Pociąg
Lokomotywa C51 powstała w 1925 roku w fabryce Umebachi. Tam też
wyprodukowano trzy wagony trzeciej klasy, wagon restauracyjny, wagon
drugiej klasy, kuszetkę, a także trzy wagony towarowe na przesyłki czy
ładunek - razem dziewięć wagonów mogących pomieścić ponad dwustu
pasażerów, sto tysięcy przesyłek pocztowych i niezliczone ludzkie
opowieści, które rozdzierają serce. Lokomotywa każdego dnia o drugiej
trzydzieści - nieważne, deszcz czy wiatr - ruszała ze świstem silników
tłokowych z Ueno w kierunku Aomori. Czasami odprowadzały ją głośne
tryumfalne okrzyki "Banzai!", czasem chusteczki z żalem machały jej na
pożegnanie, jeszcze innym razem zbierała nieszczęsne podarki łkania czy
szlochu.
Pociąg 103. Co za nieprzyjemny numer. Od 1925 roku minęło osiem lat, a ileż dziesiątków tysięcy serc cierpiało przez ten pociąg miłosne
rozłąki... Prawda jest taka, że mnie również spotkała w związku z nim
wielka przykrość.
Stało się to zeszłej zimy, kiedy Shiota odesłał Tetsu do domu. Tetsu i Shiota pochodzili z tych samych stron i przyjaźnili się od najmłodszych
lat, a ponieważ mieszkałem z Shiotą w jednym pokoju, kiedy
uczęszczaliśmy do liceum, miałem okazję usłyszeć historię ich miłości.
Tetsu wywodziła się z ubogiego domu, więc nieco zamożniejsza rodzina
Shioty nie zgadzała się na małżeństwo tych dwojga. Z tego powodu doszło
do kilku burzliwych kłótni Shioty z ojcem. Za pierwszym razem Shiota
niemal zemdlał z poruszenia, aż w końcu krew mu się puściła z nosa.
Szczere do bólu opowieści tego rodzaju dziwnie poruszały moje
młodzieńcze serce.
Ukończyliśmy wreszcie z Shiotą liceum i rozpoczęliśmy razem studia na
tokijskim uniwersytecie. Od tego czasu minęły trzy lata. Dla mnie był to
trudny okres, ale najwyraźniej nie dla Shioty, który prowadził spokojne
i wygodne życie. Początkowo wynajmowałem pokój w pobliżu uniwersytetu i Shiota odwiedził mnie z dwa, może trzy razy, zaraz po rozpoczęciu
studiów. Jednak nasze sytuacje i poglądy zaczynały się różnić do tego
stopnia, iż trudno było oczekiwać, by nasza przyjaźń mogła pozostać tak
niewzruszona jak dawniej. Może to kwestia moich uprzedzeń, ale mam
poczucie, że gdyby Tetsu nie pojawiła się wtedy w Tokio, Shiota zapewne
na zawsze już oddaliłby się ode mnie.
Zimą trzy lata po tym, jak zerwał naszą przyjacielską relację, Shiota
pojawił się w moim domu na przedmieściach i powiedział mi o przyjeździe
Tetsu, która - nie mogąc doczekać się chwili, gdy jej ukochany ukończy
studia - zbiegła z rodzinnych stron do Tokio. W tym czasie byłem już
żonaty z pewną niewykształconą wiejską dziewczyną i nie miałem w sobie
dawnej młodzieńczej werwy, która sprawiała, że na takie historie serce
mocniej mi biło. Wizyta Shioty zbiła mnie nieco z tropu, ale nie
przeoczyłem ukrytego motywu, jaki za nią stał. Opowiadanie znajomemu o tym, jak Tetsu uciekła, żeby się z nim spotkać, karmiło jego miłość
własną. Jego euforia wywołała we mnie tak nieprzyjemne wrażenie, że
zacząłem nawet wątpić w szczerość jego uczuć względem Tetsu. Na
nieszczęście okazało się, że miałem rację. Shiota, po tym, jak
zademonstrował mi swoją ekstatyczną radość i wzruszenie, zmarszczył brwi
i zapytał cicho:
- Co mam teraz zrobić?
Nie byłem w stanie dłużej wykazywać zrozumienia dla tego rodzaju
próżnych gierek, więc bezzwłocznie odpowiedziałem Shiocie to, co chciał
usłyszeć:
- Zmądrzałeś, co? Jeśli nie kochasz Tetsu jak dawniej, nie pozostaje ci
nic innego, jak tylko się z nią rozstać.
- No tak, ale... - Shiota zamyślił się, ale w kącikach jego ust
dostrzegłem wyraźny uśmiech.
Po kilku dniach otrzymałem pocztówkę wysłaną w trybie ekspresowym. W prostych słowach Shiota stwierdzał, że - kierując się także
przyjacielską radą - z myślą o ich wspólnej przyszłości odsyła Tetsu,
która ma wrócić do domu jutro, pociągiem o drugiej trzydzieści.
Choć nikt mnie o to nie prosił, natychmiast postanowiłem, że pójdę
pożegnać Tetsu. Moim pożałowania godnym zwyczajem jest podejmowanie tego
rodzaju pochopnych decyzji.
Następnego dnia od rana padało. Popędzając żonę, która się ociągała,
wyruszyłem na stację kolejową w Ueno. Pociąg numer 103 czekał w deszczu
na godzinę swojego odjazdu, puszczając kłęby czarnego dymu.
Przechodziliśmy z żoną od okna do okna w poszukiwaniu Tetsu. Siedziała w wagonie trzeciej klasy zaraz za lokomotywą. Shiota przedstawił nas sobie
trzy czy cztery lata wcześniej. Teraz miała twarz bardziej pobladłą i pulchniejszy podbródek. Pamiętała mnie i kiedy zawołałem ją po imieniu,
wychyliła się natychmiast przez okno i przywitała nas uśmiechem.
Przedstawiłem jej żonę. Specjalnie zabrałem ją ze sobą na dworzec, bo
pochodziła jak Tetsu z ubogiego domu i uznałem, że - znajdując właściwe
gesty i słowa - zdoła lepiej niż ja pocieszyć biedną dziewczynę.
Żona zawiodła mnie jednak srodze. Kobiety tylko ukłoniły się sobie w całkowitym milczeniu, jak panienki z dobrych domów. Czułem niestosowność
tej sytuacji. Stałem, uderzając rączką parasola o bok wagonu, na którym
widniały wymalowane białą farbą niezrozumiałe niewielkie znaki: Su-ha-fu 134273.
Tetsu i żona wymieniły kilka zdań o pogodzie, a kiedy ta rozmowa
dobiegła końca, czuliśmy, że nie pozostało już nic do dodania. Tetsu
wpatrywała się w jeden punkt, zginając i prostując na przemian krągłe
palce, które trzymała grzecznie na podokienniku. Nie mogłem już dłużej
znieść tego widoku, więc oddaliłem się, kierując swoje kroki wzdłuż
peronu. Para wydobywająca się z pociągu przekształciła się w zimną mgłę,
która kłębiła się białawo u moich stóp. Zatrzymałem się przy zegarze i spojrzałem na pociąg. Mokry od deszczu połyskiwał niebieskawą czernią.
Z okna trzeciego wagonu trzeciej klasy wychylała się zszarzała twarz
człowieka nerwowo żegnającego się z pięcioma czy sześcioma osobami,
które odprowadziły go na peron. W Japonii w tym czasie zaczęła się wojna z pewnym krajem1, a tego mężczyznę
zmobilizowano chyba do armii. Miałem wrażenie, że zobaczyłem coś, czego
nie powinienem był widzieć, i poczułem bolesny, duszący ciężar w klatce
piersiowej. Kilka lat wcześniej miałem pewne
związki z ideologiczną organizacją, z którą wkrótce rozstałem się,
podając jakąś niepoważną wymówkę. Teraz, kiedy wpatrywałem się w żołnierza przede mną, czy też w Tetsu, która zawstydzona i skompromitowana powracała w rodzinne strony, pomyślałem, że to nie
moment, żeby zastanawiać się, czy moja wymówka była wiarygodna czy nie.
Spojrzałem w górę na zegar. Do odjazdu pociągu pozostały trzy minuty.
Czułem, że to nie do zniesienia. Pewnie każdy tego doświadczył, kiedy z kimś się żegnał. Nie ma nic bardziej kłopotliwego niż owe trzy minuty
przed odjazdem. Padły już wszystkie słowa, które paść powinny, i pozostaje jedynie spoglądać na siebie pustym wzrokiem. Teraz było
jeszcze gorzej - nie potrafiłem wynaleźć niczego, co można by w tej
sytuacji powiedzieć. Mógłbym może nieco odetchnąć, gdyby moja żona była
bardziej elokwentna, ale - spójrzcie tylko na nią! - stała od jakiegoś
czasu w milczeniu z urażoną miną. Zdecydowałem się podejść do okna
Tetsu.
Pociąg miał odjechać lada moment. Lokomotywa, którą czekało ponad
siedemset kilometrów drogi, buchała wściekle parą, budząc poruszenie na
peronie. W tej chwili nie miałem w sercu miejsca na troskę o innych
ludzi, więc z myślą o pocieszeniu Tetsu nierozsądnie użyłem słowa
"katastrofa". Tymczasem moja mało pojętna żona z wzrokiem wbitym w zielonkawą metalową tabliczkę, mrucząc pod nosem, usiłowała na podstawie
niedawno zdobytej wiedzy odczytać pełen kółek zapis łacińskim alfabetem:
FOR A-O-MO-RI.
(1933)
O samicy
Podobno mieszkańcy Fidżi, kiedy poczują najmniejszą bodaj niechęć do
swojej żony, nawet jeśli była to ich wielka miłość, natychmiast zabijają
ją i pożerają jej mięso. Z kolei w Tasmanii ktoś, komu umiera żona, z niezmąconym spokojem grzebie ją wraz z dziećmi. Powiadają też, że
niektórzy rdzenni mieszkańcy Australii przenoszą ciało zmarłej żony w jakąś dzicz i biorą z niego tłuszcz, który wykorzystują jako przynętę
dla ryb.
Publikowanie takiej steranej wiekiem opowieści w czasopiśmie "Młode
Trawy" nie jest próbą poszukiwania osobliwości ani dowodem braku
zainteresowania czytelnikami. Publikuję ją, bo uważam, że znajdzie
uznanie wśród młodych odbiorców. Zdaję sobie sprawę, że są oni bardziej
sędziwi, niż mogłoby się to wydawać. Bez trudu przyjmą więc tego rodzaju
opowieść. Jest to utwór dla tych, którzy stracili nadzieję.
Dwudziestego szóstego lutego bieżącego roku
młodzi oficerowie wywołali zamieszki w Tokio2. W tym samym czasie
odwiedził mnie znajomy. Siedzieliśmy po dwóch stronach podłużnego
piecyka i rozmawialiśmy. Nie mając pojęcia o zamieszkach, rozprawialiśmy
o nocnym stroju kobiety.
- Chyba niezupełnie rozumiem. Może ujmiesz to konkretniej? Z większym
realizmem. Kiedy opisujesz kobiety, najważniejszy jest styl. Nocny strój
to nagajuban3, prawda?
Szukaliśmy, każdy w głębi swojego serca, ideału kobiety, takiej, która -
gdyby istniała - mogłaby ocalić od śmierci. Znajomy, będący u mnie w odwiedzinach, pragnął uległej kochanki w wieku dwudziestu siedmiu, ośmiu
lat. Kobieta miała mieszkać sama z pięcioletnią córką gdzieś w Muk?jimie, w wynajętym pokoiku na piętrze. Znajomy odwiedza ją pewnego
letniego wieczoru, gdy na niebie puszczane są świąteczne fajerwerki, i rysuje dla pięcioletniej dziewczynki obrazek - kółeczko, które koloruje
dokładnie żółciutką kredką. "To księżyc w pełni" - wyjaśnia. Kobieta ma
na sobie jasnobłękitny frotowy strój nocny przewiązany pasem w kwiaty
glicynii. Mój gość na tym skończył swoją opowieść i teraz ja także, w odpowiedzi na jego pytanie, opisywałem swój ideał kobiety.
- Wszystko, tylko nie krepa. Jest niehigieniczna. Na dodatek wygląda
niechlujnie. Nie, tylko nie to. Cóż, chyba obu nam brak wyczucia
prawdziwej elegancji.
- W takim razie pidżama?
- Jeszcze gorzej. Mogłaby równie dobrze nic na sobie nie mieć. W czymś
narzuconym tylko na górę wyglądałaby kuriozalnie, jak postać z komiksu.
- Czyli coś frotowego?
- Nie. Świeżo wyprana męska yukata w nierówne pionowe pasy. Cienki pasek z tego samego materiału zawiązany na
przedzie, jak w stroju do judo. Mam na myśli taki rodzaj yukaty, jaki
dają w hotelach. Chyba chciałbym, żeby ta kobieta miała w sobie coś
chłopięcego.
- Rozumiem. Cały czas mówisz o tym, jak bardzo jesteś znużony, a lubisz
to, co przykuwa wzrok. Jak w tym powiedzeniu, że pogrzeb jest
najbardziej widowiskową uroczystością. Pragniesz tego, co zmysłowe. Co z włosami?
- Na pewno nie w stylu japońskim. To okropieństwo. Włosy pachną olejem i nie dają się ujarzmić, a ich forma jest groteskowa.
- Tak myślałem! Pewnie chodzi ci o proste uczesanie w stylu zachodnim?
Ta kobieta to może być aktorka mająca stały angaż w dawnym Teatrze
Cesarskim4.
- Nie. Aktorki za bardzo dbają o swoją reputację. Nie są w moim stylu.
- Nie żartuj sobie. Rozmawiamy poważnie.
- Wiem przecież o tym. Dla mnie to też nie igraszki. Miłość jest sprawą
życia i śmierci. Nie lekceważę jej.
- Chyba nie rozumiem. Opisz ją bardziej realistycznie. Może zabierz ją w jakąś podróż? Zdziwisz się, jak wprawienie kobiety w ruch pozwala ją
lepiej zrozumieć.
- Tylko że ona nie jest kimś, kto byłby w ruchu. Raczej zdaje się
pogrążona we śnie.
- Nie ma tu miejsca na wstydliwość. W takiej sytuacji trzeba mówić
odważnie. Najpierw ubieramy ją w hotelową yukatę, taką, jaką lubisz.
- Może zacznijmy raczej od tego, że umawiamy się na stacji T?ky?-eki.
- No dobrze. Zacznijmy od tego, że umówiłeś się z nią na stacji
T?ky?-eki.
- Poprzedniej nocy zaproponowałem jej, byśmy wyruszyli w podróż. Nic
więcej. A ona przytaknęła. Tyle było tego naszego umawiania się.
- Czekaj, czekaj. Kim ona jest? Pisarką?
- Nic z tych rzeczy. Nie może być pisarką. Pisarki mają o mnie złe
zdanie. Tak jakoś wyszło. To nieco znużona życiem malarka. Są przecież
zamożne kobiety malujące obrazy.
- Na jedno wychodzi.
- Ach tak? W takim razie niech to będzie gejsza. Ma to być kobieta,
której mężczyźni nie wprawiają w zakłopotanie.
- Przed podróżą mieliście ze sobą jakąś relację?
- Może tak, może nie. Nawet jeśli mieliśmy, jej wspomnienie jest mgliste
jak sen. Nie widujemy się częściej niż trzy razy do roku.
- Dokąd jedziecie?
- W jakieś miejsce oddalone od Tokio o dwie, trzy godziny drogi.
Przyjemnie byłoby udać się do gorących źródeł gdzieś w górach.
- Hola, nie tak prędko. Kobieta nawet jeszcze nie przyszła na stację.
- Obietnica z poprzedniego dnia wydaje się niemal nierzeczywista. Idę na
stację z niepewnością w sercu - nie wierzę, że kobieta się tam zjawił a równocześnie mam nadzieję, że tak się stanie. Nie ma jej. W takim razie
sam udam się w podróż. Mimo wszystko poczekam, aż będzie pięć minut do
odjazdu.
- Masz bagaż?
- Jedną małą torbę. W krytycznym momencie, kiedy dochodzi za pięć druga,
odwracam się za siebie.
- A tam stoi uśmiechnięta kobieta.
- Nie, nie uśmiecha się. Ma poważną minę. Cichym głosem mówi:
"Przepraszam za spóźnienie".
- I bez słowa chce wziąć twoją torbę.
- Odmawiam dobitnie: "Nie trzeba".
- Bilety drugiej klasy?
- Pierwszej lub trzeciej. Cóż, pewnie trzeciej.
- Wsiadacie do pociągu.
- Zapraszam kobietę do wagonu restauracyjnego. Białe obrusy, kwiaty na
stołach, przepływające za oknem widoki - wszystko to całkiem przyjemne.
Zamyślony sączę piwo.
- Kobiecie też proponujesz piwo.
- Nie, proponuję jej cydr.
- Jest lato?
- Jesień.
- I tak sobie siedzisz zamyślony?
- Mówię: "Dziękuję". Nawet w moich uszach brzmi to niezwykle szczerze.
Sam jestem tym poruszony.
- Docieracie do hotelu. Jest już pewnie wieczór.
- Od momentu, kiedy mamy wziąć kąpiel, robi się poważnie.
- Nie kąpiecie się chyba razem. Co robisz?
- To nie do pomyślenia. Idę pierwszy, kąpię się i wracam do pokoju.
Kobieta przebrała się już w ocieplane kimono.
- Pozwól, że dalej ja będę mówił. Powiesz mi, jeśli coś się nie będzie
zgadzało. Myślę, że już wiem, o co chodzi. Siadasz na ratanowym krześle
i palisz papierosa. To marka "Camel". Promienie zachodzącego słońca
obejmują jesienne liście na wzgórzach. Po chwili kobieta wraca z kąpieli. Ręczniczek rozwiesza, o, tak, na balustradzie werandy. Potem
staje cicho za tobą i spokojnie patrzy w to samo miejsce, w które i ty
się wpatrujesz. W ten sposób zanurza się w tym, co dla ciebie piękne.
Tak mija może z pięć minut.
- Nic z tego. Wystarczy minuta. Przez pięć minut zdążyłaby utonąć.
- Wnoszą tace z kolacją. Alkohol też. Pijesz?
- Czekaj chwilę. Kobieta nie odezwała się ani słowem od chwili, kiedy na
stacji powiedziała: "Przepraszam za spóźnienie". Mogłaby jeszcze coś
powiedzieć, nie sądzisz?
- Nie. Jeśli w tym miejscu powiedziałaby coś niezręcznego, mogłaby
wszystko zepsuć.
- Tak myślisz? W takim razie wchodzi do pokoju w milczeniu i siadamy
przed tacami. Jest jakoś dziwnie.
- Nic w tym dziwnego. Wystarczy przecież, że będziesz się odzywał do
służącej.
- Nic z tych rzeczy. Kobieta odsyła służącą i nieoczekiwanie stwierdza
głosem cichym, lecz stanowczym: "Pozwól, że ja się tym zajmę".
- Rozumiem. To tego rodzaju kobieta.
- Następnie nalewa mi sake. Robi to nieporadnie jak mały chłopiec. Jest
spokojna, opanowana. W lewej ręce trzyma buteleczkę z alkoholem, a prawą
rozkłada obok siebie na słomianej macie wieczorne wydanie gazety. Czyta,
trzymając prawą rękę na macie.
- W wieczornym wydaniu jest artykuł o powodzi na rzece Kamo.
- Nie. Tu dodamy szczyptę współczesności. Niech to będzie pożar ogrodu
zoologicznego. Blisko sto małp spaliło się w klatkach.
- To zbyt makabryczne. Czy nie byłoby bardziej naturalne, gdyby czytała
rubrykę z horoskopem?
- Odstawiam sake i proponuję: "Zjedzmy kolację". Jemy wspólnie. Wśród
potraw jest omlet. To nieznośnie wręcz smętne. Ciskam pałeczkami, jak
gdybym nagle coś sobie przypomniał, i siadam przy biurku. Wyjmuję papier
z walizki i zaczynam nerwowo pisać.
- Co to znaczy?
- To moja słabość. Nie potrafię się nigdy wycofać bez przybierania
afektowanej pozy. To coś jak karma. Jestem w fatalnym humorze.
- Zabrnąłeś teraz.
- Nie mam o czym pisać. Powielam czterdzieści siedem sylab -
i-ro-ha...5 Znowu i znowu. Pisząc, mówię do kobiety:
"Przypomniałem sobie, że mam coś pilnego do zrobienia. Zajmę się tym,
dopóki pamiętam, a ty rozejrzyj się w tym czasie po mieście. To ciche,
przyjemne miejsce".
- Coraz gorzej. Cóż począć, kobieta przystaje na propozycję. Przebiera
się i wychodzi z pokoju.
- Kładę się na plecach i rozglądam niespokojnie wkoło.
- Czytasz rubrykę z chińskim horoskopem w wieczornym wydaniu gazety.
Przy opisie twojego znaku napisano: "Wstrzymaj się z podróżami".
- Zapalam papierosa marki "Camel" - po trzy seny za sztukę. Z wdzięcznością myślę, że to pewien luksus. Sam wzbudzam w sobie pewną
czułość.
- Służąca wchodzi bezszelestnie i pyta, jak przygotować miejsce do snu.
- Zrywam się i odpowiadam swobodnie, że mają być dwa posłania.
Natychmiast czuję, że chciałbym się napić sake, ale się powstrzymuję.
- Teraz to dobry moment, by kobieta wróciła.
- Nie, jeszcze nie teraz. Kiedy upewniam się, że służąca opuściła pokój,
zaczynam robić coś dziwacznego.
- Nie mów tylko, że bierzesz nogi za pas.
- Liczę pieniądze. Trzy banknoty dziesięciojenowe. Dwa, trzy jeny w drobnych monetach.
- W porządku. Kiedy kobieta wraca, zaczynasz znowu swoją udawaną pracę,
a ona pyta niepewnie, czy nie przyszła przypadkiem za wcześnie. Brakuje
jej śmiałości.
- Nie odpowiadam. Nie przerywając pracy, mówię jej, że może się mną nie
przejmować i iść spać. Brzmi to trochę jak rozkaz. Przepisuję sylaby
jedna za drugą: i-ro-ha-ni-ho-e.
- Kobieta mówi za twoimi plecami: "Dobranoc".
- Piszę: ch-ri-nu-ru-wo-wa-ka. Piszę: we-hi-mo-se-su6.
Następnie drę rękopis.
- Coraz więcej w tym szaleństwa.
- Nie ma na to rady.
- Nie idziesz jeszcze spać?
- Idę wziąć kąpiel.
- No tak, ochłodziło się przecież.
- Nie, to dlatego, że zaczynam odczuwać mętlik w głowie. Biorę kąpiel
przez około godzinę, tkwiąc w wannie jak idiota. W końcu wyłaniam się z łaźni, niewyraźny, niczym duch. Kiedy wchodzę do pokoju, kobieta już
leży na posłaniu. Przy poduszce pali się lampa z papierowym abażurem.
- Kobieta już śpi?
- Jeszcze nie. Ma otwarte oczy. Z pobladłą twarzą i zaciśniętymi ustami
wpatruje się w sufit. Biorę coś na sen i kładę się na posłaniu.
- Kobiety?
- Nie. Po pięciu minutach podnoszę się cicho. Nie, zrywam się
gwałtownie.
- Jesteś poruszony do łez.
- Nie. Jestem wściekły. Zerkam na kobietę. Jej ciało sztywnieje pod
kołdrą. Na ten widok moje niezadowolenie znika. Wyciągam Drwiący
uśmiech Kaf?7 i znowu się kładę.
Odwrócony plecami do kobiety pogrążam się w lekturze.
- Czy Kaf? nie jest zbyt afektowany?
- W takim razie niech będzie Biblia.
- Rozumiem, o co ci chodzi.
- A może coś w stylu ilustrowanych powieści?
- Słuchaj, ta książka to rzecz wielkiej wagi. Zastanówmy się na
spokojnie. Może coś z opowieści niesamowitych? Nie przychodzi ci nic do
głowy? Pensées są zbyt ciężkostrawne. A zbiór poezji Haruo8
zbyt oczywisty. Coś musi się znaleźć.
- Mam. Moja własna książka. Jedyny autorski zbiór.
- Zrobiło się okropnie ponuro.
- Zaczynam od wstępu i wędruję dalej, pogrążając się w lekturze. Jakbym
tylko tu mógł znaleźć ocalenie.
- Czy kobieta ma męża?
- Zza pleców dobiegł mnie odgłos, coś jak płynący strumień. Wzdrygnąłem
się. Odgłos był nikły, ale poczułem, że dreszcz przebiega mi po skórze.
Kobieta przewróciła się dyskretnie na drugi bok.
- Co się właściwie stało?
- "Umrzyjmy" - powiedziała. Ona także.
- Przestań natychmiast. Przecież wcale tego nie zmyślasz.
Znajomy słusznie odgadł.
Następnego popołudnia zdecydowałem się na samobójstwo we dwoje. Kobieta,
która mi towarzyszyła, nie była gejszą ani malarką, ale ubogą dziewczyną
służącą w moim domu. Zginęła. Wystarczyło, że przewróciła się na drugi
bok. Mnie nie udało się umrzeć. Od tamtej pory minęło siedem lat, a ja
wciąż żyję.
(1936)
To nie żarty
Dokąd ja właściwie zmierzam? - Pewnego wieczoru ta myśl przyprawiła mnie
o drżenie. Nie byłem w stanie wytrzymać w jednym miejscu, więc wyszedłem
z mieszkania w Hong? i z laską w ręku udałem się do Ueno. Minęła już
połowa września. Miałem na sobie yukatę z wzorem na białym tle i czułem,
że nie pasuje ona do tej pory roku. Odniosłem wrażenie, że strasznie
bieleję na tle mroku, a narastający we mnie smutek sprawiał, że nie
miałem ochoty dłużej żyć. Wiatr poruszający powierzchnię stawu Shinobazu
był ciepławy i cuchnął ściekiem, rosnące w stawie kwiaty lotosu też już
przegniły i sterczały teraz jak żałosne truchła. Ludzie przemieszczający
się w chłodzie wieczora mieli miny durniów, a przy tym wyglądali na tak
wycieńczonych, że przywodziło to na myśl koniec świata.
Doszedłem do dworca kolejowego w Ueno. Ta uznawana za największą na
Wschodzie stacja mrowiła się od ciemnych sylwetek podróżnych, których
nie sposób było zliczyć. Wszystko to ludzie już przegrani. Nie mogłem
się pozbyć tego wrażenia. To miejsce znane jest jako Piekielna Brama.
Mieszkańcy wiosek położonych na północnym wschodzie wchodzą przez nią do
wielkiego miasta i przez nią wracają do domów, doszczętnie pokonani, z ciałami nadgryzionymi przez robactwo i owiniętymi w łachmany. Inaczej
być nie może. Usiadłem na ławce w poczekalni i uśmiechnąłem się
kąśliwie. Przecież wszyscy to powtarzali. Tyle razy ostrzegali, że nic
dobrego nie wyniknie z przyjazdu do Tokio. Dziewczęta, starcy,
młodzieńcy - siedzieli teraz bez życia na ławkach w poczekalni i szeroko
otwartymi, mętnymi oczami wpatrywali się w jakiś punkt. Szukali w przestrzeni urojonych kwiatów. Rozmaite twarze przesuwały się jak w kalejdoskopie, różne historie porażek rozwijały się w powietrzu jak
zwoje historycznej księgi.
Wstałem i szybko wyszedłem z poczekalni. Udałem się w kierunku wyjścia.
Właśnie na peron wjechał pociąg pospieszny, planowany przyjazd siódma
pięć. Czarne mrowie rzuciło się ku wyjściu - ludzie rozpychali się,
potrącali i wpadali na siebie nawzajem. Tu i ówdzie widać było trzymane
w rękach walizki i koszyki. O, ktoś miał jeszcze starodawną torbę
szmacianą. Że też one wciąż istniały... Czyżby kogoś wypędzono z domu?
Młodzi chłopcy odziani elegancko - każdy bez wyjątku wyglądał na
przejętego i podekscytowanego. Nieszczęśliwcy. Głupcy. Pewnie pokłócili
się z ojcem i uciekli z domu. Barany.
Mój wzrok przykuł jeden z nich. Chłopak palił papierosa w wielce
nienaturalny sposób, który pewnie znał z jakiegoś filmu. Musiał
naśladować któregoś z zagranicznych aktorów. Trzymał w ręku niewielką
torbę, a gdy tylko przeszedł przez bramkę wyjściową, z podniesioną brwią
rozejrzał się wokół siebie. Ten gest też pewnie od kogoś podchwycił.
Miał na sobie garnitur w jarmarczną kratę z szerokim kołnierzem. Jego
spodnie były niebywale długie, wydawało się, że zaczynają się tuż pod
szyją. Na głowę chłopak włożył płowy kaszkiet, na nogi czerwone skórzane
buty. Kroczył dziarsko z zaciśniętymi ustami. Tak elegancki, że aż
komiczny. Poczułem, że mam ochotę z niego zakpić. W tamtym czasie
umierałem z nudów.
- Hej! Hej! Takiya! - Nazwisko miał zapisane na bagażu. - Chodź!
Kroczyłem szybko przed siebie, nie patrząc mu w twarz. Chłopak ruszył za
mną, jak gdyby porwał go wir losu. Znałem się trochę na ludzkiej
psychice. Kiedy ktoś wykazuje roztargnienie, nic nie działa lepiej niż
władczy rozkaz. Wtedy można owinąć sobie kogoś takiego wokół palca.
Nieudolne próby przybrania naturalnej pozy, przekonywania i uspokajania
przynoszą wręcz odwrotny skutek i należy się ich wystrzegać.
Wspinaliśmy się powoli na wzgórze Ueno. Idąc po kamiennych schodach,
stopień za stopniem, powiedziałem:
- Dobrze byłoby, gdybyś choć spróbował zrozumieć swojego ojca.
- Ach tak - odpowiedział sztywno chłopak.
Doszliśmy pod pomnik Takamoriego Saig?. Nikogo tam nie było.
Przystanąłem i wyciągnąłem z rękawa paczkę papierosów. Zapaliłem zapałkę
i w jej świetle przyjrzałem się twarzy młodzieńca. Miała naiwnie szczery
wyraz. Jak u dziecka. Chłopak stał nieco nadąsany. Zrobiło mi się go
żal. Pomyślałem, że skończę już mu dokuczać.
- Ile masz lat?
- Dwadzieścia trzy. - Wymowę miał prowincjonalną.
- Młody jeszcze jesteś - westchnąłem. - No, dość już tego. Możesz
wracać.
Już miałem mu powiedzieć, że chciałem go tylko trochę nastraszyć, kiedy
poczułem nagłą chęć - przypominało to impuls do małżeńskiej zdrady - by
zabawić się jeszcze jego kosztem.
- Masz forsę?
Chłopak zadygotał.
- Mam.
- Dawaj dwadzieścia jenów i zmykaj. - Miałem niezły ubaw.
Chłopak wyłożył pieniądze.
- Mogę już iść?
Pewnie powinienem był wtedy odpowiedzieć ze śmiechem: "Głupi jesteś. To
przecież żart. Chciałem cię nastraszyć. Tokio jest przerażające. Wracaj
czym prędzej do domu, niech ojciec się dłużej nie martwi". Tyle że nie
wyszedłem przecież na spacer dla żartu. Musiałem z czegoś opłacić
czynsz.
- Dzięki. Będę o tobie pamiętał.
Moje samobójstwo zostało odłożone o kolejny miesiąc.
(1939)
Sto widoków Fuji
Zbocza góry Fuji w ujęciu Hiroshige9 zbiegają się pod kątem
osiemdziesięciu pięciu stopni, u Bunch?10 to osiemdziesiąt cztery
stopnie. Gdyby jednak zrobić przekrój poprzeczny na podstawie wojskowych
map topograficznych, okaże się, że kąt między wschodnim i zachodnim
zboczem Fuji wynosi sto dwadzieścia cztery stopnie, a między północnym i południowym - sto siedemnaście stopni. Na większości obrazów, nie tylko
tych autorstwa Hiroshige czy Bunch?, kąt Fuji jest zaostrzony. Jej
szczyt jawi się jako smukły, wysoki, delikatny. Hokusai przedstawia
nawet Fuji tak szpiczastą - o kącie niemal trzydziestostopniowym - że
upodabnia się ona do wieży Eiffla. Tymczasem prawdziwa góra Fuji tworzy
kąt rozwarty, a jej zbocza leniwie pną się w górę, ze wschodu na zachód
- sto dwadzieścia cztery stopnie, z północy na południe - sto
siedemnaście. Z pewnością nie jest to imponująco stromy szczyt. Gdybym
żył, dajmy na to, w Indiach i został nagle pochwycony przez orła, który
poniósłby mnie i porzucił gdzieś na wybrzeżu Japonii w okolicach Numazu,
widok Fuji nie wywołałby pewnie u mnie najmniejszego zachwytu. "Fujiyama" z "Nipponu" uznawana jest za
cudowną - "wonderful!" - bo jest znanym obiektem tęsknoty11.
W jakim stopniu jednak może poruszać kogoś, kto nie był wystawiony na
działanie wulgarnej propagandy, nic o Fuji nie wie i podchodzi do niej z prostym, czystym, bezstronnym sercem? W takiej sytuacji jest to widok
nieco żałosny. To niska góra, niska jak na szerokość swojej podstawy. Z taką podstawą mogłaby być co najmniej półtora razy większa.
Jedynie widziana z przełęczy Jikkoku Fuji prezentowała się okazale. To
był doskonały widok. Początkowo szczyt przesłonięty był chmurami i szacowałem jego miejsce na podstawie linii zboczy, obierając pewien
punkt pośród chmur. Z chwilą, gdy się rozpogodziło, okazało się, że
byłem w błędzie, a niebieskawy szczyt wyłonił się dwa razy wyżej, niż
przypuszczałem. Bardziej niż zdumienie spowodowało to u mnie wesołość i roześmiałem się na cały głos. Musiałem przyznać, że robiło to wrażenie.
Podobno w kontakcie z absolutną niezawodnością człowiek najpierw wybucha
śmiechem. Jak gdyby poluzowano mu śruby w całym organizmie. Zupełnie jak
wtedy, gdy człowiek rozluźnia się po zdjęciu pasa, którym był
przewiązany, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi. Moi panowie, jeśli wasza
ukochana kiedykolwiek wybuchnie śmiechem na wasz widok, możecie sobie
winszować. Żadną miarą nie należy jej wtedy upominać. Oznacza to, że
doświadcza całą swoją istotą waszej absolutnej niezawodności.
Widok Fuji z okna mieszkania w Tokio jest bolesny. Zimą rysuje się
wyraźnie - mały biały trójkącik wystający nad horyzont. Takie nic.
Ozdobny cukierek bożonarodzeniowy. Na dodatek smutno pochyla się na
lewo, przypominając pancernik, który stopniowo, od kadłuba, idzie na
dno. Zimą trzy lata temu ktoś wyjawił mi coś nieoczekiwanego, co
wprawiło mnie w osłupienie. Tej nocy siedziałem sam w pokoju, żłopiąc
sake. Nie zmrużyłem oka, tylko piłem i piłem. O świcie wstałem za
potrzebą - przez siatkę rozpiętą na oknie w ubikacji widać było Fuji.
Mała, bialutka, lekko przechylona na lewo - nigdy nie zapomnę tego
widoku. Po asfaltowej drodze poniżej handlarz ryb pędził na rowerze,
mrucząc pod nosem: "O, jak wyraźnie widać dziś Fuji. Ziąb straszny!".
Stałem w ciemnej ubikacji i gładząc ręką metalową siatkę, szlochałem.
Nie chciałbym drugi raz doświadczyć czegoś takiego.
Wczesną wiosną 1938 roku wyruszyłem z jedną tylko torbą w podróż,
zdecydowany przemyśleć swoje życie.
K?sh?. Tym, co wyróżnia tutejsze góry, jest ich łagodnie i dziwnie
niewprawna falista linia. Usui Kojima12 w O japońskim
krajobrazie napisał: "W góry przybywa wielu malkontentów w poszukiwaniu
rozrywki w stylu górskich mędrców". Na tle innych gór wzgórza K?sh? mogą
jawić się jako nieokazałe. W K?fu wsiadłem w autobus, który telepał
niemiłosierne, i po godzinie dotarłem do przełęczy Misaka znajdującej
się na wysokości tysiąca trzystu metrów nad poziomem morza. Na szczycie
przełęczy stoi mała herbaciarnia zwana Tenka Chaya.
Tam właśnie na piętrze zaszył się z początkiem lata Masuji
Ibuse13, żeby oddać się pracy. Postanowiłem - jeśli tylko nie
byłoby to dla niego kłopotliwe - wynająć pokój obok i także zakosztować
życia górskiego mędrca. Ibuse stale pracował, a ja - za jego
przyzwoleniem - w tym czasie odpoczywałem. Chcąc nie chcąc, musiałem
każdego dnia patrzeć wprost na Fuji. Ta przełęcz, będąca kiedyś ważnym
punktem na drodze do Kamakury, łączącej K?fu z traktem T?kaid?, jest
znana jako miejsce podziwiania Fuji od strony północnej i to ujęcie
uchodziło od dawien dawna za jeden z trzech słynnych widoków tej góry.
Mnie on jednak nieszczególnie odpowiadał. Więcej nawet, żywiłem wobec
niego pogardę. Był zbyt nieskazitelny. Pośrodku góra Fuji, u jej stóp
białe, zimne jezioro Kawaguchi otulone pobliskimi górami, które
przycupnęły cicho po obu jego stronach. Jedno spojrzenie na ten widok,
który przypominał malunek w łaźni publicznej czy jakąś scenografię,
wywoływało moją konsternację i rumieniec na twarzy. Obraz ów był tak
szczegółowo zgodny z zamówieniem, że aż budził zażenowanie.
Pewnego słonecznego popołudnia, dwa, może trzy dni po tym, jak dotarłem
do herbaciarni, Ibuse uporał się z częścią pracy i wybraliśmy się razem
na przełęcz Mitsu, leżącą tysiąc siedemset metrów nad poziomem morza,
nieco wyżej niż przełęcz Misaka. Pięliśmy się niemal na czworakach
stromym zboczem i po około godzinie dotarliśmy na miejsce. Kiedy
przedzierałem się na kolanach wąską ścieżką przez krzewy i pnącza, nie
przedstawiałem sobą najbardziej urokliwego z widoków. Co innego Ibuse.
Prezentował się swobodnie w swoim górskim stroju. Ja nie miałem nic
takiego, więc szedłem ubrany w watowane kimono z herbaciarni - tak
krótkie, że odsłaniało moje owłosione golenie na ponad trzydzieści
centymetrów. Na domiar złego na nogach miałem pożyczone od staruszka z herbaciarni skarpety z gumową podeszwą. Sam czułem, że wyglądam
fatalnie, więc starałem się skorygować to w miarę możliwości,
przewiązując się sztywnym, męskim pasem i zakładając na głowę słomkowy
kapelusz, który znalazłem zawieszony na ścianie herbaciarni. Skutek był
taki, że wyglądałem jeszcze bardziej dziwacznie.
Nie zapomnę tego, jak Ibuse, ostatnia osoba, która patrzyłaby
lekceważąco na kogoś z powodu wyglądu, spojrzał na mnie z pewną litością
i - usiłując dodać mi otuchy - wymamrotał: "Mężczyzna właściwie nie
powinien przejmować się strojem". W każdym razie obaj doszliśmy na
szczyt. W jednej chwili jednak rozścieliła się gęsta mgła i nie dane nam
było podziwiać krajobrazu nawet ze skraju skarpy służącej jako platforma
widokowa. Nic nie było widać. Ibuse opadł na dno mgły, przysiadłszy na
kamieniu, i, paląc papierosa, puścił wiatry. Wyglądał na znudzonego. Na
platformie widokowej mieściły się trzy herbaciarnie. Wybraliśmy tę
nieokazałą, prowadzoną przez starsze małżeństwo. Piliśmy tam gorącą
herbatę. Staruszka wyraźnie nam współczuła. "Co za pech z tą mgłą, za
chwilę na pewno się przejaśni. Zazwyczaj Fuji widać wyraźnie, o, tu
zaraz" - powiedziała i z głębi herbaciarni przyniosła wielkie zdjęcie
góry. Stanęła na skraju skarpy i trzymając je w obu rękach wysoko nad
głową, usilnie tłumaczyła nam, że dokładnie w tym miejscu Fuji wyłania
się, o, taka duża. Przełykając poślednią herbatę, podziwialiśmy ten
widok i śmialiśmy się do siebie. Co za wspaniała Fuji! Nie żałowaliśmy
tej mgły.
Dwa dni później, jeśli dobrze pamiętam, Ibuse opuścił przełęcz Misaka.
Towarzyszyłem mu do K?fu, gdzie przedstawiono mi pewną dziewczynę, którą
miałem poślubić. Razem udaliśmy się do jej domu, położonego na obrzeżach
miasta. Ibuse miał na sobie niezobowiązujący górski strój. Ja byłem w kimonie przepasanym sztywnym męskim pasem i w cienkim, letnim
haori14. W ogrodzie rosło mnóstwo róż. Matka dziewczyny wyszła nam
na spotkanie i poprowadziła nas do salonu. Przywitaliśmy się. W międzyczasie pojawiła się także dziewczyna. Nie patrzyłem na jej twarz,
pochłonięty rozmową na różne tematy z jej matką i Ibusem. Nagle Ibuse
skierował wzrok ku belce za moimi plecami i wymruczał:
- O, Fuji!
Podążając za jego wzrokiem, odwróciłem się i spojrzałem na belkę z tyłu.
Zawieszono na niej oprawione w ramkę zdjęcie widzianego z lotu ptaka
krateru góry Fuji. Przypominał on bielusieńki kwiat lilii wodnej.
Obejrzałem zdjęcie i powoli ponownie się odwróciłem, zerkając przelotnie
na dziewczynę. Już wiedziałem. Chciałem ją poślubić, nawet jeśli
wymagałoby to trudu. Byłem wdzięczny tamtej górze Fuji.
Ibuse wrócił do Tokio tego samego dnia, a ja udałem się znowu na
przełęcz Misaka. Na piętrze tamtejszej herbaciarni spędziłem wrzesień,
październik i piętnaście dni listopada, pracując i aż do wyczerpania sił
stawiając czoła "jednemu z trzech najpiękniejszych widoków Fuji", za
którym wcale nie przepadałem.
Pewnego dnia miałem niemały ubaw. Jeden z moich przyjaciół, członek
"Szkoły Romantyków"15, który bodaj wykładał na uniwersytecie,
wstąpił do herbaciarni w trakcie swojej górskiej wędrówki. Wyszliśmy
wtedy na korytarz na piętrze i patrząc na Fuji, paliliśmy i rzucaliśmy
zuchwałe komentarze.
- Jakie to trywialne, sam powiedz. Sprawia wrażenie "Szacownej Góry
Fuji".
- Samo patrzenie na nią jest krępujące.
Nagle przyjaciel wskazał na coś podbródkiem i zapytał:
- Co to takiego? O, tam, wygląda na mnicha.
Niewielka postać mężczyzny, lat około pięćdziesięciu, odzianego w łachmany, z długim kijem, pięła się ku przełęczy i raz po raz odwracała
się, by popatrzeć na Fuji.
- Przypomina mnicha Saigy?16
podziwiającego Fuji. Nieźle się prezentuje. - Z nostalgią pomyślałem o tym, co mnich uosabiał. - Może kiedyś zostanie świętym, kto wie...
- Nie opowiadaj głupot. To żebrak - zauważył chłodno przyjaciel.
- Nie, nie. Jest w nim coś nie z tej ziemi. Zobacz, jak się porusza. Co
za styl. Kiedyś podobno mnich N?in17
stworzył właśnie na tej przełęczy pieśń na cześć Fuji.
Nie zdążyłem dokończyć zdania, a przyjaciel już wybuchnął śmiechem.
- O, zobacz, ot, i cały jego styl.
Hachi, pies z herbaciarni, ujadał teraz na N?ina, który wpadł w popłoch,
robiąc z siebie prawdziwe pośmiewisko.
- Cóż, nic z tego. Miałeś rację. - Nie kryłem rozczarowania.
W panice żebrak zaczął się miotać, aż żal było patrzeć, w końcu rzucił
kij i zupełnie tracąc nad sobą panowanie, rzucił się co sił w nogach do
ucieczki. Nie, nie miał wcale stylu. Nawet teraz, kiedy o tym pomyślę,
czuję absurdalność tej sytuacji.
Odwiedził mnie kiedyś w herbaciarni pewien ułożony młody człowiek, lat
dwudziestu pięciu, nazwiskiem Nitta, który pracował na poczcie w miejscowości Yoshida, ciągnącej się długim, wąskim pasem u stóp gór
poniżej przełęczy. Tłumaczył, że dowiedział się, gdzie przebywam, za
sprawą nadsyłanych listów. Rozmawialiśmy chwilę w pokoju na piętrze, a kiedy poczuliśmy się swobodniej, Nitta stwierdził ze śmiechem:
- Tak naprawdę chcieliśmy odwiedzić pana wspólnie z kilkorgiem
przyjaciół, ale gdy przyszło co do czego, inni się wycofali. Haruo
Sat?18 napisał przecież w swojej powieści, że jest pan dekadentem i lubieżnikiem, więc nie chciałem ich zmuszać. Nie przypuszczałem nawet,
że z pana taki poważny, ułożony człowiek. Następnym razem przyjdziemy tu
razem, jeśli to nie kłopot oczywiście.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Mowa o konflikcie z Chinami, który rozgorzał po incydencie mukdeńskim z 18 września 1931 roku - wysadzeniu należącej do Japonii części Kolei Południowomandżurskiej. Wydarzenie to było pretekstem do aneksji chińskiej Mandżurii przez Japonię i ustanowienia w lutym 1932 roku marionetkowego państwa Mandżukuo. Kolejna odsłona konfliktu nastąpiła w 1937 roku i zapoczątkowała wojnę trwającą do 1945 roku. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). [wróć]
Nawiązanie do incydentu z 26 lutego 1936 roku, będącego próbą wojskowego zamachu stanu. Rebelianci zajęli kilka strategicznych obiektów w centrum Tokio pod hasłami odnowienia władzy cesarza. Zamach został stłumiony (dwóch przywódców popełniło rytualne samobójstwo, dwóch innych skazano na śmierć), ale przyczynił się do umocnienia siły wojskowych. Do wydarzeń tych nawiązuje też Yukio Mishima w słynnym opowiadaniu Y?koku (Umiłowanie ojczyzny). [wróć]
Nagajuban - długa bawełniana szata z rękawami noszona pod kimonem, odpowiednik halki. [wróć]
Teatr Cesarski (Teikoku gekij?) otwarto w 1911 roku w centrum Tokio. Wystawiano w nim zarówno kabuki, jak i sztuki zachodnie, dając stały angaż wielu aktorom i aktorkom. Budynek został zniszczony w wyniku trzęsienia ziemi w roku 1923. W 1966 roku odbudowano go w obecnej formie. [wróć]
Iroha - utwór pangramowy z XI wieku, zawierający wszystkie sylaby ówczesnej japońszczyzny. Jest powszechnie znany jako abecadło i używany do wyznaczania kolejności alfabetycznej wyrazów. [wróć]
W roboczym przekładzie wersy te oznaczają: "Chociaż woń wciąż czuć,/ kwiat opadł./ (...) Nie dać się odurzyć". [wróć]
Kaf? (właśc. S?kichi) Nagai (1879-1959) - pisarz zaliczany do tzw. szkoły estetycznej (jap. Tanbiha). Fascynowała go zarówno rodzima tradycja, jak i literatura francuska - Baudelaire, Maupassant, Zola. Utwór Reish? (Drwiący uśmiech), publikowany w odcinkach na łamach "Asahi Shinbun" na przełomie 1909 i 1910 roku, zawiera krytykę bezmyślnego podążania za zachodnią modą. [wróć]
Haruo Sat? (1892-1964) - poeta i prozaik. W sposób liryczny opisywał znużenie życiem (ennui) wrażliwych bohaterów, którzy odbierają świat przez pryzmat literatury. W 1921 roku wydał Junj? shish? (Oddanie uczuciom. Zbiór wierszy), w którym łączył liryczność z autoironią. [wróć]
Hiroshige And?, zw. Utagawa (1797-1858) - twórca obrazów z gatunku kach?ga i drzeworytów z nurtu ukiyoe, od 1833 roku malował głównie pejzaże, w tym cykl Fuji sanj?rokkei (Trzydzieści sześć widoków na górę Fuji, 1852-1858), stworzony pod wpływem słynnych cyklów Hokusaia: Fugaku sanj?rokkei (Trzydzieści sześć widoków góry Fuji) i Fugaku hyakkei (Sto widoków góry Fuji). [wróć]
Bunch? (właśc. Masayasu) Tani, zwany także Bungor? (1763- 1840) - malarz i poeta tworzący w nurcie bunjinga (tzw. malarstwa literatów). Jest autorem ilustrowanych legend świątyni Ishiyamadera oraz licznych szkiców z podróży, będących często podstawą jego malarstwa pejzażowego. [wróć]
Dazai wyróżnia tu za pomocą sylabariusza katakana trzy określenia, jakich zwykli używać obcokrajowcy - Fujiyama, Nippon i wandafuru. "Góra Fuji" w języku japońskim to Fuji san, a błędne Fujiyama stało się symbolem powierzchownego, nierzadko orientalizującego zainteresowania Japonią. [wróć]
Usui (właśc. Ky?ta) Kojima (1873-1948) - pisarz, autor dzienników podróży opisujących górskie krajobrazy oraz rozprawy Nihon sansui ron (O japońskim krajobrazie, 1943). Był także kolekcjonerem drzeworytów ukiyoe. [wróć]
Masuji Ibuse (1898-1993) - pisarz, autor słynnej powieści Kuroi ame (Czarny deszcz, 1965-1966), w której opisał skutki bombardowania Hiroszimy. Interesował się malarstwem. Ibuse był mentorem Dazaia, wspierał go w życiu zawodowym i prywatnym. Zob. Kalendarium życia i twórczości Osamu Dazaia - s. 236-245. [wróć]
Haori - rodzaj luźnej narzutki z rękawami czy też krótkiego płaszcza zakładanego na kimono. [wróć]
Zob. Kalendarium..., s. 239. [wróć]
Saigy? - imię buddyjskie Norikiyo Sat? (1118-1190), mnicha będącego równocześnie jednym z najznakomitszych poetów średniowiecznej Japonii. [wróć]
N?in - imię buddyjskie Nagayasu Tachibany (988 - 1051?), mnicha i poety zaliczanego do Trzydziestu Sześciu Mistrzów Poezji. Z jego twórczości wyłania się portret samotnego wędrowca, który porzucił to, co ziemskie i przemijające. [wróć]
Zob. przyp. 8. [wróć]