Owen Yeates. (#5). Furtka do ogrodu wspomnień - Eugeniusz Dębski

-
Proszę czekać

COPYRIGHT ? BY Eugeniusz DębskiCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2007

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-431-6

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI Piotr Cieśliński

GRAFIKA NA OKŁADCE Mariusz Kozik

PORTRET AUTORA Agnieszka Orłowska

ILUSTRACJE Krzysztof Domaradzki

REDAKCJA Karolina Wiśniewska

KOREKTA Barbara Caban, Jolanta Aleksandrowicz

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ Dariusz Nowakowski

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

 

Furtka do ogrodu wspomnień

Nie podjąłbym się nawet za galon piwa określenia momentu przejścia ze snu do jawy. Może powinienem powiedzieć dokładniej: odzyskania przytomności. W obu przypadkach zresztą natychmiast dotarło do mnie, że rozpoczynający się dzień, w jakiejkolwiek jego fatalnej fazie się ocknąłem, będzie przyjemny jak nurkowanie z katarem.

Gdy myśli zaczęły jako tako pełzać po mózgu, zrozumiałem, że w mojej jamie ustnej założył norę skunks, zapewne z powodu wyjątkowości przynależnego mu fetoru wygnany ze skunksiej społeczności. Gdyby nie to, spróbowałbym przygnieść kac do łóżka własnym ciałem i przetrzymać go w klinczu do późnego popołudnia, wczesnego wieczora albo - najlepiej - późnej nocy. Jednak suchość w gardle oraz niesmak w ustach zmuszały do wykonania jakiegoś ruchu.

Poruszyłem się więc.

Od razu runął na mnie ból, zawyły wszystkie kości, jakbym spał na podłodze z trapezowanej blachy albo szczycie palisady, tymczasem wiedziałem, że moja hotelowa podłoga jest gładka jak mózg debila. Jak dzisiaj mój własny. Zacisnąłem zęby i wykonałem wolniutki siad. Zarzuciło mnie, zakołowało, wyrównałem z trudem, zaciągnąłem węzły ścięgien, zablokowałem stawy.

Siedziałem.

Siedziałem dość długo, aż postanowiłem dogonić klapki, już po kilku minutach miałem na nodze jeden; drugi, śmiglejszy, uciekł aż pod ścianę i wszystko wskazywało, że dzisiaj będzie miał wolne. Chwyciłem rękami krawędź łóżka, dźwignąłem się. Odetchnąłem głęboko świadomy przestępstwa - powietrze po przejściu przez moją jamę ustną nie nadawało się już do niczego.

- Komp... - pisnąłem. Przeczekałem salwę honorową, jaką mózg uczcił zwycięstwo nad ciałem. Kilka ciepłych, słonych łez spłynęło mi po policzkach i opadło na pierś. Syczałem dalej: - Wycisz wszystkie sygnały... Napuść do wanny wody, temperatura około czterdziestu stopni, potem obniż... Dodaj cztery gramy balsamu O'Malleya... Podaj do łazienki cztery taspy, cztery multiwitaminy, dwie alca forte w litrowym roztworze plus magnez i potas. Potem dwie puszki piwa. Idę...

Półtorej godziny później dzień się nieco przejaśnił, może dlatego, że miałem na koncie kilka spektakularnych sukcesów: dopełzłem do łazienki, przełknąłem wszystkie prochy, popiłem roztworem, zwaliłem się do wanny i nie utonąłem, oraz - co najważniejsze - przegnałem skunksa i zawładnąłem na nowo jego norą. Po pierwszej puszce piwa czarno-biały świat nabrał leciutkich kolorków, a odgłos wpadających do wanny kropel przestał katedralnym echem kołatać się pod czerepem. Po wyjściu z wanny bez trudu dogoniłem krnąbrny prawy klapek i przetrzymałem bez jęku cały cykl masażu. Zerkając w lustro, zobaczyłem tam po raz pierwszy tego dnia siebie. Posłałem mu... sobie uśmiech. I natychmiast cichuteńko odezwał się telefon. Poleciłem włączyć ekran i uśmiechnąłem się szerzej.

- Cześć, kochanie! - zagadałem szybko, widząc, że Pyma ma ten "zwiastujący" coś nieprzyjemnego, lekko nachmurzony wyraz twarzy. - Wyglądasz uroczo...

Gorączkowo usiłowałem przypomnieć sobie, czy dzwoniłem do niej w nocy.

- Ty też. O ile to jesteś ty - powiedziała, zachowując powagę. - Ale nie o tym... - Rzuciła spojrzenie gdzieś w bok. - Mam mały problem. Nasz syn... Twój wariant syna... No, chodźże tu! Opowiesz sam. - Wcisnęła przed obiektyw Phila. Z jej tonu wnosząc, powinien mieć skruszony wyraz pyszczka, pewnie jednak gdzieś na satelitarnych łączach szczegóły obrazu się zacierały. - Opowiadaj! - ponagliła Pyma.

- Wysmarowałem... - Przypomniał sobie coś: - Dzień dobry, tatuś! A Teba wczoraj pobiegła...

- Ph-i-l?! - Pymie udało się podzielić na trzy tempa jego imię.

- Aha! Wysmarowałem drzwi wychowawcy...

- Czym? - zainteresowałem się, myśląc intensywnie, jak i przed czym go obronić.

- Pisakiem.

- Po co?

Wzruszył ramionami. Popatrzyłem na Pymę. Poczułem, że już mam ochotę na papierosa. Zapaliłem, a syn czekał na moje pytania.

- No? Po co?

- Pan De Wint... Dopisałem mu "a"...

- Ale po co?

- Żeby było dewiant. - Ożywił się, nieco zdziwiony moją ignorancją.

- A przynajmniej wiesz, co to znaczy?

- No pewnie! Sam kazałeś mi korzystać ze słownika wyrazów obcych!

- No tak... - Rzuciłem tęskne spojrzenie w stronę barku. - Miałeś jakiś powód?

- No... Chciałem się upewnić, czy to znaczy to, co myślałem.

- Chol... Nie o to pytam! Czy miałeś powód, żeby tak napisać?

- Zabiera gumę do żucia... - mruknął, patrząc pod moje stopy.

- Nie wydaje ci się, że to za mało?

- Zabiera gumę tylko dziewczynkom, robi z tego duże grudy i potem głaszcze, kiedy myśli, że nikt nie widzi. Przymyka przy tym oczy i...

- Dobra! Już rozumiem...

- Phil? - Pyma straciła swój Oskarżycielski, Egzekutorski i Inkwizytorski Wygląd, wpatrywała się w syna z zaskoczeniem, niedowierzaniem i strachem. Tak, strachem. - Tego mi nie powiedziałeś! I dyrektorowi też!

- Zaczęlibyście... - Strzelił do mnie spojrzeniem, potem zerknął na nią z dołu. - Myślę, że byłabyś zakłopotana. A dyrektor zacząłby uważać, że w naszym domu muszą się dziać niezłe rzeczy, skoro dziecko ma pojęcie o dewia...

- Jasne! - Pyma przerwała mu wypowiedź. - Wiemy już teraz, że w pewnym sensie miałeś rację. Mówię to tylko do naszego użytku. Ale pozostaje kwestia twojej próby samowolnego wymierzenia sprawiedliwości...

- Poczekajcie oboje - wtrąciłem się. - Phil, mama przyznała, że miałeś trochę racji, i tu się z nią zgadzam. Zgadzam się również, że to jest satysfakcja do wewnętrznego rodzinnego użytku. Absolutnie nie do afiszowania się na zewnątrz, rozumiemy się? - Skinął głową. Przeniosłem spojrzenie na Pymę. - Natomiast nie widzę powodu, żeby w tym kontekście uważać dopisanie jednej litery za nadmierną satysfakcję...

- Literki?! Przecież nie o tym mówię. - Pyma roześmiała się sztucznie. - Phil... Idź już do siebie, dob­rze? - Nie wytrzymała, chwyciła w garść gęstwinę włosów chłopca i przyciągnęła do siebie. Pocałowała go w czubek głowy i popchnęła lekko. Mrugnął do mnie i zniknął z ekranu. Pyma odczekała kilka sekund, popatrzyła na mnie. Gdzieś poza nią, niewidoczny, ale wyraźnie wyczuwalny czaił się uśmiech Phila. - Owen, wiesz, co on zrobił?

- Nawet nie próbuję zgadnąć... Poczekaj, zrobię sobie...

- Jeszcze nie! - zastopowała mnie. - Widzę po oczach, że lepiej, żebyś jeszcze dwie godziny poczekał...

- OK. Odczekam, ale cóż on takiego zrobił?

- Dorwał się do tej cholernej kulki z zarekwirowanej dziewczynkom gumy do żucia i wstrzyknął do środka klej z utwardzaczem. De Wint zaczął ją żuć w zaciszu swojego gabinetu. Mówić dalej?

Pokręciłem głową, utrzymałem powagę na twarzy. Powiedziałem:

- W tym małym człowieku skupiły się i znalazły nowe, czasem zaskakujące, najlepsze cechy jego rodziców, chociaż...

- Wart jeden drugiego! Dlaczego nie zapytasz, po kim ma tę skłonność do "zaskakujących" zastosowań kleju?

- Dobrze, po mnie. A wiesz dlaczego nie zapytam, skąd ściągnął propozycję zastosowań? - Dźgnąłem palcem ekran, starając się trafić czubek nosa Pymy. - "Ucz się czytać, synku, bo będzie ci głupio, że wszyscy czytają książki tatusia, a ty nie umiesz" - sparodiowałem znaną mi z przeszłości wypowiedź Pymy. - Gdyby nie czytał...

- Tęsknisz? - przerwała mi, sygnalizując, że dalsze moje wymądrzanie się zupełnie jej nie interesuje.

Zaprzeczyłem ruchem głowy.

- Gdzieżby tam! Tłumy fanek, wśród nich na pewno znajdzie się kilka z obfitymi biustami, które chętnie kładą na twoje spragnione poklasku ego, co?

- Nie przeczę.

- Spróbowałbyś! - Sięgnęła do kieszeni, przetarła swój monitor chusteczką i z zatroskaną miną powiedziała do siebie: - Trzeba będzie zmienić nasz ekran, kolory wysiadają. Wyglądasz na nim, jakbyś miał worki pod oczami. Zaraz zadzwonię do serwisu...

- Tęsknisz? - przerwałem.

Też zaprzeczyła.

- Kiedy wracasz? I czy w ogóle wracasz?

- Może... Może jutro. - Zgasiłem papierosa, który bez mojego udziału dobrnął do końca istnienia. - O piątej z minutami melduję się na lotnisku, o szóstej poproszę stawiać na stół wszystkie te proste domowe potrawy, które tak lubię: Johnny Walker, syfon...

- No to do zobaczenia. Pa!

- Pa... - powiedziałem do srebrzystego ekranu.

Zerknąłem na barek, wsłuchałem się w pracę własnej maszynerii. Daleko jej było do szwajcarskiej precyzji. I - co było jasne nawet dla mnie - smarowanie nie mogło pozytywnie wpłynąć na działanie.

Miałem jeszcze trochę czasu, więc podszedłem do okna. Dzień, znajdujący się już w południowej fazie, był jasny, słońce grzało uprzejmie przez lekko prześwitującą blaskiem kurtynę z cienkiej warstwy obłoków. Hotel zlokalizowano poza właściwą aglomeracją, dotykając nosem szyby i zezując, mogłem zobaczyć tylko pierwsze dachy Amsterdamu. Gdybym - nadal opierając nos o szybę - przekręcił głowę w prawo, zobaczyłbym płaską łąkę z gigantycznym wybiegiem dla dzieciaków. Miały ostatnie dni wakacji, wszystkie elementy miasteczka oblężone były przez małe pstro ubrane postaci. Złapałem się na tym, że szukam wśród nich Phila. Westchnąłem. Jeszcze raz skontrolowałem czas. Miałem go niemal tyle samo, ile przedtem.

Sprawdziłem, czy mam w kieszeni gotówkę, i wyszedłem z pokoju. W hallu odnalazłem kiosk ze słodyczami. Pogodny grubasek, którego podejrzewałem o przejadanie całej pensji w miejscu pracy, uśmiechnął się do mnie promiennie.

- Jaka guma cieszy się największą popularnością u dzieciaków? - zapytałem.

- Bubla - odpowiedział natychmiast.

- Jasne. - Sięgnąłem do kieszeni. - Dziesięć kilo.

- Jasne... - powtórzył za mną. Kosztowało go trochę wysiłku utrzymanie na pulchnych wargach uśmiechu. Sięgnął pod ladę, szukał chwilę po omacku. - Może być dwanaście? - zapytał odrobinę zjadliwie, stęknąwszy, postawił na ladzie spore pudło. Najwyraźniej podejrzewał mnie o chęć przemycenia całej paki do Stanów. Przyciskając do piersi pudło, podałem mu pieniądze i wyszedłem przed hotel. Wiraż w prawo i po kilku minutach dotarłem do Łąki Szaleństwa. Tam rozejrzałem się w poszukiwaniu odpowiedniego współpracownika. Sam się rzucał w oczy - gibki, szybki, zdecydowany, z ogromnym posłuchem u reszty. Chwyciłem go za ramię, gdy przebiegał obok. Chwyciłem mocno i natychmiast poprawiłem uchwyt, inaczej nie miałbym szans na utrzymanie go przez dwie sekundy w jednym miejscu.

- Cześć, rozumiesz mnie? - zapytałem, starając się upodobnić swój amerykański do kontynentalnego angielskiego.

- Tak! - Próbował się uwolnić, ale byłem na to przygotowany.

- Posłuchaj mnie przez kilka sekund, OK? - Jakby trochę mniej się szarpał. - Jest interes do zrobienia. Widzisz to? - Wskazałem stojące na ławce pudło.

- He?!

- No to słuchaj: zostawiam ci to pudło, a zrób tak, żebym za godzinę miał całą tę gumę przeżutą. Jasne? Rozdaj ją albo żuj sam, jak wolisz, bylebyś oddał te ­dwanaście kilo przeżute... - Podałem mu hotelową wizytówkę. - Przyjdź z kolegami, bo będzie na was czekało cztery razy więcej, do własnego użytku. Zgoda?

- Ta!

Szarpnął się jeszcze raz, nieznacznie osłabiłem chwyt, to wystarczyło - chwycił pudło i przeraźliwie gwiżdżąc czy piszcząc, runął w tłum z lekka zaniepokojonych moją obecnością kolegów. Rzucił w biegu kilka poleceń, a gdy odwróciłem się i, chichocząc do siebie, ruszyłem z powrotem do hotelu, zza pleców dobiegł mnie odgłos dartego w pośpiechu kartonu i ponaglenia tych, co nieco dalej od pudła stali.

W pokoju natychmiast podszedłem do okna i przyjrzałem się, jak realizują zlecenie; jeśli oczekiwałem, że będą stali nieruchomo i pracowicie żuli, to musiałem być skończonym osłem - wykonywanie zamówienia odbywało się bez najmniejszego uszczerbku dla zabawy. Po prostu: co jakiś czas ktoś wynurzał się ze skotłowanego tabunu, podbiegał do pudła, wrzucał coś do środka i natychmiast pakował sobie do ust otrzymaną od mojego wspólnika świeżą porcję gumy.

Zrobiłem sobie lekkie przedśniadanie i, sącząc je, obserwowałem plac zabaw. Sygnał telefonu dopadł mnie, gdy już kończyłem. Nie miał kto do mnie dzwonić, więc zastanawiałem się chwilę, a powinienem był długo. Zaoszczędziłbym sobie kłopotów. Ale wtedy jeszcze tego nie wiedziałem.

- Telefon! Łączyć bez wizji - poleciłem.

- Owen? - Usłyszałem. W głosie rozmówczyni pobrzmiewały leciutkie nutki poufałości, chyba miała prawo mówić mi na "ty", ale mimo dobrej do niedawna pamięci nie potrafiłem po dwóch sylabach określić rozmówcy. - Owen, to ty?

Kiedy ktoś dzwoni do mnie i pyta, czy to ja, zawsze patrzę w lustro albo na swoje stopy - znam je dość dobrze, potrafię zidentyfikować siebie nawet po butach, nie okłamią mnie. Mój rozmówca się nie pomylił - to byłem ja. Niezbyt odległy od swej zwyczajowo dobrej formy, Owen Yeates. Powstrzymałem się od chrząknięcia.

- To ja. - Szukałem w umyśle formy pośredniej, coś między "pani", "panno" i "koleżanko", ale amerykański nie przewidywał takich niuansów. - Ja, rzecz jasna. Przepraszam, że bez wizji, ale wypadłem spod prysznica, a wiem, że taki widok... - W wypróbowany sposób zawiesiłem głos, licząc, że rozmówca przychylnie zinterpretuje pauzę.

- Nie poznałeś... - powiedziała. Nie usiłowała ukryć rozczarowania, wręcz przeciwnie, podkreśliła je. Zesztywniałem. - Moffy Okune. - Dała mi chwilę do zastanowienia się, ale nie była to długa chwila. - Czy to nie budzi w tobie jakiegoś echa?

- Moffy?! - jęknąłem, zdając sobie sprawę, że w tym pytaniu zawiera się niepewność i profesjonalny obronny odruch, który nie pozwalał mnie rozszyfrować, oraz odległe echo, podsuwające jakiś mglisty obraz...

Jakiś mglisty obraz...

Jakiś mglisty...

- Owe-en... - Przeciągnęła sylabę jakby pobłażliwie, może poufale i jeszcze jakoś, jakby karciła niepoprawnego dzieciaka. - Nie poznałeś... Hfy-fy-chy...! - ­Parsknęła przez nos. Olśniło mnie. - Moffy Okune! Naprawdę nic ci to nie mówi? Owe-e-en... - Dołożyła kilka funtów niedowierzania.

- Dziwisz się? - Ponieważ wiedziałem już, z kim mówię, mogłem sobie pozwolić na pewną nonszalancję. Jakiś wytrawny szuler zgrabnie przetasował karty tak, że nie wiadomo, kiedy atuty znalazły się w moim ręku. Podskoczyłem do barku i szepnąłem doń: - Moondriver, ale szybko... - i do mikrofonu głośno: - Moffy?! To ci niespodzianka... - Postarałem się, żeby mój głos nasiąkł był wszystkimi odcieniami zaskoczenia, radości i innych równie dalekich od prawdy uczuć.

- Wiesz co? Przeczytałam, że w naszym mieście bawi na kolejnym kongresie zwariowanych fanów SF czy też zwarianów niejaki Owen Yeates... Zmusiłam swój komp do pracy, a wynik przeszedł moje oczekiwania. Okazało się, że to ty.

Mówiła wolno. Nie wnikałem, czy robiła to umyślnie, grunt, że miałem czas na obmyślenie jakiejś sensownej odpowiedzi.

Wyciągnąłem dłoń w kierunku barku. Zawiodła mnie dzisiaj pamięć, ale palce jednak pewnie chwyciły oszronioną szklaneczkę. Potrzebnych mi było kilka rzeczy, które wprawiały mnie zazwyczaj w tak zwaną pewność: kierownica bastaada, kolba biffaxa, klawiatura olivetti, butelka...

Ale musiałem wykorzystać tylko to, co miałem pod ręką - drink. Długi łyk. Niby erzac, ale zawsze...

- R-r-rany... i to boskie-e... - wykrztusiłem, starając się, żeby zabrzmiało to, jakbym zatchnął się z radości. - Musiałem przelecieć pół świata...

- Ta wasza amerykańska megalomania! - zachichotała. Dopiero teraz poznałem ją naprawdę. - Przecież gdyby Europa was nie odkryła, byłbyś jakimś indiańskim... No, nie wiem, może szamanem?

- Dlaczego "może"? Na pewno byłbym jakimś takim obibokiem...

- Ho, ho, ho! Chcesz, żebym zaprzeczyła? - Roześmiała się na tyle kusząco, że omal nie włączyłem wizji. Coś poza moją świadomością, coś sterującego mięśniami grzbietu czy łopatek wykazało się niespodziewaną aktywnością, przemknęła tamtędy fala proroczych ciarek. - Przestań... Czytałam o tobie, o twoich wyczynach, przeczytałam dwie powieści.

- Wyszły trzy... - zaoponowałem.

Chwilę trwała cisza. Najpierw się ucieszyłem. Może to i głupie, ale świadomość, że zbiłem z tropu dziewczynę, która kiedyś skosiła moje uczucia jak najprostsza ręczna kosiarka trawę... Dziewczynę? Musiała mieć...

- Posłuchaj...

Standardowa odzywka uruchamiająca wszystkie męskie moce umysłowe i fizyczne, wyrzucająca normalnego faceta, nawet jeśli jest detektywem, z kapci i fotela. Co jest, co jest, do cholery, w tym zestawie trzech sylab? Zdrętwiałem. Poczułem, iż nie dość, że posłucham, ale... Broniąc się przed wszechogarniającą paniką, przepytałem błyskawicznie organizm ze znajomości poszczególnych adresów, najbardziej ciekaw byłem tych fragmentów ciała, które odznaczały się szczególną odpornością na miękkie, gówno - nie miękkie, ale wywołujące miękkie echo, dźwięki pierwszej miłości. Pierwszej... Wcięło mnie. Wyrąbało. Wy...

- Owen... Ja... mam dla ciebie sprawę...

Zdążyłem sięgnąć do papierośnicy. Upiłem łyk z podanej szklanki, opancerzyłem się. Też mi - pierwsza miłość! Kto się tym przejmuje? Może dzieci. No, dzieci powinny - tatuś, mamusia, kaszka, kołderka, tfu... Dopiłem moondrivera. Poczułem, jak sztywny, uczciwy w swej trwałości pancerz oblewa moje ciało. Chrząknąłem. Pół sekundy później zdałem sobie sprawę, że chrząknięcie zabrzmiało pytająco i zachęcająco.

- Mój znajomy... dobry znajomy... ma kłopoty.

Przywołałem na pomoc wszystkie możliwe zasoby: wyobraziłem sobie Moffy, niską, płaską, pomarszczoną. Przypomniałem sobie, że miała na prawym obojczyku bliznę po upadku z rovera-B, wyobraziłem sobie, że blizna z obojczyka przeszła na twarz, pierś i plecy. Różowa, pocięta zgrubieniami i fałdami. Koszmar. Okazało się, że mam w sobie więcej tolerancji niż sądziłem. Wciąż tylko czekałem na dreszcz obrzydzenia. I nie mogłem się doczekać.

- Owen!!! Słyszysz mnie czy nie?

- Tak. Ale... Moffy, ja tu jestem gościem. Wiesz, to zupełnie inaczej wygląda...

- Stop! - przerwała mi. - Coś jest nie w porządku: podobno niezły detektyw, to raz. Świetny, jak mi tłumaczą, pisarz, to dwa. I na dodatek mój znajomy... Czy to możliwe, żebyś tak po prostu mnie zbywał...?

- Dość! - Z rozpaczą zerknąłem w stronę pustej szklanki. Debilny europejski komp! Dlaczego nie serwuje powtórki?! Debil, bez krzty wyczucia, bez odrobiny litości, bez miliczegoś tam... może intuicji? Może, cholera, kobiecej, którą przypisywali mu w reklamach wszyscy amerykańscy producenci. - Zacznij od informacji.

- Wszystko ci już powiedziałam. Mojemu znajomemu... Włącz wizję! - Odczekała chwilę, ale spływał jeszcze po mnie pancerz mieszanki spirytusu ze świeżym mleczkiem kokosowym. - No to nie. Bardzo cię proszę, zajmij się moim znajomym, ma problemy z tak zwanym światem przestępczym, zapewniam cię, że jest niewinny. Ale zanim wyjaśni ci, co i jak...

- Tak, tak, tak! Ja to wszystko wiem, ale zrozum: jak jestem u siebie, jak mam swoje... Nie, bzdury plotę... Ale jestem w Holandii, nie znam kraju, nie zapoznałem się z przepisami, nie mam przy sobie broni. Nawet nie wiem, jak się tu wypożycza samochód. Czy to nie są argumenty?

Jakaś sympatyczna, przychylnie nastawiona do reszty mojej osoby cząstka umysłu podsunęła mi wspomnienie, w którym Moffy wybrała nie mnie, a jakiegoś pewniaka. Odzyskałem odrobinę twardości:

- Zrozum: mogę pomóc tyle, co boy hotelowy. Nic więcej, nic mniej. Mogę...

- Właśnie. Owen... - Teraz wywołała mnie tak, jakby oglądała się, czy ktoś nie podsłuchuje naszej rozmowy. - Jak się uprzesz, to zrobisz, jak chcesz...

Bez pomocy kompa przypomniałem sobie znaczenie słowa "gentleman". Zwarłem się. Wciągnąłem w siebie powietrze z całego pokoju.

- Gotów - zameldowałem. - Oboje wiemy, że to głupota. Ale skoro to wiemy...

Wzruszyłem ramionami, bardziej dla siebie, w końcu wizja ciągle nie została włączona.

- Boże, już myślałam, że gdzieś zgubiłeś swoją... czułość...

Zrozumiałem, że zaczynają już lecieć teksty o treści w najlepszym przypadku dziękczynnej, bez wyraźnego związku z rzeczywistością.

- Nie mylisz się, Moffy. Łatwiej mi wyliczyć, czego nie zgubiłem. - Podszedłem do okna i rzuciłem spojrzenie na łąkę. Dzieciaki oderwały się od zabawy i podbiegały do pilnującego pudła chłopaka. Przypominało to bardzo wyraźnie rój pszczółek wytrwale zbierających i składających do słoiczka smaczny miodek. - Jak się nazywa ten twój znajomy?

- Może lepiej nic nie mówić przez telefon?

Wyszczerzyłem zaciśnięte zęby w kierunku sufitu, wypisałem na nim oczyma kilka niecenzuralnych słów.

- Zgoda, nic nie mów. Kiedy będzie mógł się zobaczyć ze mną?

- Za chwilę. Czeka już na dole.

- To świetnie. Daj mu znać, żeby wpadł do mojego pokoju. Czekam na niego.

- Dziękuję ci bardzo. - Zawiesiła głos, a ja nabrałem przekonania, że teraz z ciekawości albo banalnie pojmowanej wdzięczności zada kilka pytań, żebym mógł się popisać osiągnięciami życiowymi - żona, dzieci, praca, sukcesy i tak dalej. Moffy mile mnie zaskoczyła, mówiąc: - No cóż, dziękuję ci bardzo. I przepraszam, że zakłócam pobyt.

- Przestań. Inaczej zacznę sądzić, że rzeczywiście robię coś ogromnie trudnego. Tymczasem nie powinniście spodziewać się z mojej strony ogromnego wysiłku. Jutro wracam do siebie.

- Aha... No to do zobaczenia? - Odczekała i dodała: - Wiem, że powinnam zaprosić cię gdzieś...

- Myślę, że nie - przerwałem szybko. Przyszło mi to o tyle łatwo, że od dwu minut czekałem na te słowa. - Przecież nie będziemy sobie wyjaśniać jakichś zaszłości sprzed kilkunastu lat.

- Pewnie masz rację - powiedziała z wyraźną ulgą w głosie. Nie mniej wyraźne było sprzeczne z ulgą rozczarowanie. Właśnie w tym momencie przysiągłem sobie za nic w świecie nie spotykać się z Moffy. Mogę bez trudu... kiedyś mogłem... pocieszać cudze żony, pod warunkiem, że miały siedemnaście do dwudziestu czterech lat i nie zdążyły jeszcze wyjść za mąż. Nie spodziewałem się dobrych wyników po rozmowie z pierwszą, naiwną, majową, działającą jak szampan na czczo miłością. - No to... Jeszcze raz do widzenia.

- Cześć.

Jak na gentlemana przystało poczekałem, aż Moffy się rozłączy, i dopiero potem zrecenzowałem w kilku słowach siebie, swoje zachowanie i wynik rozmowy. Komp zaaprobował podsumowanie ciszą. Westchnąłem. Na skwerze zbiórka zużytej gumy do żucia dobiegała końca - mój pośrednik machał rękami i coś wrzeszczał. Jakaś mała figurka, pewnie przywiązana do swojej zżutej kulki gumy niechętnie, ponaglana przez inne, równie małe postaci, podeszła do pudełka i z wyraźnym ociąganiem wrzuciła doń coś. Drzwi wyrecytowały swoją czterotonową kaskadę dźwięków.

- Otworzyć!

Zanim zdążyłem odbić się plecami od przyokiennej ściany i ruszyć w stronę wejścia, przez próg wpadł znajomy Moffy, histerycznie rozejrzał się po pokoju, a widząc mnie, na chwilę zamarł. Wyraźnie porównywał mój wygląd z opisem, jaki dała mu Moffy. Sądziłem, że będą to rzeczy nieprzystające do siebie, ale odebrał mi tę nadzieję. Zrobił dwa kroki w moim kierunku, ustawiając ciało bokiem, jakby chciał mnie ominąć albo jakby nie chciał stracić spod kontroli łazienki. Przystanął i jeszcze raz się rozejrzał. Ja też mu się przyjrzałem. Miał dziwną budowę - wszystko w nim było płaskie i ostre; na wprost wyglądał niemal normalnie, ale wystarczył lekki profil, żeby zaczął wyglądać na pierwszego człowieka, któremu udało się przeżyć mimo wyraźnej dwuwymiarowości - tak był chudy i płaski. Mógłbym go wrzucić do czyjegoś mieszkania przez szczelinę w drzwiach. Gdyby nie miał kości, mógłbym go też zrolować i wsunąć do futerału parasola. Złożony w kostkę nie zająłby więcej miejsca niż list samobójcy-analfabety. Do tego miał twarz hodowcy chartów wyścigowych. Wąskie czarne oczka śmigające po wszystkim i niepozostawiające po sobie śladu na sprzętach. Przysunął się do mnie jeszcze bardziej i wysunął cienką jak łapka szczura dłoń. Uścisk był nadspodziewanie mocny, choć miałem wrażenie, że wsunąłem swoje palce między klawisze rozsypującego się fortepianu.

- Jestem Leffie van Gorren - powiedział.

Spodziewałem się pisku, szelestu, skrzeku, miał jednak dość sympatyczny głęboki i bardzo niepasujący do postury baryton. Może był kiedyś jędrnym, trójwymiarowym facetem, został mu jednak tylko głos.

- Owen Yeates. - Wskazałem drugą dłonią fotel. Usiedliśmy, wyciągnąłem w jego stronę paczkę golden gate'ów. Mruknął coś z dezaprobatą i wyjął z jakiejś skrytki pod żebrami papierośnicę. W zadziwiający sposób nie wystawała z ubrania, a przecież była grubości niemal jego własnej klatki piersiowej. - Rozmawiałem, jak się pan domyślił, z Moffy. Obiecałem pogadać z panem, ale przyznaję, że nie wiem, jak mógłbym pomóc...

Zapaliłem, a on zamiast rozwiać moje wątpliwości, popatrzył na coś za moimi plecami, również szybko zapalił i dopiero po dwóch sztachach westchnął i powiedział:

- Ja też nie bardzo wiem, czego od pana oczekuję. Nigdy nie byłem tropiony.

Umilkł jakby zadowolony z tego - stylistycznie przecież nie najlepszego - zdania. Zerknąłem na barek, ale wyraźnie radził mi odczekać jeszcze chwilę.

- Jeśli jest pan ścigany, to prześladowca już wie, że pan tu jest. Żeby pana skutecznie chronić, powinienem wiedzieć trochę więcej o przyczynie tego pościgu i o osobie czy osobach, które się tym zajmują.

- Tak, wiem - zgodził się bez entuzjazmu. - Nie wiem, ile osób zajmuje się pościgiem. Wiem, kto go zlecił...

- A dlaczego w ogóle powstał taki problem??

- Hm... Wpadłem... Wpadłem na trop pewnego dokumentu, który może zmienić zdanie ogółu o pewnej osobie. Osoba ta wprawdzie nie żyje od ponad stu lat, ale jej potomek nie chce, by doszło do ujawnienia tego dokumentu. I dlatego.

- A pan chce go ujawnić?

- Nie muszę. Starałem się wytłumaczyć tej osobie, temu potomkowi, że nie zależy mi na zmianie opinii o jej prapradziadku. Ale gdybym opublikował ten dokument, zarobiłbym na tym nieźle. - Zaciągnął się od niechcenia i popatrzył mi w oczy. - Kiedy patrzy pan na mnie, pojawia się w pana oczach wyraźnie wypisane słowo "szantaż". Nie dziwię się, bo tak to i wygląda. Ale to nie ja zaproponowałem sprzedaż tej rewelacji, tylko ta... ta osoba zadeklarowała chęć wykupienia ode mnie dokumentu. Tylko że zanim namyśliłem się i dałem odpowiedź, nasłała na mnie jakichś swoich... - wzruszył ramionami - albo wynajętych zbirów.

- Domyślam się, że był pan czujny?

- Kiedy otrzymałem propozycję, natychmiast zrozumiałem, że jeśli nawet się na nią zgodzę, to wcale nie będę przez to bezpieczniejszy. Rozumując jak osoba wykupująca dokument, miałbym stale wątpliwości, czy nie wypłynie za jakiś czas potwierdzona notarialnie kopia, prawda?

Skinąłem i spojrzeniem zapytałem barek o dalsze postępowanie. Przeniosłem spojrzenie na Leffiego.

- Akurat kiedy doszedłem do wniosku, że ta transakcja nic mi nie daje, ona doszła... ta osoba, mam na myśli, do tego samego wniosku. Może trochę prędzej, bo pojawili się już ci faceci.

- Nic panu nie daje... - powtórzyłem w zamyśleniu. - Prócz pieniędzy, rzecz jasna. O jakiej kwocie była mowa?

Leffie van Gorren zerknął na mnie spod oka. Czarne szczurze oczka, właściwie jedno, bo mój rozmówca stale usiłował mieć na oku cały pokój i mnie jednocześnie, macnęły mnie i wycelowały z powrotem w blat stołu.

- Zastanawiam się... - przerwał i wyrzucił innym tonem: - Pan się nie pali się do tej roboty!

- Zazwyczaj odpowiadam w takim wypadku, że detektyw jest jak lekarz: powinien robić swoje niezależnie od ochoty. Nie zawsze moi klienci mają niepokalane dusze, nie zawsze ich sprawy mnie interesują, a czasem nawet ich racje są sprzeczne z racjami społecznymi. A mimo to pomagam złodziejowi, na którego koledzy wydali wyrok śmierci. Pomagam aż do chwili, kiedy mogę go bezpiecznie wpakować za kratki.

- Tak to pan zinterpretował?

- Nie, to był przykład. Pewnie niezręczny, przepraszam.

- Nic jej nie ukradłem...

- Jej? Tej osobie, tak mam to rozumieć?

- I ona, i osoba. Ściga mnie kobieta, to mogę powiedzieć. To znaczy, ona wynajęła pachołków. - Zaciągnął się głęboko i, wypuszczając dym nosem, zaciągnął się jeszcze raz. - Sam nie wiem...

Zgasił energicznie papierosa, jakby chciał wstać i wyjść. Pewnie trzeba było w tym momencie poczekać i nie odzywać się, ale nie, musiałem otworzyć gębę i gadać!

- Są dwa wyjścia: idzie pan na policję i, powiedziawszy im tyle, co i mnie, żąda pan ochrony. Dadzą ją, to pewne. I po kłopocie. Albo, jeżeli mam coś więcej panu poradzić, opowie mi pan nieco szczegółowiej o tym konflikcie. Nie potrafię, jak to się dzieje w słowiańskich bajkach, pójść, sam nie wiem gdzie, przynieść, nie wiem co... Jestem...

Cztery sympatyczne dźwięki dzwonka zaperliły się w przestrzeni pokoju. Leffie w sekundę znalazł się w łazience, przymknął drzwi. Chyba coś matowo błysnęło w jego płaskiej łapce.

- Kto tam?

- Panie Yeates! Mam dla pana tę gumę!

Podszedłem do łazienki i pokiwałem uspokajająco dłonią. Otworzyłem. Podwykonawca mojego planu wniósł z kolegą pudło. Brakowało w nim wierzchu. Wypełnione było setkami małych różnie uformowanych grudek gumy. Niektóre zachowały odciski ostatnich pospiesznych ukąszeń niewielkich zdrowych szczęk.

- OK. - Odebrałem pudło, odstawiłem na stół i wyjąłem z kieszeni pieniądze. - Zejść z wami czy sami kupicie?

- Sami.

- Proszę. - Odliczyłem dwudziestkę. - Wystarczy? Nie jesteście poszkodowani?

- Nie. - Banknoty zachrzęściły w małej piąstce. - Mam to jakoś specjalnie podzielić?

- Myślę, że jedna czwarta powinna być twoja, a resztę powinni przejąć wykonawcy.

- OK. Do widzenia.

Dotknął wskazującym palcem skroni, drugi kiwnął łebkiem i wyskoczyli na korytarz. Zamknąłem za nimi drzwi. Leffie wysunął się z łazienki. Miał puste dłonie. Włożyłem pudło do kasety transportowej, włączyłem mikrofon:

- Komp... Proszę wysłać tę paczkę. Adresat: De Wint, imię nieznane. Szkoła imienia J. F. Kennedy'ego, resztę danych adresowych proszę wyszukać na koszt nadawcy. Aha! Stany Zjednoczone Ameryki. Nadawcę zakodować tylko do wiadomości poczty. Przesyłka pilna, wrażliwa na temperaturę. Koniec zlecenia.

Wróciłem do stolika i usiadłem. Leffie stał nieruchomo.

- Przyszło mi do głowy jeszcze jedno wyjście - powiedziałem. - Kompromisowe. Prywatna ochrona. - Nacisnąłem na fotel plecami. Ten odczekał chwilę i ugiął się pod naciskiem. Popatrzyłem na van Gorrena. - Zachowa pan swoją tajemnicę, ale straci pieniądze.

- A tam! - Zerknął na drzwi, musiał się nieźle bać. - Dobrze. Tak będzie najlepiej. Może pan kogoś polecić?

- Tak. Znam tu jednego faceta, świetny fachowiec. Bierze pan?

Skinął potakująco.

- Komp! Trzy-dwa-siedem siedem-zero jeden-osiem zero! Z panem Hoxholtem.

Larry odezwał się po drugim sygnale. Nie włączałem wizji.

- Cześć. Tu Owen. Posłuchaj: bierzesz zlecenie na dyskretną ochronę? Mówiąc "dyskretną", mam na myśli dyskretną i bez wtajemniczania ciebie w istotę zagadnienia.

- Tak. A co? Wreszcie ktoś uważnie przeczytał twoją książkę? Masz pietra?

- Howgh. Przyślij dwie osoby do mojego pokoju. Ile to potrwa?

- Poczekaj... - Larry najwidoczniej odsunął się od mikrofonu i zawołał do kogoś: - Kto jest najbliżej dziewiątej dzielnicy...? Aha! Dobrze, niech startują... Nie, dwójka... Dobrze. Hej? Jesteś tam jeszcze? Za pięć do dziesięciu minut zameldują się u ciebie Loy Denning i Gosta Lastens. Wystarczy?

- Wystarczy - powiedziałem, mimo że widziałem, jak Leffie kręci z pewną dezaprobatą głową. - Dziękuję. Cześć.

Podszedłem do barku.

- Napije się pan czegoś? Z życzeniami powodzenia.

- Cristal Palace, jeśli można.

- Komp: Cristal Palace - poleciłem. Sobie wlałem na dno szklanki wodę i rozcieńczyłem ją szkocką. - Proszę...

Leffie podszedł do barku i wyjął swój podejrzanie przezroczysty cocktail. Wyglądało mi to na spirytus z wódką albo odwrotnie. Usiedliśmy w fotelach, szukając tematu do rozmowy. Delikatnie, metodą niemalże podsiąkową zasiliłem organizm małą dawką słabego leku. Popatrzyłem na van Gorrena - siedział ponury, zdeterminowany, grzał w dłoniach swój drink i nie zamierzał, mimo że się bał, podzielić się ze mną szerszą informacją o swoich lękach. Ta desperacja, chociaż motywy mogła mieć trywialne, wzbudziła mój leciutki szacuneczek. Może przyczyną był wygasający kac, ale - musiałem to przyznać - Leffie van Gorren nie był mi niemiły. Zresztą, ludzie, którzy mają kłopoty większe od naszych, niemal zawsze wzbudzają właśnie coś na kształt sympatii na podłożu wątpliwej jakości egoizmu.

Milczeliśmy trzy minuty. Leffie w tym czasie raz umoczył wargi w swojej cieczy, dwa razy westchnął: raz głęboko i raz cichutko. Komp odezwał się, meldując, że paczka do Jamesa De Winta wystartowała i że za sześć godzin wyląduje u adresata.

- Mój syn ma kłopoty z powodu belfra, który rekwiruje dzieciakom gumę, a potem używa jej w charakterze pieszczotki, takiego manualizatora - wyjaśniłem. - Załatwiłem mu tutaj dziesięć kilo gumy, żeby odczepił się od maluchów.

Leffie skinął mechanicznie, niby pochwalał mój uczynek, ale raczej nie słuchał albo nie dotarło doń, co mówiłem. Rozejrzałem się po pokoju w poszukiwaniu tematu i gdy nabrałem już pewności, że administracja hotelu nie świadczy w tym zakresie usług, odezwały się drzwi. Van Gorren podskoczył. Uspokoiłem go ruchem ręki.

- Kto tam?

- Lastens i Denning z biura Hoxholta - energicznie zameldował głośnik. Leffie mimo moich uspokajających gestów wstał i wsunął się do łazienki. Powstrzymałem się od wzruszenia ramionami. - Komp! Otworzyć drzwi! - poleciłem, wstając i idąc w kierunku otwierającego się prześwitu na korytarz. Pierwsza weszła przysadzista, pulchna brunetka w cienkim kwiecistym kombinezonie, zdecydowanie zbyt lekkim jak na tę porę roku, zaraz za nią wszedł wyższy od niej o głowę krótko ostrzyżony facet. Miał przewieszoną przez ramię torbę, a ze sposobu jej trzymania sądząc, musiał do niej zapakować przydający mu pewności siebie arsenał. Brunetka energicznie dopadła mojej dłoni i potrząsnęła nią, mówiąc:

- Gosta Lastens. A to Loy Denning. - Skądś spomiędzy fałd wyszarpnęła licencję i na trzy sekundy przystawiła mi ją do nosa. - Czy to pan...?

- Nie, ja jestem tylko konsultantem. - Uścisnąłem dłoń Denninga i wskazałem wysuwającego się z łazienki van Gorrena: - Pan van Gorren ma powody, by sądzić, że komuś zależy, i tak dalej...

Loy Denning skinął na powitanie, brunetka uścis­nęła palce Leffiego i straciła zainteresowanie dla mojej osoby. Dyskretnie się usunąłem.

Van Gorren powiedział coś po flamandzku czy holendersku. Denning znowu skinął głową, Gosta sapnęła i zadała jedno pytanie; wysłuchawszy krótkiej odpowiedzi, mechanicznie uśmiechnęła się do mnie.

- To wszystko, prawda?

- Tak, oczywiście.

Jej towarzysz bez pożegnania wysunął się na korytarz, Gosta odczekała dwie sekundy i, nie słysząc strzałów, wyjrzała sama, a potem wygarnęła van Gorrena z pokoju. Na do widzenia rzucił mi przepraszające spojrzenie, odpowiedziałem uśmiechem "Nic się nie stało". Usiadłem w fotelu, gdy tylko drzwi dyskretnie szczęknęły elektromagnetycznym zamkiem, i ziewnąłem potężnie. Do spotkania z Brandstaetaerem miałem jeszcze godzinę, zastanawiałem się, czy połowy z tego czasu nie spędzić na drzemce, ale w końcu zdecydowałem, że lekkie niewyspanie zachowam sobie do wieczora. Sprawdziłem w łazience swój wygląd i stwierdziłem, że są chwile, kiedy świat byłby piękniejszy bez luster. Wyszarpnąłem z parnika grubą rozgrzaną serwetkę i potrzymałem ją na twarzy kilkadziesiąt sekund. Przez ten czas wanna wypełniła się lodowatą wodą, w której dla odmiany nurkowałem tak długo, aż z lustra spojrzała na mnie twarz, której nie można już było zbyt wiele zarzucić.

I nic już nie można było w niej poprawić.

- Komp... Telefony do mnie kieruj na biuro Rima Brandstaetaera. - Wyciągnąłem rękę do stylizowanej klamki i zawahałem się. - A gdyby... Hm, gdyby zjawił się Leffie van Gorren, wpuść go do pokoju.

Był to jeden z moich głupszych pomysłów, wytwór wyobraźni totalnego asekuranta. I bez sensu. Ponieważ Leffie nie zjawił się pod tymi drzwiami, nie dałem kompowi szans na spełnienie dobrego uczynku.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

 

Zamiast posłowia: Rękopisy nie płoną, czyli maszynopisy nie giną!

Piąta księga przygód Owena, napisana sporo czasu temu, wychodzi dopiero teraz. A powód zwłoki?

Nie da się, wybacz, Czytelniku, w dwu słowach...

Powieść została napisana i złożona w wydawnictwie. Czekała sobie, czekała i czekała. Takie były czasy. Jak chciałeś być wydany, to musiałeś być cierpliwy, a dopiero potem wprawny w pisaniu. Aż zdecydowano, że zostanie wydana, po czym zaraz wydawnictwo zostało postawione w stan likwidacji, co nie znaczy, że należy te dwa fakty ze sobą kojarzyć. W każdym razie, kiedy dotarło do mnie, że już tego nie wydadzą, zacząłem poszukiwać kopii maszynopisu (to ważne: maszynopisu, bo napisana była na maszynie), która miała leżeć sobie spokojnie w domu, ale...

Ale przypomniałem sobie, że mając werbalne zapewnienie o wydaniu "Furtki...", kopię powieści dałem komuś do poczytania, niekoniecznie nawet do zwrotu, bo po co - wszak niedługo będę ją miał w postaci książkowej! No trudno, w domu nie ma, ale przecież jest w oficynie. Niby jeszcze nic nie wskazywało na powiew dramatu. Udałem się do likwidowanej firmy, gdzie ­okazało się, że niestety - maszynopis zabrał do domu redaktor. Zabrał do domu dwa tygodnie temu, po czym zaraz wziął i... zmarł nagle na atak serca.

Również proszę nie łączyć faktów.

W każdym razie okazało się, że nie ma tego maszynopisu w domu, gdzie szukała go sekretarka wydawnictwa. Ta sama sekretarka zdradziła mi w wielkiej tajemnicy, że istnieje dom, gdzie nieboszczyk również bywał często, i może tam właśnie zaniósł maszynopis. Udałem się pod wskazany adres i, kretyńsko się jąkając i czerwieniąc, wydukałem, że proszę o przejrzenie papierów pana L. A. M. i wydanie, o ile się znajdzie, maszynopisu powieści. Najpierw omal nie zostałem zrzucony ze schodów, ale właściwa mi kultura i wdzięk przełamały lody, co nie zaowocowało niczym. Maszynopisu nie było.

Zostałem więc bez powieści. Owszem, pamiętałem ją całkiem dobrze i mógłbym w każdej chwili odtworzyć, gdyby... Gdyby nie fakt, że pisałem inną, która wydawała mi się ważniejsza, potem pisałem jeszcze coś innego, a Owen przesuwał się w kolejce, a raczej obsuwał... I tak płynął czas, letni i zimowy, a ja ciągle tylko zastanawiałem się, jak to zrobić, żeby nie pisać powieści po raz drugi, a ją mieć? Napisałem, tak się zastanawiając, szóstą powieść o przygodach Owena, potem siódmą. A feralna piątka tylko w pamięci istniała.

I oto jakiś konwent, jakieś spotkanie, jakieś pytanie o to, co piszę, co będę, co zamierzam, i ja, długo perorując, dochodzę do opowieści o zaginionym Owenie, który, biedak, ciągle czeka. A tu nagle z ostatniego rzędu rozlega się spokojny, beznamiętny, boski w brzmieniu głos: "Jak chcesz, to ja ci "Furtkę..." przyślę!".

Cisza. Cisza i... cisza... Potem ryk radości, mój i kilku innych. Okazuje się, że ta kopia, com ją komuś dał, została po wielekroć skserowana i jako kolejna kopia dotarła do człowieka, który taki blady egzemplarz posiadał!

No, czy nie cud?!

Przysłał mi go.

Okazało się, że jest do przepisania. Jednak. Ani skaner, ani ksero już tekstu nie chwytały, ani nawet przeciętny korektor. I wpadłem na piekielny pomysł. Będąc naonczas współredaktorem pierwszego sieciowego polskiego periodyku "Fahrenheit", opisałem mniej więcej tak jak w tym miejscu swoje problemy z Owenem V, i zaproponowałem coś takiego: kto chce się przysłużyć fantastyce polskiej i mnie w szczególności, niech się zgłosi, a ja wyślę mu cztery, pięć stron powieści w celu przeniesienia ich na nośnik elektroniczny. Trzęsły mi się nogi, kiedy zamieszczałem anons w Sieci, w głębi ducha przekonany, że i tak się nie u-u-uda...

Godzinę później miałem pierwsze zgłoszenie, dlatego je pamiętam: Tomasz J. z Berlina...

I runęła fala zgłoszeń!

Następnego dnia już nie miałem ani jednej kartki do rozdania, poważnie!

Wykształciło się kilka metod działania: niektórzy po prostu przepisywali, inni prosili o dwie, trzy porcje ("Co to za przepisywanie pięciu stron!"), jeszcze inni pytali, czy mogą "sobie poredagować", a jeszcze inni przysłali mi po dwie wersje: po prostu przepisane, i przepisane twórczo, z redakcją.

Czyli ja tylko pokleiłem te kawałki, wygładziłem zadziory na "stykach", przejrzałem raz jeszcze i... miałem gotowe. Aha, jeszcze dwa tygodnie później zgłaszali się ochotnicy do przepisywania, aż żałowałem, że Owen nie był grubszy.

No i to jest koniec opowieści o zaginionej i odnalezionej powieści.

Woland w "Mistrzu i Małgorzacie" mówi: "Rękopisy nie płoną". Ja powiadam: "Maszynopisy nie giną!". Pewnie, że pierwsze zdanie jest ładniejsze, ale drugie - prawdziwe!

Tak więc, jeśli ktoś jakiejś przyjemności zażył, czytając tę powieść, to niech będzie świadom, że tym razem przyłożyli się do tego nie tylko autor, ale i tych kilkanaście osób (Tomasz J. i dwa tuziny innych, z "Pumą" na czele).

I ten zajadły kolekcjoner, który miał czwarte ksero po siódmej kopii...

Serdecznie Wam wszystkim za pomoc dziękuję.

Mam nadzieję, że Wasz trud miał sens...

Dziękuję.

EuGeniusz Dębski