Warto oddychać
Nienasycone są moje skargi
na przesyt cienia. Nienakarmione winy,
do jakich się nie przyznaję.
Kropla za kroplą, suną w górę
moje przekrwione łzy. Idę, kroczę
pomaleńku wraz z poszumem świata,
kąpię się w blasku twoich źrenic.
Miłość... Czy to uczucie
można określić chwałą?
Czy sumienie jest w stanie nakreślić
nową, świeżą trajektorię dla słów?
Moja tęsknota pasuje idealnie
do twoich ust. Wstyd,
moja czystość koliduje z cieniami
pod oczami.
Cierniste są spotkania naszych ciał,
bardziej pochopne niż wędrówki
w dół tej ulicy.
Jestem tu na siłę? A może po to,
aby pokazać ci, jak warto oddychać?
Moje serce bije tak wytrwale...
Czy to cisza, czy to krzyk
przynależy do moich łez?
Nie, nie chcę więcej słyszeć
poszumu gwiazd. Nie chcę kochać się
w słońcu, bo należy również do ciebie.
Cierpię znów, tak dla przykładu,
jak nie należy śnić. Modne słowa
nie odnajdują się w mojej kolekcji.
Piedestały namiętności
Kilka sennych, powolnych wzruszeń.
Garść głodnego nieba, kęs
soczystej ziemi.
Czy to, co ułomne i bezrozumne,
jest najwyżej nienapoczętym istnieniem
prosto w czas?
Spokój, błogi spokój ogarnia
skronie, osiada na sercu.
Czy moje imię jest skargą na to,
co niedokończone i przesądzone?
Może sen, co się nigdy nie skończy,
poda mi na tacy parę zmęczonych chwil?
Grafomania, grafomania,
krzyczą prorocy,
stwierdzają sędziowie.
A może to tylko brakujący element
tego świata? Może nienadane imię,
zbyt gwałtowna nawałnica?
Jestem zakochana
w twojej obojętności. Dwie kromki
zapału wystarczą, żeby przeobraził się
we mnie świt, czas odwrócił
o sto osiemdziesiąt stopni.
Miłość? Miłość znów je mi z ręki,
kocha się w jesieni,
w jej słodkiej melancholii.
Upojnie pachnie twoja obecność -
czy to pomarańcza z dodatkiem cynamonu?
Zależy mi na twoim śnie.
Zależy na smutku, który pokonuje
rzesze łez, piedestały namiętności.
Płonę
Płonę, płonę. Płonę i spalam się
niby zeszłoroczne niebo,
niby przetarte w paru miejscach
serce pustelnika.
Wkrótce zostanie po mnie
najwyżej popiół, kilka naiwnych westchnięć,
parę pocieszonych łez.
Moje skrzydła, przetrącone
i złamane, nie uniosą więcej
mojego serca, zwęglonej duszy.
Tym, co mnie pociesza,
jest tęsknota za bezczasem,
za wiecznością, którą mi ktoś wykradł.
Jestem, aby kolidować z tłumem,
poddawać się woli nocy.
Czy to tylko kolejna kartka
z kalendarza, wydarta z piersi teraźniejszości?
Czy to jeszcze jedno uderzenie serca,
o jakim nie zapomnę?
Wypełniam sobą puste naczynie
twoich dłoni. Lubuję się
w przyrzeczeniach, co nie znają
drogi powrotnej.
Wiem, jak boli tchnienie wiatru.
Rozumiem, skąd biorą się
błogosławione chwile, jakich nikt nie słyszy.
Chodź, ukochaj we mnie ten wstyd,
tę rozpustę, o jakich nie mam
odwagi śnić.
Jestem dość blisko, aby uciszyć zmysły,
obłaskawić raj.
To tylko dobrze dobrana puenta,
krańcowa odpowiedź.
Wróg istnienia
Czystość złudzeń, wybrakowanie
przywidzeń. Wszystko dziś ima się
światła, które tu przypadkowo
zostawiłam.
Ciało? A może to serce przewiduje
nawrót nocy? Jesteś przyjacielem
ludzkości, wrogiem istnienia -
czy ukażesz mi los, jakiego jeszcze
nie zdążyłam rozpoznać?
Kwiaty, całe łąki kwiatów kładą się
dziś u moich dłoni, pragną przypodobać
nagim stopom.
Nie jesteś tym samym duchem,
który układał moje łzy w konstelacje.
Nie kojarzysz się
z nieprzespanym zmierzchem,
który zapragnął mnie w sobie rozkochać.
Wybieram się, moja podróży,
mój niezamierzony ciężarze,
za granicę życia.
Przykładam moje myśli do chłodnej szyby,
zliczam piegi na nosie słońca.
Czyja to prawda zawieruszyła się
w tutejszym końcu świata?
A może to apokalipsa jest zwykłą bujdą,
której szukają najliczniejsi?
Pozwól tchnąć w siebie
odrobinę cienia, okruch pocałunku,
co nie pasuje do żadnych ust.
Namaluję ci taki raj, że zapomnisz,
skąd się bierze poranek,
gdzie zaczyna zrozumienie...
Serce zapomnianego
Moje opustoszałe ciało, umoczone
w cytrynowym blasku przyszłości,
nie dokazuje, nie narzuca się
ani nie pyszni.
Moja dusza, sprzedana
po niezbyt uczciwej cenie,
bawi się w niedokończone jutro,
w ból, jakiego nikt się nie spodziewa,
nikt nie oczekuje.
Dlaczego jest w tobie dość samotności,
aby przytulić niebo,
ucałować ziemię?
Trwa wyprzedaż
moich najznamienitszych lęków,
urągliwych strat, jakie wciąż porównuję
do świeżych łez.
Nie mogę tańczyć tak,
aby w moich krokach zalęgła się
muzyka, żeby przeszłość nakarmiła mnie
kamieniem. Przełykam ostatni okruch
goryczy, ostatni miniony rozdział -
jak wiele złości potrzeba,
by wypełnić nią sercem zapomnianego?
Moje życie nie podoba się Bogu;
jestem zbyt uległa, aby wierzyć
w nieznane, ulegać temu, co ciche
i przerośnięte.
Nie mogę uwierzyć w tegoroczny czas.
Nie mogę zaufać godzinom,
które wymsknęły się myślom.
Odszukaj we mnie noc,