Pigwówka
W stronę Felcinej werandy dobiegł pośpieszny tupot stóp. Anna, Felcia i Kaśka, dopijające przy stole kawę, spojrzały w kierunku alejki. Po
chwili na szczycie schodów pojawili się Eliza i Max. Oboje lekko
zasapani, ale miny mieli rozbawione.
- Coś się stało, że wróciliście? - zainteresowała się Anna.
- I dlaczego lecieliście jak wariaci?! - dodała Felcia. Obie starsze
panie pokiwały głowami na znak zgody.
- Niby dorośli, a jak dzieci - rzuciła Kaśka, wzruszając ramionami.
Młodzi opadli na krzesła, z których poderwali się kilkanaście minut
temu.
- Podjęliśmy ważną decyzję! - wykrzyknęła po chwili Eliza, wyrównawszy
nieco oddech.
- Podjęliśmy... - zawtórował dudniącym basem Max, ale nie dokończył, bo
kobiety przy stole zasłoniły sobie uszy.
- Maksiu, nie strasz seniorów! - zachichotała Eliza.
- To ja niby jestem seniorką?! - oburzyła się Kaśka, mama Elizy.
- Oj tam, oj tam. - Felcia zaraźliwie zaśmiała się głośno.
- Wkrótce nią będziesz - dorzuciła Anna z uśmiechem od ucha do ucha.
Kaśka po słowach matki już szykowała się do riposty.
- Kiedy zostaniesz babcią, to od razu przejdziesz do kategorii seniorek
- ubiegła ją Felcia i ze stoickim spokojem splotła dłonie na brzuchu.
- Babcią?! - zawołała Kaśka i wpatrzyła się w córkę z popłochem w oczach.
- Jak przyjdzie na to czas, mamuś, to ci powiem. Zawsze ci wszystko
mówię. - Eliza uśmiechnęła się jak niewiniątko. - Przecież my jeszcze
ślubu nie mamy... chyba. - Przeniosła wzrok na Maxa, który w odpowiedzi
wyszczerzył zęby.
- No tak, ślubu nie macie - potwierdziła nieco już rozluźniona Kaśka i wzruszyła ramionami.
- A wracając do seniorek... - przypomniała sobie Eliza, po czym mrugnęła -
...Max mi kiedyś mówił, że jeśli ktoś odzywa się do oficerów i żołnierzy
niższych rangą, to zwraca się do nich, używając tytułu najstarszego
stopniem, stąd ci seniorzy. Tak jest zgodnie z regulaminem! - dodała,
patrząc przekornie na matkę.
- Eliza ma rację! - przytaknął Max.
- Czyli co się stało, dzieci, że przybiegliście z powrotem do nas? -
wróciła do pierwszego pytania Anna, nie zwracając uwagi na dylematy
Kasi.
- Maksio miał rację - oświadczyła Eliza i spojrzała na niego przymilnie.
- Ślub odbędzie się w Boże Narodzenie!
Jej radosne spojrzenie przebiegło po twarzach kobiet i zatrzymało się
znowu na Maksie.
- Nie wytrzymacie do Wielkanocy? - zaciekawiła się Kaśka i znowu
podejrzliwie omiotła wzrokiem kibić córki.
- Maksio mi przypomniał, że ślub na Wielkanoc już wcześniej
zarezerwowała sobie Wika, więc nie będziemy robić kumulacji. Zresztą
chcemy być na jej ślubie, a ona na naszym. Poza tym my mamy dłuższy
staż, więc nie wypada, żeby młodsi nas wyprzedzili. - Eliza po ostatnich
słowach zachichotała.
- Jak to dłuższy staż?! - Kaśka przymrużyła oczy. - Przecież od zeszłej
nocy świętojańskiej minęło dopiero... - zaczęła liczyć miesiące na
palcach, mamrocząc pod nosem.
- A poprzednie pięć lat nie jesteś łaskawa, mamuś, doliczyć?! -
przerwała jej córka.
- Ale przecież...
- A poza tym, kochana kuzyneczko - zwrócił się do Kaśki, dudniąc, Max -
lata wojny liczą się do stażu podwójnie!
- A tego mi nie mówiłeś. - Eliza przewróciła oczami i wtuliła się w niego.
- Max ma rację - skwitowała poważnym tonem Felcia, choć w jej oczach
zabłysły ogniki rozbawienia. - Miłości czasu wojny są najtrwalsze i tak
będzie z wami.
- No przecież! - Max objął Elizę. - W ogóle czekają nas tu... - rzucił
wzrokiem w kierunku wozowni - ...i tam... - jego palec wskazał na wschód, w stronę Gdyni - ...cudowne sielskie lata. - Pocałował narzeczoną.
- Mój ty srebrny rycerzu. - Eliza pogładziła jego czuprynę przetykaną tu
i ówdzie srebrzystymi nitkami i przymknęła powieki.
- Jak słodko, srebrny rycerzu - powtórzyła za nią echem Felcia. - Wiecie
co?! - Wyprostowała się nagle, a jej spojrzenie przewędrowało po
twarzach siedzących przy stole. - To trzeba uczcić! Kasiu, ty już wiesz,
co i gdzie stoi, prawda?
- A która z nich będzie najbardziej odpowiednia? - spytała Kaśka,
przechylając zabawnie głowę.
- Przynieś pigwówkę! - zaordynowała po krótkim zastanowieniu Felcia. -
Ją, jak wiecie, najlepiej jest spożywać przy suchym
kaszlu,
przeziębieniu, grypie i jesiennym przesileniu, ale oprócz tego -
rozejrzała się wokół z szelmowskim uśmiechem - jest najbardziej
odpowiednia na specjalne okazje, a taka trafiła nam się dzisiaj!
- Ale czy zeszłoroczna będzie już dobra? - spytała z powątpiewaniem
Anna.
- Zostały jeszcze dwie butelki tej sprzed dwóch lat - uspokoiła ją
Felcia, podnosząc swój kościsty palec. - Znajdziesz je, Kasiu, na
najniższej półce za zasłonką, za butelkami z żurem - wyjaśniła. - A ponieważ zrobiło się tak fajnie - zatrzepotała powiekami - to
potowarzyszę też Maksiowi i poproszę o małą czarną.
Siorbnęła ze swojego dużego kubka resztki poprzedniej kawy.
- Wypijesz jeszcze jedną?! - zdziwiła się Anna.
- Kiedyś wypijałam dziennie nawet trzy szatany, a ten był dopiero
pierwszy. - Felcia przesunęła opróżniony kubek w kierunku brzegu stołu.
- Kto chce jeszcze?! - Eliza poderwała się i sięgnęła po tacę leżącą na
rattanowym stoliku pod drugą ścianą werandy.
- To może w takim razie ja też wypiję - zawahała się Anna. - Ostatecznie
nie co dzień trafiają się tak miłe wieści.
- Mamuś, ale ty przy swoich skokach ciśnienia - próbowała zaoponować
Kaśka.
- Dzisiaj nie piłyśmy porannej, bo przed śniadaniem poszłyśmy na grzyby
- zachichotała Anna. - Trzeba więc nadrobić!
- A ja też mogę liczyć? - dopytał ciszej niż zwykle Max.
- No jasne! Zresztą wszyscy będą pić kawę dzięki tobie! Zrobić ci w twoim...
- ...garnku?! - dokończył za Elizę Max i uśmiechnął się szeroko.
- Dostaniesz w swoim garnku, ale ekstrasowo także w świątecznej
filiżance, dzikusie - odparła wesoło dziewczyna i pokazała kciuk.
Po kilku minutach na stole stały już parujące odświętne filiżanki,
"garnek", czyli brzuchaty kubek Maxa, a także pigwówka w karafce,
kieliszki i półmisek z ciastem, ku któremu zgodnie pofrunęły dłonie
wszystkich siedzących przy stole.
- Nie ma to, Felciu, jak twoja drożdżówka - odezwała się po chwili Anna.
- A toast, żarłoki? - Kaśka roześmiała się w głos i wskazała na ponownie
napełnione kieliszki.
- To o mnie już wszyscy zapomnieli? - rozległ się z progu sieni głos
Jana Werry, który wkroczył na werandę z parującą filiżanką. - Dotarł do
mnie jakiś gwar z kuchni, ale nie sprawdzałem, bo chciałem dokończyć
zapisywaną myśl. Kiedy tam zajrzałem, było już pusto, ale drzwiczki od
kredensu zostały uchylone... - jego zawsze rumiana twarz zwróciła się w stronę Felci - ...i od razu zorientowałem się w sprawie. Kieliszek też
sobie przyniosłem. - Wyciągnął go z kieszeni koszuli.
- No, toś mnie, Janku, zaskoczył! I to miło! - pochwaliła swojego męża,
nie męża Felcia. - Usiądź przy młodych. - Wskazała mu miejsce głową.
- Czyli okazja związana z nimi? - Jan zerknął na twarze Elizy i Maxa.
- Będziemy sobie ślubować na Boże Narodzenie - wyszeptała Eliza.
- Tylko żadnych kuligów! - zakrzyknął nieoczekiwanie Jan, aż wszyscy
drgnęli.
- Masz rację, ale nie strasz dzieci. - Felcia pogroziła mu palcem.
- No więc skoro tak - Jan Werra otaksował Elizę wzrokiem, wzruszył
ramionami, a potem spojrzał na stojący przed nią kieliszek z bursztynową
nalewką - to go rekwiruję.
Wyciągnął rękę, ale Eliza zatrzymała ją swoją dłonią.
- Mogę wypić. Na pewno - uśmiechnęła się.
- To w takim razie - sięgnął po karafkę i napełnił przyniesiony przez
siebie kieliszek nalewką - jestem gotów - rzekł, a jego radosne
spojrzenie przemieściło się wokół stołu. Podniósł kieliszek.
- A toast? - spytała Felcia.
- To nie było jeszcze?! - Jan się zakłopotał.
- Czekamy, aż ty go wygłosisz - odrzekła z niezmąconym spokojem Felcia,
a pozostali pokiwali głowami.
- Ja?! No dobrze... powiem wam coś. Elizo i Maksie! - zaczął po chwili
podniosłym tonem i wstał. - Kiedy dotarłem wreszcie na to wzgórze pełne
słońca... - Głos mu się dziwnie załamał. Dla odwrócenia uwagi zrobił krok
w kierunku wejścia na werandę, udając, że spogląda na wzgórze i dolinę.
- Janie! - przywołała go do porządku Felcia. - Kochany Janku -
powtórzyła nieco milszym tonem. - Wtedy nam wszystkim się wydawało, że
tutaj jest już komplet... - pociągnęła zaczęty przez niego toast.
- Właśnie, dziękuję za podpowiedź - spojrzenie Jana wróciło nad stół - i kiedy nam wszystkim się wydawało, że tutaj jest już komplet - powtórzył
- przybył długo wyczekiwany przez naszą księżniczkę Elizę - zerknął na
nią z uśmiechem - ogromny wysrebrzony rycerz. Z początku niewiele
wskazywało na to, że poza tajemną misją związaną z kuferkiem z wiśniowego drewna pojawi się jeszcze inna, chyba nawet ważniejsza.
Eliza po tych słowach wtuliła się w Maxa.
- Ale moje oczy i Felcine także - Anna podniosła nieśmiało palec - i Anny również, więc nasze oczy dojrzały w zapadających wówczas
ciemnościach dziwne błyski przemieszczające się między oczami młodych, a nasze zmysły zarejestrowały dziwne fluidy, które oboje generowali. Były
one tak silne, że ich energia przyćmiła nawet blask płomieni ogniska, a także światło fajerwerków świętojańskich. Potem nastąpiło tajne
spotkanie w kuchni... - przyciszył głos i zerknął w kierunku sieni domu -
...podczas którego iskry między wami było widać już gołym okiem. A jeszcze
potem, długo po północy, coś was pociągnęło do świątyni dumania -
uśmiechnął się do młodych, przenosząc wzrok na dolinę ze stawem. - A o poranku, w trakcie śniadania, którego głównym daniem była jajecznica z boczkiem...
- Jajecznica na boczku! - poprawiła go Felcia.
- Słusznie, biło od was światło szczęścia, jakby nagle słońce wstało po
zachodniej stronie nieba. Każdy następny dzień z wami był coraz
piękniejszy, aż nadszedł dzisiejszy... - zawiesił głos, bo dojrzał, że
Eliza z błyskiem w oczach uniosła dłoń z pierścionkiem. - Oczywiście, po
drodze były oświadczyny Maxa w Dolinie Loary, potem powtórzone
specjalnie dla nas - uzupełnił - po których młodzi się poznawali, aż
wreszcie dojrzeli do dzisiejszej decyzji.
Zatrzymał się i głęboko odetchnął.
- Czyli, jak rozumiem, już możemy wypić - zniecierpliwiła się tą
przydługą mową Felicja i podniosła kieliszek.
- Felciu, jeszcze moment - powstrzymał ją Jan Werra, pokręcił głową, i choć to wydawało się prawie niemożliwe, jeszcze bardziej pokraśniał. -
Kochana Elizo, kochany Maksie, przyjmujemy z radością waszą deklarację o terminie ślubu, wytrwajcie w tej decyzji, przygotowujcie się wewnętrznie
do tego dnia, a o resztę my zadbamy. Na zdrowie!
Ręce z kieliszkami wypełnionymi bursztynową nalewką powędrowały ponad
stół, dało się słyszeć lekkie stuknięcia szkła, po czym toast został
spełniony z radością. Max skorzystał z okazji i soczyście wycałował
narzeczoną.
- A nie będzie wam żal - Kaśka zwróciła się do córki - że nie da się
poparadować po ślubie po wsi?
- Nasza miłość rozgrzeje grudniową aurę na tyle, że wokół nastanie maj
albo czerwiec - rozpoczęła pompatycznie Eliza, ale zakończyła chichotem.
- Niektórzy kiedyś musieli się trochę maskować - zerknęła na matkę - ale
ja - podniosła palec - nie muszę. Co prawda też byliśmy na Mull of
Kintyre, ale jakoś nie trafiło nam się podobnie.
- Ty, ty, ty! - Pogroziła jej na niby matka, ale zaraz przewróciła
oczami, co dla wszystkich było aż nadto czytelne, że wciąż radośnie
wspomina wycieczkę z Maciejem do Szkocji sprzed prawie czterech lat.
- Orkiestra dudziarzy nie maszerowała dla nas brzegiem morza - rzuciła z udawanym żalem Eliza. - Nie mieliśmy też szczęścia obejrzeć wschodu
słońca, ale budząc się co ranka, miałam inną rozrywkę.
- Jaką? - zainteresowała się Felcia.
- Tylko bez szczegółów! - zastrzegła babcia Anna, uśmiechając się
szeroko. Nie wiedzieć czemu Kaśka się naburmuszyła.
- Każdego ranka, gdy tylko otworzyłam oczy, podziwiałam swój pierścionek
na tle ciemnego zarostu mojego rycerza. - Eliza pogładziła policzek Maxa
dłonią. Na jej serdecznym palcu lśnił pierścionek zaręczynowy. - A kiedy
się budził, wtedy...
- Tylko bez szczegółów! - przerwała jej Kaśka.
- Robiliśmy razem... śniadanie! - zawołała rozbawiona Eliza. - Kiedyś
znowu tam pojedziemy.
- Ale wtedy Kendraw albo Hedley czy kto tam będzie właścicielem tego
wiejskiego domku muszą sprawić sobie nieco większy samochód, bo jednak
mini morris jest zbyt mały jak na moje nogi - zaśmiał się tubalnie Max,
aż wszyscy zasłonili sobie uszy.
- Może Hedley zostawi nam wówczas swojego śliwkowego rolls-royce'a? -
Mrugnęła Eliza.
- Wróćmy jednak do tematu. Jak sobie wyobrażacie wasz ślub? - spytała
Kaśka.
- Jak?! - Eliza wzruszyła ramionami i rozejrzała się wokół. - Jan mówił,
że my mamy tylko przygotować się wewnętrznie, a o resztę wy zadbacie.
Czy coś źle zrozumiałam?
- Wszystko zrozumiałaś jak trzeba! - Uderzył się w piersi Jan Werra. -
Moja w tym głowa, żeby wszystko było jak należy, ale myślę, że kiedyś mi
jednak zdradzisz, co i jak byś chciała.
- Ślub mamy i Maćka był piękny, babci z Ryszardem cudowny, więc jest z czego czerpać pomysły. - Przewróciła oczami Eliza. - Najważniejsze już
wiem i to się nie zmieni... - Spojrzała na Maxa.
- Czyli jednak masz jakieś marzenie albo nawet macie już wspólne
ustalenia, co? - spytała babcia.
- I to kluczowe! - Eliza podniosła palec i wtuliła się w narzeczonego.
- A zdradzisz je nam? - spróbowała dociec babcia.
Wszystkie spojrzenia skierowały się na młodych.
- Wam? Zawsze! - prychnęła dziewczyna. - Umówiliśmy się z Maksiem, że... -
zawiesiła głos i teraz jej spojrzenie przebiegło wokół stołu - ...nie mamy
żadnych istotnych wymagań oprócz jednego... - znowu zawiesiła głos -
...chcemy wziąć ślub i już!
Wpatrzyła się maślanymi oczami w wybranka, który ją pocałował i mocno
przytulił.
- Coś takiego! Co za skromność! - Rozanielona babcia złożyła dłonie.
- Moja krew - zachichotała Felcia, choć uciszyła się, widząc krytyczne
spojrzenie pokraśniałego Jana.
- Może Maksio zdąży załatwić sobie obywatelstwo? - zastanowiła się
Eliza, muskając policzek Maxa. - Ja go kocham jako Maxa Bonko, ale on
koniecznie chce zostać Julianem Zalewskim - dodała.
- Chcę i kropka - potwierdził kategorycznie Max.
- Ależ Krysia byłaby z ciebie dumna - rzuciła z nabożeństwem Felcia,
składając dłonie.
- A czy to się da załatwić tak od ręki? - zainteresował się Jan Werra.
- Trochę czasu do grudnia zostało - zauważyła Kaśka.
- Pojutrze wybierzemy się do Gdańska, żeby to wszystko dokładnie
sprawdzić. Jeszcze dzisiaj poradzimy się Ryszarda, który na pewno
podpowie nam coś konkretnego.
- O! I to jest słuszna myśl. Jak to dobrze, że mamy nadwornego prawnika
- zgodziła się Anna.
Po południu okazało się, że uzyskanie obywatelstwa wcale nie jest takie
proste. Trzeba przygotować specjalny wniosek i dołączyć do niego
niezbędne dokumenty w przekładzie tłumacza przysięgłego. Komplet
dokumentów należy złożyć w urzędzie wojewódzkim, a obywatelstwo nadaje
prezydent RP. Ryszard stwierdził, że obecnie czas oczekiwania wynosi
ponad rok. A do Gdańska warto pojechać dopiero za kilka dni po uzyskaniu
przysięgłego tłumaczenia.
Max wyglądał na zmartwionego.
- W Stanach Zjednoczonych ta procedura nie trwa krócej - zauważył
Ryszard. - Spójrz na to w ten sposób, że Eliza będzie szczęśliwsza,
jeśli podczas ślubu będziesz jeszcze Maxem Bonko, a wystawienie
dokumentów z nowym, a właściwie starym rodowym nazwiskiem załatwisz,
kiedy przyjdzie na to czas. Trudno - podsumował, rozkładając ręce.
Dopiero w kolejnym tygodniu Max mógł pojechać do urzędu wojewódzkiego w Gdańsku, aby tam złożyć wniosek o nadanie polskiego obywatelstwa.
Wybrali się razem z Elizą, bo ona, korzystając ze złotej jesieni,
zapragnęła pospacerować uroczymi uliczkami Nowego Miasta, wysłuchać
carillonów wygrywanych z wieży ratuszowej, a może też wypić kawę i zjeść
ciasteczko w okolicy Dworu Artusa. Zaparkowali na Targu Węglowym i ruszyli powoli do kompleksu urzędu wojewódzkiego przy ulicy Okopowej. Po
załatwieniu sprawy wracali w kierunku Długiego Targu. Mijając okazały
budynek komendy wojewódzkiej policji, Max nagle przypomniał sobie, że
jakiś czas temu obiecał nadkomisarzowi Maksymilianowi Pietrydze
odwiedziny.
- Nie pogniewasz się, Elizo, jeśli korzystając z okazji, wpadnę do niego
na kilka, może kilkanaście minut? - spytał zakłopotany, wskazując na
wielkie drzwi wejściowe do gmachu.
- Hm... ale nie dłużej niż na pół godziny. Myślę, że tyle czasu zajmie mi
zajrzenie do kilku sklepików, które i tak by cię nie ciekawiły -
odparła, uśmiechając się pod nosem.
- Obiecuję, że na ile się da, skrócę pobyt u niego - odparł Max,
zadowolony z jej zgody.
- Próbuj, ale jakby co, znajdziesz mnie gdzieś w okolicach fontanny
Neptuna. Odezwij się.
Max ucałował narzeczoną. Ona odprowadziła go wzrokiem do drzwi, a potem
ruszyła w kierunku Złotej Bramy.
Jak Max z Maxem
Po wejściu do biura przepustek Max zdziwił
się, że siedzący za szybą dyżurny po podaniu mu dokumentu, zajrzeniu w komputer i przewertowaniu swoich notatek zamienił powitalny uśmiech na
poważną minę.
- Proszę na chwilę usiąść, muszę sprawdzić, czy komendant jest teraz
wolny.
- Ale ja nie idę do komendanta, tylko tak jak mówiłem, do nadkomisarza
Pietrygi. Musiał mnie pan z kimś pomylić.
Funkcjonariusz nie odpowiedział, tylko odszedł z bezprzewodowym
telefonem w głąb dyżurki. Kiedy skończył rozmowę, wrócił do okienka.
- Za dziesięć minut przyjdzie po pana funkcjonariusz - rzucił krótko i zdecydowanym ruchem ręki wskazał na rząd krzeseł w poczekalni.
Max wzruszył ramionami. Policja. Tutaj też może być przecież bałagan.
Spoczął na jednym z krzeseł i napisał esemesa do Ryszarda, że wniosek o nadanie obywatelstwa został złożony, a teraz jest w odwiedzinach u Pietrygi.
- Ładne mi odwiedziny - mruknął do siebie pod nosem. Po chwili komórka
odezwała się sygnałem przychodzącej wiadomości.
Pozdrów ode mnie nadkomisarza. :)
Po kilku minutach oczekiwania dyżurny wychylił się zza szyby i przywołał
go.
- Funkcjonariusz czeka na pana po drugiej stronie drzwi. Oto przepustka,
którą proszę przyczepić sobie w widocznym miejscu do odzieży. Poproszę
jeszcze o wyłączenie komórki i pozostawienie jej u mnie w depozycie.
Max posłusznie wyłączył telefon i podał dyżurnemu, ten włożył go do
pojemnika na biurku, wręczając mu w zamian żeton z numerkiem przegródki,
w której go umieścił. Max przyczepił plastikową przepustkę specjalnym
klipsem do górnej kieszeni kurtki.
- Tylko proszę nie zgubić żetonu od komórki, bo nie wydam jej panu z powrotem. - Dyżurny ostrzegł.
Max skinął głową na znak, że zrozumiał tę informację.
Od matowych drzwi do wnętrza komendy doszedł go dźwięk elektromagnesu.
Pchnął je lekko. Po drugiej ich stronie czekał na niego uzbrojony
funkcjonariusz.
- Proszę za mną - rzucił do Maxa z poważną miną.
"O kurczę!", pomyślał Max. Ruszył za mundurowym, który w milczeniu
dotarł do klatki schodowej, wdrapał się schodami na pierwsze piętro i poszedł w głąb długiego korytarza. Wreszcie zatrzymał się przed jakimiś
drzwiami i zapukał. Max przeczytał z tabliczki: Adiutant Komendanta.
Po chwili znaleźli się w jego pokoju.
- Panie aspirancie, melduję doprowadzenie pana Maxa Bonko - zameldował
eskortujący go policjant, odczytując z kartki nazwisko.
- Dziękuję. Proszę odmaszerować - odparł adiutant.
Max przypomniał sobie, że identyczne dystynkcje jak adiutant nosił
aspirant Mateusz Kohnke, który półtora roku temu przyjechał z Zawadą do
Parchowa po kradzieży klejnotów Anny, a w lipcu tego roku już jako
funkcjonariusza Interpolu spotkał go na ulicach Genewy.
- Komendant kończy podpisywanie dokumentów. Czekam na sygnał, że mogę
pana do niego wprowadzić - rzekł poważnym tonem adiutant, wskazując na
kolorowe lampki sygnalizacyjne na biurku. - Może pan usiąść. - Wskazał
na krzesło obok drzwi.
Max skinął głową, przysiadł na krześle i wpatrzył się w lampki.
Adiutant, nie zwracając na gościa uwagi, wypełniał jakieś dokumenty. Po
kilku minutach na biurku mignęła lampka w kolorze zielonym.
- Komendant jest już wolny. - Adiutant wstał zza biurka, zapukał do
drzwi, po czym je otworzył.
- Dzień dobry - powiedział cicho Max, wchodząc do gabinetu. W głębi
dojrzał siedzącego za biurkiem szpakowatego policjanta z dystynkcjami
nadinspektora. Tamten podniósł na wchodzącego wzrok i tylko lekko skinął
głową.
- Panie komendancie, pan Max Bonko - zaanonsował służbiście adiutant.
- Proszę podejść bliżej - odezwał się po chwili prawie surowym tonem
komendant, wskazując adiutantowi gestem, że może odejść.
Max zauważył, że komendant taksuje go przenikliwym spojrzeniem.
O co tutaj chodzi? - zdążył jeszcze pomyśleć. Kiedy dotarł do biurka
komendanta, tamten nieoczekiwanie wstał.
- Będąc czasowo zameldowanym w Polsce - rzekł po chwili najważniejszy
policjant w tutejszej komendzie suchym, oficjalnym tonem - naruszył pan
podczas pobytu w Szwajcarii tamtejsze, ale i polskie prawo, biorąc
udział w jakichś kryminalnych porachunkach. Mamy w tej sprawie meldunki.
- Z poważną miną wskazał na bordową teczkę leżącą przed nim.
Max miał wrażenie, że w jego oczach dojrzał błysk kłócący się z powagą.
- Jestem przekonany, że są to nieprawdziwe informacje... - zaoponował
twardo, wchodząc w zaproponowaną przez komendanta grę, ale ten jakby nie
słyszał jego słów, tylko podszedł do drewnianej ściany i wykonał gest
przywołujący przybyłego do siebie.
Po chwili chwycił oburącz za dwie gałki wystające ze ściany i energicznie odciągnął je na boki. Za rozsuwanymi drzwiami ukazała się
niewielka sala odpraw, w której Max dojrzał za mahoniowym stołem
kilkunastu policjantów. Na stole stały termosy, filiżanki, talerzyki,
ciastka i owoce. Wyraz twarzy komendanta złagodniał, wyciągnął do Maxa
rękę i się przedstawił.
- Nadinspektor Baszta. Jacek Baszta - powtórzył i uśmiechnął się
szeroko.
Max potrafił zachowywać kamienną twarz i trzymać nerwy na wodzy w o wiele trudniejszych sytuacjach na Bliskim i nieco dalszym Wschodzie, już
od dyżurki zresztą wyczuwał, że coś tu się dzisiaj "odgrywa", ale po
słowach komendanta omal nie parsknął śmiechem. Uzmysłowił sobie, że
niedaleko stąd, wśród pozostałości murów Starego Miasta, stoi ni mniej
ni więcej, tylko baszta... Jacek.
- Panowie... - komendant wykonał kilka nieskoordynowanych ruchów dłonią -
...oto nasz współpracownik z lipcowej akcji w Szwajcarii i Francji, pan
Max Bonko!
Dobrzy są, więc o to tutaj chodziło. Max nie musiał się wysilać, żeby
się szeroko uśmiechnąć. Funkcjonariusze wstali i przywitali gościa
gromkimi oklaskami. Wśród policjantów Max dojrzał Maksymiliana Pietrygę,
dawnego szefa Tomka Zawady, rejestrując, że nosi pagony o nieco innych
dystynkcjach niż ostatnim razem. Na prośbę komendanta Max obszedł stół
dookoła, żeby przywitać się ze wszystkimi, jak się okazało, szefami
komórek komendy. Kiedy skończył tę dziwną marszrutę, podczas której
wysłuchał licznych słów gratulacji, nadinspektor Baszta wskazał mu
miejsce obok siebie i zachęcił do poczęstunku. Poczekał, aż gość napełni
sobie filiżankę kawą, i chrząknął.
- Panie Maksie Bonko - odezwał się. - Przepraszam pana za być może nieco
stresujący fortel w postaci przywitania, jakie przygotowaliśmy na
dzisiaj. Miało to być coś na podobieństwo tego, co Zagłoba z Ketlingiem
zafundowali Wołodyjowskiemu, ale muszę wam, panowie, powiedzieć, że
naszemu gościowi nawet brew nie drgnęła - rzekł z uznaniem, wskazując na
Maxa. - Urodzony z niego policjant albo funkcjonariusz Interpolu. A taki
niby niepozorny... - Rozłożył teatralnie ręce. Policjanci huknęli salwą
śmiechu. - Pięcioletni udział w wojnie na Bliskim Wschodzie był dla
niego znakomitą szkołą, a opracowany przezeń sposób odzyskania klejnotów
to prawdziwy majstersztyk. Oczywiście rozpisał go na nuty nasz Maksio -
wskazał na Pietrygę - dzięki czemu mógł zrealizować go bez pudła w placówce Interpolu Tomek Zawada. Obaj, o czym wiecie od wczoraj, w uznaniu tych dokonań zostali awansowani na wyższy stopień. A pan Max
Bonko? Co z nim?! - Komicznie zawiesił głos. - No cóż, cisi bohaterowie
na ogół pozostają cisi, ale coś udało się i dla pana załatwić -
uśmiechnął się. - Oto dyplom uznania, którym może się pan chwalić
rodzinie i zachować nas w miłej, mam nadzieję, pamięci - chrząknął i otworzył bordową teczkę, w której miały znajdować się meldunki ze
Szwajcarii o niewłaściwej postawie obywatelskiej gościa, i pokazał
wszystkim elegancki dyplom z biało-czerwonym wężykiem wokół.
Panu Maxowi Bonko
w dowód uznania za ofiarny udział
w akcji odzyskania dóbr narodowych
wraz z życzeniami owocnego pobytu w Polsce
- przeczytał. - Dyplom podpisali komendant główny policji, a także
kierownictwo muzeum na Wawelu.
Raz jeszcze podniósł dokument, po czym wręczył go Maxowi razem ze
skórzaną bordową teczką.
- Na służbie policja nie pije, ale dzisiaj jest sytuacja wyjątkowa, więc
przychyliłem się do propozycji naszego Maksia Pietrygi.
Do sali odpraw wkroczył adiutant komendanta z tacą wypełnioną
kieliszkami szampana. Nastąpił toast, po czym wszyscy usiedli. Zza stołu
podniósł się Maksymilian Pietryga, już podinspektor policji.
- Razem z koleżeństwem przygotowaliśmy naszemu miłemu gościowi, a właściwie koledze drobny upominek, żeby mógł wspominać wspólne
dokonania, myśleć pozytywnie o polskiej policji oraz przystroić sobie
ważny mebel w mieszkaniu.
Ruszył w stronę Maxa z eleganckim drewnianym pudełkiem, a przy nim
uchylił jego wieczko. Wewnątrz ukazała się rzeźbiona figurka husarza na
koniu. Max wpatrzył się w nią w zdumieniu.
- To na pewno dla mnie?! - zdziwił się.
- Tak, Maksiu - uśmiechnął się Maksymilian Pietryga, po czym wręczył
gościowi upominek i spontanicznie wycałował go z dubeltówki, nie dając
mu możliwości wyboru.
- Jak Max z Maxem - spuentował komendant Baszta.
- W środku pudełka jest wygrawerowana tabliczka, żebyś nie musiał się
zastanawiać, z jakiej okazji husarz trafił do ciebie - dodał Pietryga. -
Po kawie wezmę cię na chwilę do mnie - szepnął Maxowi do ucha, a ten
skinął głową.
Po kilkunastu minutach spotkanie się zakończyło. Podinspektor Pietryga
zabrał Maxa do swojego gabinetu.
- Prawdę mówiąc, wykorzystałem już cały półgodzinny limit zwolnienia,
jaki mi dała Eliza, a teraz nawet nie mam jak jej zawiadomić, że jeszcze
będzie musiała chwilę poczekać - wyjawił po drodze Max, który najpierw
spojrzał na zegarek, a następnie poklepał się po kieszeniach,
demonstrując, że nie ma telefonu.
- Zaraz wyślesz jej esemesa albo zadzwonisz - odparł Pietryga, podając
mu swój telefon.
Max po wejściu do gabinetu szybko wystukał do Elizy wiadomość. Po chwili
przyszła od niej odpowiedź, że jeszcze ma kilka sklepów do odwiedzenia,
więc mu wybacza. Max pokazał odpowiedź podinspektorowi.
- Ludzka jest ta twoja pani. - Ten mrugnął. - No dobrze, żebyśmy nie
podpadli jej jeszcze bardziej, przechodzę do rzeczy. Potrzebuję
zastępcy, a jednocześnie szefa jednej ze swoich komórek. Proponuję ci to
stanowisko. Co ty na to?! Albo poczekaj!
Podszedł do szafki, w której - jak to Max zapamiętał z poprzedniego
spotkania - przechowywał kieliszki, a może i alkohol. Wyjął koniak
Courvoisier i dwa kieliszki. Wlał do nich po odrobinie alkoholu. Podał
jeden Maxowi. - Zaczęliśmy nieformalnie mówić sobie po imieniu, a to
jest niezgodne z naszą słowiańską procedurą. - Mrugnął. - Możesz mi
mówić Maksiu - uśmiechnął się od ucha do ucha.
- A ty mnie... identycznie - odparł uśmiechnięty Max.
Stuknęli się kieliszkami, opróżnili je, wycałowali się raz jeszcze z dubeltówki, po czym Pietryga zamknął kieliszki w szafce.
- Wracajmy do sprawy - rzucił, kiedy usiedli za stołem. - No więc jak?
Słucham cię, Maksiu.
- Widzę, że jednak naciskasz mnie na poważnie, a ja obiecałem Elizie, że
będę się trzymał z daleka od formacji mundurowych.
- Nie musisz chodzić w mundurze.
- Przecież wiesz, że nie o to chodzi.
- Wszystko można zorganizować tak, żeby nie bolało i nie komplikowało
życia naszym kobietom.
- Jesteś, Maksiu, uparty, jak widzę.
- Jestem i zaraz użyję jeszcze jednego argumentu.
Pietryga przeniósł laptop z biurka na stół, po czym zdjął kurtkę munduru
i krawat i odwiesił je na krzesło po przeciwnej stronie stołu. Max
zmarszczył czoło. Na ścianie za sobą Pietryga odwrócił wiszącą tam mapę
Polski na drugą stronę. Oczom Maxa ukazał się egzotyczny kurort z palmami nad cudownie lazurową wodą w basenie i z oceanem w oddali.
- To jest sprzęt do rozmów jawnych - dotknął laptopa - a jednocześnie
nadzwyczajnie specjalnych, natomiast na ścianie za mną maskowanie
operacyjne - uśmiechnął się. - Liche, ale zawsze. - Kliknął ikonę
Skype'a, a po chwili wybrał z listy rozmówców abonenta ukrytego pod
nazwą Akwin z awatarem mężczyzny z brodą o skupionej twarzy. Rozległ
się sygnał wywołania. - Domyślasz się, kto się kryje za tym awatarem?
- Znam tylko jednego Tomasza godnego tej nazwy.
- Jesteś, Maksie, jeszcze lepszy, niż mi się wydawało. Chapeau bas!
- To nie było trudne. - Max wzruszył ramionami.
- Przysuń się bliżej, żebyś był widoczny w kamerze.
Po chwili na ekranie pojawiła się uśmiechnięta twarz Tomka Zawady.
- Jak miło! - wykrzyknął uradowany. - Trafiła mi się para Maksów! Gram
dalej!
- Witaj, Tom - rzucił Pietryga.
- Cześć, Tomku - przywitał się Max.
- Musisz, Tom, powiedzieć Maxowi to, o czym mówiłeś mi wczoraj -
poprosił Pietryga.
- Max, posłuchaj. W Genewie, a potem w Montreux mi się nie udało, ale
może dzisiaj będę miał więcej szczęścia. Proszę cię, dołącz do naszej
ekipy.
- Tomku. Przed chwilą Maksio mnie zaskoczył, a ja sobie dopiero w trakcie łączenia z tobą uzmysłowiłem jeszcze ważniejszą przeszkodę. Aż
dziw, że wy na to nie wpadliście, a ja zapomniałem.
- Coś kręcisz, ale powiedz, co to takiego? - Tomasz uśmiechnął się i pogroził Maxowi palcem.
- Czy wiecie, że dopiero dzisiaj złożyłem wniosek o polskie
obywatelstwo?! Będę się nazywał Julian Zalewski.
- No nie! - wykrzyknął Tomasz Zawada i z wrażenia odchylił się
niebezpiecznie na krześle.
- To chwilowo kończy naszą dalszą rozmowę na temat twojej pracy u nas,
niestety - uzupełnił zrezygnowanym głosem podinspektor Pietryga.
- Masz rację, Maksio, na jakiś czas musimy o naszym pomyśle zapomnieć -
dodał po chwili milczenia Tomasz Zawada.
- Powinieneś zostać ukarany, a nie nagrodzony dyplomem, za to, że
zbałamuciłeś ponad rok! - rzekł z udawanym oburzeniem Pietryga. - Ale że
nawet ja zapomniałem o takiej istotnej sprawie?! - Pokręcił głową. -
Powiedz mi tylko, po co ta zabawa z tym... całym Zalewskim? - dopytał po
chwili. - Masz takie fajne policyjne nazwisko.
- Chcę wrócić do korzeni. Robię to głównie dla Elizy.
- Dla Elizy, dla Elizy. Straszne ziółko ta Eliza. Wzięła cię pod
pantofel, a służby tracą, przynajmniej na razie, takiego fachowca!
- Bardzo fajny ten pantofel - zaśmiał się Max.
- Ale przynajmniej potwierdź, że zostajesz w tym miejscu, gdzie się
poznaliśmy - poprosił Zawada.
- Tak, zostaję, a nawet wrastam - zachichotał Max. - Fajnie by było,
gdybyście obaj mogli trafić, oczywiście ze swoimi połówkami, pod moją
strzechę w święta Bożego Narodzenia, a najbardziej w drugie z nich, no i oczywiście zostać na poprawiny.
- To Eliza nie ma cię dosyć?! - Z komputera doszedł śmiech Tomasza. -
Pozdrów ją ode mnie.
- Dziękuję, pozdrowię. Więc jak, mogę na was, panowie, liczyć?
- Planowałem kilka dni spędzić z moją Olą, ale skoro naciskasz. - Znowu
zaśmiał się Tomasz.
- A pani Anna wciąż mnie nie lubi? - dopytał Pietryga, robiąc dziwną
minę.
- Ona o tamtym Pietrydze dawno zapomniała - zażartował Max. - Obaj już
należycie do jej wzorców polskiego policjanta.
- No, no, no. Teraz to dałeś czadu - powiedział podinspektor Pietryga.
- To nie ja, tylko babcia mojej Elizy. Wspaniała kobieta.
- I o tak ogromnym sercu! - podkreślił Pietryga. - A była już na
Wawelu?!
- W ogóle tak, ale z profesor Zamojską się rozminęły, bo tamta miała
urlop. Zresztą trochę boi się jej podstępu.
- Podstępu?!
- Że pojedzie skromnie, z potrzeby serca, a ta przygotuje tabun
dziennikarzy z aparatami, mikrofonami...
- Rozumiem. Zawsze jest takie niebezpieczeństwo. Na pewno jednak się
dogadacie.
- Dogadamy się, ale teraz jeśli w ogóle ma dojść do mojego ślubu, to
muszę już lecieć na Długi Targ.
- No tak, masz rację, bo już zacząłem się zastanawiać, jaką kreację
zafundować Oli - roześmiał się Tomasz Zawada. - A gdyby cię Eliza
odrzuciła, wydatek poszedłby na marne.
- Fajnie się z wami żartuje - Max pokazał kciuk Tomaszowi i Maksymilianowi - ale już będę pędził.
- To trzymaj się, Tom - rzucił Pietryga
- Do miłego - odparł Tomasz i się rozłączył.
- Jadę do Lyonu w przyszłym tygodniu. Biorę ze sobą żonę, bo u Tomasza
będzie Ola i pójdziemy razem do opery.
- Do opery?!
- A myślałeś, że policjanci nie lubią opery? Ola jest znakomitym
sopranem, zainfekowała operą moją żonę, ona mnie i tak jakoś poszło.
- Ale fajnie! Muszę opowiedzieć babci. Całe życie pracowała w operze w Poznaniu!
- Kolejny temat, przy którym moglibyśmy się zapomnieć - uśmiechnął się
Pietryga.
- Ze mnie słaby jest jeszcze partner do rozmów w tym temacie, ale Eliza
od dawna ostrzy sobie na mnie ząbki.
- No dobrze. Nie wyganiam cię, ale skoro masz lekcje opery przed sobą,
ślub i tak dalej... to musisz pędzić.
Pietryga błyskawicznie założył krawat i marynarkę, a po chwili już
odprowadzał Maxa do biura przepustek.
- Chce pan dostać z powrotem swoją komórkę?! - spytał funkcjonariusz zza
szyby, odbierając od Maxa przepustkę. Ten pogrzebał ręką w kieszeni i wyciągnął z niej żeton.
Po chwili długim krokiem ruszył w kierunku Dworu Artusa, gdyż odebrał
esemesa, że za pięć minut Eliza też planuje tam dotrzeć.
Drugi Manhattan?!
Eliza i Max przyjechali do willi na Kamiennej Górze w Gdyni w samo
południe. Najpierw zajęli się sprzątaniem niezajętych przez letników
pokoi. Kiedy się z tym uporali, zajrzeli do "jesiennych" gości
bywających u Franciszki i Antoniego od ponad dwudziestu lat, a potem
odwiedzili kolejnych, nieco krócej tu bywających, ale też już dziesiąty
raz. Z kolei zweryfikowali plan zajęcia pokoi, który z pieczołowitością
wykreślał rokrocznie w dużym zeszycie Antoni, odbyli rozmowy
telefoniczne z kolejnymi letnikami mającymi przybyć tutaj w ciągu
najbliższego miesiąca.
- A co byś powiedział na obiad w Centrum Gemini1? - rzuciła
Eliza, gdy przysiedli w fotelach, żeby odsapnąć i pomyśleć, co dalej.
- Obiad? W Gemini?! - Zmarszczył czoło. - Gdzieś już słyszałem tę nazwę.
- Tylko słyszałeś? - Pokręciła głową. - Przypomnij sobie - zachęciła go,
ale po chwili podpowiedziała, wskazując palcem w kierunku portu i Skweru
Kościuszki.
- Ach, w tamtym Gemini! - przypomniał sobie. - Czy tam jest parking? -
spytał.
- Jest, ale myślę, że nie pojedziemy samochodem, tylko zrobimy sobie
spacer. To przecież jest z górki - zaśmiała się.
- Ty pyrko! Z górki? A kto później wejdzie z powrotem po schodach?
- Jasne, że ty, i jeszcze od połowy mnie wniesiesz. - Znowu pokazała
zęby w uśmiechu. - Przypomniała mi się pierwsza wycieczka rowerami z Kasiulą nad Mausz. Tam też miało być z górki.
- Ale tam przecież jest z górki.
- Tyle że potem trzeba wrócić pod górkę.
- E tam, takie tam górki. - Machnął lekceważąco dłonią Max.
- Szczególnie po kilku kąpielach, długim opalaniu, kiedy człowiek jest
osłabiony słońcem, a jeden z rowerów na dodatek się zepsuł.
- Upsss.
- Gdy jechałyśmy w dół nad jezioro, mijał nas Stach Janik i przestrzegał
przed powrotem. Powiedziałyśmy mu, że taka górka to pikuś, że nawet w Poznaniu są większe. A podczas drogi powrotnej znowu nas spotkał, no i myśmy ledwo lazły, bo jeden z rowerów, jak mówiłam, zepsuł się. Zabrał
nas, siedziałam na jakichś śrubach, a może to była Kasiula -
zachichotała. - Opowiadał fajne kawały, a potem naprawił oba rowery i więcej awarie nam się nie przytrafiały.
- Cały Stach. A wracając do obiadu, nie lepiej zjeść go tu w Panoramie?
- Przez półtora roku wszystkie ważne obiady jedliśmy w tej restauracji,
a może tylko raz w Barakudzie...
- W tej... paskudzie? - wszedł jej w słowo Max i teraz on się zaśmiał.
- Wielka rzecz, musiałeś trochę poczekać na jedzenie i zaraz paskuda.
- A pamiętasz, jaki wtedy byłem głodny?
- Pamiętam bardzo dobrze, ale jeszcze lepiej, że kiedy pojadłeś, to w oczekiwaniu na rachunek prawie przysnąłeś. - Znowu zachichotała.
- A z jakiej okazji jest dzisiejszy ważny obiad?
- Po obiedzie pójdziemy na spacer i opowiem ci, za co kocham Gdynię.
- Kiedyś opowiedziałaś mi o Poznaniu, a dzisiaj będzie o Gdyni?
- Tak mam, że kocham oba miasta, jak nie wiem co. - Objęła się i zakołysała ramionami. - Bardzo chciałam tutaj studiować, a potem
zakochałam się w Gdyni bez pamięci, wreszcie przyszła ochota na pracę
tutaj i mieszkanie. Poza tym jestem szczęśliwa, bo jesteś przy mnie -
szepnęła i przytuliła się do Maxa.
- Lubię słuchać twoich opowieści... tyle że ja już po Gdyni trochę
przecież spacerowałem.
- W poszukiwaniu mebli, a to się nie liczy. Zaliczyłeś kilometry, ale
niewiele się dowiedziałeś o mieście.
- Bardzo dużo! Wiem już chyba wszystko, gdzie i co można kupić do
wyposażenia mieszkania.
- Jasne, to ważne... nie zapominaj tych miejsc, bo pewnie nam się jeszcze
przydadzą... - jej spojrzenie skierowało się w stronę sufitu, nad którym
mieściły się wynajmowane letnikom pokoje - ale teraz mi chodzi o inne
sprawy. - Położyła dłoń na sercu.
- Już chyba wiem, co masz na myśli.
- Byliśmy na Polance Redłowskiej, pamiętasz... - Wpatrzyła się w niego
przenikliwie.
- Tam opowiedziałem ci... o swojej wojnie, malutka. - Objął ją i przytulił.
- A potem ja ci pokazałam inne miejsca z duszą w tamtej okolicy.
- Wszystkie pamiętam, niczego nie zapomniałem.
- Wiesz, w Gdyni nie ma takich zabytków jak choćby w Poznaniu. To
stosunkowo młode miasto...
- Wspominałaś kiedyś o starym kościele na Oksywiu - wszedł jej w słowo.
- Dobrze, że mi o nim przypomniałeś. Na pewno tam jeszcze pojedziemy na
dłużej. Szkoda, że nie z Antonim - powiedziała ze smutną miną.
- Może się jeszcze zdarzyć - pocieszył ją.
- Masz rację. Może.
- Ale zaczęliśmy od obiadu! - przypomniał.
- No właśnie, więc mnie nie zagaduj - prychnęła, a Max delikatnie
dotknął jej noska - bo ja też robię się głodna. Opowiem więc teraz o miejscu... gdzie można dobrze zjeść - podkreśliła, a Max przesadnie się
oblizał. - Na początku Skweru Kościuszki stoi wspomniane Gemini, które
mnie kiedyś oczarowało. Funkcjonalny obiekt, zawsze tam pełno ludzi.
Oddany został rok przed moim tutaj przyjazdem. Kiedy byłam w nim
pierwszy raz, miałam wrażenie, że jeszcze pachnie farbą. Ale mimo to ma
duszę, wierz mi. Więc jak, idziemy?!
- Chyba nie mam wyjścia - rzucił Max i zerknął za okno. - Dzisiaj nie
zanosi się na deszcz, a i chyba wiatr nie jest zbyt mocny, więc wieczór
będzie akurat na spacer.
- Tak, na jutro zapowiadają pierwszy jesienny sztorm. Lubiłam z góry
oglądać... - jej palec wskazał na sufit, w stronę pokoju z balkonem, w którym mieszkała przez pięć lat studiów - ...jak fale rozbijają się o falochrony przy bulwarze.
Po dziesięciu minutach, trzymając się za ręce, schodzili po schodach w kierunku teatru. Zatrzymali się dopiero na Skwerze Kościuszki w pobliżu
tawerny Erin.
- To właśnie tutaj byłyśmy z Kasiulą na tańcach w pewien czerwcowy
wieczór sześć lat temu, na zakończenie naszego pierwszego gdyńskiego
spaceru, na imprezie o nazwie... Portsmouth.
- Dziwna nazwa.
- To od tytułu jednego z utworów Mike'a Oldfielda, a charakterystyczne
tańce do tej muzyki były główną atrakcją wieczoru. Przednia zabawa, a dostać się do środka zawsze było trudno.
- To było wtedy, kiedy Kasiula zawisła na Adamie, majtając w powietrzu
nóżkami?
- Zapamiętałeś.
- Zapamiętałem, że ciebie obściskiwał jakiś cherubin...
- Niezapomniany wieczór... - Eliza z przesadą przewróciła oczami. - Nie
zazdrość. Ten cherubin to tylko Bogdan, ponoć bardzo dobry grafik.
Poznałyśmy wtedy wielu wspaniałych ludzi, których też masz przyjemność
znać. Przede wszystkim Adam Wspaniały. Kolonia Sołacz to przecież jego i Henryka Dziedzica dzieło.
- No tak. Fajny gość.
- Madzia o aksamitnym głosie, dzisiejsza połówka Antka Gryki.
- Ten to naprawdę trafił na skarb.
- Poznałyśmy też Wojtka szantymena, który najchętniej by teraz nie
wyjeżdżał z Parchowa.
- Wciąż powtarza, że realizuje misję. Robi to dla pamięci przyjaciela
Klausa, z którym znał się zbyt krótko, ale też dla parchowskich
dzieciaków. Jego zdaniem rzadko się zdarza, żeby w jednym miejscu
trafiało się tyle talentów.
- Właśnie tamtego wieczoru w Erinie poznałyśmy też Grega McLachlana i Susan O'Rourke. To był ich niezapomniany występ.
- Ja ich najbardziej wspominam z Inveraray Castle, chociaż pamiętam ich
też z dożynek w Parchowie przed wyjazdem na wojnę na Bliskim Wschodzie.
- Tak, Maksiu. - Zapatrzyła się w jego oczy, pogładziła czuprynę utkaną
srebrnymi nitkami, wreszcie oparła mu głowę na ramieniu. - A wracając do
Susan i Grega, występowali wówczas wśród swoich, u siebie, Susan
śpiewała po gaelicku, więc pieśń Marble Halls brzmiała najdoskonalej
spośród wszystkich jej wykonań, ale śpiew i ubiór tutaj... - wskazała na
lokal - ...długa zielona suknia i kaskady rudych włosów ujętych nad czołem
zieloną opaską pozostaną w mojej pamięci na zawsze.
- To może jednak wejdziemy do tego Erina? - spytał Max.
- Przyjdziemy innym razem. Chodzi mi po głowie, żeby wybrać się tutaj,
jak Madzia i Antek odwiedzą Polskę, zabierzemy też Kasiulę z Maćkiem i oczywiście Marysię z Adamem. Napijemy się znowu trunku, który tak
apetycznie wtedy właśnie Adam zachwalał: ciemne irlandzkie piwo z dodatkiem rumu i syropu klonowego, zaprawione korzeniami. - Eliza
oblizała się przesadnie.
- O! Znalazła się specjalistka od alkoholi!
- Czuję jego doskonały smak, ilekroć przypomnę sobie ów wieczór.
- Czyli jest jeszcze jeden argument, żeby dzisiaj tu wejść.
- Chyba trzylitrowego dzbanka byśmy jednak nie dali rady pokonać, co? A takie tam serwują.
- No tak, tym argumentem mnie przekonałaś. Idźmy w takim razie tam,
dokąd proponujesz. - Max odwrócił się i spojrzał na obiekt po drugiej
stronie ulicy.
Eliza poklepała drewnianą ścianę Erina i ruszyli wolno w kierunku
Gemini.
- Ale pamiętam, że byliśmy tam raz na kawie, co prawda na zewnątrz pod
parasolami, a innym razem wysłałaś mnie, kiedy byłaś przeziębiona, po
czekoladki do takiej małej kafejki.
- Nazywa się Czekoladka Cafe. - Eliza przymknęła na chwilę oczy. -
Wiesz, Maksiu, kiedy czekałam na ciebie w Gdyni - jej mała piąstka
wcisnęła się w jego dużą dłoń - a ty byłeś gdzieś tam, i gdy nachodziła
mnie chandra, tęskniłam za tobą, to najpierw odwiedzałam kapliczki
świętych Judy Tadeusza i Antoniego w kościółku na Świętojańskiej. - Jej
spojrzenie na chwilę podążyło w tamtym kierunku. - A potem bywało, że
odwiedzałam tę kafejkę i zamawiałam sobie coś, co słodziło mi wnętrze.
- Miałaś ciężko, malutka. Wiem. A potem wracałaś na górę... - Max odwrócił
się, wskazując w kierunku szczytu Kamiennej Góry - i oglądałaś te
okropne filmy. Już nigdy cię nie zostawię samej. - Przytulił ją i pocałował.
- Och, Maksiu, Maksiu. Jak mi z tobą dobrze.
- A mnie jeszcze lepiej.
Chwilę szli w milczeniu, minęli fontannę, by po przejściu na drugą
stronę ulicy zatrzymać się obok metalowej kolumny stojącej niedaleko
wejścia do Gemini reklamującej kompleks. Eliza uśmiechnęła się do niej.
- Dla mnie to była i wciąż jest rakieta. - Mrugnęła. - Kiedyś wymyśliłam
sobie, że włamię się do jej wnętrza, odpalę silniki i polecę do ciebie.
- A skąd byś wiedziała dokąd?
- Już ono by wyczuło. - Wskazała na swoje serce. - Bezprzewodowo by się
połączyło ze sterownikiem centralnym rakiety i szuuu... byśmy sobie
polecieli do ciebie.
- Ależ wyobraźnia.
- Ostatecznie zawsze rezygnowałam z lotu, dlatego ona wciąż jeszcze tu
stoi. Mam lęk wysokości i nie lubię huku, a przy starcie rakiety silniki
ponoć strasznie hałasują.
- Okropnie. Czy wiesz, że raz byłem na przylądku Canaveral podczas
startu wahadłowca Columbia?
- O! To ciekawe. Nigdy mi nie mówiłeś!
- Eee, to stara historia, sprzed prawie dziesięciu lat. Ojciec
zafundował mi wyjazd tam jako prezent za ukończenie z dobrymi wynikami
szkoły średniej. To było jeszcze przed tym, zanim się trochę...
"zepsułem". - Max się wyszczerzył.
- Opowiedz mi o tym, póki nie weszliśmy do środka. - Eliza chwyciła go
za rękę.
- Ale tylko o Canaveral i wahadłowcu Columbii, a nie o zepsuciu. -
Zerknął na nią z zabawną miną, a ona skinęła głową. - To był już jego
dwudziesty piąty lot, a ostatni raz miał zabrać laboratorium Spacelab.
Pamiętam, że lotem dowodził Richard A. Searfoss, w skład załogi
wchodziła jedna kobieta, Kathryn Patricia Hire, która była specjalistką
do spraw łączności, a w tym locie wziął udział także James Pawelczyk,
Polak z pochodzenia, specjalista neurofizjolog. Wziął ze sobą polską
flagę narodową, którą po powrocie przekazał waszemu prezydentowi.
- Waszemu?!
- No wiesz... - Max znowu wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Wówczas był nim
Jaruzelski. Byliśmy dumni, że w kosmos poleciał astronauta o polskich
korzeniach, ale zarazem wściekli, że Polska ma akurat takiego
prezydenta.
- Naród go nie wybierał - skwitowała krótko Eliza.
- Czyli jest jakieś wytłumaczenie.
- Niby tak, ale miałeś, Maksiu, opowiedzieć o huku Columbii.
Zapomniałeś? Przecież nie będziemy stać tutaj wiecznie. Streszczaj się.
- No więc najpierw pokazał się dym, potem płomienie, a wreszcie rakieta
wynosząca Columbię zaczęła unosić się w górę. Raczej dostojnie, powoli,
niż tak, szuuu...! - Pomógł sobie ręką, podnosząc ją gwałtownie.
- A huk?
- Przecież start ogląda się z dosyć daleka, więc hałasu prawie nie było
słychać, ale mogę sobie wyobrazić, że to brzmiało jakoś tak.
Max rozejrzał się wokół, odsunął się od Elizy na krok i jak nie huknie.
Eliza odruchowo zasłoniła sobie uszy, a wszystkie osoby znajdujące się
przed Gemini stanęły jak wryte.
- Maksiu, tak nie wolno.
- Miał być huk, ale to i tak nie w tej tonacji. - Machnął ręką.
- Nigdy więcej tego nie rób, bo jeszcze blachy na Gemini się pozwijają -
uśmiechnęła się. - Już prawie pomyślałam, że to moja rakieta
wystartowała. - Zerknęła na stalowy słup pełniący w jej myślach taką
właśnie funkcję. - Wchodzimy do środka, koniec wygłupów. A, poczekaj
chwilę... - Jej wyprostowana ręka wskazała wysoki gmach z dźwigiem stojący
za kompleksem Gemini. - Tam trwa budowa jakiegoś Sea Towers2 -
powiedziała prawie lekceważącym tonem - ale myślę, że popełniają błąd.
Manhattan jest już przecież w Nowym Jorku. Po co drugi?! Tak mówią
Antoni i Franciszka, którzy przecież mieszkają w Gdyni od zawsze.
- A tobie się ta budowa nie podoba?
- A tobie podoba?! Czy wiesz, że jeszcze osiemdziesiąt lat temu tu
wszędzie było morze? - Żeby to podkreślić, obróciła się wokół własnej
osi. - Tam, gdzie teraz jest fontanna, także. Mama mi opowiadała podczas
pierwszego spaceru po Gdyni, bo była zauroczona albumem o tym mieście,
który sobie sprawiła, i w nim wyczytała, że wszystkie tereny, po których
teraz spacerujemy, zostały utworzone przez człowieka. Tu wszędzie
zatopiono żelbetowe skrzynie z piaskiem. Cały teren od ulicy Waszyngtona
do nabrzeża został wypełniony piaskiem pochodzącym z pogłębiania portu.
- Ale tamte budynki, bo to są dwie wieże, jak widzę, dodadzą Gdyni
wyglądu wielkomiejskiego!
- Maksiu, mówiłam już o Manhattanie i nie zmienię zdania, zwłaszcza że
opieram się na opiniach moich przyszywanych dziadków. Przecież wiesz.
- Wiem, kochanie.
- Za to teatr podoba mi się bardzo. - Zwróciła się w jego kierunku. -
Byłam w nim na kilku przedstawieniach. Raz nawet z Franciszką i Antonim.
No dobrze, wchodzimy, przemówił głód.
Raz jeszcze wskazała na drzwi wejściowe do Gemini.
Zatrzymali się wewnątrz okrągłego holu, pośród ludzi przemieszczających
się w różnych kierunkach.
- W multikinie o nazwie Silver Screen jest osiem sal projekcyjnych. -
Wskazała na przeszklone wejście do szatni i korytarza prowadzącego do
kina. - Byłam tu tylko na kilku filmach. - Machnęła ręką. - Po prawej
stronie lokal, do którego nigdy nie weszłam, więc chyba nie jest zbyt
istotny. Jak wszędzie jedzonko, kawa, herbata, no wiesz. Potem
księgarnia, sklep muzyczny, lubię go, a za nim...
- ...twoja Czekoladka Cafe - ubiegł ją, patrząc na wejście do małego
lokaliku z kilkoma stolikami.
- Tak, to ona. Mniam, mniam, mniam... - Zrobiła rozkoszną minę. - Po
drugiej stronie sklep Cepelii. Lubimy do niego wchodzić z mamą, ale
dobrze, że przyjeżdżała do mnie przez wszystkie lata studiów raczej
rzadko, bo można w nim sporo wydać. - Mrugnęła. - Nie polecam... no, chyba
że mnie bardzo poprosisz - powiedziała ze skromną minką.
- Chyba cię poproszę, ale dopiero po jedzonku - stwierdził Max.
Eliza ochoczo się zgodziła, pociągnęła go za rękę i ruszyli dalej.
- Tutaj przyjdziemy za chwilę zjeść obiad. - Wskazała restaurację i kawiarnię Coco u zbiegu korytarzy. - Sklep z zabawkami, jubiler i jeszcze jedna księgarnia, a tam dalej kolejna kawiarnia. Dobrze to
wszystko obmyślili. - Jej ramię zatoczyło łuk. - Teraz jeszcze piętro.
No, nie patrz tak, bo chcę ci pokazać miejsca, w których za tobą
tęskniłam.
Max pocałował ją. Wkrótce przysiedli na wygodnych kanapach, żeby
wpatrzyć się w światła Basenu Prezydenta, w którym zaczęły się już
odbijać portowe latarnie. Okręt muzeum "Błyskawica", oba wielkie
żaglowce "Dar Pomorza" i "Dar Młodzieży" oraz statek spacerowy "Monika"
odpoczywały po trudach dnia.
- Pięknie tu, domyślam się twoich wspomnień, ale mój żołądek mówi... -
odezwał się Max po kilku minutach wpatrywania się w milczeniu w port.
- Wyobrażam sobie, co mówi, więc możesz mnie już zaprosić - weszła mu w słowo.
W restauracji znaleźli dwuosobowy stolik z wygodnymi skórzanymi
siedziskami. Najpierw krem z pieczarek, na drugie danie owoce morza,
pośród których królowały chrupiące krewetki. Oboje zajadali z apetytem,
popijając sokiem pomidorowym.
- Czy dasz teraz radę zjeść coś czekoladowego? - spytał Max po wyjściu z lokalu.
- Póki nie zasnąłeś, chodźmy lepiej na spacer - zaśmiała się Eliza. -
Może jeszcze wrócimy tu na kawę. Chcę ci przecież pokazać kawałek mojej
Gdyni.
Wolnym krokiem przedefilowali obok gmachu admiralicji, jak Eliza nazwała
gmach Sztabu Marynarki Wojennej, po czym wyszli na ulicę Dziesiątego
Lutego, która prezentowała się wielkomiejsko w świetle lamp.
- Wiem, że tędy biegałeś po zakupy dla domu, i pewnie nie widziałeś tu
nic szczególnego, ale ja spacerowałam tutaj, kiedy... - nie dokończyła,
wpatrując się w jego twarz.
- Wszystko wiem. Próbuję to sobie właśnie wyobrazić. Jak się okazuje,
nie potrzeba wcale podczas takich spacerów spoglądać na wieżę Eiffla czy
stąpać po moście Westchnień w Wenecji albo moście Karola w Pradze.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki