Pacuła. Najsłynniejsza Polka na świecie - Marta Górna

Kup ebooka

49.99 zł
44.99 zł (37,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 

Dla Pani Joanny

 
 
 
WSTĘP

MAM CHYBA dwanaście lat, a w telewizji leci hollywoodzki film, taki z wybuchami, robotami i strzelaninami. W obsadzie gwiazdy: Jamie Lee Curtis bije się na pięści z maszyną, Donald Sutherland spiskuje z kosmitami, William jest najpiękniejszym z braci Baldwinów. A wśród nich piękna rudowłosa kobieta, która wymachuje pistoletem maszynowym i w finale poświęca się, by jej towarzysze mogli przeżyć. Siedzę wpatrzona w ekran, gdy moja ciocia (a może babcia?) mówi, że ta pani na ekranie, ta ruda z rozpuszczonym puklem i w poprutym swetrze, to Polka. Aktorka, co to wyjechała z kraju i nie zrobiła w USA większej kariery. Fakt, że ruda pani występuje na pierwszym planie w wysokobudżetowej produkcji zza oceanu, mojej cioci (a może babci?) nie imponuje. Może gdyby to było Pożegnanie z Afryką, ciocia-babcia spojrzałaby na nią przychylniejszym okiem. Ale jakieś bzdury o potworach z kosmosu? Jeśli czegoś dowodzą, to właśnie tego, że ta cała Joanna Pacuła wycierała się w kinie klasy B. No to jaka to kariera? Zwykłe bicie piany.

A jak już w czymś grała, to najczęściej Rosjankę.

Ta cała Pacuła.

Nazwiska wtedy nie zapamiętuję, ale ten jeden komentarz mojej krewnej sprawia, że później przez lata tak właśnie będę o Joannie Pacule myśleć: polska aktorka, która wyjechała do USA i gra w filmach o poszlakowanej opinii.

W tym przekonaniu utwierdza mnie medialna narracja wokół Pacuły tu w Polsce. W każdym poświęconym jej artykule na łamach "Na Żywo", "Życia na Gorąco" i innych kolorowych pism, które znajduję u babci, sąsiadki, w poczekalni u fryzjera, czytam o tym, jak to mąż zniszczył jej karierę, jak to ona zniszczyła ją starszej koleżance po fachu, jak to mogła być kimś, a jest w Hollywood nikim. Samotna i w dodatku smutna. Bo taka jest cena sukcesu. Nawet połowicznego.

Nie jestem więc zaskoczona, kiedy pewnego wieczoru ćwierć wieku później słyszę zestaw podobnych wątpliwości od kolegi literata, którego nazwiska z sympatii nie będę przywoływać.

- No dobra, ale po co właściwie o niej piszesz? Ona żyje w ogóle? Co robi? - Kręci głową. - Coś tam chyba naciągasz niepotrzebnie, żadnej kariery w Hollywood nie ma. W czym ona tam zagrała? W tym filmie o sobolach. Jakimś westernie. Było coś jeszcze o robotach, w kinie widziałem, ale to było w okolicach bitwy pod Grunwaldem.

Nie podoba mi się to, ale daje do myślenia. Nie mam wątpliwości: Joanna Pacuła żyje i ma się dobrze, niedawno skończyła sześćdziesiąt dziewięć lat, mieszka w Los Angeles, sporadycznie utrzymuje kontakt z polskimi przyjaciółmi, jeszcze rzadziej gra w filmach. Weszła już jakiś czas temu w wiek dojrzały, ale w świadomości Polaków wciąż ma koło czterdziestki. Jeśli w ogóle ją pamiętają, to zastygłą w czasie, w erze jej największej popularności, czyli w latach 90.

Długo nie podważam tej narracji, a ona przykleja się do Pacuły, żyje swoim życiem, bez udziału aktorki, powtarzana w mediach niczym refren niezbyt lotnej piosenki: wszyscy ją znają, nikt się nie zastanawia, czy słowa mają sens. No i są jeszcze plotki: o romansach, przyjaźniach z hollywoodzkimi gwiazdami, mężczyznach, którzy stracili dla niej głowę. W czasie pracy nad książką czytam ich setki, niektóre po latach brzmią jeszcze bardziej absurdalnie niż w chwili publikacji.

W 1993 roku, kiedy Pacuła od dekady gra w Hollywood, obszerny artykuł o jej miłostkach publikuje nieistniejące już czasopismo "Kobieta i Mężczyzna", które na okładce z dumą ogłasza, że zajmuje się horoskopami, wróżbami i plotkami, ale przede wszystkim jednak: seksem.

Papier jest słabej jakości, czarno-białe zdjęcie Pacuły na pierwszej stronie wygląda jak powielone na ksero. Artykuł przypomina koleje losu aktorki w USA i zaznacza, że wcześniej w Pacule kochało się pół szkoły teatralnej, lecz ona "nic sobie z tego nie robiła", bo poznała wówczas o kilka lat starszego od siebie Marka Borettiego. "Charakteryzował się on tym, że świetnie mówił po angielsku, był szczupły, dość przystojny, z czarnymi wąsami, miał przytulną garsonierę w centrum Warszawy, w niej znakomity sprzęt hi-fi i absolutnie nic nie robił"[1]. Dalej przeczytać można, że do tej garsoniery Pacuła wprowadziła się po kilku wspólnych prywatkach, a sam romans był krótki, lecz burzliwy. "Pan Boretti był zakochany i bardzo zazdrosny, a ona nauczyła się już wtedy cenić własną niezależność. Przez jakiś czas znosiła jego awantury o to, gdzie była i o której wraca, aż wreszcie powiedziała: dość. Tego pan Marek spodziewał się najmniej. Gdy więc odwróciła się do niego plecami i poszła do wyjścia, upadł na kolana i szczerze płakał. Za późno..." - donosi "Kobieta i Mężczyzna" z samego centrum wydarzeń i dzieli się kolejnymi dramatycznymi wieściami: "W jej to apartamencie przy ulicy Mickiewicza zakochany po uszy sławny dziś warszawski ginekolog wrzasnął, że jeśli ona nie będzie z nim, to on zaraz wyskoczy oknem. Tylko dzięki przytomności redaktora Janusza Atlasa, który ściągnął przyszłego samobójcę z parapetu, nie doszło do tragedii. Dominik Wieczorkowski, asystent Łomnickiego w Akcji pod Arsenałem, w hotelu Solec publicznie jej się oświadczył, a gdy zbyła go grzecznie, wbił sobie w czoło widelec na znak, że jego zamiary są jak najbardziej poważne"[2].

Sprawdzam.

- Znałem Joannę Pacułę, ale nigdy jej się nie oświadczyłem, nie byłem takim durniem, to w ogóle jakaś piramidalna bzdura - śmieje się Dominik W. Rettinger (Dominik Wieczorkowski), kiedy pewnej niedzieli pytam go o to, czy faktycznie był tak zdesperowany. - I nigdy nie byłem w żadnym Hotelu Solec. Poza tym, gdybym wbił sobie widelec w czoło, pewnie bym o tym pamiętał.

To tyle, jeśli chodzi o wiarygodność plotek na temat Pacuły serwowanych przez polską prasę. Łatwo w nie jednak wierzyć, bo o Joannie Pacule po prostu niewiele wiadomo. O sobie samej w wywiadach mówi ostrożnie, więc opinia publiczna to, czego nie wie, musi sobie dopowiedzieć. Czasami z rozmachem.

"Rola z Parku Gorkiego nie znalazła się na liście 100 najwspanialszych ról wszech czasów (w rzeczywistości 57. miejsce na tej liście zajęła Sigourney Weaver) - pisze użytkowniczka serwisu Filmweb o pseudonimie "foxyloxy". I dalej: - Pacuła nie znalazła się na liście 50 najpiękniejszych ludzi świata w 1990 roku (listę można znaleźć w internecie), Pacuła nie znalazła się na liście 12 najbardziej obiecujących aktorów Johna Williamsa (to również można znaleźć w internecie) ani na 9. miejscu listy 100 najseksowniejszych kobiet świata magazynu FHM (wystarczy wpisać w Google). Prawdą jest, że dostała propozycje ról w 9 i pół tygodnia, Brazil i Pogromcach duchów (przynajmniej według niej, bo nigdzie nie mogę znaleźć realnego potwierdzenia). Ale cała reszta ról, które rzekomo odrzuciła, to wyssane z palca bzdury. Sama to wszystko zmyśliłam, gdy miałam 11 lat. Wypisywałam te głupoty na Wikipedii, którą można samemu edytować, a potem dodawałam to na Filmweb. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że moje kłamstwa obrosły wręcz w legendę i przed chwilą przeczytałam artykuł o Pacule, w którym dziennikarze umieścili te wszystkie zmyślone przeze mnie pierdoły"[3].

Zmyślone pierdoły przeważają w powszechnie powielanej biografii Joanny Pacuły. Nie wiem, czy jej samej kiedykolwiek zależało na tym, by je prostować. Ostatniego wywiadu udzieliła w Polsce dwadzieścia lat temu. Rodzime media wciąż jednak publikują o Pacule kilka tekstów rocznie, zwykle powtarzając tę samą śpiewkę: miała zrobić w Hollywood karierę (ale nie zrobiła), była u progu sławy (ale się potknęła), miała zagrać w Nagim instynkcie (ale był zbyt nagi), Ela Czyżewska tak jej pomogła (a ona Czyżewskiej nie).

Ten ostatni udokumentowany wywiad z Pacułą przeprowadza dziennikarz Maciej Gajewski. Z aktorką spotyka się tuż przed świętami Bożego Narodzenia 2005 roku. Zapada mu w pamięć, że Pacuła nie lubi zimy, szybko marznie - nic dziwnego, że tak świetnie czuje się w Los Angeles.

- Cieszyła się, że jest w Polsce, że może znów pochodzić po Warszawie, którą pamiętała z czasów studenckich i pierwszych sukcesów zawodowych - wspomina Gajewski.

Na rozmowę umawiają się w nieistniejącej już dziś Kawiarni Melodia przy Nowym Świecie. Pacuła ubrana jest swobodnie, mówi energicznie, jest otwarta, a na pytania Gajewskiego odpowiada chętnie. Rozmawiają nie tylko o niej, ale też o jej pobycie w Polsce, planach i domu rodzinnym.

Gajewski: - Byłem zaskoczony, bo historie o jej niechęci do rozmowy z dziennikarzami obrosły legendą, a okazały się zupełnie nieprawdziwe. Tak otwartej i przyjaznej osoby dawno nie spotkałem. Ktoś naopowiadał mi też, że źle mówi po polsku. Tymczasem mówiła znakomicie.

Gajewski dodaje, że przez ostatnich dwadzieścia lat utrzymywał z Pacułą kontakt, ale niespecjalnie zażyły. Czasami wysyłają sobie świąteczne życzenia czy rozmawiają przez telefon. Wywiad, którego mu udzieliła, odbił się głośnym echem, wpadł też w ręce specom od castingu, a jedna reżyserka zadzwoniła do Gajewskiego z propozycją roli dla Joanny.

- Posłałem scenariusz, dyskutowaliśmy o tej propozycji, naszej współpracy na przyszłość. Ten projekt wtedy się nie udał. Potem były kolejne pomysły naszych filmowców, jakieś sporadyczne kontakty. Mam wrażenie, że Joanna zgodziłaby się zagrać w Polsce. Że mimo ustabilizowanego życia w Stanach zdecydowałaby się na taki krok. Sprawiłoby to jej wiele radości. Ale musiałaby to być mocna rola dla aktorki w jej wieku, a o to nie jest na naszym rynku tak łatwo.

O starszej siostrze mediom opowiada czasami Ewa Pacuła, modelka i prezenterka telewizyjna, najbardziej wiarygodne źródło informacji.

- Asia bardzo dużo pracowała, więcej, niż możemy przeczytać. Joasia naprawdę kiedyś była gwiazdą. Co u niej słychać? Tęskni za Polską, bo tu ma rodzinę, tęskni za nami i za swoimi rodzinnymi stronami. Im człowiek jest starszy, tym bardziej ciągnie go do korzeni. Stany to jednak całe jej życie, nie wiem, czy odnalazłaby się w Polsce. Ma się dobrze, gra w golfa, robi od czasu do czasu jakiś film - mówi młodsza Pacuła "Plejadzie"[4].

Niewiele z tego wynika, coś jednak można wyłuskać. Joanna Pacuła była gwiazdą, a o jej dorobku mało w ojczyźnie wiadomo. Sama prawda. Aktorki zabiegają zwykle o uwagę mediów, chwalą się swoimi osiągnięciami. A Pacuła po prostu pracuje. Rzeczywiście, dawno nie wystąpiła w niczym znaczącym, ale też nie sprawia wrażenia, jakby jej na tym zależało.

Po czterech latach pisania tej książki śmieszy mnie, że kiedyś wydawałam się sobie wytrawną pacułolożką. Dziś mieszkanie mam zasłane setkami czasopism, artykułami wyrwanymi z magazynów, wywiadami i rozkładówkami z całego świata, a bohaterką wszystkich jest ona - Joanna Pacuła. I wciąż jest dla mnie zagadką.

Czy wiedzieli Państwo, że pisano o niej także w Kolumbii i Serbii, a w Japonii nakręcono dokument o jej udziale w pewnym erotyku? Ja nie wiedziałam, ale teraz już wiem.

Kiedyś myślałam, że Joanna Pacuła nie ma pojęcia o moim istnieniu.

Potem wierzyłam, że mnie nienawidzi.

Teraz sądzę, że niespecjalnie za mną przepada, ale machnęła na mnie ręką. Na pewno ja myślę o niej znacznie częściej niż ona o mnie.

Jedno udało mi się ustalić na pewno: obraz Pacuły, jaki utrwalił mi się z komentarzy cioci (a może babci?), jest kompletnie zafałszowany.

* * *

PO PODPISANIU UMOWY Z WYDAWNICTWEM dzwonię najpierw do osoby, o której wszyscy mówią, że się z Pacułą przyjaźni, w środowisku artystycznym znanej, jak sama mówi o sobie, "wariatki".

Sobota po południu. Odbiera po piątym sygnale, tuż przed tym, jak mam zakończyć połączenie.

- Właśnie się obudziłam - mówi, a mnie nie wydaje się to dziwne.

Zapewniam, że rozmowy nie nagrywam, a jej treści nie będę cytować. To mój pierwszy błąd.

Gadamy prawie trzy godziny, a historie, które mi opowiada, zapełniłyby przynajmniej jeden rozdział tej książki. Żałuję potem: głupio chlapnęłam, że nie będę jej słów przytaczać. Wciąga mnie w ruchome piaski swoich wspomnień, z trudem udaje mi się od czasu do czasu wcisnąć pytanie, jak urzeczona słucham jej opowieści o hollywoodzkim życiu i rozczarowaniach.

Notuję, że powiedziała: "W Polsce nie lubi się kobiet ponadprzeciętnych".

Umawiamy się na spotkanie, ma mi pokazać zdjęcia i poopowiadać o Joasi oficjalnie. W stanie mocno euforycznym snuję plany, wymyślam inteligentne i niebanalne pytania. To błąd drugi. W niedzielę nad ranem dostaję mejl. Jednak zmieniła zdanie, rozmawiać nie będzie, po co się pani upiera. Pytam najpierw, co się zmieniło, ale nie dostaję odpowiedzi. Czuję się - na wyrost rzecz jasna - jak Bernstein albo Woodward rozpracowujący aferę Watergate. Tyle że tajemnicą, którą tropię, jest Joanna Pacuła.

Z wahaniem, wycofywaniem się i autocenzurą spotykam się w czasie pracy nad książką wielokrotnie. O Pacule opowiedziało mi jednak prawie sto osób - z Hollywood, Australii, Włoch i z Polski. Choć w ojczyźnie aktorki mówiły zdecydowanie mniej chętnie.

O Pacule rozmawiać jest tu, mam wrażenie, niewygodnie. Stała się symbolem przerostu ambicji. Mówić o niej dobrze to mówić przeciwko opinii ogółu. Zresztą, kto mówi o niej dobrze? Zaglądam do sekcji komentarzy mojego prasowego tekstu o Pacule sprzed kilku lat.

"Jedna rzecz mnie raz na zawsze zniechęciła do tej osoby: wyjechała, zaczęła robić karierę, wróciła na chwilę i poleciała taką polszczyzną jak Polonus, który wyjechał do Ameryki w XIX wieku. W tym samym czasie akurat po polsku wypowiadał się doradca Cartera Zbigniew Brzeziński, który w Polsce nie był od przedwojnia. Mówił piękną, czyściutką, bogatą polszczyzną".

"Bardzo mi przykro i naprawdę nic do tej pani nie mam, ale przez kilkanaście lat w USA ani razu nie widziałem jej ani w kinie, ani w telewizji. Z pewnością pracuje regularnie, co już samo w sobie jest sukcesem w Hollywood, ale przyznam szczerze, że do gwiazdy to jej wiele brakuje. Może w latach 80. miała zadatki, ale je roztrwoniła niestety. Dagmara Domińczyk jest o wiele bardziej rozpoznawalna".

"No jedna nominacja do Złotego Globu nie czyni kogoś gwiazdą światowego formatu. Daleko jej do gwiazdy, a granie w wielu filmach to jeszcze nie sukces".

"Nie błyszczy. Ostatni raz błyszczała 36 lat temu".

"Nie wiem, czy się "umniejsza". W Polsce jej nie ma, wywiadów nie udziela, gra (grała) w trzeciorzędnych, nieznanych filmach dla niewyszukanej publiczności. Co się dziwić?".

"Gra w podrzędnych filmach, gdzie tu błyszczenie?".

Szanowni Państwo, nawet sobie nie wyobrażacie.

Rozdział I
NAJSŁYNNIEJSZA POLKA NA ŚWIECIE
1997

WYNAJĘTY MERC sunie z Okęcia ulicami Warszawy. Za oknem szaruga transformacji. W środku w fotelu pasażera siedzi on: byle jak ogolony niechluj. To pozory. Słynny amerykański reporter i laureat Nagrody Pulitzera Tully Windsor ma po prostu styl ulicznego opryszka. Wygląda na takiego, który zęby myje paliwem lotniczym, a pod pachami skrapia się whisky. Krótko mówiąc: lepiej z nim nie zadzierać.

Na lusterku jak wahadło zegara kołysze się odświeżacz powietrza w kształcie choinki. Trochę bez sensu, bo zapach fajek i tak wżarł się w siedzenia, wykładzinę i plastik. Windsor dorzuca swoje trzy centy: odpala szluga, patrzy przez okno, na wysokości ul. Żwirki i Wigury mija szare baraki Auschwitz. Robi ponurą minę, zaciąga się papierosem. Pewnie już żałuje, że w ogóle wysiadł z samolotu.

Chwila, chwila: "na wysokości ul. Żwirki i Wigury mija szare baraki Auschwitz"!?

- To było dla nas dość szokujące. Musieliśmy poprawiać, ale w tym tekście sporo było idiotyzmów. Nie wszystkie udało się skorygować. No bo na przykład diament wielkości pięści schowany w głowie byłego nazisty został - kwituje z krzywym uśmieszkiem Andrzej Bednarski, kiedy pytam, czy to prawda, że w pierwszej wersji scenariusza Białego Kruka, jednej z pionierskich polsko-amerykańskich koprodukcji lat 90., Auschwitz zmieniło lokalizację na bardziej dogodną dla turystów.

Przy Białym Kruku Bednarski pracował jako drugi reżyser. Długo namawiam go na spotkanie: mówię, że dla historii Białego Kruka jest niezbędny, wysyłam mu skany artykułów z polskiej prasy na temat produkcji, nęcę magią wspomnień.

Spotykamy się w kawiarni Kina Iluzjon w Warszawie. Podchodzi do mnie żwawym krokiem, wcześniej w SMS-ie pisze, że będzie w czarnej kurtce. Żartuje. Oprócz koszuli jest cały dżinsowy, z rozwianym siwym włosem. Siadamy na zewnątrz, bo gdzieś trzeba palić. Bednarski zamawia kawę, papieros już się żarzy. Wydmuchuje dym i zaczyna opowieść:

- Nie wiem, czy pani wie, ale ja w Białym Kruku mam epizod, gram policjanta. Przed naszym spotkaniem obejrzałem ten film, zobaczyłem siebie na ekranie, wrażenie było niesamowite. Na szczęście, powiedzmy, że nie byłem w czasie seansu do końca trzeźwy.

Może faktycznie lepiej. W przypadku filmów takich jak Biały Kruk procenty we krwi zdecydowanie pomagają. To klasyczne kino klasy B: nazistowski zbrodniarz uwięziony samotnie w sali tortur twierdzy Modlin ("Amerykanie się uparli" - Bednarski wzrusza ramionami) chce wyjawić swój sekret. Haczyk? Przekaże go tylko Tully'emu Windsorowi, topowemu dziennikarzowi gazety "Christian Science Monitor", którego rodzinę łączy z nazistą wspólna historia. Windsor jedzie więc do Polski, gania się ze skorumpowanymi policjantami po Starym Mieście, demoluje pokój Hotelu Europejskiego i w bagażniku garbusa przygodnie poznanej w klubie rzeźbiarki zostaje przemycony do amerykańskiej ambasady. Właśnie w tej ostatniej scenie na trzecim planie aktorsko szarżuje Bednarski.

Na stołku reżyserskim Białego Kruka Andrew Stevens: amerykański aktor, producent, reżyser i scenarzysta, syn znanej aktorki Stelli Stevens, nominowany do Złotego Globu jako najbardziej obiecująca nowa gwiazda. Stali bywalcy wypożyczalni VHS bardziej kojarzą go jednak jako ochroniarza nałogowo zakochującego się w klientkach w serii erotyków Nocne oczy i z filmów sygnowanych przez Rogera Cormana, króla filmowej pulpy, o którym jeszcze na stronach tej książki porozmawiamy. Wielbiciele kultowego kina realizowanego z dala od wielkich wytwórni docenią, że Stevens ma na koncie Świętych z Bostonu. Jako reżyser odpowiada za dwadzieścia obrazów, jako producent za blisko sto pięćdziesiąt. Niedawno wyprodukował Rytuał z Alem Pacino, choć tylko dla jednego z nich była to nobilitacja.

Mówię Bednarskiemu, że Stevens pisze teraz książki-przewodniki dla filmowców. Odpowiada, że akurat u Stevensa nauk by nie pobierał:

- Zupełnie szczerze, nie uznaję pana Stevensa za mistrza rzemiosła. To aktor, który zajął się robieniem filmów komercyjnych. Odniósł jednak jakiś sukces, co raczej kiepsko świadczy nie tyle o nim, ile o szerokiej widowni.

W obsadzie Białego Kruka amerykańskie gwiazdy: nominowany do trzech statuetek Emmy Ron Silver oraz znany m.in. ze Szczęk Roy Scheider, przede wszystkim jednak Joanna Pacuła na gościnnych występach w kraju. Po raz pierwszy - po niemal piętnastu latach od wyjazdu do Hollywood - zawodowo w Polsce. W Białym Kruku gra Julię, która w odnalezieniu "drugiego co do wielkości brylantu na świecie" ma prywatny interes.

W swej pierwszej scenie śledzi Windsora, łypie na niego z okna samochodu. W kolejnej niby przypadkiem wpada na niego na parkowej ścieżce. Słynny dziennikarz biega tam dla zdrowia, a w biegu pali papierosy, choć pot tworzy na jego bluzie gigantyczną plamę. Julia kombinuje, kłamie i knuje, ale w finale i tak wpada Tully'emu w ramiona.

Zakochana femme fatale. Rola, którą Pacuła w czasie swojej trwającej czterdzieści lat kariery gra wielokrotnie, szlifuje i doprowadza do perfekcji. Mogłaby zostać dziekanką szkoły dla przyszłych kobiet fatalnych, profesorką od ekranowych uwiedzeń i porzuceń, docentką od nagłych złamań serca.

* * *

DLACZEGO OPOWIEŚĆ O JOANNIE Pacule zaczynam od filmu, którego nie pamięta nawet grający w nim jedną z ról wielki aktor Stanisław Brejdygant (kiedy do niego dzwonię, pyta zaskoczony: "Ja w tym grałem?"). Dlaczego nie od Parku Gorkiego, który był dla Pacuły trampoliną do sławy i jej największym triumfem? Albo chociaż od jej dzieciństwa i szkolnych wybryków, jak w porządnej biografii?

Podczas zdjęć do Białego Kruka Pacuła stoi w rozkroku między Hollywood a Polską. Za ocean wyjechała w stanie wojennym, w latach 80. odniosła tam oszałamiający sukces, ale w 1997 roku gra już poza głównym nurtem.

Aktorka, którą po przyjeździe do USA amerykańskie media nazywają nową Lauren Bacall i Gretą Garbo, nasz gorący towar eksportowy na Zachód i twarz z okładek przemycanych pokątnie do Polski magazynów, w fabryce snów jest już nieco zapomniana. Po latach nieobecności w Polsce nie jest też gwiazdą pierwszej wielkości u nas. Już nie hollywoodzka i na pewno nie nasza. Pacuła w 1997 roku przypomina powracającą z wygnania córę marnotrawną. Tyle że nikt jej powrotu nie wypatruje.

Naturalnie oprócz mediów, dla których comeback Polki to zawsze łakomy kąsek. Zwłaszcza w drugiej połowie lat 90., kiedy impet jej kariery już nieco słabnie, co sprzyja narracji o niepowodzeniu i zmarnowanych szansach, wiecznym czekaniu na przełom.

W kreowaniu takiej wizji pomaga to, że do Polski docierają nieliczne filmy Pacuły z tamtego okresu. W tym czasie w wypożyczalniach kaset wideo na półce z horrorami można znaleźć Ostatnie tchnienie, w którym Pacuła walczy ze znanym z Terminatora 2: Dnia sądu Robertem Patrickiem. W dziale kina familijnego stoją Bombowe chłopaki. Tam nietypowo dla siebie gra zupełnie typowy czarny charakter: groteskową materialistkę w jaskrawych ciuchach; w uszach ma kolczyki o średnicy spodków do filiżanek.

Z perspektywy mediów w latach 90. każdy przyjazd Pacuły do kraju to wydarzenie. W tamtej dekadzie tylko jedna Polka - Izabella Scorupco - z podobnym rabanem podbijała Zachód. I choć kariera Pacuły przyhamowała, mit dziewczyny z prowincji, która robi wrażenie na hollywoodzkich grubych rybach, jest nadal żywy. Tajemnicza. Piękna. Pacuła. Działa na wyobraźnię. To, że o jej życiu prywatnym w USA niewiele wiadomo, pomaga w budowaniu legendy.

Wspaniale pokazuje to taka historia. Rok przed Białym Krukiem Pacuła przylatuje do ojczyzny prywatnie[5]. Mało kto wie o tej wizycie, zdjęcia Pacuły z lotniska - w modnej krótkiej kurtce, z masą walizek - warte są więc majątek. Aktorka przybywa do Warszawy z Wiednia, z lotniska odbiera ją siostra Ewa razem z ówczesnym mężem Przemysławem Saletą. Najpierw zatrzymują się pod Warszawą w domu Saletów, następnego dnia jadą razem do Tomaszowa Lubelskiego. W domu rodziców, Narcyzy i Leona Pacułów, Joanna spędza pięć dni. Na zdjęciach cykanych z ukrycia stoi na balkonie, nosi na rękach siostrzenicę Nicole, spędza czas w przydomowym ogródku.

- To był trudny temat, bo tam w ogóle nie było gdzie się ukryć - opowiada paparazzo Marcin. - Stałem na uliczce przed domem i czekałem, aż się pojawi. Zrobiłem kilka zdjęć i natychmiast stamtąd odjechałem[6].

Choć w 1997 roku to już pieśń przeszłości, Pacuła w latach 80. weszła do Hollywood razem z framugą. Za oceanem, mimo że jej gwiazda przygasła, wciąż ją cenią za profesjonalizm i talent. W Polsce: wypominają niesławny telewizyjny wywiad z początku lat 90., w którym rzekomo kaleczyła język polski "niczym Polonus w czwartym pokoleniu z chicagowskiego Jackowa"[7].

Wciąż żywa jest też wtedy historia konfliktu Pacuły z aktorką Elżbietą Czyżewską, która pomogła młodszej koleżance zadomowić się w USA, a potem miała wyrzucić ją z hukiem na ulicę. O co poszło? Niedomówienia dodają tej opowieści pikanterii. W ulubionej wersji opinii publicznej Pacuła okazała się niewdzięczna. Trochę jak w rodzimej odsłonie Wszystkiego o Ewie (słynnego filmu z 1950 roku z Bette Davis w roli starzejącej się gwiazdy, która bierze pod swoje skrzydła młodszą, wyrachowaną żmiję): użyła Czyżewskiej i na jej plecach zrobiła w Hollywood karierę. Jak było naprawdę? Tego nie wie nikt. No, prawie nikt. Ale o tym później.

* * *

LOS JEST PRZEWROTNY. Powrót Pacuły do Polski w 1997 roku przypomina właśnie powrót Czyżewskiej, która do kraju przyleciała trzy lata wcześniej, by wystąpić w Szóstym stopniu oddalenia, spektaklu Piotra Cieślaka. Nie udało jej się jednak reaktywować kariery.

Nie udało się też występem w Białym Kruku osiągnąć tego Pacule. Kobieta, która w imieniu wszystkich Polaków spełniała amerykański sen, wydaje się już Polsce niepotrzebna. Pstrokata transformacja ogarnęła jej ojczyznę, każdy może jechać na Zachód. Nowy rodzaj gorączki złota opanował cały blok wschodni. Pacuła przypomina rodakom, że nie zawsze tak było. Patrzą więc na nią już nie z podziwem i tęsknotą, lecz krzywo. Zaczynają jej sukces umniejszać.

- W pewnym momencie rozpłynęła się w Hollywood. Nie zrobiła tam wielkiej kariery, ale znalazła dla siebie wygodne miejsce w amerykańskim światku filmowym - tłumaczy mi Tomasz Raczek, jeden z najsłynniejszych krytyków filmowych w Polsce, kolega Pacuły z Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie (dziś Akademii Teatralnej). - Zagrała w bardzo wielu filmach, choć większość z nich to były produkcje klasy B. Okazała się profesjonalistką, ale bez cech gwiazdy. W każdym filmie była piękna, naturalna, opanowana. Ten spokój to jest zresztą coś, co mi się z Joanną zawsze kojarzy.

Krzysztof Zanussi, u którego Pacuła zagrała pod koniec lat 70. epizod studentki w Barwach ochronnych, mówi o niej "Paculanka".

- Była w niej zawsze niezobowiązująca elegancja - wspomina. - Wycofana, zamknięta w sobie. To oczywiście mogła być naturalna samoobrona. Świat mediów jest bardzo inwazyjny, wciska się wszędzie. Jako nasza aktorka eksportowa, wielkiej urody i sporej pracowitości, co rzadko idzie w parze, została w Ameryce dotknięta przez sukces. Może nie do końca pełny, bo pełny byłby, gdyby grała na pierwszym planie, ale przecież byliśmy z niej wszyscy bardzo dumni. Teraz też powinniśmy. Może nie jest w USA gwiazdą pierwszej wielkości, ale jest drugiej, i to też jest powód do radości. Zawsze jednak młodej aktorce, która wyjeżdża na podbój świata, towarzyszy smuga zawiści.

W 1997 roku opinia publiczna na chwilę o przestoju w karierze Polki zapomina. W kolorowej prasie wzmożenie. Mieć wywiad z Pacułą, która do Polski wpadła jak po ogień, to mus. Wtedy jeszcze Pacuła udziela wywiadów polskiej prasie, ale niebawem przestanie.

Magazynowi "Fakty" mówi wówczas, że "wiele się w Polsce zmieniło na korzyść"[8]. Pracę przy Białym Kruku ocenia ogólnikowo i iście po amerykańsku: "Wszyscy są tu mili, na planie zdjęciowym panuje wspaniała atmosfera".

Na pytanie, jak zaistnieć w Hollywood, odpowiada, że w Stanach trzeba po prostu być. "Trzeba tam pojechać, a wcześniej dostać amerykańską wizę. To nie jest takie łatwe".

Dodaje, że aktorki francuskie i angielskie wycieczek na drugą stronę globu robić nie muszą, bo mają u siebie wspaniałą kinematografię. Sama w czasie swojej trwającej czterdzieści lat kariery odwiedza kilka kontynentów.

- W Polsce wciąż jeszcze nie ma funduszy, by kręcić filmy na taką skalę jak w Ameryce - mówi. - Miejmy nadzieję, że to kwestia czasu, ale na razie naszych aktorów mało kto widzi[9].

Zdradza "Faktom", że niebawem zaczyna zdjęcia do filmu Mój olbrzym Michaela Lehmanna. Zagra w nim u boku Billy'ego Crystala, amerykańskiego aktora znanego m.in. z roli w Kiedy Harry poznał Sally.

Lehmann w mejlu pisze mi, że był bardzo podekscytowany możliwością pracy z Pacułą. "Była doskonała. Miała mało czasu ekranowego, ale jej bohaterka była dla fabuły kluczowa". Dodaje, że pamięta Pacułę jako aktorkę wrażliwą, lekko nerwową i cierpliwą.

Gdy Joanna pracuje nad Białym Krukiem, ma już dwie następne propozycje z USA i planuje zdjęcia do kolejnego włoskiego filmu. Marzy też o wakacjach[10].

Rzeczywiście jest dość zajęta. W drugiej połowie lat 90. pracuje często i dużo. W Hiszpanii kręci W hołdzie starszym kobietom, gra tam Martę, przewodniczkę głównego bohatera po świecie emocji w czasie hiszpańskiej wojny domowej. W Austrii pracuje na planie Rozkosznych interesów, telewizyjnego filmu erotycznego, w którym występuje też Jeroen Krabbé, złoczyńca z bondowskiego W obliczu śmierci.

- Piękna kobieta, ma w sobie pewien rodzaj spokojnej urody i elegancji - mówi Gary Stretch, partner Pacuły na planie Rozkosznych interesów. - Moją scenę erotyczną z bohaterką Joanny kręciłem jednak z dublerką. Pamiętam, że pomyślałem, że jeśli mam się kiedykolwiek ożenić, to właśnie z taką kobietą jak Joanna. Sam film ma sporo klasy, świetny soundtrack, a obsada wynosi go na wyższy poziom.

Ma rację. Reżyserował Rafael Eisenman, ale scenariusz napisał sam Zalman King. Rzeczywiście, jak sugeruje nazwisko, to monarcha filmowej erotyki, twórca Dziewięciu i pół tygodnia, dwóch Dzikich orchidei, reżyser Pamiętnika Czerwonego Pantofelka. Rozkoszne interesy mają ambicje, ale powstają w czasach, kiedy pościelowe filmy odchodzą do lamusa.

Stretch jest kolejną osobą, która odpowiadając na pytanie o Joannę, mówi o jej urodzie i klasie. "Piękna" i "profesjonalna" to określenia, które podczas pisania tej książki usłyszę częściej niż jakiekolwiek inne. Z tego powodu zaczynam myśleć, że Pacuła niewielu osobom dała się naprawdę poznać.

* * *

O EMITOWANYCH PRZEZ AMERYKAŃSKĄ kablówkę Rozkosznych interesach w Polsce jednak w czasie realizacji Białego Kruka nikt nie słyszał. Zresztą nie wiadomo, czy Pacuła by sobie tego życzyła. W końcu kilka lat wcześniej, w chwili premiery włoskich Mężów i kochanków, w Polsce tematem numer jeden było to, ile pokazała ciała.

Przez lwią część kariery Pacuła pracuje pod czujnym okiem tutejszych obrońców moralności i domorosłych ekspertów od hollywoodzkich karier. Jeśli się przed kamerą rozbiera, to źle, a jeśli nie - jest pruderyjna i niszczy sobie opinię w środowisku. Nie wiadomo właściwie, co ma zrobić, żeby zadowolić wszystkich. Wydaje się to niemożliwe. Jej niechęć do udzielania wywiadów świadczy o tym, że Pacuła doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

W rozmowie z Maciejem Gajewskim dla magazynu "Pani" w 2006 roku przyzna, że w filmach wcale nie rozbierała się często[11]. Thrillerów erotycznych w jej portfolio nie brakuje, nie ma w nim jednak Nagiego instynktu, którego odrzucenia Polacy nie mogą jej wybaczyć nawet po ćwierć wieku[*1]. To, że odrzuciła w nim główną rolę - tę ostatecznie zagraną przez Sharon Stone - to akurat prawda. Wiem to z dobrego źródła: od reżysera Paula Verhoevena, który przez swoją agentkę przekazuje mi, że był Joanną zachwycony i chciał, by w Nagim instynkcie zagrała, ilość golizny ją jednak zniechęciła.

Czy Nagi instynkt zrobiłby z Pacuły drugą Sharon Stone? Trudno powiedzieć. Być może Catherine Tramell, pisarkę ze szpikulcem do lodu w garści i niesamowitymi nogami, tylko Stone była w stanie zagrać w tak ikonicznym stylu. I tak brawurowo ponieść tę przerysowaną, buchającą seksem postać. Pacuła ze swoją chłodną urodą i spojrzeniem królowej śniegu mogła tam zwyczajnie nie pasować.

W 1997 roku to jej spojrzenie przeszywa czytelników nieistniejącego już magazynu, nomen omen, "Sukces". Pacuła spogląda z okładki, a w środku numeru wywiad z aktorką i kolejne zdjęcia. Czy czuje się gwiazdą?

- Nie. Jestem aktorką pracującą. Wciąż próbuję być lepsza w tym zawodzie, wciąż odczuwam też pewien niedosyt, ale to chyba normalne. Żaden aktor nie jest do końca zadowolony z tego, co robi. Nigdy też nie wie, jaka będzie jego następna rola, jaki będzie film, do którego kręci zdjęcia. Jestem teraz w tej szczęśliwej sytuacji, że nie czekam już na telefon od reżysera. Kilka razy w roku mogę sobie pozwolić na odrzucenie scenariuszy, które mnie nie interesują. Nie czekam też na rolę życia. Najważniejsze jest dla mnie to, że pracuję bez przerwy[12].

Jest zachowawcza. Nie chce odpowiedzieć na pytanie o życiowego partnera, a zapytana, co pomaga kobiecie zrobić karierę ("uroda, szczęście czy mężczyźni"), mówi, że musiałaby się zastanowić. Przyznaje, że czuje się bogata, ale nie z powodu pieniędzy, lecz szans, jakie dało jej życie.

- Jestem aktorką europejską, w związku z tym pewnych ról w Hollywood nie zagram. Nie mam żadnych złudzeń, że nagle, ni z tego, ni z owego, stanę się drugą Meryl Streep. A nie mam takich pretensji. Gdybym urodziła się w Ameryce, prawdopodobnie bardzo chciałabym nią być[13].

Wydaje się tonować nastroje i oczekiwania wobec swojego sukcesu, może nie czuje się komfortowo, kiedy media trąbią o "hollywoodzkiej karierze". Zupełnie jakby przez piętnaście lat wyzbyła się złudzeń, zrozumiała, że w Hollywood nic nie jest dane na zawsze. W wyciągnięciu tych wniosków pomogło też pewnie podejście rodaków, którzy na każdym kroku przypominają jej, jakim jest dla nich rozczarowaniem. Wystarczy wpisać dziś nazwisko Pacuły w wyszukiwarce i policzyć, ile artykułów na jej temat zawiera tezę o "zmarnowanej karierze".

Najwięcej miejsca poświęca Pacule w czasie jej wizyty w Polsce "Twój Styl". Na plan filmu jedzie Aleksandra Szarłat, dziś autorka kilku książek, m.in. Żuławski. Szaman i SPATiF. Upajający pozór wolności oraz biografii Jan Nowicki. Trochę anioł, trochę bies.

Pacuła z plastikowym kubkiem kawy w dłoni rozmawia z Ronem Silverem, w wieku czterdziestu lat wygląda jak nastolatka. Ma na sobie wąskie, lekko poszerzane czarne spodnie dzwony, opiętą brązową bluzkę z krótkim rękawem, wydaje się szczuplejsza, niż jest w rzeczywistości. Zmęczona - i nic dziwnego, skoro poprzedniego dnia zdjęcia skończyły się w środku nocy[14].

Dziennikarkę polska gwiazda przyjmuje w swojej przyczepie, która służy jej też za garderobę. "Słońce rzuca na jej miodowe włosy ciepłe refleksy, oczy ma błyszczące jak u dwudziestolatki"[15]. Czuje się Polką, Amerykanką czy Europejką?

- W biznesie filmowym zmieniamy tak często miejsce zamieszkania, że właściwie zacierają się granice pomiędzy państwami. Świat staje się wtedy mały, zwęża się do filmowego planu. Polska, pomimo że się tu urodziłam i wychowałam, jest dla mnie również planem filmowym - tłumaczy aktorka.

Brzmi jak bezpaństwowiec, który nigdzie nie czuje się jak w domu. Zapytana, czy myśli o powrocie do kraju, odpowiada enigmatycznie: "kto wie, co może się wydarzyć"[16].

- Chętnie ze mną rozmawiała. Piękna dziewczyna, kobieta właściwie. Czułam jednak pewną barierę, miałam wrażenie, że ona nie chce o sobie opowiadać do końca szczerze - wspomina Szarłat. - Byłam jej ciekawa, zrobiła na mnie dobre wrażenie. I posługiwała się, wbrew temu, co się o niej wtedy mówiło, piękną polszczyzną.

Pacuła w rozmowie z Szarłat jednak trochę się otwiera. Wspomina o zakończonym rozwodem małżeństwie z wpływowym hollywoodzkim producentem Howardem Kochem Jr. (poznali się dzięki Parkowi Gorkiego)[*2] i o siedmioletnim związku, który też "należy do przeszłości". Zapewnia jednak, że nie czuje się samotna, pozostaje w harmonii ze sobą. Nie wdaje się też w romanse, dementuje plotki o miłostce z Jackiem Nicholsonem.

- Nicholsona spotkałam dwa razy w życiu, na korcie tenisowym. Nie wiem, skąd to się bierze. Może jakaś kobieta przypominała mnie wyglądem. W Hollywood znamy się wszyscy, po tylu latach jest to nieuniknione, spotykamy się na premierach, przyjęciach, z okazji wręczenia Oscarów[17].

Z ironią dodaje, że na tej prestiżowej imprezie była trzykrotnie, ale ani razu nie towarzyszył jej Nicholson. Lubi odpoczywać w domu, gotować dla znajomych makarony i kurczaka z rozmarynem. Chciałaby pracować jeszcze przez kolejnych dwadzieścia lat.

Będzie pracowała dłużej.

* * *

W ROZMOWACH Z MEDIAMI Pacuła jest więc w 1997 roku konsekwentnie powściągliwa. Taka była też podobno na planie Białego Kruka.

Bednarski: - Miła, konkretna. A jednocześnie postrzegana jako dość kapryśna. Wie pani, do nas wtedy gwiazdy nie przyjeżdżały. Ona wpadła na chwilę: na trzy albo cztery dni zdjęciowe, łącznie w Polsce była może z tydzień. Jej przyjazd to było wielkie wydarzenie. Pani Pacuła była wtedy u nas większą gwiazdą niż Ron Silver. Kim był on, nikt u nas nie wiedział, a Pacułę znali wszyscy. Wszyscy się z nią też obchodzili trochę jak z jajkiem. Być może to sprawiało, że była zdystansowana. Różne bywają aktorki, niektóre wymagają czołobitności, ona nie.

Pacuła i Ron Silver znają się przed Białym Krukiem. W 1993 roku wystąpili razem w telewizyjnym filmie Dobry glina. Był to pilot serialu zamówiony przez stację FOX i ostatecznie przez nią porzucony. Jak wiele podobnych produkcji został w końcu wydany jako pełnometrażowy film na kasecie wideo. Z okładki VHS Ron Silver patrzy zza lufy pistoletu; gra karykaturalną rolę niepokornego komisarza nowojorskiej policji, prawdziwie męskiego typa. Pacuła jest tu znowu tajemniczą femme fatale, ukochaną głównego bohatera z młodości. Kobietą tak ulotną, jak bezlitosną. Tak jak w Białym Kruku.

* * *

KTO ZDECYDOWAŁ O TYM, by rolę Julii w Białym Kruku powierzyć Polce?

- Znałem ją tylko z Parku Gorkiego - odpisuje mi Andrew Stevens.

Wspominany już kilkakrotnie Park Gorkiego to kryminał, od którego w 1983 roku zaczęła się hollywoodzka kariera Pacuły. Za drugoplanową rolę Iriny była nominowana do Złotego Globu.

- Szukaliśmy kogoś odpowiedniego do roli w Białym Kruku, a to, że jest Polką, było dodatkową zaletą. Profesjonalna, cicha, zdystansowana. Wykonała swoją pracę i pojechała w odwiedziny do rodziny i przyjaciół - wspomina Stevens.

Pytam go, czy to prawda, że Ron Silver, podobno chimeryczny, rzeczywiście był tak trudny we współpracy. Spodziewam się w odpowiedzi okrągłych zdań o wysokiej etyce zawodowej i talencie, amerykańskiej wstrzemięźliwości w mówieniu o innych. Stevens mnie zaskakuje:

- Pan Silver był okropną osobą, pracowało się z nim koszmarnie, nic go nie zadowalało. Specjalnie utrudniał innym życie tak bardzo, jak tylko mógł, a swojej roli też nie zagrał zbyt dobrze.

Bednarski: - Był chyba sfrustrowany, bo nie czuł się traktowany jak gwiazda, jaką był wtedy w Stanach.

Larry Poindexter, amerykański aktor ze stu siedemdziesięcioma rolami na koncie, a przy Białym Kruku także producent i asystent reżysera, mówi:

- Miałem trzydzieści lat i znacznie mniej cierpliwości do jego zachowania, niż miałbym teraz. Trudno się z nim pracowało, wywoływał konflikty z członkami ekipy. Nie potrafił grać drużynowo. Sporo się kłócili z Andrew, jednego dnia przestali ze sobą rozmawiać, Andrew przeze mnie przekazywał swoje reżyserskie uwagi. Trwało to trzydzieści sekund, powiedziałem, że mają przestać się wygłupiać.

To tyle, jeśli chodzi o "wspaniałą atmosferę na planie".

- Na polskich planach filmowych jest taki zwyczaj, że jak coś upadnie na ziemię, to trzeba przydepnąć, na szczęście - mówi Piotr Faryński, który na planie Białego Kruka był mikrofoniarzem. - Nie wszystko oczywiście: kanapki i plecaka z porcelanową zastawą nie przydepniesz. I kiedy Silver był czesany w charakteryzatorni, to makijażystce upadł grzebień. Więc go mimowolnie przydepnęła i wróciła do czesania aktora tym samym grzebieniem. Ten oniemiał i pobiegł do reżysera, zaczął się awanturować, że jak można być tak głupim. Był, niestety, humorzasty. Producenci chcieli go jakoś rozluźnić, na siłę zabierali go z hotelu, organizowali imprezy, wyobrażali sobie pewnie, że jak go rozerwą, to się wyluzuje.

Dodaje, że Pacule i Silverowi pracowało się razem dobrze, ale i on zwraca uwagę, że to ona była prawdziwą gwiazdą filmu.

- Cała ekipa czekała, aż pojawi się na planie. To była najsłynniejsza Polka na świecie, wszyscy byliśmy jej ciekawi. Zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Była piękna, nieprawdopodobnie piękna. I niewyobrażalnie szczupła, wysportowana. Powiedziała "dzień dobry" po polsku, nie tworzyła sztucznego dystansu między sobą a resztą ekipy. Ron Silver to robił, a Pacuła była pełna ciepła. Sporo czasu spędzała z operatorem.

Czyli z Michaelem Slovisem, dziś uznanym twórcą zdjęć do takich produkcji, jak Breaking Bad czy CSI: Kryminalne zagadki Las Vegas, laureatem nagrody Emmy.

Pytam go o wspomnienia z planu, odpisuje krótko: minęło wiele czasu, pracował od tamtej pory przy wielu produkcjach. Pamięta jedynie, że praca z Joanną Pacułą to była czysta przyjemność. Po amerykańsku.

Pacuła na planie robi za ambasadorkę pokoju, łagodzi konflikty między polską a amerykańską ekipą. Jeden z członków ekipy Białego Kruka opowiada anonimowo:

- Sporo producentów kombinowało wtedy, jak część środków zatrzymać u siebie, w kieszeni. Na planie Białego Kruka miała miejsce taka sytuacja: Andrew Stevens zaczął się dopytywać, gdzie są jego pieniądze i że mają się znaleźć, albo on przestaje kręcić. Wynikało to z tego, że niektórzy polscy producenci wyczuli w koprodukcjach z Amerykanami biznes dla siebie. Zawyżali stawki i tak na tej współpracy zarabiali. Chodziło o to, by wydać jak najmniej, a wykazać jak najwięcej wydatków. Wtedy, pamiętam, Joanna Pacuła naprawiała te relacje. To mógł być dla niej dyskomfort, bo przecież przyjechała do pracy. To nie była jej rola, żeby godzić ze sobą strony, mediować.

Poindexter: - To mnie nie zaskakuje. Andrew na planach wielu swoich filmów krzyczał: "Gdzie są moje pieniądze!?". Nie zajmowałem się finansowaniem tego filmu, ale słyszałem, że nie wszystkie ustalenia były honorowane przez stronę polską. Byłem świadkiem kilku ostrych kłótni, głównie o to, że usługi, które nam zapewniano, kosztowały znacznie mniej, niż przedstawiono w kosztorysach. Na przykład posiłki serwowane na planie. Dużo smażonych pierogów. Przyzwoicie zjeść można było dopiero w hotelu. Były też problemy ze starym sprzętem, który wciąż się psuł. Tylko Polacy potrafili go obsługiwać, bo wszyscy chodzili do Szkoły Filmowej w Łodzi. Dla nas to była czarna magia.

* * *

BIAŁY KRUK NIE BYŁ ani najbardziej znaną, ani pierwszą wspólną polsko-amerykańską produkcją. W latach 90. i na początku XXI wieku powstało ich jeszcze kilka, m.in. kręcone u nas filmy z mocno już zwietrzałym Stevenem Seagalem: Cudzoziemiec i Poza zasięgiem, a także filmy Boże skrawki, Pianista oraz Dowód życia.

Kolejny rozmówca - z obawy przed pretensjami kolegów po fachu - też chce pozostać anonimowy.

- W Polsce, nie tylko w kinie, ale w ogóle, panowała wtedy wolnoamerykanka. Polsko-amerykańskie koprodukcje w latach dziewięćdziesiątych dopiero raczkowały. Na planie Białego Kruka afer nie pamiętam. Jest to jednak prawdopodobne. Tyle że te szwindle w tych koprodukcjach, jeśli były, odbywały się raczej na poziomie producenckim, być może nawet za wiedzą i zgodą obu stron. Wtedy większość polsko-amerykańskich koprodukcji niosła ze sobą taki bagaż, mówiąc eufemistycznie, maksymalizacji zysków kosztem Amerykanów. Słyszałem na przykład o zawyżaniu stawek dla statystów w innej produkcji, którzy oficjalnie (zgodnie z założeniami budżetowymi i umową) mieli dostawać chyba sto dwadzieścia dolarów, a strona polska wypłacała im na przykład sześćdziesiąt złotych. To nawet była głośna sprawa wtedy, jak pamiętam. Różnica lądowała w kieszeni producenta. Nasi często nie mieli skrupułów, wiedzieli, że tamci przyjeżdżają do nas z zaniżonym jak na warunki amerykańskie budżetem, ale i tak o wiele większym niż polskie stawki i wymagania, więc dawali im budżety ze stawkami o wiele wyższymi niż wtedy u nas obowiązujące, a ekipie, aktorom polskim, statystom czy za usługi zewnętrzne płacili oczywiście normalne polskie stawki. Amerykanom i tak się to opłacało. Wszyscy byli, chyba, zadowoleni.

Pytam, czy właśnie z tego powodu owocna początkowo współpraca Polaków i Amerykanów się skończyła.

- To był pewnie jeden z powodów, ale też po prostu przestało się im opłacać. Ceny usług rosły, a polski rząd nie oferował im żadnych ulg, jak chociażby zwrot VAT-u, więc Amerykanie przenieśli się do Czech czy Rumunii.

- Myśmy byli pionierami - mówi Kajtek Kowalski, współproducent Białego Kruka. - Jednymi z pierwszych, którzy w ogóle w Polsce robili koprodukcje na taką skalę: z Francuzami, Australijczykami, Kanadyjczykami, a nawet z Chinami. Potem pojawili się Amerykanie.

- Pierwszy był zrobiony m.in. z Francuzami Kapitan Conrad - uzupełnia Anna Trzepańska, charakteryzatorka. Są z Kowalskim parą od ponad trzydziestu lat, niedawno wzięli ślub, mieszkają w Hiszpanii. Trzepańska przez chwilę majstruje przy laptopie, żeby pokazać mi ich piękny nadmorski widok z tarasu.

Kowalski: - Nie, przedtem był jeszcze ten serial, też francusko-niemiecko-polski, Bonne Chance Frenchie.

Trzepańska: - Nie, Kajtuś, ty nie pamiętasz. Conrad był zaraz po Modrzejewskiej, tam była kwestia tej brody dla głównego aktora. To był pierwszy nasz kontakt z Zachodem. Pierwszy twój wyjazd do Paryża. Następny był Frenchie i inne seriale.

Kowalski o końcu współpracy z Amerykanami: - Pobudowali sobie studia gdzieś w Bułgarii czy Rumunii. A w Polsce uszczelnił się system bankowy i to im się za bardzo nie podobało. Po drugie, tam mieli swoje zabawki...

Trzepańska: - Nie będziemy tu plotkować na Zoomie. Bułgaria i Rumunia bardziej im się podobały i już.

Larry Poindexter: - Dlaczego zakończyła się polsko-amerykańska współpraca? Pewnie z kilku powodów. Pierwszym były oczywiście różnice kulturowe. Polscy filmowcy byli bardziej nastawieni na walory artystyczne filmu, my bardziej podchodziliśmy do tego jak do biznesu. Potem wstąpiliście do Unii Europejskiej i polscy filmowcy mogli bez przeszkód podróżować, aktorzy występować w innych krajach. W dodatku zmieniła się dynamika między euro a dolarem, kręcenie w Europie Wschodniej przestało się tak opłacać.

O Pacule Trzepańska mówi po chwili zastanowienia: - Na chwilę przyjechała, ale to było wydarzenie, a dla nas wyzwanie. Choć mniej pamiętam ją, a bardziej stres i pracę na planie. Dla widzów jej udział był czymś wyjątkowym, my zwyczajnie nie mieliśmy czasu, żeby się na tym skupiać.

Kowalski: - Trzeba było dla niej sprowadzić specjalną przyczepę, a to wcześniej u nas nie było praktykowane. Miała też do swojej dyspozycji samochód, kierowcę i ochronę. A mieszkała w Hotelu Grand na Kruczej. Reszta ekipy amerykańskiej mieszkała w Bristolu, ona chciała być trochę na uboczu.

"Twój Styl" pisze, że Pacuła mieszkała w Hotelu Victoria. Warszawę widziała tylko z okien taksówki, w drodze z lotniska[18].

Trzepańska: - Środowisko zazdrościło, że jej się udało, więc wiele osób próbowało to "udanie" deprecjonować. Dla mnie była wtedy taką trochę outsiderką, nawet z tych artykułów prasowych, które wtedy o jej przyjeździe pisano, wynikało, że ona jest już trochę "nie nasza".

Ma rację. Pacuła jest w nich opisywana jak przybyszka z Olimpu, która na chwilę odwiedza świat zwykłych śmiertelników. Bardziej symbol niż żywa kobieta. Nasza emisariuszka w krainie blichtru i luksusu.

Bednarski dodaje, że dzięki wizycie Joanny Pacuły w Polsce na planach filmowych powiało Hollywoodem.

- Plotkowano jedynie o jej wymaganiach dotyczących komfortu, ale to głównie ogarniał jej agent. Zażądał dla niej kampera na planie, w umowie miała na przykład określony czas pracy. Dziś wydaje się to oczywiste, ale w latach dziewięćdziesiątych nikt o tym u nas tak nie myślał. Jak aktorzy mieli chwilę wolnego, to się wszyscy tłoczyli przy barobusie, jeśli w ogóle na planie był. Dlaczego nie grała potem w Polsce? Może była za droga. Honorarium miała amerykańskie, hollywoodzkie wymagania. Mało kogo było na to w Polsce stać.

To może być prawda. W rozmowie z magazynem "Pani" Pacuła powie po Białym Kruku: "Przez 25 lat dostałam z kraju tylko dwie propozycje. Nie pasowały mi terminy, a jak mi potem przekazano, w gazetach pisano, że jestem za droga"[19].

Jedną z tych propozycji była główna rola żeńska w Operacji Samum Władysława Pasikowskiego, księcia kina sensacyjnego okresu transformacji. Pacuła miała zagrać Karen Pierce, agentkę Mosadu, w którą ostatecznie wcieliła się Anna Korcz. W obsadzie także Linda, Lubaszenko, Pazura (Radosław) i Marek Kondrat jako agent wywiadu, który jedzie do Iraku, aby ratować syna. Jest tu wspaniała scena, w której bohater Lindy uczy amerykańskiego agenta poprawnej polskiej wymowy, pojąc go alkoholem, są wybuchy, jest muzyka Gorana Bregovicia. Gdyby Pacuła w Operacji Samum zagrała, godnie wróciłaby na łono ojczyzny. Film w kinach obejrzało ponad 300 tysięcy Polaków.

Pytam Pasikowskiego, co takiego się wydarzyło, że do angażu Pacuły nie doszło. Reżyser "przez filtr niepamięci" wysyła mi garść szczegółów. Zaczyna jednak od tego:

- Byłem zakochany w Hani Bieluszko, więc zacząłem oglądać serial Biały jeleń albo Zielona miłość, jakaś piramidalna bzdura..., i po emisji byłem już zakochany w dwóch aktorkach - wspomina. Pacuła z Bieluszko wystąpiła w czasie polskiego rozdziału swojej kariery właśnie w Zielonej miłości Stanisława Jędryki. - Zobaczyłem Joannę Pacułę nagą w Otellu i już byłem pewien, że musimy razem pracować, a może więcej. Ona nie wiedziała o moim istnieniu.

"Sto lat później, gdy był już sławny", jak opowiada Pasikowski, dotarł do niego scenariusz Operacji Samum.

- Napisany przez dwóch, co wycofali nazwiska po moich poprawkach, więc ich nie wymienię. Powiem tylko, że nie wycofali się z tantiem, które pobierają do dziś - tłumaczy reżyser, a kiedy czytam jego wiadomość, nie wiem, dlaczego głos w mojej głowie czyta ją głosem Franza Maurera. - Script mi się nie podobał, więc odmówiłem. Zadzwonił do mnie Marek Kondrat i powiedział, że jest cichym wspólnikiem i żebym się nie wygłupiał i spotkał z Dejmkiem i Terejem w Zakopanem, gdzie robili Ekstradycję. Spotkałem się i powiedzieli, że to film za pięć milionów dolarów, powstanie w Izraelu, z Harveyem Keitelem, Joanną i Mareczkiem w roli drugoplanowej. Muzykę miał napisać Goran Bregović. Co miałem zrobić? Zgodziłem się, pod warunkiem że zabierzemy Bogusława na pokład.

Potem, jak opisuje Pasikowski, nastąpił okres postprodukcyjny, który obfitował w niespodzianki.

- Dolary zamieniły się w złotówki, Izrael w Turcję, Keitel w Mareczka, Mareczek w Tadzia Huka, Joanna w wakat, scenarzyści we mnie, i tylko Bogusław i Goran ostali się na swoim miejscu - wylicza Pasikowski. Dodaje, że nie wie dokładnie, dlaczego Pacuła w filmie nie wystąpiła, choć zgaduje, że poszło o kasę. - Na stanowisko Joanny Pacuły zorganizowałem casting, ale z góry wiedziałem, że wygra Ewa Bukowska, która wtedy była w formie Sharon Stone. Teraz jest w lepszej. Producenci mieli jednak dwa głosy i wybrali Annę Korcz. Myślę, że nie zrobiliśmy jej krzywdy, a nawet daliśmy pewną rozpoznawalność.

Marek Kondrat, który był również współproducentem Operacji..., chichocze, kiedy pytam go o film.

- O realizację zabiegaliśmy dość długo, a mieliśmy poczucie, że temat tej operacji był istotny, bo wpłynął między innymi na przyjęcie Polski do NATO, choć filmowo historia była średnio atrakcyjna, przecież polscy szpiedzy po prostu upili tych Amerykanów, co zresztą jest pokazane w jednej ze scen. Trzeba było fabułę uatrakcyjnić, a jednym ze sposobów na to było dodanie postaci kobiety-szpiega. Wpadliśmy na pomysł, żeby zagrała ją Joanna. Przez Małgosię Zajączkowską, która się z Joasią wówczas przyjaźniła, udało mi się z nią skontaktować. Joanna była do pomysłu nastawiona entuzjastycznie, ale miała wtedy w USA agenta, którego nie dało się ominąć. Jak nam zaśpiewała gażę za dzień zdjęciowy, to się zorientowaliśmy, że nas na nią nie stać. Nie przeskoczyliśmy tego.

Z wywiadu, którego Pacuła udzieliła czasopismu "Kobieta i Życie" w pierwszej połowie lat 90., wynika, że wtedy jej stawka za dzień zdjęciowy to 10 tysięcy dolarów[20].

Pacuła o swoim niedoszłym występie w Operacji Samum:

- Proponowano mi rolę na trzy dni pracy, a okazało się, że trzeba być dyspozycyjnym przez półtora miesiąca. Miałam inne plany. Szkoda, bo w filmie zagrali moi przyjaciele: Marek Kondrat, Gustaw Holoubek, Jerzy Skolimowski[21].

Dodaje, że jej honorarium wzrosło, kiedy wzrosła też liczba dni zdjęciowych. Już w XXI wieku powie półżartem, półserio:

- Chętnie bym zagrała w polskim filmie. Jest teraz wielu młodych reżyserów. Ale czy oni wiedzą, że ktoś taki jak Joanna Pacuła istnieje?[22]

* * *

JAK W 1997 ROKU postrzegano Polkę, która wyjechała do Hollywood i po latach wróciła do kraju?

- To zawsze zależy od tego, kto postrzega - mówi Katarzyna Jamróz, która wystąpiła w Białym Kruku w małej roli. - Wyjazd do USA, kiedy ma się ugruntowaną pozycję w Polsce, to zawsze ogromne ryzyko. Joanna wyjechała, grała w hollywoodzkich produkcjach, nawet jeśli były to filmy klasy B, to zawsze jest to jakaś klasa. U nas musimy się borykać z tak zwanym polskim piekiełkiem. Ktoś wychyli głowę i już zaraz inni chcą mu ją wciągnąć z powrotem albo wręcz uciąć. O Joannie zawsze myślałam z zachwytem i podziwem, ale pamiętam, że wtedy myślano o niej też z zazdrością.

Faryński dodaje: - To był jej wielki powrót do Polski. A wiesz, jacy my jesteśmy. Zawistni w większości. Niektórzy mówili, że wraca gwiazda, której nie udało się w Stanach, więc przyjeżdża do Polski pracować w filmie klasy B, a nawet C. Inni mieli ją za prawdziwą gwiazdę, której spełnił się amerykański sen.

Biały Kruk przechodzi w Polsce raczej niezauważony, w USA też szału nie ma. Już w XXI wieku na DVD wydaje go u nas dystrybutor Video Leader jako Diament śmierci.

Poindexter: - Andrew bardzo się zapalił do tego projektu, mieliśmy świetną obsadę i całkiem niezłą, wciągającą historię. Zrobiliśmy ten film za milion dolarów, efekt był dla mnie satysfakcjonujący, choć oczywiście zrealizowaliśmy klasyczny film klasy B. Często byliśmy na planie postawieni pod ścianą, było sporo problemów, ale to samo można powiedzieć o wielu innych filmach. Z produkcjami klasy B jest tak, że jeśli masz szczęście, pracujesz z reżyserem, który chce czegoś więcej. Możesz na przykład pracować z Jamesem Cameronem przy Piranii II, uczyć się rzemiosła, potraktować plan filmu klasy B jak szkołę filmową. A potem pójść dalej. Możesz też w tym świecie zostać, a to już nie jest takie fajne.

Czy Pacuła w tym świecie została? Jeśli spojrzeć na jej karierę tylko i wyłącznie w kategoriach sukcesu, to akcje Polki w Hollywood spadły. Czy jednak na pewno? Może spadły tak, jak pikuje na hollywoodzkiej giełdzie wartość wielu innych nazwisk? Tych, które po kilku latach prosperity przenoszą się do kina klasy B, ale wciąż grają. Nie wszyscy aktorzy są wiecznie na topie. Czy oceniamy ją surowiej, bo jest Polką, a Polkę obowiązują bardziej wyśrubowane wymagania? Z jakiegoś powodu wolimy jej sukcesu nie uznać? Co sprawia, że porażce w Hollywood próbuje się w Polsce dać twarz Joanny Pacuły?

Pytam Raczka, czy Pacułę spotyka w Polsce ostracyzm. Kręci głową i mówi, że coś znacznie gorszego. Niebyt.

 

[...]

 
PRZYPISY KOŃCOWE
Rozdział I
[1] Arnold, Cztery kółka i Pacułka, "Kobieta i Mężczyzna", 7 listopada 1993.
[2] Tamże.
[3] Komentarz użytkowniczki foxyloxy, filmweb.pl, https://www.filmweb.pl/person/Joanna+Pacu%C5%82a-6253/discussion/Ca%C5%82a+prawda-3174113 [data dostępu: 22 stycznia 2026 roku].
[4] Joanna Pacuła zrobiła karierę w USA. Ewa Pacuła zdradza, jak dziś wygląda życie jej siostry Plejada, youtube.com, https://www.youtube.com/watch?v=wtKMWexg8SQ [data dostępu: 22 stycznia 2026 roku].
[5] T. Potkaj, Paparuchy kontra ryje: celebryci made in Poland, Wydawnictwo Fabuła Fraza 2015.
[6] Tamże.
[7] A. Myszkowska, Joanna, czyli czekanie, "Uroda", z. 3, 1993.
[8] W. Kurowska, O moim życiu zadecydował przypadek, "Fakty", nr 19, 1997.
[9] Tamże.
[10] Tamże.
[11] J. Pacuła, Przystanek jestem, "Pani", styczeń 2006.
[12] M. Rajczuk-Żukowska, To było przeznaczenie, "Sukces", listopad 1997.
[13] W. Wegner, Joanna od X Muzy, "Cinema Press Video", wrzesień 1997.
[14] A. Szarłat, W poszukiwaniu białego kruka, "Twój Styl", październik 1998.
[15] Tamże.
[16] Tamże.
[17] Tamże.
[18] Tamże.
[19] J. Pacuła, Przystanek jestem, dz. cyt.
[20] M. Tchórzewska, Joanna wciąż w podróży, "Kobieta i Życie", luty 1992.
[21] E. Modrzejewska, Nie udaję podlotka, "Super Express", 2-8 sierpnia 2002.
[22] Tamże.

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Agata Nastula, Teresa Kruszona

Projekt okładki: Krzysztof Iwański

Zdjęcie na okładce: Fiorenzo Niccoli

Fotoedycja: Agnieszka Żelazko

Przygotowanie zdjęć do druku: Mariusz Rosa

Źródła zdjęć: Jerzy Kośnik (wyklejki, 1 wkładka), Piotr Skórnicki (portret autorki, 3 wkładka), Wojciech Glinka/Forum, Album Online/East News, Ron Galella/Ron Galella Collection via Getty Images (2), Anita Weber/Sipa Press/East News, Globe Photos/ZUMA Press, Inc./Alamy Stock Photo/BE&W, AKPA, United Archives GmbH/Alamy Stock Photo/BE&W (3), Craig Campobasso, John Bramley/BE&W, Nicholas Diak archive, Polfilm/East News, Roman Sumik/Forum, INPLUS/East News, Mirosław Stankiewicz/TVP/East News (2), Zygmunt Januszewski/TVP/East News

Opracowanie graficzne i skład: Elżbieta Wastkowska

Redaktorka prowadząca: Magdalena Kosińska

 

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

wydawnictwo@agora.pl

www.wydawnictwoagora.pl

 

Copyright ? Marta Górna, 2026

Copyright for this edition ? by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

 

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

 

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

 

Warszawa 2026

 

Wydanie pierwsze

 

ISBN: 978-83-8380-518-4

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej