Pacjenci - Jürgen Thorwald

Kup ebooka

45.90 zł
37.18 zł (36,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
?

1.

MARVIN MASONEILEEN SAXONBARBARA ROSENTHAL

Doktor Josef L. w kwietniu 1968:

"W listopadzie 1944 i w lutym 1945 roku amerykański chirurg Alfred Blalock operował w Baltimore po raz pierwszy troje dzieci, nazywanych w języku medycznym "błękitnymi dziećmi". Cierpiały one na wrodzoną wadę serca, zwaną w języku naukowym tetralogią Fallota. Rokrocznie tysiące takich dzieci beznadziejnie marniało na oczach rodziców i lekarzy i w końcu umierało. Pierwsze wiadomości o operacjach Blalocka stały się największą sensacją medyczną naszego stulecia. W następnych latach tysiące matek i ojców przylatywało ze swoimi chorymi na serce dziećmi do Baltimore, aby tu szukać wyleczenia. Metoda operacyjna Blalocka została uznana przez lekarzy całego świata i jest nadal stosowana. Obecnie operacja "blue baby" stała się pojęciem, symbolem przekroczenia przez medycynę nowego progu".

MARVIN

Gdy Marvin Mason przyszedł na świat 15 lipca 1938 roku w starym szpitalu św. Jana w Brooklynie, sprawiał wrażenie zdrowego dziecka. Ważył prawie trzy kilo, urodził się ani za wcześnie, ani za późno, miał ciemne włosy jak ojciec, piękne oczy jak matka i krzyczał głośno, jak powinien. Jego ojciec, Lewis M. Mason, utracił właśnie pracę w jednym z urzędów pocztowych w Nowym Jorku i przemierzał dzień w dzień, jak tysiące innych ofiar wielkiego kryzysu gospodarczego, ulice Nowego Jorku w poszukiwaniu kolejnego zajęcia. Nie wiedział, z czego opłaci komorne, lekarza i szpital. Chociaż niskiego wzrostu i delikatnej budowy, był jednak młody, wytrwały, zdrowy i głęboko przeświadczony, że wszystko będzie dobrze.

Wiadomość, że został ojcem i że przybyła mu jeszcze jedna gęba do żywienia, bynajmniej go nie zaniepokoiła. Chciał mieć syna. Wsiadł do najbliższego autobusu jadącego w kierunku szpitala św. Jana, tam objął i ucałował Ruth, swoją młodą żonę, którą dopiero przed rokiem poznał w Atlancie i poślubił. Z zadowoleniem patrzył na swojego syna. Równie szczęśliwy, sprowadził Ruth i Marvina w półtora tygodnia później do mieszkania w starym ponurym domu w Brooklynie.

Lewis M. Mason był szczególnie kochającym ojcem, który nigdy nie wyszedł z domu bez pożegnania się z Marvinem i nigdy po powrocie nie zaniedbał przywitania syna w łóżeczku. Był pewien, że Marvin wyrośnie na niezwykłego chłopca. Ale pewnego wieczoru, gdy wrócił do domu, Ruth zawiadomiła go, że w czasie kąpieli wystąpiła nagle u dziecka sinica warg i palców. Myślał, że Ruth popełniła jakiś błąd. Niestety przekonał się, że nie był to błąd Ruth, ponieważ wargi, rączki i nóżki Marvina siniały nawet wówczas, gdy sam go kąpał lub karmił. Początkowo łudzili się oboje, że stan ten wywołuje wilgotne, upalne powietrze lata, stojące nieruchomo na ulicach Nowego Jorku. Potem zdjął ich lęk i postanowili udać się z dzieckiem do lekarza. Ruth zwróciła się do swojego wuja mieszkającego w Nowym Jorku, który miał przyjaciela pediatrę. Mogli się więc spodziewać, że nie będzie dla nich zbyt drogi. W sierpniu zanieśli dziecko do jego gabinetu, nie przeczuwając nic złego. Mimo to pełni niepokoju przyglądali się badaniu Marvina przez lekarza. Ten odłożył wreszcie stetoskop i powiedział:

- Możecie zawinąć już dziecko... - Potem dodał: - Bardzo mi przykro, ale chłopiec ma wrodzoną wadę serca... Powinniście być przygotowani na to, że pożyje niedługo, być może jeszcze pół roku.

Lewis i Ruth Masonowie odruchowo stanęli przy Marvinie, jakby chcieli go ochronić przed kimś, kto chce go im zabrać. Lewis powiedział:

- To niemożliwe. Nikt w naszej rodzinie nie ma słabego serca. Niech pan jeszcze raz zbada chłopca. Niech go pan jeszcze raz zobaczy...

Jednakże lekarz potrząsnął głową.

- Nic innego nie stwierdzę - oświadczył - i nic więcej dla niego zrobić nie mogę. Nikt dla niego nie może nic zrobić. To zrządzenie losu, z którym trzeba się pogodzić...

- Niechże go pan jeszcze raz zbada - poprosił Lewis, a brzmiało to jak ostatnia propozycja zawarcia pokoju. Nawet w czasach kryzysu gospodarczego i pogoni za pracą był człowiekiem, który wierzył, że nie istnieje na świecie nic takiego, przed czym nie można by się obronić, a nawet czego nie można by zmienić. Gdy lekarz przecząco kręcił głową, wstrząs, jakiego doznał na myśl, że Marvin jest śmiertelnie chory, przeobraził się w prawdziwą wrogość do człowieka, który pozwala dziecku umrzeć bez żadnej próby ratunku. Wziął chłopca na ręce i wybiegł razem z Ruth.

Uspokoili się dopiero po powrocie do domu. Zastanawiali się, czy nie zwrócić się do innego lekarza. Ale gdzieś w głębi duszy czuli oboje lęk, że inny lekarz potwierdzi to, co niedawno usłyszeli. Postanowili po prostu zignorować diagnozę i pielęgnować Marvina tak troskliwie, jak tylko dziecko może być pielęgnowane. Lewis, znalazłszy pracę, kupił w najbliższej aptece najlepszy i najnowszy środek wzmacniający dla dzieci. Codziennie oczekiwali, że Marvin przybierze na wadze, i wreszcie w grudniu jego mała, ciemna główka z wielkimi, zalęknionymi oczami po raz pierwszy nie przechylała się już na boki, ale trzymała prosto, bez podpierania przez Ruth. Było to wielkie święto dla nich obojga.

Gdy jednak zaczęła się burzliwa, mroźna i wilgotna zima nowojorska 1938-1939, całe ciało Marvina posiniało. Sinica nie znikała nawet wtedy, gdy leżał spokojnie w łóżeczku. Jeśli płakał lub krzyczał, zabarwienie skóry stawało się ciemnoniebieskie. W tym czasie Lewis dowiedział się, że ojciec Ruth przez całe życie cierpiał na jakiś "szmer serca". Dwoje z czworga rodzeństwa Ruth, brat i siostra, urodziło się z sercami nie po lewej stronie klatki piersiowej, lecz po prawej. Ale nie czuli się nigdy chorzy, a ich ciała nigdy w życiu nie zabarwiły się na niebiesko.

Marvin musiał więc cierpieć na inną chorobę. Wiosną Lewis znalazł w jakiejś gazecie artykuł pod tytułem Błękitne dzieci. Artykuł omawiał bardzo skomplikowaną chorobę, którą niełatwo było zrozumieć. Jego autor zadał sobie najpierw wiele trudu, aby wyjaśnić, jak w ogóle funkcjonuje serce ludzkie, a więc także dziecięce. Przedstawił je jako umieszczoną w klatce piersiowej, starannie skonstruowaną pompę, która tłoczy krew przez cały układ "kanałów". "Kanały", rozchodzące się od serca po całym ciele, nazywają się tętnicami, a naczynia zbierające krew z całego ciała i odprowadzające ją do serca - żyłami. Krew, przepływając przez tętnice, dostarcza tlen do wszystkich części ciała i wszystkich komórek, od mózgu począwszy aż po palce u nóg. Jest to niezbędne, aby utrzymać organizm przy życiu. Równocześnie krew zabiera z komórek dwutlenek węgla. Można by powiedzieć, że krew wymienia go na tlen. Krew bogata w tlen jest jasnoczerwona, gdy natomiast nie zawiera tlenu i wraca do serca obładowana dwutlenkiem węgla, staje się purpurowa lub nawet ciemnoniebieska. Autor pisał dalej, że serce tłoczy krew nie tylko przez ciało, ale również, powracającą do serca, przez płuca, gdzie oddaje ona dwutlenek węgla i zaopatruje się w świeży tlen, który zabiera znowu w dalszą drogę do ustroju. W czasie wdechu płuca wciągają tlen wraz z powietrzem i oddają go następnie krwi, a przy wydechu usuwają dwutlenek węgla na zewnątrz.

Przy odrobinie uwagi można było ten system zupełnie dobrze zrozumieć. Również to, co artykuł mówił o samym sercu, było przekonywające. Wyjaśniał on, że serce ma dwie komory i dwa przedsionki. Autor zaczął od pierwszego z nich, znajdującego się na prawo u góry. Do niego wchodzą dwie grube żyły, doprowadzające z całego ciała niebieską, zawierającą dwutlenek węgla krew. Z prawego przedsionka krew przepływa do prawej komory przez zastawkę składającą się z trzech płatków, która dlatego nosi trudną do wymówienia nazwę tricuspidalis (zastawka trójdzielna). Ściany komory zbudowane są z mięśni, które kurcząc się, wyciskają krew. W ten sposób prawa komora tłoczy krew przez drugą zastawkę, której nazwę - zastawka tętnicy płucnej - czyta się już bez trudności, do tętnicy prowadzącej do płuc. W ten sposób niebieska krew dociera do płuc i wypływa z nich na nowo jasnoczerwona, zaopatrzona w tlen. Następnie przez dwie żyły zwane płucnymi ponownie dociera do serca. Żyły te uchodzą do lewego przedsionka, a z niego przez trzecią już zastawkę, zwaną dwudzielną (mitralną), krew dostaje się do lewej komory. Komora ta ma ściany najsilniej umięśnione, ponieważ jej zadaniem jest tłoczenie krwi do całego organizmu. Przy tym tłoczy ona tę krew przez czwartą zastawkę, zwaną aortalną, do najgrubszej tętnicy ciała - tętnicy głównej (aorty). Od niej odchodzi wiele tętnic głównych i bocznych do poszczególnych części organizmu.

Autor artykułu znał nieco ten temat, ale zaplątał się, gdy usiłował wyjaśnić, w czym tkwi istota choroby "błękitnych dzieci". Musiał więc opisać pewną liczbę zaburzeń rozwojowych, w których serce "błękitnego dziecka" jest już od urodzenia obarczone wadą. Jedna z tych wad polega na większych lub mniejszych ubytkach w przegrodzie rozdzielającej obie komory. Jeśli wierzyć autorowi artykułu, to nikt nie wie, dlaczego te ubytki występują tylko u niektórych dzieci. W każdym razie krew niebieska, uboga w tlen, przepływa przez te otwory z prawej komory serca do lewej, która powinna zawierać właściwie tylko krew czerwoną, nasyconą tlenem otrzymanym z płuc. Czerwona i niebieska krew mieszają się i zamiast krwi utlenionej serce "błękitnego dziecka" tłoczy krew mieszaną. Organizm takiego dziecka nigdy nie otrzymuje krwi zawierającej tyle tlenu, ile go potrzebuje. Druga wada polega na tym, że zastawka serca, przez którą prawa komora tłoczy ubogą w tlen niebieską krew do tętnicy płucnej i dalej do płuc, jest za wąska. Wskutek tego do płuc dociera za mało krwi. Lewa komora tłoczy więc nie tylko krew zmieszaną i niewystarczająco nasyconą tlenem. Otrzymuje ona zarazem z płuc zbyt mało krwi czerwonej.

Artykuł podawał dalej, że istnieje jeszcze wiele innych wad i że lekarze dopiero zaczęli badania nad wszystkimi postaciami choroby "błękitnych dzieci". Opis tych dwóch najważniejszych postaci wystarczył jednak Lewisowi do wyrobienia sobie poglądu na to, czego brakowało Marvinowi: krew Marvina otrzymywała za mało tlenu, a to wyjaśniało, dlaczego nie był tak różowy jak inne dzieci. Artykuł kończył się stwierdzeniem, że wiele "błękitnych dzieci" umiera już kilka miesięcy po urodzeniu. Niektóre żyją dłużej, ale gdy podrastają, każdy wysiłek męczy je i zabarwia na niebiesko wargi, ręce i stopy, a nawet całe ciało. Wszystkie umierają ostatecznie na niewydolność serca lub wskutek jego infekcji. Tylko nieliczne dzieci osiągają wiek piętnastu, najwyżej dwudziestu lat, a szczególnie tragiczne jest to, że wśród nich jest tak wiele dzieci pięknych i mądrych.

Ściśle biorąc, było to ponure sprawozdanie bez widoków i nadziei. Jednakże umysł Lewisa Masona nie dopuszczał do siebie całej tej beznadziejnej, okropnej perspektywy. Dla twardego, upartego człowieka, jakim był, artykuł zawierał raczej nadzieję. Jeżeli "błękitne dzieci" mogą dożywać piętnastu czy nawet dwudziestu lat, to dlaczego Marvin nie mógłby należeć do tych żyjących tak długo? A do tego czasu lekarze mogą przecież znaleźć jakiś sposób usunięcia wady. Lewis przeniósł swoją wiarę na Ruth. Gdy spoglądali w duże ciemne oczy w zbyt małej twarzyczce Marvina, zgadzali się oboje, że i on był ładnym i mądrym dzieckiem, i że należy uczynić wszystko, aby go dalej ochraniać i pielęgnować, a poza tym zważać, by nie uszła ich uwagi żadna wiadomość, która pewnego dnia mogłaby przynieść Marvinowi jakiś nowy lek lub inną możliwość ratunku.

W marcu 1939 roku, gdy Marvin ważył prawie dziesięć kilo i powoli nauczył się prosto siedzieć, Ruth otrzymała list od swojej matki z Baltimore, która doniosła jej, że w Harriet Lane Home for Children na Uniwersytecie im. Johnsa Hopkinsa pracuje lekarka o nazwisku Taussig. Zdaniem matki, doktor Taussig zna się lepiej na "błękitnych dzieciach" niż wszyscy inni lekarze w całej Ameryce. Lewis i Ruth nie zastanawiali się długo. Ponieważ Lewis znalazł właśnie pracę w Nowym Jorku i nie chciał jej utracić, Ruth zawinęła chłopca w ciepłą kołderkę i wsiadła z nim do autobusu pośpiesznego, który jechał do odległego o trzysta kilometrów Baltimore w stanie Maryland.

Ze wspomnień ówczesnej pielęgniarki w Harriet Lane Home for Children w Baltimore:

"Był koniec marca lub początek kwietnia 1939 roku, gdy zobaczyłam po raz pierwszy w poliklinice Marvina Masona i jego matkę. Nikt wówczas nie wiedział, jaką rolę odegra Marvin kilka lat później. Mimo to zapamiętałam go, ponieważ miał takie śliczne ciemne oczy, a jego matka sprawiała wrażenie, że dla syna przejdzie nawet przez piekło [...].

Może wiecie, że Harriet Lane Home nie było przytułkiem, ale kliniką dziecięcą Johns Hopkins Medical School, mającą 113 łóżek i poliklinikę, do której już wtedy codziennie przychodziły z dziećmi na badania niezliczone rzesze rodziców - nawet sześćdziesiąt tysięcy rocznie. Budynek kliniki był stary, zbudowany w roku 1912. Naszą poliklinikę, pracującą od wczesnego ranka do późnego wieczora, a nawet do północy, nazywaliśmy "kopalnią" lub "morą wężową". Ciężki kryzys gospodarczy jeszcze nie minął. Matki i ojcowie, którzy przyprowadzali swoje dzieci, tłoczyli się rano na krzesłach i ławkach w poczekalni i tkwili tam niekiedy cały dzień, aż nadeszła ich kolej. Wiele osób nie mogło zapłacić za leczenie więcej niż trzydzieści centów, inni nie płacili w ogóle nic, a wszyscy wiedzieli, że nie pozostało im nic innego, jak uzbroić się w cierpliwość. Mniej więcej od roku 1937 mówiło się wokoło, że doktor Helen Taussig, która w roku 1930 objęła klinikę kardiologiczną, interesuje się szczególnie dziećmi z wrodzonymi wadami serca. Miała wtedy około trzydziestu dziewięciu lat, była niezamężna. Niektórzy koledzy uważali ją za sufrażystkę i zimną, świadomą celu przedstawicielkę Nowej Anglii. Ojciec jej był profesorem ekonomii na Uniwersytecie Harvarda, a ona studiowała medycynę w owym czasie, gdy Harvard nie dopuszczał do studiów kobiet. Anatomii uczyła się na niechętnie odnoszącym się do kobiet uniwersytecie w Bostonie. Doktor Begg, anatom, rzucił jej tam pewnego razu serce bydlęce, mówiąc, że nie zaszkodziłoby, gdyby się tym sercem dokładnie zajęła. Tak się zaczęła jej kariera specjalistki chorób serca. Zjawiła się u nas, w Johns Hopkins Medical School, ponieważ tutaj pozwalano na pracę kobietom. Zajmowała się tylko pediatrią, gdyż z interną coś jej nie wyszło, i początkowo nie interesowała się w ogóle wrodzonymi wadami serca. Tak się przynajmniej wydawało. Ale gdy już wyznaczyła sobie jakiś cel, nie odstępowała od niego, tak jak na przekór Harvardowi została lekarką.

W porównaniu z dniem dzisiejszym o chorobach serca wiedziano wtedy bardzo niewiele. Oprócz słuchawek, aparatu rentgenowskiego i dość jeszcze prymitywnego elektrokardiografu na oddziale kardiologicznym nie było nic więcej do prowadzenia badań naukowych. Mimo to doktor Taussig od roku 1934 natrafiała stale przy badaniu wielu dzieci na takie same objawy chorobowe. Do tych, które wzbudziły jej szczególne zainteresowanie, należały przypadki "błękitnych dzieci". Wprawdzie jakiś Francuz, chyba Fallot, opisał już tę chorobę, ale mimo wszystko niewiele o niej wiedziano. Około 1938 roku zaczęło przybywać coraz więcej "błękitnych dzieci" i w klinice kardiologicznej witano każde z nich jako nowy obiekt studiów, na którym można się było nauczyć czegoś nowego.

Sądzę, że doktor Taussig już wtedy miała jakieś wyobrażenie o tym, jak można by pomóc tym biedactwom. Jasne było, że lekami nie da się wiele osiągnąć i te wady serca należy w jakiś sposób "naprawiać". Gdyby jednak wtedy ktoś przewidywał, że za dwadzieścia lat będzie się operować żywe serca i wykonywać operacje na otwartym sercu, nazwano by go niebezpiecznym wariatem. Sama doktor Taussig nie miała także nadmiaru wyobraźni, aby ulec takim snom. Jednakże obserwując niektóre "błękitne dzieci", dokonała ciekawego spostrzeżenia. Wiecie zapewne, że oprócz tak zwanej choroby "błękitnych dzieci" istnieje pewna liczba innych wad serca. Jedną z nich określano mianem "przetrwały (drożny) przewód tętniczy Botalla" - ductus arteriosus apertus lub ductus arteriosus Botalli apertus. Ductus jest to małe naczynie łączące tętnicę płucną z tętnicą główną, występujące tylko u noworodków, którego światło ulega samoistnie zamknięciu do końca drugiego miesiąca życia, ponieważ staje się już nieużyteczne. Jak wiadomo, matka zaopatruje swoje dziecko przed porodem bezpośrednio w krew zawierającą tlen. Dziecko zaczyna oddychać płucami dopiero po porodzie. Dlatego w łonie matki jego płuca nie są jeszcze zaopatrzone w krew. Zadaniem ductus arteriosus jest więc zapobieganie powstaniu ukrwotocznienia płuc, a następuje to przez skierowanie krwi z tętnicy płucnej, zanim osiągnie ona płuca, bezpośrednio przez tętnicę główną do organizmu. Zdarza się, że u niektórych dzieci ductus się nie zamknie, jak przewiduje natura, pozostaje otwarty. Coś takiego zdarza się niekiedy także u "błękitnych dzieci" - by tak rzec - jako dodatek do wady serca, którą i tak już mają. W takim razie należałoby przypuszczać, że stan tych dzieci jeszcze się pogorszy. Doświadczenie wykazuje jednak, że jest przeciwnie. Dzieciom tym powodzi się lepiej niż innym, a pani Taussig poznała również przyczynę tej paradoksalnej sytuacji.

Przez otwarte połączenie część ubogiej w tlen krwi mieszanej, którą lewa komora serca sinicznych dzieci tłoczy do tętnicy głównej, przepływa mianowicie z powrotem do płuc i tam uzyskuje jeszcze raz szansę pobrania tlenu. Ten końcowy wniosek doktor Taussig był nieco uproszczony. Przyjęła ona, że "błękitnym dzieciom" można by w znacznym stopniu pomóc, wytwarzając sztuczne połączenie między ich tętnicą główną a tętnicą płucną. Oczywiście nie miała jeszcze wtedy pojęcia, jak należało wykonać takie połączenie lub jaki chirurg byłby gotów zaryzykować taką przygodę. Wszystko to było snem przyszłości, toteż doktor Taussig, jej asystenci i studenci poprzestawali na obserwacji jak największej liczby dzieci sinicznych i rejestrowaniu uzyskanych wyników badań.

Matki, które przychodziły do nas ze swoimi dziećmi, nawet się nie domyślały, że nie mogą liczyć u nas na wyleczenie i że ich dzieci stanowią dopiero przedmiot studiów do ewentualnych przyszłych rozwiązań. Gdy Ruth Mason przyszła po raz pierwszy do kliniki, również się spodziewała, że pani doktor Taussig pomoże jej synkowi".

25 marca Ruth Mason wniosła Marvina po sześciu stopniach do niezbyt przyjemnego pięciopiętrowego budynku Harriet Lane. Skierowano ją do dużego pokoju o gołych ścianach, z łóżkami i stołami do badań, pooddzielanymi od siebie zasłonami. Stały tam także krzesła i ławki, na których rodzice oczekiwali ze swoimi dziećmi, aż siostra zza pulpitu wezwie ich na badania.

Ruth mogła za badania zapłacić co najwyżej półtora dolara, nie mogła zatem wiele się spodziewać i wypadało jej jedynie cierpliwie czekać. Wśród krzyku innych dzieci rozebrała Marvina do badania i owinęła w kołderkę, aby się nie przeziębił. Czekała godzinę za godziną, aż wreszcie wywołano jej nazwisko. Zaniosła dziecko za jedną z zasłon, ale nie stanęła przed panią Taussig, o której doniosła jej matka, lecz przed młodym lekarzem. Ten osłuchał Marvina, a po nim inni młodzi lekarze i studenci przystawiali stetoskopy do jego piersi, aż zaczął ze strachu krzyczeć, siniejąc coraz bardziej. Ale to przeraziło tylko Ruth, a nie lekarzy. Potrzebowali bowiem tego niebieskiego zabarwienia, aby wyciągnąć wnioski. Ostatecznie powiedziano jej, aby przyszła ponownie któregoś dnia w kwietniu. O tym, co ci młodzi ludzie stwierdzili i czy będą mogli pomóc Marvinowi, nie dowiedziała się jednak.

Odtąd droga z Garrison Road 3314, gdzie mieszkała siostra Ruth z dziećmi i jej matka, do kamiennego bloku Johns Hopkins Hospital stała się odyseją nadziei, oczekiwania i rozczarowań. Trwało to do 24 kwietnia, kiedy ponownie wezwano Ruth i jedna z sióstr powiedziała jej, że doktor Taussig sama zbada Marvina. Ruth wpadła w podniecenie, gdyż oczekiwała, że otrzyma wreszcie odpowiedź na dręczące ją pytanie, czy istnieje ratunek dla dziecka.

Doktor Helen Taussig była kobietą szczupłą, o wysportowanej sylwetce. Włosy miała uczesane w przedziałek i okulary bez oprawy. Na Ruth Mason sprawiła wrażenie osoby starszej. Lekarka ta jednak umiała postępować z dziećmi, rozumiała również, że matki boją się o nie i nie chcą w czasie badania pozostawiać same. Pozwolono więc Ruth trzymać i pocieszać syna, gdy krzyczał i rzęził, a ona nabrała zaufania i była pewna, że znalazła miejsce, w którym coś się dla Marvina uczyni.

Ale nieco później wszelka nadzieja została rozwiana.

Ruth Mason wspomina:

"Powiedziała mi, że powinnam postarać się jak najszybciej o drugie dziecko. A co przez to rozumiała, stało się dla mnie natychmiast jasne. Po prostu nie spodziewała się, że Marvin będzie żył jeszcze choćby rok, i myślała, iż jego śmierci nie odczulibyśmy tak ciężko, gdybyśmy mieli jeszcze jedno dziecko [...]. Wysłuchałam tylko połowy z tego, co mówiła [...]. Powiedziała też, że uważa za słuszne, abym Marvina przynosiła co cztery tygodnie do Harriet Lane. Chciała go w dalszym ciągu obserwować [...]. Dopiero gdy byłam na dworze, pomyślałam, że pierwszy lekarz przepowiadał Marvinowi tylko sześć miesięcy życia, a doktor Taussig, chociaż już dawno minęło sześć miesięcy, dawała mu jeszcze rok. Było więc oczywiste, że oni wszyscy nic pewnego nie wiedzą [...]. My po prostu nie pozwolimy Marvinowi umrzeć. Gdy się jest młodym, jak my wówczas, barki są jeszcze szerokie i mogą wiele unieść".

Po kilku tygodniach przybył do Baltimore również Lewis, gdyż znów utracił pracę w Nowym Jorku. Oczekiwali więc wspólnie w Harriet Lane, bali się bowiem, że przeoczą jakąś szansę.

Lewis M. Mason wspomina:

"Nie ma nic straszniejszego od wiecznego oczekiwania... Pewnego razu zatrzymano Marvina w szpitalu na kilka dni dla obserwacji i Ruth chodziła tam codziennie z butelkami mleka. Zawsze czekała wiele godzin i nigdy nie była pewna, czy nie wykryto czegoś nowego. Pewnego dnia, gdy oboje znowu przesiedzieliśmy całe godziny, czułem, że dłużej tego nie zniosę. Kilku asystentów stało wokół pulpitu i dowcipkowało z siostrami, podczas gdy nam kazano czekać. Powiedziałem do Ruth: "Ubierz dziecko, idziemy!". Jedna z sióstr pobiegła za nami, a parę dni później odwiedził nas ktoś w domu i powiedział, że oni życzą sobie, abyśmy znowu przyszli. Poszliśmy więc jeszcze raz, i tak było lepiej".

Gdy nadeszła jesień 1939 roku, stracili ostatnią nadzieję, że w Harriet Lane będą mogli coś jeszcze zrobić dla Marvina. Chłopiec nieco urósł, ale gdy próbował raczkować lub wyprostować się, natychmiast brakowało mu powietrza. Lewis Mason znalazł pracę w jakimś urzędzie marynarki w Nowym Jorku, gdzie nagle otworzyły się możliwości zatrudnienia. Zapowiadała się wojna. Masonowie zdecydowali się więc wrócić do Nowego Jorku. W miesiącach zimowych czuwali na zmianę, ażeby Marvin się nie odkrył i nie przeziębił, czego jego serce mogło nie wytrzymać. Pewnego razu musieli jednak wezwać lekarza, który powiedział im, że w Nowym Jorku Marvin z pewnością będzie musiał umrzeć. Naturalnie mogliby go jeszcze przez pewien czas utrzymać przy życiu, gdyby zdecydowali się przenieść do słonecznej Kalifornii. Nie zastanawiali się długo. Lewis Mason porzucił pracę i wykupił bilet na autobus Greyhound, którym mógł się najtańszym kosztem dostać na zachód. Po wielu dniach i nocach przybył do Long Beach, koło Los Angeles, i natychmiast rozpoczął poszukiwania nowej pracy. Ruth spakowała swój dobytek i wszystko, czego potrzebowała dla dziecka w czasie podróży. Matka jej lękała się, czy aby Marvin wytrzyma tak długą podróż, ale Ruth opanowana była tylko jedną myślą - że słońce mu pomoże, toteż nic już nie mogło jej powstrzymać.

Ruth Mason wspomina:

"W Kalifornii znaleźliśmy krewnych. Gdy po raz pierwszy zobaczyli Marvina, powiedzieli, że powinniśmy go oddać do żłobka. Tam moglibyśmy go widywać raz w tygodniu i nie mielibyśmy z nim tyle kłopotu. Przekonywali nas tak długo, aż odwiedziliśmy wreszcie żłobek dla chorych dzieci. Ale ujrzawszy, jak tam jest, natychmiast zrezygnowaliśmy i przysięgliśmy sobie, że nie pozostawimy tam Marvina nawet na jeden dzień. Nikt prócz nas nie wiedział, jakim cudownym był chłopcem. Naturalnie coraz częściej siniał i bardzo powoli uczył się chodzić. Był jednak dzielny i próbował zawsze od nowa. Ale gdy przeszedł parę kroków, był tak strasznie wyczerpany, że kucał na podłodze i z trudem chwytał powietrze. Był jednak mądry i mówił pięknym głosem. Lewis i ja nie spaliśmy nigdy o tej samej porze, jedno z nas zawsze czuwało, na wypadek gdyby coś się zdarzyło Marvinowi. Kazałam zrobić mały czerwony wózek, w którym mógł siedzieć. Ciągnęłam go za sobą, dokądkolwiek szłam. Gdy siedział w wózku, nikt nie spostrzegał, że nie jest normalnym dzieckiem. Widziano tylko jego ciemne włosy, ogromne oczy, ładną buzię, a zapominano o sinych wargach. Tak więc przeżył z nami nie tylko jeszcze jeden rok, jak to powiedziała doktor Taussig, ale lata 1941, 1942, 1943 i 1944 - wszystkie w Kalifornii.

Około 17 września lub października roku 1944 Lewis został powołany do wojska. Wysłano go do Camp Roberts i nie mogliśmy być razem z nim. Postanowiliśmy więc, że pojadę z Marvinem do Baltimore, do domu na Garrison Road, gdzie mieszkała moja matka, abym nie była sama z dzieckiem. Przybyliśmy do Baltimore późną jesienią i oczywiście nie miałam pojęcia, co się tymczasem wydarzyło w Harriet Lane Home i w Johns Hopkins Hospital".

Notatki jednego z ówczesnych lekarzy asystentów Johns Hopkins Hospital:

"Wydaje mi się, że rozstrzygający moment przypadł na koniec listopada 1942 roku. Szef oddziału chirurgicznego, doktor Alfred Blalock, był wtedy jeszcze stosunkowo mało znany. Gdy sprowadzono go w roku 1941 do Baltimore, niektórzy sprzeciwiali się powołaniu go na to stanowisko, nie wydawał się im bowiem odpowiednim kandydatem wobec wielkich tradycji medycznych Johns Hopkins. Był to nierzucający się w oczy, niskiego wzrostu, szczupły czterdziestodwuletni mężczyzna, który miał już za sobą całą kolekcję chorób. Od czasu usunięcia lewej nerki cierpiał stale na krwawienia z pęcherza moczowego. Przebył gruźlicę płuc, a dopiero co, w roku 1938, usunięto mu pęcherzyk żółciowy wraz z całą masą kamieni. To potęgowało w niektórych ludziach z Hopkins wrażenie, że fizycznie nie nadaje się do objęcia tak ważnego stanowiska.

Pochodził ze stanu Georgia. Jego ojciec, chociaż nie był lekarzem, przeznaczył go do zawodu lekarskiego i w roku 1922 wysłał na Uniwersytet im. Johnsa Hopkinsa, gdyż sam tam był pacjentem i został wyleczony. W dalszej karierze Blalock nie miał zbyt wiele szczęścia w Baltimore. Przeniósł się na uniwersytet w Nashville i tam prowadził studia laboratoryjne nad wstrząsem operacyjnym. Któż by przypuszczał, że w kilka lat później bardziej rozsławi Johns Hopkins niż wielu jego poprzedników?

W listopadzie roku 1942 sprawa przedstawiała się już inaczej. Przeciwnicy nauczyli się, że należy go traktować poważnie, i to nie tylko dlatego, że jego leczenie wstrząsu operacyjnego za pomocą plazmy uratowało życie dziesiątkom tysięcy amerykańskich żołnierzy. Był on ponadto mimo swoich cielesnych ułomności opanowanym, czasem niecierpliwym lub szorstkim, ale zawsze znakomitym chirurgiem. W przypadkach kiedy natrafiał na trudności, pomagał mu Vivien Thomas, jak gdyby jego alter ego, którego zabrał ze sobą z Nashville. Obaj stanowili najniezwyklejszy tandem, jaki istniał kiedykolwiek w nowoczesnej chirurgii. Blalock odkrył młodego Viviena w szkole dla czarnoskórych w Nashville. Jakkolwiek Vivien nigdy nie studiował medycyny, to jednak był najgenialniejszym chirurgicznym eksperymentatorem, jakiego można sobie było wyobrazić. Dokonywał nie tylko większości doświadczeń na zwierzętach w laboratoriach Blalocka, ale także w sali operacyjnej był stale u jego boku. Blalock nie widział w tym nic dziwnego, gdy go pytał: "Czy tak będzie dobrze, Vivien?".

W Nashville Blalock zainteresował się przede wszystkim chirurgią klatki piersiowej, jak to wówczas nazywano. Gdy w roku 1938 rozeszła się wieść, że w Bostonie doktor Robert Edward Gross dokonał jako pierwszy udanego chirurgicznego zamknięcia niezarośniętego przewodu tętniczego u dziewczynki liczącej siedem i pół roku, Blalock także podjął się przeprowadzenia takiej operacji. W chwili przybycia do Baltimore należał do niewielkiej grupy chirurgów amerykańskich, którzy zabieg ten przeprowadzili wielokrotnie z pozytywnym skutkiem, pracując przy tym w bezpośredniej bliskości serca.

Pod koniec listopada roku 1942 dokonał on pierwszego zamknięcia niezarośniętego przewodu tętniczego w Johns Hopkins. W sali operacyjnej zgromadzili się prawie wszyscy, którzy coś znaczyli, a wśród nich także doktor Helen Taussig z Harriet Lane Home for Children. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, jak długo zajmowała się ona ideą stworzenia sztucznego połączenia między tętnicą główną a tętnicą płucną, aby swoim siniczym dzieciom dopomóc w uzyskaniu większej ilości tlenu. Nie wiedzieliśmy także, że nawiązała już kiedyś kontakt z doktorem Grossem z Bostonu. Powiedziała mu, że skoro zamknął ductus arteriosus, to prawdopodobnie mógłby także stworzyć sztuczny ductus arteriosus. Gross odrzucił jednak tę propozycję, ponieważ wytworzenie takiego połączenia wydawało mu się zbyt niebezpieczne - w każdym razie u małych dzieci, których naczynia krwionośne są niezmiernie słabe, cienkie i łatwo ulegają uszkodzeniu.

Teraz, gdy Blalock przed całym audytorium rewelacyjnie wykonał operację zamknięcia przewodu tętniczego, podeszła do niego Helen Taussig, jak to było w jej zwyczaju, i powiedziała: "Pracował pan znakomicie i dzień dzisiejszy jest wielkim dniem. Ale jeszcze większy byłby dzień, w którym pan, zamiast przerwania takiego przewodu, wszczepiłby taki sam jednemu z moich dzieci".

Na ogół Blalock reagował na takie inspiracje niezbyt przyjaźnie. Dysponował znacznym zasobem południowej uprzejmości, ale miał również diabelski temperament. W tym momencie wydawał się jednak zaskoczony, ale zaraz powiedział: "No tak, gdyby taki dzień nadszedł, wtedy to, co zrobiłem teraz, byłoby istotnie drobnostką".

Wydawało się, że na tym skończyła się cała sprawa. Ale były to tylko pozory. Blalock bowiem nie zapomniał krótkiej wymiany zdań z doktor Taussig. W czasie wielu doświadczeń, które przeprowadzał z Vivienem Thomasem przy studiach nad wstrząsem operacyjnym w Nashville, dokonywał również prób wytworzenia u zwierząt w sposób sztuczny nadciśnienia w krążeniu płucnym. W tym celu Vivien Thomas przecinał zwierzętom lewą lub prawą tętnicę podobojczykową i końce wszywał bądź do lewej, bądź do prawej gałęzi tętnicy płucnej.

Powinienem chyba bliżej wyjaśnić to postępowanie. Tętnica główna po opuszczeniu lewej komory serca zatacza duży łuk. Od tego łuku odchodzą liczne dalsze tętnice dostarczające krew do obszaru lewej ręki, głowy i prawej ręki. Mamy tu do czynienia - począwszy od strony prawej - najpierw z arteria innominata, czyli pniem ramienno-głowowym, który nieco wyżej dzieli się na dwie gałęzie. Jedna z tych gałęzi, zwana także prawą tętnicą podobojczykową (arteria subclavia), biegnie w kierunku prawego barku i prawej ręki. Druga gałąź, prawa arteria carotis, czyli tętnica szyjna, kieruje krew do głowy i mózgu. Następne odgałęzienie nosi nazwę lewej arteria carotis i zaopatruje również głowę w krew. Dalszą tętnicą jest lewa arteria subclavia (lewa tętnica podobojczykowa), zaopatrująca w krew okolicę lewej ręki.

Blalock i Thomas w swoich usiłowaniach tłoczenia zwiększonej ilości krwi do płuc i wytworzenia przez to nadciśnienia nigdy nie odważyli się dokonać bezpośredniego zespolenia między tętnicą główną i obu gałęziami tętnicy płucnej, dostarczającymi krew do lewego i prawego płuca. Tętnica główna i płucna leżą wprawdzie tuż obok siebie, ale myśl, aby otworzyć aortę, wydawała się zuchwała i niewykonalna. Spodziewali się, że osiągną taki sam skutek, gdy jedno z odgałęzień tętnicy głównej połączy się z tętnicą płucną. Gdy Vivien Thomas wykazał, że można na przykład przeciąć tętnicę podobojczykową bez szkody dla zaopatrzenia w krew przynależnego obszaru ręki, otworzyło to drogę do odpowiednich doświadczeń. Istnieje mianowicie wiele małych tętnic obocznych, które przejmują rolę dostarczania potrzebnej krwi do danego obszaru. Thomas przecinał więc psu lewą lub prawą tętnicę podobojczykową i kikut jej zaginał ku dołowi, aż płaszczyzna przecięcia dotykała lewej lub prawej tętnicy płucnej. Potem w wycięty w tętnicy płucnej otwór wszywał tętnicę podobojczykową. Przepływ krwi przez płuca natychmiast się zwiększał.

Teraz, w listopadzie roku 1942, po zaskakująco krótkiej rozmowie z Helen Taussig Blalock przypomniał sobie badania w Nashville. Omówił to z Thomasem. Ten przeczuwał, że wcale nie będzie konieczne wytwarzanie bezpośredniego, ale niebezpiecznego połączenia między tętnicą główną a tętnicą płucną, jak to sobie doktor Taussig wyobrażała. Był przekonany, że taki sam efekt osiągnie, gdy jedną z odchodzących od łuku aorty tętnic zespoli z tętnicą płucną, jak to czynił w Nashville. W grudniu 1942 rozpoczął nową serię badań na psach. W roku 1943 wykonał dwieście zespoleń, a w 1944 dalszych sto. Najpierw powodował u zwierząt takie same wady serca, jakie występują w obrazie chorobowym "błękitnych dzieci", wytwarzał więc psie "błękitne dzieci". Gdy mu się to udało, przeszedł do zespolenia tętnicy płucnej z podobojczykową. Na początku roku 1944, pewny już swojej sprawy, pozwolił mi raz lub dwa razy przyglądać się. Aż trudno było uwierzyć, jak zmieniał się stan psa z sinicą o charakterze "blue baby", gdy tylko udało się wytworzyć nowe połączenie naczyniowe. Wynędzniałe dotychczas zwierzę ożywiało się nagle, wstawało, zaczynało się bawić i biegać. Nie mogło być bardziej jednoznacznego dowodu, że jego zaopatrzenie w tlen, chociaż nie stało się jeszcze normalne, jednak ogromnie się poprawiło. Nie usunięto wprawdzie samych wad serca, otworów w przegrodzie międzykomorowej czy zwężenia ujścia tętnicy płucnej. Samego serca nie tknięto. Któż by się wtedy na to odważył! Wystarczyło "zespolenie", aby ponownie umożliwić zwierzęciu doświadczalnemu prawie normalną egzystencję.

Jednakże Blalock, mówiąc ogólnie, był zbyt ostrożnym człowiekiem, aby zadowolić się tymi osiągnięciami. Gdy rozmyślał o "błękitnych dzieciach" z ich ciężkimi zaburzeniami dotyczącymi zaopatrzenia w tlen, lękał się, że mogą nawet nie przeżyć narkozy, która przecież była niezbędna, aby móc dokonać przełożenia naczyń i ich zespolenia. Nie mniejszy niepokój budziła w nim i inna sprawa. Aby dokonać zespolenia tętnicy podobojczykowej z tętnicą płucną, należało na obie założyć zaciski i w ten sposób przerwać przepływ krwi. Gdyby nawet szwy łączące założyć bardzo szybko, to jednak podwiązanie trwa pewien czas. Blalock nie miał pewności, czy "błękitne dzieci" wytrzymają przerwanie krążenia, zwłaszcza w jednej z tętnic płucnych.

W miesiącach letnich i jesiennych roku 1944 Thomas rozpoczął nowe doświadczenia na zwierzętach. Usypiał je i podwiązywał na krótszy lub dłuższy czas tętnicę płucną. Jesienią roku 1944 zapewnił Blalocka, że naprawdę "może się odważyć". Potem obaj wypróbowywali szczegóły techniki operacyjnej na zmarłych dzieciach. Przekonali się przy tym, jak cienkie są naczynia dziecięce i jak trudno będzie wyczuć je w klatce piersiowej i odsłonić. Samo wykonanie szwów dla zespolenia naczyń było i tak sztuką nie lada, zważywszy, że Blalock musiał się wtedy zadowolić prymitywnymi, nieodpowiednimi - z obecnej perspektywy - igłami. Wreszcie Blalock postanowił zaryzykować operację u dziecka.

Nie wiem, kiedy zawiadomił Helen Taussig, iż ma nadzieję, że rozwiązał jej problem i że "wielki dzień" nadejdzie, gdy dostarczy mu odpowiedniego małego pacjenta. Nawet jego pierwszy asystent, doktor William P. Longmire, dowiedział się o tym dopiero pod koniec listopada, gdy Blalock poprosił go nagle po obchodzie oddziału chirurgicznego, by poszedł z nim do Harriet Lane Home. Przy tej okazji ujawnił po raz pierwszy, że chce zbadać jedno "blue baby", na którym zamierza wykonać nową operację. Longmire'a ogarnęły lęk i trwoga [...].

Już kilka dni później, 29 listopada, sprawa posunęła się znacznie naprzód. Helen Taussig wyszukała "błękitne dziecko", na którym Blalock miał po raz pierwszy wypróbować nową metodę. Blalock zaakceptował wybór. Jak zawsze przy takich eksperymentach, wybrano pacjenta, dla którego nie było już szans ratunku i który od tygodni leżał pod namiotem tlenowym. Była to dziewczynka licząca rok i trzy miesiące. Ta drobniutka istotka, ważąca tylko cztery kilogramy, miewała raz po raz ataki sinicy i popadała z jednej śpiączki w drugą".

EILEEN

Jesienią roku 1944 Dorothy Saxon chodziła prawie codziennie bezlistnymi alejami parku Pettersona w Baltimore. Ta młoda, ładna dwudziestodwuletnia kobieta mieszkała z mężem Francisem w jednym z pospolitych domów czynszowych na South Milton Avenue. Straciła już rachubę, jak często w ostatnich jedenastu miesiącach przebywała paręset metrów parku, a następnie trzykilometrową drogę kończącą się w Johns Hopkins Hospital.

Dorothy i Francis pobrali się przed trzema laty, w listopadzie roku 1941, i nigdy nie mieli za wiele czasu dla siebie. Francis pracował jako blacharz w zakładach lotniczych Gleen L. Martina, gdzie wytwarzano bomby lotnicze. Podróż poślubna, o której Dorothy niegdyś marzyła, ograniczyła się z powodu wojny do spędzenia weekendu w Nowym Jorku. Francis wracał z fabryki do domu rzadko przed dziewiątą wieczorem. Tym bardziej więc pragnęła mieć dziecko. Urodziła je wreszcie o siedem tygodni za wcześnie po trzech latach małżeństwa. Była to dziewczynka. Dorothy i Francis dali jej imię Eileen.

Odtąd Dorothy myślała niekiedy, że nie należy sobie czegoś zbyt gorąco życzyć ani z niczego zbyt wcześnie się cieszyć, aby nie wywołać niełaski losu, który jej nie oszczędził. Nigdy nie mogła przejść przez park, nie spotykając innych matek, które swoje śmiejące się czy płaczące, krzyczące lub wrzeszczące gniewnie, ale żywe, różowe i zdrowe dzieci niosły, popychały przed sobą w wózkach bądź po prostu pozwalały im obok siebie biegać. Każde takie spotkanie zmuszało Dorothy, czy chciała, czy nie, do porównania z Eileen, która urodziła się taka maleńka, że matka przez cztery miesiące mogła ją oglądać tylko przez szybę w inkubatorze, lecz nigdy dotknąć, pocałować lub przytulić do piersi.

Upłynęło osiem ponurych miesięcy od chwili, gdy po raz pierwszy dowiedziała się w Harriet Lane Home, że Eileen nigdy nie będzie zdrową dziewczynką i nie osiągnie wieku, w którym mogłaby zaręczyć się i - jak marzyła Dorothy - włożyć biały strój panny młodej. Wtedy jeszcze myślała, że najgorsze już minęło, ponieważ pozwolono jej zabrać córeczkę do domu. Przypuszczalnie była taka sama jak wiele innych matek, które kochały bardziej swoje chore dzieci niż zdrowe. Pojechała po raz pierwszy z Eileen przez park do Harriet Lane, ponieważ lekarze zalecili jej regularne badanie dziecka. Był to jedyny czas, kiedy czuła się jak inne kobiety mijające ją ze swoimi dziećmi. Francis wcześniej od niej spostrzegł, że Eileen sinieje, gdy dostaje butelkę. Spostrzegł również, że nie rośnie i porusza się z trudem, podczas gdy Dorothy cieszyła się paluszkami Eileen, które były tak delikatne i tak pięknie ukształtowane, że wierzyła całkowicie, iż Eileen będzie kiedyś pięknością. Sny te rozwiały się, gdy Eileen pewnego dnia straciła przytomność, a jej ręce, nogi, wargi stały się ciemnoniebieskie, tak że Dorothy ze strachu pojechała taksówką do Harriet Lane tak szybko, jak się dało.

Dorothy Saxon wspomina, rok 1970:

"Usłyszałam to zupełnie przypadkowo. Jeden z lekarzy powiedział do lekarki w czasie badania Eileen te słowa: "blue baby". Nie chciałam tego usłyszeć. Skoro jednak określenie już padło, zażądałam, aby lekarze powiedzieli mi prawdę, co to jest "błękitne dziecko". Wyjaśnił mi. Zrozumiałam wtedy tylko coś niecoś o dwudziestu czterech godzinach, w czasie których zamyka się serce noworodka, że przedtem było otwarte i powinno się zamknąć, co u Eileen nie nastąpiło. Był to dla mnie straszliwy wstrząs. Opowiedziałam to Francisowi wieczorem i rozmyślaliśmy odtąd przez wiele nocy, co stanie się z Eileen. Ale ja nie mogłam przestać wierzyć".

Większą część czerwca i lipca roku 1944 Eileen spędziła pod namiotem tlenowym w Harriet Lane Home. W tym czasie jej ciałko, ważące zaledwie cztery kilogramy, po wyjęciu spod namiotu stawało się natychmiast błękitne. W ciągu wielu tygodni przybrała na wadze tylko dwieście gramów. W lipcu ponownie odesłano ją do domu, ponieważ żadne leczenie nie dawało już poprawy. Od października leżała znowu pod namiotem tlenowym na South Milton Avenue, bo bez tego zmarłaby w ciągu kilku godzin lub najwyżej dni. Nie docierały do niej żadne głosy. Jej żyły były tak przepełnione gęstą, ciemną krwią, że całe ciałko nabrzmiało. Była zbyt słaba, aby pić. Igłami punkcyjnymi upuszczano jej krew i płyn mózgowo-rdzeniowy z jamy czaszki. Teraz Dorothy już wiedziała, że Eileen musi umrzeć.

Codziennie, kiedy całą godzinę wędrowała do Johns Hopkins, lękała się, że nie zastanie już Eileen w łóżeczku. Na początku listopada wydawało się jej niekiedy, że śmierć byłaby najlepszym wyjściem dla dziecka. W tym czasie Francis dowiedział się, że zostanie powołany do wojska. Nie czekając na wezwanie, sam jako ochotnik zgłosił się do marynarki, ponieważ to dawało mu przywilej wyboru rodzaju służby. Odkomenderowano go do Norfolk w Wirginii. Dorothy ponownie została sama z Eileen, dla niej najbliższą istotą, chociaż o tym, że kołacze się w niej resztka życia, świadczyła tylko trzymana w drobnej, sinej rączce kolorowa grzechotka. Dorothy za każdym razem odczuwała ulgę, kiedy zbliżała się do namiotu okrywającego łóżeczko i widziała, że rączka trzyma jeszcze grzechotkę.

Dorothy Saxon wspomina, rok 1970:

"Stało się to, jak sobie przypominam, pewnego listopadowego popołudnia, gdy przyszłam ponownie do Harriet Lane. Powiedziano mi, że doktor Taussig chce sama ze mną mówić. Wiedziałam, że jest ordynatorem oddziału kardiologicznego. Przedtem już ją często widywałam z daleka. Przeraziłam się. Od lekarza rzadko się czegoś dowiadujemy. Jeśli sama chciała ze mną mówić, to musiało to być coś bardzo ważnego. Być może chciała mi ostatecznie powiedzieć, że zbliża się koniec życia Eileen. Byli przy tej rozmowie również inni lekarze. Powiedzieli mi, co zresztą wiedziałam dobrze sama, że wszelkie próby udzielenia pomocy memu dziecku były daremne. Być może udałoby się jeszcze jej pomóc przez operację. Była to jednak operacja, jakiej nie wykonał jeszcze żaden lekarz, a oni mogliby jej dokonać tylko wtedy, gdyby uzyskali moją i Francisa zgodę... Wzięli kawałek papieru, narysowali coś w rodzaju drzewa z wielu gałęziami i powiedzieli, że to jest serce, a to naczynia wychodzące z serca. Wyjaśnili mi także, jaką wadę serca ma Eileen. Potem powiedzieli, w jaki sposób chcą tę wadę naprawić, aby zniknęła niebieska krew [...]. Zadali sobie wiele trudu. Ale jak młoda kobieta może zrozumieć to wszystko, co samym lekarzom sprawia trudność? Powiedziałam, że musiałabym zawiadomić Francisa i zapytać go o zdanie. Zgodzili się, ale dodali jeszcze, że nie powinnam zbyt długo zwlekać. Dla Eileen nie ma żadnej innej nadziei".

W ostatnich miesiącach Dorothy Saxon opuszczała Harriet Lane Home pełna niepokoju i wątpliwości. Rzadko przedtem była tak wzburzona, a zarazem w takiej rozterce jak w tym momencie. A więc istniała, jak powiedzieli, możliwość uratowania Eileen, ale dziecko mogło przy tym umrzeć. Być może, jeśli zabieg się nie uda, to umrze wcześniej, niż umarłaby, leżąc przynajmniej w swoim łóżeczku z kolorową grzechotką w rączce. Przepełniona nadzieją i równocześnie lękiem, Dorothy pojechała do biura Czerwonego Krzyża. Oświadczyła tam, że Francis powinien dostać urlop, ponieważ muszą wspólnie podjąć decyzję. Nie od razu ją zrozumiano i zasięgnięto informacji w Harriet Lane. Kilka dni później do Baltimore przybył pełen niepokoju Francis. Oboje pojechali do Harriet Lane. Zaprowadzono ich do doktor Helen Taussig. Spotkali u niej lekarza niskiego wzrostu, o przyjaznej twarzy, w okularach.

Dorothy Saxon wspomina, rok 1970:

"Doktor Taussig powiedziała, że chce nas przedstawić doktorowi Blalockowi, który ma przeprowadzić operację Eileen, gdybyśmy wyrazili zgodę. Doktor Blalock palił. Miał miękkie, ale duże ręce, tak że pytałam sama siebie, jak mogą takie duże ręce operować taką małą dziewczynkę jak Eileen. Był jednak bardzo cierpliwy i powiedział, że jest to duże ryzyko i że on nikogo nie może namawiać. Powiedział też, iż jest to dla Eileen jedyna szansa. Mój Boże, rozważaliśmy ją na wszystkie strony. Zastanawialiśmy się wciąż na nowo. Nie mieliśmy jednak wyboru i wobec tego powiedzieliśmy "tak". Operację ustalono na 29 listopada. Do tego czasu Francis musiał wrócić do Norfolk. Pojechałam bardzo wcześnie do szpitala, aby na wszelki wypadek jeszcze raz zobaczyć Eileen. Była taka drobniutka, że trudno to nawet opisać. Pozwolili mi iść obok wózka aż do drzwi sali operacyjnej, potem posłali mnie do małego pokoiku o jedno lub dwa piętra niżej, z kratami w oknie i ławką. Tam czekałam przez wiele godzin. Ile było tych godzin, nie pamiętam. Nikt do mnie nie przychodził. To były najcięższe dla mnie chwile, gdyż w samotności dopiero uświadomiłam sobie, że próbują czegoś nowego. Doktor Blalock był kimś w rodzaju owego lekarza z Południowej Afryki: myślę o lekarzu od przeszczepionych serc. Próbował czegoś nowego i Eileen była pierwszą pacjentką".

Był wczesny ranek. Blalock odznaczał się niezwykłą punktualnością. Operacja zaczęła się o godzinie ósmej. Oprócz jego pierwszego asystenta, doktora Longmire'a, byli tam obecni doktor Harmel, anestezjolog, i Vivien Thomas. Helen Taussig stała obok stołu operacyjnego, aby obserwować przebieg pierwszego zabiegu, którego od tak dawna pragnęła. Na widok leżącego na stole operacyjnym dziecka, które było tak małe, wychudzone, ważące zaledwie cztery kilogramy, z siniczo zabarwioną skórą i szklistym spojrzeniem, doktor Longmire nie mógł opędzić się od niemiłego uczucia. Także doktor Harmel obawiał się niespodzianek, gdy pomyślał, że ta malutka istotka ze swoim chorym sercem ma przetrzymać narkozę i operację naczyniową na tak drobniutkiej klatce piersiowej. Nie dysponował sprzętem wystarczająco małym, aby przeprowadzić u dziecka stosowaną dziś narkozę zamkniętą. Musiał więc wykonać otwarte uśpienie eterem, a to nie przyczyniało się do zmniejszenia kłopotów. Najspokojniejszy okazał się sam doktor Blalock, chociaż ci, którzy go dobrze znali, mogli z jego twarzy wyczytać, jak bardzo był świadom, że wdał się w nader niezwykłą przygodę.

Zapoczątkowana narkoza eterowo-tlenowa przebiegła bez powikłań. Blalock wykonał z zimną krwią cięcie przez lewą pierś aż po pachy i otworzył niewiele większą od pięści klatkę piersiową między trzecim i czwartym żebrem. Gdy odsłonił pierwsze naczynia, wypełnione zastraszająco gęstą, lepką krwią, doktora Longmire'a ponownie opadła fala wątpliwości. Blalock kazał podejść bliżej Vivienowi Thomasowi, swojemu "drugiemu ja". Zaczął teraz mniej lub więcej na ślepo szukać lewej tętnicy płucnej. Po pokonaniu pewnych trudności odsłonił ją. Nie dotykając serca, poszukiwał następnie wzdłuż pnia ramienno-głowowego. Ponownie wsunął rękę do jamy śródpiersia, rozdzielił palcem wskazującym tkanki i wydobył na światło dzienne - zawdzięczając to szczęściu lub instynktownej pewności - tętnicę podobojczykową.

Krążenie Eileen Saxon wytrzymywało jak dotąd narkozę i zabieg. Widok tętnicy podobojczykowej zgotował jednak Blalockowi niemiłą niespodziankę - tętnica była niezwykle delikatna i cienka. Dopiero po podwiązaniu i przecięciu kilku mniejszych tętniczek, które stały na przeszkodzie, udało mu się ją odsłonić na wystarczająco dużym odcinku. Wtedy podwiązał ją, a następnie przeciął tętnicę podobojczykową. Udało mu się także ściągnąć dolny przecięty koniec aż do tętnicy płucnej. Operacja trwała już czterdzieści lub czterdzieści pięć minut. Rozpoczynał się następny rozstrzygający akt podwójnego podwiązania lewej tętnicy płucnej powyżej i poniżej miejsca, w którym miała być wszczepiona tętnica podobojczykowa.

Doktor Blalock założył zaciski i obserwował z widocznym napięciem kolor skóry dziecka. Chociaż Vivien Thomas często stwierdzał u swoich zwierząt, że przez dłuższy czas przeżywają podwiązanie jednej gałęzi tętnicy płucnej - na widok dziecka ogarnęło Blalocka zwątpienie... Ale nieoczekiwanie dla niego i Harmla sinica pogłębiła się tylko nieznacznie. Szybko wykonał nacięcie tętnicy w miejscu pozbawionym krwi, między zaciskami, wszczepił koniec tętnicy podobojczykowej i zaczął zakładać szwy. Upłynęło dziesięć minut. Pytał Thomasa: "Czy wkłucia są wystarczająco gęste?". Obydwaj wiedzieli aż za dobrze, że jedno fałszywe wkłucie może spowodować bezużyteczność całego szwu. Vivien Thomas skinął głową. Upłynęło jeszcze dwadzieścia pięć minut, zanim Blalock zbliżył się do końca. Wydawało się niewiarygodne, że wciąż nie dochodziło do pogłębienia sinicy. Wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy dokładnie po trzydziestu minutach od ostatniego szwu zdjął zaciski, a przez szew nie przesączała się krew. Rozstrzygająca część operacji była skończona, a dziecko nadal żyło.

Kilka sekund później Blalocka zaczęły dręczyć nowe wątpliwości. Oczekiwał z całą pewnością, że dodatkowa krew z tętnicy podobojczykowej, dopływająca do tętnicy płucnej, wywoła wyczuwalne zwiększenie przepływu krwi. Ale gdy położył palec na tętnicy płucnej, nie mógł niczego takiego stwierdzić. Nagle opanował go strach, że mógł się wytworzyć skrzep, który zamknął przeszczepioną tętnicę podobojczykową i zniweczył cały wysiłek, albo że tętnica podobojczykowa, której słabość go zaniepokoiła, okazała się tak cienka, iż nie może zapewnić płucom zwiększonego dopływu krwi, od czego zależało powodzenie operacji.

Blalock nie znalazł żadnego wyjaśnienia braku reakcji w tętnicy płucnej. Nie pozostawało mu nic innego, jak operację zakończyć i czekać, co się stanie. Gdyby sinica w najbliższych dniach zmniejszyła się lub zniknęła, to wielki cel byłby osiągnięty. Jeżeli natomiast sinica utrzymałaby się, co było najprawdopodobniejsze, świadczyłoby to, że mały przekrój tętnicy podobojczykowej rzeczywiście nie wystarczał do przepuszczenia dostatecznej ilości krwi. W tym przypadku pozostały mu dwie możliwości: w nadziei, że prawa tętnica podobojczykowa dziecka jest silniejsza i szersza, powinien spróbować powtórzyć operację po stronie prawej albo zaniechać wszelkiej myśli o pomyślnym wyniku zabiegu u tak małych dzieci jak Eileen, a nowej próby dokonać na starszym dziecku. Krótko przed godziną 9.30 Blalock wsypał proszek sulfonamidowy do rany, a następnie zamknął ściankę klatki piersiowej.

Dorothy Saxon czekała prawie do godziny 10.00 w tym samym małym, mrocznym pomieszczeniu z zakratowanymi oknami, gdy wreszcie pielęgniarka otworzyła drzwi i zawołała do niej: "Już po operacji. Zwożą ją na dół". Dorothy pobiegła do drzwi. Nie odezwała się ani słowem. Co więcej, zaczęła płakać, gdy z dala zobaczyła wózek, na którym wieziono Eileen. Nagle usłyszawszy krzyk Eileen, zrozumiała, że dziecko istotnie przeżyło operację, i powiedziała sobie: "Jeżeli mała tak głośno krzyczy, to znaczy, że chce żyć... i będzie żyła, na pewno będzie żyła!".

Dorothy nie wiedziała w tym momencie nic o wątpliwościach doktora Blalocka. Zbliżył się do niej młody lekarz i zapewnił, że operacja przebiegła dobrze. W najbliższych dniach będzie wiadomo, czy dała oczekiwany wynik. Musi uzbroić się w cierpliwość i iść do domu. Na pewno zostanie zawiadomiona, kiedy będzie mogła zobaczyć Eileen po raz pierwszy.

Poszła więc do domu. Nie mogła tam jednak długo wytrzymać. Codziennie odwiedzała Johns Hopkins, aby się czegoś więcej dowiedzieć o Eileen. Raz zdołała dotrzeć aż do pokoju, w którym Eileen, oddzielona parawanem, leżała z innymi dziećmi. Ale zobaczywszy tylu lekarzy, nie odważyła się wejść dalej. Nie dowiedziała się więc, że Eileen w ciągu dwóch tygodni przechodziła jeden kryzys po drugim i że nie tylko Blalock i Helen Taussig, ale także kilku innych lekarzy - doktor Kay, doktor Whitemore i doktor Gilger - zmieniali się przy jej łóżeczku, aby utrzymać ją przy życiu.

U dziecka nieoczekiwanie wystąpiły silne napady wywołane odmą opłucnową. Do jamy opłucnowej dostawało się powietrze, które uciskało malutkie, a i tak już przeciążone płuca. Było to niesamowite: sinica skóry jakby się zmniejszała. Lewa rączka, która wskutek przeszczepu tętnicy podobojczykowej straciła tak ważne naczynie krwionośne, stała się wprawdzie nieco chłodniejsza niż prawa, ale jej zdolność ruchowa nie uległa zaburzeniu. Było to dowodem, że sama operacja stanowiła osiągnięcie. Jednakże do odmy opłucnowej dołączyły się zakażenie i gorączka. Nie było innej możliwości niż wprowadzenie zgłębnika do lewej jamy opłucnowej dla stałego odsysania powietrza.

Niepokój Dorothy wzrastał z każdym dniem oczekiwania. Ale około 15 grudnia, po prawie dwóch tygodniach, odma opłucnowa nagle się cofnęła. Sondę można było usunąć. Zakażenie i gorączka zniknęły. Eileen pozostawała nadal pod namiotem tlenowym. Kilka dni później można ją było jednak wyjąć spod namiotu bez obawy, że pojawi się niebieskie zabarwienie, które przed operacją z reguły występowało. Doktor Blalock i Helen Taussig zjawiali się przy łóżku Eileen wielokrotnie w ciągu dnia, ponieważ zmiana wydawała się im zbyt pomyślna - tak pomyślna, że można było się lękać, iż ulegają złudzeniu. Tymczasem Eileen po raz pierwszy wykazała zainteresowanie otaczającym ją światem, próbowała podnieść główkę i poruszała grzechotką, którą zawsze trzymała w zaciśniętej rączce.

Nie można zaprzeczyć, że operacja zespoleniowa doktora Blalocka nadaje się co najmniej do łagodzenia nieszczęsnych następstw zaburzeń rozwojowych serca "błękitnych dzieci".

Dorothy Saxon wspomina, rok 1970:

"Gdy pozwolono mi po raz pierwszy zobaczyć Eileen, było to jak wielki cud [...]. Nigdy nie widziałam Eileen tak różowej jak inne dzieci. Wciąż jeszcze siniała, ale tylko gdy tupała nóżkami. Poza tym wyglądała jak zupełnie normalne dziecko. Byłam po prostu szczęśliwa. Doktor Taussig, a może jakiś inny lekarz powiedzieli mi, że byłoby dobrze, gdybym codziennie przychodziła do Eileen, ponieważ przy matce najszybciej będzie wracać do sił. Mogłam teraz przychodzić o każdej porze, otrzymałam też biały kitel jak lekarze. Mogłam sama karmić Eileen, bawić się z nią. Wydawało mi się, że codziennie robi jakieś postępy. Po raz pierwszy chciała jeść i zjadła. Nie mogła jeszcze mówić, ale piała z zadowolenia tak samo jak inne dzieci. Oczy jej, które tak długo patrzyły tępo, teraz błyszczały. Można by przypuszczać, że ma makijaż. Ręce straciły niebieskie zabarwienie. Wierciła się na wszystkie strony, jakby sama chciała pokazać, że się zmieniła i należy ją podziwiać. Dla lekarzy i pielęgniarek stała się małą księżniczką, gdyż stanowiła dowód, że nowa operacja była osiągnięciem [...].

25 stycznia 1945 roku mogłam już zabrać Eileen do domu. Gdy niosłam ją z Harriet Lane Home, miałam po raz pierwszy przeświadczenie, że będzie całkowicie zdrowa i wyrośnie na dużą dziewczynkę. Całkowitej pewności nabrałam później w domu, gdy Eileen stanęła w kojcu i wymówiła pierwsze słowa".

Notatki ówczesnego asystenta z Johns Hopkins Hospital:

"Ostatnie tygodnie grudnia 1944 roku, w których u pierwszej pacjentki Blalocka nastąpił zwrot od stanu śmiertelnego do nowego życia, miały istotne, decydujące znaczenie. Dostarczyły Blalockowi potwierdzenia, że jego założenia były poprawne - chociaż podobnie jak przedtem nie mógł rozwikłać pewnych wątpliwości. Miał w ręku zbyt słabą tętnicę podobojczykową dziecka, i tego nie zapomniał. Obawiał się nawrotu choroby i przygotował się emocjonalnie do operowania po drugiej stronie klatki piersiowej dziewczynki.

Nie zmieniało to jego przeświadczenia, że znajduje się na właściwej drodze. Blalock postanowił wybierać następnych pacjentów spośród starszych dzieci z silniejszymi tętnicami, aby móc na nich ostatecznie udowodnić wartość operacji. Gdyby natomiast jeszcze raz miał natrafić na tak cienką tętnicę podobojczykową, rozważał możliwość zastąpienia jej pniem ramienno-głowowym. Problem polegał jedynie na tym, że z pnia ramienno-głowowego wychodziła nie tylko tętnica podobojczykowa, ale także prawa tętnica szyjna. Nie wiedział jednak, czy przecięcie prawej tętnicy szyjnej wywrze taki sam niewielki wpływ na krążenie w mózgu jak wyłączenie lewej tętnicy podobojczykowej na zaopatrzenie w krew lewej ręki. Na początku roku 1945, po serii dalszych eksperymentów, razem z Vivienem Thomasem doszli do wniosku, że tak jest istotnie i że w razie konieczności można wykorzystać pień ramienno-głowowy.

Tak przygotowani, Blalock i Helen Taussig wybrali w styczniu następnych dwóch pacjentów: jedenastoletnią dziewczynkę B.R. i siedmioletniego chłopczyka M.M. Dziewczynkę obserwowała Helen Taussig już od roku. Chłopczyka znała od kilku lat. Ponieważ jego rodzice wyjechali do Kalifornii, zniknął on jej na dłuższy czas z pola widzenia i uważany był za zmarłego. W rzeczywistości jego rodzice utrzymali go przy życiu bądź to własnym poświęceniem, bądź też cudem. Teraz przywieźli go do Baltimore, jeśli tak można powiedzieć, w najstosowniejszej chwili".

BARBARA

Gdy Leonhard i Shirley Rosenthalowie przybyli 5 stycznia 1945 roku z Buffalo do Baltimore, była to druga podróż, jaką podjęli do doktor Helen Taussig i do Harriet Lane. Położone nad jeziorem Erie w górnej części stanu Nowy Jork, posiadające doki, stalownie, młyny, fabryki farb i tapet, Buffalo było miastem bogatym, a Leonhard Rosenthal dorobił się majątku na handlu biżuterią i jubilerstwie. Jednakże tylko kilku przyjaciół i sąsiadów wiedziało, że on i jego żona Shirley nie tylko są bogaci, ale również dźwigają ciężkie brzemię losu.

Ich córka Barbara, urodzona w roku 1933, cierpiała od najmłodszych lat na sinicę lub - jak wyrażał się doktor Dexter Levy, lekarz domowy - na cyjanozę. Barbara była szczególnie mądrym i wrażliwym dzieckiem. Dlatego odkąd zaczęła myśleć, tym bardziej cierpiała z tego powodu, że nie może się swobodnie poruszać, bawić z innymi dziećmi i chodzić do normalnej szkoły.

Mniej więcej dwa lata wcześniej, na początku lutego 1943 roku, doktor Levy zalecił po raz pierwszy Leonhardowi i Shirley Rosenthalom skontaktowanie się z doktor Helen Taussig. Zdecydowali się więc pojechać do Baltimore z Barbarą, ponieważ stan dziecka był tak ciężki, że już po przejściu dwudziestu metrów nie mogło złapać oddechu. Jej ręce i nogi, wargi, buzia, nawet spojówki oczu były zabarwione na niebiesko, a smukłe paluszki z powodu braku tlenu tak zniekształcone, że wyglądały jak pałeczki dobosza.

13 lutego 1943 roku i w dniach następnych Helen Taussig obserwowała Barbarę. Chociaż przedtem zetknęła się z wieloma nieszczęśliwymi dziećmi, z trudem mogła ukryć zakłopotanie. Gdy Barbara weszła po kilku stopniach na piętro, na którym znajdował się jej pokój, ostatnie metry korytarza przebyła, pędzona brakiem tchu, w pozycji mocno zgiętej do przodu i padła z podkurczonymi nogami na łóżko. Tam, dysząc, walczyła z brakiem tchu przez pół godziny, zanim mogła wymówić choć słowo. Badania obudziły podejrzenie, że tętnica płucna Barbary jest prawie całkowicie zamknięta i tylko tętnice oboczne, jakie wytworzyły się z biegiem lat, dostarczają nieco krwi do płuc. Liczba czerwonych krwinek podwoiła się w rozpaczliwym wysiłku organizmu, który żądał więcej tlenu.

Rosenthalowie po kilku dniach powrócili do Buffalo i jak inni rodzice nie przywieźli do domu nic innego poza dokładnym rozpoznaniem choroby. Odtąd stan zdrowia Barbary mimo wszelkich wysiłków doktora Levy'ego zaczął się powoli, ale niepowstrzymanie pogarszać. W końcu grudnia roku 1944 nie miała już sił, by przejść od fotela na kółkach do łóżka bez silnej zadyszki. W tych dniach doktor Levy, który nie widział żadnej możliwości ulżenia dziewczynce, doradzał nowe odwiedziny w Baltimore. Jego propozycja wynikała raczej z poczucia bezsilności niż z nadziei, że w Baltimore odkryto tymczasem jakąś metodę leczenia. Gdy Leonhard i Shirley zgodzili się, doktor Levy przygotował telefonicznie podróż do Baltimore i rozmawiał z doktor Helen Taussig. Dowiedział się wówczas ku swemu wielkiemu zdumieniu o operacji przeprowadzonej na Eileen Saxon. Helen Taussig zaproponowała, aby rodzice przybyli z dzieckiem na nowe badania do Harriet Lane Home dla ustalenia, czy doktor Blalock będzie uważał operację za możliwą.

Leonhard i Shirley Rosenthalowie natychmiast wybrali się z Barbarą w drogę. Nie mieli pojęcia, o jaką operację chodzi, ale po raz pierwszy zaświtał im promyk nadziei. Tak więc 6 stycznia 1945 roku przybyli do Harriet Lane i wieźli Barbarę w wózku przez korytarze prowadzące do pomieszczeń badawczych Helen Taussig. Przy następnych próbach Barbara nie mogła wspiąć się na stół do badań bez męczącej zadyszki. Jej wargi i buzia stawały się wtedy atramentowe. Leonhard i Shirley Rosenthalowie chcieli jak najszybciej omówić operację. Helen Taussig pokazała im na schematach, jak według dotychczasowych doświadczeń byłby przeprowadzony zabieg i na jakich przesłankach się opiera. Nie wymagało to wielu słów. Rosenthalowie wyznali, że od tygodni drżeli ze strachu, iż nagle znajdą Barbarę martwą w jej pokoju. Zdawali sobie sprawę, że nie mogą niczego więcej oczekiwać. Skoro Barbara miałaby żyć jeszcze kilka miesięcy, to i tak nie byłyby to szczęśliwe, lecz uciążliwe miesiące. Zanim się jednak ostatecznie zdecydują, chcieli jeszcze porozmawiać z Barbarą.

Powróciwszy, zakomunikowali, że Barbara wie, co ją czeka, i chce się poddać operacji, ale przedtem chciałaby jeszcze raz odwiedzić Nowy Jork. Może spełnienie jej życzenia nie sprawiałoby większych trudności i okazałoby się pożyteczne, dając Barbarze okazję do wypoczynku. Ponieważ Blalock miał 7 lutego wyjechać na kilka dni, ustalono dzień operacji na 3 lutego; Rosenthalowie przyrzekli przybyć ponownie do Baltimore 29 stycznia.

Zgłosili się dokładnie w wyznaczonym dniu. Wśród pierwszych wiadomości była ta, że Eileen Saxon odesłano do domu, do matki.

3 lutego o godzinie 8.45 Blalock rozpoczął swoją drugą operację. Barbara leżała spokojnie na plecach z cichą rezygnacją ludzi wcześnie przyzwyczajonych do cierpienia. Lewa strona ciała była lekko uniesiona. O 9.10 Blalock wykonał pierwsze łukowate cięcie. Helen Taussig przygotowała go wprawdzie na to, że w piersiach Barbary znajdzie gmatwaninę chorobowo zmienionych naczyń, ale rozmiar rzeczywistego stanu zmian przestraszył go: tętnica międzyżebrowa była niezwykle gruba, tętnice oskrzelowe utrudniały dostęp. Blalock napotkał wielorakie trudności, aż wreszcie znaleźli z doktorem Longmire'em pień ramienno-głowowy. Do tego momentu operacji upłynęła z górą godzina. Blalock postanowił nie tracić czasu na odsłonięcie tętnicy podobojczykowej, ale zespolić pień ramienno-głowowy z tętnicą płucną. Mógł się cieszyć, że w ostatnich tygodniach tyle myśli poświęcił pniowi ramienno-głowowemu. W operowanym właśnie przypadku miał on co najmniej 1,3 centymetra grubości i jego połączenie nie stanowiło dla niego szczególnego problemu. Gdy skończył szew zespoleniowy i zdjął zaciski, jego badające palce znalazły tym razem to, czego na próżno szukały u Eileen Saxon: tętnica płucna rozszerzyła się. Blalock czuł, jak tętni w niej wzmożony strumień krwi.

Piętnaście minut później jego druga operacja była zakończona. Tym razem trwała dwie godziny i czterdzieści minut. Barbara Rosenthal obudziła się prawie bezpośrednio po zabiegu. Mówiła oraz poruszała rękami i nogami, poza tym brak było jakichkolwiek objawów zaburzeń ukrwienia mózgu. Blalock zapisał w protokole: "Stan pacjentki po operacji: bardzo dobry!".

Nie przesadził. Barbara pozostawała jeszcze kilka dni pod namiotem tlenowym. Ale już trzy dni po operacji spadła podwyższona liczba czerwonych krwinek. Był to najoczywistszy objaw, że poprawiło się zaopatrzenie w tlen. W następnych dniach z godziny na godzinę zmniejszało się sine zabarwienie warg, rąk i stóp. Leonhard Rosenthal, który tymczasem musiał na krótko powrócić do Buffalo, wracał z tak silnym uczuciem ulgi, jakiego nie doznał nigdy w życiu. 20 lutego Barbara wstała i zaczęła chodzić. Gdy ojciec przyjechał 26 lutego do Baltimore, wyszła mu na spotkanie na korytarz i przeszła dwadzieścia metrów bez zadyszki. Oboje się uściskali.

Dwa tygodnie później, 13 marca, doktor Blalock, Helen Taussig i wszystkie pielęgniarki odprowadzili Barbarę do drzwi Harriet Lane. Tam powitali ją rodzice. Przyrzekli najpóźniej za rok z nią powrócić. Teraz pojechali do domu, do Buffalo.

Rzeczywiście, 12 lutego 1946 roku zjawili się w Baltimore, aby ponownie pokazać Barbarę. Helen Taussig zanotowała wtedy: "Barbara Rosenthal przybyła na kontrolę. Wygląda znakomicie. Ma pięknie wybarwione wargi i zachowuje to zabarwienie, płacząc w czasie nakłucia tętnicy. Krew, którą pobraliśmy, była cudownie jasna [...]. Barbara jest bardzo ruchliwa; jestem zachwycona jej stanem".

MARVIN

Od powrotu w październiku do Baltimore Ruth przeżyła kilka ciężkich miesięcy. Przyzwyczaiła się bardzo do tego, że ma przy sobie Lewisa, który razem z nią troszczył się o Marvina, toteż początkowo było jej ciężko i nie mogła sobie dać bez niego rady. Wprawdzie zamieszkała ponownie u matki na Garrison Road, ale matka nie mogła jej zastąpić Lewisa. Troski Ruth wzrosły, gdy władze Baltimore zawiadomiły ją, że Marvin, ukończywszy sześć lat, powinien iść do szkoły. Równocześnie uświadomiła sobie, jak nikła była zapomoga, którą otrzymywała jako żona żołnierza. Musiała pomyśleć o dorobieniu paru dolarów.

Stanąwszy przed licznymi problemami, straciła na chwilę odwagę, jaką wykazywała przez tyle lat. Lęk, że nie będzie mogła dzień i noc troszczyć się o Marvina, pozwolił jej zapomnieć o przyrzeczeniu złożonym wtedy, gdy z Lewisem przybyli do Kalifornii, a jej kuzyni zażądali oddania dziecka do żłobka. Była tak zniechęcona, że wsadziła Marvina do wózeczka i po raz pierwszy po czterech latach pojechała do Harriet Lane Home. Nie wierzyła, aby tam go uzdrowiono. Niemniej spodziewała się, że pomogą jej może w umieszczeniu go w jakimś domu, jak na przykład Happy Hills Hospital, gdzie na pewno zaopiekowano by się nim w godzinach jej pracy.

Czekała jak dawniej z Marvinem na kolanach przez wiele godzin, zanim dopuszczono ją do pielęgniarki społecznej, a później do lekarza asystenta. Gdy lekarz zajrzał do kartoteki, zdziwił się, że Marvin w ogóle żyje, i jako interesujący przypadek wyznaczył do badania przez doktor Taussig. Ponadto powiedział Ruth, że nie ma widoków na miejsce w Happy Hills. Z powodu wojny i pracy wielu matek wszystkie żłobki i szpitale były przepełnione. Zmęczona wzięła dziecko znowu na ręce i pojechała do domu. Ale już w drodze powrotnej przypomniała sobie, że z Lewisem dali sobie radę w jeszcze cięższych okresach - zwłaszcza w Brooklynie po przyjściu na świat Marvina. W następnych tygodniach nauczyła się oszczędzać. Rano dostarczała Marvina do szkoły Williama S. Baera dla dzieci upośledzonych fizycznie i zabierała go po południu.

Marvin był teraz tak słaby, że nie potrafił sam zrobić ani jednego kroku, mógł jeszcze tylko siedzieć lub leżeć. Jego wargi były niebieskofioletowe. Nauczył się czytać i pisać, ale jego paluszki w kształcie pałeczek dobosza utrudniały mu każdą pracę.

W grudniu 1944 roku Ruth i Marvinowi wyznaczono ponownie wizytę w Harriet Lane, ale nie dopuszczono ich do doktor Taussig. Marvina zbadał młody nieznany lekarz, który skierował go do kliniki stomatologicznej dla usunięcia kilku zębów. Tam się jednak coś zdarzyło. Gdy czekała jak zwykle, inne matki powiedziały jej po raz pierwszy o tajemniczej operacji "błękitnego dziecka". Znały matkę tego dziecka i od niej dowiedziały się, że dziecko po operacji czuje się znacznie lepiej. Ruth początkowo nie chciała wierzyć, ale gdy wkrótce zaproszono ją z Marvinem do doktor Taussig, zdecydowała się o to zapytać.

Helen Taussig, jak zawsze uczesana z przedziałkiem pośrodku głowy, ale nosząca teraz silniejsze okulary, również zdziwiła się, że Marvin jeszcze żyje. Ruth zdobyła się na odwagę i opowiedziała, co jej mówiono w poczekalni. Doktor Taussig nie pozwoliła jej skończyć, tylko oświadczyła, że właśnie o tym chciałaby z nią mówić. Tak więc Ruth poznała tego dnia historię operacji doktora Blalocka i dowiedziała się, że być może istnieje możliwość udzielenia pomocy Marvinowi. Była tak olśniona tą wiadomością, że nie słuchała długich wyjaśnień, lecz zdecydowała, że musi natychmiast porozumieć się z Lewisem. Doktor Taussig zgodziła się. Ruth ma się do niej zgłosić, gdy oboje zastanowią się nad tą sprawą.

W czasie całej drogi powrotnej do domu nie widziała, co się wokół niej dzieje. Ciągle pytała samą siebie, czy to zrządzenie losu, że doczekała tej chwili. Czy naprawdę istnieje coś takiego jak zapłata za to, że przez tyle lat nie traciła nadziei, lecz zawsze wierzyła, iż Marvin będzie żył?

Lewis M. Mason wspomina:

"Gdy otrzymałem w Camp Roberts w Kalifornii zawiadomienie od Ruth, ogromnie się przeraziłem, że lekarze zbyt pochopnie chcą Marvina operować, i dlatego zażądałem, aby nie podejmowano żadnych kroków, dopóki nie przybędę do Baltimore. Kiedy moi pracodawcy usłyszeli, o co chodzi, dali mi długi urlop. W Baltimore poszedłem z Ruth natychmiast do doktor Taussig i omówiliśmy wszystko. To było nadzwyczajne. Przez wszystkie te lata modliliśmy się, żeby lekarze coś wymyślili i mogli doprowadzić serce Marvina do porządku, a teraz, gdy to rzeczywiście mogło się spełnić, opanował nas lęk [...]. Ostatecznie daliśmy się przekonać i powiedzieliśmy: tak. Termin operacji ustalono na 10 lutego; 7 lutego mieliśmy przywieźć Marvina [...]. Musieliśmy naturalnie mu wyjaśnić, dlaczego idzie do szpitala - że będzie operowany, aby był zdrowy. Był jednak za mały, aby wszystko pojąć. Powiedział do Ruth, że pójdzie do szpitala, ale gdyby mógł sobie czegoś życzyć, to...".

Ruth Mason wspomina:

"Odpowiedziałam, że spełnię każde jego życzenie. I wtedy powiedział, że chciałby mieć siostrzyczkę, z którą mógłby się bawić. Przez wszystkie minione lata lękaliśmy się przyjścia na świat drugiego dziecka. Zawsze tkwił w nas lęk, że znowu mogłoby się urodzić dziecko chore jak Marvin. Ale teraz przyrzekłam mu spełnić każde jego życzenie i musiałam przecież dotrzymać przyrzeczenia. "Dobrze - powiedziałam więc - będziesz miał siostrzyczkę"".

Lewis M. Mason wspomina:

"Nadszedł dzień przed operacją. W ostatnim momencie opadły nas nowe wątpliwości. Niespokojnie przemierzaliśmy miasto i w końcu zdecydowaliśmy się cofnąć nasze "tak". Pytaliśmy sami siebie: "Dlaczego Marvin ma należeć do tych, na których będą wypróbowywać nową operację? Przetrzymaliśmy tyle lat, to możemy jeszcze trochę poczekać!". Zameldowaliśmy się u doktor Taussig i zakomunikowaliśmy, że podjęliśmy inną decyzję. Powiedziała nam, że rozumie nasze uczucia, ale uważa za słuszne powiadomić doktora Blalocka, zanim wypowiemy nieodwołalne "nie". Tak więc przedstawiła nas doktorowi Blalockowi. Zetknęliśmy się z panem tak dobrotliwym i pełnym zrozumienia, że zapomnieliśmy o naszym strachu. Nabraliśmy zaufania do tego lekarza i zdecydowaliśmy się jednak zaryzykować. Dał nam kilka pigułek i powiedział, że powinniśmy się raz należycie wyspać, a następnego dnia stawić się o 8.00 rano w szpitalu. Tak też się stało. Gdy następnego dnia przybyliśmy do szpitala, operacja była już w toku".

10 lutego, przed rozpoczęciem trzeciej operacji, Blalock zdecydował się tym razem wykonać zabieg po prawej stronie, chcąc zbadać możliwości chirurgiczne tej części ciała. Wykorzystując doświadczenie nabyte przy operacji Barbary Rosenthal, zdecydował się również na zespolenie pnia ramienno-głowowego z tętnicą płucną.

Na mgnienie oka coś w rodzaju ludzkiego wzruszenia dotarło do chłodnego świata chirurgicznego, gdy doktor Harmel dawał temu wątłemu małemu chłopcu, leżącemu na stole operacyjnym, ostatni przygotowawczy zastrzyk. Zanim Marvin zamknął oczy, szepnął: "Moja mamusia będzie miała dziecko".

Operacja zaczęła się jak zwykły zabieg. Szybko się jednak okazało, że po prawej stronie trudniej odsłonić tętnicę płucną niż po stronie lewej. Potrzebny do tego czas wydawał się nieskończenie długi. Wszystko przebiegało gładko aż do chwili założenia zacisków na tętnicę płucną. W tym momencie okazało się, że zaciski stosowane dotychczas przez Blalocka są niewystarczające. Doszło do pierwszego większego krwotoku, który udało się opanować przez założenie dodatkowych zacisków. Potem operacja przebiegała bez zakłóceń aż do założenia szwu łączącego pień ramienno-głowowy z tętnicą płucną. Po zakończeniu zespolenia i zdjęciu zacisków przez szew trysnęła nagle krew. Zanim Blalockowi udało się ponownie założyć zaciski, Marvin stracił już pół litra krwi i doznał wstrząsu. W największym pośpiechu przetaczano plazmę i roztwór glukozy, gdy tymczasem Blalock zamykał przeciek drugim szwem. Po szarpiących nerwy chwilach ciśnienie Marvina ponownie dało się oznaczyć. Nowy szew okazał się szczelny i Blalock zamknął klatkę piersiową po trzech godzinach operacji.

Mimo wstrząsu Marvin obudził się z uśpienia dwadzieścia minut po krwotoku zdumiewająco rześki. Na polecenie poruszał rękami i nogami i pytał wyraźnym głosem: "Czy mogę teraz wstać?". Wydawało się, że wyobraził sobie we właściwy dziecku sposób, iż po operacji będzie natychmiast zdrowy. Zasnął ponownie, gdy go przewożono do sali dziecięcej koło Lewisa Masona, czekającego już kilka godzin na korytarzu. W chwili gdy jeden z lekarzy chciał zamknąć drzwi pokoju przed oczami Lewisa, Marvin obudził się po raz drugi.

Lewis M. Mason wspomina:

"W tym momencie zobaczył mnie i krzyknął: "Tatusiu! Daj mi trochę wody!". Byłem tak szczęśliwy, że nie mogłem się ruszyć z miejsca, ponieważ w tym samym momencie zobaczyłem: on był różowy. Jego wargi i policzki nie były już sine".

Przemiana, jaka dokonała się w Marvinie, była istotnie radykalna. W czwartym dniu po operacji usunięto namiot tlenowy. Sinica codziennie się zmniejszała. Nasycenie w tlen jego krwi, które przed operacją wynosiło ponad dwadzieścia trzy procent, podskoczyło już dziewięć dni później do całych osiemdziesięciu procent. Jedyne powikłanie stanowiła lekka, codziennie się powtarzająca podwyższona ciepłota ciała - powód, dla którego Blalock i Helen Taussig trzymali Marvina w łóżku, chociaż już od piątego dnia domagał się coraz natarczywiej, aby mu pozwolono wstać.

Lewis M. Mason wspomina:

"Czuł się tak zdrowy, że po prostu nie przestawał błagać [...]. Wreszcie któregoś dnia w marcu powiedział do doktor Taussig, gdy przyszła do niego: "Pani obiecała mi, że dzisiaj będę mógł wstać". Helen Taussig odpowiedziała: "Czy nie zechcesz przynajmniej poczekać, aż przyjdzie doktor Blalock i zobaczy, jak biegasz...?". Jednakże Marvin stwierdził: "Dlaczego nie mógłbym wstać przedtem? Wtedy dowie się pani, co zobaczy doktor Blalock". Ustąpiła. Wstał i zaczął chodzić. Doktor Taussig lękała się, że się zmęczy, ale on szedł coraz dalej i dalej. I od tej chwili nie mogli go już utrzymać w łóżku".

W tym samym czasie ustąpiły skoki gorączki, tak nagle jak się pojawiły. 20 marca, po trzydziestu ośmiu dniach od operacji, Marvin czuł się tak dobrze, że Blalock i Helen Taussig wypisali go do domu.

Lewis M. Mason wspomina:

"Gdy zabieraliśmy go do domu, był już dla doktor Taussig i Blalocka niemal synem lub wnukiem. Był to rodzaj nagrody za ich starania. Musieliśmy przyrzec, że odtąd co roku będziemy zgłaszać się z Marvinem na badania kontrolne. Mimo to nie mogłem zdobyć się na pozostawienie Ruth i chłopca w Baltimore. Postanowiliśmy kupić samochód i we troje pojechać do Kalifornii. Po drodze chcieliśmy odwiedzić moich rodziców w Atlancie i pokazać im zdrowego Marvina. Gdy powiedzieliśmy o tym doktorowi Blalockowi przy pożegnaniu, nie wiedzieliśmy, że on również pochodzi ze stanu Georgia i że jego matka mieszka w Jonesboro, miejscowości odległej tylko o kilka kilometrów od Atlanty. Prosił więc nas o odwiedzenie matki i pokazanie jej Marvina, ponieważ jego przypadek był największym osiągnięciem spośród dotychczasowych operacji. Było to życzenie pożegnalne doktora Blalocka i byliśmy bardzo radzi, że mogliśmy je spełnić. Kupiliśmy więc auto, zapakowaliśmy nasze rzeczy na tylne siedzenie i w ten sposób zrobiliśmy Marvinowi łóżeczko. Potem pojechaliśmy do Atlanty i do Jonesboro. Na Main Street znaleźliśmy biały domek pani Blalock. Wielbiliśmy doktora Blalocka jak Boga i byliśmy trochę rozczarowani, gdy jego matka powiedziała: "Tak, Al dokonał na pewno czegoś wielkiego. Ale moje inne dzieci są także udane".

Potem jechaliśmy dalej przez osiem dni, aż do Kalifornii. To były nasze najszczęśliwsze chwile. Marvin szedł z nami do każdej restauracji jak normalny chłopiec i codziennie stawał się silniejszy. Ostatecznie przybyliśmy do Long Beach i tam zatrzymało nas zobowiązanie dane Marvinowi [...]. Od pierwszej chwili nie mieliśmy wątpliwości, że to będzie dziewczynka, jak sobie tego życzył Marvin. Wybraliśmy jej już imię: Jacalyn. Urodziła się w roku 1946. Siostry z St Mary w Long Beach oświadczyły, że jest tak piękna jak piosenka. Tak więc nazwaliśmy ją nie tylko Jacalyn, ale także Melody".

"Baltimore Sun", 12 maja 1945:

Lekarze Johns Hopkins Hospital ratują po raz pierwszy "błękitne dziecko", dokonując nowatorskiej operacji.

"New York Sun", 20 grudnia 1945:

Ich geniusz dał "błękitnym dzieciom" nową szansę.

"New York Herald Tribune", 15 lutego 1946:

Jak dwoje lekarzy obdarzyło nowym życiem "błękitne dzieci".

Z rękopisu wywiadu z okazji szóstej rocznicy pierwszych trzech operacji "błękitnych dzieci", przeprowadzonego z kardiologiem doktorem T.M. (20 lutego 1951):

Sprawozdawca: "W listopadzie 1944 roku i w lutym 1945, dokładnie przed sześciu laty, profesor Alfred Blalock operował po raz pierwszy troje dzieci. Jego metoda operacyjna - mimo trwania drugiej wojny światowej - stała się w ciągu kilku miesięcy wydarzeniem międzynarodowym, największą sensacją medyczną lat 1945-1947 i całej pierwszej połowy wieku dwudziestego. Jak pan to wyjaśni?".

T.M.: "Doniesienie Blalocka o jego operacji ukazało się dopiero 19 maja 1945 roku w "Journal of the American Medical Association". Walki w Europie już w tym czasie ustały. Jeżeli wojna w ogóle odegrała jakąkolwiek rolę w niezwykłym rozgłosie operacji, to najwyżej przez to, że stworzyła dla niej określony nastrój. Było to - jeśli mogę się tak wyrazić - coś takiego jak nagły zwrot od nadmiaru śmierci do chęci uzdrawiania. Prawdopodobnie miliony ludzi oczekiwało podświadomie wiadomości, jakie teraz nadchodziły z Baltimore. Do tego dołączyło się może wrażenie wywierane przez Amerykę jako nową, zwycięską siłę światową, po której można się spodziewać także cudów medycznych. Ale to wszystko nie trafiało w samo sedno sprawy. Było po prostu tak, że Blalockowi jako pierwszemu udało się nieuleczalną dotąd chorobę serca skutecznie leczyć chirurgicznie lub - jak wierzyły szerokie masy - wyleczyć. Ponieważ ponadto chodziło o dzieci, więc trącało to wrażliwą strunę ludzkiej duszy".

Sprawozdawca: "Pan był jednym ze świadków światowego poruszenia, jakie wywołała operacja".

T.M.: ""Poruszenie" jest, zdaje się, dobrym określeniem. Przestraszyło ono Helen Taussig, Blalocka i przede wszystkim Johns Hopkins Hospital, który stale trzymał się z dala od każdej reklamy. Najpierw był to "amerykański rush". Ale wkrótce, gdy poprawiły się stosunki międzynarodowe, zyskał on światowe znaczenie. Nie istniał kraj na ziemi, z którego by co najmniej kilku lekarzy nie przybyło do Baltimore. Galeria sali operacyjnej była zatłoczona lekarzami, gdy tylko Blalock przeprowadzał jedną z kolejnych swoich operacji. Gdy zaczął od tego, że szwy naczyniowe dla pewności skrapiał nowoczesną "pianą żelową", widziano tuziny Francuzów, Anglików, Turków, Szwedów, Australijczyków i Chińczyków, którzy opuszczając szpital, nieśli pod pachą paczkę "piany żelowej" oraz publikacje Blalocka lub Helen Taussig. Ale o wiele burzliwszy był napór pacjentów i prasy. Ze wszystkich stron świata zjeżdżali się do Baltimore przede wszystkim bogaci rodzice z dziećmi chorymi na serce. Przychodziły również matki całkowicie pozbawione środków finansowych, które po tygodniach podróży autobusami docierały bez pieniędzy pod wejście Johns Hopkins Hospital. Wiele spośród dzieci nie kwalifikowało się do operacji, ponieważ nie były to "błękitne dzieci", lecz po prostu dzieci z wadami zastawki aortalnej, tętnicy płucnej lub dwudzielnej. Równocześnie gwałtowny napływ dziennikarzy przewyższył wszystko, co kiedykolwiek przeżywano w Baltimore. Stało się modą przysyłanie dzieci z Francji, Szwecji, Egiptu, Kanady, Argentyny czy Nowej Zelandii do Blalocka na koszt miejscowych gazet, które mogły następnie opublikować mniej lub bardziej sensacyjne artykuły o operacji. W tym bezprzykładnym widowisku przeoczono fakt, że pierwszą małą pacjentkę Blalocka musiano w końcu lipca roku 1945, po kilku miesiącach pozornej poprawy, ponownie przywieźć do Johns Hopkins Hospital, ponieważ znów wystąpiły napady sinicy. Zmarła wkrótce potem".

Sprawozdawca: "Myśli pan o Eileen Saxon?".

T.M.: "Tak. Przypominam sobie, że niektóre gazety zajmowały się początkowo dzieckiem i publikowały wzruszające opowieści. Opisywano każdy przyrost wagi dziecka lub opowiadano, jak Eileen siedziała ze swoim psem chow-chow na schodach domu, czekając na ojca, który wówczas służył w wojsku i przybył na urlop. Ale gdy dziecko, ponownie dostarczone do Blalocka, zmarło, nie można było nic o nim wyczytać, gdyż niepowodzenie nie odpowiadało gorączkowej dziennikarskiej atmosferze triumfu. Z medycznego punktu widzenia potwierdziło się to, czego Blalock lękał się już w czasie operacji: lewa tętnica podobojczykowa dziecka była za cienka i zbyt słaba. 1 sierpnia Blalock operował ją ponownie, tym razem po stronie prawej, ponieważ spodziewał się, że znajdzie tam silniejszą tętnicę. Ale tętnica po stronie prawej była taka sama jak po lewej i dziecko umarło pięć dni później[1].

Blalock uznał, że należy operować dzieci dopiero od pewnego wieku, aby znaleźć silne, dobrze wykształcone naczynia. Jednakże poruszamy tu problemy, które zaprowadziłyby nas za daleko".

Sprawozdawca: "Dobrze. Powróćmy więc do międzynarodowych reperkusji".

T.M.: "W pierwszym roku, a więc w roku 1945, Blalock był jedynym lekarzem, który ryzykował wykonywanie tej operacji. W tym roku operował dwieście czterdzieści siedmioro dzieci. Dwadzieścia trzy procent, a więc około sześćdziesięciorga, zmarło w czasie operacji lub po niej. Liczba przypadków śmiertelnych wydaje się zastraszająca, gdy zważy się, że obecnie śmiertelność wynosi już tylko pięć do sześciu procent. Do tego dochodziło wiele przypadków, w których operacja nie dała żadnej poprawy. Wobec faktu jednak, że wszystkie te dzieci były skazane na śmierć, możliwość uratowania dwóch trzecich spośród nich stanowiła osiągnięcie budzące uznanie.

W roku 1946 rozpoczęli wykonywanie takiej operacji również chirurdzy w innych krajach. W roku 1947 Blalock i Helen Taussig (którzy zresztą z powodu różnych usposobień niezbyt dobrze się rozumieli) odbyli tryumfalną podróż do Londynu, Sztokholmu i Paryża, aby zapoczątkować operacje w Europie. W Guy's Hospital w Londynie Blalock operował dziesięcioro "błękitnych dzieci" bez jednego przypadku śmiertelnego. Gdy przemawiał w Royal College of Surgeons, ludzie, którzy chcieli go usłyszeć, nie mieścili się w sali i stali na ulicy. W czasie jego wykładu w British Medical Association, kiedy wyświetlano przezrocza w zaciemnionym pomieszczeniu, doszło do widowiska, które przyniosłoby zaszczyt nawet biuru prasowemu: reflektor oświetlił nagle, wśród hucznych oklasków, pielęgniarkę trzymającą na kolanach jasnowłosą dziewczynkę o zaróżowionej, zdrowej buzi. Blalock operował ją przed tygodniem, jak widać z pomyślnym wynikiem. W Paryżu operował w Hospital Broussais, a następnie wraz z Helen Taussig powrócił tryumfalnie do Baltimore".

Sprawozdawca: "Wróćmy teraz do chwili obecnej. Jak dziś, po sześciu latach, przedstawia się sprawa lekarskiej oceny tej operacji? Czy na podstawie dotychczasowych doświadczeń oznacza ona trwałe uratowanie życia i czy rokuje taką samą długość życia jak u ludzi zdrowych?".

T.M.: "Należy powiedzieć, co następuje: nie może rokować trwałej poprawy, ponieważ nie usuwa właściwej wady serca. Dla poprawy zaopatrzenia w tlen stwarza się nową wadę, a mianowicie sztuczne połączenie między dwiema tętnicami. Prawdą jest, że operacja przywraca prawie normalne życie i znacznie wydłuża wiek dzieci, które dotychczas w pomyślnych przypadkach dożywały przeciętnie piętnastu lat. Jak dalece przedłuża ona życie, nie możemy jeszcze obecnie powiedzieć. O tym pouczy nas dalsza obserwacja, przede wszystkim odegra tu rolę to, że od dwóch lat całkowicie nowe osiągnięcia w medycynie stwarzają nowe nadzieje".

Sprawozdawca: "Co pan ma na myśli?".

T.M.: "Rewolucyjny rozwój chirurgii serca w ogóle, co zainicjował doktor Blalock, ale czego początków należy szukać gdzie indziej".

Sprawozdawca: "Proszę, niech pan to wyjaśni".

T.M.: "W ostatnich latach powróciła z wojny nowa generacja chirurgów, która nie patrzy już na serce z respektem, jak lekarze poprzedniej generacji, łącznie z Blalockiem. Taki na przykład młody amerykański chirurg Dwight Harken, pracujący w Bostonie po demobilizacji, w czasie służby w okresie wojny usunął trzydzieści cztery pociski czy części pocisków z serc rannych, z tego trzynaście bezpośrednio z bijących komór sercowych. Nauczyło go to, że serce jest znacznie odporniejsze, niż przyjmowali dawni chirurdzy. Jego zdanie podzielało wielu rówieśników. Przypomnieli oni chirurgów, którzy już przed dziesiątkami lat podejmowali pojedyncze próby skorygowania wady zastawkowej serca przez zabiegi z zewnątrz. Paryski chirurg Tuffier próbował dokonać tego w roku 1912, Anglik Souttar w 1925, Amerykanin Cutler mniej więcej w tym samym czasie. Wszyscy oni mieli przed oczami w pierwszym rzędzie pewne wady zastawkowe, tak zwane zwężenia, w których po przebyciu choroby reumatycznej dochodzi do zrostów i do utrudnienia przepływu krwi. Otwierali klatkę piersiową i dokonywali małego nacięcia ściany serca. Następnie szybko wsuwali palec do serca przez wykonany otwór. Palec działał jak korek, zapobiegał wystąpieniu krwotoku. Wewnątrz bijącego serca, wśród tryskającej krwi, szukali uszkodzonej zastawki. Potem wsuwali dokładnie po palcu do serca instrument tnący i próbowali przeciąć zrosty i szerzej otworzyć zastawki".

Sprawozdawca: "Czy z wynikiem pomyślnym?".

T.M.: "Częściowo tak. Souttar operował w roku 1925 dziesięcioletnią dziewczynkę nazwiskiem Liny Hime z robotniczej rodziny w londyńskim East Endzie. Cierpiała ona na zwężenie zastawki dwudzielnej i była umierająca. Krwotok przeszkodził Souttarowi we wprowadzeniu noża, odkrył on jednak, że wystarczy sam goły palec do rozerwania zrostu zastawki. Chora żyła po operacji bądź co bądź jeszcze siedem lat. Jednakże ogólny lęk lekarzy przed jakimkolwiek zabiegiem na sercu był tak duży, że próba Souttara została odrzucona i zapomniana aż do czasu, gdy w ostatnich latach zaznaczył się wspomniany zwrot w myśleniu naszej młodej generacji chirurgów na temat serca.

Przed około trzema laty, na początku roku 1948, angielski chirurg Russell Brock w Guy's Hospital wprowadzał u pewnej liczby pacjentów specjalnie skonstruowany instrument tnący przez prawą komorę serca aż do zbliznowaciałej zastawki tętnicy płucnej i próbował rozerwać bliznę. Jego pierwsi pacjenci zmarli w czasie operacji, ale w dalszych trzech operacjach osiągnął sukces. Operowani żyją do dzisiaj.

W tym samym roku dwaj amerykańscy chirurdzy, Horace Smithy w Charleston i Charles Bailey w Filadelfii, w podobny sposób wykonywali operacje na zastawce dwudzielnej. Smithy'emu udało się czterokrotnie usunąć zbliznowacenie, zanim sam zmarł na wadę zastawki tętnicy głównej (dla tej wady nie opracowano jeszcze metody operacyjnej). Bailey po trzech niepowodzeniach (pacjenci zmarli w czasie operacji lub po niej) rozszerzył 10 czerwca 1948 roku zwężoną zastawkę dwudzielną dwudziestoczteroletniej kobiety. Z powodu częstych przypadków zgonów trzy szpitale w Filadelfii odmówiły mu swych sal operacyjnych do operacji serca. Tylko Episcopal Hospital został mu ostatecznie udostępniony, gdy podjął się zabiegu na owej młodej kobiecie. Tym razem odniósł sukces: jego pacjentka, Claire Ward, mogła wkrótce po operacji towarzyszyć Baileyowi jako żywy dowód jego sukcesu na XIV dorocznym zjeździe chirurgów klatki piersiowej w Chicago. Bailey podejmował również próby zamykania ubytków w przegrodzie międzykomorowej, które u "błękitnych dzieci" odgrywały niepoślednią rolę, przy czym podwijał od zewnątrz część ściany przedsionka i naszywał na otwór".

Sprawozdawca: "Co pan chce przez to powiedzieć? Czy pan chce wyrazić pogląd, że chirurgia serca jest w okresie powstawania i że zastąpi ona z czasem operacje "błękitnych dzieci", ponieważ będzie usuwała samą wadę serca?".

T.M.: "Z pewnymi zastrzeżeniami tak. Tym, co dotychczas zrobiono w nowej kardiochirurgii, były "ślepe operacje" w zamkniętym, bijącym, wypełnionym krwią sercu. Możliwości są tu ograniczone. Przy dużych komorach serca z pewnością nigdy nie da się w ten sposób zamknąć z powodzeniem ubytków w przegrodzie. Do tego należałoby otworzyć serce, aby móc bezpośrednio je operować. Operacje na zastawkach przeprowadzone przez Brocka i Baileya mogą być tylko wtedy wykonywane z pomyślnym skutkiem, gdy występuje zbliznowacenie lub zwężenie zastawek. W licznych wadach zastawkowych stwierdza się jednak stan odwrotny: części zastawek są zniszczone i dlatego nie są za wąskie, ale za szerokie i się nie domykają. Mamy znikomą nadzieję, aby dało się wykonać naprawę od zewnątrz i na ślepo lub (co można sobie wyobrazić) zastąpić części zastawek przez plastykę chirurgiczną. Również i do tego celu musiano by otworzyć serce, aby przy pracy nie przeszkadzały jego skurcze i przepływająca krew. Pilny obserwator wie, że te możliwości brane są już pod uwagę. Od dłuższego czasu dyskutuje się na temat skonstruowania pompy, która przejęłaby pracę serca na czas trwania operacji. Obecnie w Filadelfii są czynione takie próby. Gdyby taka pompa stała się rzeczywistością, to można by myśleć o wyłączeniu serca z krążenia, tymczasowym otworzeniu go i usunięciu wady rozwojowej "błękitnych dzieci"".

Sprawozdawca: "Czy nie są to marzenia, które się nigdy nie spełnią?".

T.M.: "Nie. Uważam je za możliwe do spełnienia i w nich leży ostatnia odpowiedź na pańskie pytanie, jakie nowe nadzieje co do przedłużenia życia uzyskają "błękitne dzieci" przez operację Blalocka. Można przyjąć, że długość ich życia, zamiast dziesięć do piętnastu lat, jak uprzednio, po operacji wynosić będzie co najmniej dwadzieścia pięć lat. Może dożyją one jeszcze czasów, kiedy okaże się możliwe bezpośrednie usunięcie ich wady serca. Blalock dokonałby wtedy dzieła, które znaczyłoby więcej niż przesunięcie momentu śmierci, byłoby pomostem do rzeczywistego życia. Ostatecznej odpowiedzi jednak udzieli nam dalszy los operowanych".

MARVIN

W Hamilton High School, mieszczącej się między brzydką Wilshire Street a Santa Monica Boulevard w Los Angeles, w roku 1952 znano Marvina Masona jako nadmiernie szczupłego, żywego chłopca z dużą czupryną ciemnych włosów. Lewis Mason zajął się handlem i okres ubóstwa rodziny minął bezpowrotnie. Lewis lub Ruth jeździli regularnie z Marvinem do Helen Taussig do Baltimore na badania kontrolne i co roku wracali do domu coraz bardziej optymistycznie usposobieni. Marvinowi niekiedy brakowało powietrza, ale mimo to pokonywał trzy piętra bez potrzeby zatrzymywania się. Czuł się dobrze i za wszelką cenę chciał udowodnić, że nie różni się od innych uczniów Hamilton High Scool. Szczególnie rozczarowało go to, że na zlecenie doktor Helen Taussig był zwolniony z uprawiania sportu. Nic dziwnego, że po kryjomu trenował na basenie pływackim swojego kolegi. Ruth przeraziła się niezmiernie, gdy pewnego dnia zobaczyła, jak długo płynął pod wodą. Ale owa umiejętność pływania napełniała go dziką dumą. Również pod względem artystycznym okazał się chłopcem utalentowanym: należał do szkolnej orkiestry oraz grał w prywatnym zespole, i to jako trębacz. Żywo protestował, gdy koledzy chcieli nosić jego instrumenty, gdyż wydawał się im tak mały i delikatny. W roku 1954 otrzymał stypendium na naukę w Pacific College of Music - jego dalsza droga wydawała się jasna i łatwa.

W tym czasie - 23 kwietnia roku 1955 - nadepnął przy grze bosą stopą na drzazgę, która wbiła mu się głęboko w nogę. Lekarz usunął kawałek drewna i wypadek prawie poszedł w zapomnienie. Tymczasem 17 maja Marvin wrócił nagle z gorączką do domu. Ponieważ powiedział, że na szkolnej wycieczce pił źródlaną wodę, niektórzy z lekarzy wezwanych na konsylium myśleli o zakażeniu jelitowym. Napady gorączki wracały w regularnych odstępach czasu, a gdy dłonie, stopy i wargi Marvina zabarwiły się na sino, jego rodziców zdjął taki strach, że 6 czerwca polecieli samolotem do Baltimore. Douglas pokonał przestrzeń w ciągu prawie dziesięciu godzin; gdy dotarli do Harriet Lane, Marvin był śmiertelnie chory.

Helen Taussig nie mogła ukryć lęku. Gorączka była bardzo wysoka. Badanie bakteriologiczne wykazało w krwi Marvina ogromną ilość paciorkowców. Okazało się, że w kwietniu usunięto tylko część drzazgi. Reszta wywołała posocznicę. Helen Taussig wiedziała aż nazbyt dobrze, jak łatwo takie zakażenie krwi przenosi się na serce i jego zastawki. Z pewnością już rozwinęło się zapalenie wsierdzia, endocarditis. Jedyną nadzieją było leczenie uderzeniowe najwyższymi dawkami penicyliny. Istniała szansa, że powstrzyma ona rozwój choroby. Lewis i Ruth przez wiele dni nie zaznali snu. Czuli się ponownie przeniesieni w owe lata, gdy na zmianę czuwali, aby Marvin nigdy nie był sam.

Trzeciego dnia temperatura wreszcie opadła. Ostry napad choroby wydawał się przezwyciężony, Helen Taussig lękała się jednak, aby ostre zakażenie nie przeszło w przewlekłe. Zdecydowała się przez jeszcze wiele tygodni obserwować chłopca i nadal leczyć go penicyliną. Wstrzykiwanie penicyliny było dla Marvina męczarnią, ponieważ w jego chudym ciele wkrótce już nie było ani jednego mięśnia, który nie byłby podrażniony zastrzykami. Nie dało się ich w końcu wykonać bez miejscowego znieczulenia nowokainą. Lewis Mason musiał polecieć z powrotem do Los Angeles, a Ruth pozostała przy Marvinie aż do czasu, gdy powoli zaczął wracać do zdrowia. Dopiero jednak w końcu lipca, po sześciu tygodniach, był ponownie na tyle silny, że Helen Taussig pozwoliła mu na powrót do Kalifornii. Gdy Lewis odbierał Marvina, nie taiła, że mogą wystąpić nowe nawroty zapalenia wsierdzia i dlatego Marvin musi stale przyjmować penicylinę w kapsułkach. Zaproponowała, aby chłopca częściej przysyłać do Baltimore na obserwację, i ustaliła termin najbliższej wizyty na 5 listopada.

Lewis i Ruth lecieli przygnębieni do domu. Marvin się zmienił. Coś załamało się w jego optymizmie i sile woli. W następnym roku złożył wprawdzie egzamin końcowy w Hamilton High School i grał dalej w zespołach, ale już nie usiłował ukrywać, że może grać na perkusji tylko w pozycji siedzącej lub że jego wargi stają się coraz bardziej sine, a palce przybierają kształt pałeczek dobosza, którymi sam grał. Nie poszedł do College of Music, lecz w osiemnastym roku życia pozostał w domu, z uczuciem niemocy, chory, bez nadziei na wyzdrowienie. W tym nastroju przeczytał w 1956 roku artykuł o chorobach serca i dowiedział się, jaka wada pozostała w jego własnym sercu nawet po operacji wykonanej przez doktora Blalocka. To pogłębiło jego stan depresji, obudziło po raz pierwszy chęć czytania sprawozdań medycznych i ustalenia, dlaczego jest rzeczywiście aż tak chory i dlaczego nie można temu zaradzić.

Zdarzyło się, że latem 1957 roku znalazł doniesienie prasowe, w którym podano, że w Anglii i w Ameryce zaczęto w sposób niewiarygodny operować na otwartym sercu. Podobne doniesienia znalazł w "Time-Magazine", w "Reader's Digest" i innych czasopismach. Częściowo pochodziły one od Paula de Kruifa i były napisane tak jasno, że Marvin mógł je bez trudu zrozumieć. Pod koniec roku przeczytał historię osiemnastoletniej dziewczyny, Cecylii Bavolek z okolic Filadelfii, która od urodzenia miała ów nienormalny otwór w przegrodzie międzykomorowej, należący wraz z innymi wadami do zaburzeń rozwojowych "błękitnych dzieci". W kwietniu 1953 roku lekarz domowy rodziny Bavolek, doktor Stanley Rienkiewics, skierował dziewczynę do doktora Johna Gibbona, chirurga w Jefferson Medical College w Filadelfii, ponieważ dowiedział się, że doktor Gibbon pracuje już od dwudziestu lat nad urządzeniem mającym przejąć czynność serca. Gibbon zamierzał unieruchomić za pomocą tego aparatu serce swojej pacjentki, aby móc spokojnie dokonać operacji. Jego idea wydawała się tak ryzykowna, że uważano go za oryginała i dziwaka. Jednakże nie przerwał pracy nad swoim zamierzeniem w czasie wojny ani potem. Jako zwierząt doświadczalnych używał kotów. Wcześniej już zrozumiał - tak relacjonował autor artykułu - że aparat powinien przejąć nie tylko pracę serca, ale także czynności płuc. Gdyby się to nie udało, musiałby budować dwie pompy, z których jedna tłoczyłaby krew do organizmu, gdy tymczasem druga - powracającą krew przez płuca. Ponieważ jednak nie byłoby łatwo podłączać obie pompy do różnych tętnic i żył, łączących serce z organizmem i płucami, wobec tego doktor Gibbon rozpoczął konstruowanie jednego aparatu, który nazwał płucosercem. Wprowadzał zwierzętom kaniule do obu dużych żył doprowadzających krew z organizmu do serca. Za pomocą przewodów gumowych łączył je ze swoim urządzeniem i tak odprowadzał krew. Gdy tylko krew spływała do aparatu, trafiała na metalowe płaszczyzny, pozostające stale pod działaniem strumienia tlenu. Tu wzbogacała się w tlen, który w warunkach prawidłowego krążenia pobiera z płuc. Następnie za pomocą pompy była kierowana z powrotem do organizmu zwierzęcia doświadczalnego. Do tego celu płucoserce łączyło się za pomocą drugiej rurki z kaniulą, tkwiącą bądź w tętnicy udowej, bądź w tętnicy podobojczykowej zwierzęcia. Tą drogą wzbogacona w tlen krew docierała bezpośrednio do układu tętniczego i w następstwie do wszystkich części ciała. Ponieważ przy tym także tętnica główna, odcinek łączący serce z układem tętniczym, była drożna i krew mogłaby spływać do serca, doktor Gibbon zacisnął ją tuż przy sercu. Krew po przepłynięciu przez organizm zwierzęcia i oddaniu tlenu docierała ponownie do obu wielkich żył doprowadzających krew do serca. Tam przejmowało ją na nowo płucoserce, dostarczało tlen i znów kierowało do ustroju zwierzęcia. Chociaż serce w tym czasie było pozbawione krwi, to jednak nadal wolno biło. Gdy Gibbon zdejmował zaciski i przywracał prawidłowe krążenie, zaczynało od nowa silniej pracować.

Od roku 1951 doktor Gibbon, przeświadczony, że jego aparat działa i utrzymuje zwierzęta przy życiu, otwierał ich bijące serca, przeprowadzał na nich próbne operacje i następnie ponownie je zaszywał. U prawie wszystkich lekarzy w Filadelfii natrafiał na brak uznania i powątpiewanie, a ten brak uznania jeszcze wzrósł, gdy w roku 1952 zastosował swój aparat przy operacji dziecka, co do którego przyjął, że ma otwór w przegrodzie międzykomorowej. Udało mu się otworzyć serce, ale otworu nie znalazł, ponieważ go nie było. Pomylił się i dziecko zmarło.

Wiadomość o tej katastrofie albo nie dotarła do doktora Rienkiewicsa, albo mimo to nie utracił zaufania, jakim raz obdarzył doktora Gibbona. W każdym razie posłał Cecylię Bavolek do Filadelfii dopiero rok po tym wydarzeniu i przekonał jej rodziców, że muszą pozwolić Gibbonowi na powtórzenie eksperymentu. Tym razem Gibbon osiągnął pomyślny wynik. W czasie pracy aparatu otworzył serce i zaszył otwór w przegrodzie międzykomorowej. Artykuł kończył się pełnym zachwytu opisem nowego, zdrowego życia, jakie Cecylia rozpoczęła po operacji.

We wcześniejszym numerze "Cosmopolitan" Marvin natrafił niedługo potem na inną historię. Mówiła ona o Pameli Schmidt, urodzonej w roku 1949 w Long Beach w Kalifornii, która później wyjechała wraz z rodzicami do Minneapolis w stanie Minnesota. Tam zapadała raz po raz na zapalenie płuc. Specjaliści Minneapolis General Hospital ustalili, że cierpi z powodu nienaturalnego otworu w ścianie przegrody międzykomorowej. W ciągu następnych lat spędziła więcej czasu w klinikach i pod namiotami tlenowymi niż w domu. Lekarze ze szpitala radzili jej ojcu Ronaldowi i matce Mary to, co kiedyś Helen Taussig radziła matce Marvina: żeby zdobyli się na drugie dziecko, bo wtedy lżej im będzie znieść nieuniknioną śmierć pierwszego. W roku 1953 Pamela trafiła przypadkiem do lekarzy z uniwersytetu w Minneapolis. Również oni, pod kierunkiem doktora Waltona Lilleheia, od lat podejmowali próby otwierania serca i operowania go, a ponieważ nie ufali płucosercu Gibbona, szukali innych metod. Droga, jaką znaleźli, wywarła duże wrażenie na Marvinie. Wpadli mianowicie na pomysł, aby krążenie krwi dziecka podłączyć do tego z rodziców, które ma odpowiednią grupę krwi. Ojcowie lub matki użyczają niejako w ten sposób dziecku płuc i krwi. Na przykład krew ojca z tętnicy udowej kierowana jest do tętnicy podobojczykowej dziecka i stamtąd przez cały jego organizm. Tymczasem krew dziecka, tak jak w aparacie Gibbona, zostaje zatrzymana w obu żyłach prowadzących do serca i doprowadzona do żyły udowej ojca. Krew ojca miesza się z krwią dziecka i ojcowskie serce oraz płuca przejmują pracę tych samych organów dziecka, podczas gdy jego serce, odłączone zaciskami i nieposiadające krwi, bije nadal.

26 kwietnia 1954 roku doktor Lillehei wypróbował tę metodę na Pameli Schmidt, która nie miała już zresztą żadnych szans przeżycia. Jej krążenie podłączono do krążenia ojca i w ciągu czterdziestu minut doktor Lillehei zaszył otwór w przegrodzie międzykomorowej. Po siedemnastu dniach wypisano Pamelę do domu. Od tego czasu doktor Lillehei wykonał czterdzieści pięć razy tę operację. Zmarło przy tym dziesięcioro dzieci, trzydzieścioro operację przeżyło i, jak Marvin czytał, "zaczęło nowe życie".

Gdy po raz pierwszy powiedział rodzicom o swojej lekturze, przerazili się. Domyślili się natychmiast, że wszystko, co przeczytał, odniósł do siebie i wierzy, że on również może być uleczony jak Pamela Schmidt lub Cecylia Bavolek. Nie chodziło o to, że Lewis czy Ruth Mason nie byli natychmiast gotowi do położenia się obok Marvina na stole operacyjnym i wypożyczenia mu własnego serca; po prostu nie posiadali już tej naiwnej wiary w powodzenie, która pomagała im przez tyle długich lat. Cios losu wiosną 1955 trafił ich zbyt głęboko. Wyczytywali w artykułach podsuwanych im przez Marvina historie nie tylko udanych zabiegów, ale także doświadczeń na ludziach, niepowodzeń i zgonów. Przed dwunastu laty sami zdecydowali się na taki eksperyment. Jednakże teraz nie byli już tacy jak w owych czasach i powiedzieli sobie, że Marvin wprawdzie jest chorowity, lecz nie zagrożony śmiertelnie jak wtedy. Wszystko, o czym donosiły artykuły, wydawało im się groźne i pełne niebezpieczeństw. Mimo to nie mogli się zdecydować na obrócenie wniwecz nowych nadziei Marvina.

A Marvin uczepił się ich z całych sił. Czytał coraz więcej i więcej artykułów i wreszcie dowiedział się z wielu obszernych doniesień w "Time-Magazine", że doktor Lillehei zdecydował się pójść za przykładem doktora Gibbona i pracować przy użyciu sztucznego płucoserca. Jego płucoserce różniło się od aparatu Gibbona tym, że krew nie była kierowana na płytki, ale przepływała przez rurkę, do której wtłaczano pęcherzyki tlenu. Krew przejmowała tlen, a na końcu przewodu usuwano zbędne pęcherzyki. W ten sposób zapobiegano przedostaniu się ich do krążenia chorego i powstaniu śmiertelnego zatoru powietrznego. Od roku 1955 doktor Lillehei otwierał liczne serca i operował uszkodzenia w przegrodzie międzykomorowej. Próbował również zwężać nieszczelne zastawki, wzmacniać je małymi kawałkami plastyku lub rozszerzać zwężenie ujścia tętnicy płucnej jak w sercu Marvina. Kawałki ściany serca wycinane przy operacji starał się zastąpić materiałem plastykowym, teflonem. "Time-Magazine", "Newsweek", "Scientific American" oraz "Reader's Digest" opisywały, że także inni amerykańscy i angielscy chirurdzy naśladowali doktora Lilleheia i używając płucoserca, operowali na otwartym sercu. Wraz z upływem dni roku 1958 nadzieje Marvina wzrastały.

W czasie najbliższego pobytu w Baltimore dowiadywał się, czy doktor Blalock nie mógłby go operować przy użyciu sztucznego płucoserca. Otrzymał jednak odpowiedź, że Blalock nie operuje na otwartym sercu i nie ma w ogóle zamiaru kiedykolwiek tego robić. Nie czuł się dość młody, aby zajmować się niewypróbowanymi nowościami.

Marvin doznał gorzkiego rozczarowania. Jednakże, ponieważ dopytywał się uparcie, powiedziano mu, że jeden z dawniejszych asystentów Blalocka, doktor Jerome Harold Kay, przeniósł się do Los Angeles, operuje w tamtejszym St Vincent's Hospital i dokonał już kilku zabiegów przy użyciu płucoserca. Marvin miał dwadzieścia lat. W drodze powrotnej zdecydował się ostatecznie, że będzie albo zdrowy, albo raczej umrze. Udał się do doktora Kaya na 2212 West Third Street. Doktor Kay potwierdził, że wykonuje operacje z użyciem płucoserca i właśnie podjął próby operowania ubytków przegrody międzykomorowej i zwężonych zastawek tętnicy płucnej - chociaż dopiero w tak niewielu przypadkach, że dadzą się policzyć na palcach jednej ręki. Ale gdy w lecie roku 1958 pojawiły się u Marvina niezmiernie ostre napady częstoskurczu, chłopiec zdecydował się narazić na wszelkie ryzyko, nawet gdyby miał być pierwszym pacjentem.

Ruth Mason wspomina:

"Decyzję podjął sam [...]. Upierał się, że chce prowadzić życie człowieka zdrowego, i to było jego własne życzenie. Sam podpisał formularz operacyjny. Ja nie mogłam go podpisać. Bałam się".

Termin operacji został ustalony na 28 stycznia 1959 roku. Wczesnym rankiem o godzinie 8.05 Marvin leżał na stole operacyjnym w St Vincent's Hospital i doktor Kay, doktor Anderson, doktor Meihaus i kilku innych lekarzy przystąpili do zabiegu. Była to dopiero szósta operacja, jakiej podjął się doktor Kay.

Trwała sześć godzin, aż do wczesnego popołudnia. Kay zanotował w protokole operacyjnym: "Powód operacji [...] podostre bakteryjne zapalenie wsierdzia, przebyte przed trzema laty, i częstoskurcz przedsionkowy w ostatnim roku". Do Helen Taussig napisał: "W czasie operacji stało się niezbędne wszycie jednego "outflow patch", a potem następnej "łaty odpływu" dla zamknięcia ubytku w ścianie przegrody międzykomorowej [...]. Pień ramienno-głowowy podwiązałem w miejscu, gdzie był zespolony z tętnicą płucną". Na końcu dodał: "jestem przekonany, że jego (Marvina) wada serca została całkowicie usunięta".

Pod słowem "łaty" Kay rozumiał kawałki tkaniny teflonowej, których użył do zamknięcia otworu w przegrodzie międzykomorowej i do rozszerzenia zbyt wąskiego odpływu z prawej komory do tętnicy płucnej. Zdanie dotyczące pnia ramieniowo-głowowego oznaczało, że zespolenie dokonane przez Blalocka przed czternastu laty zostało ponownie wyłączone z krwiobiegu. Zresztą jego słowa brzmiały jak sprawozdanie z całkowicie niedramatycznego wydarzenia. Dla Lewisa i Ruth Masonów to samo wydarzenie przedstawiało się całkowicie inaczej i prześladowało ich w straszliwych wspomnieniach, od których nie mogli się już nigdy uwolnić.

Lewis i Ruth Masonowie wspominają:

"Operacja była skończona, pozostała do zaszycia już tylko klatka piersiowa, gdy wystąpił krwotok. Doktor Kay zszedł po schodach i rozmawiał z nami. Powiedział, że idzie na chwilę do "Coffee Shop". Wtedy usłyszeliśmy wołanie o pomoc i doktor Kay pobiegł z powrotem [...]. Myśleliśmy, że Marvin umiera, i po chwili powiedziano nam, iż tak było istotnie. Czekaliśmy przez sześć godzin pod drzwiami jego pokoju. Ciało Marvina stało się całkowicie czarne, a tuzin lekarzy wchodziło i wychodziło. Siostra przełożona powiedziała nam, że modlą się za niego [...]. Wreszcie kryzys minął, ale przychodziły następne, które o mało nie zakończyły się śmiercią. Pewnego dnia jedna z sióstr przypadkowo, wbrew przyjętym zwyczajom przy obejmowaniu służby, weszła w płaszczu bezpośrednio do pokoju Marvina. Przerażona nacisnęła guzik alarmowy. U Marvina wystąpił napad duszności. Doktor Kay utrzymał go przy życiu tylko przez wykonanie tracheotomii [...]. Dwa dni później wystąpiło ciężkie powikłanie płucne i zużyto aż siedemnaście litrów krwi, aby go wyprowadzić z tego stanu. Nie wiemy, jak on to wszystko wytrzymał".

Nikt tego nie wiedział. Tylko Marvin zdawał się wiedzieć. Uważał, że była to jego bezwzględna wola, aby być zdrowym. Zapewnienie doktora Kaya, że usunął jego wadę serca, brzmiało jak zapowiedź nowego życia i z tym przekonaniem opuścił St Vincent's Hospital. Znalazł zatrudnienie jako asystent reżysera w Film Fair Company w Studio City. Świat filmu przyjął go bez zastrzeżeń, a wiara w nowe życie i w przyszłość okazała się tak duża, że zaczął marzyć, jak prawie wszyscy w jego nowym środowisku, o zostaniu artystą, może nawet gwiazdą. Jego marzenia nie miały większych szans powodzenia niż marzenia tysięcy innych. Ale od chwili, gdy zaczął nowe życie, wierzył w swoje szczęście.

Z rękopisu drugiego wywiadu przeprowadzonego z kardiologiem, doktorem T.M. (18 kwietnia 1959):

Sprawozdawca: "Od kilku miesięcy mnożą się doniesienia o "błękitnych dzieciach", które przed laty były operowane przez doktora Blalocka, a teraz przy użyciu sztucznego płucoserca w ponownej operacji przeprowadza się prawdziwą korekturę ich wady serca. W styczniu tego roku był operowany w Los Angeles Marvin Mason, trzeci z małych pacjentów, na których Blalock w roku 1945 wypróbował swoją metodę po raz pierwszy. Odtąd cieszy się dobrym zdrowiem. Z tego powodu chciałbym nawiązać do rozmowy, którą przeprowadziłem z panem w roku 1951 na temat widoków na przyszłość, jeśli idzie o operacje Blalocka. Przewidział pan wtedy rozwój operacji na otwartym sercu. Moje dzisiejsze pytanie brzmi: czy opiniując operację Blalocka teraz, po piętnastu latach, można uznać, iż przeceniono jej wartość? Czy ten sam Marvin Mason, który w roku 1945 był wzorcowym dowodem sukcesu metody Blalocka, nie jest teraz jednym z pierwszych przykładów tego, że ta metoda musi ustąpić nowej, bardziej skutecznej metodzie operacyjnej?".

T.M.: "Nie można w tej chwili dać jednoznacznej odpowiedzi na pańskie pytanie. Istnieją trzy powody, które przemawiają przeciwko temu".

Sprawozdawca: "Czy mógłbym pana prosić o wymienienie ich?".

T.M.: "Po pierwsze: wykonywane obecnie operacje są w tak wczesnym okresie wdrażania, że jeszcze nie można wyrokować na ich podstawie. Jeśli jestem dobrze poinformowany co do przebiegu operacji Marvina Masona - mówię z całą świadomością: jeśli była ona, jak wszystkie nowe przedsięwzięcia, pełna ryzyka i połączona z ciężkimi powikłaniami, należy oczekiwać udoskonalenia tej metody. Niech mi pan pozwoli ściśle się wypowiedzieć: wprawdzie sztuczne płucoserce i chirurgia na otwartym sercu stały się rzeczywistością, jednak obie metody są jeszcze w powijakach. Stosowane najczęściej aparaty wykazują braki, które z czasem zostaną usunięte:

a) aparaty mogą być stosowane tylko przez krótki czas, przez kilka godzin, ponieważ kontakt krwi z metalem czy szkłem prowadzi do uszkodzenia krwinek czerwonych;

b) obecnie udaje się wprawdzie otwierać serce, ale nie jest ono w czasie operacji całkowicie pozbawione krwi. Jak wiadomo, mięsień serca zaopatrywany jest w krew i tlen przez własne tętnice, tak zwane wieńcowe. Tętnice te odgałęziają się od tętnicy głównej poza miejscem połączenia jej z mięśniem serca. Gdy zaciśnie się tętnicę główną przy włączeniu płucoserca, to tętnice wieńcowe pozostają nienaruszone przez zacisk. Sam mięsień sercowy musi być jednak zaopatrywany w krew. Krew ta po przepłynięciu przez mięsień serca spływa przez żyłę do przedsionka. To przeszkadzające krwawienie mogło być usunięte dopiero przez nowe prace doktora Lilleheia w Minneapolis. Wbudował on w sztuczne płucoserce drugą pompę, która kieruje krew bezpośrednio przez tętnice wieńcowe, a następnie ją ponownie wsysa;

c) serce po włączeniu aparatu bije nadal wolno, co zmniejsza bezpieczeństwo wykonywanego zabiegu.

Tymczasem znaleziono także środki i drogi do pewnego unieruchomienia serca. Opierały się one przede wszystkim na obserwacjach Anglika Ringera z roku 1883. Stwierdzono wtedy, że serce zwierzęcia przestawało bić, gdy wprowadzano weń chlorek potasu, a zaczynało bić ponownie, gdy tylko przepływająca krew wypłukała tę substancję. Inny Anglik, Melrose, przeprowadził jako pierwszy na stole operacyjnym zatrzymanie serca za pomocą chlorku potasu. Jednakże ta chemiczna metoda nie należy do bezpiecznych i jestem osobiście przekonany, że znajdzie się inna, która okaże się przydatna Waltonowi Lilleheiowi. Z pewnością wiadomo panu, że Lillehei i jego zespół przed niespełna ośmiu laty usiłowali za pomocą hipotermii wykonywać u swoich pacjentów operacje na otwartym sercu. Wykorzystywali przy tym okoliczność, że oziębione ciało i oziębiony mózg wymagają mniej tlenu i dlatego czynność serca można przerwać na kilka minut. Gdy ciało oziębia się poniżej 28 stopni, prawidłowa czynność serca przechodzi w migotanie komór, a przy dalszym oziębieniu serce się zatrzymuje. Lillehei oziębił teraz po prostu krew, którą tłoczył za pomocą sztucznego płucoserca przez naczynia wieńcowe. Wywoływało to zatrzymanie czynności serca. Po operacji pompa kierowała do mięśnia serca ciepłą krew i bicie rozpoczynało się od nowa. Gdyby nie udało się przywrócić bicia serca lub wystąpiło migotanie komór, to dla wywołania miarowej czynności serca wystarcza zastosowanie impulsów elektrycznych. Do tego celu stosuje się elektryczny defibrylator przykładany do serca. Proszę mi pozwolić ująć to jednym zdaniem: Mamy sposoby pokonywania występujących trudności, ale trudno nazwać je ostatecznymi i nie są ogólnie przyjęte".

Sprawozdawca: "A jaka jest druga przyczyna pańskiej powściągliwości?".

T.M.: "Wynika ona z pierwszej. Wszelkie operacje na otwartym sercu, które stały się możliwe dzięki użyciu sztucznego płucoserca, znajdują się jeszcze w okresie początkowym. Dotyczy to również uzupełniania ubytków w ścianie przegrody międzykomorowej i poszerzania wejścia do tętnicy płucnej, a więc głównych zabiegów w przypadku "błękitnych dzieci". Rozwój tych metod jest nadal w toku, ponieważ stosowanie materiału z plastyku jest ciągle jeszcze nowością. Istnieją ponadto inne źródła niebezpieczeństwa. Należą do nich znajdujące się w obrębie ściany przegrody sploty nerwowe regulujące prawidłowy przebieg kolejności skurczów serca. Jedno ukłucie igłą wystarcza do uszkodzenia tych splotów. Tak więc nie możemy teraz nic powiedzieć o odległych wynikach tych nowych operacji. A to oznacza, że nie można jeszcze wypowiadać także sądu o tym, czy wyniki upoważniają do zaprzestania wykonywania u "błękitnych dzieci" operacji Blalocka i przejścia do otwartej "naprawy"".

Sprawozdawca: "Pan wspomniał jeszcze o trzeciej przyczynie".

T.M.: "Tak. W naszej rozmowie przed ośmiu laty wspomniałem o możliwości utrzymania przy życiu "błękitnych dzieci" po operacji Blalocka tak długo, aż wynalezione zostanie sztuczne płucoserce, stwarzające szanse wykonania drugiej operacji, usuwającej właściwą wadę serca. Taka szansa już istnieje i została wykorzystana w operacji Marvina Masona. Ale obowiązująca opinia będzie zależała od tego, na ile poprawi się stan zdrowia Marvina i wszystkich innych, którzy jak on byli operowani przed czternastu czy piętnastu laty i teraz czeka ich druga operacja. Na razie operacja Marvina wypadła dobrze. W gruncie rzeczy nie wiemy jeszcze, jakie zmiany wywołuje operacja Blalocka w organizmie w ciągu dziesięciu czy piętnastu lat i w jakim czasie zmiany te postąpią tak daleko, że wykonanie drugiej operacji stanie się już niemożliwe. Nie mamy pojęcia, jak ustalić najkorzystniejszy moment drugiej operacji. Nie wiemy, czy u człowieka dwudziestopięcio- lub dwudziestosześcioletniego nie jest zbyt późno na operację i czy jego serce to przetrzyma. Nie wiemy również, czy u sześcio- lub dziesięcioletniego dziecka można w ogóle ważyć się na operację na otwartym sercu, ponieważ w ciele jego zachodzi jeszcze tyle zmian, że nikt nie może przewidzieć, jak się przy tym zachowają na przykład materiały plastykowe, które przecież nie rosną razem z ciałem.

Wartość lub bezwartościowość każdego nowego kroku w medycynie potwierdza los chorego, na którym był on wypróbowywany. Brzmi to może nieludzko, jest to jednak niestety prawda. Mając za sobą pierwszych piętnaście lat, przynajmniej częściowo znamy los "błękitnych dzieci" operowanych metodą Blalocka. Musimy poznać jeszcze los tych, którzy teraz przeżywają operację na otwartym sercu".

BARBARA

Barbara Rosenthal ukończyła czternaście lat, a od operacji w Baltimore upłynęło ponad dwa lata, gdy wraz z rodzicami opuściła Buffalo. Oni też poddali się owemu pędowi na zachód, który od roku 1946 zaprowadził miliony Amerykanów do Kalifornii. W czasie transportu do wschodniej Azji setki tysięcy żołnierzy amerykańskich zobaczyło po raz pierwszy "kraj zawsze błękitnego nieba". Po zwolnieniu z wojska nie powrócili już na wschód, lecz stali się Kalifornijczykami i ich przykład pociągnął innych do San Francisco, San Diego lub Los Angeles, przeludnionego miasta giganta.

Rodzina Rosenthalów przeniosła się dalej, na zachód od Los Angeles, do Beverly Hills, która to nazwa częściowo słusznie, a częściowo błędnie oznacza: gwiazdy ekranu, bogactwo, wille i baseny kąpielowe. Leonhard Rosenthal nadal zajmował się handlem. Ale dla niego i Shirley nie dobrobyt stanowił istotę życia, lecz Barbara.

Nie różniła się już od ludzi z jej otoczenia i innych dziewcząt w Beverly Hills, które chodziły z nią do szkoły średniej, leżącej pośród łąk graniczących z terenem należącym do 20th Century Fox Studio. Barbara była rosłą dziewczyną i wykonywała wszelkie czynności tak jak jej rówieśnice. Mimo to tkwiło w niej niezatarte wspomnienie o latach, kiedy była "błękitnym dzieckiem", i napełniało ją niekiedy lękiem i napięciem. To ostatnie stawało się widoczne, gdy była zmęczona i lekka sinica pojawiała się na jej palcach i wargach. Nie wiedziała nic o podstawach medycznych operacji Blalocka, o jej granicach i tymczasowości. Jednak każde wspomnienie minionego okresu wytwarzało zahamowania i budziło podświadomy lęk. Nie jeździła jak inne dzieci z Beverly Hills do szkoły samochodem, ale szła milę piechotą, chociaż po tylu latach unikania chodzenia sprawiało jej to ból. Marsz był dla niej samopotwierdzeniem. Gdy 11 listopada roku 1947 przybyła na badania kontrolne do Baltimore, zanotowano w klinicznej historii choroby: "Matka [...] zastanawia się nad duchowym wsparciem dla córki".

Jednakże Barbara oddalała się z każdym rokiem coraz bardziej od tego najprzykrzejszego dla niej okresu życia. Wspomnienia nie zniknęły, ale zbladły. W roku 1951, mając lat osiemnaście, ukończyła szkołę średnią. W ostatnich latach zaczęła się interesować szczególnie prasą i zdecydowała się na studia dziennikarskie. Udała się więc do Berkeley na Uniwersytet Kalifornijski.

Nikt z jej kolegów nie wiedział, że była kiedyś "błękitnym dzieckiem". Wspomnienia prawie całkowicie zbladły. Jednak nadal tkwiło w niej podświadome uczucie, że nie jest człowiekiem w pełni sił. Przejawiało się ono na przykład w tym, że wybrała dom akademicki położony na pagórku, a w domu pokój na ostatnim piętrze, do którego można było dostać się tylko po schodach.

W Berkeley spotkała Richarda Israela, pracownika redakcji gazety uniwersyteckiej "Daily California". Miał dwadzieścia pięć lat, a Barbara dwadzieścia jeden. Nigdy nie przyszło mu na myśl, że mogła być kiedyś chora, a i Barbara specjalnie starała się wykonywać ciężkie prace w zecerni. Dopiero gdy w roku 1957 Richard zaproponował jej małżeństwo, zawahała się. Wyglądało to tak, jakby chciała zastanowić się nad jakimś problemem. Potem powiedziała Richardowi, że musi mu coś wyznać, co go być może skłoni do rezygnacji z małżeństwa. Tak więc poznał jej historię. Pokazała mu niebieski odcień skóry swych rąk, gdy szli pod górę. Jej postawa wywarła na nim głębokie wrażenie. W końcu roku 1957 wzięli ślub w Beverly Hills. Richard znalazł pracę w "San Francisco Chronicle", a Barbara w "San Francisco Examiner". Przenieśli się do San Francisco i spędzili tam rok pełen radości, tak w życiu osobistym, jak i w pracy, bez potrzeby mówienia kiedykolwiek o sinawych paznokciach lub wargach.

Wtedy - w roku 1958 - do San Francisco przybyła na zjazd lekarski Helen Taussig. Barbara odwiedziła ją i opowiedziała o Richardzie, swoim nowym życiu i o tym, że ma nadzieję, iż będzie miała dzieci. Helen Taussig ostrzegła ją, że nie powinna mieć dzieci, jeżeli nie chce narazić na niebezpieczeństwo życia własnego i dziecka.

Barbara nie zataiła przed Richardem nic z tego, co jej powiedziała Helen Taussig. Ale ukryła, jak bardzo to spotkanie obudziło w niej na nowo świadomość, że jest jak dawniej nie w pełni sprawnym człowiekiem. Rok później Richard otrzymał pracę w studiu telewizyjnym CBS w Los Angeles. Przenieśli się więc do Hollywood i wynajęli piękny apartament na El Cerrito Place. Barbara znalazła pracę w biurze informacyjnym Cedars of Lebanon Hospital, mieszczącym się również w Hollywood.

Żyli, wydawałoby się, beztrosko, zadowoleni z pracy, w gronie przyjaciół. Przyszedł jednak styczeń roku 1960, a wraz z nim pozornie małe zdarzenie, którego pełną wymowę Richard poznał znacznie później.

Owego styczniowego dnia Barbara poszła na jeden z wykładów wygłaszanych regularnie przez znanych specjalistów, lekarzy szpitala Cedars of Lebanon. Wykładowcą, o którego prelekcji miała podać informację w prowadzonym przez siebie dziale, był zamiejscowy specjalista chorób serca. Mówił o operacji Blalocka i doświadczeniach, jakie w związku z tym zebrano w ciągu piętnastu lat. Po raz pierwszy dowiedziała się, że w jej piersiach tkwi "prowizorium", że żyje tylko "czasowo" i że przy swoich dwudziestu sześciu latach osiągnęła wiek, kiedy to właściwie powinna pożegnać się z życiem. Usłyszała też po raz pierwszy, jakie przemiany dokonały się w chirurgii serca, i że obecnie nadszedł już czas, aby zastąpić prowizoryczne rozwiązanie Blalocka trwałym chirurgicznym usunięciem wady serca.

W domu opowiedziała Richardowi coś niecoś o wykładzie i najnowszych osiągnięciach chirurgii. Nie zdradziła mu jednak tego, że w jednej chwili obudzono całą jej przeszłość i lęka się, iż usłyszała wyrok śmierci. Prowadziła dotychczasowy tryb życia, tak znakomicie się maskując, że Richard nie dostrzegł, że tak naprawdę jest w rozpaczy. Odwiedziła wielu lekarzy. Lęk jej powiększył się, gdy kilka miesięcy później po raz pierwszy zaczęła cierpieć na silną duszność i zawroty głowy. Zwróciła się do kardiologa, który skierował ją ostatecznie do doktora Eugene'a Saxona, chirurga klatki piersiowej operującego w Cedars od Lebanon. W październiku roku 1960 przeprowadzono gruntowne badania. Saxon napisał w historii choroby Barbary: "Chodzi o dwudziestosiedmioletnią kobietę z sinicą, u której w ostatnich sześciu miesiącach codziennie występują napady zawrotów głowy, a przy wysiłku - duszność. Zdjęcie radiologiczne ujawnia zastój żylny w płucach. Wszystkie objawy wskazują na zwyrodnienie i niewydolność lewej komory serca. W przypadku tej pacjentki ostatnią szansę stanowi totalna korektura".

Nękana niepokojem i niepewnością Barbara myślała o poddaniu się operacji w Baltimore. Ale tam dowiedziała się, tak samo jak Marvin Mason, że Blalock nie zajmuje się operacjami na otwartym sercu, i wobec tego zdecydowała się, po tygodniach lęku i rozpaczy, oddać w ręce doktora Saxona w Cedars of Lebanon. Przed mężem zataiła jednakże swoje napady zawrotów głowy. Zataiła również przed nim, że w Baltimore powiedziano jej, ile ma jeszcze życia przed sobą. Oświadczyła mu jedynie, że przekonała się o postępach chirurgii i chce się poddać operacji, aby stać się całkowicie zdrową kobietą i móc rodzić dzieci. Termin przyjęcia do Cedars of Lebanon wyznaczono na 15 stycznia roku 1961.

Richard Israel do Jerry'ego Le Blanca, 1970:

"Od czasu do czasu, szczególnie w ostatnich latach, po wysiłku u Barbary występowała duszność [...]. Jej główną troską było, aby nikt nie spostrzegł, że czasami sinicze zabarwienie pojawia się na jej palcach. Niekiedy można było dojrzeć i na jej twarzy ślad sinicy [...]. Jednakże poza tym nie występowały nigdy inne objawy choroby. Na operację zdecydowała się nie wskutek nawrotu choroby; była zdrowa aż do ostatniego dnia [...]. Myślę, że główną przyczynę stanowiło przeświadczenie, iż po operacji będzie mogła rodzić dzieci. Jestem przekonany, że to było podstawą [...]. Zawiozłem ją do szpitala [...]. Weszła do środka tak zdrowa jak Pan i ja, nawet sama niosła małą walizkę [...]. Rano, na krótko przed operacją, byłem w jej pokoju i oboje oczekiwaliśmy, że wszystko pójdzie dobrze".

Operacja zaczęła się 18 stycznia roku 1961 o godzinie 8.20. Przy stole operacyjnym stanęli doktor Eugene Saxon, doktor Joseph H. Miller, doktor Francis Byron, doktor Joshua Fields i doktor Milton Marmer. Doktor Miller obsługiwał sztuczne płucoserce. Doktor Marmer nadzorował stan uśpienia.

O godzinie 9.35 wszystko było przygotowane i rozpoczął się właściwy zabieg. Saxon przeciął mostek i otworzył jamę klatki piersiowej. Pień ramienno-głowowy, który Blalock przed szesnastu laty zespolił z tętnicą płucną, był dobrze widoczny i wypełniony krwią. Gdy jednak Saxon odsłonił tętnicę płucną, stało się jasne, dlaczego w ostatnich latach stan Barbary Israel tak wyraźnie się pogorszył: przekrój tętnicy powiększył się cztero- lub pięciokrotnie w stosunku do normy. Przeciążenie nienaturalnym zwiększeniem dopływu krwi uwypukliło nawet część ściany tętnicy i wytworzyło tętniak. Saxon usunął zespolenie dokonane przez Blalocka, a Miller i asystenci włączyli płucoserce. Wprowadzenie cewników dla krwi żylnej do żył głównych, górnej i dolnej, i cewnika dla krwi tętniczej do prawej tętnicy udowej nie stwarzało żadnych trudności.

Była godzina 13.36, gdy uruchomiono sztuczne płucoserce i doktor Saxon rozpoczął rozstrzygający akt operacji. Otworzył tętnicę płucną, aby ją zmniejszyć. Wykrył przy tym skrzep wielkości dwa na trzy centymetry, który prawdopodobnie już długi czas znajdował się poza zastawką tętnicy płucnej. Sama zastawka tętnicy płucnej miała tylko niewielki przepust do prawej komory. Saxon otworzył zastawkę, ale gdy badającym palcem chciał dostać się do komory, spostrzegł, że całe połączenie między tętnicą płucną a sercem jest prawie całkowicie zablokowane przez wyrośla tkankowe. Aby znormalizować wypływy krwi z prawej strony do płuc, zmuszony był do otwarcia komory serca.

Doktorzy Marmer i Miller nie mieli nic niezwykłego do zameldowania. Ciśnienie krwi było prawidłowe. Po wykonaniu zwężenia tętnicy płucnej doktor Saxon naciął prawą komorę serca. Po dwudziestosiedmioletnim przeciążeniu wskutek przeciskania się krwi przez wąziutki otwór do tętnicy płucnej komora serca była znacznie rozszerzona. Po raz pierwszy doktora Saxona ogarnęły wątpliwości, czy to jednak nie za późno, czy mięsień serca ma dosyć siły do prawidłowego utrzymania krążenia płucnego.

Ubytek w przegrodzie międzykomorowej był bardzo duży, trzy na cztery centymetry. Doktorowi Saxonowi udało się go jednak szybko zamknąć czternastoma szwami bez zranienia splotów nerwowych układu bodźcoprzewodzącego. Zaraz potem zajął się prawie całkowicie zablokowanym wejściem do tętnicy płucnej, otworzył je szeroko i uzupełnił brakującą tkankę kawałkiem teflonu. Dochodziła 15.10, gdy ponownie zamknął prawą komorę. Rytm serca był prawidłowy. To pozwalało przypuszczać, że wszystko zakończy się dobrze. Wtedy dał znak doktorowi Millerowi, aby odłączył sztuczne płucoserce i w ten sposób przywrócił normalne krążenie.

O godzinie 15.14 zatrzymano aparat. Serce Barbary zaczęło natychmiast silnie bić. Pracowało kilka minut; nadzieja Saxona, że wszelkie niebezpieczeństwo zostało opanowane, wzrosła. Nagle jednak spadło ciśnienie tętnicze krwi, a siła mięśnia serca zmalała w sposób dramatyczny. O 15.18 Miller musiał znów włączyć aparat, ponieważ serce stanęło, i krążenie zostało przywrócone. O 15.23 znów odstawiono pompę, ale serce Barbary pracowało teraz także tylko kilka minut. O 15.26 doktor Saxon i doktor Miller musieli po raz trzeci szukać pomocy w sztucznej pompie. I od tej chwili rozpoczęła się zacięta walka, której celem było utrzymanie czynności serca. Od 15.45 do 17.40 doktor Miller włączał i wyłączał aparat jeszcze pięć razy. Równocześnie Saxon podawał coraz większe ilości środków nasercowych i krążeniowych. Jednakże ani naparstnica, ani adrenalina, ani wapń nie dały pożądanego rezultatu. Komora prawa wypełniała się krwią, nie miała jednak siły opróżnić się do tętnicy, lecz tylko pęczniała. Gdy sytuacja stała się rozpaczliwa, doktor Saxon myślał o ponownym otwarciu serca i przywróceniu otworu w przegrodzie międzykomorowej, aby krew - jak przed operacją - mogła z prawej komory przelewać się do lewej.

Musiał jednak poniechać i tego. Było za późno. Za długo i za często sztuczne płucoserce przejmowało czynność krążenia. Już tylko z trudem udawało się stwierdzać odruchy u Barbary Israel. Po ostatnim włączeniu pompy około 17.40 serce biło jeszcze kilka minut. Krótko po 18.00 zatrzymało się ostatecznie. Kilka dni później doktor Saxon napisał do doktor Helen Taussig, donosząc koleżance o śmierci drugiej z pacjentek, od których rozpoczęła się historia operacji "błękitnych dzieci".

MARVIN

Wiosną 1961 roku Marvin miał dwa przeżycia, które umocniły w nim wiarę, że jego właściwe życie zaczęło się dopiero po drugiej operacji. W środowisku aktorskim Hollywoodu poznał Lindę Weiner, śliczną kruczowłosą dziewczynę. Nazywano ją Kippy, ponieważ urodziła się w dniu Jom Kippur, największego święta żydowskiego. Marvin zakochał się w niej do szaleństwa. Prawie w tym samym czasie dostał małą rolę w teatrze Rancho Park w Los Angeles. Dla niego rola ta oznaczała pierwsze spełnienie marzeń.

Przy próbach przedstawienia Kto sieje wiatr, w którym miał wystąpić po raz pierwszy, przewrócił się na scenie i skaleczył sobie poważnie kolano. Jednak lęk przed utratą szansy był tak wielki, że po zastrzyku morfiny przyjechał w fotelu na kółkach na scenę. Przez trzy wieczory występował, aż Kippy namówiła go do pójścia do szpitala i rezygnacji z kariery artystycznej.

Przebył operację kolana, trzecią operację w życiu, i powrócił do pracy w Film Fair Company. Kippy i Marvin pobrali się w listopadzie. Wcześniej powiedział jej o operacjach i spytał, czy będzie mogła znosić przez całe życie widok wielkich blizn na jego piersi.

Wkrótce okazało się, że Marvin nie zapomniał o dawnych marzeniach. Nachodziły go w studiu, ilekroć widział jakiegoś aktora. W lecie 1963 roku ponownie zaczął potajemnie szukać możliwości zagrania jakiejś roli. Po niezliczonej liczbie próśb i niedotrzymanych przyrzeczeń otrzymał wreszcie rolę małego oszusta w sztuce Opowieści o detektywie. Scenę, na której miał teraz wystąpić, urządzono w dawnym garażu czy też warsztacie na Handry Avenue w okolicy międzynarodowego portu lotniczego Los Angeles. Teatr nazywał się Westchester Playhouse, a jego reżyser i aktorzy wywodzili się z tych, którzy nie mogli zrobić kariery. Zarabiali na chleb jak się dało, ale mimo wszystko chcieli grać, lub należeli do tych, jak Marvin, którzy liczyli na to, że zostaną odkryci. Grano tylko pod koniec tygodnia, gaży nie wypłacano: uczucie, że mogą grać i mieć jakieś szanse na przyszłość, było dla wszystkich biorących udział wystarczającą zapłatą. Dopiero gdy Marvin był pewny swojej roli, wyznał Kippy, że nie dotrzymał przyrzeczenia i nigdy nie dotrzyma. Ale żona dała mu wolną rękę, a on chodził rozpromieniony jeszcze długo po tym, gdy mu ktoś powiedział, że ma talent.

Nikt w zespole nie dowiedział się, że był kiedyś "błękitnym dzieckiem". Nikt też nie mógł tego nawet przypuszczać, gdyż zawsze starał się być pilniejszy od innych, rozsądniejszy lub głośniejszy. We wrześniu otrzymał drugą rolę. Nie była wcale ważniejsza od pierwszej, on jednakże myślał, że zbliża go ku spełnieniu marzeń. Grał teraz młodego kadeta w sztuce Ciemność na szczycie schodów, wprowadzonej po raz pierwszy na scenę w Nowym Jorku w roku 1957. Sztuka rozgrywała się w latach dwudziestych w domu amerykańskiej rodziny, a jej bohaterami byli Robin Flood, jego żona Cora i ich dzieci, wszyscy zaabsorbowani własnymi troskami: mąż swoją przyszłością, żona miłostkami męża, dzieci szkołą. Któregoś wieczoru zjawia się kadet imieniem Sammy, aby zabrać na potańcówkę córkę Reenie. Na tle tej rodziny skłonnej do użalania się nad sobą on jeden tryska radością. Opuszcza scenę z Reenie pod rękę, aby już nigdy nie powrócić. W trzecim akcie widz dowiaduje się, że Sammy jeszcze tego samego wieczoru popełnił samobójstwo, sens bowiem tej sztuki był następujący: "Gdybyście nie zajmowali się tylko ubolewaniem nad samymi sobą, ale pod uśmiechem innych potrafili rozpoznać ich tragedię, wasze życie nie byłoby takie puste".

Marvin stał na scenie tylko dziesięć minut w drugim akcie - w niebieskim mundurze, z czapką kadecką pod pachą. Uosabiał jednak sympatyczną postać. W chwili, gdy opuszczał scenę z Reenie, Cora Flood mówiła do męża: "To jest najmilszy młody człowiek, jakiego kiedykolwiek widziałam". Już w Nowym Jorku gorąco oklaskiwano owo zejście ze sceny.

Marvin co wieczór brał udział w próbach ze swoją partnerką Elyse Silvers, prześliczną szesnastoletnią córką reżysera Jarry'ego Silversa. Oboje stanowili miłą parę. Teraz jak i przedtem nikt nie wiedział o chorobie, jaką przebył. W dniu premiery, gdy Marvin usłyszał po raz pierwszy oklaski po zejściu ze sceny, był tak podniecony i dumny, że w garderobie ściągnął koszulę. Za późno spostrzegł, iż kilka dziewcząt krzyknęło z przerażenia. Zobaczyły blizny na jego piersi. Powiedział od niechcenia, że kiedyś był operowany, ale było to bardzo dawno. Osiem dni potem, w piątek 28 października, stał po raz drugi na scenie i kilka minut po dziesiątej zszedł z Elyse Silvers za kulisy. Oklaski huczały, zagłuszając odgłos wypadku, jaki zdarzył się za sceną. Silvers stał przy wejściu do teatru, aby zaczerpnąć trochę świeżego powietrza, gdy dwaj jego ludzie, obiegłszy dookoła dom, krzyknęli do niego, że Marvin upadł. Reżyser pobiegł za nimi i znalazł go leżącego na ziemi z sinoczerwoną twarzą. Zastosował natychmiast sztuczne oddychanie i polecił zapytać, czy wśród widzów nie ma lekarza, a że nie było żadnego, szybko posłał po lekarza w sąsiedztwie, a sam w tym czasie wykonywał sztuczne oddychanie usta-usta, chociaż prawie czarna twarz Marvina przerażała go. Kilka minut potem przybył lekarz i wezwał karetkę pogotowia. Karetka przewiozła Marvina do szpitala Daniel Freeman Hospital, oddalonego tylko o kilka przecznic. Tam lekarz dyżurny stwierdził zgon o godzinie 22.17.

Po trzech przedstawieniach, w których inni aktorzy powiadamiali widzów o śmierci scenicznej Marvina, podczas gdy on sam wracał z Kippy do domu, dosięgła go teraz rzeczywista śmierć. Dla Kippy, Lewisa i Ruth Masonów jedyną pociechą pozostało to, że być może w chwili śmierci słyszał jeszcze słowa Cory Flood: "To jest najmilszy młody człowiek, jakiego kiedykolwiek widziałam".

Nocą przewieziono go, jak wszystkie ofiary niewyjaśnionej śmierci, do prosektorium w Los Angeles. Tam doktor Muggrave otworzył klatkę piersiową Marvina i odczytał historię jego choroby. Zapoznał się z historią operacji ze stycznia roku 1959, która pozostawiła Marvinowi głęboką wiarę, że wszystkie wady jego serca zostały usunięte. Doktor Muggrave zobaczył, że doktorowi Kayowi nie udało się zamknąć ubytku w przegrodzie międzykomorowej lub że kawałek teflonu przesunął się później bądź oddzielił. Pisał, co następuje: "Pozostał otwór o przekroju około jednego centymetra". I zakończył z rutyną właściwą swemu zawodowi: "Przyczyna śmierci: ostra niewydolność serca jako następstwo wrodzonej choroby serca. Ubytek w przegrodzie międzykomorowej".

Z listu doktora Alfonsa Scheffolda z Westwood (Los Angeles) z 15 lutego 1971:

"Jestem tylko amatorem w dziedzinie historii medycyny nowoczesnej. Ale w ubiegłym miesiącu odwiedziłem groby Barbary Israel, z domu Rosenthal, oraz Marvina Masona. Nie było łatwo je odnaleźć. Jednakże, gdy w jednym i tym samym dniu stałem nad nimi, zastanawiałem się nad dziwnym zrządzeniem losu.

Dzisiaj, dokładnie dziesięć lat po ich śmierci, "papieże" medycyny nadal nie są zgodni co do tego, jaką rolę odegrała pierwsza operacja Blalocka, dokonana na jednym z "błękitnych dzieci", i czy winna ona ustąpić miejsca "operacji na otwartym sercu", czy też nie. Blalock umarł 15 grudnia 1964 roku na raka, jaki rozwinął się w kikucie moczowodu prawej nerki, którą mu usunięto przed trzydziestu siedmiu laty. On sam nie należał już do walczących. Helen Taussig, która mimo siedemdziesiątki nie chce przejść w stan spoczynku, zabiega, aby na przykładzie siedmiuset pięćdziesięciu pierwszych operacji Blalocka wykazać, że najpomyślniejszych rezultatów można oczekiwać, jeśli operację Blalocka przeprowadzoną na młodszych dzieciach, a przywracającą je pełnowartościowemu życiu, skoryguje się w wieku dziesięciu, piętnastu lat operacją na otwartym sercu. Przeciwne stanowisko zajmują ci, którzy także u młodszych dzieci przeprowadzają natychmiast operację na otwartym sercu i uważają za słuszne, aby w nagłym przypadku leczyć w ten sam sposób nawet niemowlęta. Rozstrzygające jest koniec końców to, że obecnie istnieje wiele możliwości uratowania tych, którzy przed dwudziestu pięciu laty musieliby umrzeć z powodu braku pomocy.

Gdy stałem nad grobami w Los Angeles, uświadomiłem sobie, że Barbara Israel i Marvin Mason należeli do pierwszych, którzy na swój sposób wnieśli poważny wkład w rozwój chirurgii "błękitnych dzieci", dając początek nowej, rozstrzygającej epoce w historii medycyny. Jest to rzadkość. Przypuszczalnie zdarzyło się to tylko raz i może nigdy się już więcej nie powtórzy".

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
?

SUKCES NA MIARĘ ŻYCIA

Jürgen Thorwald, wybitny niemiecki pisarz, dziennikarz i historyk, ukazuje rozwój medycyny na przestrzeni dziejów, walkę lekarzy i naukowców z ciemnotą i zacofaniem, ustępowanie starego przed nowym, wreszcie narodziny medycyny, którą dziś znamy - nowoczesnej, przyjaznej pacjentom (przynajmniej teoretycznie), o wielkich, choć niestety nadal ograniczonych możliwościach diagnostycznych i terapeutycznych. Pacjenci to opowieść o powstaniu i rozwoju jednego z najtrudniejszych, a zarazem najbardziej fascynujących działów medycyny - transplantologii.

Thorwald jest znany przede wszystkim jako autor książek o lekarzach, którzy walczyli o każdy oddech pacjenta, o każde uderzenie serca, którzy często płacili wolnością, zdrowiem i życiem za próby wdrażania zasad aseptyki, ulżenia chorym w bólu czy też przedłużenia ich życia o choćby jeden dzień. Pacjenci to pozycja niezwykła w jego twórczości - prezentuje spojrzenie na historię medycyny z innej perspektywy. Wielki kronikarz dziejów medycyny tym razem oddaje głos chorym. Sylwetka lekarza - wcześniej pierwszoplanowa - pojawia się tutaj w tle dramatu, na ostatnim etapie relacji lekarz-pacjent.

Tytułowi pacjenci to ludzie wyjątkowi. Oni także są pionierami i nierzadko poświęcili życie w służbie rozwoju medycyny - kierowani nadzieją, często wobec bardzo złych rokowań, przyjmowali role królików doświadczalnych. Osoby opisywane przez Thorwalda to pierwsi spośród odważnych. To chorzy świadomi ryzyka, którzy dobrowolnie poddawali się pionierskim zabiegom, jakimi były transplantacje w czasach, kiedy lekarz miał do dyspozycji tak skromne narzędzia jak stetoskop, prosty elektrokardiogram, rentgen oraz analizę krwi.

To opowieść właśnie o nich. O pierwszych chorych, którzy się nie poddali, słysząc diagnozę burzącą ich dotychczasowy świat, skazującą na powolną śmierć. Oni oraz ich rodziny szukali promyka nadziei, chwytali się każdej możliwości, bo czasem zjawiał się lekarz gotowy zaryzykować reputację, położyć na szali możliwość porażki, pokonać ograniczenia techniczne, aby odnieść sukces. Sukces, którego miarą było ludzkie życie.

Pierwsza myśl jest zawsze szalona, druga wydaje się jedynie śmiała. W opowieści Thorwalda jest to myśl wręcz obrazoburcza i - wydawałoby się - nierealna. Czy można niezdrowy, "nieczynny" narząd zastąpić innym, zdrowym? Wymienić na organ pochodzący od zmarłego człowieka?

Od pierwszych stron książki chwyta za serce historia "błękitnych dzieci": Marvina, Eileen czy Barbary, u których po urodzeniu ujawniła się nieuleczalna wada serca. Są tutaj opowieści o Sofii, Mariusie i Georges'u - pacjentach z nieuleczalnymi w tamtych czasach schorzeniami nerek, a także losy Johna, Boyda i Louisa - chorych, u których po raz pierwszy dokonano przeszczepu chorego narządu. Każda z tych historii jest niezwykła i każda na swój sposób przyczyniła się do rozwoju transplantologii. Opisy przebiegu diagnostyki i leczenia zderzają się z opisami uczuć i myśli osób poddawanych eksperymentalnym terapiom.

Szczególnie wzrusza ukazanie procesu diagnostycznego i terapeutycznego z perspektywy dziecka. Mały pacjent przedstawiany jest zazwyczaj jako ofiara choroby, dziecko zmagające się z życiem pośród ograniczeń i nieustającego cierpienia. Tymczasem wola życia jest u dzieci niezwykła, podobnie jak ich odwaga - to także pokazano w tej książce.

Dzięki przedstawionym opowieściom czytelnicy mogą poczuć niepewność, strach i ból, ale też celebrować radość po udanym zabiegu i powrót do normalnego życia. Mogą towarzyszyć chorym, kiedy pionierski zabieg nie spełnia oczekiwań, nadzieja gaśnie, a pacjenci odchodzą.

Dzisiaj chirurg, który przeszczepia zastawkę, serce czy nerkę, nie jest już pionierem - jest fachowcem. Ale bez odważnych chorych, gotowych ponieść ogromne ryzyko, nie byłoby lekarza, który kiedyś podjął się owego ryzyka po raz pierwszy. Wielką historię medycyny piszą także pacjenci, również ci najmniejsi - swoim poświęceniem, bólem i nierzadko własnym życiem. Thorwald oddaje im cześć. A my o nich pamiętajmy.

AŁBENA GRABOWSKA