowych biznesmenów i właścicieli mediów, którzy podzielali fanatyczne pragnienie pozbycia się FDR, a MacArthura uważali za swoją największą i jedyną nadzieję pokonania popularnego urzędującego prezydenta w wyborach czasu wojny. Dowódca SWPA omawiał to przedsięwzięcie z różnymi współpracownikami i podwładnymi, w tym z gen. Eichelbergerem, który oznajmił żonie w czerwcu 1943 r.: "Mój szef mówił o nominacji republikańskiej - widzę, że spodziewa się ją dostać, i sam trochę też sądzę, że tak będzie"86. Pierwsza publiczna aluzja do potencjalnej kandydatury MacArthura pojawiła się w kwietniu tego samego roku, kiedy sekretarz wojny Stimson ogłosił, że oficerowie w służbie czynnej nie mogą nadal nosić munduru, jeśli ubiegają się o urząd. Czołowi republikanie, tacy jak senator Arthur H. Vandenberg czy kongresmen Hamilton Fish, interpretowali to obwieszczenie jako przestrogę dla MacArthura. Każdy z nich krytykował Stimsona za wtrącanie się do polityki i każdy za swoje trudy otrzymał od MacArthura listowne podziękowania.
Senator Vandenberg z Michigan, nieoficjalny przewodniczący tej kryptokampanii, ostrzegał, że MacArthur pod żadnym pozorem nie może publicznie choćby kiwnąć palcem na rzecz ubiegania się o nominację. Jego szansa mogła nadejść wyłącznie w przypadku, gdyby na konwencji republikanów, zwołanej w Chicago w czerwcu 1944 r., nastąpił impas pomiędzy czołowymi kandydatami - Thomasem Deweyem i Wendellem Willkie. W razie takiego scenariusza partia mogłaby nominować MacArthura przez powszechną aklamację. Vandenberg zaplanował strategię wraz z innymi czołowymi zwolennikami, wśród których znaleźli się przedsiębiorcy prasowi Hearst i McCormick, generał w stanie spoczynku i członek kierownictwa koncernu Sears Robert E. Wood, kongresmen Carl Vinson oraz wydawca "Time-Life" Henry Luce z żoną, kongresmenką Clare Booth Luce. Zwolennicy w kraju spotykali się okresowo ze starszymi stopniem członkami sztabu MacArthura, gdy ci odwiedzali Stany Zjednoczone (wielu prominentnych sztabowców SWPA nie miało zbytnich skrupułów co do prowadzenia pracy politycznej w trakcie wahadłowych podróży samolotami wojskowymi pomiędzy Australią a Waszyngtonem). Gdy zbliżały się prawybory, MacArthur prowadził korespondencję ze stronnikami, ale ostrożnie dobierał słowa na wypadek, gdyby jego listy wpadły w niepowołane ręce. Do Vandenberga, na przykład, napisał: "Jestem Panu nad wyraz wdzięczny za całkowicie przyjazną postawę. Mogę jedynie liczyć, że pewnego dnia będę mógł się odwdzięczyć. Chciałbym powiedzieć Panu dużo więcej, co jednak uniemożliwiają okoliczności. Tymczasem chciałbym, aby wiedział Pan, że pokładam absolutne zaufanie w Pana doświadczonym i mądrym przewodnictwie"87.
Biografowie i historycy od dawna dyskutują, czy MacArthur rzeczywiście chciał prezydentury. Niektórzy przypuszczają, że jego jedynym celem było wywrzeć presję na FDR i Połączonych Szefów Sztabów, aby powierzyli mu prowadzenie całej wojny na Pacyfiku i aby przydzielili mu zasoby potrzebne do zwycięstwa. Może był rozdarty, a może schlebiało mu bycie w centrum uwagi. MacArthur czuł gorące pragnienie powrotu na Filipiny, uwolnienia swojej armii ze straszliwej niewoli i wzniesienia amerykańskiego sztandaru nad Bataanem. Jako prezydent czuwałby nad realizacją tych celów, ale nie realizowałby ich sam. Biegły w amerykańskiej historii, z pewnością zdawał sobie sprawę z ryzyka, że mógł skończyć jako kolejny George B. McClellan, generał Unii, który nieskutecznie rywalizował z Abrahamem Lincolnem o prezydenturę w 1864 r. Być może MacArthurowi spodobał się pomysł odpowiadania na wzrastające nastroje publicznego poklasku, dopóki nie musiał prowadzić kampanii. Z pewnością też rozkoszował się wizją pokonania FDR w sondażach. Obaj mężczyźni znali się od dawna, byli już współpracownikami, rywalami, a nawet "kolegami" w powierzchownym sensie, w jakim słowa tego czasem używano w Waszyngtonie. Na początku prezydentury FDR MacArthur pełnił funkcję szefa sztabu armii. Zaciekle sprzeciwiał się jego cięciom budżetu na siły zbrojne w 1934 r. i traktował nowego prezydenta (co nawet sam przyznawał) na pograniczu niesubordynacji. Podobnie jak wielu politycznych konserwatystów, uważał politykę New Deal za rodzimą odmianę bolszewizmu. Prywatnie nazywał FDR, z ironicznym lekceważeniem, "kuzynem Frankiem", albo z powszechnym na ówczesnej prawicy prymitywnym antysemityzmem - "Rosenfeldem"88. Kilkakrotnie, według Eichelbergera, MacArthur stwierdził, że nie pragnąłby republikańskiej nominacji na prezydenta, "gdyby nie jego nienawiść, a raczej ogrom pogardy, dla FDR"89.
Na początku 1944 r., gdy kampania prawyborcza republikanów ruszyła na poważnie, doniesienia prasowe oparte na anonimowych źródłach sugerowały, że MacArthur przygotowuje się do powrotu do Stanów Zjednoczonych, aby na pełny etat zająć się kampanią o nominację. Vandenberg wypowiedział się publicznie w artykule dla pisma "Collier's" pod tytułem "Dlaczego jestem za MacArthurem"90. Materiał, zatwierdzony do publikacji przez Dillera, podsumowywał poglądy dominujące w Brisbane: "Nie byłoby zaskoczeniem, gdyby generał MacArthur uznał - podobnie jak sporo ludzi w mieście - że najkrótszą drogą do zwycięstwa jest umieścić w Białym Domu doświadczonego wojskowego". Pytani o to oficjalnie, wszyscy ludzie z otoczenia MacArthura udzielali tej samej sztampowej, nieśmiałej, wymijającej odpowiedzi: "Zajmijmy się wojną"91. Felietonista Raymond Clapper pytał MacArthura bezpośrednio i wielokrotnie, czy jest zainteresowany republikańską nominacją, ale nigdy nie doczekał się prostej odpowiedzi: "Za każdym razem udawał, że mnie nie słyszy"92. Zauważono, że MacArthur znalazł się na dwóch republikańskich listach prawyborczych na szczeblu stanowym - w Wisconsin i Illinois - i ani w jednym, ani w drugim przypadku nie domagał się wycofania swojego nazwiska.
Kilku dziennikarzy-obrazoburców zaczęło stawiać pytania. Czy było rzeczą właściwą, aby dowódca teatru działań, w samym środku prowadzenia straszliwej wojny, flirtował z krajową polityką wyborczą? Biorąc pod uwagę, że wizerunek MacArthura kształtowały wojenne media i zniekształcali jego właśni cenzorzy prasowi, czy było sprawiedliwe, aby konkurował z kandydatami pozbawionymi takiej przewagi? Niewielu Amerykanów wiedziało, jaką niechęcią darzą MacArthura żołnierze jego własnej armii. W blasku kampanijnych jupiterów negatywna reakcja była nieunikniona. Przyniósł ją numer "American Mercury" ze stycznia 1944 r. John McCarten, jeden z byłych redaktorów Henry Luce'a, pojechał do Australii i z powrotem, dzięki czemu ominął cenzurę Dillera. W surowo krytycznej sylwetce MacArthura napisał, że jego skuteczność jako generała jest przereklamowana, że ma on aż do nieprzyzwoitości obsesję na punkcie własnego wizerunku publicznego, a narzucenie w jego sztabie topornej cenzury stanowi niedopuszczalną manipulację procesem politycznym. McCarten podkreślił rolę anty-Rooseveltowskiej prasy w tworzeniu i utrzymywaniu "kultu MacArthura". Sugerował, że MacArthur nie nadaje się do roli, do której dąży - naczelnego dowódcy na Pacyfiku - będąc "generałem lądowym (...) na przeważnie powietrzno-morskim teatrze działań"93. Twierdzenia, że MacArthur nie jest osobiście zaangażowany w kampanię prezydencką, nie były wiarygodne, jak pisał McCarten, i jeżeli generał chciał położyć kres spekulacjom, to powinien przytoczyć słynne oświadczenie gen. Shermana z 1884 r.: "Jeśli otrzymam nominację, to jej nie przyjmę, a jeśli zostanę wybrany, to nie obejmę urzędu"94.
Artykuł w "American Mercury" rozjuszył MacArthura, tym bardziej, że czasopismo to znajdowało się na liście lektur rozpowszechnianej wśród żołnierzy za granicą przez służbę biblioteczną Army War College. W długim telegrafie do Marshalla generał nazwał artykuł "skandalicznym w tonie, a nawet oszczerczym" i poskarżył się, że małpuje on japońską propagandę95. Postanowił jednak nie udowadniać wprost jego niesłuszności, ponieważ (jak oznajmił Eichelbergerowi), tekst zawierał "nić prawdy, która uniemożliwiała mu odpowiedź". Bycie atakowanym w taki sposób, jak ubolewał, stanowiło "krzyż, który przyszło mu dźwigać"96. Popadłby w jeszcze większe rozgoryczenie, gdyby posiadał moc spoglądania w przyszłość, bowiem pod wieloma względami "atak" McCartena antycypował poglądy, które stały się później standardowe wśród historyków.
W każdym razie czarny koń kandydatury Douglasa MacArthura wszedł na ostatnią prostą i miał wkrótce okuleć. Tom Dewey, gubernator Nowego Jorku, wykazał się nieoczekiwanym poparciem republikańskich wyborców i wpływowych osobistości, a pod koniec marca stało się jasne, że pokona Willkiego. Nie mogło być mowy o impasie w Chicago, a przez to i o szansie na wciągnięcie MacArthura na listę wyborczą. Chaotyczny finał uruchomiło upublicznienie bez zgody kompromitujących listów generała do kongresmena z Nebraski, Arthura L. Millera. Ten nakłaniał MacArthura, by odpowiedział na wezwanie partii do objęcia funkcji: "Jest Pan to winien cywilizacji i dzieciom jeszcze nienarodzonym", gdyż "jeśli nie uda się powstrzymać tego Nowego Ładu, nasz amerykański sposób życia będzie na zawsze zgubiony". Lekkomyślnie ufając dyskrecji kongresmena, generał odpisał wprost, że zgadza się "bez zastrzeżeń" z "absolutną mądrością i dojrzałością polityczną Pana komentarzy"97. Nie pytając MacArthura o zgodę, 14 kwietnia Miller przekazał listy prasie. Natychmiast przedrukowały je w całości najważniejsze gazety w kraju. Jeśli Millerowi wydawało się, że da ostrogę kandydaturze MacArthura, to grubo się mylił. Vandenberg uznał ich publikację za "spektakularny blamaż" i "tragiczną pomyłkę". I. F. Stone na łamach "The Nation" doszedł do wniosku, że listy przedstawiały MacArthura "w sposób bardzo nieżołnierski - nielojalnego wobec Wodza Naczelnego oraz dość nadętego i nieokrzesanego osła"98.
Według autobiografii MacArthura z 1964 r., w tym właśnie momencie po raz pierwszy dowiedział się, że "szafuje się moim nazwiskiem" jako potencjalnego kandydata na listę republikanów - i ostrzeżony nagle o tym kuriozalnym i haniebnym przedsięwzięciu, podjął szybkie i mężne działania, by położyć mu kres. Wydał oświadczenie, w którym wyrzekał się prezydenckich ambicji i zbywał wszelkie tego rodzaju interpretacje listów Millera jako "nikczemne"99. Kiedy pierwsze oświadczenie uznano za zbyt wymijające, 30 kwietnia 1944 wydał drugie, konkludując: "Domagam się, aby nie podejmowano żadnych działań, które mogłyby w jakikolwiek sposób powiązać moje nazwisko z nominacją. Nie pożądam jej ani bym jej nie przyjął"100.
Tak zakończyła się ekskursja MacArthura na grunt polityki prezydenckiej, przynajmniej w cyklu wyborczym 1944 r. Ten paskudny epizod miał zostać zapamiętany jako drobny przypis w jego karierze. W szerszym jednak sensie fiasko pozostawiło niezmywalne piętno na ostatnim roku wojny na Pacyfiku. Kluczowe kwestie strategii globalnej zostały zawleczone na arenę polityki partyjnej i miały tam pozostać do końca wyborów. Gubernator Dewey, przyjąwszy nominację od swojej partii, powiedział w przemówieniu z 14 września 1944 r.: "Skoro generał MacArthur nie jest już politycznym zagrożeniem dla pana Roosevelta, to wydawałoby się odpowiednie, aby jego wspaniałym talentom nadać większe pole działania i uznanie. (...) Generał MacArthur czyni cuda z niewystarczającym zaopatrzeniem, niewystarczającym lotnictwem i z niewystarczającymi siłami"101. Pomimo niewinnego tonu, uwaga Deweya zawierała poważny zarzut wobec prezydenta oraz, w podtekście, wobec Połączonych Szefów Sztabów - mianowicie, że pozwolili oni, aby kwestie polityczne decydowały o przydziale sił wojskowych na Pacyfiku. Dewey nie kontynuował ataku na tym kierunku, być może wiedział, że Połączeni Szefowie zbiją zarzut, ale mleko już się rozlało. Roosevelt nigdy nie wybaczył Deweyowi, a kampania 1944 r. była najbardziej zacięta w jego karierze.
Na Pacyfiku pozostawały nierozstrzygnięte fundamentalne kwestie wielkiej strategii. Czy MacArthur otrzyma zielone światło dla wyzwolenia całych Filipin, w tym głównej, północnej wyspy Luzon? Czy Ernest King postawi na swoim w sprawie zdobycia Formozy? Czy Amerykanie powinni lądować na wybrzeżu kontynentalnych Chin, a jeśli tak, to czy doprowadzi to do większego bezpośredniego zaangażowania sił amerykańskich w wojnę chińsko-japońską? Z szerszych kwestii - jaki ma być finał działań przeciw Japonii? Czy można ją przekonać do przyjęcia warunków kapitulacji, zanim dojdzie do krwawej inwazji? Jaką rolę może odegrać Hirohito, cesarz Sh?wa, w ostatnim akcie wojny? Były to decyzje złożone i o ogromnym znaczeniu, a nie dało się ich odkładać w nieskończoność. Niemożliwe też było przesunięcie kalendarza wyborów prezydenckich; choćby się paliło i waliło, wyborcy mieli pójść do urn w pierwszy wtorek listopada. Wielkie kwestie strategiczne majaczące nad Pacyfikiem miały nieuchronnie doczekać się rozstrzygnięcia w trakcie sezonu politycznego - i miały być postrzegane, tak przez ludzi ówczesnych, jak i przez późniejszych historyków, poprzez pryzmat polityki.
Po zmroku 13 lipca 1944 r. prezydent Roosevelt wraz ze świtą został zawieziony na podziemną bocznicę kolejową przy 14. Ulicy w Waszyngtonie, gdzie wsiedli do prywatnego pociągu zwanego "Presidential Special". Z pomocą tragarzy i agentów Secret Service FDR trafił do swojego prywatnego przedziału w Pullmanie nr 1, ostatnim wagonie pociągu. Eleanor Roosevelt zajęła inny przedział w tym samym wagonie, zaś adm. William D. Leahy, szef sztabu Białego Domu i stary przyjaciel Rooseveltów, udał się do trzeciego. Gdy pociąg jechał na północ przez kukurydziane pola Marylandu, grupa podróżnych spała już głęboko na kołyszących się kuszetkach.
Pullman nr 1 był elegancki i wystawny, z dębową boazerią, dywanami z zielonego pluszu, mahoniowymi meblami i wyściełanymi fotelami. Był to zarazem istny pancernik na kołach. Podwozie wagonu chronił 30-centymetrowy pancerz stalowy, wystarczająco silny, by ochronić przed dużą bombą podłożoną na torowisku. Okna z pleksiglasu miały grubość 7,62 cm i mogły zatrzymać wystrzelony z bliska pocisk kal. 12,7 mm. W burtach było dość stali, żeby wytrzymać trafienie średniej wielkości granatem artyleryjskim. Pullman nr 1 ważył 128 ton - prawie dwa razy tyle co zwykły wagon - ale zaprojektowany został w taki sposób, aby nie rzucał się w oczy, i nie różnił się wyglądem od jakiejkolwiek innej salonki pullmanowskiej.
Nadchodząca podróż miała zabrać prezydenta do Chicago i San Diego, stamtąd morzem na Hawaje, Alaskę i nad Cieśninę Pugeta, a wreszcie z powrotem koleją przez cały kontynent. Miała trwać 35 dni - jako jedna z najdłuższych podróży za jego prezydentury. Najważniejszy punkt programu stanowiła czterodniowa wizyta na hawajskiej wyspie Oahu, którą FDR poświęcił na objazd instalacji wojskowych oraz narady z dowódcami pacyficznych teatrów działań wojennych, gen. MacArthurem i adm. Nimitzem, na temat następnych ruchów w wojnie z Japonią.
Przed zaledwie dwoma dniami FDR nikogo nie zaskoczył od dawna oczekiwaną zapowiedzią, że będzie się starał o reelekcję na bezprecedensową, czwartą z kolei kadencję. Oznajmił prasie, że nie ma wyboru, ponieważ "jeśli naród rozkaże mi pozostać na tym urzędzie i w tej wojnie, to praw do wycofania się będę miał równie mało jak żołnierz do opuszczenia posterunku na linii frontu"102. Prezydencki pociąg miał zatrzymać się na krótko w Chicago, gdzie trwała konwencja krajowa Partii Demokratycznej. Republikanie zebrali się dwa tygodnie wcześniej, także w Chicago, nominując gubernatora Deweya na swojego przywódcę. Ze względu na sezon polityczny, nadchodząca podróż miała spotkać się z krytyką rywali FDR jako długotrwała impreza kampanijna.
W czasie pokoju pociąg prezydencki woził do czterdziestu członków korpusu prasowego. Teraz zezwolenie na udział w podróży wydano tylko trzem korespondentom, reprezentującym trzy najważniejsze agencje telegraficzne - a ich materiały były objęte embargiem do momentu zgody Białego Domu na publikację, zwykle z około tygodniowym opóźnieniem. Środki takie uzasadniano wymogami bezpieczeństwa czasu wojny, ale prasa miała pretensje, że ukrywa się przed nią miejsce pobytu prezydenta, zwłaszcza gdy pojawiał się przed tłumami liczącymi dziesiątki tysięcy ludzi. Prezydenta nie poruszały skargi dziennikarzy, a nawet sprawiał wrażenie zadowolonego, że znalazł się pretekst dla pozbycia się prasy. "Szczerze mówiąc" - oznajmił Steve'owi Early'emu - "uważam wolność prasy za jeden z najbardziej mikroskopijnych problemów świata"103. Kiedy korespondenci z Białego Domu domagali się jego planu podróży, FDR przekazał przez Early'ego sarkastyczną odpowiedź: "A co chcecie robić? Oglądać mnie w kąpieli czy iść za mną do toalety?"104.
Poczynając od wiosny 1944 r., Roosevelt i jego otoczenie mieli nowy istotny powód, by trzymać prasę na dystans. Stan zdrowia prezydenta uległ pogorszeniu, a Waszyngton tętnił od plotek, że nie ma dość sił, aby pozostać na urzędzie. Cerę miał bladą i ziemistą, oczy zapadnięte i szkliste, głos słaby i zachrypnięty. Nękał go okropny, suchy kaszel. Wargi i paznokcie nabrały chorobliwie sinawego odcienia. Pytany, jak się czuje, prezydent odpowiadał: "Jak diabli" albo "Cholernie"105. W marcu 1944 r. kardiolog z marynarki wojennej, dr Howard Bruenn, stwierdził u niego poważne nadciśnienie i zdiagnozował ostry przypadek zastoinowej niewydolności serca. Wobec dostępnych w latach 40. XX wieku możliwości leczenia, szanse pacjenta na przetrwanie kolejnej czteroletniej kadencji prezydenckiej nie były wysokie. Średnia przeżywalność po takiej diagnozie nie przekraczała dwóch lat. Później Bruenn mówił, że gdyby jego pacjent nie był wodzem naczelnym państwa prowadzącego wojnę, to nalegałby na ustąpienie z urzędu i natychmiastową hospitalizację. Jednakże jedynym medykiem, któremu wolno było wypowiadać się publicznie na temat zdrowia prezydenta, był jego osobisty lekarz, a zarazem naczelny lekarz marynarki wojennej, wiceadm. Ross T. McIntire, który oznajmił prasie, że FDR jest "zdrowszy niż kiedykolwiek od chwili objęcia urzędu w 1933 r."106. Beztroskie zapewnienia McIntire'a stanowiły medyczną maskaradę, która miała trwać aż do śmierci prezydenta w następnym roku (a nawet jeszcze później).
Bruenn wyznał później, że wraz ze współpracownikami odrzucił etykę medyczną, aby odpowiedzieć na wyższy zew patriotyczny. FDR był najważniejszym człowiekiem na świecie. Jego wiodącą rolę w ogólnoświatowej koalicji alianckiej uważano za niezastąpioną. Stanowił filar planów i negocjacji na rzecz stworzenia stabilnego porządku powojennego. Propaganda Osi uczyniła fetysz z tężyzny fizycznej i siły, a równocześnie usiłowała przedstawiać przykutego do wózka Roosevelta jako symbol zniedołężnienia zachodniej demokracji. Jego przeciwnicy polityczni w kraju rozpowszechniali pogłoski, że prezydent jest w złym stanie zdrowia, i byli gotowi rzucić się na każdy strzęp informacji, który by potwierdzał ich prawdziwość. Ze wszystkich powyższych powodów diagnozę doktora Bruenna potraktowano jako tajemnicę państwową, a reporterów i fotografów rzadko dopuszczano w pobliże FDR. Na pokładzie "Presidential Special" trzem korespondentom agencji telegraficznych (radośnie określanych przez prezydenta mianem "rzezimieszków", "sępów" lub "ścierwojadów") nie pozwalano zbliżyć się na trzy wagony do Pullmana nr l. Zazwyczaj można ich było zastać w wagonie barowym, gdzie zabijali czas, grając w karty przy kontuarze.
Po krótkim postoju w dolinie rzeki Hudson, spędziwszy dzień w rodzinnym domu w Hyde Park, wieczorem 14 lipca Rooseveltowie znaleźli się z powrotem na pokładzie "Presidential Special". Tej nocy pociąg przejechał całą magistralę New York Central Railroad. Nazajutrz w południe zatrzymał się na stacji rozrządowej przy 55. Ulicy w Chicago, gdzie miał pozostawać przez dwie godziny, podczas gdy Roosevelt spotkał się z Robertem Hanneganem, przewodniczącym Komitetu Krajowego Partii Demokratycznej.
Większość partii była zdecydowana pozbyć się urzędującego wiceprezydenta, Henry'ego Wallace'a, a Roosevelt ugiął się przed jej życzeniem. Opowieść o tym, jak senator Harry S. Truman wylądował na liście wyborczej demokratów, została opowiedziana gdzie indziej i nie ma potrzeby jej tu powtarzać. Dość powiedzieć, że był to wynik osobliwy, zaskakujący nawet dla wewnętrznego kręgu prezydenta. Po krótkim spotkaniu z Hanneganem FDR podpisał pismo wyrażające zgodę na obu przyszłych kandydatów: sędziego Sądu Najwyższego Williama O. Douglasa lub Trumana. Pierwotna wersja dokumentu wymieniała ich w takiej właśnie kolejności: Douglas lub Truman. Jednak w ostatniej chwili przed odjazdem pociągu z Chicago Hannegan wyszedł z prywatnego przedziału prezydenta i poprosił sekretarkę FDR, Grace Tully, o przepisanie pisma z odwróconą kolejnością nazwisk. W ten sposób FDR praktycznie wybrał swojego następcę w wyniku pozornie spontanicznej, bieżącej wymiany zdań z przewodniczącym konwencji krajowej, choć lekarze mieli powody wątpić, czy przeżyje on jeszcze jedną kadencję.
Ten doniosły historycznie postój w Chicago trwał tylko dwie godziny. Przed zmrokiem "Presidential Special" znów był w drodze, kierując się na Topekę w Kansas oraz miejscowości położone dalej na zachód wzdłuż linii Rock City Railroad. Przez następne trzy dni pociąg meandrował przez Wielkie Równiny i pustynne regiony Południowego Zachodu. Jego prędkość rzadko przekraczała 56 km/h, częściowo dlatego, że podróż w tak statecznym tempie była dla Roosevelta wygodniejsza - ale również z tej przyczyny, że chciał on wygłosić przemówienie z okazji przyjęcia partyjnej nominacji w bazie marynarki wojennej w San Diego, a dokładny czas otrzymania tej nominacji był niepewny. Prędkość uniemożliwiała ładowanie akumulatorów pociągu, często więc zatrzymywano się na lokalnych bocznicach i podłączano do stacji ładowania. FDR każdej nocy spał dobrze, co było istotne dla jego zdrowia. Podróż zawsze czyniła cuda z jego nastrojem. Ożywiał go spokojny rytuał obserwacji przesuwającego się za oknem krajobrazu, z równoczesnym rozpoznawaniem miejscowości i innych punktów orientacyjnych na mapie, którą trzymał na kolanach. Na swoim sztabie i towarzyszach robił wrażenie, przytaczając osobliwe szczegóły z historii lokalnej, i wydawał się dysponować encyklopedyczną pamięcią swoich dawnych kampanijnych występów w każdym tamtejszym okręgu wyborczym.
Na całej trasie wyraźnie obecna była policja i miejscowe oddziały wojskowe, strzegąc wszelkich estakad, przejazdów, mostów i tuneli. Tam, gdzie równolegle do torów biegły szosy, pociągowi dotrzymywały towarzystwa wojskowe jeepy i ciężarówki. Żołnierze, z natury ciekawscy, wpatrywali się w okna prezydenckiego wagonu z nadzieją ujrzenia choćby w przelocie samego wodza naczelnego, pierwszej damy lub Fali, ich słynnego małego, czarnego teriera szkockiego. Informacje o przybyciu pociągu docierały na stacje z wyprzedzeniem, pocztą pantoflową. Skwarnego popołudnia 16 lipca widziano Eleanor Roosevelt na dworcu w El Reno w Oklahomie, jak spacerowała z Falą na smyczy tam i z powrotem po peronie. Wieści szybko rozeszły się po mieście i na dworcu zebrał się tłum około 500 ciekawskich. Kolejni jeszcze nadchodzili, gdy po godzinie pociąg odjechał107.
Oprócz pierwszej damy i adm. Leahy'ego, w skład prezydenckiej świty wchodziła długa lista adiutantów wojskowych, zespół medyczny z udziałem McIntire'a, Bruenna i dwóch innych lekarzy, autor przemówień Sam Rosenman, szef OWI Elmer Davis, gen. mjr "Pa" Watson, kontradm. Wilson Brown oraz Grace Tully. Był też zwykły w czasie wojny duży zespół agentów Secret Service, tragarze z marynarki, kolejarze oraz "ścierwojady" z agencji telegraficznych.
W przedniej części pociągu, za lokomotywą i wagonem bagażowym, znajdował się pozbawiony okien wagon łączności, obsadzony przez żołnierzy tej służby - zawiła plątanina kabli, rur, paneli elektrycznych i urządzeń deszyfrujących. Łącznościowcy utrzymywali stamtąd nieustanny, bezpieczny kontakt z Pokojem Map w Białym Domu za pośrednictwem radia krótkofalowego i dalekopisu radiowego. Kpt. mar. William Rigdon, młodszy adiutant z marynarki wojennej, spędził dużą część podróży transkontynentalnej, wędrując po piętnastu wagonach pomiędzy centrum łączności a prezydencką salonką, na odległość prawie 400 metrów. Nosił wiadomości przez szereg wagonów sypialnych, pullmanów z kuszetkami górnymi i dolnymi, wagon barowy, restauracyjny i jeszcze więcej sypialnych, a w końcu poprzez grono uzbrojonych agentów po cywilnemu, strzegących wagonu prezydenckiego, zawsze ostatniego w składzie108.
19 lipca o 2:00 "Presidential Special" zatrzymał się na bocznicy w bazie Korpusu Piechoty Morskiej w San Diego. Podróżni mieli spędzić trzy dni w wielkim bastionie marynarki wojennej na Zachodnim Wybrzeżu, objeżdżając miejscowe instalacje wojskowe. Rooseveltowie odwiedzili swojego syna Jamesa z rodziną, mieszkających w Coronado po drugiej stronie zatoki. FDR ze świtą dokonali przeglądu ćwiczeń desantowych dwóch pułkowych grup bojowych marines z 5. Dywizji Piechoty Morskiej w kalifornijskim Oceanside, 64 km na północ od San Diego. Był to wysoce realistyczny desant ćwiczebny z ostrym strzelaniem, a wzięło w nim udział wiele ciężkich wozów pancernych oraz zaawansowane barki desantowe. Stanowił on wartościową lekcję, zarówno dla prezydenta, jak i jego wyższych doradców wojskowych. Pacyficzne skoki z wyspy na wyspę oznaczały nowy rodzaj wojny, a takich manewrów desantowych na dużą skalę, jakich świadkami byli w Oceanside, w czasach pokoju nie było. Na Leahym szczególne wrażenie zrobiła ścisła koordynacja ognia okrętowego i wsparcia lotniczego z zespołami desantowymi109.
20 lipca konwencja Partii Demokratycznej w Chicago nominowała prezydenta na czwartą kadencję. Gdy pociąg stał na bocznicy piechoty morskiej, Roosevelt wygłosił piętnastominutowe przemówienie z okazji przyjęcia nominacji, transmitowane drogą radiową na konwencję. Później ponownie przeczytał kilka najważniejszych fragmentów dla operatorów z kronik filmowych. Krótko przed 21:00 Eleanor Roosevelt pożegnała się z resztą towarzystwa i wyjechała, aby złapać wojskowy lot powrotny do Waszyngtonu. Prezydent, Leahy i Fala przenieśli się do samochodu na krótką przejażdżkę na nabrzeże Broadway Pier, gdzie cumował ciężki krążownik Baltimore. Załogi nie uprzedzono, że prezydent Roosevelt będzie pasażerem, ale niektórzy domyślili się prawdy po zbudowaniu ramp dla wózka w korytarzach wokół kabiny kapitańskiej. Wprowadził się do niej Roosevelt, a Leahy zajął kabinę admiralską.
Ponieważ Roosevelt znał stary marynarski przesąd, że nie należy rozpoczynać rejsu w piątek, okręt czekał do północy, zanim zrzucił cumy. Pięć niszczycieli podążało za zaciemnionym krążownikiem, gdy szedł na otwarte morze długim, rozminowanym kanałem dla statków. Formacja przyjęła kurs podstawowy 243 stopni, z prędkością podróżną 22 węzłów, i zniknęła na pełnym morzu.
W marcu 1944 r. Kolegium Połączonych Szefów Sztabów poleciło MacArthurowi i Nimitzowi podjąć współpracę na rzecz zdobycia do 15 września Palau, grupy wysp pod panowaniem japońskim w południowej Mikronezji, a do 15 listopada Mindanao, wielkiej południowej wyspy na Filipinach. Szefowie pozostali jednak niezdecydowani co do dalszych ważniejszych ruchów na początku 1945 r. Jak zwykle, Filipiny pozostawały epicentrum wojny dla MacArthura, który nadal naciskał na Waszyngton o aprobatę dla preferowanej przez niego południowej osi ataku. Generał pragnął skoncentrować wszystkie dostępne siły amerykańskie (w tym Flotę Pacyfiku) na rzecz wyzwolenia północnej wyspy Luzon, w tym Miasta Stołecznego Manili, przed podjęciem jakichkolwiek innych inwazji desantowych na północy. Adm. King i większość wewnętrznych planistów JCS woleli ominąć Luzon i wymierzyć następne ważniejsze uderzenie w wyspę Formozę (Tajwan). Depesza z 12 marca do dowódców dwóch teatrów działań ujawniła tę różnicę zdań, nakazując obu sztabom przygotować plany na wypadek "okupacji Formozy, z datą docelową 15 lutego 1945 r., lub okupacji Luzonu, gdyby takie działania okazały się konieczne przed ruchem na Formozę, z datą docelową 15 lutego 1945 r."110.
Kiedy Baltimore wiózł prezydenta na Hawaje, wojska inwazyjne zdobywały właśnie archipelag Marianów: Saipan, Guam i Tinian. W bitwie na Morzu Filipińskim (19-20 czerwca 1944 r.), starciu morsko-lotniczym na zachód od Marianów, Japończycy stracili około 300 samolotów i trzy lotniskowce. Skoro morskie połączenia z bogatymi w surowce regionami na południu znalazły się pod coraz cięższym ostrzałem, gospodarcze i militarne podstawy japońskiego przedsięwzięcia imperialistycznego zaczynały się kruszyć. Chociaż reżim tokijski nie był gotów stawić czoła faktom, to utrata Marianów i zniszczenie sił lotniczych z lotniskowców oznaczały nieodwracalną klęskę strategiczną Japonii w wojnie na Pacyfiku. Rozpoczął się ostatni etap kampanii, a na horyzoncie majaczyło zasadnicze pytanie: jak zmusić kierownictwo japońskie, by uznało się za pokonane i przyjęło proponowane warunki pokoju - bezwarunkową kapitulację? Amerykanie wiedzieli, że na tym rozwidleniu mogli wybrać dowolny kierunek - Luzon lub Formozę - i być pewni zwycięstwa. Był to przysłowiowy "problem klasy wyższej", sprawił on jednak planistom wojennym wielopłaszczyznowe trudności strategiczne i techniczne, a także zaowocował oszałamiającą gamą opinii, tak w Waszyngtonie, jak i na Pacyfiku. Innymi słowy, niewiele brakowało, aby wszystko potoczyło się inaczej.
Na początku 1943 r. wydział planistyczny JCS rozpowszechniał "Plan strategiczny pokonania Japonii". Dokument ten przewidywał kluczową rolę Chin w ostatnim etapie wojny na Pacyfiku, jako bazy dla bombardowań Japonii oraz źródło sił piechoty, które miałyby zniszczyć armie japońskie w Azji oraz (w razie konieczności) na Wyspach Japońskich. Dla zrealizowania tego celu alianci musieliby wylądować na wybrzeżu Chin kontynentalnych, a Formoza wydawała się być kluczem do frontowych drzwi kontynentu. Ta sinocentryczna wizja finału na Pacyfiku stworzyła w Waszyngtonie impuls dla preferowanej przez marynarkę środkowopacyficznej osi ataku, biegnącej przez Mikronezję, Mariany i Formozę.
Najbardziej wpływowym wewnętrznym gremium planistycznym JCS był Połączony Komitet Analiz Strategicznych (Joint Strategic Survey Committee - JSSC), rada szarych eminencji odpowiedzialnych bezpośrednio przed szefami sztabów. Przez większą część wojny na jego czele stał gen. por. Stanley D. Embick, przedstawiciel armii i absolwent West Point z rocznika 1899. Czterej szefowie JCS wciąż okazywali pewien szacunek wobec czcigodnych starych wiarusów z JSSC, którzy służyli radą nieskrępowaną przez rywalizację pomiędzy służbami czy instytucjonalne skrzywienia. W listopadzie 1943 r. JSSC wydało jednogłośny i "jednoznaczny" werdykt, że ofensywa na środkowym Pacyfiku jest ważniejsza niż kampania MacArthura na południowym Pacyfiku, ponieważ otwiera krótszą drogę do Japonii, a zatem "klucz do wczesnego pokonania Japonii kryje się w zmasowanych działaniach prowadzących przez centralny Pacyfik, z operacjami wspierającymi na flance północnej i południowej - z użyciem wszystkich sił, morskich, powietrznych i lądowych, jakie da się utrzymać i z powodzeniem wykorzystać na tych terenach"111. Płomienny sprzeciw MacArthura i jego żądania, aby przenieść punkt ciężkości na południowy szlak i Filipiny, konsekwentnie nie robiły żadnego wrażenia na JSSC. Każde kolejne opracowanie podkreślało zwykle wcześniejsze wnioski grona - że kampania południowopacyficzna MacArthura stała się zbyteczna, że rozproszenie wysiłków na Oceanie Spokojnym oznacza ryzyko przedłużenia wojny, a zauważalna słabość Japonii prosi się o bardziej bezpośredni atak na jej wewnętrzny pierścień obrony. Według przemyślanej oceny komitetu, wszystko wskazywało na Formozę.
Ku swemu nieustannemu strapieniu, MacArthur nigdy nie mógł liczyć, aby George Marshall chronił marginalne interesy jego teatru działań - SWPA - ani aby przyznał priorytet preferowanej przez niego trasie ataku przez Południowy Pacyfik i Filipiny. W poprzednim roku wyraził się nadzwyczaj otwarcie do swojego zastępcy, gen. Richarda Sutherlanda, jadącego do Waszyngtonu: "W rozmowie z Marshallem proszę podkreślić, że może on kontrolować sytuację, przydzielając niezbędne dla działań na Pacyfiku siły powietrzne i lądowe. Bez tych zasobów armii marynarka będzie bezradna. Jeśli przyśle do nas posiłki lotnicze i lądowe, zamiast wysyłać żołnierzy w rejony pod kontrolą marynarki, to może osiągnąć pożądany cel pośrednio"112. Nie wiadomo, jaką część tego apelu Sutherland przekazał Marshallowi, ale szef sztabu armii nigdy nie miał w naturze działać "pośrednio", co słownik Webstera definiuje jako "bez szczerości lub otwartości". Marshall nie był ślepy na rywalizację między rodzajami sił zbrojnych na Pacyfiku, ale nigdy nie uważał kampanii za zmagania o sumie zerowej pomiędzy armią a marynarką ani pomiędzy MacArthurem a Nimitzem, zawsze też był chętny zastanowić się nad zaletami bardziej bezpośredniej drogi ataku na japońskie wyspy macierzyste. Co do pozostawiania marynarki "bezradnej", to sam rzut oka na mapę Oceanu Spokojnego wystarczał, aby zrozumieć potencjalne konsekwencje.
W czerwcu 1944 r., pobudzony mocną argumentacją JSSC, Marshall nalegał, aby MacArthur porzucił przebrzmiałe założenia i spojrzał na całą pacyficzną szachownicę ze świeżej perspektywy. Biorąc pod uwagę oznaki słabości Japończyków, czy nie nadszedł czas zwiększyć tempo kampanii? Strategia omijania silnie bronionych wysp była charakterystyczną cechą udanej ofensywy MacArthura na południowym Pacyfiku - dlaczego by nie zastosować tej samej logiki wobec Luzonu? Skoro aliantom w końcu potrzebny miał być port na wybrzeżu kontynentalnych Chin, to może lepiej było zdobyć Formozę wcześniej niż później. Marshall brał nawet pod uwagę jeszcze śmielszą propozycję, krążącą wówczas wśród planistów JSC: desant z zaskoczenia na Kiusiu, południową wyspę Japonii. W każdym razie oznajmił dowódcy SWPA: "Musimy uważać, aby osobiste odczucia i względy polityki filipińskiej nie wzięły góry nad naszym wielkim celem, czyli wczesnym zakończeniem wojny z Japonią. Moim zdaniem "ominięcie" w żadnym razie nie jest równoznaczne z "porzuceniem". Wręcz przeciwnie, dzięki jak najwcześniejszemu pokonaniu Japonii, wyzwolenie Filipin zostanie przeprowadzone w sposób możliwie jak najsprawniejszy i najpełniejszy"113. MacArthur jednak zupełnie się nie zgodził, twierdząc, że wyzwolenie Luzonu jest niezbędne, zarówno ze względów strategicznych, jak i ponieważ "Mamy wielkie narodowe zobowiązanie do wypełnienia"114.
Pragnienie MacArthura, by wyzwolić Filipiny, było autentyczne, szlachetne i szczere. Jednak w interesie jak najpełniejszego zrelacjonowania tej historii należy zważyć następujące fakty. 13 lutego 1942 r., w schronie dowodzenia na Corregidorze, prezydent Filipin, Manuel Quezon, podpisał rozporządzenie przekazujące ze środków skarbu Wspólnoty Filipińskiej kwotę 500 tys. dolarów MacArthurowi, 75 tys. Sutherlandowi, a mniejsze kwoty - dwóm innym wyższym oficerom sztabu MacArthura. Płatności opisywano jako wynagrodzenie za dawną służbę w amerykańskiej misji wojskowej na Filipinach. Współczesna równowartość kwoty wypłaconej MacArthurowi wynosi aż 8 mln dolarów. Ponieważ środki skarbu Wspólnoty były zdeponowane w Nowym Jorku, na rachunkach częściowo kontrolowanych przez rząd amerykański, płatności wymagały zgody sekretarza zasobów wewnętrznych Harolda Ickesa. Marshall i Stimson wiedzieli, co się dzieje, i nie zgłaszali żadnych obiekcji, a w każdym razie nic nie zrobili, aby powstrzymać transakcję. Sądząc po zachowanych śladach w dokumentacji, prezydent Roosevelt zapewne wiedział o tej sprawie115. Później, po ucieczce do Stanów Zjednoczonych, Quezon odwiedził w Waszyngtonie gen. Eisenhowera i zaproponował mu "honorarium", którego kwoty nie znamy, jako wynagrodzenie za dawną służbę na Filipinach. Eisenhower odrzucił ofertę, wyjaśniając taktownie, że "niebezpieczeństwo błędnego przekonania lub nieporozumienia (...) może się przyczynić do pozbawienia mnie całej ewentualnej przydatności dla sprawy alianckiej w bieżącej wojnie"116. Przyszły dowódca europejskiego teatru działań uznał, że oferta jest w danych okolicznościach niewłaściwa, a na dłuższą metę będzie narażona na osąd opinii publicznej. W obu kwestiach miał rację.
Za zamkniętymi drzwiami, latem 1944 r., adm. King kategorycznie kwestionował kompetencje MacArthura jako stratega wojskowego. W jego ocenie dowódca SWPA miał niewielką wiedzę (a nawet zainteresowania) na temat niedawnego postępu w dziedzinie desantów morskich, w której potwierdziło się ostatnio, że można pokonywać wielkie przestrzenie oceaniczne, aby zdobywać wyspy silnie umocnione przez nieprzyjaciela. Wcześniejsze prognozy MacArthura co do katastrofy na środkowym Pacyfiku się nie sprawdziły, a jednak wciąż wygłaszał równie złowieszcze proroctwa o kampanii formozańskiej. W 1942 r. King opowiadał się za kontrofensywą na południowym Pacyfiku - a właściwie to nawet on ją zapoczątkował operacją na Guadalcanalu, której MacArthur był przeciwny. Jednakże południowa oś ataku była, zdaniem Kinga, zasadna wyłącznie w początkowym okresie wojny, kiedy Stany Zjednoczone nie były jeszcze wystarczająco silne, by walczyć w sercu Pacyfiku. Skoro Australia była już bezpieczna, a siły alianckie przebiły się przez barierę Archipelagu Bismarcka, to nadszedł czas zwinąć południową ofensywę. Mindanao stanowiło logiczny punkt końcowy kampanii MacArthura. W czasie jednego z regularnych, nieoficjalnych spotkań z prasą w Aleksandrii, King oznajmił reporterom, że odbijanie Filipin jest "pożądane ze względów sentymentalnych", ale "ekscentryczne", i prawdopodobnie opóźni zwycięstwo na Pacyfiku o 3-6 miesięcy117. W rozmowie z kontradm. Danielem E. Barbeyem, dowódcą floty desantowej MacArthura, zauważył kwaśno, że "MacArthur wydaje się bardziej zainteresowany spełnieniem obietnicy powrotu na Filipiny niż wygraniem wojny"118.
13 lipca adm. King poleciał do Pearl Harbor swoją flagową łodzią latającą "Coronado", a wraz z nim podążyła liczna świta sztabowców. Po dwóch długich dniach konferencji w sztabie CINCPAC, King i Nimitz wsiedli do samolotu Lockheed Lodestar o dwóch ogonach i wyruszyli skakać po Wyspach Marshalla, z postojami na atolach Kwajalein i Eniwetok, a stamtąd, 17 lipca, na Saipan. Na płycie lotniska Aslito, gdzie zaledwie dwa tygodnie wcześniej toczyły się zacięte walki, przywitała ich delegacja wysokiej rangi wojskowych, korespondentów prasowych oraz fotografów, a wśród nich gen. Holland "Howlin' Mad" Smith, dowódca V Korpusu Desantowego (Fifth Amphibious Corps - VAC) oraz adm. Raymond Spruance, dowódca 5. Floty. Tydzień wcześniej wyspę uznano za opanowaną, ale w bardziej oddalonych miejscach nadal toczyły się walki małych jednostek, a japońskich maruderów i niedobitków liczyło się w setkach, jeśli nie w tysiącach. King, który dotąd osobiście widział niewiele stref walk na Pacyfiku, miał ochotę na objazd po wyspie. Smith martwił się snajperami, ale King nalegał, więc generał wydzielił trzy kompanie marines do ochrony dwóch czterogwiazdkowych admirałów. King i Nimitz siedzieli razem z tyłu jeepa i jechali w długiej kolumnie główną drogą zachodniego wybrzeża, przez zasypane gruzami ruiny miejscowości Garapan, Tanapag i Chalan Kanoa. Chociaż zespoły pogrzebowe pracowały na zmiany, słodko mdły fetor gnijących ciał był wszechobecny i nie do uniknięcia. Po miesiącu spędzonym na Saipanie Smith i jego żołnierze przestali już go zauważać.
Po południu King, Nimitz i Spruance popłynęli motorówką na stojący około półtora kilometra od wybrzeża Indianapolis, okręt flagowy 5. Floty. Po sesji zdjęciowej pod działami kal. 203 mm udali się razem do mesy admiralskiej na wczesną kolację. Spruance usiadł u szczytu stołu, z Kingiem po prawej, a Nimitzem po lewej, a około tuzin innych oficerów zajęło miejsca wzdłuż, w porządku malejącym według stopnia i starszeństwa. W czasie podawania deseru w pomieszczeniu zaroiła się wielka, czarna chmara much, wleciawszy przez otwarte iluminatory. Muchy wylęgły się w gnijących ciałach tysięcy wciąż niepochowanych zabitych na Saipanie, a panująca bryza zaniosła je ku flocie. Stwarzały problem od wielu tygodni, ale rój, który opanował tego wieczora Indianapolis, był najgorszym, jaki widziała załoga. Muchy siadały na blacie, jedzeniu oraz ludzkich twarzach i dłoniach. Były ohydnie spasione, niektóre sięgały 2,5 cm długości. Jak twierdzi Carl Moore, szef sztabu Spruance'a, owady nie odlatywały na machnięcie dłonią. Jeśli lądowały komuś na nosie, to trzeba było je zepchnąć albo rozgnieść, a poza tym "były w jedzeniu, pod okularami, w uszach i w ogóle wszędzie; można by pomyśleć, że wszystkie żywiły się zabitymi Japońcami i przylatywały na okręt zaczerpnąć trochę świeżego powietrza"119. Stewardzi zamknęli iluminatory, ale było za późno. Obrzydzeni oficerowie, usiłując odgonić owady, przewracali szklanki. Krzesła zgrzytały o pokład, gdy wstawali i opuszczali pomieszczenie, porzucając konwenanse zwykle przestrzegane przy czterogwiazdkowych gościach.
Tego dnia King zapytał w pewnej chwili Spruance'a o przygotowania do operacji "Causeway", planowanej inwazji na Formozę. Dowódca 5. Floty odpowiedział szczerze: "Formoza mi się nie podoba"120. Zamiast niej proponował zdobycie Iwo Jimy i Okinawy, w takiej właśnie kolejności. Iwo znajdowała się na linii lotu pomiędzy Marianami a Tokio; zajęcie jej stępiłoby japońskie przeciwuderzenia lotnicze. Okinawa była mniejsza od Formozy, a przez to łatwiejsza do opanowania. Dla celów alianckich, jak stwierdził Spruance, miała idealne rozmiary: wystarczająco mała, aby podbić ją w kilka tygodni, ale dość duża, by służyć jako baza operacji przeciwko Wyspom Japońskim. Dysponowała strategicznym położeniem wzdłuż szlaków morskich między Japonią a bogatymi w surowce południowymi terytoriami. Na Okinawie istniało wiele miejsc dogodnych dla ewentualnego desantu, więc obrońcy nie byliby w stanie skoncentrować siły ognia na którejkolwiek pojedynczej plaży. Wyspa mogła służyć zarówno jako odskocznia w kierunku wybrzeża Chin, jak i punkt wyjścia do inwazji na Kiusiu.
Okinawa znajdowała się jednak tylko 530 km od Kiusiu, więc flota desantowa mogła oczekiwać zmasowanych i długotrwałych ataków z powietrza. Najbliższe alianckie bazy wsparcia byłyby z kolei oddalone o ponad półtora tysiąca kilometrów. Ochronę lotniczą musiałyby zapewniać zgrupowania lotniskowców, pozostając w tym rejonie bez przerwy przez kilka tygodni. Biorąc pod uwagę te wyzwania, King zapytał Spruance'a: "Da pan radę to zrobić?" Spruance odpowiedział, że jest to do wykonania, o ile siły logistyczne udoskonalą technikę morskiego przewozu amunicji. Była to jedyna przeszkoda, jakiej 5. Flota jeszcze nie zaradziła. Spruance uważał jednak, że ten problem da się rozwiązać, i jak zwykle miał rację121.
Zdanie Spruance'a, jako dowódcy floty, który miał nadzorować inwazję, było szczególnie istotne. Nie był jednak osamotniony. Sprzeciw wobec "Causeway" wzbierał wśród wpływowych decydentów we flocie, siłach desantowych i kwaterze głównej Nimitza. Wielu wątpiło, czy Formoza jest warta tak ogromnych wysiłków; skala inwazji dorównywałaby lądowaniu w "Dniu D" w Normandii. A gdyby zdobycie wyspy okazało się absolutnie konieczne - oznajmili Kingowi - to i tak najpierw potrzebowaliby lotnisk Luzonu i bazy floty w Zatoce Manilskiej, więc ominięcie Filipin nie wchodziło w grę. W czasie powrotnego lotu na Hawaje, 19 lipca, King nasłuchał się od Roberta "Micka" Carneya, szefa sztabu adm. Halseya, który nazwał Formozę "stratą czasu"122. Carney stwierdził, że zamiast tego "rozbudowę powinniśmy przeprowadzić na Luzonie, a Formozę zrównać z ziemią i ominąć"123.
- Czy chce pan zrobić Londyn z Manili? - zapytał King.
- Nie, panie admirale - odparł Carney. - Myślę o zrobieniu drugiej Anglii z Luzonu124.
Na ostatniej serii konferencji w sztabie CINCPAC, 20 lipca, King siedział cierpliwie, kiedy planiści Floty Pacyfiku zgłaszali rozmaite obiekcje wobec Formozy. Adm. John H. Towers, zastępca CINCPAC, podkreślił, że ani Guam, ani Saipan nie mają wystarczających urządzeń portowych dla zorganizowania dość dużych sił inwazyjnych, by zająć wielką wyspę chińską - a już szczególnie od kiedy Army Air Forces zamierzały dyslokować na Marianach co najmniej 12 grup bombowców B-29. Towers ostrzegał, że brane pod uwagę przygotowania do operacji "Causeway" wymagałyby zapewne "cięć w programie VLR [B-29]"125. To z kolei wzbudziłoby gniew gen. Henry'ego "Hapa" Arnolda i USAAF.
W obliczu takich zastrzeżeń King pozostał uparcie wierny planowi "Causeway". Nie próbował jednak wykorzystać autorytetu swojej wysokiej rangi do stłumienia sprzeciwu wśród współpracowników. Wbrew temu, jak go przedstawia duża część literatury historycznej, szef operacji morskich nie był caudillem. Nalegał na nieskrępowane wygłaszanie poglądów i w dobrej wierze rozważał kontrargumenty. Gdy Nimitz zamykał rozmowy, King zwrócił się do Carneya, prosząc go o powtórzenie jeszcze raz dla porządku obiekcji wobec Formozy, aby nie pominięto ich w protokole z konferencji. Trudno sobie wyobrazić Douglasa MacArthura proszącego w takich okolicznościach podwładnego o wygłoszenie kontrargumentów126.
Kinga nie zaproszono, aby pozostał na Hawajach na czas prezydenckiej wizyty. On i Marshall zostali wręcz konkretnie wykluczeni z obrad. Tłumaczono, że FDR i Leahy chcą poznać nieskrępowane poglądy obu dowódców pacyficznych teatrów działań, a ze zdaniem Połączonych Szefów Sztabów już się w pełni zapoznali. King poczuł się jednak urażony wykluczeniem z tego ważnego szczytu dowódców na Pacyfiku. W powojennych wspomnieniach zauważył, że tuż przed konferencją Roosevelt zainicjował kampanię o reelekcję, i doszedł do wniosku, że prezydent chce teraz "pokazać wyborcom, że to on jest wodzem naczelnym"127.
Pod nieobecność Kinga to Nimitz musiałby przedstawić argumenty na rzecz operacji "Causeway". King martwił się, nie bez powodu, że Nimitz nie ma już za wiele chęci do tego sporu. CINCPAC podzielał wątpliwości wyrażane przez swoich kolegów ze sztabu i z floty. 24 lipca ostrzegł Kinga, że desant wojsk na wielkiej chińskiej wyspie nie byłby rzeczą rozsądną, chyba że zneutralizowano by najpierw japońskie siły powietrzne na pobliskim Luzonie: "Niezdolność [do] skutecznego zredukowania lub zablokowania nieprzyjacielskich sił powietrznych na WHITEWASH [Luzonie] postawi pod znakiem zapytania powodzenie CAUSEWAY"128. Dodał, że ponadto mogłoby się okazać konieczne opanowanie całej Formozy, a nie tylko północnego i południowego wybrzeża. W takim przypadku potrzebowałby więcej wszystkiego: więcej wojsk, więcej grup lotniczych, więcej statków transportowych i więcej sił morskich. Gdyby zaś skala operacji formozańskiej miała zostać poszerzona, to Amerykanie potrzebowaliby większych i bliżej położonych baz morskich i lotniczych, co po raz kolejny kazało spojrzeć na Luzon.
King nie nalegał, aby CINCPAC papugował jego poglądy na Formozę. Wiedział, że FDR i Leahy spodziewali się od dowódcy Floty Pacyfiku mówienia za siebie. "Próbowałem za bardzo na niego nie naciskać" - stwierdził - "ponieważ byłem nauczony dawać ludziom myśleć samodzielnie". Obawiał się jednak, że Nimitz stanie na straconej pozycji w obliczu "dwóch najprzebieglejszych i najbardziej pomysłowych dyskutantów, jacy mogą być. Nimitz był dobrym, porządnym człowiekiem, ale pod tym względem nie należał nawet do tej samej kategorii wagowej co gen. MacArthur, a pan Roosevelt był, oczywiście, "arcymistrzem""129.
24 lipca, na dwa dni przed planowanym przybyciem prezydenta do Pearl Harbor, King i jego otoczenie wsiedli na pokład Lockheeda i wyruszyli na kontynent. Przelecieli na wschód ponad Baltimore i jego eskortą, idącymi w przeciwnym kierunku, na Oahu.
W czasie rejsu na Oahu Baltimore przestrzegał wojennych warunków żeglugi, co oznaczało ciągłe zygzakowanie, by utrudnić zadanie okrętom podwodnym nieprzyjaciela, a także zaciemnienie okrętu od zmierzchu do świtu. Pogoda była chłodna, z umiarkowanymi falami i lekkim wietrzykiem. W górze często widywano patrolujące myśliwce marynarki wojennej i samoloty patrolowe. Prezydent spędzał większość podróży w swojej kabinie, śpiąc i czytając, i odzyskiwał siły przed wyczerpującym rozkładem zajęć na najbliższy czas. Codziennie wysłuchiwał bieżących informacji od adm. Leahy'ego. Po południu siedział zazwyczaj z Leahym przez godzinę albo dwie na mostku admiralskim, chłonąc promienie słońca i słone powietrze. Co wieczór w kabinie Leahy'ego odbywała się projekcja filmu. Fala, jak zawsze, przyjaźnił się ze wszystkimi; członkowie załogi podrzucali mu przekąski i odcinali na pamiątkę pukle sierści, dopóki kapitan nie kazał im przestać. Nie przysłużyłoby się reputacji Baltimore, gdyby pies prezydenta wylądował na Hawajach z nadwagą i wyglądał jak chory na świerzb.
Bill Leahy był dystyngowaną postacią o ciemnych, czujnych oczach osłoniętych krzaczastymi brwiami, zmarszczonym czole i łysym ciemieniu. Był dyskretny, oficjalny i precyzyjny w mowie i manierach. Nawet w mundurze emanował postawą męża stanu czy dyplomaty. A jednak doszedł do najwyższego w marynarce wojennej stanowiska szefa operacji morskich (CNO), zanim w 1939 r. przeszedł w stan spoczynku. Później FDR mianował go gubernatorem Puerto Rico, a następnie ambasadorem we Francji Vichy. W 1942 r. prezydent poważnie się zastanawiał nad uczynieniem Leahy'ego najwyższym dowódcą na Pacyfiku, zwierzchnikiem zarówno MacArthura, jak i Nimitza. Zamiast tego jednak został on przywrócony do służby czynnej jako czterogwiazdkowy admirał i mianowany "wojskowym szefem sztabu" prezydenta, a w tym charakterze służył również jako jeden z czterech członków Kolegium Połączonych Szefów Sztabów.
Leahy był najstarszym dowódcą amerykańskim czasu II wojny światowej, zarówno pod względem stopnia, jak i daty mianowania na pierwszy stopień oficerski. Jako pierwszy admirał czy generał w historii Stanów Zjednoczonych otrzymał piątą gwiazdkę. Jego wpływ kształtował każdą w tej wojnie ważniejszą decyzję wojskową lub z dziedziny polityki zagranicznej. Leahy należał też jednak do najstarszych i najbardziej zaufanych przyjaciół Franklina D. Roosevelta, był członkiem jego lojalnego wewnętrznego kręgu; pracował we Wschodnim Skrzydle Białego Domu i spędzał większość dnia u boku prezydenta. Jego rola stałego dziennego towarzysza Roosevelta uległa ostatnio rozszerzeniu, jako że doradcę Białego Domu, Harry'ego Hopkinsa (który był cywilnym odpowiednikiem Leahy'ego i cieszył się podobną osobistą bliskością FDR) odstawiło na boczny tor terminalne stadium raka żołądka.
Przed Ustawą o bezpieczeństwie narodowym z 1947 r. JCS nie miało statutu ani oficjalnego przewodniczącego. Nie istniał formalny proces nominacji, nie było też wymagane zatwierdzenie przez Senat. Rolę Leahy'ego opisuje się czasem jako "prekursora" przewodniczącego JCS, gdyż nie dysponował on formalnymi uprawnieniami dzisiejszego przewodniczącego. Wydaje się, że Leahy został dodany do komitetu po prostu za jednogłośną zgodą FDR i szefów sztabów rodzajów broni. W poszanowaniu dla jego starszeństwa pozostali szefowie uznali go de facto za przewodniczącego. Tego rodzaju decyzje podejmowano spontanicznie i ad hoc.
Warto poświęcić chwilę tym suchym szczegółom, ponieważ wyjaśniają one nieustające zamieszanie w literaturze historycznej co do roli odgrywanej przez Leahy'ego w czasie wojny. Admirała nazywa się "szefem sztabu Białego Domu" lub "przewodniczącym Kolegium Połączonych Szefów Sztabów". Oba stanowiska istnieją do dziś, ale są z gruntu odmienne i jeden człowiek nigdy nie objął obydwu równocześnie. Kim więc właściwie był Leahy? Zwykłym sztabowcem? Niezawodnym lojalistą? Wyrafinowaną odmianą gońca? Najlepszym przyjacielem FDR? A może naprawdę wszechmocnym przewodniczącym Kolegium Połączonych Szefów Sztabów? Odpowiedź wydaje się brzmieć, że Bill Leahy był wszystkim równocześnie. Pełnił funkcję alter ego prezydenta, zwłaszcza w ostatnim roku życia FDR; był też jednak ogromnie szanowany przez innych szefów sztabów jako strateg, były CNO oraz polityk rangi globalnej. JCS podejmowało decyzje jednomyślnie, a nie większością głosów. Leahy miał więc przynajmniej jeden z czterech równoważnych głosów w tym potężnym kwartecie. Jeżeli szefom nie udało się utrzeć jednogłośnej decyzji, odwoływano się do wodza naczelnego, z którym Leahy był głównym łącznikiem.
Większość dyskusji pomiędzy FDR a Leahym odbywała się za zamkniętymi drzwiami, w trakcie spotkań w cztery oczy, z których nie pozostały żadne dokumenty. Wobec tego nie zawsze jest jasne, w jaki sposób współdziałały ich umysły. Zagadkę pogłębia wrodzona u Leahy'ego skromność i powściągliwość; unikał on rozgłosu i najwyraźniej nie przejmował się swoim miejscem w historii. W literaturze naukowej i biograficznej niknie zazwyczaj w cieniu FDR. Bez wątpienia byłby z tego zadowolony130.
Rano 26 lipca obserwatorzy wypatrzyli Molokai, brunatną bryłę lądu około 80 km na lewo od dziobu. Eskorta 18 samolotów marynarki nadleciała z warkotem z zachodu i zataczała nad Baltimore niskie kręgi. Pogoda była ładna, morze gładkie, bryza lekka i zmienna. Z przodu wznosił się z morza urwisty przylądek Diamond Head i ciągnął się ku na wschodowi, stopniowo odsłaniając długi, biały łuk plaży Waikiki oraz miasto Honolulu. Strome, zielone góry Oahu dominowały majestatycznie nad całą scenerią. Przed wejściem do kanału prowadzącego do Pearl Harbor Baltimore stanął na kotwicy, a tymczasem holownik przywiózł na pokład pilota portowego oraz komitet powitalny oficjeli wojskowych i cywilnych, wśród których znaleźli się adm. Nimitz, gen. por. Robert C. Richardson junior (dowódca sił armii na teatrze działań Nimitza) oraz gubernator terytorium Hawajów, Ingram M. Stainback.
Gdy Baltimore powoli sunął na zatłoczone kotwicowisko, stało się jasne, że Pearl Harbor przygotowało się na przyjęcie wodza naczelnego. Niebo zaciemniały setki przelatujących kluczy samolotów z lotniskowców. Okręty wojenne w porcie stały w wielkiej gali - ustrojone proporczykami na linach biegnących od dziobu do szczytu masztu, a stamtąd na rufę. Załogi oddawały honory przy relingach - stojąc na baczność w białych mundurach, w odstępach 2-3 m, twarzą na zewnątrz i z dłońmi splecionymi za plecami. Nie było żadnego oficjalnego powiadomienia o wizycie prezydenta, szeroko za to krążyły pogłoski i spekulacje. Ponieważ zachowanie tajemnicy stało się najwyraźniej przegraną sprawą, na grotmaszcie Baltimore podniesiono banderę prezydencką.
O 15:00 holownik portowy wepchnął Baltimore na stanowisko przy betonowej opasce brzegowej, tuż za rufą słynnego lotniskowca Enterprise. Na nabrzeżu czekała przy trapie grupa około dwóch tuzinów admirałów i generałów. Pierwsi ubrani byli w białe mundury galowe, marines w zielone, a generałowie z US Army - w khaki. Rzadko, jeśli w ogóle, tak wielu wyższych dowódców gromadziło się w jednym miejscu. Za nimi tłoczył się, odgrodzony barierami, ogromny, może 20-tysięczny tłum wojskowych oraz robotników cywilnych.
Oficerowie weszli na trap i zostali przyjęci na pokładzie bez oddawania honorów (rytuał ten zawieszono, ponieważ powodowałby nadmierne opóźnienia w harmonogramie popołudnia). Delegacja została zaprowadzona na zadaszenie pomostu, gdzie FDR i Leahy rozmawiali z Nimitzem i Richardsonem. Nastąpiła prezentacja, uściski dłoni i niezobowiązujące rozmowy. Tymczasem, na otwartym pokładzie, fotografowie marynarki wojennej i ekipa filmowa rozstawiali sprzęt do zaplanowanej na 16:00 sesji zdjęciowej.
W oczy rzucała się nieobecność gen. MacArthura. Jego samolot przyleciał przed godziną na pobliskie Hickam Field. Zastępca Nimitza, adm. Towers, powitał go przed przybyciem na pokład Baltimore. MacArthur jednak nie chciał towarzyszyć Towersowi bezpośrednio do Navy Yard. Zamiast tego udał się do domu gen. Richardsona w Forcie Shafter, który miał się stać jego mieszkaniem w ciągu całej konferencji. Graniczyło to z naruszeniem protokołu. Na pomoście Baltimore Towers dyskretnie przekazał Nimitzowi i Richardsonowi wiadomość od MacArthura: "powiadomić prezydenta, że jest u gen. Richardsona, oczekując na dalsze instrukcje co do tego, kiedy ma się przywitać"131. Wiadomość podano dalej Leahy'emu i prezydentowi. Grupa czekała około dwudziestu minut, niezręczność stawała się namacalna. Wtem FDR zwrócił się do gen. Richardsona z pytaniem: "Ściągnie go pan?"132. Richardson zgodził się i opuścił okręt, aby przywieźć nieobecnego dowódcę SWPA.
Według swojego pilota, Wheltona "Dusty'ego" Rhoadesa, MacArthur prawie nie spał w ciągu 28 godzin lotu z Australii. Jego samolot, nowy Douglas C-54 Skymaster, był wyposażony w wygodną leżankę, ale MacArthur z niej nie skorzystał. Był spięty i nerwowy, choć nie wykazywał oznak zmęczenia. Całymi godzinami wędrował niestrudzenie tam i z powrotem po przejściu między fotelami. W czasie przerwy na tankowanie w Nowej Kaledonii zauważył, że po raz pierwszy od początku wojny postawił stopę na ziemi poza swoim rejonem dowodzenia. Była to prawda, ale tylko dlatego, że odrzucał wszystkie wcześniejsze zaproszenia na konferencje planistyczne w Numei czy Pearl Harbor.
Kiedy C-54 leciał przez atramentowy mrok, Rhoades pozostawił kokpit pod opieką drugiego pilota i udał się do głównej kabiny, aby usiąść z generałem, a ten rozpoczął "jeden z charakterystycznych dla siebie monologów, na które nie oczekiwał ode mnie odpowiedzi". MacArthur oznajmił pilotowi, że nie ma pojęcia, dlaczego wzywa się go na spotkanie z prezydentem, ale "możliwe skutki tej bieżącej konferencji mogą się wahać od zwolnienia go ze stanowiska, przez redukcję jego dowództwa na rzecz działań powstrzymujących na Nowej Gwinei, aż po danie mu zielonego światła, a także ludzi i sprzętu, by przeprowadził atak na Filipiny". Przypuszczając, że Roosevelt zamierza wykorzystać go jako rekwizyt w kampanii o reelekcję, MacArthur zrzędził, że każą mu pozować do "zdjęć dla publiki". Wyraził też nadzieję, że "skoro nakazano mu odbyć tak długą podróż i zaznać w drodze pewnych upokorzeń, to będzie z niej chociaż jakiś większy pożytek"133.
Po drugim tankowaniu przed świtem, na atolu Kanton, samolot wystartował do ostatniego etapu w kierunku lotniska Hickam Field. Pojawił się nad Oahu o 14:30, gdy Baltimore był jeszcze na pełnym morzu. Pod załogą maszyny rozpostarła się panoramą cała majestatyczna sceneria. Rhoades stwierdził, że "niebo było dosłownie wypełnione samolotami, które właśnie wystartowały, manewrującymi i formującymi szyki do przeglądu przed prezydentem, którego wiózł krążownik od strony Diamond Head"134.
Na płycie Hickam Field adm. Towers powitał samolot i zaproponował udać się niezwłocznie do Navy Yard na spotkanie z wodzem naczelnym. MacArthur odmówił, twierdząc, że ma za sobą długą podróż i pragnie się umyć oraz przebrać w czysty mundur. Oznajmił Towersowi: "Idę do swojej kwatery! Jeśli prezydent będzie mnie potem potrzebował, to może po mnie przysłać"135. Następnie poszedł żwawym krokiem do czekającego samochodu, który zabrał go do Fortu Shafter.
Spóźnione przybycie MacArthura na pokład Baltimore należy do najbardziej znanych scen wojny na Pacyfiku. Sam Rosenman, wieloletni asystent FDR i autor jego przemówień, wspominał, że nadejście MacArthura zwiastował chór syren, "aż wtem wpadł na nabrzeże i zatrzymał się z piskiem konwój motocyklowy oraz najdłuższy otwarty samochód, jaki w życiu widziałem. Z przodu siedział kierowca w khaki, a z tyłu jedna, samotna postać - MacArthur. Żadnych adiutantów czy pomocników. Auto pokonało pewną odległość po otwartej przestrzeni i stanęło przy trapie"136.
Wszyscy inni admirałowie i generałowie uczestniczący w ceremonii odziani byli w nieskazitelne mundury galowe. MacArthur, w upale hawajskiego letniego popołudnia, założył na mundur khaki swoją słynną lotniczą kurtkę z brązowej skóry. Tym razem nie było fajki z kaczana kukurydzy, za to miał na sobie słynne lotnicze okulary słoneczne i znoszoną czapkę filipińskiego feldmarszałka z masą "jajecznicy" (złotych haftów) ponad daszkiem. "Wyróżniał się spośród towarzyszy, jak to zawsze aranżował" - stwierdził pewien oficer marynarki, obserwujący tę scenę z patio pobliskiego klubu oficerskiego. - "Była z niego istna karykatura karykatury, ale jako wysokiej rangi dowódcy i popularnemu, staremu bohaterowi, uchodziło mu to na sucho"137.
Kiedy generała dostrzegła ogromna rzesza ludzi za barierkami, wzniosła ogłuszający aplauz. MacArthur pomachał, wszedł na trap Baltimore, po czym przystanął na chwilę, by tłum mógł jeszcze raz dobrze mu się przyjrzeć. Następnie wkroczył na pokład statku do wtóru bosmańskiego gwizdka, odwzajemnił salut oficera wachtowego (officer of the deck - OOD) i ruszył na spotkanie z prezydentem.
Na pomoście FDR uścisnął dłoń MacArthura i przywitał go imieniem "Douglas". Generał miał później mówić, że zirytowała go taka poufałość138. Skoro od tak dawna nie było go w Waszyngtonie, to mógł zapomnieć, że prezydent w ogóle zwracał się do wszystkich po imieniu, w tym do szefów sztabów, a sam oczekiwał, że będzie się go tytułować "panem prezydentem". Jeśli jednak MacArthur poczuł się urażony, to najwyraźniej dobrze to ukrył: na pomoście pełno było naocznych świadków, a żaden nie zauważył jakichkolwiek oznak napięcia. Co więcej, zrewanżował się, zwracając się do prezydenta per "Franklin". Rooseveltowi nawet nie drgnęła powieka na takie zuchwalstwo i aż do końca konferencji pozostali oni dla siebie nawzajem "Douglasem" i "Franklinem".
Patrząc na znoszoną kurtkę MacArthura, adm. Leahy zapytał: - Douglas, dlaczego nie ubrałeś się jak trzeba, przybywając tu na spotkanie z nami?
- Cóż - odparł MacArthur - nie był pan tam, skąd przybyłem, a tam wysoko na niebie jest zimno139.
Odpowiedź ta nie miała sensu, skoro generał udał się przedtem do kwatery, aby, jak twierdził, wykąpać się i przebrać w świeży mundur. Leahy jednak tylko przyjaźnie się przekomarzał, a MacArthur w takim duchu przyjął jego uwagę140.
Sesja zdjęciowa była już spóźniona o około pół godziny, więc towarzystwo zeszło na otwarty pokład Baltimore, gdzie swój sprzęt rozłożyli fotografowie marynarki i ekipy filmowe. Zgodnie ze zwyczajem, przed fotografowaniem lub filmowaniem, operatorzy powinni byli zaczekać na usadowienie FDR. Tym razem jednak na krótkim urywku filmu 16 mm zachował się widok FDR pchanego na wózku (uważa się, że jest to jedyne ocalałe nagranie filmowe tego rodzaju)141.
MacArthur siedział na prawo od FDR, Nimitz po jego lewej stronie, a Leahy na lewo od Nimitza. Cała czwórka zapozowała do serii zdjęć. Następnie Leahy odszedł, a prezydenta sfilmowano i sfotografowano z obydwoma dowódcami pacyficznych teatrów działań. W niemym nagraniu filmowym FDR mówi coś przyjaźnie na lewe ucho MacArthurowi, który wpatruje się beznamiętnie w oko kamery. Przez chwilę wydaje się mocno nieswój, jakby wolał być gdzie indziej. Wtem Roosevelt mówi coś, co najwyraźniej rozbawia generała, a MacArthur odwraca się, aby odpowiedzieć z ciepłym uśmiechem. W tej chwili ciemna sylwetka teriera wkracza w kadr na prawo od MacArthura, przebiega pod ich krzesłami i wychodzi znów poza kadr, około metra na lewo od Nimitza142.
Kiedy przyszła kolej gubernatora Stainbacka na zdjęcia z prezydentem, MacArthur i Nimitz zwolnili krzesła. Kolejny fragment filmu uchwycił generała przesuniętego w bok, gawędzącego z gen. Richardsonem. MacArthur ściera chustką pot z twarzy i karku. Sprawia wrażenie nieprzyjemnie zgrzanego, ale nie zdejmuje skórzanej kurtki lotniczej. Każdy wielki aktor zna wartość swojej garderoby.
Gdy fotografowie i filmowcy skończyli pracę, dowódcy zaczęli schodzić z okrętu. Wózek FDR został wtoczony na niewielką drewnianą platformę, otoczoną szynami. Platformę tę podniósł z pokładu Baltimore jeden z okrętowych żurawi i powoli opuścił na pirs. Pewien oficer marynarki, obserwując całą czynność, wyobrażał sobie, że operator dźwigu "musiał być zlany krwawym potem"143. Warta i orkiestra dęta piechoty morskiej oddawały honory, gdy Rooseveltowi pomagano wsiąść na tył czerwonego kabrioletu. Leahy opisał w dzienniku, jak w drodze z bazy towarzyszyła im liczna eskorta policji i jak jechali do Honolulu, "mijając szpalery żołnierzy i wiwatującej ludności"144.
Świta prezydenta była zakwaterowana na Waikiki Beach, w kremowej otynkowanej willi, otoczonej wysokimi palmami. Ta wystawna rezydencja należała kiedyś do Chrisa Holmesa, spadkobiercy fortuny producentów drożdży Fleischmann's Yeast; w czasie wojny wydzierżawiono ją siłom zbrojnym jako zakwaterowanie dla ważnych osobistości i gości wysokiej rangi. Ochrona była silna. Murów i bramy strzegła kompania marines. Po morzu kursowały kutry patrolowe. Harmonogram na najbliższe trzy dni miał być długi i wyczerpujący, a lekarze nalegali, aby prezydent wcześnie poszedł spać. Po prywatnej kolacji z doradcami przespał on 9 godzin do wtóru przyboju bijącego w pobliską plażę.
MacArthur i Richardson zjedli kolację w mieszkaniu tego drugiego w Forcie Shafter, po czym udali się do swoich sypialni. Jednakże o 23:45 MacArthur kazał powiadomić Richardsona, który był już w łóżku, że chciałby kontynuować rozmowę. "Usiedliśmy i rozmawialiśmy do około 4:00 rano" - odnotował Richardson w dzienniku. - "To przede wszystkim on mówił, bo ja byłem śmiertelnie zmęczony"145.
Warto tu stwierdzić, że według pochodzących z tego samego czasu wpisów z dzienników Rhoadesa i Richardsona wydaje się, iż MacArthur, w przededniu najważniejszej konferencji dowódczej w ciągu wojny, przez dwie noce z rzędu niewiele spał.
Odnosząc się do niedawnej nieudanej przygody z polityką prezydencką, dowódca SWPA skarżył się, "że stał się obiektem tak zawziętych ataków, kiedy nie miał już na Bożym świecie nic do zyskania; że nie miał w sobie żadnej ambicji i pragnął jedynie spełnić swój obowiązek". MacArthur zszedł na tematy osobiste, rozprawiając ze smutkiem o swoim "skazanym na niepowodzenie" pierwszym małżeństwie, i z melancholią dumał, że wszystko, co mu zostało, to obecna żona, "drobna babka z Południa", i "mały synek"146.
MacArthur musiał zapewne przespać co najmniej kilka godzin, zanim we czwartek rano powrócił do willi Holmesa. Stamtąd miał towarzyszyć prezydentowi, Leahy'emu i Nimitzowi w ciągu długiego dnia objazdów inspekcyjnych po całej Oahu. Grupa wsiadła do dużej, czarnej limuzyny ze stałym dachem: z przodu Leahy, a z tyłu Nimitz wciśnięty pomiędzy Roosevelta a MacArthura - i odjechała za piętnaście jedenasta. Trasa wiodła na zachód, przez bazę lotnictwa piechoty morskiej w Ewa, obiekty marynarki w rejonie Barbers Point oraz skład amunicji w Lualualei. Minęli ogrodzony sektor dla jeńców, gdzie wzięci do niewoli Japończycy patrzyli na nich z ciekawością przez druty. Przez składy jechali długimi, wąskimi alejkami pomiędzy ścianami z ustawionych na wysokość 9-12 metrów skrzyń. Były one pełne amunicji, prowiantu i wszelkich możliwych artykułów, oczekujących na przewóz do nowych wysuniętych baz na zachodnim Pacyfiku. Oahu stała się ostateczną wystawą niesamowitej potęgi i skali amerykańskiego giganta militarnego.
Prezydenta zaskoczyło, jak bardzo rozwinęła się wyspa od jego poprzedniej wizyty w 1934 r. Wydawało się prawie niemożliwe - jak później oznajmił reporterom - żeby "jakiekolwiek miejsce mogło zmienić się tak bardzo jak wyspa Oahu"147. Dekadę wcześniej nieużytków i gruntów ornych było pełno nawet na równinach otaczających Pearl Harbor i Honolulu. Teraz nowo wybudowane bazy wojskowe stykały się bezpośrednio z dzielnicami mieszkaniowymi, oddzielone tylko ogrodzeniami z drucianej siatki.
Wraz z eskortą długiego konwoju jeepów i motocykli, ciągnącego się na około 400 metrów, samochód z prezydentem i jego trzema towarzyszami jechał słabo zaludnionym Wybrzeżem Waianae, przez zielone pola trzciny i miejscowe kwiaty polne. Nawet tu, na najbardziej odludnych wiejskich drogach w głębi zachodniego Oahu, napotykali wartowników stojących na baczność na poboczach, z dłońmi uniesionymi w salucie do hełmów. W południe konwój wjechał stromą, krętą asfaltową drogą na przełęcz Kolekole, wysoko w górach Waianae, gdzie podziwiał wspaniałą panoramę Pearl Harbor i licznych baz lotniczych rozproszonych na równinie na południowy wschód stamtąd. Przywitał ich tam gen. Richardson w otwartym czerwonym packardzie, a kamery zostały wyłączone na czas, gdy Mike Reilly, szef grupy ochrony z Secret Service, przenosił FDR z jednego wozu do drugiego. Popołudniowy plan podróży miał ich zawieść do Schofield Barracks, największej bazy wojsk lądowych na Oahu.
Wizyta FDR miała być tajemnicą, ale wieści rozeszły się szeroko pocztą pantoflową. Wzdłuż drogi do Schofield Barracks stali żołnierze - a tuż za nimi, stłoczonymi w 3-4 szeregach, tłum wiwatujących cywilów. Wydawało się, jakby cała populacja Oahu nie tylko wiedziała, że prezydent jest na wyspie, ale w dodatku jakoś poznała trasę jego konwoju i stawiła się z entuzjazmem widzów ulicznej parady. Rodziny przyszły z koszykami piknikowymi i składanymi leżakami. Małe dzieci siedziały na ramionach ojców. Chłopcy i dziewczęta w wieku szkolnym wspinali się na baniany i siadali na gałęziach, skąd mieli dobry widok nad głowami ludzi stojących z przodu. Hawaje stanowiły tygiel wielu ras i narodowości Azji i Pacyfiku, a także haole (białych) oraz różnych innych ludów - ale wszyscy jednakowo wyciągali szyje, aby zobaczyć długi, czerwony samochód z dwiema amerykańskimi chorągiewkami na przednich błotnikach, w którym na tylnym fotelu siedział mężczyzna w panamie i wymiętym płóciennym garniturze kremowej barwy.
Reilly nazwał wizytę "najgorzej strzeżoną tajemnicą, jaką znałem", i niemal oczekiwał, że jeden z patrolujących samolotów wojskowych wykreśli na niebie napis: "Witamy Franklina D. Roosevelta"148. Nie spodobał mu się otwarty kabriolet; zauważył, że wóz przejedzie w odległości około 10 m od tysięcy widzów. Siedząc w aucie wśród umundurowanych oficerów, Roosevelt był łatwy do rozpoznania nawet z daleka. Amerykanie pochodzenia japońskiego stanowili na Hawajach największą grupę etniczną, która liczyła prawie 150 tysięcy osób. Nawet jeśli przeważająca większość pozostawała lojalna - a w roku 1944 było to już zupełnie jasne - to wystarczyłby tylko jeden zamachowiec, żeby rzucić z pobocza granat, zabijając za jednym zamachem obu dowódców pacyficznych teatrów działań, przewodniczącego Kolegium Połączonych Szefów Sztabów oraz prezydenta Stanów Zjednoczonych. Tęgi Reilly stał na stopniu packarda, nachylając się opiekuńczo nad FDR, i nie spuszczał tłumu z oka - nie pojawiły się jednak żadne oznaki zamieszania, zaś Amerykanie pochodzenia japońskiego wiwatowali najwyraźniej z nie mniejszym zapałem niż ich współobywatele.
Pomimo wszystkiego, co zaszło między nimi, Roosevelt i MacArthur wydawali się zadowoleni z wzajemnego towarzystwa. Każdego z nich z pewnością ekscytowała atrakcja spędzenia dnia z jedynym Amerykaninem, którego pozycja i popularność w narodzie dorównywała jego własnej. Wrażenie to wzmagają komentarze świadków i materiał filmowy. Rigdon pisał, że FDR "wyjątkowo lubił gen. MacArthura i wydawał się autentycznie cieszyć, że znów go widzi, po raz pierwszy od siedmiu lat"149. Doktor McIntire często słyszał, jak FDR mówi o MacArthurze ze "szczerym podziwem", nazywając go "przyjacielem" i "geniuszem militarnym"150. Jeśli chodzi o samego MacArthura, to zapisał on w swoich wspomnieniach, że "rozmawialiśmy o wszystkim z wyjątkiem wojny - o naszych dawnych, beztroskich latach, kiedy życie było prostsze i łagodniejsze, o wielu rzeczach, które zaginęły we mgle czasu"151. Widząc prezydenta po wieloletniej przerwie, MacArthur był zaskoczony jego wynędzniałym wyglądem. Przewidział - trafnie - że FDR nie dożyje końca kolejnej kadencji. Jednakże obserwując prezydenta podnoszonego jak dziecko, przenoszonego z wózka do samochodu i z powrotem, generał "podziwiał siłę duchową, jaką niewątpliwie dysponował Roosevelt, aby zachować bystrość umysłu i wolę w obliczu widocznego pogorszenia kondycji fizycznej"152.
W niemym nagraniu filmowym obaj mężczyźni wydają się emanować szczerą wzajemną sympatią. Siedząc z tyłu samochodu na placu apelowym w Schofield, sprawiają wrażenie zatopionych w prywatnej rozmowie, z twarzami blisko siebie, szeroko uśmiechnięci jak chłopcy zamyślający psotę. Na jakiś niezarejestrowany żart prezydenta obaj na całe gardło wybuchają śmiechem. Być może była to chwila (można tylko spekulować), w której MacArthur zapytał o nadchodzące wybory, a FDR odpowiedział z kamienną twarzą, że nie poświęcił tej sprawie ani chwili namysłu. "Odrzuciłem głowę i zacząłem się śmiać" - opowiedział później generał Eichelbergerowi. - "Spojrzał na mnie, po czym sam wybuchnął śmiechem i powiedział: "Jeśli wojna w Niemczech skończy się przed wyborami, to nie zostanę wybrany na kolejną kadencję""153.
W pewnym momencie w ciągu dnia MacArthur stwierdził, że FDR jest zdecydowanym ulubieńcem wojsk amerykańskich w Australii, co było niewątpliwą prawdą. Roosevelt odparł, że z MacArthura byłby dobry prezydent, gdyby sprawy potoczyły się inaczej. Skoro nominatem republikanów był już Dewey, to taki komplement wobec rywala nic prezydenta nie kosztował.
Rozsądnie jest wnioskować, że uczucia po obu stronach były mieszane. Być może, jako politycy, po prostu grali przed kamerami. Możliwe też jednak, że byli autentycznie poruszeni świadomością, że właśnie tworzą historię w sercu wielkiej pacyficznej twierdzy Ameryki, wśród aplauzu tysięcy ludzi, na zjeździe wodzów świadomych, że wkrótce staną się władcami Oceanu Spokojnego.
Przekroczywszy o 12:35 bramę frontową Schofield, konwój mijał ciągnące się bez końca szeregi czołgów i innych pojazdów pancernych, przejeżdżał przez hangary i wzdłuż długich, obstawionych rzędami samolotów dróg kołowania na lotnisku Wheeler Field, wreszcie minął szpital garnizonowy, gdzie ranni na froncie włoskim żołnierze pochodzenia japońskiego salutowali z okien drugiego piętra. Wzdłuż drogi żołnierze stali na baczność, z dłońmi przyrośniętymi w salucie do hełmów. 14-tysięczna 7. Dywizja Piechoty stała w szeregach na placu apelowym Schofield. Czerwony kabriolet podjechał do drewnianej platformy, zbudowanej specjalnie dla tego celu, a prezydent, bez wysiadania, wygłosił krótkie przemówienie. Zmagając się niezgrabnie z mikrofonem, poprosił jednego z techników o pomoc - ale urządzenie było już włączone, więc zdezorientowane pytania FDR usłyszały tysiące żołnierzy w szeregach. MacArthur, Nimitz i Leahy, wciąż siedząc z prezydentem w aucie, zachowywali jak najlepsze pokerowe twarze154.
1 Konferencja prasowa FDR nr 676, 30 sierpnia 1940, s. 2.
2 Smith, Thank You, Mr. President, s. 22.
3 Np. konferencja prasowa FDR nr 389, 9 sierpnia 1937, s. 5, 17, oraz nr 523, 3 lutego, 1939, s. 8.
4 White, FDR and the Press, s. 31; konferencja prasowa FDR nr 389, 9 sierpnia 1937, s. 23, oraz nr 915, 31 sierpnia 1943, s. 7.
5 Konferencja prasowa FDR nr 523, 3 lutego 1939, s. 6-8.
6 Tully, F.D.R.: My Boss, s. 87.
7 Arthur Krock w "New York Times", 8 października 1940, cytat za: White, FDR and the Press, s. 122.
8 Rodgers (red.), The Impossible H. L. Mencken, s. LIV-LV.
9 Reilly i Slocum, Reilly of the White House, s. 91.
10 Konferencja prasowa FDR nr 790, 9 grudnia 1941, s. 1-2.
11 Ibid., s. 6-9.
12 Fireside Chat nr 19, On the Declaration of War with Japan, przemówienie radiowe z Waszyngtonu, 9 grudnia 1941, Franklin D. Roosevelt Library.
13 "Whaley-Eaton American Letter", 26 grudnia 1942, cyt. za: Parker, A Priceless Advantage, s. 70.
14 FDR, oświadczenie dla prasy, 16 grudnia 1941, cyt. za: Price, Governmental Censorship in War-Time, "American Political Science Review" 36, nr 5, październik 1942, s. 841.
15 Odezwa Byrona Price'a do Amerykańskiego Towarzystwa Redaktorów Prasowych, 16 kwietnia, 1942, przedruk w: Summers (red.), Wartime Censorship of Press and Radio, s. 30.
16 Defense Shake-Up, "New York Times", 18 grudnia 1941.
17 Washington News on Fighting Scant, "New York Times", 10 grudnia 1941.
18 McCarten, General MacArthur. Fact and Legend, "American Mercury" t. 58, nr 241, styczeń 1944.
19 Davis, The U.S. Army and the Media in the 20th Century, s. 51.
20 We Shall Do Our Best, General MacArthur States, "New York Times", 12 grudnia 1941.
21 Keep Flag Flying, MacArthur Orders, "New York Times", 16 grudnia 1941.
22 MacArthur Glide Is New Dance, "New York Times", 16 marca 1942.
23 MacArthur Works On Birthday, "New York Times", 27 stycznia 1942.
24 "Philadelphia Record", 27 stycznia 1942, cyt. za: Borneman, MacArthur at War, s. 125.
25 "New York Times", 13 lutego 1942, s. 17.
26 Eisenhower, Crusade in Europe, s. 18.
27 Ibid., s. 22.
28 Dziennik Dwighta D. Eisenhowera, 23 lutego 1942, w: Ferrell (red.), The Eisenhower Diaries, s. 49.
29 Ibid.
30 Buell, Master of Sea Power, s. 249.
31 Perry, "Dear Bart", s. 79.
32 Cyt. z Forrestala za: Buell, Master of Sea Power, s. 253.
33 Forrestal przywołał ten cytat w liście do Carla Vinsona z 30 sierpnia 1944. Millis (red.), The Forrestal Diaries, s. 9.
34 Ang. "embedded journalism", system polegający na tym, że dziennikarze mający relacjonować konflikt są przydzielani do jednostek wojskowych (przyp. R.M.).
35 Basic Field Manual, Regulations for Correspondents Accompanying U.S. Army Forces in the Field, Departament Wojny, 21 stycznia 1942, s. 4.
36 Dunn, Pacific Microphone, s. 149.
37 Driscoll, Pacific Victory 1945, s. 226.
38 Ibid.
39 Liebling, The A.P. Surrender, "New Yorker", 12 maja 1945.
40 Ewing, Nimitz: Reflections on Pearl Harbor, s. 1-2.
41 Sherrod, On to Westward, s. 234.
42 Girding of Pacific Speeded by Nimitz, "New York Times", 31 stycznia 1942.
43 Robert Bostwick Carney, relacja ustna, CCOH Naval History Project, t. l, nr 539, s. 362.
44 Waldo Drake, relacja ustna, w: Recollections of Fleet Admiral Chester W. Nimitz, s. 19.
45 Casey, Torpedo Junction, s. 234.
46 Waldo Drake, relacja ustna, w: Recollections of Fleet Admiral Chester W. Nimitz, s. 14.
47 Casey, Torpedo Junction, s. 278.
48 Brinkley, Washington Goes to War, s. 190-191.
49 Davis i Price, War Information and Censorship, s. 13.
50 Ritchie, Reporting from Washington, s. 62.
51 Brinkley, Washington Goes to War, s. 190.
52 Current, Secretary Stimson, s. 201.
53 Burlingame, Don't Let Them Scare You, s. 195.
54 Healy, Catledge, A Lifetime on Deadline, s. 109.
55 Navy Had Word of Jap Plan to Strike at Sea, "Chicago Sunday Tribune", 7 czerwca 1942, s. 1.
56 COMINCH do CINCPAC, 8 czerwca 1942, depesza 2050, CINCPAC Gray Book (dalej jako "Dziennik CINCPAC"), księga. 1, s. 559. Jak twierdzi Floyd Beaver, łącznościowiec ze sztabu adm. Fitcha, Johnston i Seligman "zachowywali się jak kumple", wędrując po okręcie niczym "bliźniaki syjamskie". Rozmowa autora z Floydem Beaverem, 17 stycznia 2014. Książka Johnstona Queen of the Flat-Tops potwierdza to wrażenie.
57 Tom Dyer, jeden z zastępców Joe Rochefora w Station Hypo, zauważył, że Japończycy przyjęli nową serię szyfrów w tym samym tygodniu, w którym doszło do bitwy pod Midway - za wcześnie, aby mógł ich do tego skłonić materiał w "Tribune". Thomas H. Dyer, relacja ustna, s. 270-271.
58 Glen Perry do Edmonda Barnetta, 22 października 1942; pełny tekst listu w: Perry, "Dear Bart", s. 70.
59 Komunikat Departamentu Marynarki nr 88, 12 czerwca 1942.
60 Komunikat Departamentu Marynarki nr 107, 17 sierpnia 1942.
61 Hanson Baldwin, relacja ustna, s. 359.
62 Burlingame, Don't Let Them Scare You, s. 201.
63 Komunikat Departamentu Marynarki nr 147, 12 października 1942.
64 Komunikat Departamentu Marynarki nr 149, 13 października 1942.
65 Komunikat Departamentu Marynarki nr 168, 26 października 1942.
66 Komunikat Departamentu Marynarki nr 169, 26 października 1942.
67 Komunikat Departamentu Marynarki nr 175, 31 października 1942.
68 CINCPAC do COMINCH, 1 listopada 1942, w: Dziennik CINCPAC, księga 2, s. 970.
69 Perry, "Dear Bart", s. 84.
70 Notatka Glena Perry'ego do redaktorów, l listopada 1942, w: Perry, "Dear Bart", s. 85.
71 Cytat z Phelpsa H. Adamsa za: Buell, Master of Sea Power, s. 260-261.
72 Bitwa morska pod Guadalcanalem, która praktycznie przechyliła szalę kampanii na korzyść aliantów, odbyła się 12-15 listopada 1942 r.
73 Notatka Glena Perry'ego do redaktorów, 7 listopada 1942, w: Perry, "Dear Bart", s. 91.
74 Cytat z Phelpsa H. Adamsa za: Buell, Master of Sea Power, s. 261.
75 Notatka Glena Perry'ego do redaktorów, 30 listopada 1942, w: Perry, "Dear Bart", s. 107.
76 Robert Eichelberger do Emmy Eichelberger, bd., w: Luvaas (red.), Dear Miss Em, s. 64-65.
77 Luvaas (red.), Dear Miss Em, s. 65.
78 Ibid.
79 Komunikat SWPA nr 326, 4 marca 1943; Komunikat SWPA nr 329, 7 marca 1943; RG, RG-4, Reel 611, MacArthur Memorial Archives.
80 Oświadczenie dla prasy, sztab SWPA, 14 kwietnia 1943, RG-4, Reel 611, MacArthur Memorial Archives.
81 MacArthur do szefa sztabu Departamentu Wojny, 7 września 1943, RG-4, Reel 593, MacArthur Memorial Archives.
82 LeGrande Diller, historia mówiona, 26 września, 1982, MacArthur Memorial Archives, s. 13.
83 William Manchester zwraca uwagę na paranoiczną skłonność MacArthura do stosowania zaimka "oni" wobec bliżej nieokreślonych wrogów w Waszyngtonie w: American Caesar, s. 273.
84 Robert Eichelberger do Emmy Eichelberger, 29 stycznia 1944, w: Luvaas (red.), Dear Miss Em, s. 90-91.
85 James, The Years of MacArthur, t. 2, s. 280-281.
86 Robert Eichelberger do Emmy Eichelberger, 13 czerwca 1943, w: Luvaas (red.), Dear Miss Em, s. 71.
87 Meijer, Arthur Vandenberg, s. 218.
88 Tak podaje Faubion Bowers, tłumacz i lojalny adiutant, w: The Late General MacArthur, w: Leary (red.), MacArthur and the American Century, s. 254.
89 Eichelberger Dictations, 12 listopada 1953, w: Luvaas (red.), Dear Miss Em, s. 77.
90 Arthur Vandenberg, Why I Am for MacArthur, "Collier's Weekly", 12 lutego 1944, s. 14.
91 James, The Years of MacArthur, t. 2, s. 423.
92 Clapper opisał tę wymianę zdań kmdr. Johnowi McCrea, byłemu adiutantowi morskiemu Białego Domu, w styczniu 1944. McCrea, Captain McCrea's War, s. 210. W następnym miesiącu Clapper zginął, relacjonując desanty w ramach operacji "Flintlock" na Wyspach Marshalla. Podróżował jako pasażer bombowcem marynarki, który zderzył się z innym amerykańskim samolotem.
93 John McCarten, General Mac.Arthur: Fact and Legend, "American Mercury" t. 58, nr 241, styczeń 1944.
94 Ibid.
95 MacArthur do Marshalla, nieszyfrowany telegram, 11 marca 1944, RG-4, archiwa korespondencji MacArthura, MacArthur Memorial Archives.
96 Robert Eichelberger do Emmy Eichelberger, 28 stycznia 1944, w: Luvaas (red.), Dear Miss Em, s. 90.
97 James, The Years of MacArthur, t. 2, s. 435.
98 Ibid., s. 436.
99 MacArthur, Reminiscences, s. 185.
100 Oświadczenie dla prasy, sztab SWPA, oświadczenie Douglasa MacArthura, 30 kwietnia 1944, RG-4, Reel 611, MacArthur Memorial Archives.
101 Dewey Refuses to Say Directly That Roosevelt Withheld Pacific Supplies, "Courier-Journal" (Louisville, Kentucky), 15 września 1944, s. 6.
102 Konferencja prasowo-radiowa nr 961, 11 lipca 1944, Franklin D. Roosevelt Library.
103 FDR do Stephena T. Early'ego, 24 października 1944, w: akta Stephena T. Early'ego, "Memoranda, FDR, 1944", Box 24, FDR Library.
104 Smith, Thank You, Mr. President!, "Life", 19 sierpnia 1946, s. 49.
105 Dziennik Williama D. Hassetta, 6 marca 1944, w: Hassett, Off the Record with FDR, s. 239.
106 Evans, The Hidden Campaign, s. 52.
107 Dziennik urzędowy Białego Domu, 16 lipca 1944, Franklin D. Roosevelt Library.
108 Rigdon, White House Sailor, s. 19.
109 Dziennik Williama D. Leahy'ego, 21 lipca 1944, s. 61, akta Williama D. Leahy'ego, LCMD.
110 JCS do CINCPOA i CINCSOWESPAC, 12 marca 1944, akta Pokoju Map FDR, Box 182.
111 Hayes, The History of the Joint Chiefs of Staff in World War II, s. 503.
112 MacArthur do Sutherlanda, 8 marca 1943, RG-30, Reel 1007, Signal Corps No. Q4371, MacArthur Memorial Archives.
113 Marshall do gen. Douglasa MacArthura, 24 czerwca 1944, Radio No. WAR-55718, akta George'a C. Marshalla, Pentagon Office Collection, Selected Materials, George C. Marshall Research Library, Lexington, Virginia.
114 MacArthur do Marshalla, Radio No. CX-13891, 18 czerwca 1944, w: Marshall, The Papers of George Catlett Marshall, red. Bland i Stevens.
115 Świadectwa dokumentarne odnalazła i opublikowała Carol M. Petillo w 1979 r. Petillo, Douglas MacArthur and Manuel Quezon. Paul P. Rogers, urzędnik w sztabie MacArthura, był świadkiem rozmów na Corregidorze z udziałem Quezona, MacArthura i Sutherlanda oraz wypisał rozkaz na maszynie. Rogers, The Good Years: MacArthur and Sutherland, s. 165-166.
116 Dziennik Dwighta D. Eisenhowera, 20 czerwca 1942, w: The Eisenhower Diaries, s. 63.
117 Konferencja prasowa, 17 kwietnia 1944, w: Perry, "Dear Bart", s. 270.
118 Barbey, MacArthur's Amphibious Navy, s. 183.
119 Charles J. Moore, relacja ustna, s. 1063.
120 Wywiad Philippe de Baussela z Raymondem A. Spruance'em dla "Paris Match", 6 lipca 1965, s. 21, akta Raymonda A Spruance'a, MS Collection 12, Box l, Folder l.
121 Spruance do prof. E. B. Pottera, 28 marca 1960, s. 1, akta Raymonda A. Spruance'a, Collection 707, Box 3, NHHC Archives.
122 Robert Bostwick Carney, relacja ustna, CCOH Naval History Project, s. 435.
123 Ibid.
124 Ibid., s. 438.
125 Dziennik Johna Henry'ego Towersa, 20 lipca 1944, akta Johna H. Towersa, LCMD.
126 Robert Bostwick Carney, relacja ustna, CCOH Naval History Project, s. 440.
127 Buell, Master of Sea Power, s. 467.
128 CINCPOA do COMINCH, 24 lipca 1944, w: Dziennik CINCPAC, księga 5, s. 2334.
129 Notes, 1950-1952, s. 5-6, akta Ernesta J. Kinga, LCMD.
130 Na przykład u Maxa Hastingsa, w zajmującej połowę rozdziału relacji z konferencji hawajskiej w książce Retribution (2008), nazwisko Leahy'ego w ogóle nie pada.
131 Dziennik Johna Henry'ego Towersa, 26 lipca 1944, akta Johna H. Towersa, LCMD.
132 Dziennik Roberta C. Richardsona juniora, 27 lipca 1944, akta Roberta C. Richardsona juniora, Hoover Institution Archives.
133 Dziennik Wheltona Rhoadesa, 26 lipca 1944, w: Rhoades, Flying MacArthur to Victory, s. 257.
134 Ibid., s. 258.
135 Dziennik Johna Henry'ego Towersa, 26 lipca 1944, akta Johna H. Towersa, LCMD. Należy zwrócić uwagę, że Whelton Rhoades wziął Towersa za Nimitza i błędnie zanotował w swoim dzienniku, że samolot przywitał CINCPAC. Dziennik Rhoadesa, 26 lipca 1944, w: Rhoades, Flying MacArthur to Victory, s. 258.
136 Rosenman, Working With Roosevelt, s. 456-457. Gen. Richardson zabrał swój samochód z Baltimore do Fortu Shafter, aby podwieźć MacArthura, więc obaj generałowie prawdopodobnie wracali razem. Dziennik Roberta C. Richardsona juniora, 27 lipca 1944 r. Otwarty samochód był z pewnością obecny 26 lipca w Navy Yard, ponieważ materiał filmowy pokazuje, że FDR i Leahy nim odjechali. FDR's Tour of Inspection to the Pacific July-Aug, 1944, materiał filmowy 16 mm, MP71-8:63-64, NIP Motion Pictures Collection, Franklin D. Roosevelt Library.
137 Sommers, Combat Carriers and My Brushes with Histon, s. 97-99.
138 Faubion Bowers, The Late General MacArthur, w: Leary (red.), MacArthur and the American Century, s. 254.
139 Leahy, I Was There, s. 250.
140 Według Rosenmana to FDR zażartował na temat kurtki MacArthura, stwierdzając, że "diabelnie dziś gorąco", na co dowódca SWPA odparł: "Cóż, właśnie przyleciałem z Australii, a tam jest całkiem zimno" (Working with Roosevelt, s. 457). Wersja Rosenmana bywa częściej przytaczana, ale wersja Leahy'ego brzmi bardziej wiarygodnie. Od dawna przyjaźnił się on z MacArthurem, więc takie uszczypliwości przychodziłyby mu naturalnie. Był do tego, jak MacArthur, oficerem, i to starszym stopniem, więc bardziej prawdopodobne, że zwróciłby uwagę na jego mundur. Skromny Leahy twierdził, że były to jego własne słowa, natomiast relacja Rosenmana to prawdopodobnie nieumyślna omyłka: był on świadkiem wymiany zdań, ale źle zapamiętał jej uczestników.
141 FDR's Tour of Inspection to the Pacific July-Aug, 1944, materiał filmowy 16 mm, MP71-8:63-64, NIP Motion Pictures Collection, Franklin D. Roosevelt Library.
142 Ibid.
143 Sommers, Combat Carriers and My Brushes with History, s. 97-99.
144 Dziennik Williama D. Leahy'ego, 26 lipca 1944, akta Williama D. Leahy'ego, LCMD.
145 Dziennik Roberta C. Richardsona juniora, 27 lipca 1944, akta Richardsona, Hoover Institution Archives.
146 Ibid.
147 Konferencja prasowa FDR nr 962, 29 lipca 1944, Franklin D. Roosevelt Library.
148 Reilly i Slocum, Reilly of the White House, s. 191.
149 Rigdon, White House Sailor, s. 116.
150 McIntire, White House Physician, s. 199.
151 James, The Years of MacArthur, t. 2, s. 529.
152 Dziennik Wheltona Rhoadesa, 29 lipca 1944, w: Rhoades, Flying MacArthur to Victory, s. 260-261.
153 Robert L. Eichelberger do Emmy Eichelberger, 12 września 1944, w: Luvaas (red.), Dear Miss Em, s. 155-156.
154 Presidential Conference in Hawaii, materiał filmowy 35 mm, FDR2757-28-2 i FDR2757-28-3, Motion Pictures Collection, Franklin D. Roosevelt Library.