Owen Yeates. (#2). Tamta strona czasu - Eugeniusz Dębski

-
Proszę czekać

 

Prolog

Automatyczny dezynfektor przemierzał korytarz oddziału reanimacji cztery razy na dobę. Wyglądał jak duży tłok bez dna: jeździł w tę i z powrotem, bezsensownie i uparcie usiłując sprężyć powietrze w czworokątnym cylindrze korytarza. Najeżdżał na mnie już dziewięć razy. Teraz przystanął, cierpliwie czekając, aż przejdę przezeń jak tresowany tygrys przez płonącą obręcz. Skierował się na koniec pomieszczenia, pod okno, gdzie szczególnie starannie oczyszczał ściany i podłogę z naniesionych przeze mnie bakterii. Za każdym razem gdy przygotowywałem się do skoku przez obręcz, tryskał mgłą jakiegoś preparatu, dzięki czemu chyba już po drugim razie cały tchnąłem specyficznym szpitalnym zapachem świeżości i choroby. Cholernej czystości. Po każdej dezynfekcji szedłem do łazienki, by przynajmniej z twarzy i dłoni zmyć osad dezopary. Gdy dziewiąty raz wróciłem z sanitariatu i oparłem się o ścianę przy oknie, dobiegł mnie szept:

- Pst! Proszę pana!

Pielęgniarka stała w głębi korytarza, trzymając dłoń na klamce, drugą ręką przywoływała mnie, jakby sam szept nie wystarczał. Szybko przemierzyłem dzielący mnie od niej odcinek. Zasłoniła piersią drzwi i zatrzymała mnie gestem otwartej dłoni.

- Odzyskał przytomność - powiedziała wolno i wyraźnie jakby w obawie, że słabo znam amerykański i mogę ją opacznie zrozumieć. - Żadnych rozmów! Może go zabić głośniejszy dźwięk. Tylko dlatego pana wpuszczamy, że on ciągle pana wzywa i denerwuje się. Proszę go uspokoić i od razu wyjść.

- Dobrze, siostro. Przyrzekam.

Wpatrywała się we mnie kilkanaście sekund, szukając w moim spojrzeniu pretekstu, który pozwoliłby jej wycofać się z zezwolenia na wizytę. Bardzo, najbardziej w świecie pragnęła zakazać mi widzenia z Yayotem, ale nie miała szczęścia. Odsunęła się, okraszając ten ruch zgrzytem zaciskanych zębów.

Trąciłem końcami palców klamkę i gdy drzwi wsunęły się w ścianę, wszedłem do pokoju. Trzy długie, ciche kroki przeniosły mnie do łóżka, na którym w plątaninie różnej grubości przewodów i rurek leżał Yayot. Oplatało go to wszystko szczelnie niczym kilka warstw sieci narzuconej na ciało. Widoczne było tylko jedno oko, prawe. Po chwili, gdy zaczął mówić, ujawniła się mała szczelinka w miejscu ust. Powieka na krótko odsłoniła gałkę oczną, mętną i z krwawymi zaciekami. Szept był niesłyszalny. Pochyliłem się. Yayot coś mówił, lecz zrozumiałem, a raczej domyśliłem się, o co chodzi, dopiero po piątym chyba wysłuchaniu tej samej sekwencji dźwięków. Spróbowałem nadać swej twarzy dziarski wyraz i wyprostowałem się. Uśmiech kosztował mnie tyle energii co wypchnięcie ciężarówki z błotnistego dołu, ale udało mi się na krótko przykleić go do twarzy.

- Dobrze, Yay. Będę uważał, na pewno. Nie przejmuj się mną i szybko wracaj do roboty, nie stać mnie na fundowanie pracownikom wylegiwania się tutaj. Skracaj pobyt do minimum. No! - Kiwnąłem energicznie głową i poszerzyłem uśmiech. - Na razie!

Starałem się nie śpieszyć, specjalnie zrobiłem aż cztery wolne kroki i jeszcze w progu pomachałem dłonią. Dopiero gdy drzwi się zamknęły, biegiem ruszyłem do najbliższej toalety.

Woda była za ciepła, choć spłynęło jej kilkadziesiąt litrów na moją twarz i głowę; lustro, pozornie gładkie i czyste, wciąż odbijało obcą, rozfalowaną twarz, a przynajmniej twarz, jakiej nie chciałbym prezentować - szarą, ozdobioną jak tani tort dwoma rodzynkami rozbieganych, wytrzeszczonych oczu. W stulonych dłoniach nie udało się utrzymać więcej niż kilkadziesiąt kropli wody. Długo piłem. Zużyłem rolki ręcznika. Skutek był taki, jakiego oczekiwałem, czyli żaden.

Na końcu korytarza znalazłem drzwi z napisem: Walter C. Olheiser. Dotknąłem klamki. Wstał na mój widok, gestem wskazał fotel. Sam po chwili wahania podszedł do zestawu kaset na całej ścianie pokoju i wyjął z wnętrza jednej butelkę bourbona. Bez zbędnych pytań nalał mi pół szklanki i ciurknął sobie. W jego porcji nie utopiłaby się nawet sparaliżowana mucha. Podał mi szklankę i usiadł w drugim fotelu. Przytrzymałem pierwszy łyk na języku, aż poczułem smak alkoholu. Trwało to długo, ale następne łyki były już szybsze.

- Posłucha pan pana Radera? - zapytał.

- Co?

- Mamy podgląd do separatki. Zrozumiałem, że prosił, aby pan wycofał się z tej sprawy.

- Jest pan pewien? - zabełtałem whisky.

- Jestem. Zresztą jego stan jednoznacznie wskazuje, że macie do czynienia ze zwierzętami, bestiami. Nawet zwykły oglądacz kryminałów zrozumie, że nadepnęliście komuś na odcisk. - Wychylił się w moją stronę i starał się mówić bardzo przekonująco.

- Rzadko oglądam kryminały. - Zapaliłem papierosa i zaciągnąłem się ostrożnie. Pochwaliłem siebie za przezorność: podrażnione dziesiątkami wypalonych przez noc papierosów gardło syknęło i zapiekło.

Doktor Walter C. Olheiser nie zrozumiał mnie albo udał, że nie zrozumiał, bo wstał i przyniósł jakąś tekturkę. Usiadł ponownie, kładąc kartonik na stoliku. Patrzyłem w ścianę.

- Panie Yeates - nie ustawał - Rader ma oderwane prawe ucho, wybite lewe oko, złamaną żuchwę po prawej, złamane lewe ramię, prawe przedramię, wyłamane palce lewej dłoni. Dalej... - nabrał powietrza do płuc - ...odbitą prawą nerkę, zmiażdżone lewe jądro i prawe kolano, złamaną lewą goleń i pogruchotane prawe śródstopie. Niech pan popatrzy - podsunął mi kartonik.

Oderwałem wzrok od ściany. Sylwetka mężczyzny narysowana czarną kreską na białym papierze była upstrzona czerwonymi znaczkami. Gdyby poprowadzić od góry ku dołowi linię łączącą te znaczki, utworzyłaby nieregularną spiralę. Mężczyzna na kartoniku nie miał rysów twarzy Yayota, ale to był on. Zatrzęsła mi się głowa, jakby puściły jakieś przeguby albo kręgi szyjne nagle się obluzowały.

- Zaserwowali Raderowi gigantyczną porcję środków znieczulających - powiedział.

Pomyślałem, że część tej porcji przydałaby się teraz i mnie. Walter C. Olheiser był pewnie kiepskim lekarzem, skoro tego nie zauważył. Musiałem postukać palcem w szklankę, by zrozumiał, czego mi trzeba. Westchnął i przyniósł butelkę. Zaoszczędził trochę, pomijając siebie, lecz do mojej nalał szczodrze.

- Tylko dlatego jeszcze żyje - podsumował i zawiesił głos.

Wlałem do ust połowę porcji.

- Będzie żył? - zapytałem, patrząc przed siebie.

- Być może. Jeśli przetrzyma te dawki leków, osłabienie spowodowane upływem krwi i parę innych rzeczy. Wie pan, mam już długą praktykę, rzadko angażuję się uczuciowo w leczenie jakiegoś pacjenta, muszę mieć dystans, ale tak jak współczuję Raderowi... - Sięgnął bez pytania do mojej paczki i zapalił również. Przez chwilę szamotał się wewnętrznie, w końcu profesjonalne podejście do dyżuru zwyciężyło i nie nalał sobie już ani kropli. - Obiecuję, że zrobię wszystko, co tylko będzie możliwe... - zakończył zdanie wzruszeniem ramion.

Złamałem papierosa w popielniczce i starannie go zgasiłem. Uścisnęliśmy sobie dłonie bez słowa. Dopiero pod drzwiami przypomniałem sobie coś, o co chciałem zapytać. W tej samej chwili Olheiser zawołał:

- Panie Yeates! Może przyda się panu ta karteczka, która... - odchrząknął - ...była przypięta do penisa Radera.

Sięgnął do stosu papierów na biurku i zrobił dwa kroki z wyciągniętą dłonią. Mały karteluszek był poplamiony krwią. Wziąłem świstek do ręki i przeleciałem wzrokiem kilka wierszy, kombinację łacińskich nazw, skrótów i cyferek. Zwykła czcionka z małej kieszonkowej drukareczki, jakich miliony noszą w kieszeniach rodacy. Olheiser zakręcił palcem w powietrzu, odwróciłem kartonik. Tu tekst był bardziej dla mnie zrozumiały: "Mamy całe wagony takich specyfików. Ale zawsze może zabraknąć". Trzymając kartkę za rożek, na którym nie było krwi, wsunąłem ją do kieszeni i skinieniem podziękowałem lekarzowi.

- To są te dawki, które w niego wpompowali - powiedział jeszcze. - Od fachowca do fachowca. - I dodał: - Proszę dzwonić.

Kiwnąłem głową i wyszedłem.

W recepcji na dole opłaciłem podłączenie mojego komputera do sieci szpitalnej i otworzyłem rachunek za leczenie Yayota.

Na ulicy długo przypominałem sobie, gdzie zostawiłem samochód. Na szczęście był blisko. Silnik posłusznie zaskoczył, gdy tylko dotknąłem dekonsora, włączyłem się do ruchu i bez pośpiechu pojechałem do domu. Zostawiłem wóz przed garażem i odebrawszy po drodze z kasety towarowej zakupy sprzed trzech dni, wylądowałem w końcu w mieszkaniu. Wstawiłem torby do kuchni i nie rozbierając się, zalogowałem się na serwerze szpitala. Od tej chwili miałem być na bieżąco informowany o każdej zmianie stanu Yayota. Upakowałem zakupy w lodówce, zaparzyłem pół wiadra kawy, na koniec połknąłem podwójny zestaw neuroplegów.

Zdążyłem wypić ćwierć butelki kukurydzianki i rozegrać z kompem jedną całą i prawie połowę drugiej partii gao-in, kiedy komp przerwał grę, by przekazać sygnał ze szpitala. Nie ruszyłem się z miejsca i nie zapoznałem ze szczegółami walki o życie Yayota Radera. Dowiedziałem się tylko, że dwadzieścia sześć minut trwała akcja reanimacyjna, a więc doktor Walter C. Olheiser dotrzymał słowa. Potem komputer szpitalny przekazał standardowy komunikat zredagowany w oszczędnym, lecz nie suchym tonie. A jeszcze później mój komp drobniutkimi literkami poinformował mnie, że dokonał przelewu na konto szpitala. Doktor Olheiser nie odezwał się. Tak więc przejście Yayota na tamten świat załatwiły - jakby między sobą - dwa komputery.

Sprawdziłem stan swojego konta i nakupiłem za dwie trzecie sumy sprzętu, który miał mi pomóc pomścić śmierć Yayota Radera i wcześniejszą Claude'a Scarrowa. I innych, których nazwisk i imion wtedy jeszcze nie znałem.

COPYRIGHT ? BY Eugeniusz DębskiCOPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2008

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-407-1

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI Paweł Zaręba

GRAFIKA NA OKŁADCE Marek Okoń

PORTRET AUTORA Agnieszka Orłowska

REDAKCJA Katarzyna Bagier

KOREKTA Urszula Gardner

SKŁAD WERSJI ELEKTRONICZNEJ Dariusz Nowakowski

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWEFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl

 

Rozdział pierwszy

Poklepałem się po lewej piersi, po kieszeni, gdzie spoczywał archaiczny zasilacz aparatu słuchowego wmontowanego w okulary. Tak to wyglądało z boku, w rzeczywistości aparat słuchowy został zastąpiony aparatem fotograficznym. Moje poklepywanie po wypukłej kieszonce i inne energiczne działania kosztowały Ariadnę Wood dwieście dolarów za dzień śledzenia i zbierania dowodów zdrady jej małżonka. Ten ostatni za każde klepnięcie, które skutkowało wyraźnym jak cholera zdjęciem, zapłaci przy rozwodzie dużo więcej, ale to już nie było moją sprawą. Chociaż z przyjemnością prowadziłbym ją dłużej. Klienci nie wyłamywali drzwi w mojej agencji, toteż z nudów potraktowaliśmy trywialną rozwodówkę jak symulację sprawy najwyższej wagi - zmienialiśmy się na "ogonie" co trzy dni, a wolny czas traktowaliśmy jak wakacje. Yayot przesiadywał w bilardziarniach, Claude rwał dziewczyny jak porzeczki, a ja dusiłem się w saunach i nawijałem kilometry w basenach. Na szczęście Rem Wood nie siedział zbyt długo w jednym miejscu. Połączył przyjemne z pożytecznym i w dziewięć dni przemierzył odległość z Chicago do Flagstaff przez Iowę, Nebraskę, Kolorado, Nowy Meksyk, po drodze wizytując swoje filie i zabawiając się spontanicznie z Simą Cavendisch. Jego małżonka zaakceptowała wydatki naszej trzyosobowej ekipy i dorzuciła premię za pozytywny wynik. Praca była lekka, łatwa i nieprzyjemna. Ponieważ jednak dotychczas nie znalazłem dla siebie żadnej przyjemnej pracy, cieszyłem się przynajmniej z lekkiej i łatwej.

Flagstaff zaowocowało czterdziestoma zdjęciami, ostatnie sześć zrobiłem tu, w Kraterze Zgubionego Czasu. Razem - dwieście dziewięćdziesiąt sześć. Postanowiłem pstryknąć jeszcze dziesięć. Czułem, że jeśli nie dobiję do trzystu, Ariadna Wood nie omieszka wytknąć nam lenistwa. Na razie odwróciłem się od rozanielonego Rema przytulonego do boku Simy i wsparty o masywną barierkę, przyjrzałem się największemu skarbowi Time Exploring Company.

Jeśli wierzyć przewodnikowi, piętnaście lat temu jeżeli Flagstaff było w ogóle znane, to tylko z olbrzymiego meteorytowego krateru. "Odkryty w 1891 roku" - przeczytałem w ulotce - "rozpoznany w 1905, nazywany był Canyon Diablo. Inne nazwy to: Krater Meteorytowy, Krater Barringer, Coon Mountain, Coon Butte. Średnica przed piętnastu laty wynosiła 1207 metrów, a głębokość 174 metry. Swego czasu w jego wnętrzu, na obrzeżach oraz na otaczającej go pustyni znaleziono dziesiątki tysięcy odłamków meteorytu żelaznego o łącznej masie około 30 ton. Odłamki znajdowano również w odległości 10 km, co powinno dać wyobrażenie o sile uderzenia, które spowodowało powstanie krateru. Uczeni obliczyli, że prędkość, z jaką meteoryt uderzył o Ziemię, wynosiła około 11 - 30 km/s, a jego masę określono na 70 000 - 170 000 ton. Energia była olbrzymia..." Może i tak, lecz krater, choć jeden z większych na świecie, nie ściągał tu zbyt wielu turystów. Po prostu dziura, duża dziura. Może nawet największa, ale tylko dziu-ra!

Piętnaście lat temu Orth A. Hoertl zaczął opowiadać swoim najbliższym, że potrafi spowolnić czas. Omal nie trafił do czubków. Przestał gadać, przygotowywał się dwa lata, przymierzał się, szlifował argumenty i czekał. W końcu zaatakował. Napadł na kilka zamożnych osób, proponując wspólne hamowanie czasu. Jednym z zaatakowanych był Mosered Goldleaf, który uwierzył w brednie Hoertla, i to był początek TEC-u, czyli Imperium Spowolnionego Czasu. Goldleaf zainwestował w pomysł cały swój majątek i potrafił przekonać innych. Zakupił i znacznie pogłębił krater, tysiąc ludzi wylało kilka milionów ton najlepszego betonu, kilkanaście tysięcy ton ołowiu i innych metali... Szczegółowymi danymi już od godziny bombardował nas przewodnik. Powstała w ten sposób gigantyczna kula, w której czas biegł 3,086743 razy wolniej niż gdzie indziej, na przykład niż tu, gdzie ja stałem. Przewodnik widocznie zauważył, że ciągle orbituję po obrzeżu grupy, bo przysunął się bliżej i kontynuował z napiętą przeponą i lekkim wytrzeszczem oczu:

- ...samo uzwojenie tak zwanej cewki Hoertla pochłonęło tyle nadprzewodliwego, wykonanego ze specjalnych stopów przewodu, że moglibyśmy po nim dotrzeć do Księżyca i z powrotem! Zużycie hipertajnego stopu było rozliczone z dokładnością do dwóch setnych grama!

Każde zdanie kończył wykrzyknikiem. Na pewno była to cięższa praca niż moje śledzenie niczego nie podejrzewającego Wooda, mimo to wyglądał na bardziej zadowolonego niż ja. Imponowały mu gigantyczne, wielocyfrowe liczby: zużyta tu olbrzymia góra cementu, z którego można by wybudować małe albo i średnie miasto, oraz taka ilość wody, jaką mieści jedno z Wielkich Jezior, do tego tyle cynku, tyle tytanu, tyle polimerów, tyle... TYLE energii!!!

Ruszyłem wzdłuż barierki okalającej platformę widokową umieszczoną na specjalnie wybudowanym półwyspie, który wcinał się w kwadratowy plac o powierzchni dwa i pół na dwa i pół kilometra. Pośrodku placu wypiętrzał się olbrzymi bąbel, upiornej wielkości półkula pokryta błyszczącymi w słońcu brodawkami. Coś tam się pod nimi kryło, przewodnik mówił o tych pypciach czterdzieści minut, nie zdobył jednak moich uszu. Teraz szedłem po okręgu, zamierzając zajść Wooda z drugiej strony, by uwiecznić na zdjęciu jego dłoń polerującą spódniczkę na biodrze Simy. Pstryknąłem dwa razy i wtedy rozległ się długi, przenikliwy świergot, a przewodnik, niczym koń po mocnym razie palcatem, podskoczył i ryknął:

- Teraz zobaczą państwo efekt Hoertla! Proszę do mnie! Proszę!

Sima pisnęła i wyrwała się z objęć Rema. Ruszył za nią, ja zostałem jeszcze chwilę, przyglądając się wzniesionym bezpośrednio na placu, poniżej poziomu półwyspu, budynkom, skąd co jakiś czas wychodzili strażnicy. Stały tam trzy wozy z pracującymi wciąż silnikami i pełną obsadą w środku. Wziąwszy pod uwagę zasieki, rowy, autostrażnice i ludzi w mundurach, było to jedno z efektywniej strzeżonych miejsc, jakie znałem.

Niedbałym krokiem dołączyłem do grupy.

- Firma Tayco dostarcza zegarki do pokazu, który za chwilę państwo zobaczą - przewodnik starannie modulował głos. - Specjalny wózek ze stumetrowym wysięgnikiem zanurzy zegarek tylko na obrzeżu strefy Hoertla, ale to już wystarczy, by państwo zobaczyli, jak to działa. Zegarek będzie tam minutę i na własne oczy ujrzą państwo, co później wskaże - uśmiechnął się obiecująco.

W polu widzenia pojawił się długi wózek. Odjechał od platformy na jakieś trzydzieści metrów, zatrzymał się i zaczął wysuwać w naszą stronę teleskopowy wysięgnik. Na jego końcu wisiał niewielki elektroniczny zegarek wskazujący tę samą godzinę co kilka umieszczonych na platformie dużych zegarów ulicznych.

- Zapamiętajmy dokładną godzinę! - wrzasnął przewodnik.

Nawet mnie udzieliło się pewne napięcie. Rem zapomniał o Simie, czym ta nie wydawała się zaniepokojona. Wózek przejechał tymczasem dwieście metrów, zatrzymał się i wysunął wysięgnik. Zamarł w bezruchu. Zamarła również cała grupa - jakby było to zaraźliwe.

- Proszę państwa - przerwał ciszę przewodnik dramatycznym donośnym szeptem wzmocnionym przez mocną aparaturę. - Wysięgnik nie może bardziej zbliżyć się do kuli, ponieważ działa tam sieć czujników uruchamiających działka laserowe. Nic bowiem nie może zakłócić działania strefy. Niewidzialna kopuła z wycelowanych we wszystkie strony luf chroni kulę. - Nabrał powietrza. - W ciągu sześciu lat działania TEC-u zanotowano tu osiem prób samobójstwa. Trzy udane! Niestety, nasi agenci nie zdążyli przechwycić desperatów. Ale oto wraca wózek! - wpadł w entuzjastyczny ton. - Jeszcze chwila!

Sima zacisnęła kciuki i w najwyższym podnieceniu zabębniła pięściami po ramieniu Wooda. Na wszelki wypadek klepnąłem się w lewą część klatki piersiowej, choć wątpiłem, by takie zdjęcie spodobało się pani Wood. Wózek uniósł wysięgnik i podsunął go pod nos stojącym obok przewodnika turystom.

- No i co tu mamy?! - zapiał facet w mundurze TEC-u. - Na wszystkich zegarkach jest siedemnasta trzydzieści siedem i czterdzieści dwie sekundy. W tej samej chwili na naszym znakomitym zegarku Tayco była siedemnasta trzydzieści siedem i prawie dwie sekundy. Znaczy to, że zegarek po minucie obecności w strefie Hoertla zgubił czterdzieści i trzy dziesiąte sekundy! Kto nie wierzy, może sprawdzić! - Wskazał ręką płyty zegarów wyświetlających aktualny czas, czas zegarka Tayco i odpowiednie działania matematyczne potwierdzające jego słowa.

Wykonałem całą serię zdjęć Simy radośnie całującej Rema, jakby to on siłą woli zmienił wskazania chronometru, i sięgnąłem do kieszeni po papierosy. W tej samej chwili ktoś głośno pisnął. Ponad barierką mignęły szczupłe nogi w przeraźliwie jaskrawych pończochach. Rzuciłem się do barierki i roztrąciłem tłum piszczących kobiet i bełkocących bez sensu mężczyzn. Młoda dziewczyna, uczestniczka naszej wycieczki, podnosiła się właśnie z betonu i lekko kulejąc biegła w stronę kuli. Wyszarpnąłem z kieszeni "aparat słuchowy", wcisnąłem wraz z okularami w ręce jakiejś kobiecie i skoczyłem w dół. Dziewczyna wyprzedzała mnie o czterdzieści, pięćdziesiąt metrów. Miałem drugie tyle, aby ją zatrzymać, potem zaczynało się oddziaływanie strefy Hoertla. Biegłem, jakby mnie ścigało stado wygłodniałych bloodhoundów; gdzieś z boku usłyszałem przeraźliwy wizg syreny i wycie silnika pracującego na najwyższych obrotach.

Odstęp między mną i dziewczyną zmniejszał się, ale już wiedziałem, że nie mam szans jej dogonić. Wrzasnąłem coś i nagle, jakby ten krzyk podciął jej nogi, potknęła się i szeroko machając rękami wykonała kilka nieregularnych susów, starając się utrzymać równowagę. Upadła jakieś dwa metry przed grubą czerwoną krechą wyrysowaną na betonie. Mała torebka trzymana przez cały czas w ręce dużym łukiem poszybowała do przodu i w chwili gdy rzutem ciała przybiłem podrywającą się na nogi dziewczynę, ta właśnie torebeczka znalazła się za linią, na której straż pełniły sterowane komputerami lasery. Krótki błysk na krzywej balistycznej wykreślanej przez torebkę oznaczył koniec jej istnienia. Dziewczyna szarpnęła się kilka razy, lecz nie miałem większych kłopotów z utrzymaniem jej.

Zapiszczały opony, otoczyły nas wysokie buty strażników TEC-u. Kilka rąk poderwało nas oboje z gładkiego czystego betonu. Dziewczynę błyskawicznie umieszczono w samochodzie. Nie zdążyłem nawet przyjrzeć się jej twarzy. Mignął mi tylko mały cwany nosek i intensywnie błękitne oczy. Z drugiego auta wyskoczył mężczyzna w cywilnym ubraniu i sprężystym krokiem podszedł do grupy składającej się ze mnie i przytrzymujących mnie trzech strażników. Wyciągnął rękę, strzepnął palcami, a kiedy strażnicy mnie puścili, pochwycił i uścisnął moją dłoń.

- Serdecznie panu dziękujemy - przedłużył o kilka sekund ceremonię potrząsania, pamiętając zapewne o kamerze wycelowanej w nas z okien jego wozu. - Uratował pan tę dziewczynę od śmierci, a nas od kłopotów, bo choć każdy ze zwiedzających podpisuje znane panu oświadczenie, to... - machnął ręką. - Zapraszam do biura.

Skinąłem głową, zrobiłem krok, by pójść za nim, i poczułem coś pod butem. Okazało się, że to mały notesik w twardej okładce z wtopionym zdjęciem niedoszłej samobójczyni. Pod spodem biegł rządek literek tworzących jej imię i nazwisko. Chyba.

Zanim przeczytałem dane, jeden ze strażników wyrwał mi z ręki notesik i podał cywilowi. Ten wsunął go do kieszeni, po czym zapraszającym gestem wskazał swój wóz. Wsiadłem i umościwszy się wygodnie, spróbowałem wyrównać wentylację płuc, wykonując kilka głębokich wdechów. Nie rozmawialiśmy w trakcie jazdy, dopiero gdy znaleźliśmy się w pokoju, cywil gestem głowy skierował mnie do fotela, a sam na chwilę odwrócił się tyłem, zasłaniając sobą szafkę. Dopiero gdy łyknęliśmy, powiedział:

- James Creal. Dowódca tej kohorty - uniesionym ku górze kciukiem zatoczył w powietrzu koło.

- Owen Yeates. Urlopowicz.

- Ma pan niezły refleks - przeszedł do rzeczy.

- Tak - potwierdziłem.

- Tak - powtórzył, lecz nieco innym tonem.

Chwilę słuchaliśmy ciszy, potem ktoś zapukał do drzwi, a gdy Creal szczeknął krótko, do pokoju wsunął się jeden ze strażników, podał szefowi mój "aparat słuchowy", mruknął mu coś na ucho i wyszedł bez salutowania. Creal położył zdobycz na biurku.

- Po co urlopowiczowi taki aparacik? - zapytał przymilnie.

Dopiłem whisky i westchnąłem. Z drugiej kieszeni na piersi wyjąłem licencję i rzuciłem Crealowi. Musnął ją okiem, przeniósł spojrzenie na mnie.

- Ma pan przeglądarkę? - spytałem.

Stuknął palcem w blat biurka, rozbroił aparat i mały krążek wcisnął w szczelinę odsłoniętego kompa. Szybko przeleciał zawartość, wyjął krążek z terminalu i podał mi razem z aparatem.

- Prywatne zlecenie, sprawa rozwodowa - wyjaśniłem, chowając aparat i zapalając papierosa.

- Przecież widzę - powiedział łagodnie. - Kilku facetów w tym kraju zawdzięcza mi wolność, a kilka żon majątek - zabrał butelkę i przysiadł się do mnie. Nalał. - Na starość się ustatkowałem. Ale czasem... - uniósł brwi i pokiwał głową.

Wypiłem darmochę i plasnąłem dłonią w oparcie fotela. Kiwnąłem brodą w stronę biurka, gdzie wciąż leżała moja licencja. Creal bez słowa podniósł się i zwrócił mi ją.

- A ta dziewczyna? - zapytałem.

Wrócił do biurka, postukał w klawiaturę. Przeczytał odpowiedź z monitora.

- Bonnie Le Fay z Duluth - wzruszył ramionami. - Mieliśmy już tu kilka takich pieprzniętych dupek. Albo jakieś, proszę ciebie, ekoloaktywne, co to im strefa powiększa dziurę w niebie, albo fundamentalistki religijne, co nie chcą, żeby ludzie oszukiwali Boga. - Wzruszył ramionami i niedbale trzasnął w klawisz.

Gdy wstawałem, płyta maskująca zasłoniła już pulpit terminalu. Podałem mu rękę i skierowałem się do drzwi. Na korytarzu przejął mnie jeden ze strażników, uśmiechnął się i poszedł pierwszy. Po rozgrzanym betonie dotarliśmy do drzwi w podstawie platformy, z której kwadrans temu skakałem, i pomaszerowaliśmy jasno oświetlonym korytarzem, który wyprowadził nas na placyk, gdzie największą atrakcją było dwa i pół tysiąca zegarków umieszczonych w trzech olbrzymich gablotach. Wszystkie oczywiście spóźniały się o czterdzieści i trzy dziesiąte sekundy.

- Nie bał się pan? - zapytał nagle mój przewodnik. - Jeszcze trochę i... - skierował kciuk w niebo.

- Bez przesady! - prychnąłem. - Zatrzymałbym się za kilka metrów. Jeszcze nie zwariowałem. Gorzej byłoby z nią. Jakby się nie wywróciła... Bo ja już zaczynałem hamowanie.

Strażnik jakoś dziwnie zerknął na mnie, chyba się lekko uśmiechnął. Chwyciłem haczyk.

- Ile u was, we Flagstaff, kosztują dwie butelki Johnny'ego Walkera? Standardowego, trzydzieści pięć procent?

Nie wiem - zaciął mnie prawidłowo, zgodnie z poradnikiem dla wędkarzy i detektywów, którym ktoś chce coś sprzedać.

Już byłem na haku, zostało mu tylko holowanie, żadnego podbieraka, z ciekawości sam byłem gotów się oskrobać, wypatroszyć, obtoczyć w jajku i mące i wskoczyć na rozgrzaną patelnię.

- Za ile to "nie wiem"?

- Za dwadzieścia.

Poszukałem w kieszeni i złożyłem w kostkę dwudziestkę.

- To pozorantka - poinformował mnie strażnik i wyszczerzył zęby. Staliśmy już przy bramie, wystarczająco jednak daleko, by nikt nas nie usłyszał. - Mieszka chyba w hotelu "By-Eddy". Co jakiś czas popełnia samobójstwo. Zawsze tuż przed czerwoną linią się wywraca i udaje nam się ją uratować. Ma szczęście! - mrugnął.

Skląłem w duchu własną ciekawość, dzięki której pozbyłem się dwudziestki. Podałem strażnikowi rękę, zgrabnie przejął banknocik i przybił do daszka. Przynajmniej tyle, za dwie dychy dostałem salut. Skinąłem dłonią i wyszedłem z terytorium TEC-u.

Mój wóz stał na początku parkingu. Zanim dotarłem tam, przypomniałem sobie, że "By-Eddy" mijałem po drodze ze swojego hotelu do Krateru Zgubionego Czasu. Jeszcze ruszając, rozważałem ewentualność wstąpienia do tej Bonnie i wytargania jej za włosy, potem rycersko przyznałem w duchu, że winna jest nie ona, lecz moja chorobliwa ciekawość. Minąłem "By-Eddy Hotel" obojętnie, kasując całe zajście z pamięci. Wydało mi się to najlepszym wyjściem.

Zmieniłem zdanie dopiero kilka godzin później.

 

Rozdział drugi

Dobrze po piątej, mając za sobą prawie godzinę sam na sam z tenisowym autotrenerem i tyle samo w wannie z gorącą wodą, wróciłem do pokoju. Wycierając włosy, poszedłem w kierunku balkonu, na którego progu potknąłem się o porzucone w nieładzie buty. Czasem zdarza się, że informacja dociera do mnie jak przez budyń. Tym razem też dopiero po minucie obserwowania kąpiących się w basenie klientów uświadomiłem sobie, że z moimi butami jest coś nie tak. Złapałem je i usiadłem na łóżku. Chwilę lustrowałem ich wierzchy, potem obejrzałem podeszwy. Do lewej przykleił się kawałek gumy do żucia, a do gumy złoty owalny wisiorek. Powierzchnia owalu była nieźle poharatana, ale nawet na pierwszy rzut oka były widoczne inicjały: B.L.F. Oderwałem wisiorek od gumy. Kiedy w łazience obmyłem blaszkę, odkryłem dwa niewielkie brylanciki na drugiej stronie i pęknięcie na uszku.

Wróciłem do pokoju i ubrałem się. Lubię jasne sytuacje. Ta była aż nadto jasna. Los wyraźnie wskazał palcem uratowaną przeze mnie samobójczynię, a już wiele razy się przekonałem, że ilekroć trzepnę los po palcach, tylekroć w rewanżu zwija je w pięść i wali mnie, gdzie popadnie. Nie ryzykowałem więc. Zadzwoniłem do Claude'a, później do Yayota. Żaden nie odebrał. Jadąc do "By-Eddy Hotel", nagrałem dla nich polecenie zbiórki o dziesiątej u mnie, umieściłem komunikat w poczcie z wysokim priorytetem. Dojechałem na miejsce w niecały kwadrans.

- Halo, panienko - uśmiechnąłem się promiennie do młodego rudzika za pulpitem recepcji. - Któż to zmusza cię do pracy w tak piękny wieczór?

- Może ojciec sam to panu powie? - zaakcentowała słowo "ojciec".

Cmoknąłem i oblizałem wargi. Wciągnąłem powietrze przez zęby.

- Szukam Bonnie Le Fay. Mieszka u was.

- Mieszkała - odpowiedziała spokojnie.

- A kiedy się wyprowadziła?

- A nie udzielamy informacji o klientach! - odparła takim tonem, że nie ulegało wątpliwości, iż miała tę kwestię na końcu języka od samego początku rozmowy.Nie ulegało też wątpliwości, że skoro już weszła w rolę tak pryncypialną, to i dziesięciodolarowy banknot nie skruszy murów jej zasad.

Sięgnąłem do kieszonki, wyjąłem wisiorek i pokazałem jej stronę oznaczoną inicjałami.

- Nie jest to bardzo cenna rzecz, ale nie kosztuje też stówy ani dwóch. Chcę go zwrócić właścicielce. - Dziewczyna wpatrywała się we mnie uważnie. Westchnąłem. - Zgubiła to dzisiaj w Canyon Diablo - tłumaczyłem cierpliwie. - Sprawdziłem na liście zwiedzających, tylko ona ma takie inicjały, a ktoś z wycieczki tu mieszka i widział ją. Nie rozumiem, dlaczego pani tak strzeże niewinnej informacji...

- Wyprowadziła się dwie godziny temu, i to na zawsze - odparła wolno. - I nie wiem dokąd - dodała tonem wskazującym na zakończenie rozmowy.

- Ma tu jakichś znajomych?

Zastanawiała się chwilę, czy powiedzieć, po czym drugi raz w ciągu kilku minut złamała swoje zasady.

- W "Charley Crabs" gra na perkusji Mike Skinner. Widywałam ich razem - rozłożyła dłonie gestem kaznodziei i opuściła je na pulpit kompa.

- Eeeech... - bąknąłem. - Same kłopoty. - Skubnąłem nos w rozterce. - Może umówimy się tak: pojadę do tego Skinnera, a pani zostawię swój adres, może Bonnie się odezwie.

Położyłem wizytówkę przed nią. Nie poruszyła się, lecz gdy będąc już za drzwiami, odwróciłem się, zobaczyłem, jak przesuwa ją obok czytnika memoretki. Zauważyła moje spojrzenie i odwróciła się ostentacyjnie.

Pojechałem do "Charley Crabs" drogą obsadzoną gęsto jak aleja parkowa informacjami o cudzie XXI wieku. Gdybym chciał przeczytać przynajmniej jedną trzecią informacji o TEC-u i Kraterze Zgubionego Czasu, musiałbym wysiąść i walić na piechotę. I to powoli. Na szczęście przewodnik przekazał mi wystarczającą porcję wiedzy, dużo również zobaczyłem, może nawet za dużo, prowadziłem więc ręcznie, nie zjeżdżając na pasy sterowane przez komputer, jak robiła większość kierowców. Mogli dzięki temu spokojnie sycić się wiedzą z przydrożnych ekranów.

Po piętnastu minutach wjechałem do Flagstaff i kierowany wskazówkami miejskiego komputera odnalazłem "Charley Crabs". Miał trzy piętra i kształt litery L, balkony na całej długości wszystkich pięter, a na dachu cały szereg mocnych lunet, zapewne do obserwacji kopuły Największej Bańki Świata Hoertla. Oświetlonej w nocy tak, że Las Vegas zgrzytało zębami z zawiści.

Obszedłem krótszy bok hotelu i znalazłem wejście służbowe. Musiałem przemierzyć spory odcinek korytarza, zanim natknąłem się na drobniutką Mulatkę, która poinformowała mnie, gdzie mogę znaleźć Mike'a Skinnera, i nie pytając o nic odeszła. Przez resztę drogi do sali prób zastanawiałem się, czy mógłbym wyżyć, pracując jako pokojówka. Zabrakło mi kilku metrów, by dojść do jakichś wniosków. Pchnąłem drzwi do sali.

Wiedziałem, że to on. Otoczony paroma metrami sześciennymi aparatury półleżał w fotelu z głową wpasowaną w dwie stereoszyny i kiwał się w rytm niesłyszalnej dla mnie muzyki. Pociągnąłem nosem, lecz nie wyczułem zapachu hajcu, co kłóciło się z moim wyobrażeniem o muzykach. Podszedłem bliżej, by trącić zasłuchanego perkusistę, zobaczywszy jednak, że ma otwarte oczy, kłapnąłem kilka razy szczęką. Zrozumiał, bo pstryknięciem w sterownik wyłączył multifoniczną aparaturę, a siadając, ruchem karku strząsnął szyny.

- Mike Skinner, jak sądzę?

- Tak, panie Stanley.

Każdemu dźwiękowi wydobywającemu się z jego gardła towarzyszył lekki szurgot, jakby ktoś powłóczył nogami, chodząc po dnie basenu. Z tą chrypą mógłby być niezłym odtwórcą starych bluesów.

- Zna pan może Bonnie Le Fay? - Wyjąłem paczkę golden gate'ów i wyciągnąłem w jego stronę. Wziął jednego, poczekał na ogień, dopiero potem skinął głową. Czekał na następne pytania. - Wie pan, gdzie mogę ją znaleźć?

- Nie.

- A będzie ją pan widział w najbliższym czasie?

- Nie.

Niewielu ludzi nazwałoby to ożywionym dialogiem. Wypuściłem strugę dymu w stronę sufitu.

- Dzisiaj znalazłem ten wisiorek. - Wyjąłem z kieszeni złote cudeńko i pokazałem Mike'owi. - To jej?

- Uhu.

- Chcę jej zwrócić, ale wyprowadziła się z hotelu.

- Kim pan jest, Stanley? - zapytał, wypinając się z kilku przewodów.

- Proszę - wyjąłem z kieszeni licencję i pokazałem mu. - Bonnie zupełnie mnie nie obchodzi, znaczy jako obiekt. Spotkałem ją przypadkowo w tym waszym kraterze. Chcę tylko oddać jej wisiorek albo niech pan jej odda - wzruszyłem ramionami.

Wstał i przysiadł na usianym klawiszami pulpicie. Trzymał papierosa w ustach, lekko przechylając głowę, by dym omijał oczy. Zastanawiał się chwilę. Skrzyżował ramiona na piersi.

- Co robiła w kraterze?

- Była służbowo. Popełniała tak zwane samobójstwo.

Kiwnął głową i otworzył usta, lecz w tej samej chwili odezwał się melodyjny gong, przebiegając przez cały szereg głośników.

- Może pan poczekać pięć minut? Muszę dograć perkusję do dzisiejszego występu.

Gdy kiwnąłem głową, wskazał duży fotel nieco z boku, po czym nie zwracając już na mnie uwagi, usiadł w swoim i odwrócił się do panelu. Klawisze, przyciski, potencjometry i wskaźniki różnego rodzaju mogłyby śmiało obsłużyć prom księżycowy. Zapadłem w fotel.

Skinner chwilę manipulował jakimiś wichajstrami. Pulpit się rozjarzył. Miałem ochotę zacząć odliczanie, gdy z kilkunastu kolumn popłynęła muzyka. Skinner chwilę trwał nieruchomo, potem delikatnie przesunął fotel i położył palce na klawiaturze perkusji. Poruszył nimi i do subtelnej, harmonicznej melodii dołączyło kilka dźwięków punktujących rytm. Nie wiem, dlaczego byłem nastawiony raczej sceptycznie do Mike'a i jego umiejętności, teraz jednak w ciągu kilkunastu sekund musiałem zrewidować swoje poglądy. Znakomicie podkreślał kołyszący, śpiewny rytm, wyprowadzał z klawiatury własną melodię idealnie wplecioną w tę nagraną wcześniej. Pod koniec utworu miał półminutową brawurową solówkę.

Byłem pełen uznania. Powiedziałem mu to, gdy odsunął się od klawiatury i odwrócił do mnie. Podziękował skinieniem głowy.

- Wydawało mi się dotąd, że klawiperkusja to po prostu instrument dla leniwych muzyków - dodałem jeszcze.

Chyba zrozumiał, że mu nie kadzę, bo nagle uśmiechnął się szeroko i rzekł:

- Dasz jeszcze papierosa, to ci udowodnię, że myliłeś się w kilku punktach.

Rzuciłem mu paczkę. Mike skinął zapraszająco ręką i poszedł pierwszy. W dużo mniejszej sali znajdowała się standardowa perkusja i malutki pulpit, cztery kąty pomieszczenia zajmowały potężne kolumny. Skinner zapalił papierosa i oddał mi paczkę, usiadł na stołku za kotłem, wziął do ręki pałeczki. Zawirowały mu w palcach, puścił do mnie oko.

- Wciśnij start - powiedział.

Wykonałem polecenie. Chwilę trwała cisza, potem rozległ się krótki gwizd i nagle Skinner ruszył. Zaczął od prostego, monotonnego rytmu, stopniowo dodając do niego jakby uboczne, dodatkowe. Nie było to nic rewelacyjnego, czuło się jednak, że ten facet wie, co to jest break-machina w przeciwieństwie do tysięcy zafascynowanych klawiszami kolegów z branży. Do perkusji dołączyła muzyka z głośników i Mike zabrał się z pasją do roboty. Bez wątpienia był to utwór napisany specjalnie dla dobrego perkusisty, a on był dobry, pracował jak szalony, wszystkie cztery kończyny poruszały się niezależnie od siebie jakby sterowane przez komp, ale była to ludzka muzyka, której najlepsza maszyna nie jest w stanie podrobić. Stałem zafascynowany umiejętnościami chudzielca z wygoloną głową. Odpłynąłem na falach muzyki wydobywającej się spod pałeczek.

Dopiero kiedy skończył, nabrałem powietrza do płuc i długo je wypuszczałem. Mike w tym czasie, nie czekając na brawa, wyłączył odtwarzacz i podszedł do mnie.

- Marnuję się w tym hotelu, nie? - skrzywił się i przechylił głowę.

- Niewątpliwie.

Stuknął mnie palcem w pierś i pokazał drzwi za plecami. Wróciliśmy do pierwszej sali. Gdy usiedliśmy znowu w swoich fotelach, podrapał się po szyi.

- No? Co chcesz wiedzieć?

Wzruszyłem ramionami.

- Nic. Chciałem jej oddać wisior.

- Nie wiem, jak to zrobić. Cztery dni temu pożegnaliśmy się na dobre. Za obopólną zgodą. Zjedliśmy już siebie i trzeba było wytrzeć usta.

- Wiedziałeś, że pracuje dla TEC-u?

- Pewnie! - prychnął. - Nawet wprowadziła mnie kiedyś na swój pokaz. Niezły numer, nie? Kto chce, kiwa współobywateli w tym kraju, aż furczy. Szambo.

- A jak ona się tu znalazła?

- Chciała zostać dziennikarką. Kręciła się wokół TEC-u, bo tu jest najcieplej.

- W TEC-u? - pokręciłem głową. - Przecież o tym nie da się już napisać niczego nowego. Paru facetów zestarzało się, pisząc tylko o TEC-u i nieźle na tym zarabiając.

- Ona twierdziła, że można się jeszcze objeść. Wiesz, starała się dopchać do tych naukowców, którzy zostali wybrani do zamknięcia w kuli, ale oczywiście byli tak obsadzeni, że nie miała żadnych szans. TEC dobrze dba, by wyłączność miały te ich pieprzone gazety.

- Dość naiwnie podchodziła do tej roboty - mruknąłem.

- Aha. Tyle że miała, tak twierdziła, jeden atut. Był nim otóż facet, jeden z dwóch, który odmówił. On się nazywał... - uniósł oczy ku górze i cmoknął kilka razy. - Mmm... A! Bogg. Saul Bogg odmówił, nie zgodził się na przedłużenie swojego życia, a Bonnie wyżebrała u niego zgodę na wywiad. Napaliła się jak diabli, tyle że facet wziął i się zmył. I ta bidula od roku cały wolny czas i całą forsę puszczała na szukanie Bogga. Kiedy ją poznałem, obżerała się orzeszkami arachidowymi, nie mogła bez nich żyć, a gdy Bogg zniknął, rzuciła nawet to, żeby mieć więcej forsy, wiesz: detektywi, ogłoszenia w prasie, wycieczki po całych Stanach i tak dalej, i tak dalej. I nic z tego. Zero.

- A w domu, w Duluth? Może tam pojechała?

- Nie! - zaprzeczył. - Nie ma tam nikogo, ona jest sierotą.

Zerknąłem na zegarek. Wstałem i wyjąłem wisiorek. Podrzuciłem go na dłoni.

- To co? Zostawię ci go. Może wróci?

- Nie, nie! - Uniósł obie dłonie, jakby odgradzając się nimi od mojej propozycji. - Po pierwsze, ona mnie na pewno nie odwiedzi, a po drugie, wyjeżdżam, i to chyba do Eurazji. Nie mamy szans na spotkanie.

- Trudno. - Wrzuciłem wisiorek do kieszeni i podszedłem do Mike'a. - Żegnam i życzę powodzenia. Moim zdaniem zasługujesz na nie.

Uścisnął mi dłoń i niespodziewanie przytrzymał. Pociągnął nosem, spojrzał wymownie na moją kieszeń. Z teatralnym westchnieniem wyjąłem papierosy i wyszarpnąłem rękę, wciskając mu w zamian paczkę.

Na autostradzie włączyłem się do sieci i półdrzemiąc, popijając piwo, wróciłem do hotelu. Komp zameldował, że Yayot przyjął polecenie, a Claude nie odebrał dotychczas telefonu, ale było dopiero wpół do dziewiątej. Wisiorek wrzuciłem do walizki, po czym udałem się na basen. Widmo zwisającego brzucha było silniejsze od coraz częściej ogarniającej mnie gnuśności.

Kilka minut przed dziesiątą powitałem w pokoju Yayota Radera, a gdy tylko napełniliśmy swoje szklaneczki, zjawił się również Claude. Rozsiedliśmy się wygodnie w fotelach.

- To co? Skończyliśmy? - zapytał Claude. - Po wakacjach?...

- Ta... Mamy ponad trzysta zdjęć, z czego dziesięć procent wystarczyłoby do bezapelacyjnego rozwodu. Inkasujemy forsę... - wskazałem palcem pulpit kompa, Yayot wychylił się i postukał w klawisze, dokonując szybkiego rozliczenia - ...i żegnamy uroczą Ariadnę Wood. Ile?

- Trzynaście dni po dwie paczki plus premia to razem trzy tysiące trzysta osiemdziesiąt. - Claude klasnął trzy razy w dłonie.

- Nie wiem, czy nie cenimy się za nisko - z zadumą powiedział Yayot.

- Może Ariadna narai nam jakieś koleżanki spragnione wolności podbudowanej kilkoma milionami z kont eks-mężów?

- Na pewno. - Nalałem sobie i podałem butelkę Yayotowi. - Jutro wracamy do domu. Zaraz połączę się z klientką i umówię na rozliczenie. Tyle mam do was. Jeszcze jedno: jak wracamy?

- A nie uważasz, że twoje zarządzenie, byśmy zawsze jeździli osobno, nie dotyczy rozwódek? Przecież to bez sensu - mruknął Claude.

- Posłuchaj mnie, bączku. Zaczynasz dopiero kręcić się w tej branży. Pewne rzeczy muszą dziać się automatycznie, a to zdobywa się przez trening. - Nadałem twarzy miły wyraz. - Pewnie, że moglibyśmy mieszkać w jednym hotelu i wracać tym samym samolotem, ale jeśli mam jako szef mieć w przyszłości z ciebie pociechę, to muszę być kilku rzeczy pewien. Między innymi tego, że nie podejdziesz do mnie na ulicy i nie rykniesz na całe gardło: "Znowu kogoś śledzimy, Owen?" Sam mam na koncie kupę spraw zawalonych przez idiotyczne drobiazgi i przyrzekłem sobie, że wyeliminuję je, choćby nie wiem co. Dlatego będziemy się zawsze konspirować, nawet jeśli to czasem wygląda na kiepski kryminał. Nie ma więcej pytań? No to żegnam panów. Lecę jutro o dziewiątej piętnaście. Jeden z was może lecieć ze mną albo lećcie razem, byle nie wszyscy trzej tym samym lotem. Pa!

Dopili drinki i pożegnali mnie niedbałym skinieniem dłoni. Połączyłem się z Ariadną Wood bezpodsłuchowym kanałem. Poinformowałem ją o pomyślnym zakończeniu pracy, umówiliśmy się nazajutrz na drugą i oboje zadowoleni odłożyliśmy słuchawki. Zaraz położyłem się spać, by nie jeść kolacji, i nie miałem, niestety, żadnych proroczych snów.

 

Rozdział trzeci

Z masochistyczną przyjemnością powitałem swoje biuro. Niewiele zaznałem w nim radosnych chwil, lecz teraz, po dwóch tygodniach spędzonych w kilkunastu hotelach, na widok odkurzonej wykładziny, pustego blatu biurka i pulpitu kompa poczułem się rześko i przyjemnie. Niewątpliwie zasadniczą przyczyną dobrego humoru był fakt, że za chwilę miała tu się zjawić klientka i wypłacić ponad trzy tysiące baksów, dość pilnie potrzebnych i mnie, i moim pracownikom.

Zapaliłem fajkę, by aromatyczny dym przesłonił zapach pustki i nudy, przejrzałem pocztę, sprawdziłem rachunki i wyciągnąłem na blat "służbową" teczkę, której jedynym zadaniem było stwarzanie atmosfery pracy. Wyjąłem z niej kilka zdjęć i sześć stron notatek dotyczących ubiegłorocznej gonitwy o Puchar Pięciu Jezior, na stoliku położyłem dwie pancerty, które "pożyczyłem" ze znajomego posterunku, gdzie używają takich zabezpieczonych przed otwarciem kopert. Kładłem je czasem na stoliku w charakterze dekoracji, wyglądają bowiem szalenie profesjonalnie. I wzbudzają zaufanie. Co za kit!

Punktualnie o drugiej zaparzyłem kawę, a także łyknąłem z ukrytej w biurku butelki. Ludzie mają zakodowany w umyśle pewien stereotyp detektywa - naczelne miejsce w nim zajmuje oddech przesiąknięty whisky. Ariadna Wood nie odbiegała od stereotypu klientki wyposażonej w stereotyp detektywa. Nie zamierzałem sprawić jej zawodu. Tacy jak ona nie lubią się mylić.

Zadzwoniła do drzwi sześć po drugiej. Otworzyłem sam, z przyjemnością stwierdziłem, że od razu nieznacznie wciągnęła nosem powietrze i w jej oczach pojawiło się zadowolenie. Dobrze i miło jest mieć rację.

- Dzień dobry - wyminęła mnie zgrabnie i szybko dopadła fotela. - Rzeczywiście ma pan te zdjęcia?

Wróciłem do biurka i chwilę milczałem. Potem położyłem przed nią wyjętą z pancernej kasety szyfrową kopertę, którą schowałem tam kwadrans wcześniej.

- Ponad trzysta zdjęć i szczegółowy raport. Nie daje to pani mężowi żadnych szans.

- Chcę zerknąć - zażądała.

- Oczywiście.

Wsunąłem kopertę do kieszeni kompa, odwróciłem ekran w stronę klientki i podałem jej sterownik.

Rzetelnie przejrzała całą dokumentację, choć już po kilku sekundach oczy jej rozbłysły i dostrzegłem w nich zapowiedź kilkucyfrowych alimentów. Wyłączyła komp, zwróciła mi sterownik.

- Kod? - rzuciła.

- Koperta otwiera się na hasło: trzy tysiące trzysta osiemdziesiąt. Łatwe. Tyle jest mi pani winna.

Długą chwilę patrzyła mi w oczy, starając się, bym zauważył, jak mną gardzi.

- Niech pan przekoduje na cztery tysiące - powiedziała wolno. - Nie mam pamięci do tak trudnych liczb! - Odchyliła się w fotelu i zadowolona założyła nogę na nogę.

Kleistym spojrzeniem przejechałem po kończynach Ariadny Wood. Wyjąłem kopertę z kompa i posunąłem po blacie w jej stronę.

- Niestety - powiedziałem. - To koperta jednorazowa. Nie do przekodowania. Nie będę jej marnował, kosztowała mnie czterdzieści trzy centy. Proszę - wstałem i wskazałem jej klawiaturę kompa.

Dyskretnie usunąłem się do okna i poczekałem chwilę, aż pani Wood, JESZCZE pani Wood, przeleje na moje konto wskazaną kwotę. Zrobiła to, trzaskając w klawisze ostentacyjnie głośno.

- Już! - syknęła.

Zanim się odwróciłem, była przy drzwiach. Obrzuciła mnie jeszcze pełnym politowania spojrzeniem i wyszła. Teraz już dla własnej przyjemności wypaliłem fajkę i wypiłem dwa razy po dwa łyczki whisky. Półleżąc w fotelu z rękami za głową, zakotwiczyłem spojrzenie na suficie. Kilka minut minęło na jałowych rozmyślaniach, potem przyszedł Claude. Zerknął na ekran wciąż wyświetlający ostatnią operację i uwalił się w fotelu.

- Wakacje - stwierdził i wsypał do ust garść maincornu.

- Wakacje mieliśmy - przypomniałem mu. - Teraz mamy rutynową nudę.

Pozbierałem do teczki "dokumentację", by czekała na następnych klientów, schowałem pancerty. Z troską spojrzałem na Claude'a. Czoło pokryła mi sieć zmarszczek. Kilka sekund zmarnowałem na przeszukiwanie kieszeni.

- Znajdź w Duluth Bonnie Le Fay i wyślij jej ten wisiorek - rzuciłem mu złoty owal. - To znaczy, jeśli będzie w domu.

- Może pojadę tam? - skrzywił się błazeńsko.

- Na własny koszt, proszę bardzo.

- Eee...

- Masz dwa dni wolnego, tylko zostaw komputerowi namiar. Spływaj - wykonałem dłonią znany od stuleci gest.

Podniósł się i skierował do drzwi. W połowie drogi zastopował.

- A jak tam nasza klientka? - zapytał przez ramię.

- Zadowolona. Szczególnie że poznała się na mnie.

- Nie znudził cię ten numer?

- Dlaczego mam nie sprawić człowiekowi przyjemności? Mnie to nic nie kosztuje.

- A Yayot?

- To samo, urlop. Zaraz do niego zadzwonię.

- No to... - chwilę myślał - ...chyba wszystko.

I wyszedł.

Ziewnąłem. Z nudów kopnąłem odkurzacz i dziesięć minut obserwowałem, jak snuje się po pokoju. Partię szachów z kompem przerwałem po czterech ruchach, choć wcale jeszcze nie przegrywałem.

W biurze wytrzymałem do piątej. Wyszedłem, trzaśnięcie drzwiami pozwoliło nieco się wyładować. Poziom cieczy w zostawionej w biurze butelce spadł o trzy palce, ale była to jedna z dwóch czy trzech rzeczy, które mnie nie martwiły - w domu też miałem co nieco.