1
Steven
Ostatni dzień przed wyjazdem na studia był najlepszym w moim życiu. Nie żeby wydarzyło się coś szczególnego. Nie wygrałem na loterii ani nie obudziłem się nagle, wyglądając jak ten gość, który gra Supermana. W sumie nawet nie robiłem tego dnia niczego nadzwyczajnego (co zakrawa na ironię, jako że posiadam supermoce). Po prostu poszedłem ze znajomymi do knajpy i miło spędziłem czas.
Choć faktem jest, że jeszcze rok temu nie mogłem sobie pozwolić nawet na uśmieszek w miejscu publicznym, jeśli nie chciałem spowodować biblijnego kataklizmu czy skręcić komuś karku. Moje moce wywołują objawy przeciwne do emocji, które odczuwam. Totalny nokaut, gdy człowiek dorasta i sterują nim hormony. Nadal zresztą muszę uważać. Tania obrączka nastroju, z którą się nie rozstaję, nieustannie przypomina mi, jak bliski jestem katastrofy nuklearnej. Obracam ją na palcu i wczuwam się myślami we wszystkie skrawki emocji, które w niej umieściłem. Ostatnio jest tam znacznie więcej szczęścia.
Bo czemuż by nie? Życie stało się całkiem znośne. Lato spędziłem z moimi ulubionymi ludźmi, leżąc na plaży. Teraz siedzimy w knajpie Tipsy Frog w centrum miasta na ostatnim wspólnym piwie. Dosłownie jednym ostatnim piwie, bo Freya musi jeszcze po raz dziewiąty zmienić plan podróży, Troy idzie wieczorem na kolację ze swoją ciocią, a ja wciąż nie jestem spakowany. Ale nie mam spiny. Wrzucę wszystko do pudeł i po sprawie. Jest niedziela, w barze panuje spory ruch, mimo to Freya zajęła dla nas boks w rogu, dosiadając się do starszej pary, którą dość szybko spłoszyliśmy.
Patrzę, jak Freya z Troyem wracają do stolika, ostrożnie niosąc nasze napoje. Freya, wyglądająca w oversizowym wełnianym swetrze i berecie jak ludzkie wcielenie syropu dyniowo-korzennego, stawia na stole różowe wino dla siebie i duże piwo dla Marcusa. Nie pojmuję, jak on może to pić. Dlaczego, kiedy dorastałem, nikt mi nie powiedział, że piwo smakuje jak bąki? Na widok Troya usta rozszerzają mi się w uśmiechu Kota z Cheshire. W tej koszuli w czerwono-czarną kratę wygląda jak drwal z kalendarza dla gejów. On również posyła mi swój świecący uśmiech o mocy tysiąca gigawatów, podając butelkę owocowego cydru, i znów, po raz milionowy, muszę się uszczypnąć, bo nie mogę uwierzyć, że on naprawdę jest moim chłopakiem. On wybrał mnie.
Często zastanawiam się dlaczego. Jestem chudy jak szczapa i muszę uważać, żeby przypadkiem nie okaleczyć kogoś postronnego swoimi mocami, gdy się całujemy. Z pewnością istnieją lepsze partie ode mnie. Z drugiej strony w takim małym miasteczku jak Dorset maturzysta gej rzeczywiście może mieć ograniczone pole manewru. Na szczęście za każdym razem, gdy wpadam w tę króliczą norę, wystarcza jedno spojrzenie na jego niedorzecznie przystojną twarz i po prostu cieszę się, że miałem farta. Wiecie, darowany koń, zęby i tak dalej.
- Mieli tylko truskawkę z limonką - wyjaśnia Troy i czyta etykietę na swojej butelce. Zawsze zamawia do picia to samo co ja, urocze. - O rety! Sam cukier. Następnym razem zamówmy whisky albo coś.
- Nie! - protestuję trochę zbyt gwałtownie. Po tym, jak ostatnim razem piłem whisky, lizałem się z geriatrycznym wampirem. Więc jakby trochę się zraziłem.
- A Marcus dalej w toalecie? - dziwi się Freya, przeciskając się do swojego miejsca na okrągłej kanapie.
- Taa. Na pewno ci to nie przeszkadza? W sensie, że on tu jest? - dopytuję.
- Już ci to tłumaczyłam. Oficjalnie wciąż jesteśmy razem. Nasze zerwanie uprawomocni się dopiero jutro, kiedy wyjedziemy.
Przewracam oczami, starając się jak najlepiej sparodiować ją samą. Marcus będzie studiował w Sheffield, a Freya jedzie ze mną i Troyem do Londynu. Uznali więc, że to za duża odległość, i postanowili się rozstać na co najmniej rok, żeby oboje mogli zaznać "prawdziwego życia studenckiego". Czyli robić głupoty bez obawy, że to drugie poczuje się zranione. Co w teorii wydaje się rozsądne. Natomiast w praktyce zerwali ze sobą trzy miesiące temu i całe lato trwali w jakimś dziwacznym stanie zawieszenia między obojętnością i chłodem a przywieraniem do siebie, jakby któreś z nich było umierające. Heterycy, jak już się przekonałem, bywają męczący.
- Tak czy inaczej, dziś status naszego związku jest bez znaczenia - ciągnie niezrażona moim spojrzeniem. - Świętujemy ostatni wspólny wieczór jako Czwórka z Grunsby.
- Czwórka z Grunsby? - Prawie dławię się cydrem. - Chryste, kobieto! Kiedy ustaliliśmy tę nazwę?
- A co? Nie podoba ci się? - pyta niewinnie.
- Pomijając fakt, że nieomal staliśmy się ofiarami naukowych eksperymentów jakiegoś szaleńca, Grunsby to dziura! - Odruchowo sięgam ręką do siwego pasma na swojej głowie. To pożegnalny prezent i pamiątka po tym, jak prawie wyssano ze mnie życie. - Nie wydaje mi się, że powinniśmy być w jakikolwiek sposób kojarzeni z tym miejscem. - Patrzę na Troya, szukając w nim wsparcia.
- A mnie się podoba - stwierdza. Zdrajca. - Kojarzy się z grupowymi popisami tych czworga dzieciaków z komiksów o Holmesie.
- No wiesz, Troy. Mógłbyś przynajmniej zaprosić mnie na kolację, zanim zaproponujesz zabawy grupowe. - Freya udaje bliską omdlenia, a Troy się czerwieni. Bo mój mierzący metr dziewięćdziesiąt napakowany chłopak mieszkający w Wielkiej Brytanii od roku nadal rumieni się na każdą wzmiankę o najdrobniejszym podtekście erotycznym. I wzdryga się, kiedy powiem "cholera" albo cokolwiek innego, co według niego jest "brzydkim słowem". Jak mówię, jest uroczy i mam wrażenie, że być może nawet go ko...
NOPE.
Emocję, która bulgocze mi w brzuchu, szybko wpycham do obrączki, będącej moją puszką. Zerkam na swoje dłonie, ale nie świecą (to byłby pierwszy sygnał, że nadciąga manifestacja). Widocznie w porę ją złapałem. Za każdym razem, gdy porusza się we mnie coś, co choćby mgliście przypomina to uczucie, muszę je natychmiast stłumić. Co prawda, kiedy ostatnim razem pozwoliłem mu dojść do głosu, rozbroiłem psychopatycznego porywacza usiłującego zrobić ze mnie szczura laboratoryjnego. Ale prawie go przy tej okazji zabiłem, wysysając z niego energię. Więc lepiej nie wywoływać wilka z lasu.
- Wszyscy niemal tam zginęliśmy! - wzburzam się.
- Racja. Ale tam również nauczyłeś się kontrolować swoje moce - przypomina mi Freya.
To prawda. Gdyby nie zeszłoroczna wycieczka do Grunsby-on-Sea, nigdy nie spotkałbym jego i nie nauczyłbym się trzymać na wodzy swoich manifestacji. Moich psikusów.
Na potwierdzenie słuszności jej stwierdzenia wypuszczam z puszki wąską strużkę przechowywanej w niej odrazy. Dłoń świeci mi na zielono, a kieliszek Frei uwalnia się z jej uścisku i pędzi do mnie.
- Prawie to na siebie wylałeś! - rzuca ze złością i wyrywa mi go z powrotem.
- Pfff! Proszę cię! Wiem, co robię.
To również jest prawda. Mam za sobą cały rok treningu. Głównie ćwiczę przyciąganie pilota, żeby nie musieć wstawać z kanapy, i wrzucanie papierowych kulek do śmietnika. I poza jednym incydentem, gdy akurat zapomniałem założyć obrączki, od czasu Grunsby nie wywołałem żadnej większej katastrofy. Żadnych epickich burz z piorunami ani lejów krasowych czy przypadkowo spowodowanych zgonów...
NOPE.
Tym razem nie jestem dość szybki i dłoń zaczyna mi spowijać czarna smuga. Butelka cydru, którą wciąż trzymam, rozbłyskuje jasno i wszyscy w knajpie odwracają się w moją stronę. Kurde! Zasysam tę manifestację, ale ciut za późno. Wszyscy się gapią. Właśnie dlatego akurat tego wspomnienia nigdy nie przywołuję. Poczucie winy to emocja trudna do przechwycenia. Poza tym nigdy nie ma dobrego momentu na wyznanie swojemu chłopakowi i najlepszej przyjaciółce, że się przypadkiem zabiło człowieka, całując go na imprezie w zeszłym roku. Ten temat jakoś nigdy nie wypływa w naszych rozmowach.
- Wszystko w porządku? - niepokoi się Freya, a oczy ma wielkie jak talerze.
- Taa. Tylko się zamyśliłem - odpowiadam, ledwie poruszając wargami i wzrokiem wiercąc dziury w swoich kolanach. Czuję się jak typ z westernu, który wchodzi do saloonu, gdzie wszyscy zastygają i taksują go spojrzeniami. Zażenowany.
Kątem oka dostrzegam, że Freya marszczy czoło. Wie, jak działają moje moce i które uczucia je wywołują. Wie, że mam coś na sumieniu.
Na szczęście przed przesłuchaniem ratuje mnie Marcus, który opada ciężko na krzesło dostawione do małego narożnego boksu, w którym siedzimy. Jest wysoki i ciemnoskóry, a kędzierzawe włosy związał z tyłu, odsłaniając przystojną twarz. Od czasu Grunsby nie jest już takim fiutem jak dawniej. Przestał nawet nazywać mnie Steviem. Dalej bez przerwy kłócą się z Freyą, ale sakramentalne: "Nigdy więcej się do mnie nie odzywaj" częściej zostaje zastąpione: "Nie bądź upierdliwy/upierdliwa. Ochłoń i wróć za pięć minut". Pod pewnymi względami będzie mi go brakowało. Mam wrażenie, że stanowi przeciwwagę dla impulsywnych skłonności Frei.
- Co mnie ominęło? - zagaja, nie dostrzegając, że wszyscy się na mnie gapią. Tępy jednak jak był, tak pozostał.
- Freya chce nas nazwać Czwórką z Grunsby - wyjaśnia Troy, odwracając uwagę ode mnie. Pod stołem ściska moją rękę. Mówię wam, to anioł.
- Chyba żartujesz. Brzmi jak cover band.
- Dziękuję - przytakuję i podnoszę wzrok. Ludzie powoli wracają do przerwanych rozmów, dzięki Bogu.
- Masz inny pomysł? - Freya natychmiast atakuje Marcusa.
- Nie.
- Otóż to! Zatem Czwórka z Grunsby.
- Ale po co nam nazwa? - Marcus kręci głową.
- Bo musimy jakoś nazwać grupę na WhatsAppie. - Freya odblokowuje telefon i zaczyna pisać w tempie serii z automatu. Serio, gdyby tak się nie uparła na kryminalistykę, zrobiłaby zawrotną karierę w stenotypii.
- To my mamy grupę na WhatsAppie? - dziwi się Troy.
- Halo. A jak inaczej będziemy się wkurzać niekończącymi się strumieniami memów? Gotowe. Założyłam grupę i w profilowe wrzuciłam jedyne zdjęcie z tamtego wyjazdu, które nie pochodzi z upiornego laboratorium.
Sprawdzam w swoim telefonie i rzeczywiście. Zostałem dodany do czatu o nazwie Grupowe zabawy/Czwórka z Grunsby. Zdjęcie grupy to selfie, które Freya zrobiła nam, kiedy wracaliśmy do domu czerwonym kabrioletem. My z Troyem trzymamy się za ręce z tyłu, ona wygina się na miejscu pasażera, a za kierownicą siedzi Marcus z lekko skonsternowaną miną. To był rzeczywiście wspaniały dzień. Poobijani i zmęczeni, ale wciąż trzymając się na nogach, opuściliśmy to zapomniane przez Boga miasteczko.
Czuję, jak zalążek uśmiechu parzy mnie w kąciki warg, i wpuszczam w obrączkę falę szczęścia. Od tamtego momentu wszystko jest tak, jak być powinno. Jestem w stanie żyć jak człowiek. Dopuszczać do siebie emocje. A wszystko zaczęło się właśnie w tamtej chwili. Ściskam Troya za rękę i wychylam się, żeby go pocałować w policzek. Od kilku dni się nie golił, więc twarz ma szorstką i przyciemnioną, ale mnie się to podoba.
- Skarbie, jesteś pewna, że to dobry pomysł? - zastanawia się Marcus, obejmując Freyę ramieniem. - Wiesz, zakładanie grupy, skoro mieliśmy...
- Jasne, że tak, młotku. Nawet jeśli zerwaliśmy albo rozjeżdżamy się na różne uczelnie, to chcę, żebyśmy trzymali się razem. To, przez co wspólnie przeszliśmy, to po prostu... - Wzdycha. - Wiecie, o co mi chodzi?
Ja wiem. Wszyscy wiemy. Grunsby zmieniło nas na lepsze i powinniśmy pozostać w kontakcie. Kurde, gdybyśmy mieli prywatne numery młodszej agentki Wren albo koordynatorki terenowej Fareborn, to je też byśmy zaprosili do grupy.
Jak to mówią, skoro nie możesz ich pokonać, to się do nich przyłącz.
- Za Czwórkę z Grunsby! - ogłaszam uroczyście i podnoszę butelkę.
- Za Czwórkę z Grunsby! - wtórują pozostali, stukając się ze mną szkłem.
Chciałbym, żeby dało się przedłużać chwile w wieczność. Zatapiać je w żywicy, aby nigdy się nie zmieniały. Gdyby istniał taki sposób, wybrałbym właśnie ten moment. Nas czworo, beztrosko spędzających razem czas. Tuż zanim nasze życie zmieni się bezpowrotnie.