Overemotional - David Fenne

Kup ebooka

43.99 zł
32.99 zł (25,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Ste­ven

Dzień, w któ­rym pierw­szy raz po­ca­ło­wa­łem chło­paka, był naj­gor­szym w moim ży­ciu. W jed­nej chwili cze­kam w ko­lejce do ubi­ka­cji na gó­rze, na do­mówce pod ha­słem "hurra, za­li­czy­li­śmy pierw­szy ty­dzień prób­nych ma­tur", a w ko­lej­nej idę do sy­pialni z kom­plet­nie ob­cym czło­wie­kiem i za­czy­namy się ca­ło­wać.

I wtedy wy­bu­chła mu głowa.

W sen­sie, do­słow­nie eks­plo­do­wała. By­łem w stroju zom­biaka, który spo­rzą­dzi­łem z po­dar­tych ciu­chów, a Freya spry­skała mnie sztuczną krwią. Wiem, prze­bra­nie mało ory­gi­nalne, ale po­zwa­lało ukryć praw­dziwą krew.

Boże. Praw­dziwa krew.

I co niby mia­łem zro­bić? Wy­ja­śnić po­li­cji, że przy­pad­kiem wy­sa­dzi­łem ko­muś głowę? By­łem cho­ler­nie nie­ostrożny. Moje moce od ja­kie­goś czasu się na­si­lały, ale są­dzi­łem, że jedną im­prezę wy­trzy­mam. Że zdo­łam za­pa­no­wać nad emo­cjami. A te­raz one... za­biły czło­wieka. Ja za­bi­łem czło­wieka. Zro­bi­łem więc to, co każda sie­dem­na­sto­let­nia cho­dząca bomba ato­mowa zro­bi­łaby na moim miej­scu.

Ucie­kłem.

Po­bie­głem do domu, spa­ko­wa­łem się i bie­głem da­lej. Okej, po dro­dze zda­rzyły się też ja­kieś au­to­busy, ale i tak śmiem twier­dzić, że tu nikt mnie nie znaj­dzie. Grunsby-on-Sea: ofi­cjalne za­du­pie za­du­pia.

Mu­szę prze­stać o tym my­śleć. Nie mogę być zbyt emo­cjo­nalny. Gdy tylko so­bie na to po­zwa­lam, dzieją się... różne rze­czy. To dość skom­pli­ko­wane. Wszyst­kie moje uczu­cia ma­ni­fe­stują się w spo­sób dziwny i prze­ra­ża­jący. Nie je­stem w sta­nie być szczę­śliwy, nie po­wo­du­jąc nie­szczę­ścia. Jakby wszech­świat sprzy­siągł się prze­ciwko mnie i bez prze­rwy mi pła­tał okrutne psi­kusy. Sta­ram się go nie kar­mić. Sta­ram się nic nie czuć.

Dla­tego je­stem sam.

Nie mam kogo krzyw­dzić. Dla wszyst­kich bę­dzie le­piej, je­śli zo­stanę sam i będę trzy­mał emo­cje (i ich prze­klęte ma­ni­fe­sta­cje) pod kon­trolą.

Wła­śnie się obu­dzi­łem, mimo że jest już je­de­na­sta. Mó­wię "obu­dzi­łem", cho­ciaż tak na­prawdę chyba w ogóle nie spa­łem. Moje ciało było wy­czer­pane dźwi­ga­niem i prze­no­sze­niem pu­deł, ale umysł nie chciał się wy­łą­czyć. Każ­dej nocy w kółko od­twa­rzam w my­ślach tamtą im­prezę - i od­głos przy­po­mi­na­jący strze­la­jący ko­rek od szam­pana. Nie pa­mię­tam, kiedy ostatni raz prze­spa­łem cią­giem osiem go­dzin.

Na­rzu­cam na sie­bie ja­kieś ubra­nia i idę do kuchni. Wkła­dam chleb do opie­ka­cza, włą­czam czaj­nik. Kuch­nia jest wstrętna, ale nie dla­tego, że jest brudna. Bo nie jest. Gdy tylko po­czuję naj­drob­niej­szy cień od­razy, cały brud i kurz lecą do mnie, jak­bym był ludz­kim od­ku­rza­czem. Chyba przy­cią­gam to, co mnie obrzy­dza. Dość prak­tyczne, je­śli cho­dzi o utrzy­ma­nie po­rządku w miesz­ka­niu, ale zmy­wa­nie tego z sie­bie to męka. Więc nie, kuch­nia jest wstrętna, bo nie re­mon­to­wano jej od 1954 roku. Ta­peta w gę­sty kwia­towy wzór od­cho­dzi od ścian, a ró­żowa farba, którą po­ma­lo­wano wów­czas szafki, łusz­czy się i od­pry­skuje. Nie zdzi­wił­bym się, gdyby całe miesz­ka­nie było z azbe­stu.

Za­sta­na­wiam się, czy nie na­zwać sie­bie emo­mantą. To ma sens. Pi­ro­manci w ma­giczny spo­sób pa­nują nad ogniem, a ne­kro­manci spro­wa­dzają zmar­łych z za­świa­tów - przy­naj­mniej w Dun­ge­ons and Dra­gons, czy jak to tam szło. Więc emo­manci po­sia­dają su­per­moce emo­cjo­nalne. Wiem, brzmi, jak­bym te­raz mu­siał ufar­bo­wać włosy na czarno i za­cząć no­sić pro­cho­wiec, ale jak to ina­czej na­zwać? Emo chyba już i tak prze­stali ist­nieć - śmier­telne ofiary lat dwu­ty­sięcz­nych. By­łem za młody, żeby się za­ła­pać, cho­ciaż pa­mię­tam, z ja­kim na­masz­cze­niem star­szy brat Frei pro­sto­wał so­bie włosy w tam­tym cza­sie.

Woda się za­go­to­wała i wsy­puję do kubka ły­żeczkę kawy roz­pusz­czal­nej (marki wła­snej su­per­mar­ketu, na­pój sma­kuje, jakby ktoś zmie­lił górną war­stwę gleby). Nie ufam so­bie na tyle, żeby pić co­kol­wiek lep­szego. Dwa ty­go­dnie temu skosz­to­wa­łem dy­nio­wej latte i wy­bi­łem wszyst­kie okna na głów­nej ulicy. Ale kawa była pyszna, to fakt. Wspo­mnie­nie ostro-słod­kiego na­poju mi­mo­wol­nie wy­peł­nia mi usta i za­raz chleb pło­nie w opie­ka­czu, a wo­kół mo­jej ręki za­czyna mi­go­tać żółte świa­tło.

Su­per.

Cho­ciaż spa­lony tost może z ko­lei ozna­czać, że dziś bę­dzie sło­neczny dzień. Ale znowu słońce może mnie wpra­wić w do­bry na­strój, przez co w cen­trum Grunsby za­pad­nie się zie­mia...

Za­trzy­muję po­tok my­śli. Na­uczy­łem się tego z apli­ka­cji do me­dy­to­wa­nia. Nie je­stem pe­wien, czy ob­da­rzeni su­per­mo­cami na­sto­lat­ko­wie są ich grupą do­ce­lową, ale u mnie to działa. Wy­obra­żam so­bie biel i nic wię­cej. I zwy­kle wszystko się wy­rów­nuje. Żad­nych my­śli, żad­nych emo­cji, żad­nych psi­ku­sów. Na­zy­wam je tak, bo cu­kier­kami by­wają rzadko.

Pró­buję ze­skro­bać spa­loną war­stwę z grzanki, ale cała jest zwę­glona. Moje psi­kusy ostat­nio wy­dają się po­tęż­niej­sze i częst­sze. Daw­niej wy­wo­ły­wały je tylko wy­jąt­kowo silne emo­cje, a i to nie za­wsze, bo jed­nak były mię­dzy nimi spore od­stępy czasu. A te­raz pal­ców mi nie star­cza, żeby zli­czyć te, które tra­fiają mi się jesz­cze przed lan­czem.

My­śla­łem, że praca od­wróci moją uwagę i po­może za­pa­no­wać nad psi­ku­sami. No i przy­da­łoby mi się tro­chę gro­sza. Kiedy przy­je­cha­łem do Grunsby-on-Sea, ja­kiś ty­dzień temu, pró­bo­wa­łem być bar­ma­nem w pod­upa­da­ją­cej knaj­pie o na­zwie Lazy Co­ugh. Wszystko ogar­nia­łem, do­póki nie przy­szło bab­sko w śred­nim wieku i nie po­pro­siło o Porn Star Mar­tini. Ktoś w ogóle wie, co to jest? Baba za­częła się wy­dzie­rać, że mi­le­nialsi to "śmier­dzące le­nie, któ­rym się zdaje, że wszystko im się na­leży", mimo że uro­dzi­łem się już w tym ty­siąc­le­ciu, więc w ży­ciu nie no­si­łem ru­rek. A tej się gęba nie za­my­kała. Czu­łem, jak psi­kusy we mnie bul­go­czą, jak kar­mią się moją zło­ścią, aż nie wy­trzy­ma­łem i ka­za­łem jej się za­mknąć.

To wtedy zro­zu­mia­łem, że moja złość ma­ni­fe­stuje się jako strach in­nych lu­dzi. Wszy­scy wy­bie­gli z knajpy prze­ra­żeni, jak­bym przy­pro­wa­dził lwa w cha­rak­te­rze wspar­cia emo­cjo­nal­nego. Do­sta­łem do­ży­wotni za­kaz wstępu na te­ren lo­kalu i ka­zano mi się cie­szyć, że nie we­zwali po­li­cji.

Od tam­tej pory je­stem roz­ła­do­wy­wa­czem stat­ków na przy­stani. To ciężka fi­zyczna praca, ale przy­naj­mniej nie mu­szę my­śleć. Ani mar­twić się o uczu­cia. Za­ska­ku­jące, jak nie­wiele emo­cji bu­dzi usta­wia­nie skrzy­nek i dźwi­ga­nie pu­deł.

Jak do­tąd żad­nych psi­ku­sów.

Przy za­kła­da­niu bu­tów pieką mnie tri­cepsy, a ja­kieś mię­śnie na ple­cach, któ­rych po­sia­da­nia nie by­łem świa­dom, zgrzy­tają ni­czym za­rdze­wiałe zę­batki. Je­śli nie za­biją mnie psi­kusy, zrobi to mój kom­pletny brak kon­dy­cji przy wspar­ciu pracy fi­zycz­nej. Dla­czego tak rzadko za­glą­da­łem na si­łow­nię? Ta w na­szym li­ceum była dar­mowa dla dwóch ostat­nich klas, ale za bar­dzo się wsty­dzi­łem, żeby tam cho­dzić. Co, gdy­bym sta­nął na or­bi­treku ty­łem do przodu i wszy­scy by się śmiali? Ktoś mógłby mnie na­grać i skoń­czył­bym na Tik­Toku. Freya na przy­kład uwiel­bia oglą­dać fil­miki, na któ­rych lu­dzie ro­bią so­bie krzywdę. Sam z ra­do­ścią po­śmiał­bym się dla od­miany z cu­dzego nie­szczę­ścia. Ale mój wy­buch śmie­chu może wy­wo­łać bu­rzę z pio­ru­nami albo spra­wić, że ja­kaś sta­ruszka po­śli­zgnie się i zła­mie bio­dro.

Nie wiem, czy są ja­cyś inni lu­dzie, któ­rzy mają tak jak ja. A je­śli są, to czy spra­wiają, że gdy są szczę­śliwi, dzieją się do­bre rze­czy, czy też są wy­bra­ko­wani? Cie­kawe, czy po­tra­fią... dać upust swoim "na­sto­let­nim żą­dzom", nie wy­wo­łu­jąc tor­nada.

Mnie się nie udało.

Do­sze­dłem, wyj­rza­łem za okno i zo­ba­czy­łem, jak szopa są­sia­dów fruwa, jakby miała za mo­ment spaść na Złą Cza­row­nicę ze Wschodu. Z po­czątku nie po­łą­czy­łem tych fak­tów. Moje moce do­piero się roz­wi­jały, a dło­nie jesz­cze nie świe­ciły róż­nymi ko­lo­rami. Do­piero gdy doj­rze­wa­nie na do­bre roz­bu­jało we mnie hor­mony, za­czą­łem wi­dzieć ślad znisz­cze­nia, jaki się za mną cią­gnął. Trzę­sie­nia ziemi, ude­rze­nia pio­ru­nów - je­stem prze­ko­nany, że wy­wo­ła­łem na­wet epi­de­mię świń­skiej grypy w na­szym hrab­stwie, wa­ląc ko­nia w szkole.

My­ślę, że by­łem naj­bar­dziej sfru­stro­wa­nym sek­su­al­nie na­sto­lat­kiem, jaki kie­dy­kol­wiek stą­pał po tej pla­ne­cie. Na­uczy­łem się prze­stać o tym my­śleć. I to działa. Dzia­łało, do­póki ko­leś, któ­rego do­piero co po­zna­łem, mnie nie po­ca­ło­wał, a ja nie spra­wi­łem, że jego głowa eks­plo­do­wała jak doj­rzały pryszcz.

Ale nie tylko seks daje taki efekt. Zda­rzają się też inne psi­kusy, w za­leż­no­ści od tego, co czuję. Czę­sto wy­stę­pują pa­rami, jako swoje prze­ci­wień­stwa, a im sil­niej­sza emo­cja, tym sil­niej­szy psi­kus. No­szę w kie­szeni ta­kie krót­kie ze­sta­wie­nie, żeby nie za­po­mnieć. To moja ściąga. Zo­sta­wi­łem w niej kilka wol­nych okie­nek, bo mam wra­że­nie, że co parę mie­sięcy roz­wi­jam no­wego psi­kusa. Cał­kiem nie­dawno we­pchną­łem ka­brio­let w ścianę ka­mie­nicy, bo go po­dzi­wia­łem.

Kie­dyś ży­łem nor­mal­nie, a spo­ra­dyczne ma­ni­fe­sta­cje igno­ro­wa­łem. Dziś nie mam tego luk­susu. Mogę je­dy­nie spró­bo­wać nic nie czuć. Ro­bić, co do mnie na­leży, i być sku­teczny jak ma­szyna, być tro­chę pa­sa­że­rem we wła­snym ciele. Ale to na­prawdę nie­ła­twe. I za każ­dym ra­zem, gdy choć na mo­ment opusz­czę gardę, dzieje się coś strasz­nego.

W tym mo­men­cie chcę tylko prze­stać czuć.

W kurtce i bu­tach wy­ła­niam się ze wstręt­nej kap­suły czasu, którą wy­naj­muję, i od razu do­staję po twa­rzy li­sto­pa­dową mor­ską bryzą. Zima nad mo­rzem jest szcze­gól­nie okrutna. Wiatr jest chłod­niej­szy niż gdzie­kol­wiek in­dziej i nie­sie sól, która szo­ruje po po­licz­kach jak ję­zyk kota.

Grunsby-on-Sea to dziura. Po czę­ści wła­śnie dla­tego po­sta­no­wi­łem tu przy­je­chać: kie­ro­wany nie­ja­snym al­tru­izmem. Je­śli sam będę się mę­czył, to może ko­muś in­nemu nie przy­da­rzy się nic złego. To miej­sce gó­ro­wało we wszyst­kich ran­kin­gach naj­gor­szych miejsc do ży­cia na Buz­z­Fe­edzie i wy­grało w ple­bi­scy­cie na naj­bar­dziej przy­gnę­bia­jące mia­sto w Wiel­kiej Bry­ta­nii. Choć gruns­bia­nie ra­czej tego nie od­no­to­wali. Zresztą, pew­nie nie za­wsze tak to tu­taj wy­glą­dało. W la­tach czter­dzie­stych to mo­gła być atrak­cyjna miej­sco­wość wy­po­czyn­kowa. Można było za­bie­rać dzieci na plażę, a w ko­szyku mieć ka­napki i piwo im­bi­rowe, jak w po­wie­ści Enid Bly­ton. Dziś je­dy­nymi przy­jezd­nymi są chyba ekipy fil­mowe po­szu­ku­jące naj­po­sęp­niej wy­glą­da­ją­cych miejsc w An­glii i emo­manci ucie­ka­jący przed wy­mia­rem spra­wie­dli­wo­ści.

W pew­nym mo­men­cie ja­kaś opty­mi­styczna du­sza pró­bo­wała oży­wić na­brzeże, ma­lu­jąc wszystko na ró­żowo: po­rę­cze, bu­dynki, stare znisz­czone molo. Oczy­wi­ście po­tem nikt o to nie dbał, bo wszystko w tym mie­ście jest po­pę­kane i złusz­czone od mor­skiego po­wie­trza. Na­wet lo­kalna perła w ko­ro­nie, ho­tel Grand Re­ga­lia, który obec­nie ofe­ruje go­ściom "ko­lo­rowy te­le­wi­zor w każ­dym po­koju", wy­gląda jak przy­pa­dek ostrej eg­zemy. Jego bryła, sto­jąca za­raz obok roz­kle­ko­ta­nego dia­bel­skiego młyna, gó­ruje nad roz­wa­la­ją­cym się mo­lem ni­czym po­sta­po­ka­lip­tyczny po­twór w stylu art déco. Do tego upior­nego lu­na­parku chyba nikt już nie przy­cho­dzi i trudno się dzi­wić. Każdy ro­dzic, który z wła­snej woli przy­pro­wa­dziłby tu dziś swoje dziecko, miałby na karku opiekę spo­łeczną szyb­ciej niż mewę w swo­ich fryt­kach.

Jedno, co w Grunsby-on-Sea jest do­bre, to to, że nikt tu się na cie­bie nie gapi. To ide­alne miej­sce, żeby się ukryć i unik­nąć nie­wy­god­nych py­tań. Mo­żesz spo­koj­nie pójść do lo­kal­nego skle­piku i kom­plet­nie nikt nie zwróci na cie­bie uwagi.

A skoro o tym mowa, na­cią­gam koł­nierz kurtki, żeby za­sło­nić usta, i ru­szam w dół wzgó­rza.

*

Sprze­dawca wita mnie burk­nię­ciem, gdy wście­kłe pi­ka­nie otwar­tych drzwi ogła­sza moje przy­by­cie. Mam wra­że­nie, że tylko ja tu za­glą­dam, choć nie­trudno zro­zu­mieć dla­czego. Szyba w drzwiach jest szczel­nie okle­jona skraw­kami pa­pieru, a na nich wid­nieją: "za­kaz wstępu dzie­ciom", "za­kaz gło­śnych roz­mów", "za­kaz oglą­da­nia", "za­kaz wstępu sta­rusz­kom" oraz "za­kaz ko­rzy­sta­nia z te­le­fonu".

Kie­ruję w stronę męż­czy­zny nie­po­radny uśmiech i chwy­tam ko­szyk. W tym skle­pie, po­dob­nie jak w ca­łym mie­ście, czas się za­trzy­mał. Na pół­kach leżą smęt­nie wy­bla­kłe pu­dełka de­li­cji. Wy­glą­dają, jakby ich ter­min przy­dat­no­ści upły­nął, za­nim się uro­dzi­łem. Biorę z półki bu­telkę, za­kła­da­jąc, że w środku jest pepsi - ety­kietę po­krywa tak gruba war­stwa ku­rzu, że trudno po­wie­dzieć. Prze­su­wam po niej kciu­kiem i oto pa­trzy na mnie przy­stojny męż­czy­zna ze sporą nad­wyżką żelu we wło­sach. To naj­wy­raź­niej pił­karz re­pre­zen­ta­cji z mi­strzostw świata w 1998. Nie, że­bym miał ja­kie­kol­wiek po­ję­cie o piłce, choć tata nie szczę­dzi wy­sił­ków, aby to zmie­nić.

Cie­kawe, co te­raz ro­bią ro­dzice. Wy­je­chali na cały mie­siąc do Ma­drytu do mo­jego wujka. Po­wie­dzieli, że chcą mi za­pew­nić "spo­kój do na­uki" przed próbną ma­turą, ale je­stem nie­mal pe­wien, że chcieli się po pro­stu po­opa­lać w li­sto­pa­dzie. Te­raz są pew­nie ko­loru gar­bo­wa­nej skóry i na­wet im nie przy­szło do głowy się o mnie po­mar­twić. Za to na pewno mar­twi się o mnie Freya. Przy­jaź­nimy się od szó­stego roku ży­cia. Z dru­giego końca placu za­baw wy­pa­trzyła moje pu­dełko na ka­napki z Bena 10, po­de­szła do mnie pew­nym kro­kiem i za­żą­dała wspól­nej za­bawy. Po­tem nie­mal każdą prze­rwę obia­dową po­świę­ca­li­śmy na prze­mie­nia­nie się w ko­smi­tów i ra­to­wa­nie świata. Freya na stałe za­do­mo­wiła się w moim ży­ciu, poza kil­ku­mie­sięcz­nym epi­zo­dem w siód­mej kla­sie, kiedy uzna­li­śmy, że się nie­na­wi­dzimy. Jest na tym sa­mym pro­filu co ja, ale nie mamy ra­zem żad­nych za­jęć. Mó­wię jej o wszyst­kim... No, pra­wie.

Ostat­nio - czyli za­nim sta­łem się zbie­giem - za­nu­dzała mnie naj­bar­dziej in­tym­nymi szcze­gó­łami swo­jej re­la­cji z no­wym chło­pa­kiem, Mar­cu­sem.

Bu­cem.

Ni­gdy wcze­śniej nie zda­rzyło mi się ko­goś znie­lu­bić od pierw­szej chwili. Bez prze­rwy daje mi do zro­zu­mie­nia, że jest ode mnie znacz­nie mą­drzej­szy, bo już mu za­pro­po­no­wali sty­pen­dia na po­li­tech­ni­kach. Typ umie na­pra­wić wła­ści­wie wszystko. Co jest tur­bo­iry­tu­jące. "Ste­vie, źle to ro­bisz...", "Ste­vie, ja zda­łem na prawo jazdy za pierw­szym ra­zem...", "Ste­vie, je­stem dup­kiem, który ma bi­cepsy i sa­mo­chód...".

Nie­któ­rzy uwa­żają, że je­stem za­zdro­sny, ale to na­prawdę nie o to cho­dzi. Freya jest dla mnie jak sio­stra - przy­naj­mniej tak mi się wy­daje, bo nie mam ro­dzeń­stwa. Ale spo­koj­nie można po­wie­dzieć, że na­sza re­la­cja za­wsze była czy­sto pla­to­niczna. My­ślę, że pewne rze­czy łą­czą lu­dzi na za­wsze. I, naj­wy­raź­niej, ga­nia­nie po po­dwórku i uda­wa­nie ko­smicz­nych mo­tyli unie­ru­cha­mia­ją­cych od­de­chem to jedna z tych rze­czy. Boże, ależ mi jej bra­kuje...

Re­flek­tuję się, ale moż­liwe, że za późno. Ga­pię się na swoje palce w na­dziei, że nic się nie sta­nie, ale oczy­wi­ście wła­śnie się staje. Wo­kół mo­jej dłoni po­ja­wia się słaba żółta aura, która trza­ska jak ogień w ko­minku. Ma­ni­fe­stuję szczę­ście. Na ze­wnątrz niebo ciem­nieje i tuż nade mną roz­lega się grzmot. Na zie­mię spa­dają dłu­gie, ostre jak szpady strugi desz­czu, a silny wiatr szarp­nię­ciem otwiera drzwi sklepu.

Biorę z półki mleko i płacę w po­śpie­chu, sprze­dawca jest zbyt za­afe­ro­wany na­głą ulewą, żeby do­strzec moje lśniące dło­nie. Z tru­dem za­my­kam drzwi, od­wra­cam twarz w stronę bu­rzy i z mo­zo­łem czła­pię z po­wro­tem pod górę.

Kiedy do­cie­ram do za­rdze­wia­łych scho­dów, pro­wa­dzą­cych do mo­jego miesz­ka­nia, naj­gor­sze mi­nęło, ale i tak je­stem kom­plet­nie prze­mo­czony. Dla­czego nie za­bra­łem kurtki z kap­tu­rem? Nie mia­łem za wiele czasu do na­my­słu. Na oślep po­wrzu­ca­łem do torby, ile się dało, i wy­bie­głem, za­nim ktoś by za­uwa­żył. Za­nim ktoś by mnie za­trzy­mał, a mó­wiąc "ktoś", mam na my­śli...

- Freya!

Przed mo­imi wą­skimi znisz­czo­nymi drzwiami nie­mal cał­kiem su­cha pod okropną pa­ra­solką z żabą stoi młoda ru­do­włosa ko­bieta. Jej strój sta­nowi sko­or­dy­no­wany chaos over­si­zo­wych weł­nia­nych ele­men­tów i ja­skra­wo­ró­żo­wych ka­lo­szy, a włosy są upięte na czubku głowy w sta­ran­nie uło­żony nie­chlujny kok.

- No do­bra, Percy. Co trzeba zro­bić, żeby do­stać tu coś do pi­cia?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki