Otworzę okno - Katarzyna Koziorowska

Kup ebooka

6.06 zł
5.03 zł (5,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Warto oddychać

Nienasycone są moje skargi

na przesyt cienia. Nienakarmione winy,

do jakich się nie przyznaję.

Kropla za kroplą, suną w górę

moje przekrwione łzy. Idę, kroczę

pomaleńku wraz z poszumem świata,

kąpię się w blasku twoich źrenic.

Miłość... Czy to uczucie

można określić chwałą?

Czy sumienie jest w stanie nakreślić

nową, świeżą trajektorię dla słów?

Moja tęsknota pasuje idealnie

do twoich ust. Wstyd,

moja czystość koliduje z cieniami

pod oczami.

Cierniste są spotkania naszych ciał,

bardziej pochopne niż wędrówki

w dół tej ulicy.

Jestem tu na siłę? A może po to,

aby pokazać ci, jak warto oddychać?

Moje serce bije tak wytrwale...

Czy to cisza, czy to krzyk

przynależy do moich łez?

Nie, nie chcę więcej słyszeć

poszumu gwiazd. Nie chcę kochać się

w słońcu, bo należy również do ciebie.

Cierpię znów, tak dla przykładu,

jak nie należy śnić. Modne słowa

nie odnajdują się w mojej kolekcji.

Piedestały namiętności

Kilka sennych, powolnych wzruszeń.

Garść głodnego nieba, kęs

soczystej ziemi.

Czy to, co ułomne i bezrozumne,

jest najwyżej nienapoczętym istnieniem

prosto w czas?

Spokój, błogi spokój ogarnia

skronie, osiada na sercu.

Czy moje imię jest skargą na to,

co niedokończone i przesądzone?

Może sen, co się nigdy nie skończy,

poda mi na tacy parę zmęczonych chwil?

Grafomania, grafomania,

krzyczą prorocy,

stwierdzają sędziowie.

A może to tylko brakujący element

tego świata? Może nienadane imię,

zbyt gwałtowna nawałnica?

Jestem zakochana

w twojej obojętności. Dwie kromki

zapału wystarczą, żeby przeobraził się

we mnie świt, czas odwrócił

o sto osiemdziesiąt stopni.

Miłość? Miłość znów je mi z ręki,

kocha się w jesieni,

w jej słodkiej melancholii.

Upojnie pachnie twoja obecność -

czy to pomarańcza z dodatkiem cynamonu?

Zależy mi na twoim śnie.

Zależy na smutku, który pokonuje

rzesze łez, piedestały namiętności.

Płonę

Płonę, płonę. Płonę i spalam się

niby zeszłoroczne niebo,

niby przetarte w paru miejscach

serce pustelnika.

Wkrótce zostanie po mnie

najwyżej popiół, kilka naiwnych westchnięć,

parę pocieszonych łez.

Moje skrzydła, przetrącone

i złamane, nie uniosą więcej

mojego serca, zwęglonej duszy.

Tym, co mnie pociesza,

jest tęsknota za bezczasem,

za wiecznością, którą mi ktoś wykradł.

Jestem, aby kolidować z tłumem,

poddawać się woli nocy.

Czy to tylko kolejna kartka

z kalendarza, wydarta z piersi teraźniejszości?

Czy to jeszcze jedno uderzenie serca,

o jakim nie zapomnę?

Wypełniam sobą puste naczynie

twoich dłoni. Lubuję się

w przyrzeczeniach, co nie znają

drogi powrotnej.

Wiem, jak boli tchnienie wiatru.

Rozumiem, skąd biorą się

błogosławione chwile, jakich nikt nie słyszy.

Chodź, ukochaj we mnie ten wstyd,

tę rozpustę, o jakich nie mam

odwagi śnić.

Jestem dość blisko, aby uciszyć zmysły,

obłaskawić raj.

To tylko dobrze dobrana puenta,

krańcowa odpowiedź.

Wróg istnienia

Czystość złudzeń, wybrakowanie

przywidzeń. Wszystko dziś ima się

światła, które tu przypadkowo

zostawiłam.

Ciało? A może to serce przewiduje

nawrót nocy? Jesteś przyjacielem

ludzkości, wrogiem istnienia -

czy ukażesz mi los, jakiego jeszcze

nie zdążyłam rozpoznać?

Kwiaty, całe łąki kwiatów kładą się

dziś u moich dłoni, pragną przypodobać

nagim stopom.

Nie jesteś tym samym duchem,

który układał moje łzy w konstelacje.

Nie kojarzysz się

z nieprzespanym zmierzchem,

który zapragnął mnie w sobie rozkochać.

Wybieram się, moja podróży,

mój niezamierzony ciężarze,

za granicę życia.

Przykładam moje myśli do chłodnej szyby,

zliczam piegi na nosie słońca.

Czyja to prawda zawieruszyła się

w tutejszym końcu świata?

A może to apokalipsa jest zwykłą bujdą,

której szukają najliczniejsi?

Pozwól tchnąć w siebie

odrobinę cienia, okruch pocałunku,

co nie pasuje do żadnych ust.

Namaluję ci taki raj, że zapomnisz,

skąd się bierze poranek,

gdzie zaczyna zrozumienie...

Serce zapomnianego

Moje opustoszałe ciało, umoczone

w cytrynowym blasku przyszłości,

nie dokazuje, nie narzuca się

ani nie pyszni.

Moja dusza, sprzedana

po niezbyt uczciwej cenie,

bawi się w niedokończone jutro,

w ból, jakiego nikt się nie spodziewa,

nikt nie oczekuje.

Dlaczego jest w tobie dość samotności,

aby przytulić niebo,

ucałować ziemię?

Trwa wyprzedaż

moich najznamienitszych lęków,

urągliwych strat, jakie wciąż porównuję

do świeżych łez.

Nie mogę tańczyć tak,

aby w moich krokach zalęgła się

muzyka, żeby przeszłość nakarmiła mnie

kamieniem. Przełykam ostatni okruch

goryczy, ostatni miniony rozdział -

jak wiele złości potrzeba,

by wypełnić nią sercem zapomnianego?

Moje życie nie podoba się Bogu;

jestem zbyt uległa, aby wierzyć

w nieznane, ulegać temu, co ciche

i przerośnięte.

Nie mogę uwierzyć w tegoroczny czas.

Nie mogę zaufać godzinom,

które wymsknęły się myślom.

Odszukaj we mnie noc,