2
Aleja Solidarności, Wola
Opuszczenie sali zajęło Karolinie znacznie więcej czasu, niżby chciała. Wraz z Paderbornem szybko pozbyli się tóg, po czym starali się przebić przez ciżbę na korytarz. Przyszło im to z trudem, jako że w tej samej chwili wszyscy starali się wydostać na zewnątrz.
Jedynie Piotr Langer zachowywał się jakby nigdy nic.
Posłusznie się podniósł, gdy policjanci chwycili go pod ramiona, a potem po prostu stał. Obserwował. Przyglądał się ludziom próbującym opuścić salę rozpraw, zupełnie jakby analizował zachowania stadne innego gatunku.
Wyprowadzono go chwilę po tym, jak sędzia odroczyła dalsze postępowanie. Był to słuszny ruch. Nie tylko ze względu na to, co wydarzyło się pod wejściem do sądu, ale także na to, co działo się w jego gmachu.
Rozprawa była źle przygotowana, służby porządkowe nie doceniły poziomu zainteresowania opinii publicznej i nie były w stanie zapanować nad rwetesem. Szczególnie kiedy w mediach pojawiła się wieść o tym, co dzieje się na alei Solidarności.
Siarka z trudem przepchnęła się przez wyjście z gmachu sądu, mimo że Olgierd robił wszystko, by utorować jej drogę. Legitymacja prokuratorska w niczym nie pomagała - kluczowa okazała się budowa ciała Paderborna.
Kiedy w końcu znaleźli się na ulicy, Karolina krzyknęła na jednego z funkcjonariuszy, od których zdążyło się tu już zaroić. Mężczyzna szybko ją rozpoznał, a następnie wraz z kilkoma innymi zrobił miejsce i wprowadził prokuratorów pod naprędce rozciągniętą taśmą policyjną.
Po chwili oboje zatrzymali się przed tym, co było powodem całego zamieszania.
Na starym wózku inwalidzkim siedziała około czterdziestoletnia kobieta. Nosiła wyjściowy żakiet i białą koszulę, włosy miała upięte z tyłu, paznokcie świeżo pomalowane, a w jej oczodołach ziała przeraźliwa, czarna pustka.
Karolina uniosła dłoń do ust, mimowolnie wpatrując się w dziury, w których powinny znajdować się oczy.
- Jezu... - jęknęła.
Paderborn postąpił w kierunku zwłok, zaraz jednak się zatrzymał, jakby uderzyła w niego fala gorąca. Nietrudno było stwierdzić, co wywołało tę reakcję.
Kobieta trzymała na kolanach białą, tekturową tabliczkę z wykaligrafowanymi wielkimi literami:
"NAWET JA JESTEM W STANIE DOSTRZEC, ŻE PIOTR LANGER JEST NIEWINNY".
Karolina jeszcze przez chwilę zmagała się z szokiem. Wreszcie wzięła się w garść. Potoczyła wzrokiem po tłumie ludzi, starając się wyłowić spośród niego osobę, której szukała. Na próżno.
- Kto tu dowodzi? - rzuciła do policjanta, który przed momentem uniósł jej taśmę.
- Właściwie to...
- Kto jest najwyższy stopniem?
Funkcjonariusz w randze sierżanta sztabowego ciężko wypuścił powietrze z płuc.
- Właściwie to nie wiem, pani prokurator - odparł. - Jest takie zamieszanie, że...
- Tym bardziej potrzebuję tutaj jakiegoś oficera.
- Zdaję sobie sprawę, ale...
- Jakie ale, do kurwy nędzy? - ucięła od razu. - Mamy zwłoki w pieprzonym centrum Warszawy. Gdzie jest ktoś, kto...
- Tutaj - rozległ się głos zza jej pleców.
Obróciła się, nie uszło jednak jej uwagi, że Paderborn tego nie zrobił. Wciąż trwał w całkowitym bezruchu przed ciałem kobiety, jakby wpadł w trans.
Siarkowska spojrzała na mężczyznę z wąsem, który zbliżał się do niej niespiesznie. Miał lekko ubrudzoną, ciemną koszulę w grubą kratę i ślady łupieżu na barkach. Pociągnął nosem, wydając bulgoczący dźwięk, po czym otaksował Siarkę wzrokiem.
- Niezłe gówno - rzucił od niechcenia.
Karolina zmrużyła oczy, starając się przesądzić, czy rozmówca tylko udaje obojętność, czy naprawdę ma tak grubą skórę. Wiekowo pasował na doświadczonego wiarusa śledczego, jego wygląd jednak zdawał się przeczyć kompetencjom.
- Prokurator Siarkowska - przedstawiła się szybko.
- Tak, wiem, kim pani jest - odparł i zamiast wyciągnąć dłoń, wsadził ją do kieszeni przetartych jeansów. - A pani powinna wiedzieć, kim ja.
- Słucham?
- Podinspektor Żar-Michalski.
Cholera, wydawało jej się, że kojarzy tego faceta. Kiedy jednak widziała go ostatnim razem, był znacznie bardziej przy ciele. Marian Żar-Michalski z Wydziału Terroru Kryminalnego i Zabójstw Komendy Stołecznej Policji wychudł, wyhodował dłuższe, niemal sarmackie wąsy i wyraźnie się zapuścił.
Przeczołgała go w sądzie ileś miesięcy temu, nie zostawiła na nim suchej nitki. Był ostatnią osobą, której obecności by sobie tutaj życzyła.
Musiała to jednak przełknąć.
- Pan był pierwszy na miejscu? - spytała.
- W sumie tak.
- W sumie?
- Byłem w sądzie, kiedy się dowiedziałem. Wyszedłem od razu.
- Dowiedział się pan? Od kogo?
- Poszło wezwanie przez radio - odparł ciężko Marian, jakby był zmuszony tłumaczyć dziecku rzeczy, które już dawno powinno samodzielnie opanować.
Zanim Karolina zdążyła o cokolwiek dopytać, charknął i splunął na chodnik, po czym obejrzał się przez ramię. Niedbale skinął głową w kierunku jakiejś młodej kobiety, która była tak blada, jakby miała zemdleć.
- Ta dziewucha znalazła trupa - oznajmił. - Zauważyła, że osoba na wózku stoi przez pewien czas bez ruchu i... znaczy w sumie siedzi. Nie wiem, jak się teraz mówi, żeby wrażliwców nie urazić. Pani wie?
Siarka odpowiedziała milczeniem.
- W każdym razie ta siksa się zainteresowała. Podeszła, nachyliła się, a potem, no cóż... potem się zrzygała jak brytyjski turysta w Krakowie.
Żar-Michalski wskazał wzrokiem kałużę wymiocin tuż przy wózku.
- Trupa nie dotykała - dodał, jakby to było najważniejsze.
Siarka zignorowała również tę uwagę, patrząc na plecy Paderborna, który nadal trwał w kompletnym bezruchu.
Boże, co tu się działo?
Zwłoki pozbawione oczu w samym sercu miasta? W biały dzień? W dodatku z jakąś makabryczną wiadomością odnoszącą się do Langera?
Jakim cudem? I dlaczego nikt nie zareagował, kiedy ktoś zostawiał tu ten wózek? Nikt nie zauważył?
Siarka czuła, że za moment znajdzie się w podobnym marazmie jak Pader. Szybko potrząsnęła głową i odwróciła się do stojącego obok policjanta.
- Niech pan natychmiast poleci zabezpieczyć monitoring - poleciła.
- Ech.
- Coś nie tak?
- Nie - odparł pod nosem Marian. - Skąd ten monitoring?
- Zewsząd - rzuciła poirytowana. - Z sądu, z miasta, z tych bud naprzeciwko i...
- Już to zrobiłem.
- Świetnie. W takim razie niech pan się zajmie firmami taksówkarskimi, uberami i zwykłymi kierowcami.
- Hę?
- Niech pan i pańscy ludzie obdzwonią wszystkie korporacje, skontaktują się ze wszystkimi firmami oferującymi przewozy, a potem przeczeszą media społecznościowe w poszukiwaniu osób, które przejeżdżały tędy, kiedy rozpoczynała się rozprawa.
- No chyba pani żartuje.
- No chyba nie - odparła twardo Karolina. - Czyjaś kamerka w samochodzie mogła nagrać tego, kto zostawił tutaj ofiarę.
Żar-Michalski już otwierał usta, by zaprotestować lub uświadomić jej, jak karkołomne byłoby to zadanie, ale Siarkowska nie miała zamiaru na to pozwolić.
- Proszę o to zadbać - poleciła, a potem ruszyła w stronę Olgierda. - I dopilnować tego osobiście.
Słysząc jeszcze ciche przekleństwo, które wyrwało się Marianowi z ust, zatrzymała się obok Paderborna. On jednak nawet nie odnotował jej obecności. Przesuwał wzrokiem po twarzy o pustych oczodołach, jakby spodziewał się, że odnajdzie w nich coś, co pozwoli mu zrozumieć sytuację.
- Padre?
Zamrugał nerwowo i zerknął na nią.
- To chore - odezwał się nieobecnym głosem.
- Polemizować nie będę.
- Kto i jak w ogóle...
Karolina czekała, aż dokończy, zrozumiała jednak, że jego myśl zagubiła się gdzieś we mgle spowijającej głowę.
- "Jak" zaraz przy odrobinie szczęścia ustalimy - powiedziała. - A "kto" nasuwa się samo.
- Hm?
- Michaił Olmow.
Rosyjski najemnik z Wołgogradu, który zanim stał się prawą ręką Langera, przeszedł chrzest bojowy w rejonach, gdzie Putin obawiał się wysyłać ludzi w mundurach. Teraz prokuratorzy wiedzieli o nim nieco więcej niż wcześniej - szkolił się w jednostce 10 Brygady Specnazu GRU w Kraju Krasnodarskim, która wypuszczała na pole walki najbardziej bezwzględnych najemników. Brał udział w akcjach rozpoznania bojem, teoretycznie z góry skazanych na porażkę, między innymi przeciwko Kurdom w Syrii, choć jego szlak bojowy wiódł także przez Donbas, Ługańsk i Półwysep Krymski.
Facet z pewnością byłby w stanie wydłubać komuś oczy, a potem wsadzić ofiarę na wózek inwalidzki i przywieźć tu w momencie, kiedy rozpoczynała się rozprawa.
Tylko po jaką cholerę?
- To nie może być on - odezwał się Pader.
- A kto? Nikomu innemu nie zależałoby na nagłym przerwaniu postępowania sądowego w taki sposób. Nikt nie byłby do tego zdolny, a Langer z pewnością wcześniej wszystko...
- Spójrz na te oczodoły.
Karolina zawahała się, ale ostatecznie zrobiła to, co sugerował Paderborn. Szybko pożałowała. Patrzenie wprost w miejsce, gdzie powinny znajdować się gałki oczne, było jak wejrzenie wprost w bezdenną czeluść, w której drzemało coś, co tylko czekało, by wciągnąć Siarkę do środka.
Mimowolnie się cofnęła, trafiając na kogoś. Obejrzała się i wzdrygnęła, przekonując się z bliska, że to Żar-Michalski. Czuć było od niego papierosami i kapustą.
- Miał pan...
- Zrobiłem, co trzeba - uciął. - Wydając stosowne rozkazy.
- Prosiłam, by zajął się pan tym osobiście.
- A ja uznałem, że szkoda mojego czasu. Mam od tego ludzi.
Facet już wcześniej działał jej nerwy. Teraz jednak irytacja przerodziła się w coś, co potrafili wyzwolić u niej tylko ci, którzy nawet w obliczu kryzysu nie byli w stanie wynieść się ponad bycie zwyczajnymi gnojami.
- Co mamy? - zapytał Marian, robiąc krok w kierunku Paderborna.
- Spójrz na te oczy.
- Nie jesteśmy na ty.
Olgierd obrócił ku niemu głowę, marszcząc brwi.
- Nie do pana - rzucił. - I proponowałbym się zająć tym, co poleciła prokurator Siarkowska. Chyba że chce pan jeszcze dziś wieczorem sprawdzać, o ile spada policyjne uposażenie przy degradacji o jeden stopień służbowy.
Żar-Michalski zacisnął usta.
- O dwa - skorygowała Siarkowska. - Choć komendant główny z pewnością przystanie i na trzy, jeśli się postaram.
- Pani jest poważna?
- Śmiertelnie.
Marian wskazał zwłoki umiejscowione na wózku przed nimi.
- Mamy tu jakiś czeski film, który już rozchodzi się na Twitterach i innych, a pani mi będzie rzucać jakieś puste groźby?
- Zapewniam, że nie są puste. I że potrzebujemy tego, o co pana poprosiłam.
Jakby na potwierdzenie tego zmusiła się, by na powrót stanąć bliżej ofiary, a potem jeszcze raz wejrzeć prosto w puste miejsca po gałkach ocznych. Znów się wzdrygnęła, ale zanim na dobre dotarła do niej obrzydliwość tego widoku, myśli pobiegły w innym kierunku. Zupełnie innym.
Naraz zrozumiała, dlaczego Pader był pewien, że to nie Michaił Olmow stoi za zabójstwem.
- Moi ludzie to załatwią - uparł się Żar-Michalski, nie zorientowawszy się, że prokuratorka już go nie słucha. - O ile oczywiście to wykonalne. Nawet z samym monitoringiem będzie problem, bo jak pani widzi, nie ma tutaj za wiele kamer. Są te przy wejściach do sądu, no ale chyba sprawca nie był takim debilem, żeby pod nimi stać. Nie są jakoś specjalnie ukryte.
Marian oczekiwał na odpowiedź, szybko przekonał się jednak, że na próżno. Siarkowska bowiem skupiała się już wyłącznie na ciele.
I zanim się zorientowała, stała tuż przed nim. Nachyliła się tak blisko, że niemal mogła dotknąć nosem oczodołów.
- Co pani, kurwa, robi?
- Zamknij się.
- Słucham?
Paderborn stanął obok niej, zasłaniając Marianowi ciało.
- I co myślisz? - spytał.
- Że możesz mieć rację.
- Mhm.
Nie musiał precyzować, dlaczego chciał, by przyjrzała się okaleczonym miejscom. Właściwie nie musiał mówić absolutnie nic.
- Co to za pieprzenie? - bąknął Żar-Michalski.
Żadne z prokuratorów nie odpowiadało, Karolina zaś starała się przesądzić, czy nie pozwalają sobie na zbyt daleko idącą pewność w formułowaniu pierwszych hipotez. Niektóre wnioski nasuwały się jednak same.
- Cokolwiek sobie tu państwo odstawiają, sugerowałbym przestać - dorzucił Marian. - Wszyscy się na was gapią.
Siarka oderwała wzrok od ciała i powiodła nim dookoła. Żar-Michalski miał rację, uwaga większości zgromadzonych, którzy nie zostali jeszcze odsunięci, zogniskowała się na dwójce śledczych znajdujących się stanowczo zbyt blisko zwłok.
Tłum był nieprzebrany, co miało tę zaletę, że uniemożliwiło dziennikarzom podejście bliżej. Kamerzyści starali się unosić sprzęt, by uchwycić choćby jeden dobry kadr, ale na niewiele się to zdawało.
Teren metr po metrze zostawał zagrodzony parawanami policyjnymi, szło jednak opornie, bo funkcjonariusze musieli natrudzić się, by przesunąć gapiów. Z tymi w zwalniających samochodach nic nie mogli zrobić. Korek ciągnął się już do Okopowej, może nawet dalej.
Poniewczasie Karolina uświadomiła sobie, jak duże szaleństwo zapanowało przed budynkiem sądowym. I jak wiele ludzi przyglądało się jej i Paderbornowi, gdy starali się coś ustalić.
- Co państwo tam niby widzą? - odezwał się podinspektor.
- Więcej, niżbyśmy chcieli - odparł Olgierd.
- To znaczy?
Ignorując tłum przepychający się z policją, Siarkowska niechętnie utkwiła spojrzenie w policjancie.
- Niech pan skupi się na tych śladach, które pozostały po ekstrakcji gałek ocznych - rzuciła. - Przekona się pan, że narządy musiały zostać usunięte dość dawno.
- Że co?
- Rany nie wyglądają na świeże - podjął Pader. - Od momentu pozbawienia tej kobiety oczu musiało minąć sporo czasu.
- Albo nawet więcej niż sporo.
Olgierd pokiwał głową.
- I co z tego? - bąknął Żar-Michalski.
- To, że na tym etapie te zwłoki powinny okrutnie śmierdzieć - wyjaśniła Siarka. - Tymczasem nawet jeśli się pan maksymalnie zbliży, nie wyczuje pan żadnego odoru.
- Ale...
- Ofiara została pozbawiona organów - podsumował Olgierd. - Tych, w których dochodzi do procesów gnilnych.
Marian uniósł brwi, jakby nigdy nie usłyszał większej głupoty.
- Jaja sobie państwo robią?
- Nie.
- Tu nic nie wskazuje na żadne pozbawienie organów, oprócz tych ślipi.
Karolina chciałaby podzielać to przekonanie. Byłoby jej znacznie lżej na duchu.
- Przeciwnie, wszystko na to wskazuje - odparła. - Bo tak się składa, że doskonale znamy ten modus operandi.
- Modus operandi? Czyj niby?
Ledwo Żar-Michalski to powiedział, zrozumiał.
Pseudonim nadany zabójcy przez media zawisł w powietrzu jak ciężkie ołowiane chmury nad miastem, zapowiadające burzę z piorunami. Przez moment cała trójka śledczych zdawała się przygnieciona jakimś nierzeczywistym ciężarem, z którym nie sposób było sobie poradzić.
- Ozyrys - powiedział w końcu Paderborn. - Z jakiegoś powodu uaktywnił się właśnie tu, właśnie teraz.
I w ten makabryczny sposób postanowił włączyć się w sprawę Langera, dodała w duchu Karolina.