3
Z ojcem Rachel nigdy nie było mi po drodze.
W okresie naszego narzeczeństwa nie zadawał sobie trudu, żeby być miły wobec mnie. Gdy się ze mną witał, uśmiechał się i podawał mi rękę, ale chował ją z powrotem do kieszeni szybciej niż fiskus zgarniający ostatnie oszczędności podatnika. Spojrzenia, które posyłał mi ukradkiem, kiedy sądził, że ich nie zauważam, mogłyby przepalić moje chirurgiczne kleszcze wykonane ze stopu chromu z wanadem.
- Tak ci się tylko wydaje, kotku - szeptała Rachel, gdy wymykała się ze swojego pokoju i zakradała do mojego. - To po prostu ponurak, który życzy swoim córkom jak najlepiej.
- Rachel, jasna cholera! Będę przecież neurochirurgiem. Czego jeszcze chce?
- Przez całe życie chronił swoje córeczki. Sam się przekonasz, kiedy będziesz ojcem i jakiś szczeniak będzie łaził ci po domu z orężem takiego kalibru - odpowiadała, wsuwając dłoń pod kołdrę i dotykając wspomnianego oręża.
Należy przyznać, że rodzina Robsonów była bardzo zżyta. Z dwojga sióstr Rachel była tą starszą i bardziej odpowiedzialną. Rozsądna i uporządkowana, uczyła się na anestezjolożkę i ciągle perswadowała młodszej Kate wszystkie szaleństwa, które przychodziły jej do głowy. Ich matka Aura była osobą radosną i gadatliwą, wciąż krzątającą się po kuchni. Wypiekała kukurydziane chlebki i uwielbiała plotkować o sąsiadach. Był również Jim, patriarcha rodu, Wirginijczyk czystej krwi - z tych, którzy jeszcze odczuwali bujanie pokładu Mayflower. Popijał piwo na werandzie i wściekał się na obecność wysokiego, ciemnowłosego, młodego rezydenta, który podawał się za narzeczonego jego córki.
- Jakieś wieści z Północy? - pytał zawsze.
- Wiesz, Jim, na fladze mamy teraz już pięćdziesiąt gwiazdek.
Nigdy nie śmiał się z moich godnych pożałowania żarcików, sytuacja nie uległa również poprawie już po ślubie. Mimo to obaj czyniliśmy wysiłek, dlatego spotkania z Robsonami były niemal miłe, choć zawsze czułem się wówczas skrępowany. Nie była to jednak tylko kwestia nastawienia Jima. Odnosiłem wrażenie, że do nich nie pasuję. Tak naprawdę nigdy nie rozwinąłem w sobie tej dbałości o więzy rodzinne.
Jestem sierotą i nie miałem okazji poznać swoich rodziców biologicznych. Do dziewiątego roku życia moim domem były rozmaite schroniska, w pozostałych dzieciach nie widziałem jednak nigdy rodzeństwa, tylko rywali, z którymi przychodziło walczyć o żywność i inne dobra. Później zostałem adoptowany przez parę z Pottstown nieopodal Filadelfii. On był wiejskim lekarzem, ona pełniła zaś funkcję jego pielęgniarki i pomocnicy. Kiedy byłem na drugim roku studiów, jeszcze zanim poznałem Rachel, oboje zginęli w wypadku samochodowym, tym samym osierocając mnie po raz drugi. Szok spowodował, że straciłem cały rok nauki. Żal od dziecka gościł w moim domu, ale przez lata zdawał się chować w jakiejś szafie. W dniu śmierci przybranych rodziców ponownie wylazł na powierzchnię, ryjąc wokoło swoimi czarnymi pazurami, i dopiero Rachel udało się go odegnać.
Teraz jej już nie ma, a Julia i jej rodzina to wszystko, co mi zostało.
Tak więc od piętnastu lat co trzeci weekend - a także z okazji urodzin, Święta Dziękczynienia, Bożego Narodzenia i Dnia Niepodległości - pokonuję półtorej godziny drogi do Fredericksburga. Zważywszy jednak na prędkość, do jakiej rozpędziłem tej nocy mojego lexusa, tym razem miałem dojechać na miejsce dwa razy szybciej.
Nie pamiętam, ile wskazywał prędkościomierz, wiem jedynie, że ciało rozsadzała mi adrenalina i że o mały włos się nie zabiłem przy zjeździe na Falmouth. Skręcałem tam już pewnie setki razy, ale tej nocy jechałem tak szybko, że przegapiłem zjazd. Wbiłem hamulec w podłogę, pozostawiając połowę bieżnika na asfalcie, i na samym środku autostrady międzystanowej I-95 wrzuciłem wsteczny. Nie mam pojęcia, co mi przyszło do głowy. Na szczęście minęła pierwsza w nocy, autostrada zaś była czteropasmowa, inaczej to głupie zachowanie mogłoby mnie słono kosztować. Na drodze za mną pojawiła się ogromna ciężarówka. Jej reflektory zajaśniały w moim lusterku, przenikliwy dźwięk klaksonu stawał się coraz bliższy.
Na chwilę przed zderzeniem kierowca zdołał wystarczająco zredukować prędkość, żeby zmienić pas. Jego przedni zderzak jedynie zarysował krawędź mojego, ale podmuch dwudziestotonowego kolosa poruszył moim niewielkim sportowym samochodem tak, jak kichnięcie porusza płomieniem świeczki.
Zatrzymałem się na poboczu między autostradą I-95 a zjazdem 133, starając się odzyskać spokój. Moje zachowanie było absurdalne i w niczym Julii nie pomagało. Niemal dałem się zabić.
I wszystko to przez głupie przeczucie.
Przed kilkoma tygodniami teściowie przyjechali do nas, żeby odwiedzić małą. Jim jest właścicielem niewielkiej, ale znanej sieci sklepów z narzędziami Robson Hardware Repair. Z pewnością słyszeliście kiedyś jego slogan: Zrób to sam - lepszego pracownika nie znajdziesz. Zarówno branża, jak i slogan reklamowy idealnie pasują do poczciwego Jima, człowieka twardego jak skała. Sieć ma pięć lub sześć placówek, choć żadna nie znajduje się na północ od Arlington. Rzadko kiedy się więc zdarzało, żeby Jim przekroczył linię Potomaku, chyba że w takie dni, jak ten, gdy miał jakieś spotkanie w stolicy.
Aura obwieściła swoje przybycie w typowy dla niej sposób, z dyskrecją godną brązowego dzwonu, który spada po schodach. I to dwukrotnie.
- Juliaaa! Gdzie jest mój cukiereczek?
Dziewczynka przybiegła z pełną prędkością, ostatni fragment parkietu pokonując ślizgiem w skarpetkach. Zarzuciła jej ręce na szyję i zasypała ją pocałunkami.
- Babciu! Chodź do mojego pokoju, chcę ci coś pokazać! - zawołała, biorąc ją za rękę i ciągnąc za sobą.
Przywitałem się z Jimem i zapytałem, czy się czegoś nie napije, wiedząc doskonale, że odmówi. Nigdy nie pił alkoholu, kiedy prowadził. Usiadł na mojej kanapie, z niezadowoleniem przyglądając się wystrojowi. Rachel lubiła meble o prostych, czystych formach, co kłóciło się z tradycjonalistycznym charakterem jej ojca.
- Julia sporo urosła. Nie widzieliśmy jej od przeszło miesiąca.
- Ostatnio miałem dużo pracy - odpowiedziałem poirytowany na swoją obronę.
Zdaję sobie sprawę, że od czasu śmierci Rachel nasze wizyty stały się nieco rzadsze, ale jednocześnie trochę mnie frustrowało, że zawsze to ja musiałem zawozić małą. Odległość z Silver Spring do Fredericksburga jest taka sama jak z Fredericksburga do Silver Spring. Przez grzeczność jednak tego nie powiedziałem. A także dlatego, że - szlag by to trafił! - teść nadal mnie nieco onieśmiela.
- Na tym właśnie polega problem, David. Za dużo pracujesz.
Zaskakująco brzmiało to zdanie w ustach kogoś, kto spędził pół życia na jeżdżeniu po swoich sklepach i znał na pamięć każdą, najdrobniejszą nawet śrubkę, jaką miał w asortymencie.
- Nie bardzo wiem, do czego zmierzasz, Jim.
- To, że tyle pracujesz, nie jest dobre dla Julii.
Ani myślałem odpowiadać. Wzruszyłem ramionami i wbiłem w niego wzrok. Wytrzymał moje spojrzenie.
- Niedawno sprzedałem moją sieć.
Wiadomość zupełnie mnie zaskoczyła. Jim ciągle się przechwalał, że w dniu, kiedy przyjdzie po niego kostucha, zastanie go za kontuarem. Zawsze sobie wyobrażałem, jak z dezaprobatą spogląda na ostrze należącej do Żniwiarza kosy i proponuje mu zakup ostrzałki firmy Bester.
- Ależ Jim... Przecież te sklepy... to całe twoje życie.
Poruszył się nerwowo na kanapie i skrzyżował ramiona.
- Odkąd nie ma Rachel, ledwie mogę się skupić na pracy. Całe miesiące nachodzą mnie myśli, że życie jest zbyt krótkie i że są w nim ważniejsze rzeczy od kluczy imbusowych Allena.
To właśnie, słowo w słowo, Rachel zawsze mu powtarzała, kiedy siedzieliśmy razem przy stole, gdzieś między purée ziemniaczanym a indykiem.
- Sam dobrze wiesz, że ci z koncernu Ace Hardware wiele razy usiłowali mnie wykupić - ciągnął. - Dziś zobaczyłem się z nimi i przystałem na ich propozycję. Nie zapłacili tyle, ile daliby pięć czy sześć lat temu, interes bowiem idzie nie najlepiej. Ale i tak to, co dostałem, wystarczy mi spokojnie do końca życia. Mam sześćdziesiąt trzy lata, przez pół wieku tyrałem jak wół. Zapracowałem na to, żeby korzystać z emerytury i zadbać o to, co dla mnie najważniejsze.
- Masz rację, Jim. Podjąłeś słuszną decyzję. Gratuluję.
Stary pokręcił głową, być może zbierając się na odwagę, żeby powiedzieć, o co mu tak naprawdę chodziło. W końcu wydusił to z siebie w swoim stylu: szorstko i bez ogródek.
- Nie zrozumiałeś mnie, David. Chcę, żeby Julia zamieszkała u nas.
Spojrzałem na niego z otwartymi ustami i wydałem z siebie głupi odgłos, coś jakby w połowie między śmiechem a parsknięciem z niedowierzania.
- Ty chyba żartujesz!
W oczach Jima Robsona nie krył się jednak nawet cień humoru.
- Tak będzie ci łatwiej. Wyświadczam ci przysługę. To będzie najlepsze dla mojej wnuczki.
- Jim, czy ty insynuujesz, że ucieszyłaby mnie możliwość uwolnienia się od mojej córki? - odparłem, starając się ogarnąć to wszystko i z każdą chwilą stając się coraz bardziej wkurzony.
- Waszyngton to nie miejsce dla dziewczynki. Stanie się kolejnym robotem w mundurku. Lepiej będzie, jeśli pójdzie do porządnej publicznej szkoły w niewielkiej miejscowości.
To szczególnie mnie ubodło. Rachel i ja szukaliśmy najlepszej szkoły dla Julii od chwili, gdy tylko się dowiedzieliśmy, że będziemy mieli dziecko. Zdecydowaliśmy się wybrać taką, która kładłaby większy nacisk na twórczość i radość niż na współzawodnictwo. Na jedno miejsce w wymarzonej placówce było dwunastu chętnych. Odstaliśmy mnóstwo czasu w kolejkach, poprosiliśmy o rozmaite przysługi wszystkich naszych znajomych, aż w końcu udało nam się załatwić, żeby ją przyjęli. A teraz ten wścibski facet kwestionował naszą decyzję.
- Julia chodzi do Maret School, jednej z najlepszych prywatnych szkół w kraju, w której zresztą uczniowie nie noszą mundurków. A tak w ogóle, nie wydaje mi się, żebyś to ty miał mi mówić, jak mam wychowywać moją córkę.
- Przemyśl to. Dzięki temu w chwili, kiedy wracałaby ze szkoły, ktoś by na nią czekał, ktoś miałby dla niej czas. I jadłaby jak należy, dobre, domowe obiady. Ma zbyt kościste nogi.
Podniosłem się i obszedłem stolik przy kanapie, aby się do niego zbliżyć. Natychmiast się poderwał.
- Posłuchaj mnie, Jim! Przez szacunek, jaki mam do ciebie, i przez pamięć o Rachel udam, że ta rozmowa nigdy się nie odbyła - oznajmiłem, czyniąc dłonią gest, jakbym odganiał muchę. - Jesteś dziadkiem małej i nic ponadto. Zawsze, kiedy zechcesz, będziesz w tym domu mile widziany. Proszę cię jednak, jeśli nie chcesz, żeby stan ten uległ zmianie, żebyś nigdy więcej nie sugerował podobnych bzdur!
Odsunąłem się od Jima, on zaś z powrotem usiadł.
- Będziesz tego żałował, Davidzie - wymamrotał przez zęby, upokorzony.
Puściłem jego odpowiedź mimo uszu, pragnąc jak najszybciej zakończyć rozmowę.
- Lepiej będzie, jeśli pójdę sprawdzić, co robi Julia - stwierdziłem i udałem się schodami na górę.
Kiedy po pewnym czasie zszedłem na parter, zdziwiło mnie, że nie zastałem Jima w salonie. Poszedłem do kuchni i zobaczyłem, jak mówi coś na ucho Swietłanie, która z bardzo poważną miną mu przytakuje. Kiedy zdali sobie sprawę z mojej obecności, odsunęli się od siebie cokolwiek spłoszeni.
Na twarzy mojego teścia malowało się poczucie winy.
W tamtym czasie nie przywiązałem do tej sytuacji większej wagi. Zawoalowaną groźbę ze strony Jima uznałem za oznakę frustracji człowieka przyzwyczajonego do monopolu na prawdę i do stawiania w każdej sytuacji na swoim. To zaś, że rozmawiał ze Swietłaną, odczytałem wówczas po prostu jako demonstrację siły po tym, jak jego duma została urażona. Pomyślałem, że pewnie pouczał ją w sprawie właściwego odżywiania jego wnuczki lub opowiadał o jakości pomidorów z Wirginii, które - trzeba przyznać - są rzeczywiście znakomite.
Kiedy jednak przed godziną wróciłem do domu i nie zastałem Julii, dochodząc następnie do wniosku, że Swietłana nie byłaby w stanie zniknąć samodzielnie, rzeczona groźba wydała mi się nad wyraz realna, to zaś, co mój teść szeptał do ucha opiekunki, urosło do rozmiarów spisku.
Kiedy skręcałem w ostatni zjazd prowadzący do domu Robsonów, w głowie kłębiły mi się te same pytania, które stawiałem sobie przez całą drogę.
Czyżby Jim odważył się zabrać wnuczkę? W jaki sposób zdołał nakłonić do współpracy Swietłanę? Zaoferował jej pieniądze? Nie wiedziałem, ile koncern Ace Hardware zapłacił mu za jego firmę, ale z tego, co pamiętałem, dwa lata temu Rachel wspomniała coś o ofercie opiewającej na kilka milionów dolarów. Jeśli więc nawet ostatecznie transakcja zamknęła się w niższej kwocie, to Jim i tak byłby w stanie opłacić młodej cudzoziemce studia doktoranckie. Jego nieustępliwy i uparty charakter nie był niczym nowym, czy jednak mój teść byłby w stanie posunąć się aż do porwania wnuczki, żeby tylko postawić na swoim?
"Nie może być aż tak głupi - pomyślałem. - Musi zdawać sobie sprawę, że taki plan nie ma szans się udać. Czy naprawdę sądzi, że pozwolę, żeby odebrał mi córkę, jak gdyby chodziło o pożyczoną sąsiadowi kosiarkę, którą dawno spisało się na straty?"
W końcu dojechałem do domu teściów i zaparkowałem na brukowanym podjeździe do garażu przylegającego do budynku - wiejskiej posiadłości od czterech pokoleń należącej do rodziny Robsonów. Przez większość tego okresu byli biedni - Rachel pierwsza z rodziny Robsonów zdołała pójść na studia - pod względem dumy nie mieli jednak sobie równych.
Padał drobny deszcz, który nie zdołał ostudzić moich nerwów. Kiedy podchodziłem do wejścia, zdziwiło mnie, że światło nad głównymi drzwiami nie jest zapalone. Zazwyczaj zostawiali je włączone na całą noc, podobnie jak kilka lamp na parterze. Zdaniem moich teściów zmiany klimatyczne to wymysł, dzięki któremu Al Gore sprzedaje swoje książki.
Dwoma susami pokonałem schodki i już miałem chwycić za kołatkę, gdy drzwi otworzyły się na oścież. Stanął w nich Jim, ubrany jedynie w szlafrok w kratę. Zmierzył mnie wzrokiem i odsunął się na bok. Nie sprawiał wrażenia zaskoczonego moją obecnością.
- Wejdź i nie hałasuj. Obie śpią na górze.
Słysząc te słowa, doznałem ogromnej ulgi. Nagle ciężar, który odczuwałem w piersi, zelżał i po raz pierwszy od wielu godzin byłem w stanie głęboko odetchnąć. Zauważyłem, że Jim miał tylko jeden pantofel, kiedy zaś szedł, jego stopy wydawały dziwny odgłos. Nadal byłem zły, ale widok nagich chudych łydek teścia był tak żałosny, że osłabił moją wolę walki.
Podążyłem w ślad za popękanymi i wysuszonymi piętami do gabinetu Jima, gdzie każdego wieczoru się odprężał, wypijając piwko przed pójściem spać i oglądając program telewizyjny. Tyle że tej akurat nocy w wyjściowym składzie Budweisera zastępował Jack Daniel's. I z tego, co było widać, dawał z siebie wszystko.
Kolejna różnica niepokoiła jeszcze bardziej - telewizor był wyłączony, na fotelu teścia leżała zaś duża posrebrzana ramka na zdjęcia. Było oczywiste, że Jim jeszcze przed chwilą trzymał ją w dłoniach. Ja zaś doskonale wiedziałem, że ramka ta stała zwykle nie w jego gabinecie, ale na kominku.
Zabrał ją z fotela, usiadł i dolał sobie whisky.
- Wyglądała na tak spełnioną, Davidzie. Na tak szczęśliwą.
Podniósł ramkę, ale nie było to konieczne. Dokładnie znałem każdy szczegół tej fotografii, spędziłem bowiem wiele nocy z jej odbitką w dłoniach, podobnie jak Jim wpatrując się w nią i pijąc aż do otumanienia. Przynajmniej tyle nas łączyło.
Było to zdjęcie z naszego ślubu. Rachel w drzwiach kościoła trzymała bukiet kwiatów, patrzyliśmy sobie w oczy. Sam nie dostrzegałem w jej obliczu tego szczęścia, o którym mówił Jim, a w każdym razie nie widziałem szczęścia ogromnego i nieprzepartego. Widziałem poczucie pełnego bezpieczeństwa, wynikające z odnalezienia towarzysza życia. Rzecz jasna, nie odnosiłem się do samego zdjęcia, swego czasu bowiem znajdowałem się na drugim końcu tego spojrzenia.
- Bez wątpienia taka właśnie była, Jim. Sądzę, że była szczęśliwa przez cały ten czas, kiedy byliśmy razem.
Przekrzywił głowę i wyglądał tak, jakby przez chwilę się nad tym namyślał. Skórę miał wyschniętą niczym pergamin, policzki niknęły mu pod pajęczyną czerwonych żyłek. Dokładnie przyjrzał się dnu swojej szklanki, próbując znaleźć w niej odpowiedź. Następnie opróżnił ją jednym haustem.
- Tak. Tak, pewnie masz rację.
Nalał sobie jeszcze whisky. Zrobił w moją stronę gest butelką, ale odmówiłem ruchem głowy, dlatego nie nalegał. Ktoś w tym momencie musiał zachować jasność umysłu, ja zaś byłem wyczerpany i zbyt podenerwowany, żeby zaczynać pić. Chciałem tylko zabrać Julię i odjechać stąd, ale nie mogłem wyjść bez rozmowy z Jimem, poza tym perspektywa wyciągania dziewczynki z łóżka w środku nocy przyprawiała mnie o ból serca. Obawiałem się nie na żarty, że przyjdzie mi tutaj zostać na noc.
- Była taka słodka. Jak w tej piosence, Oh sweet Rachel, oh my darling dear... - zanucił kawałek, coraz bardziej pijany i coraz mocniej fałszując. - Nie sposób było wyprowadzić ją z równowagi. Taka była rozsądna.
- Sądzisz, że pochwaliłaby coś takiego?
- Nie miała nic przeciwko, żeby jej ojciec od czasu do czasu wypił sobie szklaneczkę czegoś mocniejszego. Absolutnie nie miała nic przeciwko.
- Nie o tym mówię, Jim. Gdzie jest Swietłana?
Wbił we mnie spojrzenie, otwierając szeroko oczy. Worki pod oczami, tworzące parę czarnych hamaków, na moment rozmyły się na jego wychudzonej twarzy.
- Podejrzewam, że w twoim cholernym domu. Masz ze sobą Julię? Przywiozłeś ją do nas?
Nie musiałem się zastanawiać, czy przypadkiem nie kłamie. Zaskoczenie malujące się na jego obliczu było przytłaczająco autentyczne. Wraz z nim dopadło mnie poczucie dezorientacji. Zakręciło mi się w głowie i musiałem uchwycić się oparcia fotela.
- Nie, oczywiście, że jej nie przywiozłeś. Nigdy jej nie przywozisz, Davidzie. Jesteś bardzo zajęty ratowaniem życia innych - stwierdził, zniżając głos do szeptu.
Prawie go nie słuchałem. Jego słowa wbijały mi się w trzewia niczym sztylety, było jednak w tym wszystkim coś znacznie ważniejszego. Wziąłem głęboki oddech i spróbowałem mu przerwać.
- Jim...
- Ważne jest życie każdego, tylko nie twojej żony, prawda, Davidzie?
- Jim, kiedy przyjechałem...
- Wielki neurochirurg, rodząca się gwiazda medycyny, ale tego nie przewidziałeś, prawda, gwiazdeczko? Nie przewidziałeś. Oj, nie przewidziałeś!
- Jim!
- Co?!
- Jim, powiedziałeś, że są na górze. Kto jest na górze?
Zamilkł i przez chwilę sprawiał wrażenie zdezorientowanego, jak gdyby do jego uszu docierało odległe echo mojego pytania. W końcu znaczenie wypowiedzianych przeze mnie słów najwyraźniej zdołało się przebić przez opary alkoholu.
- O czym ty mówisz? Moja żona. I Kate. Kto niby inny? Ma wolne, przyjechała więc odwiedzić rodziców, taka ta Kate poczciwa. Ona akurat ma serce dla rodziny.
Na tym etapie miał już tak odrętwiały język, że ledwie zrozumiałem końcówkę ostatniego zdania, która zabrzmiała trochę jak "oonakuramaserziny", lecz mało się tym przejąłem, ponieważ intuicja, jaka przywiodła mnie w to miejsce, błyskawicznie wyparowała. Wszystko to było jakimś ogromnym i nieprzyjemnym nieporozumieniem. Julia zniknęła już kilka godzin temu, ale nikt jej nie szukał. Jakby tego było mało, ja byłem tutaj, sto kilometrów od domu, kiedy powinienem właśnie rozmawiać z policją, każąc im szukać Swietłany i jej ewentualnych wspólników. Nagle z powrotem ogarnęły mnie niepokój i strach.
Podniosłem się na nogi i wyciągnąłem komórkę. Wybrałem 911 i przyłożyłem aparat do ucha.
Zajęte.
To nie miało najmniejszego sensu. Numer alarmowy nigdy nie może być zajęty. Szyja zesztywniała mi od dziwnego uczucia, trochę jak od pomysłu, którego nie możesz sobie przypomnieć, albo od krzyku dochodzącego gdzieś z oddali, którego natury nie jesteś w stanie stwierdzić.
Coś było nie tak, i to nie tylko w związku z Julią.
- Posłuchaj, Jim... Muszę skorzystać z twojego telefonu.
Stary pokręcił przecząco głową i, zataczając się, wstał.
- Nie będziesz teraz dzwonił. Chcę z tobą porozmawiać.
- To pilna sprawa. Trzeba...
W tym momencie z mojego telefonu dobiegł sygnał otrzymanej wiadomości tekstowej. Spojrzałem natychmiast na ekran, sądząc, że być może jest to esemes od Swietłany, ale wiadomość nie była od niej. Pole nadawcy było puste, nawet bez informacji o tym, że numer jest nieznany. Po prostu puste.
WYJDŹ STAMTĄD, DAVE
Odblokowałem ekran i otworzyłem aplikację wiadomości tekstowych, żeby zobaczyć, kto przysłał tego esemesa, ale tekst, który właśnie otrzymałem, nigdzie nie był widoczny. Ostatnią wiadomością była informacja przysłana przez kolegę ze szpitala kilka godzin temu.
- Co ty mi mówisz o pilnej sprawie, Davidzie? Dla ciebie zawsze pilne sprawy były ważniejsze od twojej rodziny. Zgadza się! Wszystko było ważniejsze dla pana Ważnego Chirurga, otóż to. Kawał chuja jesteś, i tyle!
Na dźwięk obelgi podniosłem głowę i już miałem odpowiedzieć, ale telefon znowu zasygnalizował nadejście wiadomości.
NIE ROZMAWIAJ JUŻ Z NIM.
NIC MU NIE MÓW O JULII
- Jim, jeśli się na chwilę zamkniesz, to ci wyjaśnię.
- Nie waż się mnie uciszać w moim domu! Ona była chora, ty skurwysynu! Cały czas była chora, i to tuż przed twoim nosem. Tuż przed twoim nosem, pierdolony wszystkowiedzący jankesie.
Nie odpowiedziałem. Byłem zbyt oszołomiony tym wszystkim, co działo się wokół mnie, żeby zwracać uwagę na słowa teścia, które - jeśliby się nad tym dobrze zastanowić - stanowiły jedyny sposób, w jaki człowiek taki jak on był w stanie prosić o pomoc. W tym momencie cała nienawiść, cały żal, wszystkie resentymenty, które wyrzucał z siebie i kierował do mnie, nie spotykały się z jakimkolwiek odzewem, przez to wracały do niego po trzykroć mocniejsze.
- Odpowiedz coś, do kurwy nędzy! - krzyknął, unosząc pięść, aby mnie uderzyć. Twarz miał rozpaloną od gniewu i alkoholu.
Wykonałem unik, uchylając się w bok. Zatoczył się, poleciał do przodu i przewrócił stolik ustawiony obok fotela. Taca z butelką whisky i szklankami upadła na podłogę, rozległ się brzęk tłuczonego szkła.
Ponownie rozbrzmiał sygnał informujący o nadejściu esemesa.
WRACAJ DO DOMU, DAVE.
KTOŚ TAM NA CIEBIE CZEKA
Wielkimi susami ruszyłem do drzwi, podczas gdy dziwne przeczucie, które mną owładnęło, przybierało na sile. Cała sytuacja wydawała mi się nierzeczywista, ja zaś nie potrafiłem się zorientować w jej mroku. Tak mi się spieszyło, że przez nieuwagę uderzyłem biodrem w jakiś mebel. Poczułem przejmujący ból w boku i otworzyłem na oścież drzwi wejściowe. Deszcz tymczasem przybrał na sile, tworząc ścianę wody, schodki prowadzące od wejścia stały się śliską pułapką. Ponownie się potknąłem, tym razem upadając na kolana na mokry trawnik.
"Davidzie, całą zręczność, jaką Bóg dał twoim dłoniom, odebrał twoim nogom".
Kiedy w ubłoconych spodniach podnosiłem się do pionu, w głowie dźwięczał mi kryształowy głos Rachel. Nie cierpiałem, kiedy śmiała się z mojej niezdarności. Gdyby ujrzała, jak ubrudzony wsiadam do lexusa, rozdarłaby się w niebogłosy.
Ja zaś oddałbym wszystkie samochody świata, żeby móc jeszcze choć raz usłyszeć, jak się ze mnie śmieje.
- Wracaj tu! - zawołał Jim od drzwi.
Widziałem zaledwie tyle, żeby próbować trafić kluczykiem w zamek w drzwiach samochodu. Przeklęta bateryjka w pilocie szwankowała, wciąż jednak zapominałem ją wymienić. Nagle światło na zewnątrz się zapaliło i zdołałem włożyć kluczyk do zamka. Odwróciłem się z wdzięcznością, ale natychmiast musiałem uchylić głowę, gdyż ujrzałem nadlatującą w moim kierunku butelkę whisky rzuconą przez teścia. Zaimprowizowany pocisk rozbił się na tysiąc odłamków na karoserii samochodu, nieopodal lusterka wstecznego, pozostawiając po sobie paskudne wgniecenie.
W tej właśnie chwili otrzymałem czwartą wiadomość, która sprawiła, że włosy stanęły mi dęba. Wsiadłem do samochodu i włączyłem silnik. Nie tracąc czasu na cofanie aż do drogi, zawróciłem na trawniku. Jim zbiegł po schodach i walnął pięścią w maskę samochodu.
- Uciekaj! Uciekaj! Tylko to potrafisz!
Sylwetka teścia, który wygrażał mi uniesioną w powietrzu kościstą pięścią, utrzymywała się przez kilka sekund w lusterku wstecznym, niemal jednak nie zwróciłem na to uwagi, moje myśli skupiały się bowiem wyłącznie na Julii i na wiadomości, którą właśnie otrzymałem:
ANI SŁOWA POLICJI