ROZDZIAŁ 2
Powoli próbowała się podnieść z zimnej podłogi, zbierając jednocześnie rozsypane zakupy, gdy nagle poczuła mocny uścisk na ramieniu i odważne szarpnięcie w górę.
- Najmocniej panią przepraszam! - powiedział przejęty mężczyzna i od razu omiótł ją wzrokiem, jakby chcąc upewnić się, czy jest cała i nieuszkodzona. - Nic się pani nie stało? - zapytał.
- Mnie nie - mruknęła, po czym schyliła się po zapakowany prezent.
Spojrzała zrezygnowana na pozostałości filiżanek i podniosła w końcu wzrok. Teraz to mężczyzna wpatrywał się w potłuczoną porcelanę i widać było, że robiło mu się coraz bardziej głupio. Wreszcie popatrzył na nią skruszony, przepraszającym wzrokiem. Ani na chwilę zabrakło przysłowiowego języka w gębie. Właśnie takie relacje były dla niej najbardziej krępujące - twarzą w twarz, z obcą osobą, na odległość zaledwie kilkunastu centymetrów. Gwałtownie spuściła wzrok, znów wbijając go w uszkodzony prezent.
- To moja wina, wlepiłem oczy w telefon i nie zauważyłem pani - westchnął. - O filiżanki proszę się nie martwić, odkupię je, proszę tylko powiedzieć, gdzie je pani dostała.
- To były dwie ostatnie z tego wzoru - powiedziała smutno.
Usłyszała ciche przekleństwo. Popatrzyła niepewnie na mężczyznę, po czym westchnęła ciężko.
- W takim razie zwrócę za nie podwójnie - zadeklarował szybko, widząc jej rozczarowaną minę.
- Proszę się nie deklarować, nie wie pan, ile kosztowały - zaśmiała się z ironią. - To jest chińska porcelana. No, była.
- Nieważne - żachnął się. - To znaczy, nieważne, ile kosztowały. Zniszczyłem je, więc odkupię. Proszę mi powiedzieć, gdzie je pani kupiła, od razu tam pójdziemy i wybierze pani coś podobnego, niezależnie od ceny - dodał szybko.
- Nie ma takiej potrzeby... - zaczęła skrępowana.
Wiedziała, że to był naturalny odruch z jego strony, po prawdzie tak wręcz należało się zachować, Ania jednak wolała już sama kupić kolejne filiżanki, nie wyobrażała sobie brać od tego mężczyzny jakichkolwiek pieniędzy, a tym bardziej więcej, niż wydała!
- Nalegam - powiedział stanowczo. - Jeśli nie chce pani, by zjadły mnie wyrzuty sumienia, proszę mnie zaprowadzić do tego sklepu - wysilił się na nieśmiały, ale szczery uśmiech.
Ania znów westchnęła, zawahała się przez chwilę, ale kiedy mężczyzna ujął w dłoń przyczepioną do wstążki metkę z logo sklepu i zaczął rozglądać się wokół, by znaleźć odpowiedni szyld, dała za wygraną. Podniosła z podłogi wciąż leżącą tam reklamówkę z zakupami z drogerii, po czym wskazała głową kierunek przed nimi. Ciągle czuła się nieswojo, a uczucie skrępowania nie mijało, tym bardziej że mężczyzna wciąż próbował ją zagadywać. Niestety, to była kolejna rzecz, której w sobie nie lubiła. Nie potrafiła nawiązywać kontaktu z drugim człowiekiem, nawet jeśli wydawał się on całkiem sympatyczny. Czy ów lęk bądź wstyd był spowodowany po prostu wpajanymi przez matkę frazesami, że ludziom nie należy ufać, a każdy musi sam troszczyć się o siebie? Teraz już rozumiała, że niewiele było w tych naukach prawdy, niemniej pewne przyzwyczajenia zostały i trudno było się ich wyzbyć.
- To tutaj? - zapytał kontrolnie mężczyzna, gdy zatrzymała się przy sklepowej witrynie, by upewnić się, czy aby na pewno na wystawie nie ma jeszcze choć jednej takiej filiżanki.
Skinęła tylko głową, po czym oboje weszli do sklepu. Ekspedientka zamrugała szybko zaskoczona, widząc Anię po raz drugi dzisiaj, a kiedy ujrzała powód jej kolejnej wizyty, a więc stłuczoną porcelanę, tylko westchnęła smutno.
- Przykro mi, nie mamy więcej egzemplarzy. To limitowana edycja, do sklepów przyszła ograniczona liczba i nie mamy nawet możliwości sprowadzenia z hurtowni kolejnej partii.
- Rozumiem - odparła smutno Ania.
- Może zaproponuje nam pani zatem coś podobnego? - wtrącił mężczyzna.
- W zasadzie... Coś się znajdzie, ale mogę też zadzwonić do naszego sklepu w Galerii Krakowskiej - powiedziała nagle i rozpromieniła się zadowolona. - Być może tam jeszcze nie wszystkie się sprzedały!
- Nie, nie ma takiej potrzeby. Zresztą jest już późno, nie bardzo mam czas jechać jeszcze do centrum, a urodziny są jutro i... - zaczęła Ania, lecz nie zdążyła dokończyć, bo mężczyzna przerwał jej w pół zdania.
- Proszę sprawdzić. Ja z panią pojadę, a potem odwiozę panią do domu - odezwał się z nadzieją w głosie.
Ania poczuła, jak serce zaczyna jej mocniej bić. Miałaby wsiąść do samochodu z jakimś obcym facetem? Co to, to nie! Nie ma mowy, by zachowała się aż tak nieodpowiedzialnie!
- Nie ma takiej potrzeby, naprawdę - powiedziała szybko. - Znajdziemy tutaj coś odpowiedniego, na pewno. - Wymusiła uśmiech, popatrzyła na kasjerkę, po czym podeszła do regału z porcelaną. Faktycznie, nic nie urzekło jej tak bardzo, jak tamte delikatne listki wymalowane ręcznie z największą starannością. Chodziła więc wzdłuż półek, nie mogąc się teraz zdecydować. I wtedy usłyszała to, czego tak bardzo usłyszeć nie chciała.
- W Krakowskiej są jeszcze cztery egzemplarze! Mogę zadzwonić do koleżanki, aby odłożyła dla pani! - zaświergotała ekspedientka.
Ania zacisnęła mocno powieki. Teraz już zupełnie wszystko przestało jej się podobać. Świadomość tego, że jej pierwszy, najlepszy wybór jest jeszcze dostępny, przysłoniła wszystko. Przemożna pokusa odzyskania właśnie tych dwóch chińskich filiżanek, które przyjaciółka na pewno doceni, zaczęła wygrywać z zawstydzeniem i lękiem. Czy mogła więc skorzystać z propozycji tego obcego mężczyzny, wsiąść z nim do samochodu i pojechać do centrum tylko po to, by uzupełnić prezent? Co powiedziałaby...
- Dobrze, jedźmy więc - rzuciła nagle, wiedziona impulsem, jakim były już słyszane z tyłu głowy słowa matki.
Mężczyzna uśmiechnął się z ulgą, ekspedientka zaś od razu wykonała telefon do koleżanki z drugiego sklepu. Tylko Ania czuła, jak napięcie w niej zaczyna narastać. Kiedy podążała we wskazanym kierunku, za nieznanym sobie zupełnie mężczyzną, miała wrażenie, że postradała zmysły. Przecież mogłaby podjechać tramwajem, później normalnie wrócić, ale w sumie nie chciało jej się tarabanić z zapakowanym już prezentem i pozostałymi zakupami do zatłoczonego wagonika. Kiedy wsiadła do samochodu zaparkowanego na parkingu nieopodal, serce zaczęło łomotać jej w piersi. To był ostatni moment, gdy jeszcze mogła się wycofać. Nie zrobiła tego jednak, tylko sięgnęła po pas. Poczuła nagle przyjemny skok adrenaliny, jakby robiła coś naprawdę zakazanego. Nieznajomy w milczeniu ruszył i skierował się w stronę centrum, dzięki czemu Ania mogła odetchnąć z ulgą. Przez chwilę tylko miała w głowie czarny scenariusz, według którego zostanie wywieziona gdzieś za miasto i brutalnie zamordowana. Kiedy jednak zorientowała się, że kierują się wprost do Galerii Krakowskiej, była już spokojniejsza.
- W zasadzie nawet nie zapytałem pani o imię. - Uśmiechnął się do niej po dłuższej chwili milczenia, gdy właśnie zatrzymali się na światłach.
- Ania. - Rzuciła w jego stronę niepewne spojrzenie.
- Aleksander, miło mi. - Podał jej dłoń.
Odwzajemniła uśmiech, po czym znów zapatrzyła się przed siebie. Była zbyt skrępowana, by ciągnąć jakąkolwiek rozmowę, a kierowca najwyraźniej to wyczuł, bo sam też nie zagadywał na siłę. Dopiero gdy wysiedli na parkingu, zapytał, czy wie, gdzie dokładnie znajduje się ten sklep, kiedy zaś przyznała, że nie ma pojęcia, przystanęli na chwilę przed tablicą informacyjną. Ania ukradkiem przyglądała się swojemu towarzyszowi, gdy w skupieniu szukał położenia sklepu z porcelaną. Był wysoki, znacznie wyższy od niej. Miał ciemne, idealnie ułożone włosy i brązowe, bardzo ładne oczy. Na twarzy miał kilkudniowy zarost, co bardzo jej się spodobało. Wyglądał na szczupłego, choć ubrany był w jesienny płaszcz. Czy był w jej typie? W zasadzie Ania nawet nie była pewna, jaki był jej typ mężczyzny. Zresztą po co w ogóle się nad tym zastanawiała? Zawstydziła się, uświadamiając sobie, że przecież od dawna nie była z nikim, nie była nawet pewna, czy potrafiłaby sobie poradzić w relacjach damsko-męskich. Speszona spuściła na chwilę wzrok, mając wrażenie, że czerwieni się jak piwonia w maju na samą myśl o mężczyźnie w jej życiu.
- Mam! - usłyszała nagle radosny okrzyk. - Parter, z naszej perspektywy w lewym pasażu. Idziemy? - Popatrzył na nią zadowolony.
- Tak, chodźmy.
Skinął głową, po czym przepuścił ją przodem, wchodząc do windy. Zjechali na parter w ciszy, wpatrując się w bliżej nieokreślone punkty w podłodze. Nie dość, że winda była klaustrofobicznie mała, przywołująca najgorsze sceny z horrorów, to jeszcze przebywanie na tak małej powierzchni z obcym, a jak się okazało, całkiem atrakcyjnym mężczyzną, stało się dla Ani wyjątkowo krępujące. Przebierała nogami, licząc kolejne sekundy spędzone w zamknięciu.
- Boi się pani wind? - zapytał nagle.
- Nie, skąd taka konkluzja? - popatrzyła na niego zaskoczona.
- Mam wrażenie, że jest pani zestresowana.
Zamrugała szybko, rozchyliwszy lekko usta, po czym spuściła wzrok.
- Ma mnie pan - westchnęła ciężko, uznając, że przyznanie się będzie lepszą wymówką niż wyjawienie prawdziwego powodu jej nerwowej reakcji.
- Spokojnie, nie jest pani sama.
I w tym rzecz, pomyślała, a po chwili zamarła jeszcze bardziej.
- Gdybyśmy się nagle zatrzymali, przynajmniej byłoby nam raźniej - powiedział wesoło, po czym podskoczył tak gwałtownie, że aż światło w windzie niepokojąco zamrugało.
Popatrzyła na niego złowrogo i już miała go upomnieć, ale kiedy winda gwałtownie zatrzymała się, zabrakło jej tchu, a serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. Nie mogła w to uwierzyć, to nie działo się naprawdę. Już miała go zwymyślać za tę dziecinadę, kiedy drzwi nagle się rozsunęły. Byli na parterze. Odetchnęła z ulgą, po czym znów upomniała się w myśli. Była zbyt przewrażliwiona, choć musiała przyznać, że to, co zrobił mężczyzna, było wyjątkowo dziecinne.
- Mam nadzieję, że pani nie uraziłem? - zapytał po chwili, widocznie przejęty, gdy rzuciła mu kolejne niezbyt przyjemne spojrzenie.
- Ma pan szczęście, że nie zatrzymaliśmy się pomiędzy piętrami. To było bardzo głupie - przyznała szczerze.
- Przepraszam - odparł zmieszany. - Ma pani rację, sam nie wiem, czemu to zrobiłem - westchnął.
Widziała, że zrobiło mu się bardzo głupio, nawet zaczęła się zastanawiać, czy dobrze uczyniła, zwracając mu uwagę w taki sposób, niemniej sam przyznał, że zachował się niestosownie. Tym bardziej że była dla niego zupełnie obcą osobą. Wydał jej się przez to takim dużym chłopcem, niezbyt dojrzałym, i niestety bardzo stracił przez to w jej oczach. O ile w ogóle można było mówić, że zaczynał w jakikolwiek sposób zyskiwać. Nie był ani jej znajomym, ani kolegą, przyjechała z nim tutaj jedynie dlatego, że sam się uparł, by odkupić te nieszczęsne filiżanki, w innym razie rozstałaby się z nim tuż po feralnym upadku i nigdy więcej nie miała z nim już nic wspólnego.
- Chyba jesteśmy na miejscu - odezwał się dopiero, gdy dotarli do celu.
- Na to wygląda.
Ania uniosła wzrok w stronę szyldu, po czym zerknąwszy na mężczyznę, weszła do sklepu. Wyjaśniła ekspedientce, czego szukają, a ta, poinformowana przez koleżankę z galerii Kazimierz, od razu podała jej odłożone filiżanki. Były idealne, dokładnie takie same, jak te potłuczone. A może nawet, dzięki temu, że tak bardzo chciała je mieć, stały się jeszcze ładniejsze? Sprzedawczyni zapakowała je starannie, owijając dodatkowo folią bąbelkową, by tym razem bezpiecznie dotarły do domu. Ania odruchowo wyciągnęła portfel, zapominając na chwilę, że przecież nie przyjechała tutaj sama. Aleksander wciąż stał za jej plecami, a gdy tylko zobaczył, że zabiera się za płacenie, sam wyciągnął kartę i przyłożył do terminala. Popatrzyła na niego lekko zmieszana, po czym kiwnęła głową, dając za wygraną. Skoro tak bardzo chciał odkupić swoje winy, nie miała już zamiaru mu w tym przeszkadzać.
- No dobrze, w takim razie ja pójdę już na tramwaj. Stąd nie mam daleko do domu.
- Ale...
- Naprawdę, dziękuję za chęci. Wiem, że zadeklarował pan odwiezienie mnie, ale to nie będzie konieczne, nie chcę pana fatygować. To zaledwie kilkanaście minut - weszła mu w słowo.
- No dobrze, w takim razie odwiozę jedynie pani zakupy. Proszę tylko podać mi adres - powiedział, udając poważnego.
Ania miała ochotę wymownie postukać się w czoło, upominając się za swoje roztargnienie. Przewróciła tylko oczami, westchnęła ciężko, po czym podążyła z powrotem na parking. Zapomniała w tym całym zamieszaniu, że przecież w aucie mężczyzny zostawiła swoje torby. Kiedy dotarli do samochodu, chciała zabrać swoje rzeczy i wrócić na przystanek, Aleksander jednak stanowczo zaprotestował.
- Obiecałem panią odwieźć do domu i chciałbym dotrzymać obietnicy. To moja wina, że spędziła pani na zakupach więcej czasu, niż było to konieczne. Proszę pozwolić mi odkupić swoje winy w pełni.
- Naprawdę, zrehabilitował się pan już w zupełności. Nie chcę robić kłopotu, nie mam daleko.
- To ja narobiłem kłopotu pani. Nalegam. A jeśli boi się pani, że będę ją potem nachodził, proszę wysiąść ulicę wcześniej. - Uśmiechnął się niemrawo.
Zupełnie nie o to chodziło. W zasadzie, gdyby się go obawiała, nie wsiadłaby z nim do samochodu. A może właśnie dlatego teraz tak się opierała. Musiała przyznać, że nie było to do końca odpowiedzialne, ostatecznie nadal nic o nim nie wiedziała, poza tym, że miał na imię Aleksander. Czy mogła mu zaufać i pozwolić, by odwiózł ją do domu? Mogła przede wszystkim zaufać intuicji, która podpowiadała, że nic jej nie grozi. Kiwnęła w końcu głową, uśmiechnęła się łagodnie, po czym wsiadła do samochodu. To była dobra decyzja, bo gdy tylko wyjechali z parkingu na ulicę, deszcz rozpadał się na dobre, a wiatr, jaki się zerwał, z pewnością wiał tutaj aż od Tatr. Gdyby przyszło jej w taką pogodę wracać choćby z przystanku do swojego mieszkania, prezent dla Uli musiałaby suszyć suszarką, o ile w ogóle do czegokolwiek jeszcze by się nadawał. Aż mocniej wcisnęła się w fotel, gdy niebo przeszyła błyskawica, a za chwilę złowrogo zagrzmiało nad ich głowami.
- Co za pogoda o tej porze roku - odezwał się bardziej do siebie Aleksander i spojrzał w górę przez przednią szybę, nachylając się nieznacznie nad kierownicą.
- Mnie też burze kojarzą się raczej z wiosną niż jesienią - odparła mimowolnie Ania.
- Raczej próżno czekać na naszą złotą polską jesień.
- Miejmy nadzieję, że choć zima będzie śnieżna i mroźna.
- Sądząc po ostatnich latach, z tym też może być różnie - odparł i spojrzał na nią z uśmiechem. - Lubi pani zimę?
- Chyba najbardziej z wszystkich pór roku - odwzajemniła uśmiech.
- Za co najbardziej?
- Za gorącą herbatę z miodem, goździkami i sokiem malinowym - powiedziała, po czym zawstydziła się lekko.
- I cytryną - dodał raźno.
- I z cytryną.
Popatrzyli na siebie uśmiechnięci, po czym Ania szybko spuściła głowę. Nie chciała, by nieznajomy zauważył, że się rumieni, choć w ciemnościach późnego, jesiennego popołudnia rozświetlonego jedynie blaskiem miejskich latarni mógł tego nie dostrzec.
Poprosiła, by zatrzymał się na parkingu pod pobliskim sklepem, podziękowała mu za podwiezienie i sięgnęła do klamki. Nie zdążyła otworzyć drzwi, gdy zapytał:
- Tutaj pani mieszka, czy rzeczywiście wskazała pani inną ulicę?
- W tamtym bloku - powiedziała bez wahania i wskazała na budynek.
Przecież nie podawała mu numeru mieszkania, dodała w duchu, gdy lekki niepokój zaczął ogarniać jej umysł. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, po czym raz jeszcze na nią popatrzył i dodał:
- Może jeszcze kiedyś na siebie wpadniemy.
- Może lepiej nie wpadajmy, za dużo szkód. - Uśmiechnęła się, siląc na żart.
- Racja. Więc może po prostu jeszcze kiedyś się spotkamy.
Ania nie skomentowała, za to podziękowała, po czym rozłożywszy parasolkę, wysiadła z samochodu i szybkim krokiem ruszyła w stronę bloku. Nie odwracała się za siebie, bo deszcz wciąż zacinał tak ostro, że choć miała blisko do klatki, dotarła do niej cała przemoczona. Musiała przyznać, że nie spodziewała się, iż jej dzień zakończy się podwiezieniem do domu przez obcego mężczyznę. Całkiem interesującego w dodatku.
Gdy weszła do mieszkania, zdążyła jedynie odłożyć zakupy i prezent dla Uli, kiedy rozdzwonił się jej telefon. Po raz kolejny Ania przekonała się, że jej matka miała niewiarygodne wyczucie czasu.
- No w końcu! Gdzie ty do licha się włóczysz? Czekałam na ciebie i czekałam!
- Mamo, mówiłam ci, że jestem w galerii i jeszcze mi zejdzie. Nie musiałaś czekać.
- A ty wiedziałaś, że czekać będę, więc mogłaś wrócić wcześniej.
- Nie mogłam.
- W ogóle nie obchodzi cię stara matka.
Ania tylko przewróciła oczami. Jak zwykle nie miała ochoty się z nią spierać.
- Mogłaś uprzedzić, że przyjdziesz.
- A to ja muszę się u ciebie zapowiadać?
Znowu przeinaczyła jej słowa. Dziewczyna westchnęła tylko, po czym zaznaczyła, że jutro też jej nie będzie, bo wybiera się na urodziny. Nie wspomniała oczywiście do kogo, bo matka gotowa była zapukać do Uli i siłą wyciągnąć córkę z mieszkania, byle tylko znów posiedzieć u niej w kuchni i pomarudzić. Nie obyło się oczywiście bez pytań, do kogo i na jak długo wychodzi, Ania jednak stanowczo odparła, że idzie do koleżanki z pracy, po czym delikatnie zauważyła, że mama powinna w końcu zająć się sobą. Matka jednak puściła tę uwagę mimo uszu i poprosiła, by po urodzinach koniecznie się do niej odezwała. Ona ani myślała to robić, potaknęła jednak dla świętego spokoju. Kiedy wreszcie zakończyła tę nużącą rozmowę, opadła na sofę zmęczona. Nie wiedziała, czy to maraton po galeriach, czy właśnie wymiana zdań z rodzicielką tak wyzuły ją z energii. Potrzebowała kilku długich minut, by zmotywować się do czegokolwiek. Najprzyjemniejsze wydało jej się teraz przepakowanie prezentu dla Uli i właśnie od tego zaczęła. Wyciągnęła potłuczone filiżanki z misternie ułożonej kompozycji, po czym delikatnie wyjąwszy z drugiego pudełka nowe, przełożyła je do ozdobnego opakowania. Miała nadzieję, że tym razem doniesie prezent do Uli bez żadnych niespodzianek po drodze. Uśmiechnęła się pod nosem - to byłoby naprawdę złośliwe zrządzenie losu, gdyby pomiędzy piętrami coś znów pokrzyżowało jej plany.
Podskoczyła jak oparzona, gdy usłyszała dzwonek do drzwi. Aż jęknęła, gdy w pierwszej kolejności pomyślała, że to matka jednak zdecydowała się dziś jeszcze ją odwiedzić. Na szczęście, gdy na palcach podeszła do drzwi i zerknęła przez wizjer, okazało się, że za nimi stała Ula. Już miała jej otworzyć, gdy zorientowała się, że przecież na stoliku w pokoju wciąż stał prezent dla niej!
- Chwileczkę! - krzyknęła i pobiegła do pokoju, by wcisnąć pakunek do szafy.
- Co ty tam robisz?! Jeśli nie jesteś sama, to chętnie go poznam, nie chowaj go do szafy!
Ania przewróciła oczami, po czym, gdy tylko upewniła się, że prezent jest dobrze schowany, wróciła, by otworzyć Uli drzwi.
- No i gdzie go schowałaś? - zaśmiała się przyjaciółka.
- Do szafy!
- No dobra, a tak serio?
- A tak serio, musiałam się ubrać.
- I ubrałaś się w mokre ubrania? - Ula popatrzyła na jej mokre spodnie, których nie zdążyła jeszcze zmienić po powrocie z zakupów.
- Nie zdołałam jeszcze poszukać nic nowego, dlatego szybko włożyłam to samo - wytłumaczyła.
- Gdzie tak zmokłaś?
- Musiałam pójść na zakupy, skończyły mi się kosmetyki i... takie tam - zaczynała się denerwować.
- Że też ci się chciało w taką pogodę... - powiedziała Ula, po czym niepewnie dodała: - Ania... Miałabym do ciebie prośbę... A właściwie chciałabym prosić o pomoc.
- Przecież wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć. O co chodzi?
- Mogłabyś mi jutro pomóc przygotować coś do jedzenia?
- Co konkretnie?
- Tort? - Ula popatrzyła na Anię z nadzieją.
- Tort?!
- Ten bezowy, którym mnie kiedyś częstowałaś. On był taki pyszny...
- Ale to była taka improwizacja, przecież to się nie nadaje dla gości!
- Anka, on był najlepszy na świecie! Nakielny się przy nim chowa! A przecież wiesz, jakie tam są pyszne ciasta.
- A nie lepiej zamówić? Na pewno nie będzie z tym problemu.
- No właśnie dzwoniłam przed chwilą, powiedzieli, że powinnam zamówić wcześniej, a ja zupełnie o tym zapomniałam.
- Jak można zapomnieć o torcie na urodziny?
Ula tylko wzruszyła ramionami. Wciąż jednak patrzyła na Anię wyczekująco, aż ta ostatecznie się zgodziła. Nie potrafiła odmawiać. Tym bardziej nie w takiej sprawie. Nie była tylko pewna, czy uda jej się odtworzyć tamten smak. Faktycznie, w lecie, gdy sezon na owoce rozkwitał, a na skwerku pod blokiem codziennie można było spotkać sprzedawców ze świeżymi owocami i warzywami, zaczęła eksperymentować z wypiekami, a ta beza wyszła jej chyba najlepiej ze wszystkich. Ale tak jak wspomniała, to był jednorazowy wypiek, nigdy wcześniej ani nigdy potem już czegoś takiego nie robiła.
- A co, jeśli mi nie wyjdzie?
- Na pewno wyjdzie! Ja ci zrobię zakupy, podrzucę ci wszystko z samego rana!
- Na zakupy to ja muszę iść jeszcze dzisiaj, gdybym potrzebowała kolejnego podejścia. Poza tym, beza powinna przestać w lodówce.
- To pójdę z tobą! Albo pójdę sama i wszystko ci przyniosę.
- Nie ma takiej potrzeby, niech to będzie w takim razie mój prezent dla ciebie, bo z tego wszystkiego nie zdążyłam niczego kupić - powiedziała bez zająknięcia, czerpiąc satysfakcję z tego, że udało jej się nabrać Ulę.
Przyjaciółka podziękowała jej i widać było, że kamień spadł jej z serca. Choć z pozoru była spontaniczna i czasem roztrzepana, Ula uwielbiała, gdy wszystko było dopięte na ostatni guzik. Była perfekcjonistką i tryumfowała, gdy sprawy układały się po jej myśli. Każde niedociągnięcie zaś drażniło ją do tego stopnia, że zaczynała tracić swoją wewnętrzną równowagę i niejednokrotnie skupienie. Tym bardziej więc Ania wiedziała, że musi się postarać, by nie zawieść przyjaciółki. To miał być w końcu jej wielki dzień!