Prolog
Prolog
Wycinają najsłabszych brańców, żeby nie opóźniali pochodu. - Starszy, odziany jak Saracen lekkozbrojny podniósł się znad trzech przysypanych już pustynnym pyłem ciał, dwóch mężczyzn i wyrostka, wokół których ściemniała kałuża posoki, i spojrzał na templariusza. - Prędko idą, do rzeki spieszą - dodał. - Wiedzą, że za nią dla nich już bezpiecznie.
Mówił poprawnie w języku Franków, jednak z arabskim akcentem, właściwym chrześcijańskim maronitom1.
- Jak szybko możemy ich dojść, Jakubie? - zapytał templariusz.
- Tak jak teraz ciągną, to w porze ich wieczornej modlitwy. Nasze konie są wypoczęte, a oni jasyru prowadzą ze dwie setki...
- Czyli Orontes przejdą o świtaniu - zauważył drugi zbrojny, odziany w barwy hrabiów Trypolisu. Był to mężczyzna szczupły i średniego wzrostu, chociaż przy ogromnym templariuszu praktycznie każdy wydawał się niski.
- Jako rzekliście, bajlifie2 - potwierdził maronita. - Po zmroku przeprawiać się nie będą, a i nie wiedzą, czy pościg za nimi idzie. Seldżucy3 to szczwane plemię, spieszą się, jak mogą.
- Ruszajmy, wiemy dość - rzucił świątynnik.
Templariusz, a za nim bajlif i turkopol, wspięli się na niewielki, porośnięty zeschłą trawą, kamienisty pagórek, na którym czekała reszta oddziału. Było ich w sumie pięćdziesięciu konnych, w tym siedmiu rycerzy Świątyni, ich lekkozbrojni i turkopole oraz oddział z Chastel Bois pod wodzą tamtejszego marszałka. Senior tego zamku nie uznał za stosowne przyłączyć się do pościgu, ale dał dwudziestu konnych sierżantów4. Do tego tuzin zbrojnych bajlifa, w takich jak i on czerwono-żółtych barwach Trypolisu.
Templariusz, który - co niedziwne - dowodził tym naprędce zorganizowanym pościgiem, wydał krótką komendę i jego zbrojni ruszyli trójkami. Za nimi podążyła reszta. Poszli lekkim kłusem, by nie męczyć koni, sprawnie, bo, jak to na pograniczu, nie pierwszy raz ruszali w taką pogoń.
Milczą, bo nie wiedzą, kto żyw zobaczy wieczór - pomyślał bajlif. - A i to, że ścigają setkę grasantów konnych, zbrojnych i do wojny nawykłych, też im nastroju nie poprawia. Dobrze jednak, że ten brat Tybald i jego świątynnicy są tutaj, bo ludzie seniora sami niczego by nie dokazali, a i mnie łatwiej będzie coś zdziałać w mojej sprawie. Z tuzinem zbrojnych, nawet tak doświadczonych jak moi, przeciwko zagonowi Seldżuków nie wskórałbym wiele.
Po niedługim czasie u podnóża wysoczyzny, po której ciągnęli, zobaczyli kolejne ciała, a kawałek dalej następne. Najsłabsi płacili życiem za pośpiech rozbójników.
Wczesnym popołudniem templariusz dał sygnał na popas. Zjechali w niewielką kotlinę, świątynnicy wystawili straż, w cichości pomodlili się zgodnie z regułą i każdy spożył, co miał w jukach. Templariusze robili to w milczeniu, ludzie z zamku wśród nerwowych szeptów, zbrojni bajlifa - chyłkiem i sprawnie.
Marszałek z zamku, człowiek jeszcze młody, podszedł do bajlifa.
- A owo widzicie, panie Rogerze, jak to mnisi od nas się separują. Dumni, jakby im dzidy w tyłki powtykali - syknął. - Za lepszych się mają.
Bo i są lepsi - pomyślał bajlif - ty byś, marszałku, żadnej szansy nie miał w tej pogoni. Głośno jednak rzekł:
- Cóż, panie marszałku, wiadoma to rzecz, że templariusze są o sławę zawistni, ale tak mi się zdaje, że w tym pościgu każdy będzie mógł o uznanie powalczyć.
Ruszyli ponownie, w miarę sprawnie, bo ludzie marszałka ociągali się, jednak po chwili uformowali się na powrót i udając, że nie widzą pogardliwych spojrzeń templariuszy, dołączyli do reszty.
Krajobraz zmieniał się. Jałowe pagórki zaczęły się zmniejszać i zdawało się, że chylą się na jedną stronę. Był to znak, że zbliżali się do rzeki, do Orontesu.
Przeciągnęli jeszcze ze dwie ligi5, gdy Jakub Maronita, prowadzący szpicę, zsiadł z konia i przypadł do ziemi. Czujny jak pies myśliwski, z nosem przy wypalonej słońcem ziemi, przesuwał się chyłkiem, zygzakiem, prostował, rozglądał i znów pochylał. Wodził palcami po grudach piachu. Wreszcie zawrócił do templariusza. Bajlif uderzył konia w bok butem i dokłusował do dowódcy.
- Rozdzielili się, panie. - Jakub mówił szybko. - Trop się rozchodzi. Ze trzydziestu konnych z luzakami ruszyło na północ, nie wzięli jeńców. Reszta zagonu idzie dalej do Orontesu.
Templariusz w lot zrozumiał, że siły uciekającej bandy i pościgu się wyrównały.
- Może zwiad czynią? - spytał maronitę.
- Nie, panie. Ci, co się odłączyli, co rychlej odjechali. Ślady głębokie, konie ciężko idą, snadź od łupu, co go wzięli w wyprawie. Nie, coś zajść musiało, że się nieprzyjaciel podzielił.
Templariuszowi błysnęły oczy, a jego szczupła, spalona na mahoń, okolona krótką, czarną brodą twarz podobna stała się do drapieżnego ptaka, co dojrzał zdobycz.
- Tedy iść nam szybko za jasyrem - postanowił. - Co za diabeł kazał się tym niewiernym odłączyć, nie wiem, ale nasza rzecz jeńców i pielgrzymów ocalić.
- O ile nas teraz wyprzedzają? - zapytał Jakuba Maronitę.
- Nie więcej jak trzy, cztery pacierze, panie. - Jakub był pewien tego, co mówi, jak za każdym razem, kiedy tropił Saracenów.
- Prowadź, Jakubie, za jasyrem, a spiesznie - zakomenderował templariusz.
Przeciągnęli jeszcze przez dwa pagórki. Zza trzeciego wpierw wyczuli, a potem ujrzeli unoszącą się w górę smugę dymu. Obóz Saracenów był blisko.
- Z koni - rzucił komendę brat Tybald. Jak zawsze przed starciem czuł dziwne wzruszenie i podniecenie, które mimo wielu lat spędzonych w polu nie chciało go opuścić. - Jakubie, weź dwóch ludzi i sprawdź, czy postawili straże - zwrócił się do maronity. - Jeżeli nieliczne, usuń je - dodał krótko.
- I ja rzuciłbym okiem - rzekł bajlif.
- Dobrze. Wiem, żeście człek sprawny - zgodził się templariusz.
Roger, Jakub i dwaj turkopole ruszyli na pagórek. Za nim był kolejny i tam, na kilku głazach zalegających na płaskim grzbiecie, siedziało dwóch Seldżuków z łukami w rękach.
- Otóż i są, piekielnicy - syknął Jakub z nienawiścią w głosie. - Zaraz się ich pozbędziemy.
- Przecież widać nas będzie, jak tylko za grzbiet wyjdziemy - odpowiedział bajlif. - Zoczą nas i podniosą alarm.
- Sposobu tu trzeba, panie, a ja na nich sposób mam - uśmiechnął się maronita - wypróbowany.
Zagadał do drugiego turkopola w dialekcie6 i tak szybko, że bajlif nie zrozumiał nic poza słowami "worek" i "ołów".
Maronita podał Jakubowi niewielki skórzany worek, przypominający usztywniony bukłak, tylko pełen okrągłych otworów.
Dziurawy bukłak? Co za sztuczka - pomyślał zaintrygowany Roger.
Jakub wziął "bukłak" od maronity i pokazał, żeby czołgali się za nim na grzbiet pagórka.
- Powoli i ostrożnie - szepnął.
Pomału wystawili głowy zza rumowiska kamieni na grzbiecie. Jakub rozwiązał górę worka i ostrożnie wyciągnął coś ze środka. Pokazała się wiklinowa klatka - a w niej sokół - białozór.
Jakub sprawnie, lecz bardzo roztropnie wyjął ptaka, zdjął kapturek z jego głowy. Wcześniej do pierścienia na jednej ze szponiastych łap przytwierdził ołowiany ciężarek na krótkim łańcuszku. Delikatnie wypchnął ptaka za głazy. Sokół zatrzepotał i uderzył skrzydłami, poderwał się do lotu, ale podskoczył tylko na stopę lub dwie i opadł, trzepocząc. Ołowiany ciężar nie dał mu się wzbić. Białe pióra pysznie odbijały promienie zachodzącego słońca. Brzęknął łańcuch, ptak zerwał się raz jeszcze, znów zatrzepotał, zawirował i opadł na ziemię.
Roger spojrzał na strażników - pusto! Nie było ich na posterunku.
Seldżucy, jeden przez drugiego, biegli ku nim na złamanie karku. Bajlif pojął, że zobaczywszy sokoła, uznali, iż ptak komuś uciekł, najwyraźniej opadł z sił i nie może lecieć. Musieli też widzieć migoczący w słońcu łańcuch. Zdobycz piękna, cenna i tak bliska pomieszała im rozum. Niepomni na nic, zachęcając się okrzykami i śmiejąc, darli jak szaleni pod górę.
Już, już byli na grzebiecie wzgórza, już sokół był w ich dłoniach, gdy zza głazów wypadli na nich Jakub i Roger. Bajlif ciął pierwszego Seldżuka, z rozmachem z ukosa, zanim ten zrozumiał, co się dzieje. Miecz rozwalił Saracenowi twarz, bryznęła posoka, poleciały zęby. Drugi sięgnął po szablę, ale nie zdążył. Sztych Jakuba przeszył mu szyję tuż pod wiązaniem spiczastego hełmu. Padł, rzucając się konwulsyjnie i rzężąc. Jakub narzucił sokoła płaszczem i schwytał go, a dwaj maronici sprawnie ściągnęli zabitych za wierzchołek wzniesienia.
- Pospieszajmy, panie, bo za chwilę mogą pojąć, że strażnicy zniknęli - sapnął maronita do bajlifa. Nie czekając, puścili się biegiem do swoich.
Zza pagórka rozległ się śpiew muezzina. Saraceni zaczęli wieczorną modlitwę.
Za chwilę zdyszani Roger z Jakubem byli przy templariuszach.
- Już i po strażnikach - zameldował Jakub.
Brat Tybald skinął głową.
- Uderzamy zaraz, póki się modlą - rzekł. - Jedno uderzenie szarżą, żeby nie wycięli jeńców. - Bracie Gilbercie, chorągiew! - zwrócił się do jednego z siedmiu zakonnych rycerzy. - Niech wiedzą, z kim mają do czynienia. Szyk w płot7! Marszałku, twoi ludzie idą w drugim rzucie za nami.
Templariusze bez słowa poprawili oporządzenie, silniej zasznurowali białe płaszcze, dociągnęli popręgi koniom. W mgnieniu oka byli w kulbakach, w szeregu, kolano w kolano, lance w dłoniach, sierżanci i turkopole na skrzydłach linii, brat Gilbert pośrodku z biało-czarnym proporcem Świątyni. Honor to był nie lada, dla niego, młodego rycerza. Powtórzył sobie w myśli słowa Reguły: "Chorągwi nie użyjesz jako włóczni ani nie opuścisz jej, póki życia, aby bracia wiedzieli, gdzie skupiać się w bitwie". Zacisnął zęby. Za tym pagórkiem czeka na niego chwała Świątyni albo zbawienie!
O trzy długości konia za templariuszami stanęli ludzie z Chastel Bois, bajlif i jego zbrojni.
Nie lubię tłoku - pomyślał Roger, ujmując lekką włócznię podaną przez jednego z jego ludzi, Berengera Myśliwego. - Będzie chaos, lecące zewsząd ciosy i strzały z saraceńskich łuków, które mogą nawet największego bohatera w moment wyprawić na tamten świat. Co robić, skoro honor i dobre imię rzecz ważna.
- Za Świątynię! - rzucił półgłosem bitewne zawołanie brat Tybald.
- Za Świątynię! - zaszemrał w odpowiedzi szereg templariuszy.
Ruszyli. Najpierw stępa, powoli, cicho, na szczyt pagórka, na którym wcześniej stali strażnicy. Po chwili wysunęli się na jego grzbiet. Muezzin śpiewał dalej. Tybald uniósł róg do ust. Ze wzniesienia w stronę obozu Saracenów poleciał chrapliwy dźwięk hardego, normandzkiego wyzwania. Śpiew ucichł w pół tonu, jak ucięty nożem. Pochylone wcześniej w modlitwie postacie poderwały się na równe nogi i rzuciły do koni.
Frankowie z okrzykiem runęli ze wzgórza.
- Templum! Templum!
- Utreja! Utreja8! - krzyczeli ludzie z zamku leniwego seniora.
- Trypolis! Trypolis! - do wrzawy dołączyli zbrojni bajlifa.
Templariusze uderzyli z pochylonymi lancami. Seldżucy, którzy zdążyli dopaść koni, wypuścili kilka strzał i odważnie wyszli na spotkanie Frankom. Dwie linie konnych zderzyły się ze sobą z trzaskiem i łomotem. Pęd galopujących w dół wzgórza Franków i sprawność templariuszy rozerwały szeregi Saracenów. Na skłębionych wpadli ludzie marszałka i bajlif.
Roger pchnął włócznią spod pachy prosto w pierś konnego Seldżuka, zamierzającego się na niego ciężką buławą. Ostrze włóczni przeszło nad okrągłą tarczą Saracena, rozdarło kolczugę i z impetem wbiło się w ciało. Roger puścił drzewce, czując, że nie da rady go utrzymać. Dobył miecza w samą porę, aby sparować pchnięcie zadane włócznią przez pieszego zbójcę. Impet konia przeniósł go obok wroga, ciętego przez jednego z templariuszy. Frankowie przewalili się przez Seldżuków, niczym nawałnica. W kurzu i pyle, wśród rżenia koni i szczęku metalu migotał czarno-biały proporzec templariuszy. Saraceni, którzy przeżyli pierwsze uderzenie i utrzymali się w siodłach, pierzchnęli w kierunku rzeki. Szyli za siebie gęsto z łuków. Za nimi pomknęli, jak wiatr, maroniccy turkopole zakonu. Na ich czele pędził stary Jakub.
W obozie dobijano pieszych zbójców. Trzeba powiedzieć, że umierali mężnie, wiedząc, że liczyć na łaskę nie mogą, i jej nie oczekując. Skupieni w kole, plecami do siebie, odcinali się wrogom, jak tylko mogli, póki ostatni z nich nie legł przeszyty i skłuty dziesiątkiem ciosów.
Obóz był wzięty.
T
Roger nie brał udziału w pościgu za uchodzącymi rozbójnikami. Zaraz, jak tylko dorżnięto ostatnich Saracenów, zebrał swoich ludzi. Zauważył, że dwóch brakuje. Z dziesięciu pozostałych, jeden dostał czymś ciężkim w głowę, bo nie miał hełmu, tylko łeb obwiązał szmatą, przez którą przesączała się krew. Dwóch innych wzięło mniejsze rany - w ramię i bok. Reszta była zmordowana, pokryta pyłem, ale cała. Wszyscy trzymali w dłoniach albo mieli przerzucone przez siodła łupy i toboły pobrane Saracenom. Roger zawsze podziwiał tych sfatygowanych żołnierzy za szybkość, z jaką potrafili złupić martwych albo dogorywających nieprzyjaciół. A jakby ich nie pilnował, to i przyjaciół... Na ich obliczach, bynajmniej nie anielskich, malowało się zadowolenie.
Bajlif od razu kazał Ranulfowi - jednookiemu, obrotnemu Prowansalczykowi, który z racji swojego doświadczenia był po nim drugi w komendzie - odnaleźć dwóch brakujących. Sam zaś wjechał pomiędzy tłum jeńców. Serwienci9 templariuszy zdążyli już przeciąć im pęta. Brańców było, jak to szybko ocenił Roger, ze dwie setki, obojga płci, prawie sami młodzi, niektórzy nieledwie wyrostki. Innych nie opłacałoby się nawet pędzić na targi niewolnych do Aleppo, Hims i dalej do Damaszku czy Bagdadu. Jeńcy byli zmęczeni spiesznym marszem, ale i przejęci grozą walki i śmierci, która przetoczyła się obok nich. Jednak kiedy to skłębione ludzkie stado tylko pojęło, co się stało, jęło krzyczeć, jęczeć i płakać we wszystkich językach Lewantu, dziękując swoim wybawicielom, przeklinając ciemiężców i zawodząc nad swoją niedolą.
Roger wjechał w tłum i zawołał w języku Franków:
- Szukam Adeli de Montfort! Adelo de Montfort, jesteś tu?! - Tłum nadal krzyczał, jęczał i płakał. Głos bajlifa prawie zginął w tym zgiełku. Zawołał jeszcze raz, najpierw znów w mowie Franków, potem po arabsku: - Ludzie, szukamy pani wysokiego rodu, Frankijki, musieliście ją widzieć! Branki frankijskiej szukamy! - Odzewu jednak nie było.
Skinął na znajdującego się przy nim Benvenuta z Palermo, młodego Italczyka. Ten szybko dwukrotnie powtórzył słowa Rogera po włosku. Gdy skończył, z tłumu wyskoczyła niska, drobna brunetka, zakurzona i zmierzwiona.
- Ja, ja widziałam, si! - wołała po włosku i w łamanym frankijskim. - Jestem Josefina Amalfi, córka kupca korzennego Pietro Amalfiego, może znacie... z Sydonu... Ja, ja widziałam! Młoda pani! Si! La Donzella! Bellezza! Zabrali ją. Saraceni zabrali. Si!
Roger podjechał do dziewczyny, zeskoczył z konia, jego ludzie odepchnęli resztę napierającego tłumu.
- Mów, dziewczyno, kto ją zabrał?! Kiedy?!
- Ja widziała wszystko, tutto widziała! - Włoszka odzyskała właściwą jej nacji rezolutność i zasypała Rogera potokiem słów. - Ona już tu była, jak mnie pochwycili. Wielka pani! W jedwabiach. Dobrze ją traktowali, na koniu jechała...
- Składniej, dziewczyno! - Bajlif lekko potrząsnął jej ramieniem. - Kto ją zabrał, na moce piekielne?!
- A tak, tak, panie, bandditi się pokłócili! Pobili nawet... I część odjechała, o, o tam! - Dziewczyna pokazała ręką na północ. - Zabrali Donzellę i jeszcze jednego jeńca. Na koniach i łupów dużo, konie juczne ciężko obładowali...
Roger pojął, że zdobycz, za którą gonił, wymknęła mu się z rąk. Zaklął w duchu. Kto mógł przypuszczać, że jeńców rozdzielą i hrabiankę weźmie oddziałek bez jasyru, który odłączył się od reszty.
- Benvenuto, zajmij się swoją rodaczką, nakarm ją i daj, czego trzeba - rzucił do Italczyka. - Ja muszę rozmówić się z templariuszem.
T
Bajlif znalazł wysokiego templariusza w obozie grasantów. Mężczyzna klęczał w otoczeniu kilku zakonników nad bratem Gilbertem. Ten leżał na rozpostartej na ziemi derce, a nad nim pochylał się brat służebny, biegły w opatrywaniu ran. Młody templariusz był blady i co chwilę tracił przytomność. Od pasa w górę był w samej płóciennej koszuli, zalanej krwią z rany pod prawym ramieniem.
- Przeżyje, Arnulfie? - spytał medyka brat Tybald.
- Zrobiłem, co mogłem - odparł zapytany - ale grot strzały ukruszył się w ranie, a nie mam narzędzi, żeby wyciągnąć tę żelazną drzazgę. Stracił dużo krwi. Założyłem porządny opatrunek i dałem wyciąg z maku na sen, ale myślę, że w obozie umrze w ciągu najdalej dwóch, trzech dni. Trzeba by nam biegłego medyka i czystego miejsca na operację.
Dowódca templariuszy spojrzał na Rogera.
- Nie bardzo wierzę, żebyśmy tu takiego znaleźli. Chyba że wy, bajlifie, o takim wiecie, okolice te znacie lepiej ode mnie.
- Jest parę zamków i osad w pobliżu, ale czy ktoś ma takiego człowieka u siebie, nie wiem - odparł Roger.
- A ja wiem, zacny bracie - wtrącił się marszałek z Chastel Bois, również asystujący przy rannym. - Można by go do Majramu zawieźć, to pół dnia drogi stąd. Hrabina Maria de Griss miała i pewnie nadal ma zacnego medyka, Ormianina chyba. Wszelako jednak...
- Wszelako co, panie marszałku? - Tybald spojrzał twardo na rycerza, który pożałował, że wyrwał się z radą.
- A bo to widzicie, różnie o niej powiadają... Są i tacy, co mówią, że wiedźma, czarownica, przecież to nie kompania dla was...
- Kto dla nas kompania, a kto nie, pozwólcie, że sami będziemy decydować - w głosie Tybalda zabrzmiało szyderstwo, widać jednak było, że przez chwilę wahał się z decyzją. - Da się nocą tam dotrzeć?
- Tak. Szlak prowadzi tam równy, którym kupcy korzenni jeżdżą. Majram miał kiedyś duży targ i nadal zatrzymują się tam karawany. Teraz księżyc w pełni prawie, więc drogę oświeci.
- Zatem postanowione - odrzekł templariusz. - Nosze między dwa konie naszykujcie - zwrócił się do brata Arnulfa. - Bracie Stefanie - to było do chudego, jak chmielowa tyka, brata rycerza stojącego zaraz przy Tybaldzie - zostajecie przy komendzie. Odpocznijcie przez noc, uwolnionych prowadźcie do Chastel Bois, rozsądnie w tempie, żeby nie pomarli wam w drodze. Ja wezmę siedmiu lekkozbrojnych i spróbuję dowieźć brata Gilberta do tego Majramu. Brat Arnulf zostaje z wami, rannych jest sporo, a Gilbertowi wiele już nie pomoże. Panie marszałku, przewodnika mi dacie i ruszamy co rychlej.
- Sprawę mam do was - rzekł Roger do Tybalda, uznając, że teraz jego kolej. - Ja dalej pociągnę z moimi za tymi bandytami, którzy się odłączyli. Mają ważnego dla mnie jeńca, młodą pannę de Montfort i chyba jeszcze paru innych.
- A, to taka sprawa... nie mówiliście wcześniej nic. - Głos Tybalda był doskonale obojętny.
- Nie wiedziałem, czy żyje i czy jest wśród jeńców, nie moja to rzecz opowiadać o służbie - odparł bajlif.
- Racja. Czego tedy potrzebujecie ode mnie? Ludzi wam nie dam, straty mamy, rozdzielamy siły i brańców uwolnionych musimy odprowadzić.
- Dajcie mi tuzin koni wziętych na grasantach - odparł Roger. - Wiem, konie to cenny łup dla Świątyni, ale potrzebuję luzaków na zmianę, jeśli mam doścignąć tamten oddział.
- Konie wam dam, wzięliśmy ich dość. I wodę, i prowiant, ile zdołacie w juki upchnąć.
- Dzięki wam, zacny bracie. Skoro tu drogi nasze się rozchodzą, powodzenia wam w waszych sprawach. - Roger wyciągnął prawicę do mnicha.
- I wam, bajlifie. - Ogromny templariusz ścisnął mu dłoń, jak w imadle. - Niech was Notre Dame prowadzi10.
1 Maronici - społeczność chrześcijańska obrządku wschodniego. Często w służbie krzyżowców jako turkopole, czyli lekka jazda uzbrojona i walcząca na wzór Saracenów.
2 Bajlif (ang. bailiff, bailie, fr. baillif) - średniowieczny tytuł urzędników o różnych kompetencjach i randze.
3 Seldżucy - koczownicze plemię tureckie wyznające islam. W czasie krucjat dominujące na terenach Azji Mniejszej.
4 Tu: lekkozbrojni jeźdźcy.
5 Angielskie league - tu około 3 mil (4,8 km).
6 W XII wieku maronici posługują się pomiędzy sobą językiem aramejskim, a zatem językiem Chrystusa i pierwszych apostołów.
7 Płytki szyk bitewny z pierwszą linią rycerzy i drugą, postępującą za nimi, linią lekkozbrojnych lub konnych kuszników.
8 Okrzyk bojowy Franków w Ziemi Świętej - od francuskiego Outremer - "kraj za morzem".
9 Tu: lekkozbrojni zakonu.
10 Templariusze darzyli Maryję Pannę szczególną czcią, wiele dzieł i spraw polecali jej opiece.
Rozdział III
Złote lwy
Tybald obudził się przed świtem, w pełni ubrany, tak jak to miał wpojone przez lata służby zakonnej. Odprawił krótką jutrznię, zmawiając dwadzieścia sześć Ojcze nasz - trzynaście ku czci Najświętszej Panny, a trzynaście w intencji dnia. Potem wyszedł z izby, przydzielonej mu przez Roberta de Ligny w jednej z wież zamkowych i udał się do stajni, tak jak kazała reguła, dojrzeć koni1 swoich zbrojnych. Zbudził jednego z turkopoli, sprawujących służbę przy wierzchowcach i polecił okryć ciepłą derką konia, który, jak zauważył, miał dreszcze. Po powrocie zmówił jeszcze jedno Ojcze nasz i położył się znowu. Jednak sen, mimo zmęczenia, nie chciał nadejść. Leżąc z przymkniętymi powiekami, rozważał wypadki ostatnich dni, swoją misję w Konstantynopolu i raport dla brata Rajmunda w Jerozolimie. Myślał o Gilbercie - czy przeżyje? Razem z refleksją o młodym rannym przed jego oczami pojawiła się postać hrabiny de Griss, jej ręce o długich normandzkich palcach, sprawnie i pewnie operujące lekarskimi narzędziami. Jej skupiona, wręcz uduchowiona twarz, kiedy usuwała grot z rany. Czegoś takiego jeszcze nie spotkał. Albo może kogoś takiego. Pomyślał, że poświęca tej kobiecie za dużo myśli i uwagi oraz że to naganne. Niemniej nie potrafił z tego powodu wzbudzić skruchy w sercu. W końcu udzieliła im pomocy, kiedy tego potrzebowali, a więc tym samym znalazła się w kręgu przyjaciół Świątyni. A Świątynia pamiętała długo zarówno dobrodziejstwa, jak i krzywdy.
Z podwórca dobiegł głos sygnaturki, wzywającej na mszę. Tybald narzucił na siebie biały płaszcz i z odkrytą głową podążył za głosem dzwonu.
Kaplica okazała się niewielką, lecz piękną budowlą wspierającą się o południowy mur zamku. Gdy wszedł do środka, w drgającym świetle świec zauważył, że jej mury pokrywają barwne malowidła, niewątpliwie greckie. Wśród nich dostrzegł Świętego Michała Archanioła - w złotej zbroi i z gorejącym mieczem w ręku, co bardzo przypadło mu do gustu. Przez kolorowe szybki w oknach kościółka zaczynało przesączać się światło brzasku, padając barwnymi smugami na nawę oraz zgromadzonych na modlitwie.
Przed ołtarzem, przy którym ksiądz właśnie śpiewał psalm, klęczała hrabina. Odziana była w błękitną szatę i niewielką czapeczkę, naszywaną perłami, z welonem na wschodnią modłę. Otaczało ją kilka kobiet i służba. Tybald zauważył też dwóch ze swoich turkopoli, biorących udział w nabożeństwie, mimo że byli Syryjczykami obrządku wschodniego i służyli Zakonowi dla żołdu.
Kapelan zamkowy sprawnie przeszedł przez wszystkie części mszy i po komunii, której tak Tybald, jak i hrabina nie przyjmowali2, przeszedł do błogosławieństwa.
Miał właśnie je wygłosić, gdy wtem rozległ się głęboki i donośny głos dzwonu z wieży zamkowej. Nie była to sygnaturka z kaplicy, lecz silny, wielokrotnie powtarzany dźwięk wieszczący trwogę. Drzwi kaplicy rozwarły się z trzaskiem i do kościoła wpadł kusznik z zamkowej załogi.
- Zbrojni, miłościwa pani! - zakrzyknął głosem drgającym od zadyszki. - Wróg na podzamczu!
Hrabina porwała się z klęczek i w kilku krokach znalazła się przy strażniku.
- Mów składniej, człowieku! - Szarpnęła strażnika za ramię. - Jacy zbrojni, jakie wojsko? Widzieliście ich znaki? Ilu?
- Dużo ich, ale o świtaniu trudno zmiarkować, kim są. Konetabl3 Robert kazał bić na alarm i poderwał ludzi na mury. Czeka na waszą miłość - po wzięciu głębokiego oddechu, zbrojny odpowiedział już składniej.
Maria de Griss wybiegła z kościoła. Tybald przywołał gestem swoich ludzi obecnych w kaplicy.
- Budzić naszych! Jeden zostaje przy koniach, pozostali na mury ze mną - zakomenderował.
Turkopole ruszyli bez słowa.
Tybald przebiegł dziedziniec, przyznając w duchu, że zamek godnie odnalazł się w obliczu zagrożenia. Nie było zwykłej w takich razach paniki, a biegnący przez podwórzec żołnierze i służba nie wzbudzali zbędnego tumultu i nie wydawali okrzyków. Widać było, że wiedzą, dokąd zmierzają i co mają robić. Kątem oka zauważył, że na murach od strony podjazdu do zamku zapalono maźnice i dołożono drew do ognia pod trzema wielkimi saganami, pewnie z olejem lub wodą.
Wpadł do swojej komnaty, gdzie czekał już na niego stary Jakub w pancerzu i hełmie. Od razu pomógł wdziać Tybaldowi przeszywanicę, a na nią kolczugę z kapturem z pancernej plecionki. Tybald zaoponował gestem, gdy towarzysz chciał podać mu kolcze nogawice.
- Nie mamy czasu - rzucił. - Zresztą na murach nie są tak potrzebne.
Przypasał miecz, wdział swój rycerski płaszcz, czarno-białą tarczę na rzemieniu przerzucił przez plecy, a na głowę wcisnął stożkowy normandzki hełm.
Na dziedzińcu czekało sześciu jego turkopoli, wszyscy w pełnym uzbrojeniu i ze wschodnimi łukami w dłoniach. Skinął znakiem, aby podążali za nim4.
W mgnieniu oka znaleźli się na murze. W miejscu, gdzie pod błękitną chorągwią z trzema złotymi lwami stali Robert de Ligny, z wielką żelazną buławą w dłoni i w normandzkim hełmie, oraz Maria de Griss, ubrana jak do konnej przejażdżki i chroniona przez lekką wschodnią kolczugę. Złote loki upięte miała w ciężki węzeł nad karkiem. Hrabina skinęła templariuszowi głową, a konetabl wskazał ręką na podzamcze.
- Siła ich - rzekł - będzie z tysiąc ludzi5.
Tybald omiótł wzrokiem drogę wiodącą do zamku. W promieniach wschodu słońca kłębiła się na niej masa wojska, nasypana ostrzami włóczni, skrząca i wijąca się jak złowrogi wąż, nieubłaganie pełznąca pod górę.
Wprawne oko templariusza dostrzegło i w mig rozpoznało proporce rozwinięte nad nadchodzącą armią. Na czele powiewała chorągiew z trzema lwami - identyczna z tą, pod którą stali teraz z hrabiną i konetablem.
- To chrześcijańskie oddziały! - zakrzyknął. - Co to ma znaczyć... - zwrócił się do hrabiny.
- Chrześcijańskie, ale nieprzyjazne, dobry rycerzu - odpowiedziała Maria de Griss, zaciskając usta. - Toczę poważny spór z braćmi mojego zmarłego męża. Najwidoczniej Gwidon i Fulko postanowili zbrojnie wydrzeć mi dziedzictwo moje i mojego syna! Robert ma dziesięć lat i nie ma go w zamku, bo odesłałam go w bezpieczne miejsce - dodała, widząc pytanie w oczach templariusza.
- Zapowiadali to od dawna - wtrącił konetabl de Ligny - ale nie spodziewaliśmy się, że tak szybko nadejdą, i w takiej sile...
Tybald zrozumiał teraz stan cichej gotowości, w jakim znajdował się zamek i jego liczny garnizon, co początkowo przypisywał jedynie niespokojności pogranicznego położenia Majramu.
Wojska pięły się mozolnie w górę. Tylko nieliczni dowódcy jechali konno, reszta zbrojnych spieszona niosła drabiny oblężnicze, faszynę do zasypywania fosy i wielkie drewniane osłony dla łuczników. Wszystko wskazywało, że najeźdźcy chcą wziąć zamek jednym, gwałtownym szturmem.
- Nie damy rady odeprzeć ich z naszymi osiemdziesięcioma ludźmi - konetabl mówił powoli i dobitnie. - Ratuj się, pani, tak jak mówiliśmy wcześniej, sekretny korytarz wyprowadzi cię poza mury, konie czekają w umówionym miejscu. Zatrzymam ich najdłużej, jak się da.
Hrabina nie odpowiedziała, lecz bladość jej twarzy świadczyła o tym, że jest świadoma powagi sytuacji.
- Zobaczymy, czy będą chcieli paktować, zanim zaatakują - powiedział templariusz. - Mimo wszystko uderzyć na chrześcijański zamek to ciężki czyn.
- Nie będą chcieli się układać, będą chcieli kapitulacji. - W głosie hrabiny znać było, że na gorąco rozważa położenie. - Mają wyrok sądu księcia Antiochii o przekazaniu lenna i powierzeniu stryjom opieki nad moim Robertem.
- Ale tu jest Trypolis, nie Antiochia! - żachnął się templariusz. - Nie mają prawa...
- Majram leży na pograniczu. I Antiochia, i Trypolis mienią się jego seniorami. Nasz status - wyjaśniła hrabina - jest dość płynny.
Czoło pełznącej w górę armii dotarło do podnóża płaskowyżu, na którym stał zamek. Od masy zbrojnych oderwało się trzech jeźdźców z białą chorągwią i skierowało ku wieży bramnej.
- Nie strzelać! - zakrzyknął komendę de Ligny. - To posłowie!
Jeźdźcy bardzo powoli, dając obrońcom czas na rozpoznanie ich funkcji, zbliżyli się do miejsca, gdzie zwykle opuszczano most nad fosą. Jeden z nich, najwyraźniej dowódca, przyłożył ręce do ust i zakrzyknął:
- Jesteśmy heroldami dostojnych panów baronów Gwidona i Fulka de Grissów. Na mocy woli najjaśniejszego księcia Antiochii panowie moi nakazują ci, pani, abyś bez oporu poddała zamek i wydała syna pod ich opiekę. Czekamy na twoją odpowiedź. Jeśli odmówisz - głos herolda zabrzmiał złowieszczo - panowie moi nie będą winni krwi chrześcijańskiej, jaka zostanie wówczas przelana. Nie mogą też wtedy zagwarantować bezpieczeństwa tobie ani młodemu paniczowi de Grissowi.
Hrabina postąpiła dwa kroki w kierunku blanków, aby odpowiedzieć posłańcom. Tybald zastąpił jej jednak drogę.
- Co chcesz uczynić, pani?
- Wysłać ich do wszystkich diabłów - głos Marii de Griss był twardy i nienawistny. - Nie oddam im ani zamku, ani naszego dziedzictwa.
- Sami je sobie wezmą. - Templariusz nie miał wątpliwości co do przebiegu nadchodzącego starcia. - Jednak... - przerwał na moment, jakby się namyślał, po czym skłonił się przed hrabiną głęboko, a kiedy się wyprostował, głosem mocnym i uroczystym dobitnie wypowiedział: - W imieniu Ubogich Rycerzy Chrystusa proszę cię, pani, abyś udzieliła nam dzierżawy tego zamku na lat pięć, dla ochrony pątników przechodzących przez tę ziemię w drodze do Jeruzalem. Zakon Świątyni będzie uiszczał ci rocznie pięćset bizantów i własnym kosztem utrzymywał w zamku trzydziestu zbrojnych. Będziesz panią zamku i swoich włości, lecz będziesz wspierać swoimi zbrojnymi nasze siły w ochronie pielgrzymów.
Maria de Griss zatrzymała się w pół kroku, również de Ligny patrzył na Tybalda zaskoczony. Hrabina w mgnieniu oka zrozumiała, co Tybald jej ofiarował. Wyprostowała się i równie poważnie, jak przed chwilą templariusz, rzekła:
- Ja, Maria de Griss, hrabina i matka prawowitego dziedzica tej ziemi, Roberta de Grissa, przyjmuję propozycję Świątyni i przysięgam wspierać ją mymi ludźmi i siłami w ochronie pielgrzymów.
- W takim razie dokonało się. - Templariusz nieznacznie uśmiechnął się do hrabiny. - Pozwólcie, pani, odpowiedzieć teraz heroldom.
Hrabina skinęła głową.
Tybald, nie tracąc czasu, przypadł do blanków, wysunął się z nich do połowy i zawołał:
- Dostojni heroldowie, idźcie i przekażcie waszym panom baronom, że zamek ten jest w posiadaniu Ubogich Rycerzy Chrystusa, mówię wam to ja, Tybald de Rideau, komandor Bet-Gibelet w Królestwie Jerozolimskim. Każdy atak na ten zamek poczytywać będziemy za atak na Świątynię!
Heroldowie z niedowierzaniem i widomą konsternacją zadarli głowy w kierunku wołającego rycerza, coś poszeptali między sobą, po czym ten, który wołał wcześniej, odpowiedział Tybaldowi:
- A skąd mamy wiedzieć, czy to, co mówicie, panie, jest prawdą? Może to tylko fortel, żeby nas zwieść?
- Przekażcie swoim panom, że jestem gotów spotkać się z nimi w połowie tego płaskowyżu, teraz i zaraz, i rzecz całą wyjaśnić. Widzę w waszym wojsku znaki panów de Villarsa i de Truvela, znam ich i oni mnie znają. Niech zostaną świadkami tego spotkania.
Heroldowie skłonili się lekko, zawrócili konie i wyciągniętym kłusem puścili się w kierunku swoich. Tybald widział, jak ściana zbrojnych rozstąpiła się przed nimi i jak zbliżyli się do chorągwi ze złotymi lwami.
- Stryjowie mego syna to potężni wrogowie, wszelako wdzięczna wam jestem bardzo - powiedziała hrabina.
- Świątynia jest potężniejsza niż wszyscy jej wrogowie. - W głosie templariusza zabrzmiała duma. - I przyda się nam placówka w tej okolicy. - W jego głowie jednak inny głos powiedział: Nie oszukuj się, zrobiłeś to tylko dla niej i z jej powodu, mógłbyś tysiąc razy powtórzyć, że zakon potrzebuje tu fortu, ale to ona jest prawdziwą przyczyną.
- To piękna propozycja - wtrącił się de Ligny. Wyciągnął do Tybalda prawicę w kolczej rękawicy. - Wdzięczny wam, bracie, jestem i przyrzekam zawsze cię wspierać, w czym tylko będę mógł. Bowiem - pogładził wąsa - jakem de Ligny, nigdym nie uciekał przed wrogiem i pewnie nie oglądałbym już dzisiejszego wieczora.
Tybald uścisnął dłoń pana de Ligny i rzekł:
- Myślę, że dzisiaj żadnej krwi chrześcijańskiej nie przelejemy.
Spojrzał na armię przyczajoną na płaskowyżu i zobaczył, jak chorągiew ze złotymi lwami przesuwa się na jej czoło, a później jak przed front oddziałów wyjeżdża pod nią kolejno pięciu rycerzy.
- Czas spotkać się z tymi, którzy nie będą zadowoleni z dzisiejszego dnia. Jakubie, szykuj konie! - zwrócił się przez ramię do stojącego przy nim maronity. - Pojedziesz ze mną - ty i dwóch naszych. Weźcie włócznie z naszymi proporcami i trzymajcie je wysoko!
T
Zbrojni zamkowi opuścili most i szybko go podnieśli, gdy tylko poczet Tybalda znalazł się po drugiej stronie fosy. Templariusz i przyboczni podjechali stępem do rycerzy pod chorągwią z lwami. Tamci, wyprostowani w siodłach, czekali nieporuszeni.
Gdy znaleźli się o piętnaście kroków od siebie, Tybald podniósł dłoń i zatrzymał swój oddziałek.
- Pozdrowienie szlachetnym panom de Grissom! - zawołał. - Witam takoż panów z Villars i Truvel!
Jeden z pięciu rycerzy oczekujących templariusza, z czerwono-czarną tarczą, osłonił oczy dłonią i w zdumieniu wykrzyknął:
- A niech mnie, przecież to komandor de Rideau z Zakonu Świątyni! Nie spodziewałem się was tu, panie.
- Ani ja was, zacny panie Rainoldzie. Cieszę się, żeście w dobrym zdrowiu po naszej ostatniej zabawie z Saracenami! - Tybald doskonale pamiętał Rainolda de Villarsa jako szaleńczo odważnego i równie nieroztropnego wojownika, z którym przez dwa dni bronił jednego z zameczków w dolinie Jordanu.
Rycerz Rainold rozpromienił się, że tak zacnie został pozdrowiony, i odwracając się do swoich towarzyszy, rzekł:
- To szlachetny Tybald de Rideau, tęga ręka i nie gorsza głowa wśród templariuszy. Niejedno razem przeżyliśmy, gdy...
- Zostawcie swoje opowieści na potem - przerwał mu obcesowo wielki, opasły jeździec na narowistym gniadym ogierze. Zwierz co chwila parskał i rżał. - Ja, Gwidon de Griss, chciałbym wiedzieć przede wszystkim, co oznacza obecność templariuszy w moim zamku i z czym do mnie przychodzą!
- W naszym zamku, bracie - poprawił go inny rycerz, chudy i również noszący na jace lwy de Grissów. - W naszym zamku - powtórzył z naciskiem.
- Iście w naszym! - wysyczał olbrzym.
Tybald skłonił się lekko i rzekł:
- Trzeba tedy prędko rzecz całą wyjaśnić. Przybyłem przekazać wam, panowie, wiadomość, że zamek ten jest teraz dzierżawą Ubogich Rycerzy Chrystusa, mocą umowy zawartej między Zakonem a hrabiną de Griss...
- Suką, suką podstępną, nie hrabiną! Hrabią był mój brat! - ryknął tłuścioch, aż jego ogier przysiadł na zadzie.
- Nasz brat - poprawił go chudy de Griss. - Nasz brat...
- Nie godzi się tak mówić o niewieście wysokiego rodu - zauważył zimno Tybald. - Wracając do sprawy, Zakon dzierżawi zamek mocą umowy i będzie w nim trzymał swoją załogę. Kto uderzy na ten zamek, uderzy na Zakon i będzie pohańbiony na wieczność, a z pewnością obłożony klątwą.
- Plwam na twoje groźby, mnichu - wysyczał olbrzymi de Griss. - Zaraz rozniesiemy w pył tę waszą załogę, żywa noga z was nie ujdzie!
- Jeżeli tak uczynicie, panie Gwidonie, musicie zabić mnie i moich ludzi! - zakrzyknął Rainold de Villars. - Gdyż od razu wam mówię, że w takim razie ja stoję po stronie templariusza! Zakon to moi przyjaciele i ja, Rainold de Villars, nie pozwolę...
- Jaką mamy pewność, że Zakon został dzierżawcą zamku? Zaręczycie za to, komandorze, wobec tu obecnych? - przytomnie i tonem wprawnego legisty zapytał chudy de Griss.
- Nam nie wolno składać przysiąg - odpowiedział Tybald. - Zaręczam wam jednak, panie, słowem rycerskim, że jest tak, jako rzekłem. Macie pretensje do waszej krewnej, idźcie z nimi do sądu księcia Antiochii albo i jego wysokości króla Baldwina. - Templariusz skłonił głowę, wymawiając imię królewskie. - Jednak powtarzam, na lat pięć zamek ten jest dzierżawą Zakonu, kto nań uderzy, stanie się wrogiem Świątyni i dobrych chrześcijan.
Zapadła chwila milczenia.
Pierwszy przerwał ją oczywiście Rainold de Villars.
- Jak dla mnie, panowie, rzecz jest jasna i skończona. Natychmiast odjeżdżam z moim pocztem - powiedział w stronę Tybalda. - Pan de Truvel pewnie tak samo uczyni, a inni podobnie.
Pan de Truvel, milczący rycerz lat prawie czterdziestu, potaknął skinieniem głowy. W całym hrabstwie Trypolisu i dalej w krajach chrześcijańskich wiedziano, że pan de Truvel, znany ze zwycięstw na turniejach, jąkał się okrutnie i odzywał tak chętnie, jak eremita po złożeniu ślubów milczenia.
Większy de Griss poczerwieniał na obliczu, jakby zalał się posoką.
- Zdrajcy!!! Wszyscy zdrajcy jesteście, wieprze, tchórze!!! - ryczał i bluźnił.
- Baczcie na słowa, panie, bo zaraz was wyzwę - zaperzył się de Villars. - Chociażem tylko baron, a wy hrabia, nie będzie nikt Villarsa tchórzem nazywał! A i do wieprza mnie nie bliżej - dodał zjadliwie.
- Brat mój łatwo w gniew wpada i umiar traci! - wtrącił się mniejszy de Griss. - Nie chciał on nikogo obrazić, prawda, bracie? - Chudy złapał za wodze konia grubasa i spojrzał wymownie.
Ten, dusząc się własną wściekłością, zmełł jednak przekleństwa w ustach i skinął głową na znak, że się zgadza.
- Pozwólcie, komandorze, że naradzimy się we własnym gronie, ja, Fulko de Griss, daję słowo, że w dwa pacierze będziecie mieli, panie, naszą odpowiedź.
Powiedziawszy to, chudy de Griss skinął ręką na towarzyszy i obrócił konia w stronę swoich szeregów na znak końca spotkania.
De Villars uśmiechnął się szeroko do templariusza i gdy odjeżdżał, rzucił:
- Rad bym znowu ubić z wami kopę Saracenów - i uśmiechnął się.
- Na to zawsze możecie liczyć, zacny panie Rainoldzie. Jestem do usług. - Templariusz pozdrowił rycerza skinieniem ręki i zawrócił do zamku.
T
Na odpowiedź nie czekali długo. Ponownie z szyku armii braci de Grissów wyjechał poczet pod białą flagą i zbliżył się do zamku.
Tybald poznał, że posłem tym razem był nie kto inny, jak Rainold de Villars w asyście chorążego i giermka. De Villars podjechał do fosy i krzyknął tubalnym głosem:
- Szlachetna pani hrabino, w imieniu panów de Grissów przekazuję wam, że odstępują od ataku na zamek tylko ze względu na dobro Świątyni, roszczą jednak do was swoją pretensję i upomną się w tej sprawie u księcia Antiochii. Przekazuję także, że nie stawią się w sądzie hrabiego Trypolisu, ponieważ uważają, że Majram jest lennem antiocheńskim, nie trypolitańskim! - To powiedziawszy, rycerz Rainold skłonił się i pokłusował w kierunku swoich.
Po chwili zebrane oddziały zafalowały i zaczęły odpływać w stronę miasteczka. Najpierw konni, za nimi piechota.
- Myślisz, że to koniec na dzisiaj? - hrabina zwróciła się do konetabla de Ligny.
- Skoro ogłosili decyzję przed frontem baronów, to znaczy, że chwilowo dadzą nam spokój, pani - odpowiedział stary rycerz. - Część ich sojuszników i tak pewnie miała wątpliwości co do ataku na nas, a dzięki naszemu zacnemu komandorowi Tybaldowi dostali pretekst, żeby z honorem wycofać się z awantury - wyjaśnił. - Teraz wasi szwagrowie pobiegną do Antiochii, aby uzyskać pomoc księcia w wyrzuceniu nas z zamku - sapnął, ocierając pot z czoła. Widać było, że jest mocno zafrasowany.
- Książę Rajmund ma teraz inne problemy na głowie niż skargi panów de Grissów - rzekł Tybald. - Byłem w Antiochii jeszcze tydzień temu i wiem, że Nur ad-Din mocno jej zagraża. Emir najechał zachodnią rubież księstwa i zniszczył kilka fortów przy dawnej granicy z Edessą. To groźny przeciwnik, jeszcze bardziej przebiegły niż jego ojciec, piekielnej pamięci Zengi6. Emir zablokował wszystkie szlaki kupieckie do Bagdadu i zagarnął kilka karawan z Antiochii. Skarb księstwa wielce na tym traci. Nie, Antiochia nie poprze teraz waszych szwagrów, pani.
- Jednak gwarancje hrabiego Trypolisu dla mojej regencji też nie wystarczą - zauważyła Maria. - Antiochia kiedyś otrząśnie się z problemów i przypomni sobie o nas. Muszę odwołać się do Jerozolimy - dodała zamyślona. - Do króla... Tymczasem trzeba dokończyć naszą sprawę, komandorze - zwróciła się do Tybalda. - Nasz kapelan zaraz spisze umowę na warunkach, jakie ustaliliśmy.
Od strony miasta buchnęły kłęby dymu. To odstępujące wojska braci de Grissów paliły i łupiły karawanseraj.
1 Reguła templariuszy zalecała, aby po jutrzni bracia sprawdzali stan wierzchowców w stajniach. Przepisy templariuszy wielką wagę przykładały do dbałości o konie.
2 W średniowieczu regułą było, że do komunii przystępowano dość rzadko, zwykle po spowiedzi.
3 W państwach frankijskich w Outremer wicehrabia lub konetabl był urzędnikiem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo publiczne. Podlegali mu bajlifowie.
4 U templariuszy istniało zalecenie, aby bracia ograniczali rozmowy do rzeczy ważnych. Z tego względu istniało wiele znaków, którymi rycerze porozumiewali się ze sobą oraz z podwładnymi bez słów. Przydawało się to również w walce, zwłaszcza tam, gdzie słowa mogły zostać zagłuszone zgiełkiem bitwy.
5 W warunkach państw frankijskich w Outremer tysiąc zbrojnych stanowiło poważną siłę. Cała armia Królestwa Jerozolimskiego nie przekraczała piętnastu tysięcy ludzi.
6 Emir seldżucki - zdobywca stolicy Hrabstwa Edessy, co stało się powodem do II krucjaty. Ojciec Nur ad-Dina. Zginął w 1145 roku z rąk swojego niewolnika.
Rozdział II
Pościg
Jeżeli pościg opiera się wyłącznie na śledzeniu tropów, jakie pozostawiają ścigani, wówczas, o ile konie, jednych i drugich, są równej dobroci, goniący prawie zawsze podążają wolniej od uciekinierów. W takim razie ścigający musi jak najszybciej zapewnić sobie przewagę, inaczej ścigani ujdą pogoni.
Roger znał się na prowadzeniu pościgu, natomiast ani on, ani żaden z jego ludzi nie znał zbyt dobrze tej części pogranicza hrabstwa, sąsiadującego z ziemiami Saracenów. Jego kartą atutową były wypoczęte konie, otrzymane od templariuszy. Dzięki prowadzonym luzakom mogli znacznie skrócić okresy postojów, koniecznych do odpoczynku dla ludzi i zwierząt. Roger zakładał, że na każdą ligę pokonaną przez Seldżuków jego oddział jest w stanie zrobić co najmniej półtora. Spowalniało ich głównie odnajdowanie śladów, ponieważ cały czas poruszali się po kamienistym płaskowyżu, porośniętym gdzieniegdzie kolczastymi krzakami i żółtą, wypłowiałą trawą. Na takiej powierzchni śladów zostaje mało. Roger był jednak wybornym tropicielem i miał ze sobą prawdziwego mistrza, pochodzącego z Nawarry Berengera. Ten, jeśli tylko był trzeźwy, potrafił czytać ślady jeźdźców, praktycznie nie zsiadając z konia. Kiedy poznali się i zaczęli razem pracować, Roger zapowiedział mu, że w czasie wolnym w Trypolisie może wędrować od szynku do szynku i zapijać się do nieprzytomności, jednak nie będzie tolerował jego wyskoków, gdy mają robotę. Od ponad trzech lat układ ten działał wybornie. Teraz też Berenger pracował, wyprzedzając oddział o strzał z łuku i co rusz zjeżdżając esowato ze szlaku w poszukiwaniu tropów. Roger popędził konia i zrównał się z tropicielem.
- Ile mają nad nami przewagi? - zapytał krótko, spoglądając wzdłuż grzbietu pagórka, obniżającego się w kierunku rozległej, kamienisto-trawiastej równiny.
- Ciągną dość wolno - odparł tropiciel. - Nie widać ich na równinie, więc muszą być za wzniesieniami po jej drugiej stronie. Zaraz zmierzch, więc rozbiją obóz. Jutro koło południa ich zobaczymy.
Obaj wiedzieli z dotychczasowych doświadczeń, że Seldżucy, będąc już na ziemiach muzułmanów, czuli się pewnie. Poprzedniego ranka natrafili na ich obozowisko z jeszcze ciepłym żarem. Wyglądało na to, że ścigani spokojnie przenocowali i dopiero co ruszyli dalej. Był październik, jak na Syrię wyjątkowo zimny w tym roku. Nie było więc potrzeby ruszać wcześnie rano, a nawet przed świtem, jak czyniono w gorętszych miesiącach, by nie męczyć wierzchowców.
- Do Hims dotrą pojutrze - powiedział Roger na poły do tropiciela, na poły do siebie. - Jeżeli mamy coś zdziałać, pozostaje nam jutrzejszy dzień i noc.
Tropiciel skinął głową na znak, że podziela zdanie dowódcy.
Jechali jeszcze z trzy pacierze, ale zmierzch szybko zapadał. Rozbili więc obóz wśród dużych głazów piaskowca, zalegających u podnóża wysoczyzny. Roger wyznaczył kolejność wart, po czym usiadł na derce rozłożonej w pewnej odległości od ogniska, gdzie Benvenuto, Italczyk znający się na wybornym kucharzeniu, w miedzianym kociołku gotował polewkę, do której wkrajał podsuszaną kiełbasę.
Roger chciał spokojnie pomyśleć. Przede wszystkim o tym, jak dokończyć tę partię szachów, w której jako goniec możniejszych gnał w poprzek szachownicy za nieznaną sobie ofiarą. Wiedział, że jeśli ma uwolnić jeńca, może liczyć jedynie na podstęp - nie miał jednak pewności, czy będzie to możliwe. Jeśli Seldżucy dotrą do Hims, branka niemal na pewno będzie stracona. Co prawda, Trypolis utrzymywał teraz kruchy pokój z emirem Himsu, a więc on i Berenger, jako dobrze mówiący po arabsku, mogliby próbować szczęścia za jego murami. Niemniej byłoby to przedsięwzięcie wielce groźne i ryzykowne. Dlatego grę należało zakończyć jeszcze przed miastem.
Rozważał różne możliwości odbicia lub wykradnięcia branki, eliminując te, które wydały mu się niewykonalne z braku ludzi lub czasu, kiedy jego myśli skierowały się ku innemu dniu i innemu zachodowi słońca.
Pięć lat temu, podczas podobnej wieczornej, szybko zapadającej zorzy odzyskał świadomość na kamienistej plaży opodal portu w Akce. Pamiętał szum w uszach i krew zalewającą mu oczy. W pobliżu były dwa trupy, wyglądające na pielgrzymów z Italii. Obaj zginęli od miecza, najpewniej tego leżącego teraz obok niego. Jeden padł pchnięty w gardło. Drugi natomiast wykrwawił się po odrąbaniu obu dłoni. Ten z powodu bólu i paniki musiał próbować ucieczki, bo zanim skonał, zdołał nieco odbiec. Zabici nie wyglądali na żołnierzy ani rycerzy, a raczej na mieszczan. Broń leżąca przy nich też była mieszczańska - jednosieczny kord i okuta żelazem ciężka dębowa maczuga. Rana Rogera była pewnie jej zasługą, bo żelazny kapalin1 na jego głowie miał potężne zagięcie na prawej skroni, a zwichrowana blacha ronda rozorała mu policzek. Ból okazał się dotkliwy i przejawiał się drętwotą w lewej dłoni i ramieniu. Roger pamiętał, jak niezbornymi palcami odpinał gorączkowo rzemień hełmu i macał dłonią, czy czaszka jest cała.
Pamiętał też tę chwilę, kiedy po uldze, jaką poczuł, gdy nie znalazł fraktury2 ani sterczących odłamków kości, ogarnęło go zimne, lepkie, potworne przerażenie, bo zdał sobie sprawę, że poza tu i teraz niczego nie pamięta. Ani tego, jak znalazł się na tej plaży, ani kim byli zabici. Ani kim był on sam. Nie pamiętał nawet swojego imienia. Padł na kolana, a potem przewrócił się na bok, obejmując dłońmi obolałą, drętwą głowę i dusząc się przy tym z paniki. Ocknął się rano, zziębnięty, otumaniony, głodny i niczego niepamiętający. Lewa ręka była już mniej sztywna, choć palce nadal częściowo bez czucia, więc dłuższą chwilę zajęło mu przetrząśnięcie trzosów i sakw zabitych. W sakiewce tego lepiej ubranego znalazł pięćdziesiąt weneckich bizantów, co stanowiło równowartość przyzwoitego konia, oraz okrągłą, ołowianą pieczęć. W większej skórzanej sakwie wyszperał tubę z kwitem dłużnym. Dokument, napisany po włosku, dotyczył dziesięciu marek srebrem dla Francesco Battistuty, płatnych w Genui po dniu Świętego Marcjalisa u starszego gildii sukienników. Pergamin i język były mu znajome - litery ułożyły się w słowa, a słowa w zdania. Pod wrażeniem tego odkrycia przeszukał swoje odzienie w nadziei na jakieś wskazówki. Miał na sobie wams niebieskiej barwy, porządnie utkany, pod nim solidną kolczugę na przeszywanicy. Na nogach czarne spodnie i buty z niewielkimi, prostymi ostrogami. Przy pasie pochwę od miecza. Pasowała do niej klinga broni znalezionej na miejscu potyczki. Miecz był jednoręczny, dość nietypowy, bo wąski i bardziej zdatny do pchnięcia, co Roger - który jeszcze tak się nie nazywał - poznał od razu. W swojej sakiewce znalazł niedużą sumkę, tym razem w srebrnych monetach akwitańskich, normandzkich i angielskich oraz przełamany na pół grecki solid. Na szyi miał zawieszony na tasiemce złoty pierścionek z drobnym kwiatkiem ze zwiniętego złotego drutu. I to było wszystko - żadnych wskazówek, żadnych wyjaśnień. Tylko dojmująca pustka i przerażająca otchłań w umyśle, w której nie mógł znaleźć ani siebie, ani bliskich, ani wspomnień, ani odpowiedzi.
Tak pięć lat temu pod Akką narodził się Roger z Akwitanii, a od trzech lat bajlif hrabiego Trypolisu. Palestyna - wiecznie głodna przybyszy z krajów chrześcijańskich, zwłaszcza sprawnie władających mieczem - wchłonęła go łatwo, dała nowy początek i nawet pewne uznanie.
I choć usilnie dążył do poznania dawnego siebie, przez ten czas udało mu się to jedynie w niewielkiej części. Za to bardzo dobrze pamiętał wszystko, co wydarzyło się od tamtego zmierzchu pod Akką.
1 Rodzaj lekkiego hełmu w formie żelaznego kapelusza. Powszechnie używany w Palestynie, zarówno przez lekkozbrojnych, jak i rycerzy, ze względu na lekkość, poręczność i bardzo dobrą widoczność.
2 Pęknięcie.
Rozdział V
Maria de Griss
Pośpiech szkodzi jakości. - Tę śmiałą tezę wypowiedział kapelan zamku w Majramie wobec zniecierpliwionej Marii de Griss, gdy spisanie pierwszego dokumentu umowy z templariuszami zajęło mu prawie pół dnia.
Hrabina w zamian poczęstowała księdza takim spojrzeniem, że aż skulił się w sobie.
Niewdzięczność i brak zrozumienia dla artysty - pomyślał, przyglądając się eleganckiej miniaturze przedstawiającej zamek ze zwodzonym mostem, rycerzami, a nawet i parą aniołów ze złotymi trąbami, jaką upiększył pierwsze słowo dokumentu.
- Z drugim egzemplarzem pójdzie szybciej, pani - zapewnił pospiesznie i poprawił na pulpicie brudnopis umowy, z którego przepisywał treść na oficjalny dokument.
Hrabina zajrzała mu przez ramię.
- W naszej wersji, Hugonie, możesz darować sobie ornamenty, bacz za to, by treść była zgodna.
Maria zostawiła księdza przy jego pracy, po czym wyszła z izby po schodkach na dziedziniec. Po drodze wydała służbie polecenia co do wieczerzy i zapytała Fatimę, gdzie podziewa się templariusz. Ta odpowiedziała, że udał się z Ilderimem na drugą stronę murów, do zielnika lekarza. Maria przeszła przez dziedziniec do małej furty w murze. Pilnujący jej strażnik, na widok hrabiny, natychmiast ją otworzył.
Za furtą, w dół zbocza wiodła wydeptana ścieżka, prowadząca ku kilku tarasowym poletkom, na których uprawiano warzywa na potrzeby zamku. Rosło tam też kilka tuzinów drzewek oliwnych i kilkanaście moreli. Tarasy, założone jeszcze przez Greków, karmiły się niewielkim strumieniem ze źródła bijącego tuż u podnóża murów, co w tej okolicy było rzeczą niespotykaną. Większość tutejszych twierdz, tak chrześcijańskich, jak i muzułmańskich, musiała korzystać z cystern napełnianych wodą z zimowych opadów lub nieraz z odległych studni artezyjskich.
Hrabina skierowała się ku najbliższemu tarasowi. Wśród równych grzęd ziół stali jej medyk i Tybald.
- Toż to krwawnik. - Templariusz wskazał dłonią jedną z grządek. - Mamy to w moich rodzinnych stronach. A tam widzę babkę lancetowatą. Uprawiasz, panie, chrześcijańskie zioła? - zapytał lekarza.
- Och, mam tu zioła i tutejsze, i wasze, i z Arabii, a nawet z Egiptu i Indii. Każde, które może leczyć jakąś przypadłość. Zioła są ponad podziałami - odpowiedział pogodnie medyk.
- Czemu zamieszkaliście tutaj, wśród chrześcijan? - zainteresował się templariusz.
- Pochodzę z Aleppo, ale wiele lat spędziłem w Bagdadzie - opowiedział Ilderim. - W ostatnim czasie jednak moja osoba nie była mile widziana na dworze kalifa. Zresztą kalif jest teraz marionetką w rękach seldżuckich Turków. To nasi prawdziwi panowie. Barbarzyńscy i okrutni. Może za dużo i za otwarcie mówiłem? Nie boję się śmierci, w moim wieku ten lęk słabnie, mam jednak do ukończenia traktat medyczny, dzieło będące sumą moich doświadczeń. To coś, co chcę po sobie zostawić. Dlatego zaszyłem się tutaj i piszę. Rodzina hrabiny to szlachetni Ormianie z Edessy. Obecnie żyją na wygnaniu w Antiochii. Od dawna są moimi przyjaciółmi, więc i pani Maria darzy mnie afektem. Sama jest również utalentowaną medyczką, jak to już widzieliście.
- Przyjaźń ludzi podobnych zainteresowań, iście pojmuję - odparł Tybald.
Spojrzał na nadchodzącą hrabinę. Smukła i wysoka, ubrana w domowy strój normandzkiej szlachcianki - prostą, bladoniebieską suknię z mocnego lnu, ściągniętą skórzanym paskiem w stanie, z długimi, wąskimi rękawami. Na głowie miała ormiański toczek, też błękitny, naszywany cekinami, ze spływającą na ramiona białą chustą, spod której połyskiwały w słońcu złote loki. Schodząc po wąskiej, kamienistej ścieżce, zebrała w jedną rękę fałdy sukni.
- Wasz młody rycerz obudził się właśnie - rzekła do templariusza. - Zmieniłam mu opatrunek, już nie krwawi, a wydzielina z rany jest niemal czysta - dodała, zwracając się do starego lekarza. - Był zaskoczony, bo nie pamiętał, jak się tu znalazł.
- To wspaniała wiadomość, pani. - Tybald nie krył ulgi. Już wcześniej wypytał medyka o stan rannego i dowiedział się, że najbliższa doba będzie krytyczna. - Mogę go zobaczyć? - zapytał Ilderima.
- Nawet powinniście - odparł lekarz. - Obudził się w obcym miejscu, wasz widok na pewno go uspokoi. Chodźmy do niego.
Ruszyli ścieżką pod górę, hrabina pierwsza, potem Tybald i na końcu, krokiem wciąż lekkim i dziarskim mimo swoich lat, Ilderim.
Po minięciu furty skierowali się na prawo, gdzie przy wieży przylegał do muru niewielki domek z dobrego cedrowego drewna, stanowiący zamkową infirmerię i mieszkanie starego medyka.
Gdy weszli do przedsionka, Tybalda owionął zapach ziół, olejków, żywicy i kadzidła - bujna mieszanina aromatów Orientu, za pierwszym razem tak zaskakująca dla przybyszów z Europy. Mimo lat przeżytych w Outremer Tybald nadal czuł zachwyt dla nieskończonego bogactwa woni tych krain. Były one także jednym ze stałych tematów opowieści tych, którzy wracali z krucjaty lub pielgrzymki do rodzinnych stron.
Za przedsionkiem znajdowała się pracownia Ilderima, z parą prostych krzeseł, dużym stołem zarzuconym stertami pergaminów, ksiąg, notatek, rycin i dziwnych instrumentów medycznych oraz z pulpitem do pisania. Za pokojem mieściło się największe pomieszczenie lazaretu - izba chorych licząca dziesięć łóżek ustawionych w dwóch rzędach.
Na pierwszym z nich, w porządnej pościeli, leżał Gilbert, a młoda służąca zwilżała mu usta pałeczką owiniętą bawełnianą watą. Młodzieniec na widok wchodzącego Tybalda poderwał się i chciał usiąść, jednak powstrzymała go służąca.
- Leż spokojnie, Gilbercie. Zdrowiejesz - przemówił Tybald. - Jesteś w doskonałych rękach.
- Będziesz moim gościem, aż dojdziesz do siebie, bracie rycerzu - dodała Maria de Griss.
Gilbert chciał coś powiedzieć, o coś zapytać, lecz Ilderim przyłożył palec do ust i wymownie popatrzył na templariusza.
Tybald pochylił się nad rannym.
- Spisałeś się dobrze - rzekł. - Tak jak przystoi najlepszym z rycerzy. Teraz odpoczywaj, bo rychło będziesz potrzebny Świątyni. Zostaniesz tutaj z naszymi ludźmi pod opieką pani hrabiny de Griss. Ja ruszam do Trypolisu i Jerozolimy. Powiem dowódcom, jak dzielnie się biłeś. - Po czym, widząc zaniepokojenie w oczach młodego brata, dodał: - Niebawem przyślę po ciebie. - Uścisnął mocarną dłonią rękę druha.
Kiedy wyszli od chorego, Ilderim pożegnał się, mówiąc, że pora mu wracać do pracy. Tybald i hrabina ruszyli przez dziedziniec, na którym trwały zwykłe zajęcia i krzątanina zamkowego popołudnia.
- Nasz kapelan zamarudził z przepisaniem umowy - odezwała się Maria. - Myślę jednak, że skończy do wieczerzy i będziemy mogli opieczętować pergaminy.
Tybald skinął głową.
- Pióro sięga dalej niż miecz - odparł. - Wszelako zadbam, aby przysłać ci, pani, co spieszniej więcej naszych zbrojnych. Majram jest piękniejszym miejscem, niż myślałem.
- O tak, i dość zamożnym lennem - dodała hrabina. - Mam osiem wiosek, w tym tylko jedną muzułmańską, miasteczko, ściągam opłaty od karawan idących do Antiochii, Trypolisu i Aleppo, kiedyś miałam karawanseraj, ale odbudujemy go rychło, do tego siedem studni, które nigdy nie wysychają. Mam też trzech mniejszych lenników, niestety dość ubogich. Jeśli zacisnę zęby i nie będę baczyła na koszt, mogę w czas wojenny zwołać dwudziestu rycerzy i konnych sierżantów oraz dwakroć tyle piechoty i kuszników.
- Z naszymi czterdziestoma turkopolami będzie to znaczna siła. Powinna starczyć, aby gnieść zagony Seldżuków, a i waszych szwagrów też utrzyma na dystans.
- Czego nie zdobyli mieczem, będą próbować intrygą lub sądem. - Twarz hrabiny ściągnęła się. Zastanawiam się, czy sprowadzić syna z powrotem do zamku.
Rozstali się na środku podwórca. Tybald ruszył do swoich, sprawdził stan koni, wybrał z siedmiu turkopoli pięciu, którzy mieli pozostać w Majramie do przybycia posiłków. Polecił Jakubowi i dwóm pozostałym szykować się do wyruszenia z pierwszym brzaskiem. Potem w swojej izbie odmówił przewidziane Regułą dwadzieścia sześć Ojcze nasz.
Ledwie skończył, kiedy ktoś zapukał do drzwi jego izby. Tybald ostrożnie je uchylił - tak jak nauczył się tego przez lata służby - i zauważył, że to konetabl Robert.
- Pani prosi na wieczerzę - oznajmił.
Tybald obrzucił go spojrzeniem i odpowiedział:
- Jeśli chcecie porozmawiać, zapraszam. - Wskazał wnętrze izby.
Konetabla nieco zaskoczyły te słowa, lecz usłuchał zaproszenia. Wszedł do środka i na gest templariusza przycupnął przy stole na prostym zydlu. Tybald usiadł na ławie służącej za łóżko i uważnie popatrzył na gościa.
- Prawiście, panie - rzekł konetabl. - Słowo z wami chciałem zamienić.
- Mówcie tedy - odparł templariusz.
- Chciałem usłyszeć od was, przy kim zostanie komenda zamku, gdy obejmą go wasi ludzie. - Robert de Ligny, mówiąc to, zaakcentował słowo "zostanie".
- Przy was, panie Robercie - odpowiedział prosto templariusz. - Nasi ludzie obejmą dwie wieże, miejsce w stajni i konieczne im budynki gospodarcze. Dla zamku nic nie powinno się zmienić. Ustalone jest w umowie z waszą panią, że załoga zamku będzie wspierała nasze patrole. Dacie naszym ludziom przewodników, póki nie poznają tych okolic. W przypadku ataku na zamek komenda jest wasza również i nad naszymi ludźmi.
- Wybaczcie otwartość, komandorze. - Robert de Ligny spojrzał w oczy templariusza. - Ale duma templariuszy jest wszystkim znana. Jaką mam pewność, że wasz dowódca pójdzie pod moją komendę?
- Takie dostanie rozkazy - z naciskiem odpowiedział Tybald. - A jego rzeczą je wykonać. Zadbam o to, aby służył tu ktoś rozsądny.
- Dziękuję wam, panie, za te słowa. W moim wieku nie chciałbym toczyć takich sporów, wolałem się upewnić, jak sprawę stawiacie. - Widać było, że konetabl z ulgą przyjął zapewnienie Tybalda. - Mówiłem pani hrabinie, że chcę jeszcze pozostać w służbie nie dłużej niż dwa lata. Wiek już na mnie wchodzi i pora dać szansę komuś młodszemu. - Robert de Ligny pogładził wąs i uśmiechnął się, chyba do swoich myśli.
- Co będziecie, panie, robić po odejściu ze służby? - zapytał Tybald.
- Osiedlę się w Tyrze, na wybrzeżu. Mam tam ładny domek, kupiony parę lat temu i magazyn w porcie. Z odłożonym kapitałem i stałym, rozsądnym dochodem, myślę, że będzie mi się żyło całkiem przyjemnie1.
- Do swoich, do Normandii, nie zamyślaliście wrócić?
- Nie, panie, nie mam już ani do kogo, ani do czego wracać. Rodziny, która została w Ligny, nie znam prawie wcale, a tu przeżyłem trzydzieści pięć lat, to już moja ziemia. Doświadczyłem tu tyle, że w starym kraju starczyłoby na trzy życia. Przywykłem do słońca, ludzi, jedzenia, nawet do Saracenów. W deszczach normandzkich rozmókłbym jak stara beczka. - De Ligny uśmiechnął się ponownie. - Ale, ale... Pora nam na wieczerzę, pani nie znosi, gdy ktoś się spóźnia. - Konetabl zerwał się na równe nogi. - Pospieszajmy, mości Tybaldzie!
Wyszli na podwórzec. W tej samej chwili ozwał się od bramy głos rogu i niezrozumiały dla nich okrzyk. Z wieży bramnej po drewnianych schodach zbiegł strażnik.
- Przybył młody pan Talbot, prosi o wjazd z pocztem! - wykrzyknął zbrojny.
- Opuścić most - zakomenderował Robert de Ligny. - To jeden z naszych lenników, dobry chłopak, chociaż głowa gorąca.
Po chwili zazgrzytały łańcuchy, most opadł z trzaskiem i po otwarciu bramy wjechał na podwórzec rycerz z pocztem konnych sierżantów i kuszników - razem dwudziestu ludzi pod sztandarem w czerwono-żółtą szachownicę. Przybysz był młody, na pięknym koniu i w doskonałej kolczudze, choć narzucona na nią opończa była silnie zapiaszczona. Na głowie miał duży włoski beret w kolorze szafranu, którym ukłonił się konetablowi i templariuszowi. Jego miedziane włosy błysnęły w słońcu. Zeskoczył z wysokiego siodła i w kilku szybkich krokach stanął przy nich.
- Pozdrowienie zacnemu panu de Ligny i wam także, dostojny panie templariuszu. - Młodzian średniego wzrostu, sprężysty i dobrze zbudowany skłonił się z gracją. - Otrzymaliśmy wezwanie naszej pani i matka kazała mi natychmiast wyruszyć, to znaczy... Eee... rzec chciałem natychmiast wyruszyłem... z ludźmi, rzecz jasna - młody rycerz zająknął się, czując, że palnął kapitalną głupotę.
- To nasz dzielny wasal John Talbot, a to dostojny brat komandor Tybald de Rideau - konetabl zaprezentował sobie rycerzy. Młody człowiek skłonił się grzecznie, Tybald równie grzecznie skinął głową.
- Bardzośmy radzi, że przybyliście, panie, zaraz zajmiemy się waszymi ludźmi i końmi. Ralfie! - Konetabl skinął na jednego ze służby. - Umieśćcie konie naszych przyjaciół w stajniach. Wy zaś, panie - zwrócił się do młodego rycerza - podejdźcie do łaźni, bo zaraz wieczerza u pani i pewnie chcielibyście chociaż twarz przemyć.
- Z największą chęcią, panie konetablu, bywajcie, panowie. - John obrócił się na pięcie i najwyraźniej znając drogę, skierował się niemal biegiem do jednej z zamkowych wież.
- Dobry chłopak - rzekł de Ligny do Tybalda. - Ma jeszcze dwóch braci. Jeden z nich jest zakonnikiem. Choć lenno dziedziczy właśnie John, wszystkim nadal rządzi ich matka Hortensja jako baronowa-wdowa. Rodzina pochodzi z Anglii, stąd imię "John", zamiast naszego poczciwego "Jana", ale nic złego na nich jako wasali powiedzieć nie mogę.
Tak rozmawiając, doszli do głównej wieży zamku.
T
Wieczerza, choć prosta, podana została pięknie. W sali, gdzie poprzedniej nocy ratowano Gilberta, na stole pokrytym białymi obrusami ustawiono koszyki z pieczywem, pieczonego barana i mnóstwo ptactwa różnych gatunków. Przeważały kuropatwy. W wielkiej ceramicznej wazie parował aromatyczny pilaw. Wszystko serwowano na srebrnych misach. Na całej długości stołu stały kandelabry ze świecami. Wino podano nie w dzbanach, lecz w kosztownych szklanych karafkach.
U szczytu stołu zasiadła pani zamku. Na honor, niewiele Tybald widział w swoim życiu niewiast, mogących równać się z Marią de Griss tego wieczoru. Cała w błękitnych jedwabiach, w sukni o długich, rozszerzanych rękawach, ze splecionymi złotymi warkoczami i w diademie wysadzanym turkusami. Wyglądała już nie jak normandzka dama, ale jak królowa przyjmująca hołdy swoich wasali. Hrabina uważnie lustrowała przybyłych, odpowiadając skinieniem głowy na ich powitania. Po jej prawicy znalazła się Fatima, również pięknie odziana w czerwono-żółtą arabską szatę bez welonu.
Prócz templariusza i konetabla Roberta przy stole zasiedli kapelan Hugon, ściskający w dłoniach pergaminy z przepisaną umową, John Talbot, Jakub Maronita, gruby mężczyzna w średnim wieku, jak się okazało ochmistrz zamku, oraz delegacja rady miejskiej Majramu, złożona z wójtów gminy ormiańskiej, nestoriańskiej2 oraz muzułmańskiej3, wyraźnie ze sobą skłócona.
Hrabina zażądała, aby kapelan odczytał umowę. Hugon z namaszczeniem, uroczystym głosem odczytał spisany po łacinie dokument. Gdy skończył, Tybald głośno potwierdził, że treść jest zgodna z jego ustaleniami z hrabiną. Ta z kolei wezwała na świadków zawarcia umowy panów de Ligny i Talbota, a także wójtów Majramu. Każdy z nich oświadczył, że jest świadkiem umowy i potwierdzi to w sądach, jeśli zajdzie potrzeba. Po tych zapewnieniach odciśnięto pieczęcie i załączono do pergaminów. Tybald patrzył, jak długie palce Marii de Griss zanurzają w czerwonym wosku pieczęć z trzema lwami. Sam odcisnął małą pieczęć Templum, wyobrażającą dwóch rycerzy na jednym koniu, w jaką wyposażył go mistrz Świątyni, posyłając do Konstantynopola. Umowa była dokonana.
Maria de Griss podziękowała Zakonowi za wsparcie prawowitego dziedzica Majramu, zapewniła o swojej wielkiej wdzięczności i przekazała wójtom Majramu, że również miasto jest objęte gwarancjami templariuszy, co przyjęli z wielkim zadowoleniem. Potem hrabina poprosiła, aby wszyscy jedli i cieszyli się dobrym wieczorem.
Mimo świetnych potraw atmosfera była daleka od radości. Wszyscy zebrani wyczuwali, że przyjęte rozwiązanie nie kończy problemów z sukcesją. Starsi miasta martwili się szkodami, jakie przyniesie handlowi zniszczenie karawanseraju, de Ligny dumał, jak ułożą się mu relacje z templariuszami. Maria de Griss również była zamyślona, mimo że życzliwie wymieniała słowa ze swoimi gośćmi. Tybald, jakkolwiek pod wrażeniem urody hrabiny, myślał o tym, jak dalece przekroczył swoje umocowania, biorąc Majram w dzierżawę Zakonu. Najlepiej, choć niespodziewanie, bawili się Fatima i Jakub Maronita. Od słowa do słowa okazało się bowiem, że oboje wielbią łowy z sokołami. Jak wyznała Fatima, jej ojciec, naczelnik wioski przynależącej do lenna Majramu, był jednym z najlepszych sokolników w północnej Syrii. Nie mając syna, nauczył ją swojej sztuki, a ta stała się jej pasją. Jakub, sam będący fanatykiem sokołów, odkrył, że młoda dziewczyna jest wytrawnym łowcą o solidnej wiedzy i oryginalnych poglądach na łowy. On, milczek na co dzień, teraz niemalże stał się gadatliwy, co rusz polewając sobie i Fatimie wina do pucharów. Z zapałem spierali się o to, czy łowienie migrujących z Azji sokołów należy rozpocząć już we wrześniu, czy dopiero w październiku, a także czy lepsze są sokoły ze stepów, czy te z gór Persji.
Pierwsi pożegnali się wójtowie gmin miejskich - raz, że nie czuli się pewnie w takim towarzystwie, dwa, że zbyt długie przebywanie u pani zamku mogło zakończyć się nałożeniem na miasto jakichś nowych powinności. Stąd też zjedli szybko i gnąc się w ukłonach, co rychlej opuścili wieczerzę. Poszedł z nimi Ilderim, z którym chcieli omówić swoje sprawy.
Zaraz po tym wyszedł de Ligny, tłumacząc się, że musi obejść mury i pociągnął za sobą Johna Talbota, przez większość wieczoru nic nie mówiącego, tylko cielęcym wzrokiem wpatrującego się w hrabinę. Kapelan i ochmistrz żwawo podążyli za nimi. Tybald też począł zbierać się do wyjścia.
- Zaczekajcie, panie - rzekła hrabina. Tybald się zawahał. Reguła ostrzegała przed przebywaniem w pomieszczeniu sam na sam z kobietą. Jednak przy stole, zatopieni w dyskusji o sokołach, zostali jeszcze Jakub i Fatima.
Maria wzięła swój kielich, podeszła do Tybalda i usiadła obok niego.
- Mam jeszcze słowo do was, panie, ale nie chciałam rozmawiać przy wszystkich.
Z szerokiego rękawa sukni wyjęła niewielki rulon pergaminu i podała templariuszowi.
- Przemyślałam naszą umowę - oznajmiła - i sądzę, że dobrze by było, abym dała też coś Świątyni od siebie jako dar. To donacja i przywilej na rzecz Zakonu. Daję wam dziesięć procent z ceł Majramu. Tak długo, jak Zakon będzie dzierżawił zamek.
- Czemu to robicie, pani? - zapytał Tybald, nie do końca rozumiejąc, do czego zmierza hrabina. - To duża szczodrość...
- To około dwustu bizantów rocznie, nasze cła dają mi mniej więcej dwa tysiące.
- Nawet nie przypuszczałem, że Majram ma takie wpływy z handlu - przyznał Tybald. - Jesteście, pani, zamożną dziedziczką.
- To dlatego moi szwagrowie tak mocno pragną naszej ziemi. Swojej mają dość, ale brakuje im gotowizny, bo ich lenna leżą z dala od szlaków karawan - kontynuowała hrabina. - Z ich ziemią i moimi pieniędzmi weszliby do elity rodów Antiochii. - Popatrzyła na Tybalda badawczo. - Wasi przełożeni zatwierdzą umowę? - zapytała wreszcie. - Wiem, że w zakonach to kapituła decyduje o takich sprawach.
- Trafnie przypuszczacie, pani, że muszę rzecz przedstawić starszym Zakonu. Umowa jest jednak korzystna dla obu stron i myślę, że zgodzą się na nią.
- Kiedy będę to wiedziała?
- U nas decyzje zapadają szybko. Do Jerozolimy dotrę od was w dni dziesięć, dwanaście dni. W kilka dni potem będę znał stanowisko naszego mistrza i Kapituły.
- Gołąb pocztowy może przelecieć ten dystans w jeden dzień4. Jeśli dam wam gołębie, prześlecie mi wiadomość?
Tybald skinął głową.
- Jeśli macie dobre gołębie, wezmę je chętnie i prześlę wam wiadomość. Jakub będzie się nimi opiekował - wskazał maronitę.
- Gdyby doszło do dalszych sądów, do kogo powinnam się odwoływać? Do króla Baldwina czy królowej Melisandy? - zapytała hrabina.
- Młody król nie ma jeszcze władzy, nadal rządy sprawuje królowa, więc póki co o jej względy powinniście, pani, zabiegać. Zakon będzie po waszej stronie.
- Nigdy dostatecznie się wam nie odwdzięczę, panie, i nigdy wam tego nie zapomnę. - Głos Marii de Griss był poważny i głęboki. - Uratowaliście Majram i mnie.
- Nie dopuściłem do rozlewu krwi chrześcijan, już to jest moją nagrodą - odpowiedział Tybald, któremu słowa hrabiny sprawiły przyjemność większą, niż oczekiwał.
- Jak to się stało, że zostaliście templariuszem? - zapytała Maria, wygładzając długimi palcami zmarszczkę na obrusie.
Dłonie Madonny - pomyślał Tybald - piękne i zręczne...
- Byłem młodszym synem, nie dziedziczyłem lenna, nie chciałem być księdzem. Pragnąłem przygód, podróży, wojennej chwały, ale także zbawienia duszy. Zakon wydał się mojemu ojcu idealnym miejscem dla mnie.
- A teraz jak to widzicie? - Maria de Griss utkwiła w Tybaldzie swoje cudnie błękitne, mądre oczy. - Warto było wyrzec się świata dla chwały i zbawienia?
Tybald poczuł, że coś przewraca się mu w piersi.
- Teraz... bywam czasem znużony, pani - rzekł prosto. - Wiem, że walczę o słuszną sprawę i że wśród braci jest mi dobrze. Wiem, że dzielę z nimi chwałę i poważanie, jakimi cieszy się Świątynia.
- Ale...? - cicho spytała Maria.
- Czasem chciałbym zobaczyć Normandię. Poczuć na twarzy wiatr od morza. Przejechać przez dąbrowę na dobrym koniu, wykąpać się w rzece. Nie wiem, po co wam to mówię, pani...
- A... kobiety? Nie brakuje wam ich? - Pytanie było śmiałe, tak śmiałe, że nikt go do tej pory Tybaldowi nie zadał. Spojrzał na hrabinę, myśląc, że to bezczelność, że słyszy je właśnie od niej, ale twarz Marii była poważna. Oparła ją na złożonych dłoniach i spoglądała na niego spokojnie głębokimi jak morze oczami.
- Nigdy wcześniej nie spotkałem takiej, dla której żałowałbym swojego wyboru - odparł po chwili namysłu.
Maria de Griss sięgnęła po swój kielich, podniosła go bardzo powoli, patrząc, jak płomień świecy igra refleksami w czerwonym winie, a potem spojrzała mu w oczy i rzekła:
- Wypiję za to, komandorze.
Dalsza część dostępna w pełnej wersji.
1 Państwa krzyżowców nie cierpiały na brak pieniędzy. Ich dochody w przeliczeniu na mieszkańca były znacząco wyższe niż w Europie. Wielu rycerzy mieszkało na stałe w miejskich lub podmiejskich pałacach i rezydencjach, od czasu do czasu odwiedzając swoje posiadłości w głębi lądu. Miasta rozwijały się intensywnie, bogacąc się na handlu pomiędzy Azją a Europą.
2 Kolejne wschodnie wyznanie chrześcijańskie w Ziemi Świętej, w ostrej opozycji do innych odłamów tak wschodniego, jak i zachodniego chrześcijaństwa.
3 W miejscowościach Outremer każda gmina wyznaniowa miała swojego naczelnika albo wójta. Jedno miasto zamieszkiwali wyznawcy kilku religii. Każda grupa wyznaniowa miała też swój osobny sąd.
4 Dobry gołąb pocztowy potrafi przelecieć 400-600 mil dziennie, zależnie od wiatrów i pogody.
Rozdział I
Zamek w Majramie
Trakt kupców korzennych istotnie był dość równy i w świetle księżyca dobrze widoczny. Niewielki orszak Tybalda ciągnął ostrożnie, lekkim kłusem, by nie wyczerpać do cna rannego. Przewodnik, z Jakubem Maronitą na czele, prowadził pewnie. Tybald drzemał w kulbace. Trudy pościgu i wcześniejszego poselstwa do kraju Greków1 mocno dały mu się we znaki. Zbroję posłuszeństwa2 nosił już lat piętnaście, od czasu gdy jako siedemnastolatek dołączył do Świątyni. Na chwałę rodu de Rideau i ku uldze starszego brata, dziedziczącego lenno. Wprawdzie prawo stało za starszym, lecz Tybald pozostawał ulubieńcem ojca, a w życiu różnie bywa... W każdym razie brat wielce był rad jego powołaniu i nawet obiecał ufundować zakonowi kaplicę. Czy słowa dotrzymał, Tybald nie miał pojęcia, bo wieści z Normandii dochodziły rzadko i z wielkim opóźnieniem. Nawet o śmierci ojca dowiedział się rok po fakcie. Jednak kto wstąpił do Świątyni i odpłynął za morze, ten dla swoich stawał się legendą, wspomnieniem, zasługą w oczach Boga, którą można było chwalić się przed sąsiadami, lokalnymi księżmi czy nawet biskupami.
Tybald odnalazł się w nowej służbie. Świątynia, rosnąc w potęgę i znaczenie, w niespełna trzydzieści lat po założeniu jej przez wielkiego a pokornego Hugona de Payensa stała się siłą, z którą liczyć musieli się wszyscy. Tak swoi, jak i Saraceni czy greccy schizmatycy. Świątynia ceniła ludzi zdolnych i wnet poznała się na talentach Tybalda. Rozum miał bowiem bystry i sprawy prędko ogarniający, odważny był jak inni współbracia, do tego potężnej siły fizycznej. Już od początku pokazał talent do języków Outremer, przewyższając nawet w tej umiejętności braci służących od wielu lat w Ziemi Świętej. Okazało się, że posiada także dar zjednywania sobie ludzi, toteż zaczął służyć Templum jako wysłannik i poseł. Jego mentorem i patronem stał się Rajmund de Nevers, zaufany zastępca seneszala3 Zakonu, kierujący dyplomacją Świątyni. Rajmund był jednym z "pierwszych", jak o nich mawiano, bo przyłączył się do wiekopomnego Hugona już jako młody człowiek. I tak od ponad dwudziestu lat dzierżył w swoim ręku te sprawy Świątyni, które winny być zakryte dla niepowołanych oczu. Czynił to sprawnie i skutecznie, dlatego przy wsparciu protektora Tybald szybko piął się w górę. Wielu go podziwiało, wielu mu zazdrościło. Niektórzy nienawidzili.
Zaraz po północy dotarli do Majramu. Miasteczko otaczał mur tworzący czworobok z małymi wieżami na rogach oraz obronną bramą. Przed murami, o strzelenie z łuku, czyli mniej więcej o sto kroków, znajdował się kompleks karawanseraju, gdzie zatrzymywali się kupcy. Pełnił on również funkcję obronną, tworząc jakby fort u podejścia do miasta. Stąd trakt rozwidlał się i wiódł w górę, gdzie na płaskowyżu majaczył zamek.
Orszak templariusza rozciągnął się, pokonując wąską, wijącą się drogę do twierdzy. Posuwali się ostrożnie, uważając, aby nie zwalić się z końmi z urwiska. Na wzgórze dotarli w dwa pacierze. Zamek nie był duży, zbudowany przez Greków na planie równego czworoboku. Niby nic specjalnego, a jednak budowle tego rodzaju po wielekroć dowiodły swojej odporności na ataki, tak że praktyczni do bólu templariusze brali je za wzór i powtarzali ten układ, wznosząc własne fortece w Outremer. Czasem do czworobocznego muru dodawali potężny donżon4 pośrodku dziedzińca.
Majram nie posiadał jednak donżonu, prawdopodobnie seniora tego lenna nie było stać na jego wzniesienie.
Templariusz i jego ludzie zbliżyli się do bramy, oddzielonej od podjazdu suchą fosą wykutą w skale i głęboką na dwóch ludzi. Most zwodzony był podniesiony, na murach paliły się pochodnie, za blankami widać było cienie strażników. Zamek wydawał się czujny, groźny i milczący, niczym przyczajony do skoku nocny zwierz.
Templariusz sięgnął po róg, pomyślał jednak, że skoro załoga zamku i tak wie o ich przybyciu, lepiej będzie się obwołać. Złożył więc ręce przy ustach i zakrzyknął:
- Ubodzy rycerze Chrystusa proszą pana zamku o pomoc i nocleg!
- A skąd mamy wiedzieć, coście za jedni? W nocy wszystkie koty są szare! - odkrzyknął w dobrej północnej francuszczyźnie głos zza blanków.
- Jestem Tybald de Rideau, sługa Templum, a oto moi ludzie. - Templariusz zachowywał spokój, gdyż był pewien, że w tej chwili za strzelnicami zamku niejedna ręka trzyma wycelowaną w nich kuszę. Niepokój albo panika strzelców mogły łatwo zamienić się w deszcz bełtów. - Mamy rannego i pilnie potrzebujemy medyka. - Przypuszczał, że strażnicy z zamku dobrze widzą już jego "w miarę" biały płaszcz i czarno-białe proporczyki u lanc jeźdźców. Nie dziwił się jednak ich ostrożności. Płaszcze i lance nie zawsze nosili ich pierwotni właściciele...
- Jestem Robert de Ligny - odezwał się ten sam głos z silnym normandzkim akcentem i zza blanków wysunęła się do połowy ludzka sylwetka. Człowiek ten zlustrował orszak Tybalda, po czym rzucił do swoich: - Opuścić most! To rzeczywiście świątynnicy.
Dłuższą chwilę potrwało, zanim po komendzie zazgrzytały niewidzialne mechanizmy i most, zawieszony na grubych łańcuchach, opuścił się nad fosę.
W okutej żelazem bramie otwarto mniejsze wrota, wystarczające, by przejechał jeden konny.
- Zdejmijcie kolebkę z bratem Gilbertem i zwyczajnie go wniesiecie, bo za wąsko na dwa konie - komenderował Tybald.
Turkopole ostrożnie zdjęli nosze spomiędzy koni i podnieśli je w czterech ludzi.
Tybald ruszył konno przez most jako pierwszy, za nim noszowi z Gilbertem, Jakub Maronita, a potem pojedynczo reszta oddziału, prowadząc za sobą konie i luzaki.
Na dziedzińcu czekał na nich starszy, posiwiały rycerz. Wzrostem dorównywał niemal Tybaldowi, miał na sobie hełm i kolczugę. Przy nim stało sześciu piechurów z glewiami. Na blankach Tybald zauważył kilkunastu kuszników.
- Wybaczcie panie, ale czas jest niespokojny, więc i my nie zaniedbujemy ostrożności - zwrócił się do templariusza.
- Urazy nie żywimy. Brat nasz od saraceńskiej strzały raniony ciężko, a ponoć macie biegłego medyka.
- Nieście go tu, na prawo, do wieży pani. - Robert de Ligny wskazał dłonią, w grubej skórzanej rękawicy na najbliższą i największą z narożnych wież fortecy.
Przeszli spiesznie z rannym na noszach przez wybrukowany majdan, oświecany nierzeczywistą, srebrną poświatą pełnego księżyca wysoko stojącego na niebie.
Na szczycie schodów prowadzących do portyku wieży Tybald zauważył jasną postać. Gdy podeszli bliżej, zmiarkował, że to kobieta. Była wysoka, wyprostowana, oświetlona blaskiem pochodni. Na białą nocną szatę miała narzucony płaszcz czerwonej barwy z ciężkiego flandryjskiego sukna, lamowany futrem i spięty pod szyją złotą klamrą. Spod niewielkiego czepca z chustą, upiętą na sposób syryjski, wydostawały się pasma jasnych loków. Gdy podszedł bliżej, dostrzegł, że ma przed sobą najbardziej normandzką i, na honor, niezwykle piękną damę, jaką widział od lat. Znał takie kobiety i taką urodę ze stron ojczystych. Przez krótką chwilę poczuł się, jakby stał na podwórcu zamku Rideau, tysiące lig stąd.
Pani zamku zlustrowała go z nieruchomą, posągową twarzą. Jej oczy badawczo przesunęły się po templariuszu, noszach z rannym i reszcie oddziału, po czym rzekła:
- Idźcie za mną. - Obróciła się lekko i uderzyła kołatką w drzwi. Te natychmiast się otworzyły.
Weszła pierwsza, tymczasem Tybald przepuścił nosze z nieprzytomnym Gilbertem i zwrócił się do Roberta de Ligny:
- Dajcie moim ludziom miejsce do spania i umieśćcie w stajniach nasze konie.
- Zajmiemy się tym, dostojny bracie. - Dowódca załogi zamku skłonił się lekko i odszedł do swoich.
Tybald wszedł do wieży. Musiał się przy tym schylić - drzwi nie były obliczone na jego wzrost. Za nimi wąski korytarz w grubym murze zakręcał dwukrotnie, aby otworzyć się na nadspodziewanie dużą salę ze sklepieniem wspartym na dwóch filarach.
Przez środek biegł długi, ciężki stół - zasiąść przy nim mogło z dwa tuziny biesiadników. Przy jednej ze ścian ulokowana była duża kamienna kuchnia, z paleniskiem częściowo przykrytym żeliwną płytą.
Na stole leżał, zdjęty już z noszy, nieprzytomny Gilbert. Pochylał się nad nim wiekowy, siwy i brodaty człowiek we wschodnim stroju. Starzec sprawdził najpierw założony opatrunek, pokryty zakrzepniętą, sczerniałą krwią, a potem maczając palce w oliwie, z uwagą i delikatnie zaczął przecinać i rozwijać bandaże.
- To Ilderim bin Hassan, nasz gość i medyk - powiedziała normandzka pani zamku. - Jego rodacy zwą go al-Malik, czyli król, bo według nich jest królem lekarzy.
Normandka stała przy kuchni i patrzyła, jak młoda służąca o śniadej cerze dokłada drew do paleniska, na którym stał spory gar, buchający parą. Dama była już bez płaszcza, w fioletowej tunice narzuconej na białą szatę nocną. Ze skrzynki obitej skórą zaczęła wyciągać i odstawiać na mały stolik rozmaite flakony oraz nieduże gliniane dzbanuszki.
- Jak się domyślacie, jestem hrabina Maria de Griss, a Majram to moja ziemia - powiedziała z pewnym naciskiem. - Wasze imię, panie rycerzu, już słyszałam. Podobno templariuszom nie wolno rozmawiać z kobietami, tak przynajmniej się mówi - dodała po chwili.
- Zakon czci Matkę Bożą jako tę, która była u jego początku, i patronuje jego dziełom, a ty, pani, nosisz jej imię. Dlaczego nie miałbym rozmawiać ze szlachetną Normandką? - odparł, w myślach zaś dorzucił: Do tego piękną. Tybald nie darmo był dyplomatą i potrafił rozmawiać z damą wysokiego rodu.
- Chybiony strzał, bracie - w głosie hrabiny zabrzmiała nuta ironii. - Niech nie zmyli cię mój wygląd - kontynuowała po chwili. - Normandem był mój ojciec Gerard z Avesnes, ale matka była Ormianką czystej krwi. Oczywiście, według zasad jej ludu, również szlachetną - dodała rozbawiona, widząc zaskoczenie templariusza. - De Griss to ród mojego nieżyjącego męża.
- W Outremer ludzie i rzeczy często są innymi, niż się zdają - odpowiedział.
- W Outremer nic nie jest takie, jakie się zdaje - odparła. - Czas zająć się waszym towarzyszem. - Podeszła do medyka i zagadnęła go po arabsku: - Co sądzisz o tej ranie, Ilderimie?
- Grot strzały ułamał się w ciele, nasz medyk nie mógł go wyjąć - Tybald przeszedł także na arabski.
- Krwotok ustał - powiedział Ilderim. - Z rany tylko lekko się sączy, ale żelazo zaraz trzeba usunąć, bo wda się zakażenie. Może też wędrować w ciele i dalej ranić.
Tybald nie oponował. Wiedział, jak biegli potrafią być w swojej sztuce medycy Saracenów i Greków. Zakon często korzystał z ich wiedzy. Wyczuwał też swoim doświadczeniem, że bez operacji los Gilberta zostanie przesądzony. Zbyt wiele razy widział podobne postrzały ze wschodnich łuków, aby łudzić się co do stanu rannego.
- Usta ma suche - ciągnął medyk. - Krew się nimi nie rzuciła, mimo że jechaliście długo po postrzale, czyli grot ominął płuco. Zresztą oddycha bez duszności, inaczej dowieźlibyście trupa. Stracił dużo, może nawet bardzo dużo krwi, znaczy strzała pocięła mniejsze naczynia krwionośne, ale skoro żyje, ominęła tętnice. Dobrze, że wasz lekarz podał mu wywar z maku na znieczulenie i sen. - Medyk obrócił się ku Marii. - Moje ręce i oczy, pani, nie są tak pewne jak kiedyś. - Popatrzył na swoje dłonie pokryte plamami starości. - Myślę, że jeśli ten Frank ma przeżyć, będziesz musiała wyjąć grot, tak jak cię uczyłem.
Tybald najpierw uznał, że się przesłyszał. Niemało doświadczył w życiu, podróże w służbie Zakonu również wiele go nauczyły, jednak nigdy jeszcze nie widział kobiety parającej się medycyną.
- Mogę to zrobić, jeśli się zgodzicie. - Maria wyczuła jego niedowierzanie. - To nie będzie pierwszy raz - dodała. - Wiem, co robię.
Tybald zastanowił się przez krótki moment.
- Róbcie, pani, co trzeba, reszta w rękach Boga, wszelako - dodorzucił - wcześniej odprawię moich ludzi, nie muszą widzieć wszystkiego. - Skinął na czterech zbrojnych, którzy przynieśli rannego: - Przyślijcie mi tu Jakuba, a sami konie obrządźcie, potem możecie spać tam, gdzie wam pokażą.
Zbrojni natychmiast wyszli z sali. Tybald nie zwykł powtarzać komendy dwa razy.
- Macie może grot, który wasz medyk wyjął z rany? - spytał Ilderim.
Tybald wyciągnął zgięty grot z sakiewki przy pasie - jeden z jego zadziorów był ułamany - i podał go medykowi.
Ten, obejrzawszy go uważnie, oznajmił:
- To grot do polowania. Normalnie nie przebiłby kolczugi, ale musiał o nią tylko zawadzić pod pachą, a potem trafił na przeszywanicę. Dobrze, że nie jest zatruty.
- W ranie jest tylko jeden zadzior - lekarz obrócił się do Marii - wąski i płaski, ale ostry. Użyjemy najwęższej łyżki. Trzeba wejść bardzo powoli i dokładnie wzdłuż kanału rany. Grot jest zgięty, a ponieważ nie przebił płuca, myślę, że mógł się odchylić od kierunku, w jakim wbiła się strzała. Najpierw wejdź narzędziem, spróbuj wyczuć odłamek, a jak go znajdziesz, chwyć i wyciągaj, tylko bardzo powoli.
Hrabina w skupieniu, bez słowa skinęła głową.
- Trudność leży w tym - rzekł Ilderim tym razem do templariusza - aby przy wyciąganiu odłamka nie przeciąć tętnicy. Nie może się nam on obrócić ani przekręcić w trakcie zabiegu.
W tym momencie do sali wszedł Jakub Maronita. Służąca rozłożyła narzędzia, wyjęte z gara z wrzątkiem, na czystym płótnie za głową rannego.
- Zawsze zanurzam narzędzia we wrzątku, tak jak to czynią w Indiach - wyjaśnił stary medyk, widząc pytanie we wzroku templariusza. - Ich lekarze potrafią czynić istne cuda i mają dużo mniej zmarłych niż nasi, więc i ja tak czynię. Będziecie trzymać go za nogi, ja za ręce, na wypadek, gdyby obudził się przy operacji. Nie dam mu więcej wywaru na sen, bo mogłoby go to zabić.
I ułożył ręce Gilberta za głową w pozycji, w jakiej śpią niemowlęta, a Tybald i Jakub przycisnęli kończyny rannego do blatu.
Hrabina wzięła w dłoń połączone ze sobą dwa cienkie pręty, zakończone niewielkimi, owalnymi chwytakami o szerokości mniej więcej palca. Końcówkę narzędzia zanurzyła w jednym ze słoiczków i poleciła służącej:
- Daj więcej światła.
Służąca zapaliła świece w wieloramiennym kandelabrze i podeszła do hrabiny. Maria zanurzyła palec w maści, po czym ostrożnie zagłębiła go w ranę, aby delikatnie ją poszerzyć.
Gilbert drgnął i byłby się poruszył, gdyby nie trzech mężczyzn przyciskających go mocno do stołu.
Maria cofnęła dłoń, ujęła narzędzie i wsunęła je w ranę. Bardzo wolno. Gdy dotarła na głębokość pół dłoni, rannym Gilbertem wstrząsnął spazm. Otworzył oczy i z jękiem próbował poderwać się w górę.
- Trzymać mocno! - krzyknął Ilderim i niemal położył się na ramionach Gilberta.
- Znalazłam - syknęła przez zaciśnięte usta Maria. - Będę wyciągać.
- Złap odłamek i sprawdź, czy się rusza - powiedział Ilderim.
Gilbert, mimo że nieprzytomny, jęczał i kręcił głową w malignie. Krew z rany, sącząca się do tej pory lekko, pociekła silniejszym strumieniem po boku rannego i zaczęła formować niewielkie kałuże na stole i podłodze. W powietrzu rozszedł się metaliczny, słodkawy zapach posoki.
- Ześlizgnął się, próbuję jeszcze raz - głos hrabiny był napięty, ale zdeterminowany.
- Szukam, przesunął się chyba w dół.
Na chwilę zapadła cisza. Maria skupiona, uważna do granic możliwości, ostrożnie sondowała ranę.
- Mam! Idzie! - Trzymała teraz oburącz pręty szczypiec. Wyczuwała, że jeśli zadzior wyśliźnie się po raz kolejny, może nie złapać go ponownie. Napływająca krew czyniła ten wrogi kawałek żelaza zbyt śliskim. Od siły uścisku dłonie Marii zaczynały mrowić, jednak nie zwalniając chwytu, pomału cofała narzędzie w ranie.
Nie czuję, żeby odłamek się ślizgał - pomyślała i to dodało jej otuchy. Skupiła się na tym, aby cofając szczypce, nie odchylać go od kanału rany. Zrobiła pół kroku w tył i pociągnęła do siebie dłonie. W wylocie rany ukazały się umazane krwią łyżki narzędzia, a w nich wąski kawałek metalu. Z rany popłynęło jeszcze więcej krwi. Maria wyciągnęła rękę z narzędziem w stronę lekarza. Pierwszy raz tej nocy się uśmiechnęła.
- Oto i nasz przeciwnik - rzekł Ilderim. - Fatimo, trzymaj ręce Franka - powiedział do służącej. - Ja zszyję ranę i założę opatrunek.
Reszta zabiegu okazała się popisem umiejętności saraceńskiego medyka. Tybald musiał przyznać w duchu, że nigdy nie widział, by ktoś tak błyskawicznie opatrzył rannego. Ręce Ilderima, mimo że gruzłowate ze starości, migały szybko, gdy szył ciało zakrzywioną igłą.
- Możecie go już puścić. - Głos starego lekarza stał się teraz odprężony, pogodny. - Nie będziemy póki co go przenosić, żeby nie zaczął krwawić. Podłożymy mu poduszkę, okryjemy ciepło i poczekamy do rana.
- Będzie żył? - spytał Tybald. - Jak uważacie?
- Jest młody, silny, powinien przetrwać. Proście za nim, panie, waszego Boga, a ja poproszę swojego.
Tybald podszedł do hrabiny.
- Nigdy nie widziałem, pani, czegoś podobnego ani tu, ani w Konstantynopolu - powiedział poważnym tonem i z podziwem skłonił głowę. - A niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć.
- No to mieliście pokaz naszych czarów. - W głosie Marii usłyszał nutę przekory, rzekłby dziewczęcej. - Mam też nadzieję, że na mnie nie doniesiecie.
- Zakon potrafi być wdzięczny wobec świadczących mu dobro, wezmę zatem słowa waszej miłości za żart. - Tybald sam uśmiechnął się lekko. - Ten młody człowiek wiele dla mnie znaczy, jest moim kuzynem i kiedyś może być kimś ważnym w Świątyni. O ile przeżyje.
I na tym skończyła się ta noc, którą w przyszłości templariusz po wielekroć wspominał, bowiem czasem małe rzeczy odmieniają los człowieka tak, jak jego los miał odmienić ułamany grot seldżuckiej strzały.
1 Cesarstwo Wschodniorzymskie (współcześnie uznawane za Cesarstwo Bizantyńskie lub Bizancjum) ze stolicą w Konstantynopolu. Ze względu na dominację kultury, języka oraz ludności greckiej dawniej zwane Cesarstwem Greków, podczas gdy formalnie należało do Cesarstwa Rzymskiego.
2 Założenie zbroi posłuszeństwa - u templariuszy moment złożenia ślubów zakonnych.
3 Seneszal - zastępca wielkiego mistrza templariuszy, kierujący zakonem pod nieobecność lub w razie choroby wielkiego mistrza.
4 Wysoka i potężna wieża pośrodku zamku, ostatnie miejsce oporu obrońców w razie oblężenia, w czasie pokoju wykorzystywana do celów mieszkalnych i administracyjnych.
Rozdział IV
Karawanseraj
Doścignęli Seldżuków następnego dnia tuż po południu, tak jak to przewidział Berenger Myśliwy. Leżąc na kamienistym wzgórzu, Roger lustrował biwak rozbójników rozbity wśród zieleni nad niewielkim dopływem Orontesu. Seldżuków było około trzydziestu, wszyscy dobrze uzbrojeni. Miejsce na postój wybrali starannie, pośrodku otwartej równiny, o dobre pół ligi od najbliższych wzniesień. Nie mogło być mowy o zaskoczeniu. Pośrodku obozowiska rozbity został lekki namiot, prawdopodobnie dla dowódcy wyprawy.
- Jeżeli tutaj, panie, stanęli na popas, to do Himsu za dnia już nie zdążą. Zatrzymają się najpewniej przy starym targu karawan cztery ligi od miasta - powiedział do Rogera Berenger.
- Kupcy dalej tam się gromadzą? - spytał tropiciela bajlif.
- Tak, choć nie tak licznie, jak kiedyś, odkąd władcy miasta postawili karawanseraj od strony damasceńskiego szlaku na południu.
Roger pomyślał, że to może być ich szansa. Jeżeli pod miastem stoją karawany, wówczas Seldżucy nie będą mogli pilnować się tak dobrze, jak do tej pory.
- Rozsiodłać konie, ognia nie palić - rozkazał swoim. - Pójdziemy za nimi, jak tylko się ruszą.
Seldżucy nie kazali Rogerowi długo czekać. Mniej więcej w dwa pacierze później zaczęli zwijać obozowisko, po czym pociągnęli dalej w stronę Himsu.
Teraz największą sztuką dla ścigających było podążać za grasantami tak ostrożnie, aby nie zdradzić swojej obecności. Jednocześnie ludzie bajlifa dawali baczenie wokół, czy nie dostrzegą innych Saracenów. Byli już bowiem głęboko na ziemiach muzułmańskich, a jałowe pustkowie wkrótce miało się skończyć. Im bardziej zbliżali się do tak dużego miasta, jak Hims, tym bardziej rosło ryzyko wpadnięcia na patrole muzułmańskie czy po prostu kupców podążających odwiecznym szlakiem karawan, prowadzącym z Himsu dalej do Aleppo i Bagdadu.
Klucząc za bandą Seldżuków, pościg dotarł w porze muzułmańskiej wieczornej modlitwy do starego targu wielbłądziego i stojącego tam karawanseraju. Był to rozległy, prostokątny, udeptany plac z murowanymi zabudowaniami zajazdu i magazynów w jednym z narożników oraz dużą studnią pośrodku. Tak, jak się spodziewali, miejsce było pełne ludzi z kilku karawan. Oprócz namiotów rozstawiono sporo bud i kramów, gdzie szedł handel końmi, osłami i wielbłądami. W jednym z boków targu znajdowały się zbite z żerdzi zagrody dla zwierząt i stogi siana. Wyraźnie słyszeli gwar targowiska. Seldżucy, za którymi podążali, rozbili obóz w narożniku. Pośrodku znów stanął większy namiot dowódcy, a przed nim postawiono dwóch strażników. Roger przypuszczał, że tam muszą znajdować się jeńcy.
Zatrzymali się wśród zarośli w zagajniku piniowym. Rozsiodłali konie, dali im wody ze skórzanych bukłaków, a następnie założyli na pyski wierzchowców worki z obrokiem. Roger polecił sprowadzić konie w dół niewielkiej kotliny, dobrze osłoniętej drzewami.
Potem przywołał do siebie swoich ludzi.
- Seldżucy bardzo się pilnują - powiedział. - Nie uda nam się skrycie dotrzeć do jeńców.
Berenger skinął głową.
- Musimy odwrócić ich uwagę, panie - rzekł.
- Tak jest, musimy sprowadzić zamęt na ten targ - zgodził się bajlif i od razu przeszedł do rozkazów. - Do obozu wchodzę pierwszy z Berengerem. Czekamy, aż się dobrze ściemni. Benvenuto - zwrócił się do młodego Italczyka - widziałeś sterty siana z lewej strony targu. Weźmiecie z Dietmarem Niemcem po dzbanie oleju skalnego1, dobre krzesiwa i kilka pochodni. Jak tylko dostaniecie się do stogów, podpalacie. Nie żałujcie oleju. Możecie cisnąć parę pochodni na kramy i namioty. Potem od razu w skok do zagajnika.
Roger wiedział, że dobiegną szybko. Benvenuto słynął z wprawy, z jaką wymykał się ścigającym go mężom i braciom jego licznych kochanek. Dietmar był jeszcze młodszy i jeszcze szybszy.
- Ruszacie jeden pacierz po nas. Ubrać się na ciemno. - Bajlif mówił powoli, wyraźnie, pewnym głosem. - Czekamy, aż Benvenuto i Dietmar zapalą stogi i powstanie tumult. Następnie próbujemy wydostać brankę. Jeżeli pożar nie wybuchnie, wycofujemy się do was. Ranulfie - skinął na Prowansalczyka - czekasz w siodle z resztą na skraju lasu. Łuki i kusze naszykowane. Dwóch ludzi z luzakami gotowych. Jeśli zobaczycie nas biegnących, wyjeżdżacie w skok po nas. Jeśli pójdzie za nami pościg, uderzacie na ścigających. Pytania? - Powiódł wzrokiem po swoich ludziach. Pytań nie było. - Dobrze. Szykujmy się, w imię Boże!
- Święty Jerzy i Dionizy, prowadźcie nas! - dodał Ranulf.
T
Zmrok zapadł szybko, jak to jesienią w Outremer. Gdy tylko nadciągnęły ciemności, karawanseraj rozbłysnął ogniskami na placu. Karawany sposobiły się do wieczerzy i spoczynku po pracowitym, handlowym dniu. Gdzieniegdzie ktoś zaśpiewał, odezwała się muzyka fletu czy oud2. Dość długo trwało, zanim gwar zaczął milknąć, ognie gasnąć i mrok znów wziął górę nad światłem.
Jednak nawet uśpiony karawanseraj nie był całkowicie ciemny ani pusty. Co jakiś czas przemykali między namiotami ludzie, czasem zarżał koń lub odezwał się wielbłąd. Roger zrozumiał, że ich zadanie nie będzie łatwe.
Skinął na Berengera i chyłkiem ruszyli w stronę targu. Odziani byli w bure, wełniane płaszcze, wysmarowane dodatkowo popiołem zwilżonym oliwą. Na hełmach zamotali arabskie turbany. Przypadając co chwila do ziemi, poruszali się od jednej nierówności terenu do drugiej, od jednej plamy ciemności do kolejnej. Wreszcie dotarli do skraju placu targowego. Przywarowali za budami kramów i rozejrzeli się. Nikogo w pobliżu. Pomału przesuwali się w kierunku narożnika zajętego przez Seldżuków. Gdy znaleźli się od niego o pół strzału z łuku3, przywarowali za ogrodzeniem z desek i palików. Czekali.
Roger pomyślał, że trwa to za długo i że para podpalaczy napotkała jakieś problemy, kiedy zauważył, że sterta siana na brzegu placu rozjaśniła się różową poświatą, aby po chwili buchnąć wysokim płomieniem. Podsycany wieczorną, pustynną bryzą ogień momentalnie strzelił w górę i objął cały stóg. Za nim stanęły w płomieniach kolejne. Plac zasnuł się dymem. W przylegających zagrodach konie zaczęły rżeć, kwiczeć i w panice napierać na drewniane ściany. Dołączył do nich ryk przerażonych wielbłądów. Na te odgłosy ożył cały obóz. Z namiotów wysypali się ludzie, wielu było tylko częściowo ubranych. Przewracając się, wpadając na siebie, krzycząc i przeklinając, każdy w swoim języku, rzucili się na ratunek zwierząt oraz pozostałego dobytku.
Roger zauważył, że z namiotów Seldżuków także wylegli ludzie. W przeciwieństwie do kupców wszyscy rabusie byli odziani i pod bronią. W mgnieniu oka Seldżucy ocenili nadarzającą się okazję do plądrowania. Wbili się niczym nóż w ludzką ciżbę i tnąc mieczami, pobiegli brać konie z zagród i ogrodzeń. Przerażony tłum handlarzy zareagował wrzaskiem i pierzchnął przed napastnikami. Trwało to tylko moment, bo karawany też miały swoich zbrojnych, więc za chwilę rozszalała się walka z grabieżcami. Przeistoczyła się ona w jeden wielki chaos, w którym trudno było rozpoznać, kto swój, a kto wróg. Ostatecznie handlarze rozpierzchli się, by uniknąć śmierci z rąk Seldżuków.
Poszło lepiej, niż się spodziewałem - pomyślał Roger. Klepnął Berengera w ramię i puścili się biegiem w kierunku namiotu dowódcy bandytów. U wejścia wpadli na trzech Seldżuków - starego siwobrodego w strojnym, jedwabnym kaftanie i dwóch wartowników. Roger ciął pierwszego strażnika mieczem ukośnie przez twarz i obojczyk. Tamten zaskoczony nie dał zasłony szablą trzymaną w dłoni i padł, skręcając się w miejscu. Roger odbił cios drugiego wartownika i odskoczył, robiąc miejsce Berengerowi. Zanim Seldżuk podniósł broń do następnego ciosu, Berenger po prostu dał krok naprzód i ruchem krótkim acz szybkim pchnął go myśliwskim oszczepem w twarz, a gdy zraniony z krzykiem złapał się za nią dłońmi, tropiciel dobił go uderzeniem w gardło.
Wódz Seldżuków, widząc dwóch napastników, nie przyjął starcia, lecz skoczył ku namiotowi i w mgnieniu oka zniknął za kotarą. Roger rzucił się za nim. Wbiegł do namiotu i błyskawicznie zrozumiał, że popełnił śmiertelny błąd.
Na wprost wejścia stała bowiem niska a ciężka skrzynia. Roger wyrżnął w nią nogami, stracił równowagę i przekoziołkował przez głowę. Miecz wypadł mu z dłoni. Seldżuk już był nad nim i ciął go szablą. Roger w ostatniej chwili zasłonił głowę, przyjmując cios na pancerny karwasz lewej ręki. Blacha wytrzymała, poczuł jednak potworną siłę uderzenia, od którego zdrętwiało mu ramię. Nie czekając na kolejny cios, szarpnął się i przeturlał na środek namiotu. Dowódca zbójców zaraz był przy nim. Wtem od pala wspierającego namiot oderwała się skulona postać i z impetem całą sobą uderzyła od tyłu w nogi Seldżuka. Bandyta poleciał do przodu i zwalił się na Rogera. Ten złapał dzierżące szablę ramię przeciwnika i z całej siły uderzył go głową w czoło. Przeturlali się w zwarciu, rozbijając dzbany i gniotąc bukłaki. Roger wyszarpnął mizerykordię noszoną przy pasie i ze wszystkich sił pchnął przeciwnika w bok.
Ostrze bezradnie ześlizgnęło się po pancernym splocie kolczugi. Seldżuk miał na sobie nie kaftan, lecz kazaghand4! Roger uderzył jeszcze raz, szukając sznurowania zbroi. Tym razem klinga trafiła w rzemienie, przecięła je i weszła głęboko. Bailif naparł na ostrze i obrócił klingę w ranie. Seldżuk krzyknął nieludzko, zabulgotał i zalał się krwią z ust. Zadygotał jeszcze dwa czy trzy razy pod przyciskającym go do ziemi Rogerem i znieruchomiał. Roger podniósł się wolno. Z trudem złapał oddech, czuł lekkie dygotanie w całym ciele, jak to często po walce. W wejściu do namiotu stanął Berenger. Myśliwy, uprzedzając pytanie Rogera, wskazał okrwawiony oszczep i rzekł:
- Było jeszcze dwóch na zewnątrz.
Roger nie pytał więcej, rozejrzał się po namiocie oświetlonym słabym światłem oliwnej lampy. Pod palem dźwigającym konstrukcję namiotu stała kobieta, właściwie jeszcze dziewczyna, drobna, ciemnowłosa, w pięknym, choć zakurzonym stroju frankijskim.
- Jestem Adela de Montfort - powiedziała.
- Roger, bajlif Trypolisu, szukaliśmy cię, pani - przemówił ochryple. - Musimy uciekać. - Schylił się po swój miecz, leżący wśród skorup rozbitych dzbanów.
- Pani, nie zapomnij o mnie! - dobiegł głos spod ściany namiotu. - Na rany Chrystusa, rozwiążcie mnie!
Roger zauważył mężczyznę w średnim wieku. Siedział w kucki, związany, i wyciągał ku nim skrępowane rzemieniami ręce.
- To Jan Raul, wasal mego ojca. Miał się mną opiekować - powiedziała Adela do bajlifa. - Już ci pomagam, Janie - mówiąc to, Frankijka schyliła się po szablę Seldżuka i w dwóch krokach podeszła do Jana. Mężczyzna wyciągnął do niej ręce. Błysnęło ostrze. Czaszka jeńca pękła z okropnym chrobotem jak arbuz.
- Coście uczynili?! - wykrzyknął Roger. - To mord...
- Ten pies zdradził mnie i mój ród. - Głos dziewczyny był zimny i opanowany. - Od razu wyjawił Seldżukom, kim jestem, z jakiego rodu i ile mogą żądać za mnie okupu. Myślał, że poprawi swoje położenie.
Stała nad trupem z bronią w ręku, z podniesioną głową, dumna i pewna swojej racji.
Roger spojrzał na Berengera.
- Nic nie widziałeś i nic nie słyszałeś - rzekł.
Łowca skinął głową.
- Wszelako teraz wynośmy się stąd, panie - powiedział.
Podszedł do trupa starego zbójcy i wyszarpnął mu zza pasa sakiewkę. Roger mieczem przeciął tylną ścianę namiotu. Adela po części odcięła szablą, po części oderwała dół sukni, aby nie krępował ruchów. Bajlif wysunął się w ciemność, a dziewczyna i Berenger poszli za nim.
Roger od razu zrozumiał, że mają niewiele czasu. Bitwa dogasała. Seldżucy wzięli górę nad kupcami, choć tamtych było co najmniej dwakroć więcej. Resztka handlarzy zabarykadowała się w budynku karawanseraju, drzwi którego zbójcy próbowali wyważyć, uderzając w nie kłodą. Gdzieniegdzie trwało jeszcze dobijanie i obdzieranie rannych. Stogi i kramy płonęły. Seldżucy, jako koczownicy lub w najlepszym razie półkoczownicy, czuli naturalną pogardę dla ludów osiadłych i bogatych. Teraz dawali upust swojej nienawiści, mordując i niszcząc wszystko, czego nie mogli zagrabić.
Bajlif ruszył ze swoimi wzdłuż ogrodzenia placu, starając się jak najszybciej wydostać z zorzy pożaru. Biegli co sił w nogach i po chwili wyrwali się z kręgu światła. Kiedy znaleźli się w połowie drogi do zbawczej ściany lasu, chmury rozsunęły się i stojący w pełni księżyc zalał równinę srebrnym światłem. Roger odwrócił się i zobaczył, że od obozu ruszyła za nimi grupa konnych. Będzie z dziesięciu - pomyślał.
- Biegiem! - krzyknął.
Dziewczyna z Berengerem minęli go w pędzie, więc biegł za nimi co tchu. Konni zbliżali się szybko, już tylko sto kroków dzieliło ich od uciekających, osiemdziesiąt...
- Berenger, do mnie! - zawołał bajlif.
Łowca zakręcił się w miejscu i stanął przy Rogerze. Podniósł oszczep. Obaj wiedzieli, że do lasu nie zdążą.
- Biegiem, Adelo! - wrzasnął bajlif, widząc, że ta zatrzymała się i zawraca ku nim. - Do lasu! Biegnij, dziewczyno, tam nasi!
Adela zawahała się, ale usłuchała rozkazu. Pobiegła!
Bajlif podniósł ręce z mieczem w górę i ile miał sił w płucach, krzyknął w kierunku lasu.
- Utreja! Utreja!
Potem stanął przy Berengerze. Kątem oka zauważył, że Adela niemal dobiegła pierwszych drzew.
Konni puścili się ku nim cwałem. Ponieważ rwali prosto na bajlifa, nie mogli wygodnie użyć łuków. Wznieśli za to lance i szable. Berenger i Roger przygotowali się na zderzenie. Wtem nad ich głowami rozległ się przeciągły syk i dwaj najbliżsi Seldżucy zwalili się razem z końmi, a trzeci spadł z kulbaki. Syk powtórzył się i kolejny seldżucki koń rażony bełtem stanął dęba i kwicząc z bólu, zrzucił jeźdźca.
- Utreja! Utreja!
Od ściany lasu pędzili na spotkanie Saracenów jeźdźcy, potrząsając włóczniami. Prowadził ich Ranulf. Seldżucy na widok nowych nieprzyjaciół zawrócili konie i rzucili się do ucieczki.
Ktoś podał bajlifowi wodze luzaka. Roger migiem znalazł się w kulbace i wyciągnął rękę do Berengera. Ten wskoczył za nim i razem z resztą oddziału puścili się w kierunku lasu.
1 Naturalna nafta wyciekająca z rozpadlin skalnych.
2 Oud, zwany niekiedy ud - arabski instrument strunowy, prototyp lutni.
3 Tu: pięćdziesiąt kroków - przyjmując realnie sto kroków jako maksimum celnego strzału z łuku do człowieka lub dużej zwierzyny.
4 Typ pancerza orientalnego przypominający z wierzchu kaftan pokryty jedwabiem lub płótnem, tymczasem w środku wyłożony jedną lub dwiema warstwami kolczug, przełożonych bawełną i króliczym futrem, działającymi jak amortyzator i chroniącymi pancerz przed nagrzewaniem. Najczęściej sznurowany na bokach. Zbroję często nosili bogatsi jeźdźcy arabscy i seldżuccy. Krzyżowcy wielokrotnie nabierali się na to, że ich przeciwnicy nie mają na sobie uzbrojenia ochronnego.