Outmatched - Samantha Young, Kristen Callihan

Kup ebooka

39.90 zł
33.48 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Rhys

Mój ojciec kie­dyś powie­dział, że nikt nie nisz­czy sobie życia celowo. Ludzie po pro­stu podej­mują całą serię głu­pich decy­zji. Sie­dział wtedy w swoim wysłu­żo­nym skó­rza­nym fotelu, a jego sze­ro­kie ramiona pochy­lały się nad dyrek­tor­skim biur­kiem z drzewa róża­nego. Kie­dyś było chlubą jego gabi­netu. Na tym samym fotelu przy tym samym luk­su­so­wym biurku teraz sie­dzia­łem ja.

Powoli prze­su­ną­łem pal­cem po jego brzegu. Nie­gdyś lśniący drew­niany blat teraz był matowy i gdzie­nie­gdzie wyszczer­biony. W dzie­ciń­stwie dzi­wi­łem się, że na samym środku swo­jego gabi­netu w siłowni, w któ­rej pro­wa­dzono pod­sta­wowy kurs boksu i naukę sztuk walki, tata posta­wił taki bogato zdo­biony mebel, bar­dziej pasu­jący do kan­ce­la­rii adwo­kac­kiej. Kiedy spy­ta­łem o to ojca, na jego twa­rzy poja­wił się cha­rak­te­ry­styczny lekki uśmiech.

- Chłop­cze, Nokaut to moja duma i naj­więk­sza radość życia. - Roz­ło­żył nad lśnią­cym bla­tem ręce o dużych dło­niach pozna­czo­nych bli­znami. - W tym miej­scu repre­zen­tuję tę siłow­nię. Czy ci się to podoba, czy nie, pozory mają zna­cze­nie.

W jego świe­cie czyny i słowa miały taką samą wagę. "Postę­puj zde­cy­do­wa­nie, mów prawdę i podej­muj dobre decy­zje".

Co teraz ojciec pomy­ślałby o moich decy­zjach?

- Nic dobrego - mruk­ną­łem pod nosem i przy­ci­sną­łem opuszki pal­ców do bolą­cych oczu.

Ale i ja nie naj­le­piej oce­nia­łem wybory taty.

Od jego śmierci minęły cztery lata. Ból nieco zelżał, ale uczu­cie pustki pozo­stało. Prze­ra­żało mnie jed­nak to, że zaczy­na­łem czuć do niego jesz­cze nie­zbyt wielki, ale już dła­wiący gniew. Tata ni­gdy nie był ide­ałem. Wie­dzia­łem to od dawna. Po śmierci mamy wpadł w dołek, który sam dla sie­bie wyko­pał. Ale pobo­jo­wi­sko, jakie po sobie zosta­wił, to zupeł­nie inna histo­ria, z powodu któ­rej trud­niej było mi wyba­czyć i zapo­mnieć.

Cho­lera, nie mogę zapo­mnieć. Bank by mi na to nie pozwo­lił.

Nie mia­łem poję­cia, że moje finanse i siłow­nia są w tak opła­ka­nym sta­nie - aż do dnia, w któ­rym zna­la­złem tatę pochy­lo­nego nad tym biur­kiem. Powie­dział, że źle roz­po­rzą­dzał moimi pie­niędzmi - było to fatalne połą­cze­nie nie­prze­my­śla­nych inwe­sty­cji i hazardu - i że wziął kre­dyt, żeby to napra­wić. Zasta­wił siłow­nię...

Mie­siąc póź­niej już nie żył. Zawał. Stres i wstyd z powodu tego, co zro­bił, odbiły się na nim w naj­gor­szy z moż­li­wych spo­so­bów. Ja zaś zosta­łem nowym wła­ści­cie­lem Nokautu - i kosmicz­nego długu.

Mocno zaci­sną­łem szczęki. Znowu zalała mnie fala gniewu. Mia­łem ochotę wstać, wyjść i ni­gdy nie wró­cić. Zza prze­szklo­nej ściany gabi­netu docho­dził odgłos mło­dzień­czego śmie­chu. Trwały zaję­cia junio­rów z capo­eiry - naj­now­szy punkt w naszej ofer­cie. Wszyst­kie miej­sca w gru­pie były zajęte, ale tylko połowa chłop­ców mogła pła­cić. Drugą połowę powi­nie­nem odpra­wić z kwit­kiem, ale wie­dzia­łem, że ni­gdy tego nie zro­bię. Ta siłow­nia była dla nich liną ratun­kową w świe­cie, który każ­demu mło­demu czło­wie­kowi odbie­rał radość życia.

- Ale masz wku­rzoną minę. - W drzwiach, które nie­chcący zosta­wi­łem otwarte, sta­nął Car­los. Uśmiech­nął się sze­roko. - Swę­dzi cię coś czy co?

- Tak, pod jajami - odpar­łem bez namy­słu. - Chciał­byś zoba­czyć?

- Zosta­wię to twoim focz­kom.

Car­los wie­dział, że od jakie­goś czasu nie mia­łem żad­nej - jak to ujął - foczki. Oka­zji mi nie bra­ko­wało, po pro­stu nie chciało mi się z nich korzy­stać. Ostat­nio ode­szła mi ochota na... no wła­ści­wie na wszystko. Naj­pierw te cho­lerne długi taty, potem pro­blemy z Jakiem...

Nawet nie chcia­łem o nim myśleć.

Car­los odsu­nął się od drzwi i klap­nął na krze­śle po dru­giej stro­nie biurka.

- No to skąd ta mina? - spy­tał.

Roz­tar­łem zesztyw­niały kark.

- To co zwy­kle. Pie­nią­dze.

Car­los wychy­lił się do przodu i poło­żył dło­nie na kola­nach. Uśmiech znik­nął. Więk­szość ludzi ni­gdy nie widziała go z poważ­nym wyra­zem twa­rzy. Wszy­scy uwa­żali, że z nas dwóch to on jest tym weso­łym. Dzięki wiel­kim brą­zo­wym oczom słod­kiego szcze­niaczka przy­cią­gał dziew­czyny jak magnes. Z łatwo­ścią wcho­dził w tę rolę, ukry­wa­jąc przed świa­tem mrocz­niej­szą stronę swo­jej natury. Zawsze doce­nia­łem to, że nie­kiedy poka­zy­wał mi praw­dziwą twarz.

- Bez zmian? - zapy­tał.

- Bez więk­szych. Zale­gam z paroma ratami kre­dytu. Czuję na ple­cach oddech komor­nika.

- A co z tym Kyle'em Gar­re­tem?

Pół roku wcze­śniej nie­jaki Kyle Gar­ret zło­żył mi ofertę kupna siłowni. Car­los go spraw­dził i oka­zało się, że to poten­tat w han­dlu nie­ru­cho­mo­ściami, który sku­puje par­cele na tere­nie całego Bostonu i Wschod­niego Wybrzeża i sta­wia na nich luk­su­sowe apar­ta­men­towce i inne budynki miesz­kalne.

- Nie jestem aż tak zde­spe­ro­wany.

No dobra, w rze­czy­wi­sto­ści byłem aż tak zde­spe­ro­wany, ale kiedy dora­sta­łem, to miej­sce było dla mnie wszyst­kim. Wywo­ły­wało wiele wspo­mnień i cho­ciaż nie­które spra­wiały ból, inne dawały moty­wa­cję do dzia­ła­nia. Wystar­czyło, żebym prze­szedł się po siłowni, a wszystko mi się przy­po­mi­nało: barek z sokami w holu, gdzie po szkole mama witała Jake'a, Car­losa i mnie pro­mien­nym uśmie­chem i bana­no­wym sha­kiem. Sala, w któ­rej Jake i ja przy­ję­li­śmy pierw­sze ciosy i dowie­dzie­li­śmy się, dla­czego boks jest nazy­wany "słodką nauką".

Mój brat Dean i ja cho­wa­li­śmy się pod biur­kiem taty i bawi­li­śmy w szpie­gów. To zna­czy Dean uda­wał szpiega, a ja mu towa­rzy­szy­łem. Ta zabawa skoń­czyła się pew­nego dnia, kiedy nasi rodzice wśli­zgnęli się do gabi­netu na szybki nume­rek, nie wie­dząc, że sie­dzimy pod biur­kiem. Nie­które wspo­mnie­nia nie nale­żały do przy­jem­nych, ale były moje i tylko one mi zostały. Nie zamie­rza­łem stra­cić rów­nież ich.

Car­los wes­tchnął.

- Wiesz, gdy­byś wró­cił do gry, mógł­bym usta­wić walkę...

- Nie. - Nie krzyk­ną­łem, ale w mojej gło­wie tak to zabrzmiało.

Poczu­łem zimny pot na ple­cach. Spio­ru­no­wa­łem Car­losa wzro­kiem. Dosko­nale wie­dział, że skoń­czy­łem z bok­sem. Na zawsze.

Patrzył na mnie ze zro­zu­mie­niem.

- Słu­chaj, stary, prze­cież wiem, ale... myślę, że Jake by nie chciał...

- Powie­dzia­łem: nie.

Na samą myśl o Jake'u poczu­łem w sercu pustkę. Przy­jaź­ni­li­śmy się od koły­ski, był mi bliż­szy niż rodzony brat, zawsze sta­li­śmy za sobą murem. Obaj byli­śmy faj­te­rami. Obaj dąży­li­śmy do per­fek­cji. W każ­dym razie w zada­wa­niu cio­sów. Aż do dnia, w któ­rym jedno nie­per­fek­cyjne, pechowe ude­rze­nie w skroń zakoń­czyło jego życie.

Gar­dło zaci­snęło mi się z prze­ra­że­nia i ze wstydu. Jego śmierć była dla mnie ogromną stratą, a na domiar złego każ­dej myśli o nim, o tacie i bok­sie zaczęła towa­rzy­szyć świa­do­mość, że ojciec stra­cił for­tunę, bo posta­wił na Jake'a. I prze­grał.

Jake zosta­wił żonę Marcy i córeczkę Rose. Cho­lera, wycho­wy­wa­łem się z Marcy, a teraz nie widzia­łem jej i małej od mie­sięcy. Po każ­dym spo­tka­niu z nimi przez wiele dni para­li­żo­wało mnie poczu­cie winy.

- Skoń­czy­łem z tym - powie­dzia­łem Car­lo­sowi, cho­ciaż nie musia­łem.

Dobrze o tym wie­dział.

Skóra mnie zaswę­działa. Przed paroma godzi­nami wzią­łem prysz­nic, ale już czu­łem się brudny, cały lepki od bólu i gniewu. Wstyd taty prze­szedł na mnie. Nie mogłem się go pozbyć.

Car­los uśmiech­nął się ze zmę­cze­niem.

- Tak, wiem. Ale i dla mnie ta siłow­nia jest wszyst­kim. Razem z nią stra­cimy dom.

Nie mogłem już sie­dzieć w miej­scu. Wsta­łem i zaczą­łem krą­żyć po małym gabi­ne­cie.

- Potrzebny nam więk­szy ruch w inte­re­sie. Nie, zaraz, potrze­bu­jemy spon­sora. I cudu.

Car­los wodził za mną wzro­kiem, roz­cie­ra­jąc pod­bró­dek.

- Nie­zły pomysł, ale czym go zain­te­re­so­wać?

- Cho­lera wie. - Wes­tchną­łem ciężko. - Odli­cze­nie od podatku? Satys­fak­cja pły­nąca z pomocy mło­dzieży ze slum­sów?

Na twa­rzy Car­losa poja­wił się nie­we­soły uśmiech.

- Twój brak entu­zja­zmu nie jest zachę­ca­jący.

- Nie umiem ściem­niać. Jestem bez­na­dziej­nym han­dlow­cem.

- Zga­dza się, stary. - Od drzwi dobiegł nas czyjś głos.

W progu stał Dean, mój młod­szy brat i wybitny ściem­niacz. Słowo daję, nie do wiary, że jeste­śmy spo­krew­nieni. Po pierw­sze, zamiast dżin­sów i T-shirtu jak wszy­scy faceci tutaj miał na sobie trzy­czę­ściowy gar­ni­tur, który na sto pro­cent był droż­szy od jego czyn­szu. Czyn­szu, który ja pła­ci­łem. Mały dupek.

Po dru­gie, był cho­ler­nym przy­stoj­niacz­kiem. Już w pod­sta­wówce dziew­czyny zachwy­cały się jego błę­kit­nymi oczami i pia­sko­wymi wło­sami. Pie­przony książę z bajki. Odsu­ną­łem od sie­bie myśl o tym, jak bar­dzo jest podobny do mamy. Codzien­nie za nią tęsk­ni­łem.

Co za kosz­mar. Tęsk­ni­łem za tyloma oso­bami.

- Co ci jest? - spy­tał Dean, wcho­dząc do gabi­netu. Przy­sta­nął i posłał mi sze­roki, fał­szywy uśmiech. - To zna­czy dzi­siaj.

Rzu­ci­łem mu pełne wście­kło­ści spoj­rze­nie w stylu: "Ani słowa wię­cej". Zamru­gał oczami. Widzia­łem, że zro­zu­miał. Trzy­ma­łem go z dala od pro­ble­mów finan­so­wych. Miał w sobie zadatki na kogoś wybit­nego - gdyby tylko prze­stał się inte­re­so­wać tylko sobą i zna­lazł pracę.

Car­los wstał i roz­ma­so­wał zesztyw­niały kark.

- Rhy­sowi zmię­kła rura - rzu­cił.

Szturch­ną­łem go tak mocno, że się zato­czył.

- Odszcze­kaj to, bo wykra­czesz.

Car­los prych­nął i prze­niósł wzrok na Deana.

- Masz na to jakąś radę, stu­den­ciku? - zapy­tał.

- Czy­ste myśli i modli­twa?

- Ale z was jaj­ca­rze. - Skrzy­wi­łem się.

Nasza stra­te­gia zadzia­łała. Odwró­ci­li­śmy uwagę Deana od pro­ble­mów.

Kiedy tylko Car­los wyszedł, opar­łem się o brzeg biurka i zlu­stro­wa­łem Deana od stóp do głów.

- O co cho­dzi z tym gar­ni­tu­rem? Idziesz na roz­mowę w spra­wie pracy?

Obym miał rację, bła­gam. Dean z naj­lep­szymi wyni­kami skoń­czył infor­ma­tykę na Uni­wer­sy­te­cie Bostoń­skim i dostał mul­tum ofert ze stu­diów dok­to­ranc­kich w całym kraju, ale nic z tym nie robił. Pra­co­wał jako kel­ner, a w wol­nym cza­sie latał za spód­nicz­kami.

Uśmiech­nął się tak sze­roko, jakby wła­śnie dostał pre­zent na Gwiazdkę.

- Coś w tym stylu.

Nor­mal­nie z nim nie wyra­bia­łem.

- No to idziesz na roz­mowę o pracę czy nie?

- Prze­cież już mam pracę. - Uśmiech nie scho­dził mu z twa­rzy. - Dzi­siaj to raczej jazda próbna.

Bok­se­rzy ufają swo­jemu instynk­towi, a ten powie­dział mi, że coś tu śmier­dzi.

- Jazda próbna? Mały, o czym ty, kurde, mówisz?

Uśmiech Deana zbladł. Mój brat nie cier­piał, kiedy mówi­łem na niego "Mały".

- W jakiej to fir­mie idzie się w gar­niaku na jazdę próbną? - spy­ta­łem, kiedy zro­bił zaciętą minę. - I zaczyna pracę o... osiem­na­stej?

- Słu­chaj, nie mogłem się docze­kać, kiedy ci o tym powiem, bo to genialna sprawa. Ale skoro od razu zaczy­nasz mnie ochrza­niać...

- Mów. Słu­cham.

- No dobra. - Dean wyjął tele­fon i pod­szedł do mnie. - Zna­la­złem taką zaje­bi­stą apkę, gdzie wsta­wia się zdję­cie i swoje umie­jęt­no­ści, a ona wyszu­kuje pra­co­daw­ców.

- To... dobrze. - Moja czuj­ność jed­nak nie osła­bła.

W jego zacho­wa­niu było coś podej­rza­nego.

- Tak sobie jed­nak pomy­śla­łem: kurde, ostat­nio nie ma pracy dla ludzi z moim wykształ­ce­niem. Ale prze­cież znam się też na innych rze­czach.

- Na przy­kład jakich? - Co za cho­lerny mało­lat. Był ode mnie młod­szy tylko dzie­więć lat, ale każda roz­mowa z nim posta­rzała mnie o dobrą dekadę.

Wzru­szył ramio­nami.

- Na przy­kład na cza­ro­wa­niu kobiet i popra­wia­niu im samo­po­czu­cia.

Powoli się wypro­sto­wa­łem.

- Popra­wia­niu kobie­tom samo­po­czu­cia?

- No tak - powie­dział takim tonem, jakby roz­ma­wiał z przy­głu­pem. - Umiem się obcho­dzić z kobie­tami.

- Dean, co to za robota?

Postu­kał pal­cem w tele­fon.

- No więc dzięki tej apce nawią­za­łem kon­takt z taką laseczką, Par­ker, która... rozu­miesz... płaci mi za towa­rzy­stwo. - Oczy mu roz­bły­sły. - Ale jaja, co? Nor­mal­nie nie do wiary. Łatwa kasa za coś, co robię dla przy­jem­no­ści. A co jest w tym naj­lep­sze? To zaję­cie na czas nie­okre­ślony.

Cała krew odpły­nęła mi z głowy, po czym wró­ciła gwał­towną, gorącą falą.

- Pro­sty­tu­ujesz się? Dobrze sły­szę?

Gdzie popeł­ni­łem błąd?

- Co? - Zmarsz­czył jasne brwi. - Nie! Jestem chło­pa­kiem do towa­rzy­stwa. Zabie­ram Par­ker na randki, cho­dzimy na przy­ję­cia i różne inne imprezy. Takie tam. Zna­czy się, nie odmó­wię, jeżeli mi zapro­po­nuje...

- Nie. Nie ma, kurwa, mowy - wark­ną­łem i zaci­sną­łem pię­ści. - Nie po to wyda­łem osiem­dzie­siąt tysięcy dola­rów na twoją edu­ka­cję, żebyś teraz był chłop­cem do wyna­ję­cia dla jakiejś boga­tej snobki...

- No jasne, wypo­mi­naj mi, że opła­ci­łeś moją naukę. - Posłał mi zra­nione spoj­rze­nie.

- Bo opła­ci­łem! - Prze­cze­sa­łem włosy pal­cami i szarp­ną­łem je za końce. Byłem tak nabu­zo­wany, że mógł­bym je sobie powy­ry­wać. - Każ­dego centa, jaki mi został, wło­ży­łem w tę siłow­nię i w cie­bie. Z rado­ścią. I nadzieją. - Cho­ciaż tyle mogłem zro­bić. Dean potrze­bo­wał ukie­run­ko­wa­nia, wykształ­ce­nia, pod­pory. - I nie pozwolę, żeby wszystko poszło na marne przez zachcianki jakiejś tępej, pustej...

- Ej, Par­ker jest cho­ler­nie inte­li­gentna. Patrz. - Pod­su­nął mi tele­fon. - Stu­dio­wała na MIT...

- No oczy­wi­ście...! - Par­sk­ną­łem.

- A jej rodzina znaj­duje się w zarzą­dach kil­ku­dzie­się­ciu orga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nych.

- Gówno mnie to obcho­dzi. - Wzią­łem od niego tele­fon, który dosłow­nie przy­ci­skał mi do oczu, i spoj­rza­łem na stronę, którą otwo­rzył. Ze zdję­cia wiel­ko­ści kciuka uśmie­chała się do mnie uro­cza, ładna dziew­czyna z wiel­kimi brą­zo­wymi oczami pod zupeł­nie pro­stymi brwiami. Jej uśmiech był wymu­szony - w prze­ci­wień­stwie do pro­mien­nego, rado­snego uśmie­chu dwojga star­szych osób obok niej. Pew­nie byli jej rodzi­cami. Wszy­scy troje stali na ogrom­nym traw­niku nad oce­anem, a w tle wid­niała ogromna posia­dłość w stylu Cape Cod. - Jezu - mruk­ną­łem. - Dean, oni są z Nowego Jorku.

- I co z tego? - Roze­śmiał się. - Masz coś prze­ciwko nowo­jor­czy­kom? Ci bogaci to dupki.

W arty­kule było napi­sane, że pan Char­les Brown z żoną "spę­dzają lato" na Cape i orga­ni­zują zbiórkę fun­du­szy na kam­pa­nię na rzecz nauki czy­ta­nia i pisa­nia dla dzieci. Miło, ale to jesz­cze nie ozna­cza, że oni sami są miłymi ludźmi.

- Stary, nie wie­dzia­łem, że jesteś takim sno­bem.

Zaci­sną­łem dłoń na tele­fo­nie.

- Nie masz poję­cia, ile takich typ­ków pozna­łem, kiedy jesz­cze byłem w obiegu. Niby to pochy­lają się nad uboż­szymi, niby chcą się przy­jaź­nić, a w rze­czy­wi­sto­ści patrzą na nas jak na świeże mięso. W naj­lep­szym razie jeste­śmy dla nich roz­rywką. A kiedy już ich nie bawimy, dają nam kopa. Przy­po­mnij sobie tych wszyst­kich tak zwa­nych przy­ja­ciół, któ­rzy znik­nęli, kiedy Jake umarł, a ja wyco­fa­łem się z gry.

- Par­ker nie jest taka. Jest miła. Bar­dzo nie­śmiała. - Dean wysu­nął brodę. - I nie widzę nic złego w tym, że płaci mi kupę kasy za to, że jestem jej chło­pa­kiem.

- Dean...

- Powie­dzia­łem ci o tym, bo myśla­łem, że... zresztą nie­ważne. To moje życie i moje sprawy. Oddam ci wszystko, co we mnie zain­we­sto­wa­łeś.

W końcu poka­zał, że rosną mu pazurki. Od lat byłem dla niego jak ojciec, więc cza­sami musia­łem mu mówić, co ma robić. Chcia­łem jed­nak, żeby mi się posta­wił, sam zajął się wła­snym życiem. Ale nie w taki spo­sób. Na to był zbyt inte­li­gentny. To ja sie­dzia­łem aż po uszy w szam­bie. On musiał pozo­stać czy­sty.

Zna­łem ten wyraz twa­rzy. Mówił poważ­nie. Nie zdo­łał­bym mu tego wyper­swa­do­wać. Aku­rat pod tym wzglę­dem byli­śmy tacy sami - obaj uparci jak osły.

Odwró­cił się do drzwi, ale wycią­gną­łem rękę.

- Zacze­kaj.

Zesztyw­niał, ale został.

Tak dys­kret­nie wło­ży­łem jego tele­fon do kie­szeni, że nawet tego nie zauwa­żył.

- Skoro tak się przy tym upie­rasz... - zaczą­łem.

- Nie zamie­rzam się wyco­fy­wać.

Zaci­sną­łem szczęki tak mocno, że aż zęby zgrzyt­nęły o sie­bie. Spo­koj­nie. Wylu­zuj.

- ...to lepiej, żeby cię nie zoba­czyła z reszt­kami jedze­nia mię­dzy zębami.

Na twa­rzy Deana poja­wiło się takie prze­ra­że­nie, że wybu­chł­bym śmie­chem, gdy­bym nie był aż tak wku­rzony.

- Mam coś mię­dzy zębami? - Prze­je­chał po nich języ­kiem.

Niczego tam nie miał, ale cią­gle coś pod­ja­dał, więc moje kłam­stwo miało pod­stawy.

- Tak, coś ci utknęło. - Kiw­ną­łem głową w stronę pry­wat­nej toa­lety. - Przej­rzyj się w lustrze.

Nie musia­łem go nama­wiać - natych­miast popę­dził do łazienki.

Posze­dłem tuż za nim, po dro­dze łapiąc drew­niane krze­sło, które stało obok biurka. Był tak zaafe­ro­wany, że nawet tego nie zauwa­żył.

- Gdzie się umó­wi­li­ście? - zapy­ta­łem.

- W restau­ra­cji Yvonne.

- Ale wypas. - Raz tam byłem. Ten lokal wyglą­dał jak klub dla mul­ti­mi­lio­ne­rów.

- No wiesz, nie ja płacę. - Dean zachi­cho­tał.

Prze­wró­ci­łem oczami.

- Za pół godziny idziemy na drinka, więc muszę się zbie­rać. - Raz jesz­cze przej­rzał się w lustrze, żeby spraw­dzić zęby jak z reklamy. - Nic tu nie widzę...

Nie słu­cha­łem dalej. Szybko zamkną­łem drzwi, prze­krę­ci­łem gałkę i zablo­ko­wa­łem je krze­słem. Dosłow­nie w ostat­niej chwili, bo sekundę póź­niej Dean zaczął wście­kle się dobi­jać.

- Rhys! Kurwa, co jest? Otwie­raj te pie­przone drzwi!

Ani mi się śniło. Niech tam posie­dzi, dopóki ktoś inny go nie wypu­ści. Powiem Car­lo­sowi... za godzinę.

- Rhys! - Wycho­dząc z biura, sły­sza­łem za sobą stłu­miony głos Deana. - To nie jest śmieszne. Jaja sobie robisz? - Mocno zało­mo­tał w drzwi. - Ty cho­lerny dra­niu!

Może i zacho­wa­łem się jak drań, ale ani tro­chę nie było mi go żal. Dean był na to za dobry. Naj­wy­żej mnie znie­na­wi­dzi, ale Par­ker Brown raz a dobrze zro­zu­mie, że nie wolno jej się zbli­żać do mojego brata.

Kiedy wsia­da­łem na motor, zalała mnie fala wście­kło­ści. Par­ker Brown. Nie ma poję­cia, z kim zadarła.

Rozdział 2

2

Par­ker

Nie pierw­szy raz byłam w tej restau­ra­cji, ale pierw­szy raz umó­wi­łam się tam z face­tem, któ­remu zapła­ci­łam, żeby uda­wał mojego chło­paka. Żołą­dek zawią­zał mi się w supeł, kiedy usia­dłam na obi­tym plu­szem stołku baro­wym, sto­ją­cym naj­bli­żej wyj­ścia. Naprze­ciwko baru bie­gła niska ścianka oddzie­la­jąca tę część lokalu od restau­ra­cji. Docho­dzące stam­tąd odgłosy roz­mów i śmie­chu two­rzyły biały szum.

Byłam tak niska, że nogi zwi­sały mi ze stołka. Ze znie­cier­pli­wie­niem kopa­łam ścianę baru, któ­rego war­tość pew­nie prze­kra­czała moje roczne zarobki.

A skoro już o tym mowa... Ner­wowo spoj­rza­łam na zega­rek. Dean powi­nien już tu być. Umó­wi­li­śmy się, że przyj­dzie dzie­sięć minut wcze­śniej niż moi sze­fo­wie, żeby­śmy zdą­żyli jesz­cze raz omó­wić nasz plan.

Wypi­łam kok­tajl, który posta­wił przede mną zmę­czony bar­man. Ze wszyst­kich sił sta­ra­łam się zapa­no­wać nad gnie­wem, który zaczy­nał mnie ogar­niać. Mia­łam wra­że­nie, że dosłow­nie chwy­cił mnie za płuca, gro­żąc udu­sze­niem. Prze­su­nę­łam wil­gotną dło­nią po czole.

- Par­ker, ogar­nij się - mruk­nę­łam pod nosem.

Pew­nie wyglą­da­łam tak, jak­bym lada chwila miała popeł­nić jakieś prze­stęp­stwo.

Czy okła­my­wa­nie szefa to prze­stęp­stwo?

Nie, z całą pew­no­ścią nie.

Czy to nie­mo­ralne?

Tak, z całą pew­no­ścią tak.

Ale tak naprawdę był to dowód na to, jak bar­dzo uwiel­bia­łam swoją pracę i do czego byłam zdolna, żeby pod­pi­sać umowę na czas nie­okre­ślony w Horus Rene­wa­ble Energy. Zaczę­łam pra­co­wać w tej powsta­łej trzy lata wcze­śniej racz­ku­ją­cej fir­mie po obro­nie pracy dok­tor­skiej pod tytu­łem Dyna­miczny model inwe­sty­cji w dostawę prądu na ryn­kach ener­gii elek­trycz­nej o wyso­kiej pene­tra­cji. Spró­buj­cie pięć razy szybko to wymó­wić.

Byłam wnie­bo­wzięta, kiedy zna­la­złam pracę jako ana­li­tyk danych w fir­mie, która stwo­rzyła model rynku dostaw ener­gii prze­wi­du­jący przy­szłe ceny ener­gii i wpływ odna­wial­nych źró­deł na dyna­mikę ryn­kową.

Zawsze marzy­łam o takim zaję­ciu. Byłam zado­wo­lona, dopóki Pete z księ­go­wo­ści nie powie­dział z peł­nym zado­wo­le­nia uśmiesz­kiem, że zatrud­niono mnie tylko w myśl zasady pary­tetu i że pew­nie mnie zwol­nią, kiedy skoń­czy się moja umowa na pół roku.

Dla­czego mie­liby tak zro­bić?

A dla­tego, że pan Fran­klin Fair­child - bogaty szef i główny inwe­stor - zosta­wiał tylko tych pra­cow­ni­ków, któ­rzy mieli upo­rząd­ko­wane życie oso­bi­ste. Takie tam bzdury rodem z lat pięć­dzie­sią­tych XX wieku. Za dobrą inwe­sty­cję Fair­child uwa­żał tych, któ­rzy byli w poważ­nym związku lub mieli współ­mał­żonka i dzieci oraz miesz­kali we wła­snym, a nie w wyna­ję­tym domu. Dla­czego tak mu zale­żało na tej sta­bi­li­za­cji? Ponie­waż jego zda­niem, jeśli ktoś nie umie uło­żyć życia oso­bi­stego, na pewno rzuci pracę w fir­mie, kiedy tylko dosta­nie lep­szą ofertę.

Z innych źró­deł, god­niej­szych zaufa­nia niż Pete, dowie­dzia­łam się, że to prawda.

Wystra­szy­łam się, bo byłam w fir­mie jedyną kobietą, a do tego nie­za­mężną, bez­dzietną i miesz­ka­jącą z kole­żanką w wyna­ję­tym miesz­ka­niu. Wspo­mniana współ­lo­ka­torka, Zoe, pod­su­nęła mi roz­wią­za­nie w postaci pew­nej apli­ka­cji. Zna­la­złam tam Deana, ide­al­nego narze­czo­nego na niby. Był wykształ­co­nym, prak­tycz­nym, przy­stoj­nym i cza­ru­ją­cym face­tem z Chel­sea. Zgo­dził się przez nie­okre­ślony czas uda­wać mojego chło­paka. Nie­okre­ślony.

Czym ja się przej­muję?

Nikt się o niczym nie dowie.

- Hej, ty. - Nagle usły­sza­łam głę­boki męski głos, w któ­rym brzmiał oskar­ży­ciel­ski ton.

Odwró­ci­łam głowę i szybko zamru­ga­łam oczami. Nade mną stał bar­dzo wysoki facet, który patrzył z gnie­wem, roz­dy­ma­jąc noz­drza niczym byk szy­ku­jący się do ataku. Bły­ska­wicz­nie zmie­rzy­łam go wzro­kiem. Chyba jesz­cze ni­gdy przed­tem nie widzia­łam takiego okazu. Miał co naj­mniej metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu, był ubrany w dżinsy, które pamię­tały lep­sze czasy, i długą ocie­planą bluzę pod­kre­śla­jącą umię­śnioną syl­wetkę. Bar­dzo umię­śnioną. Pod­wi­nięte rękawy odsła­niały przed­ra­miona pokryte gru­bymi żyłami. Czy w tym lokalu nie obo­wią­zuje przy­pad­kiem ele­gancki strój?

Spoj­rza­łam pro­sto w jego zie­lone oczy, które byłyby piękne, gdyby nie pło­nący w nich gniew. Jest wście­kły na mnie?

Co jest? Nie mia­łam czasu na takie zaczepki.

- O co cho­dzi? - zapy­ta­łam.

- Par­ker Brown?

O cho­lera.

- Tak.

- Nazy­wam się Rhys Mor­gan - przed­sta­wił się, mru­żąc oczy. - Jestem star­szym bra­tem Deana. On nie przyj­dzie.

Na chwilę odjęło mi mowę. Jak to moż­liwe, że ten gość jest bra­tem Deana? Dean miał jasne włosy i nie­bie­skie oczy, był schlud­nie ostrzy­żo­nym, ład­nym chłop­cem. Facet, który stał przede mną, miał krót­kie ciemne włosy, wspa­niałe, zie­lone oczy, kil­ku­dniowy zarost, zła­many nos, nie­re­gu­larne, ostre rysy twa­rzy i na pewno nie dało się go nazwać ład­nym chłop­cem. Nie­któ­rym kobie­tom pew­nie mógł się podo­bać, ale jak na mój gust był za duży i zbyt nie­okrze­sany.

Wola­łam inte­li­gent­nych przy­stoj­nia­ków.

Wra­ca­jąc do meri­tum... Z tru­dem ode­rwa­łam wzrok od jego impo­nu­ją­cego bicepsa.

- W ogóle nie jeste­ście do sie­bie podobni.

Znowu roz­dął noz­drza.

- To prawda. Ja bym się nie sprze­dał jakiejś głu­piej paniusi z Mas­sa­chu­setts.

Policzki mnie zapie­kły. Jak on się wydziera! Zesko­czy­łam ze stołka i przy­ci­snę­łam dło­nie do jego piersi, żeby go popchnąć w stronę wyj­ścia, ale znie­ru­cho­mia­łam. Co za klata.

- O rany, jakie mię­śnie. - Opu­ści­łam ręce, jak­bym się opa­rzyła.

Domnie­many brat Deana ze zło­ścią zaci­snął zęby.

- Poroz­ma­wiajmy gdzie indziej. - Zapro­wa­dzi­łam go do holu mię­dzy wej­ściem a salą, po dro­dze uśmie­cha­jąc się uspo­ka­ja­jąco do mija­ją­cej nas hostessy.

Kiedy się odwró­ci­łam do Rhysa, nie­omal ude­rzy­łam twa­rzą w jego tors.

Ujął mnie za ramię i deli­kat­nie odsu­nął od sie­bie. Teraz, gdy już nie sie­dzia­łam na stołku, musia­łam zadrzeć głowę, żeby spoj­rzeć mu w oczy. Kiedy tak się nade mną pochy­lał, prze­mknęło mi przez myśl, że nawią­za­nie roz­mowy z wście­kłym face­tem, który mógłby mnie zgnieść jak muchę, może nie było naj­lep­szym pomy­słem. Nie zamie­rza­łam jed­nak dać się zastra­szyć. Fakt, gość wyglą­dał impo­nu­jąco, ale w końcu przez kilka lat stu­dio­wa­łam na kie­runku zdo­mi­no­wa­nym przez męż­czyzn, a teraz jestem jedyną kobietą w fir­mie. Szybko się nauczy­łam, jak nie dać się onie­śmie­lić żad­nemu face­towi, nawet gdyby był wyjąt­kowo inte­li­gentny czy wyjąt­kowy... pod wzglę­dem fizycz­nym.

I ni­gdy nie zda­rzyło mi się zanie­mó­wić w obec­no­ści męż­czy­zny.

Choćby zro­bił na mnie ogromne wra­że­nie.

- Po pierw­sze, nie jestem z Mas­sa­chu­setts. - Ta infor­ma­cja może i nie była istotna, ale nie cier­pia­łam okre­śle­nia "Mass­szit" odno­szą­cego się do tutej­szych boga­tych przed­sta­wi­cieli klasy wyż­szej, któ­rzy nie zacho­wy­wali się zbyt sym­pa­tycz­nie.

Rhys uśmiech­nął się szy­der­czo.

- Jesteś miesz­kanką Nowego Jorku, która przy­je­chała tu na waka­cje. - Powie­dział to z sil­nym bostoń­skim akcen­tem, który zazwy­czaj wyda­wał mi się uro­czy. Ale w tym gościu nie było nic uro­czego. - Taka sama, kurwa, róż­nica, Dzwo­neczku.

Pfff. To ostat­nie zda­nie było wręcz ohydne.

- Pro­szę nie prze­kli­nać. - Mama wyko­rze­niała brzyd­kie wyrazy z mojego słow­nic­twa, jesz­cze zanim zdą­ży­łam się dowie­dzieć, co w ogóle zna­czą. Teraz odru­chowo się wzdry­ga­łam, kiedy ktoś w moim towa­rzy­stwie rzu­cał mię­sem. - A żarty z mojego wzro­stu są bar­dzo nie­sto­sowne.

- Wiesz, co jest bar­dzo nie­sto­sowne? - Naru­szył moją prze­strzeń oso­bi­stą, pod­cho­dząc tak bli­sko, że musia­łam zadrzeć głowę, żeby nawią­zać z nim kon­takt wzro­kowy. - Pła­ce­nie za pewne usługi zde­spe­ro­wa­nemu mało­la­towi.

Byłam pewna, że całe moje ciało zro­biło się czer­wone jak cegła. Na chwilę zanie­mó­wi­łam.

- To... to... to nie tak - syk­nę­łam. - Przede wszyst­kim Dean nie jest mało­la­tem. Ma dwa­dzie­ścia pięć lat. Poza tym nie płacę mu za "pewne usługi". Pro­szę nie insy­nu­ować, że muszę za to pła­cić.

Obciął mnie wzro­kiem i prych­nął.

- Zigno­ruję ten odgłos, bo w prze­ci­wień­stwie do cie­bie nie pocho­dzę z epoki trze­cio­rzędu. Wra­ca­jąc do tematu: Dean jest doro­słym męż­czy­zną, któ­rego zatrud­ni­łam jako towa­rzy­sza pod­czas spo­tkań z moim sze­fem i ze współ­pra­cow­ni­kami. Nie wda­jąc się w szcze­góły, powiem tylko tyle: szef zatrudni mnie na czas nie­okre­ślony tylko wtedy, jeśli będę w sta­łym związku. Pan Fair­child jest pod tym wzglę­dem nieco sta­ro­świecki. - Przed­sta­wi­łam to dość dyplo­ma­tycz­nie.

Byłam z sie­bie dumna. Pierw­szy raz udało mi się opi­sać tę sytu­ację, nie nazy­wa­jąc pana Fair­childa woju­ją­cym prze­ciw­ni­kiem praw kobiet.

Rhys spoj­rzał na mnie spode łba.

- Nie ciesz się tak, Dzwo­neczku. Mam w głę­bo­kim powa­ża­niu, dla­czego wyna­ję­łaś Deana. To cho­ler­nie nie­uczciwe i dobrze o tym wiesz.

Popa­trzy­łam na niego z nie­po­ko­jem i urazą. Czyżby wyna­ję­cie Deana rze­czy­wi­ście było nie­uczciwe? Wyda­wało mi się, że oboje czer­piemy z tego korzy­ści. Ni­gdy nie mia­łam wra­że­nia, że go wyko­rzy­stuję albo trak­tuję przed­mio­towo, ale jego brat przed­sta­wił to wła­śnie w takim świe­tle. Jak­bym była uprzy­wi­le­jo­waną księż­niczką, która uważa, że może robić wszystko, co jej się żyw­nie podoba, tylko dla­tego, że ma pie­nią­dze.

Skrzy­żo­wa­łam ręce na piersi.

- Nie zamie­rzam tu stać i wysłu­chi­wać two­ich oskar­żeń. Jeżeli nie podoba ci się postę­po­wa­nie brata, to twój pro­blem. Nikt go do niczego nie zmu­szał, a poza tym dostaje godziwe wyna­gro­dze­nie. Dwa tysiące dola­rów tygo­dniowo za parę spo­tkań w ciągu mie­siąca to wię­cej niż uczciwa stawka. - W rze­czy­wi­sto­ści stawka była absur­dal­nie wysoka.

Musia­łam naru­szyć swój fun­dusz powier­ni­czy, żeby móc zapła­cić Deanowi, bo za mniej­sze pie­nią­dze żaden facet nie zgo­dziłby się przez nie­okre­ślony czas uda­wać mojego chło­paka.

Ani nie byłam bez­na­dziej­nie nie­atrak­cyjna, ani nie mia­łam okrop­nego cha­rak­teru. Po pro­stu więk­szość męż­czyzn żądała kon­kret­nego ter­minu zakoń­cze­nia tego układu, bo mieli inne zobo­wią­za­nia. Nie­stety, tego nie mogłam im zapew­nić.

Kiedy poda­łam stawkę, Rhys aż się zachwiał z wra­że­nia i na chwilę ode­brało mu mowę.

I bar­dzo dobrze, bo musia­łam się go jak naj­szyb­ciej pozbyć!

- Posłu­chaj, Mor­gan. Lada chwila przyj­dzie tu mój szef, więc była­bym bar­dzo wdzięczna, gdy­byś sobie poszedł. W tej chwili. Będę zobo­wią­zana. - Wska­za­łam na drzwi za sobą. - Żegnam. - Nie ruszył się z miej­sca. - Adios? - Na­dal się na mnie gapił. - Vámonos. Ciao. Au revoir. - Wes­tchnę­łam ciężko. - A sio!

Spio­ru­no­wał mnie wzro­kiem.

- Nie prze­sły­sza­łem się? Powie­dzia­łaś do mnie "a sio"?

- Może to zadziała.

- Mała, masz nie po kolei w gło­wie. Mówił ci to ktoś?

- Słu­chaj...

- Par­ker, tu jesteś!

Mocno zaci­snę­łam oczy, modląc się w duchu, żeby otwo­rzyły się drzwi do innego wymiaru, do któ­rego mogła­bym wepchnąć Rhysa Mor­gana. Mia­łam nadzieję, że tra­fiłby do świata rzą­dzo­nego przez ogromne jado­wite węże pustynne.

Przy­szedł mój szef.

Otwo­rzy­łam oczy, odwró­ci­łam się i uśmiech­nę­łam pro­mien­nie. W moją stronę szedł Jack­son Sánches, mój bez­po­średni prze­ło­żony, ze swoją narze­czoną Camille po jed­nej stro­nie i panem Fair­chil­dem po dru­giej.

Żołą­dek pod­szedł mi do gar­dła.

Kiedy Jack­son powie­dział, że pan Fair­child chce poznać naj­now­szego pra­cow­nika w zespole (czyli mnie), obie­ca­łam, że przyjdę ze swoim chło­pa­kiem - żeby zro­bić na nim dobre wra­że­nie. Nie tylko okła­ma­łam Jack­sona, któ­rego szcze­rze lubi­łam i podzi­wia­łam - na domiar złego poja­wi­łam się bez rze­czo­nego chło­paka. A wszystko przez tego jaski­niowca, który pew­nie wygada się, co zro­bi­łam, i znisz­czy moją szansę na prze­dłu­że­nie umowy z Horu­sem. Wła­ści­wie to mogłam się spo­dzie­wać zwol­nie­nia z pracy.

Kiedy cała trójka sta­nęła tuż obok nas, poczu­łam, że z ner­wów zaraz się udu­szę.

Mia­łam prze­chla­pane.

- Chciał­bym panu przed­sta­wić nasz naj­now­szy, dosko­nały naby­tek, pannę Par­ker Brown. - Jack­son sze­roko się do mnie uśmiech­nął.

Poda­łam dłoń panu Fair­chil­dowi.

Fran­klin Fair­child pocho­dził z bostoń­skiej rodziny boga­tej od wielu poko­leń. W mło­do­ści mądrze zain­we­sto­wał pie­nią­dze, które dostał w spadku, i czte­ro­krot­nie powięk­szył mają­tek. Oto­czył się krę­giem świet­nych dorad­ców, któ­rzy prze­ko­nali go do zain­we­sto­wa­nia w odna­wialne źró­dła ener­gii.

Nie był zbyt zago­rza­łym eko­lo­giem, co mnie zaska­ki­wało, bo jego wkład w roz­wój firmy oka­zał się o wiele więk­szy, niż spo­dzie­wa­ła­bym się tego po face­cie tak zabie­ga­nym jak on.

Uści­snął moją dłoń i mocno, ener­gicz­nie nią potrzą­snął.

- Malutka kobietka, wielki inte­lekt, czyż nie? - Zaśmiał się.

Nie pierw­szy raz sły­sza­łam takie słowa. Z tru­dem odwza­jem­ni­łam jego uśmiech. Kiedy Jack­son prze­niósł wzrok na Rhysa, mój uśmiech musiał wyglą­dać jak przed­śmiertny gry­mas.

- A to pew­nie twój chło­pak. - Jack­son nie potra­fił ukryć zasko­cze­nia.

Nic dziw­nego! Rhys zupeł­nie do mnie nie paso­wał, a nawia­sem mówiąc, byłam pewna, że i ja nie jestem w jego typie. Faceci tego pokroju pew­nie spo­ty­kają się z pier­sia­stymi kobie­tami o wyrzeź­bio­nych na siłowni poślad­kach, które prze­czą prawu gra­wi­ta­cji.

Już otwie­ra­łam usta, żeby z obu­rze­niem zaprze­czyć, kiedy...

- Tak. - Rhys uści­snął dłoń Jack­so­nowi. - Jestem chło­pa­kiem Par­ker. Mam na imię Rhys. Miło mi pana poznać.

Mój mózg widocz­nie miał chwi­lową awa­rię, bo wyda­wało mi się, że usły­sza­łam, jak Rhys powie­dział, że jest moim chło­pa­kiem.

Lekko się do mnie uśmiech­nął, a w jego roz­bra­ja­jąco pięk­nych oczach poja­wiły się zło­śliwe cho­chliki.

On naprawdę to zro­bił!

Wcale mi się nie wyda­wało!

Co on kom­bi­nuje?

Zro­biło mi się nie­do­brze. Myśla­łam, że zwy­mio­tuję na buty od Prady pana Fair­childa.

- Rhys? - Pan Fair­child dosłow­nie sta­ra­no­wał Jack­sona i pod­szedł do mojego oprawcy. - Rhys Mor­gan. A niech mnie!

Zaraz, co jest?

Fair­child zaczął ści­skać dłoń Rhysa i szcze­rzyć się do niego z takim zachwy­tem, jakby zoba­czył ósmy cud świata. Chwilę póź­niej zie­mia nie­omal usu­nęła mi się spod stóp, kiedy odwró­cił się do Jack­sona i powie­dział:

- Nie mówi­łeś, że Par­ker spo­tyka się z Rhy­sem Mor­ga­nem.

Jack­son i ja spoj­rze­li­śmy na niego pustym wzro­kiem, a Fair­child dodał:

- Od kil­ku­dzie­się­ciu lat to naj­lep­szy bok­ser wagi cięż­kiej w tym kraju. - Zaci­snął dłoń na ramie­niu Rhysa. - Synu, usią­dziesz obok mnie.

Co takiego?

Kiedy pan Fair­child popro­wa­dził Rhysa do restau­ra­cji, ten odwró­cił się przez ramię i puścił do mnie oko.

Słowo daję. Puścił do mnie oko.

Istny pomiot sza­tana.

A może nie­chcący otwo­rzy­łam wrota do jesz­cze innego wymiaru, w któ­rym wście­kły bok­ser okła­mał mojego szefa, utrzy­mu­jąc, że jest moim chło­pa­kiem?

Jack­son i Camille uśmiech­nęli się sze­roko.

- Zgad­nij, kto wła­śnie został ulu­bie­nicą nauczy­ciela - zażar­to­wał Jack­son. Kiedy zmarsz­czy­łam brwi, par­sk­nął śmie­chem. - Wygłu­piam się. Ale zawsze się cie­szę, kiedy pod­czas spo­tka­nia udaje się czymś zain­te­re­so­wać Fair­childa. Bar­dzo dobrze, Par­ker.

Nie. To była kata­strofa.

Rozdział 3

3

Rhys

Cho­lera, co ja wypra­wia­łem? Sze­dłem u boku Fair­childa, uda­jąc luzaka, ale w rze­czy­wi­sto­ści mia­łem wra­że­nie, że pędzę po torach kolejki gór­skiej. Mia­łem ochotę stam­tąd spie­przać. A już na pewno nie chcia­łem słu­żyć jako koło ratun­kowe dla uprzy­wi­le­jo­wa­nej - cho­ciaż ład­niut­kiej - boga­tej laski. A jed­nak zosta­łem i prze­mie­rza­łem teraz restau­ra­cję, która bar­dziej przy­po­mi­nała biblio­tekę w klu­bie dla dżen­tel­me­nów.

Goście odpro­wa­dzali nas wzro­kiem. Nie­jedna para oczu spoj­rzała na moje podarte dżinsy i zno­szone robo­cze buty. Tu się nosiło gar­ni­tury i jedwa­bie, a nie byle jakie ciu­chy na co dzień.

Roz­są­dek pod­po­wia­dał mi, żebym natych­miast odwró­cił się na pię­cie i się stam­tąd zwi­nął, bo ta akcja skoń­czy się dra­ma­tycz­nie. Ale nie­stety przez całe życie byłem narwań­cem i teraz moja natura mówiła mi: wcho­dzę w to. Poza tym czer­pa­łem satys­fak­cję z tego, że tuż za mną idzie Par­ker Brown i pró­buje zabić mnie wzro­kiem.

Pod maską nie­win­no­ści i świę­tego obu­rze­nia kryła się nie­zła suka. Jakimś cudem uda­wało się jej patrzeć na mnie z góry, cho­ciaż głową się­gała mi zale­d­wie do ramie­nia. Praw­dziwy talent. Mała Panna Sztyw­niaczka nie­źle mi naga­dała. Byłoby to nawet uro­cze, gdyby nie fakt, że pró­bo­wała kupić mojego brata.

Śmia­łem się razem z Fair­chil­dem, uda­jąc, że słu­cham jego gada­niny o sta­ty­sty­kach walk bok­ser­skich, ale cały czas mia­łem świa­do­mość obec­no­ści Par­ker - tak jakby była moim prze­ciw­ni­kiem na ringu. Tro­chę jak kie­dyś pod­czas kon­fron­ta­cji przed walką nakrę­ca­łem swo­ich fanów gadką o tym, jaki to ze mnie ostry faj­ter, a w rze­czy­wi­sto­ści chcia­łem prze­stra­szyć prze­ciw­nika.

Udało mi się to zro­bić z Par­ker Brown. Usły­sza­łem, że mam­ro­cze coś o jado­wi­tych pustyn­nych wężach. Jej wście­kłość była prze­za­bawna.

Kiedy zoba­czy­łem zdję­cie tej kobiety, pomy­śla­łem, że się wystra­szy, gdy ją ochrza­nię. Stwier­dzi­łem, że jest dość ładna. Myli­łem się pod oboma wzglę­dami. Tak, była wście­kła i z tej wście­kło­ści jej twarz pokryła się rumień­cem w uro­czym odcie­niu różu, ale się nie zła­mała. A w rze­czy­wi­sto­ści wyglą­dała o niebo lepiej niż na zdję­ciu.

Była bar­dzo szczu­pła i drob­no­ko­ści­sta, miała regu­larne rysy twa­rzy i por­ce­la­nową, gładką, zdrowo lśniącą cerę, a jej brą­zowe oczy w twa­rzy w kształ­cie serca wyda­wały się aż za duże. Takie dziew­czyny ni­gdy mnie nie krę­ciły. Zawsze lubi­łem porządny, ostry seks. Gdy­bym poszedł z Par­ker do łóżka, bał­bym się, że ją poła­mię. Cho­lera, miała tak wąską talię, że mógł­bym ją objąć dłońmi.

Z tru­dem odpę­dzi­łem od sie­bie wizję tego, jak przy­trzy­muję Brown w talii i... Nie, nie, nie. Dys­cy­plina, Mor­gan. Bądź, kurwa, zdy­scy­pli­no­wany.

- A niech mnie, Rhys Mor­gan - powie­dział Fair­child chyba po raz dzie­siąty. Jego entu­zjazm nie osłabł ani na chwilę. - Myśla­łem, że padnę, kiedy pana zoba­czy­łem.

No, na ringu padłby po sekun­dzie. Co prawda, był dość wysoki i nie naj­go­rzej zbu­do­wany, ale miał w sobie coś kru­chego. Wyglą­dał na faceta, który zgrywa twar­dziela i wyrywa się do bójki, ale wymięka, kiedy rze­czy­wi­ście przy­cho­dzi co do czego. A potem oczy­wi­ście udaje, że to on tu rzą­dzi.

Szedł przez restau­ra­cję, jakby był jej wła­ści­cie­lem. A może i był. Facet aż ocie­kał bogac­twem - od sza­rego, uszy­tego na miarę gar­ni­turu marki Savile Row aż po ele­ganc­kie skó­rzane wło­skie buty. Kie­dyś ja też mogłem kupo­wać sobie takie ciu­chy i puszyć się jak paw. Nie­stety, to już nale­żało do prze­szło­ści.

Ale Fair­child nie pozwa­lał mi o niej zapo­mnieć. Zaci­snął dłoń na moim ramie­niu i nim potrzą­snął.

- Gdzieś ty się podzie­wał, synu?

Tylko jeden czło­wiek miał prawo nazy­wać mnie synem, ale on już nie żył. Zaci­sną­łem zęby i lekko wzru­szy­łem ramio­nami, roz­luź­nia­jąc uścisk.

- Tu i tam.

Ładna hostessa zatrzy­mała się przy stole w ustron­nym miej­scu. Odsu­nęła krze­sło, a Fair­child roz­siadł się na nim, wyprze­dza­jąc Par­ker. Nie ma co, gość z klasą.

Odwró­ci­łem się i sze­roko uśmiech­ną­łem do swo­jej "dziew­czyny", po czym odsu­ną­łem dla niej dru­gie krze­sło.

- Kocha­nie?

Jej ciemne, lśniące oczy ciskały we mnie bły­ska­wice gniewu, kiedy odwza­jem­niła uśmiech - a raczej po pro­stu się skrzy­wiła - po czym usia­dła ze swo­bodą osoby przy­zwy­cza­jo­nej do luk­susu.

- Dzię­kuję.

Nor­mal­nie Kró­lowa Śniegu.

Na myśl o tym wyobra­zi­łem sobie kostkę lodu w jej ustach, którą prze­suwa po moim... Dys­cy­plina, do dia­bła! Za nic w świe­cie nie pozwolę, żeby w gło­wie zawró­ciła mi panna Par­ker, księż­niczka z Pią­tej Alei.

Była jedy­nie poten­cjal­nym roz­wią­za­niem moich bie­żą­cych pro­ble­mów. Bo, cho­ciaż ni­gdy nie powie­dział­bym tego Deanowi, parę tysięcy dola­rów tygo­dniowo za uda­wa­nie jej chło­paka to łatwe, a tak bar­dzo nam potrzebne pie­nią­dze. W nie­co­dzien­nym przy­pły­wie geniu­szu przy­szło mi do głowy, że mógł­bym upiec dwie pie­cze­nie na jed­nym ogniu. Fair­child - jako mój fan, a do tego milio­ner - mógłby zostać spon­so­rem siłowni. Muszę tylko go do tego prze­ko­nać.

Jeśli mój plan się nie powie­dzie, przy­naj­mniej będę miał satys­fak­cję, że podo­ku­cza­łem Par­ker w odwe­cie za próbę kupie­nia mojego brata. A potem raz na zawsze zniknę z jej życia.

Chrząk­ną­łem i usia­dłem obok niej, ale wtedy Fair­child nadą­sał się jak roz­pusz­czony bachor.

- Rhys, myśla­łem, że usią­dziesz obok mnie. Panno Brown, zamieńmy się miej­scami.

Par­ker pobla­dła i roz­chy­liła różowe usteczka, upo­dab­nia­jąc się do zasko­czo­nej rybki. Po tym, jak mnie wcze­śniej ochrza­niła, wie­dzia­łem, że teraz dusi w sobie chęć powie­dze­nia mu, żeby spie­przał, a powstrzy­muje ją tylko koniecz­ność zacho­wa­nia bez­piecz­nej pozy­cji w pracy.

Nie­mal się ucie­szy­łem z jej męki, ale matka ina­czej mnie wycho­wała. Poza tym Fair­child był wyjąt­ko­wym dup­kiem. Potrze­bo­wa­łem jego pie­nię­dzy, ale wie­dzia­łem, że jeżeli zacznę się przed nim płasz­czyć, nie będzie miał dla mnie ani cie­nia sza­cunku.

Wychy­li­łem się do przodu i spoj­rza­łem na niego twar­dym wzro­kiem, cho­ciaż uśmiech nie scho­dził mi z twa­rzy.

- Dosko­nale stąd pana sły­szę, panie Fair­child. Poza tym lubię być bli­sko uko­cha­nej.

Obją­łem ręką szczu­płe ramiona Par­ker i uści­sną­łem je z uczu­ciem. Z jej gar­dła wydo­był się stłu­miony jęk. Zama­sko­wała go sze­ro­kim uśmie­chem, po czym wtu­liła się w moją rękę, jak przy­stało na zako­chaną dziew­czynę, cho­ciaż wie­dzia­łem, że robi to z odrazą. Pod sto­łem wbiła ostry obcas w czu­bek mojego buta. Mocno.

Nie skrzy­wi­łem się ani nie odsu­ną­łem, więc spoj­rzała na mnie ze zdzi­wie­niem.

Sze­roko się do niej uśmiech­ną­łem. Kocha­nie, to buty z meta­lo­wymi oku­ciami. Tak to się koń­czy, kiedy zadzie­rasz z robo­lem. Spoj­rze­niem, które mi rzu­ciła z ukosa, zapo­wie­działa, że zapłacę jej za to póź­niej. Już się nie mogłem docze­kać. Dosłow­nie prze­bie­ra­łem nóż­kami. Draż­nie­nie jej było świetną zabawą, ale popeł­ni­łem błąd, gdy zde­cy­do­wa­łem się na to przy­tu­le­nie. Z jedwa­bi­ście mięk­kiej skóry kobiety uno­sił się zapach róż i won­nego dymu. Wbrew roz­sąd­kowi mia­łem ochotę pochy­lić się nad nią, wziąć głę­boki wdech i napeł­nić płuca tą dziwną mie­sza­niną nie­win­no­ści i grze­chu.

Do dia­bła, co za bred­nie! Nie­win­ność i grzech? Skąd mi się to wzięło? Boże, ta laska dziw­nie na mnie działa. Opu­ści­łem rękę i odsu­ną­łem się od Par­ker. Jack­son usiadł naprze­ciwko nas.

Pode­szła kel­nerka z pyta­niem, co zama­wiamy do picia. Tylko ja zamó­wi­łem piwo. W reak­cji na to Par­ker zaci­snęła wargi. A prze­cież nie rzu­ci­łem się na nic moc­niej­szego jak Fair­child, który popro­sił o macal­lana 25 bez lodu. Może i nie byłem obyty, ale wie­dzia­łem, że szkla­neczka tej whi­sky kosz­tuje tu z dwie­ście dola­rów. Par­ker powinna się ucie­szyć, że wystar­czało mi becz­kowe piwo za pięć.

Kiedy tylko kel­nerka ode­szła, Fair­child znowu zaczął swoją śpiewkę:

- Mor­gan, na­dal nie mogę uwie­rzyć, że rzu­ci­łeś boks. Oczy­wi­ście wiem, że stra­ci­łeś ojca. - Lek­ce­wa­żąco mach­nął ręką. - Ale prze­cież mogłeś po pro­stu zro­bić sobie prze­rwę na żałobę.

Ofi­cjalna wer­sja, którą przed­sta­wi­łem światu - i Deanowi - była taka, że po śmierci ojca stra­ci­łem serce do boksu i posta­no­wi­łem sku­pić się na rodzi­nie. W dużej mie­rze było to prawdą i uwa­ża­łem, że to naj­lep­szy powód, jaki mogłem podać. Za nic nie chcia­łem mie­szać do tego Jake'a. Nie chcia­łem, żeby ludzie wycie­rali sobie nim gębę.

A teraz Fair­child wycią­gał ze mnie infor­ma­cje. Odsło­ni­łem zęby w uśmie­chu, cho­ciaż mia­łem ochotę go nimi zagryźć.

- Nie żałuję tej decy­zji. Tak jest lepiej.

- Lepiej? - obu­rzył się. - Nie może ist­nieć nic lep­szego niż wej­ście na ring i zmiaż­dże­nie prze­ciw­nika.

A jed­nak przy­cho­dziło mi coś do głowy: grzmot­nię­cie tego oto gościa w pysk. Ale w odpo­wie­dzi tylko lekko wzru­szy­łem ramio­nami i nie powie­dzia­łem już nic wię­cej.

Na szczę­ście do roz­mowy włą­czył się Jack­son, tak­tow­nie pró­bu­jąc zatu­szo­wać moją reak­cję na żąda­nie Fair­childa, żebym się prze­siadł, i zmie­nił temat.

- Fran­klin - powie­dział - bar­dzo się cie­szę, że wresz­cie mogłeś poznać Par­ker. Dzięki jej suge­stiom wpro­wa­dzi­li­śmy istotne udo­sko­na­le­nia do naszego modelu pro­gno­stycz­nego, co wzbu­dziło ogromne zain­te­re­so­wa­nie na rynku euro­pej­skim...

Fair­child prych­nął szy­der­czo i prze­rwał mu mach­nię­ciem ręki.

- Za moich cza­sów każdy kie­ro­wał się intu­icją, a nie jaki­miś tam fiku­śnymi pro­gra­mami kom­pu­te­ro­wymi.

Par­ker aż się wzdry­gnęła w reak­cji na ten atak słowny, a ja mia­łem ochotę sta­nąć w jej obro­nie i wal­nąć Fair­childa. Ona jed­nak - jak każdy dobry faj­ter - przy­jęła ude­rze­nie, ale zaraz potem napięła mię­śnie i się wypro­sto­wała. Jej uśmiech był zimny jak lód.

- Zga­dzam się z panem. Nic nie zastąpi potęgi intu­icji - powie­działa sta­ran­nie wymo­du­lo­wa­nym, opa­no­wa­nym gło­sem. - Ale praw­dzi­wym celem mojej pracy jest dostar­cza­nie infor­ma­cji, które mają pobu­dzać tę intu­icję przez roz­pa­trze­nie całego sze­regu czyn­ni­ków: godzin­nego zuży­cia, hur­to­wych cen czy doboru źró­deł ener­gii - mach­nęła zadbaną dło­nią dla pod­kre­śle­nia, że to oczy­wi­ste pod­stawy - i wzię­cie pod uwagę takich zmien­nych jak pro­por­cje ener­gii pozy­ski­wa­nej ze źró­deł odna­wial­nych i trans­gra­niczny prze­pływ ener­gii na róż­nych ryn­kach euro­pej­skich oraz zawar­cie tych danych w rapor­tach i narzę­dziach do ich ana­lizy.

Wszy­scy gapi­li­śmy się na nią. Jej gładka wypo­wiedź i spo­kojna pew­ność sie­bie robiły ogromne wra­że­nie. A ona dobrze o tym wie­działa.

- Dzięki temu - cią­gnęła - nasi klienci mają lep­szy wgląd w sytu­ację.

Było oczy­wi­ste, że mogłaby tak mówić i mówić, ale na tym skoń­czyła. Poło­żyła dło­nie na stole i spoj­rzała na Fair­childa tymi swo­imi brą­zo­wymi, sar­nimi oczami.

Mia­łem ochotę się roze­śmiać albo zacząć kla­skać. To już nie była ta wście­kła har­pia, z którą się kłó­ci­łem, ani zestre­so­wana panienka cze­ka­jąca przy barze na Deana i ner­wowo macha­jąca nogą. Obecna Par­ker znała się na rze­czy i nie zamie­rzała dać się pognę­bić.

Fair­child zamru­gał oczami, jakby wyszedł z mgły, i spoj­rzał na nią pustym wzro­kiem, po czym odwró­cił się do Jack­sona.

- No, trzeba przy­znać, że dziew­czyna ma gadane.

Jack­son zro­bił taką minę, jakby chciał go kop­nąć, a Par­ker wyglą­dała jak kop­nięta.

Fair­child prze­niósł spoj­rze­nie swo­ich wod­ni­stych oczu na mnie, a jego ogo­rzałą od słońca twarz roz­ja­śnił uśmiech.

- Ważne, żeby hajs się zga­dzał, nie?

Spo­dzie­wał się, że wybuchnę śmie­chem, czy jak? Cho­lera, i to dla takiego dupka musia­łem się napi­nać. Posta­ra­łem się nie zaprze­czyć, ale jed­no­cze­śnie wyra­zić swoje zda­nie. Wzru­szy­łem ramio­nami.

- No cóż, zawsze sta­ra­łem się dawać z sie­bie wszystko.

Zaśmiał się i puścił do mnie oko.

- Skromny jesteś. Rhys "Egze­ku­tor" Mor­gan musi zadać tylko jeden czy dwa porządne ciosy, żeby poko­nać prze­ciw­nika.

Egze­ku­tor. Żołą­dek pod­szedł mi do gar­dła, zro­biło mi się nie­do­brze. Kiedy jesz­cze byłem w obiegu, z dumą przy­ją­łem ten przy­do­mek, który nadała mi prasa. Czu­łem się wyróż­niony. Ale potem zgi­nął Jake, a Marcy i ich maleńka córeczka Rose zostały same. Nie byłem winny jego śmierci, ale ta ksywka już mnie nie cie­szyła.

Poczu­łem napię­cie w mię­śniach. Lekko poru­szy­łem ramio­nami i upi­łem łyk wody.

- Nie ma to jak porządny nokaut... - Może ci to zade­mon­struję, co? Zro­bię to z wielką chę­cią. - Ale bez swo­ich tre­ne­rów niczego bym się nie nauczył. - Tak nisko pochy­li­łem się nad Par­ker, aż zetknę­li­śmy się ramio­nami. Na ręce poczu­łem falę gorąca. Do dia­bła, skup się. - A ostat­nio zro­zu­mia­łem, że dzięki miło­ści cudow­nej kobiety wszystko staje się lep­sze.

Myśla­łem, że się porzy­gam, a jeśli intu­icja dobrze mi pod­po­wia­dała, Par­ker czuła to samo. Mimo to spoj­rzała na mnie wzro­kiem zako­cha­nej idiotki.

- Par­ker jest cudowną kobietą.

Zna­łem takich face­tów jak Fair­child. Podzi­wiał mnie jako bok­sera, ale w pew­nym sen­sie nie cier­piał sie­bie za ten podziw, bo uwa­żał go za sła­bość. Musia­łem mu uświa­do­mić, że i ja mam swoje słabe strony. Taki mały pre­zen­cik, dzięki któ­remu poczułby się lep­szy, a potem znowu mogłem poka­zać mu jego miej­sce. Tacy jak Fair­child lubili wyzwa­nia, ale nie­zbyt duże.

Nie zno­si­łem takich gie­rek, ale byłem na nie gotów dla dobra siłowni. Dla dobra Deana, cho­ciaż wie­dzia­łem, że aku­rat on ni­gdy tego nie doceni. Naj­waż­niej­sze było jed­nak to, żeby móc spła­cać kre­dyt i nie musieć sprze­da­wać tego miej­sca komuś, kto by je prze­ro­bił na budy­nek miesz­kalny. Poza tym Par­ker Brown - pomimo ogrom­nego inte­lektu - z tru­dem sobie radziła w tej sytu­acji. Dean tylko by jej zaszko­dził. Wku­rzyłby Fair­childa i wszystko zepsuł. Par­ker potrze­bo­wała kogoś takiego jak ja.

- Prawda, złotko? - powie­dzia­łem, znowu ota­cza­jąc ją ramie­niem i tłu­miąc w sobie chęć wtu­le­nia twa­rzy w jej włosy.

Boże, jak ona cudow­nie pach­nie. Wie­dzia­łem, że będę musiał się do tego przy­zwy­czaić. I do tego, że kiedy jej doty­kam, mój penis natych­miast się oży­wia.

Waruj!

Jej uśmiech był tak wymu­szony i sztuczny, że o mało nie par­sk­ną­łem śmie­chem. Poło­żyła dłoń na moim udzie - o wiele za bli­sko rze­czo­nego penisa. Paznok­cie poma­lo­wane jasno­ró­żo­wym lakie­rem wbiły się w moje ciało tak mocno, że poczu­łem je nawet przez gruby mate­riał spodni.

Zostawi mi pamiątkę. Ta malutka księż­niczka naprawdę ma swój wdzięk, kiedy się zło­ści.

- Jaki ty jesteś kochany, misiaczku - wyce­dziła przez zęby.

Misiaczku? Zdu­si­łem śmiech.

- Długo jeste­ście parą? - spy­tał Fair­child, kiedy kel­nerka przy­nio­sła drinki.

- Mam wra­że­nie, że całą wiecz­ność - odparła Par­ker lek­kim tonem.

- Muszę przy­znać, że jestem zasko­czony. - Fair­child upił łyk swo­jej szkoc­kiej. - Kiedy jesz­cze wal­czy­łeś, zmie­nia­łeś dziew­czyny jak ręka­wiczki. - Zachi­cho­tał. - Pamię­tam, że na któ­rąś walkę Mor­gan przy­szedł z trzema kobie­tami. - Zwró­cił się do Jack­sona. - Dwie trzy­mał pod rękę, a trze­cia szła przo­dem.

Co za skur­czy­byk.

Chcia­łem spoj­rzeć Par­ker pro­sto w oczy i prze­pro­sić ją wzro­kiem. Cho­ciaż pew­nie by tego nie doce­niła. Była napięta jak struna i aż drżała z wście­kło­ści.

- No... coś tam pamię­tam.

Odwró­ci­łem się do Par­ker, unio­słem szklankę z piwem i upi­łem duży łyk. Za cho­lerę się nie zna­łem na roman­tycz­nej miło­ści, ale zamie­rza­łem ją uda­wać, żeby rato­wać wszystko, co naprawdę kocha­łem. Ku wyraź­nemu nie­za­do­wo­le­niu Pani Pro­fe­sor wychy­li­łem się do przodu i opar­łem przed­ra­miona na stole.

- Ale co tam kobiety - zwró­ci­łem się do Fair­childa. - Sły­szał pan o tym, jak się umó­wi­łem z Dougla­sem na nie­le­galną walkę?

Oczy mu zabły­sły - dokład­nie tak, jak się tego spo­dzie­wa­łem.

- Nie sły­sza­łem. Kiedy to było?

Haczyk, żyłka i zarzu­camy wędkę. Zaczą­łem opo­wia­dać tę histo­rię. Wie­dzia­łem, że Fair­child będzie tak zachwy­cony, że odtąd nie będzie mógł się beze mnie obyć - a dzięki temu także bez Par­ker. Tak, byłem jej potrzebny. Po pro­stu jesz­cze tego nie rozu­miała. Ale wkrótce zro­zu­mie.

Rozdział 4

4

Par­ker

Zadrża­łam na chłod­nym wio­sen­nym powie­trzu. Serce dud­niło mi w piersi, kiedy patrzy­łam, jak Rhys pół­gło­sem roz­ma­wia z panem Fair­chil­dem. Jack­son i Camille już się ulot­nili. Fair­child wresz­cie wsiadł do swo­jej limu­zyny, a Rhys luź­nym kro­kiem wró­cił do mnie. Patrzy­łam na niego zmru­żo­nymi oczami.

Szedł roz­ko­ły­sa­nym kro­kiem bok­sera, który wła­śnie wygrał walkę.

Co za palant.

- No. Zdaje się, że wła­śnie ura­to­wa­łem ci tyłek. - Do tego jesz­cze miał czel­ność uśmiech­nąć się od ucha do ucha.

Myśla­łam, że roz­sa­dzi mnie gniew, który goto­wał się we mnie, odkąd usie­dli­śmy przy stole. Wie­dzia­łam, że jeżeli zostanę tu jesz­cze choć sekundę dłu­żej, uni­ce­stwię Rhysa samą siłą umy­słu.

Byłam o tym prze­ko­nana.

Tak eks­tre­malna wście­kłość jak ta, którą wła­śnie czu­łam, na pewno prze­mie­nia się w jakiś rodzaj ener­gii. Gwał­tow­nie ruszy­łam spod wej­ścia do restau­ra­cji w stronę miesz­ka­nia, które wynaj­mo­wa­łam z Zoe. Pie­szo zaję­łoby mi to pół godziny, dzięki czemu mia­ła­bym tro­chę czasu na roz­ła­do­wa­nie tego nie­ty­po­wego dla mnie gniewu.

- Odpro­wa­dzę cię do domu i omó­wimy warunki. - Rhys zrów­nał się ze mną.

Moja wście­kłość na chwilę ustą­piła miej­sca zasko­cze­niu.

- Słu­cham?

Wzru­szył ramio­nami.

- Na­dal potrze­bu­jesz kogoś, kto by uda­wał two­jego chło­paka, prawda? A Fair­child z całą pew­no­ścią uważa, że jestem zaje­bi­sty.

Tak, bez wąt­pie­nia Fair­child uwa­żał, że Rhys taki jest. Oczy­wi­ście. Obaj byli nean­der­tal­czy­kami. Zaci­snę­łam zęby, ziry­to­wana tym, że z powodu wzro­stu ni­gdy nie prze­go­ni­ła­bym tego wyso­kiego bok­sera. Nie do wiary. Idę ulicą z bok­se­rem!

Nie mia­łam nic prze­ciwko bok­sowi. Każda dzie­dzina sportu zwią­zana ze współ­za­wod­nic­twem wyma­gała dys­cy­pliny, deter­mi­na­cji i umie­jęt­no­ści, a to zde­cy­do­wa­nie dobre cechy.

Nie. Nie o sam boks tu cho­dziło.

Nie o mię­śnie czy zła­many nos.

Dener­wo­wała mnie prze­peł­niona wza­jem­nymi pochleb­stwami męska nić poro­zu­mie­nia, która zro­dziła się mię­dzy Rhy­sem a Fair­chil­dem. Rhys ani razu nie poparł zaco­fa­nej, nie­malże mizo­gi­nicz­nej, pry­mi­tyw­nej postawy mojego szefa, ale też ani razu nie sprze­ci­wił mu się wprost.

Przez więk­szość wie­czoru Jack­son, Camille i ja słu­cha­li­śmy, jak Rhys zaba­wia Fair­childa opo­wie­ściami z cza­sów swo­jej chwały. Jego histo­ryjki były nawet dość inte­re­su­jące, ale jed­no­cze­śnie umoż­li­wiały Fair­chil­dowi rzu­ca­nie poni­ża­ją­cych uwag. I danie upu­stu jego tok­sycz­nej męsko­ści.

Celem tego spo­tka­nia przy obie­dzie było poka­za­nie Fair­chil­dowi, że jestem ważną czę­ścią zespołu. Szefa jed­nak inte­re­so­wał tylko Rhys.

- Popsu­łeś mi szyki - syk­nę­łam.

- Popsu­łem ci szyki? - prych­nął. - Za każ­dym razem, kiedy Jack­son poru­szał temat ener­gii odna­wial­nej, Fair­child dosłow­nie zapa­dał w śpiączkę. Powin­naś się cie­szyć, że dzięki mnie został do końca posiłku.

- Jasne. Byłam zachwy­cona tym, że cały czas się chwa­li­łeś, ile krwi upu­ści­łeś swoim prze­ciw­ni­kom i ile kobiet zacią­gną­łeś do łóżka. Dokład­nie tak sobie wyobra­żam ide­alną roz­mowę przy obie­dzie.

- Ej, to nie moja wina, że twój szef nie ma dobrych manier. Ważne, że czymś go zain­te­re­so­wa­łem. Ten gość nor­mal­nie mnie poko­chał.

Nie­stety, miał rację.

- Myślę, że jeżeli chcesz, żeby dał ci stałą pracę, naj­lep­szym spo­so­bem na to będzie pła­ce­nie mi dwóch tysięcy dola­rów tygo­dniowo za uda­wa­nie two­jego chło­paka. Fair­child lubi moje towa­rzy­stwo, więc powin­naś mnie zabie­rać na każde spo­tka­nie z nim, nie?

Sta­nę­łam jak wryta. Wście­kłość mie­szała się we mnie z nie­po­ko­jem, bo wie­dzia­łam, że rozu­mo­wa­nie Rhysa jest zupeł­nie logiczne. Miał abso­lutną rację. Co ani tro­chę mnie nie cie­szyło.

- W ogóle się nie znamy.

Mię­śnie jego szczęki zadrgały.

- A z moim bra­tem to zna­cie się jak łyse konie? Czy też może róż­nica polega na tym, że on skoń­czył stu­dia, a ja jestem mię­śnia­kiem bez wykształ­ce­nia, który pro­wa­dzi siłow­nię?

Czy naprawdę musiał mnie sta­wiać w takim świe­tle?

- Widzę, że masz uprze­dze­nia.

Jego twarz spo­chmur­niała.

- Księż­niczko, jak już powie­dzia­łem, nic, kurwa, o mnie nie wiesz.

- Nie prze­kli­naj w mojej obec­no­ści. - Skrzy­żo­wa­łam ręce na piersi. Nie zamie­rza­łam dać się zastra­szyć, cho­ciaż na samą myśl o przy­ję­ciu jego oferty kolana się pode mną ugi­nały. - Nie zapłacę gościowi, który mnie nie­na­wi­dzi, bo pocho­dzę z boga­tej rodziny.

Wes­tchnął ciężko, pró­bu­jąc opa­no­wać nerwy.

- Księż­niczko - powie­dział o jeden ton ciszej. - O tobie, kurwa, też nic nie wiem. Dla­czego miał­bym cię nie­na­wi­dzić?

Księż­niczko. Tak mnie postrze­gał? Jako roz­piesz­czoną i wybu­chową kobietkę? Auć. Marsz­cząc nos, znowu ruszy­łam przed sie­bie.

- Nie nazy­waj mnie księż­niczką.

- To jak, umowa stoi? - spy­tał, znowu się ze mną zrów­nu­jąc.

Rzu­ci­łam mu prze­lotne spoj­rze­nie.

- Dla­czego chcesz się w to pako­wać?

Mię­śnie jego szczęki znów zadrgały.

- Potrze­buję pie­nię­dzy - wydu­sił z sie­bie.

Jakby było się czego wsty­dzić.

Dean potrze­bo­wał pie­nię­dzy, bo nie miał pracy. Dla­czego eme­ry­to­wa­nemu zawo­do­wemu bok­se­rowi, który ma wła­sną siłow­nię, bra­kuje pie­nię­dzy? Nie zamie­rza­łam się anga­żo­wać w jakieś podej­rzane sprawki, o czym nie omiesz­ka­łam go poin­for­mo­wać.

Skrzy­wił się.

- Nie robię nic złego. Jezu. Wszystko, co zaro­bi­łem na bok­sie, poszło na moją rodzinę, na naukę Deana i inne ważne sprawy. Siłow­nia nie przy­nosi zysków i przy­dałby mi się dodat­kowy zastrzyk gotówki, żeby ją tro­chę oży­wić.

- Naprawdę opła­ci­łeś naukę brata?

Chrząk­nął, co uzna­łam za odpo­wiedź twier­dzącą.

Mój gniew lekko przy­gasł. Facet, który wydaje swoje zarobki na wykształ­ce­nie młod­szego brata, chyba nie może być aż tak zły, prawda? Wła­ści­wie to cał­kiem uro­cze.

Popa­trzy­łam na niego.

- Jeżeli się zde­cy­duję, chcia­ła­bym, żebyś był dys­po­zy­cyjny. W każ­dej chwili musisz być gotowy towa­rzy­szyć mi na róż­nych spo­tka­niach i impre­zach. Taki sam waru­nek posta­wi­łam Deanowi.

Rhys spoj­rzał na mnie tymi nie­po­ko­jąco pięk­nymi oczami i kiw­nął głową.

- Zgoda.

Przy­gry­złam dolną wargę, jesz­cze nie­pewna, jaką decy­zję pod­jąć. Dean był taki wylu­zo­wany i cza­ru­jący, że w jego towa­rzy­stwie natych­miast się odprę­ża­łam. Ani przez chwilę nie wyda­wał mi się pocią­ga­jący.

Ukrad­kiem zer­k­nę­łam na jego star­szego brata, który szedł obok z rękami w kie­sze­niach, nie­cier­pli­wie cze­ka­jąc na moją odpo­wiedź. Prze­szły mnie ciarki, a nogi lekko zadrżały, kiedy sobie wyobra­zi­łam, że przez parę naj­bliż­szych mie­sięcy mia­ła­bym uda­wać dziew­czynę Rhysa.

Był nie­okrze­sany i iry­tu­jący, za dużo prze­kli­nał i potra­fił mnie wku­rzyć, co naprawdę było nie lada wyczy­nem. To, że Fair­child go lubił, też nie popra­wiało sytu­acji.

Ale wła­śnie to ostat­nie spra­wiło, że osta­tecz­nie się zgo­dzi­łam.

- Dobrze, ale chcia­ła­bym, żebyś pod­pi­sał umowę.

- Dean też musiał coś pod­pi­sy­wać?

- Nie, ale on mnie nie nama­wiał, żebym go zatrud­niła.

- Za to trak­to­wa­łaś go jak pro­sty­tutkę. Nie zamie­rzam prze­pra­szać za swoje zacho­wa­nie.

Znowu zalała mnie fala wście­kło­ści.

- Po raz setny ci powta­rzam, że nie trak­to­wa­łam two­jego brata jak pro­sty­tutkę!

Wzdry­gnę­łam się, gdy z dru­giej strony ulicy dobiegł mnie wybuch gło­śnego śmie­chu. Jakaś para usły­szała moją ostat­nią wypo­wiedź i teraz oboje ryczeli ze śmie­chu na całe gar­dło.

Spie­kłam raka i spio­ru­no­wa­łam Rhysa wzro­kiem, jakby to była jego wina.

A ten palant uśmiech­nął się od ucha do ucha.

- Księż­niczko, naucz się nad sobą pano­wać, bo to się może źle skoń­czyć.

Bar­dzo moż­liwe, że go zamor­duję, jesz­cze zanim pod­pi­szemy umowę.

- Nie trak­to­wa­łam Deana jak pro­sty­tutkę - powtó­rzy­łam cicho. - A skoro już o tym mowa, w ogóle nie o to mi cho­dzi. Mam nadzieję, że rozu­miesz, że seks jest tu abso­lut­nie wyklu­czony.

- Nic się nie martw, Dzwo­neczku, nie jesteś w moim typie.

Byłam obu­rzona i zra­niona.

- Ty w moim też nie - powie­dzia­łam z szy­der­czym uśmie­chem.

Rhys rzu­cił mi zna­czące spoj­rze­nie.

- Tak, myślę, że oboje zda­jemy sobie z tego sprawę. No to doga­du­jemy się czy jak?

Przy­szło mi do głowy, że postę­puje w sprzecz­no­ści do swo­ich słów.

- A nie prze­szka­dza ci to, że "trak­tuję cię jak pro­sty­tutkę"? Prze­cież wku­rzało cię, że tak trak­to­wa­łam two­jego brata.

- Zdaje się, że przed chwilą stwier­dzi­łaś, że to nie pro­sty­tu­cja. - Zmarsz­czył brwi.

- Nie draż­nij się ze mną.

- Słu­chaj, mój brat nie po to stu­dio­wał, żeby potem wyrzu­cić wszystko w błoto i zostać chłop­ta­siem na każde zawo­ła­nie. Powi­nien się sku­pić na szu­ka­niu porząd­nej pracy. Ja już mam pracę, pro­wa­dzę siłow­nię. Potrze­buję pie­nię­dzy na jej roz­wój. Zdo­będę je, jeżeli mi zapła­cisz. Koniec kropka. No to jak, umowa stoi?

- Naj­pierw musimy ją pod­pi­sać.

Wes­tchnął i podra­pał się po nie­ogo­lo­nej szczęce.

- Dobra.

Boże kochany, w co ja się pakuję?

- Dobrze się czu­jesz? - Spoj­rzał na mnie zmru­żo­nymi oczami. - Jakoś zbla­dłaś.

- To się zda­rza, kiedy komuś gwał­tow­nie spada ciśnie­nie w reak­cji na wstrząs, a wła­śnie tak się teraz czuję. - Ze zmę­cze­niem mach­nę­łam ręką. - Wiesz, tak jak­bym zawarła pakt z dia­błem. Coś w tym stylu.

- Ktoś ci już mówił, że jesteś nie­źle porą­bana?

- Tak - prych­nę­łam. - Ostat­nio parę godzin temu. Zanim prze­mocą wdar­łeś się w moje życie.

- To zna­czy: zanim ura­to­wa­łem ci skórę. - Puścił do mnie oko.

- Mor­gan, dopi­szę do umowy zakaz pusz­cza­nia oka. Pro­szę do mnie nie mru­gać, nie nazy­wać mnie Dzwo­necz­kiem i nie prze­kli­nać. - Byli­śmy już nie­da­leko mojego domu. Zatrzy­ma­łam się gwał­tow­nie i spoj­rza­łam na niego zmru­żo­nymi oczami. - Sor­tu­jesz śmieci?

Popa­trzył na mnie takim wzro­kiem, jakby rze­czy­wi­ście mnie porą­bało.

- No chyba wszy­scy to robią.

- Zdzi­wił­byś się. Czyli tak?

- Tak, oczy­wi­ście sor­tuję śmieci. - Ze znie­cier­pli­wie­niem wzru­szył ramio­nami.

- Masz na zde­rzaku nalepkę w stylu: "Zatrąb, jeżeli jesteś..."?

- Nie. - Zmarsz­czył brwi.

Ode­tchnę­łam z ulgą. Może jed­nak się uda.

- Gdzie się znaj­duje twoja siłow­nia? W ten week­end pod­rzucę ci umowę.

- Nazywa się Nokaut. Jest tuż przy Czwar­tej w Chel­sea. Mam czas zwy­kle w porze lun­chu.

Kiw­nę­łam głową. Dziwna nazwa. Pasuje bar­dziej do noc­nego klubu niż do siłowni.

- Dobrze. Wpadnę w sobotę po połu­dniu. - Pró­bo­wa­łam go wymi­nąć.

- Odpro­wa­dzę cię do domu.

- Nie trzeba.

- Nale­gam. - Posłał mi jeden z tych swo­ich chło­pię­cych uśmie­chów, od któ­rych mia­łam motylki w brzu­chu.

Poczu­łam się wma­new­ro­wana. Nie przy­po­mi­na­łam sobie, przy kim ostat­nio czu­łam się tak bez­bronna i pozba­wiona kon­troli nad sytu­acją.

O rany. Ten facet to same kło­poty.

Resztę drogi do mojego domu poko­na­li­śmy w mil­cze­niu, co jakiś czas tylko ostroż­nie na sie­bie zer­ka­jąc. No dobrze, to ja ostroż­nie zer­ka­łam - jego spoj­rze­nia były świa­do­mie pro­wo­ku­jące.

W końcu skrę­ci­li­śmy w Har­ri­son Ave­nue, gdzie znaj­do­wało się nowo­cze­sne miesz­ka­nie z dwiema sypial­niami nale­żące do mojej współ­lo­ka­torki i naj­bliż­szej przy­ja­ciółki Zoe. Dostała je od boga­tego ojca, który wła­ści­wie był nie­obecny w jej życiu. Wyna­jęła mi pokój za połowę stawki, jaka obo­wią­zy­wała w tej oko­licy. Czu­łam się tam wspa­niale. Piękne miesz­ka­nie w luk­su­so­wej Back Bay, a do tego nie zawdzię­cza­łam go rodzi­com.

Gdy­bym miała sobie kupić takie lokum, na jakie było mnie stać, pew­nie wylą­do­wa­ła­bym na dale­kich przed­mie­ściach, moi rodzice byliby bar­dzo nie­za­do­wo­leni, a mnie drę­czy­łyby wyrzuty sumie­nia. Cią­gle by mnie nękali, żebym wyko­rzy­stała swój fun­dusz powier­ni­czy i kupiła coś lep­szego, a ja bym upar­cie odma­wiała, co powo­do­wa­łoby nie­ustanne tar­cia mię­dzy nami i wywo­ły­wało we mnie jesz­cze więk­sze poczu­cie winy, bo ani nie chcia­łam być dla nich roz­cza­ro­wa­niem, ani nie zamie­rza­łam korzy­stać z ich pie­nię­dzy.

Na szczę­ście Zoe nie lubiła miesz­kać w poje­dynkę i upro­siła mnie, żebym zajęła drugą sypial­nię. Było to korzystne dla nas obu.

- To tutaj. - Sta­nę­łam przed prze­szkloną recep­cją.

W środku paliły się jasne świa­tła eks­po­nu­jące mar­mu­rową posadzkę i luk­su­sowe ume­blo­wa­nie w holu.

Zer­k­nę­łam na Rhysa. Mina mu zrze­dła.

- No jasne - mruk­nął pod nosem.

Zmarsz­czy­łam brwi. Dla­czego był tak uprze­dzony do zamoż­nych osób? Nie spra­wiał takiego wra­że­nia w obec­no­ści Fair­childa, który prze­cież był nie­przy­zwo­icie bogaty. Prych­nę­łam ziry­to­wana.

- No to dobra­noc.

Tym razem nie uśmiech­nął się uro­czo jak mały łobu­ziak. Ski­nął mi tylko głową i sobie poszedł.

- Co za maniery. - Weszłam do holu, nie mogąc się nadzi­wić, na co się zgo­dzi­łam.

Rhys

- Pobudka, dupku!

Przez mgłę mojego snu przedarło się czy­jeś woła­nie, a zaraz potem poczu­łem chlu­śnię­cie wodą. Z zasko­cze­nia gwał­tow­nie wcią­gną­łem powie­trze, po czym bły­ska­wicz­nie usia­dłem w łóżku, gotowy do akcji.

Ten gów­niarz Dean stał w progu pokoju, poza moim zasię­giem. Trzy­mał puste wia­dro i uśmie­chał się zło­śli­wie.

- Śpisz na gola­ska, Rhys? A obsta­wia­łem, że na noc wkła­dasz cho­ciaż maj­teczki.

Z rykiem zerwa­łem się z łóżka. Rzu­cił wia­dro i uciekł. Ura­to­wało go tylko to, że nie zamie­rza­łem go gonić nago. Prze­kli­na­jąc, prze­cią­gną­łem dło­nią po twa­rzy i zaczą­łem wcią­gać dres. Szczyl zaraz obe­rwie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki