ROZDZIAŁ DRUGI
Prezenty od serca
- Chodź. - Olek zatrzymuje mnie przed drzwiami do sali konferencyjnej i ciągnie w stronę swojego gabinetu. - Siadaj. - Sadza mnie na swoim krześle. - Julita zaraz tu będzie.
- A Julita to...
- Makijażystka. Zaraz naprawi ci twarz.
- Olek... - Wzruszenie odbiera mi głos. - Nie musiałeś.
Wstaję i chowam się w jego ramionach. Odkąd Piotr zasnął, tylko w nich mogę szukać ukojenia. Nie mam przyjaciółki, do której mogłabym się tulić, kiedy najdzie mnie ochota, a brak dotyku bardzo mi doskwiera.
- Wiem, ile cię kosztowało, żeby tu dzisiaj przyjechać. Jeżeli makijaż choć trochę poprawi ci samopoczucie, to warto było obdzwonić pół miasta i znaleźć dziewczynę dostępną na już.
- Olek, proszę. Nie mów nic więcej. - Zaczynam chlipać, ale tym razem płacz nie wypala dziur w moim sercu. Wdzięczność, jaką czuję na widok tego człowieka, jego bliskość i wsparcie rozczulają mnie aż do łez.
- Płacz, ile chcesz, Rosie. Nie do końca to rozumiem, ale czytałem, że lepiej uwolnić emocje, niż je w sobie nosić.
Olek nie krzyczy na mnie, żebym była żołnierzem. Pozwala mi na dezercję, pozwala mi odpocząć w swoich ramionach. Wdycham jego owocowy zapach i powoli zbieram się do kupy. Kiedy oddech nie jest już tak płytki, unoszę głowę i patrzę w ciepłe, brązowe oczy.
- Jesteś dla mnie prezentem od losu - wyznaję szczerze. - Dostałam twoją przyjaźń w spadku po Piotrze i to jedyny plus tego, że dzisiaj nie ma go z nami.
- To zaszczyt móc się z tobą przyjaźnić.
Pukanie do drzwi i ładna buzia wyrywają mnie z ciepłych ramion.
Mówię Julicie, na jakim efekcie mi zależy, a ona od razu łapie za pędzel i wciela moje prośby w życie. Jest bardzo miła i co chwilę mnie zagaduje, ale moje myśli i tak krążą wokół mężczyzny, który stoi w rogu pokoju i wszystkiemu się przygląda.
Olek pracuje w firmie, odkąd tylko pamiętam. Podobnie jak Piotr, kocha liczby, a zespół Aspergera sprawił, że był w nich naprawdę dobry. Cyfry stanowiły jego obsesję, nasze biuro rachunkowe traktował czasem jak trening, a czasem jak plac zabaw. Nie istniał problem, którego by nie rozwiązał i mało było ludzi, których dopuszczał naprawdę blisko. Na początku całymi dniami przesiadywał sam w zaciemnionym gabinecie. Tolerował tylko Piotra, który od czasu do czasu do niego zaglądał. I nie po to, by skontrolować jego pracę - Olek nigdy nie przepuścił żadnego błędu - tylko żeby z nim porozmawiać. Z czasem coraz częściej mijałam go na korytarzu i spotykałam w pokoju kawowym. Widziałam, jak się uśmiechał i jak urocze miał przy tym dołeczki. A kiedy usłyszałam jego głos, prawie rozpłynęłam się z zachwytu. Przypominał mi postać z mojej ulubionej bajki. Doszło do tego, że z niecierpliwością czekałam, kiedy coś powie i namiętnie podsłuchiwałam jego rozmowy z innymi pracownikami. Mogłam pierwsza do niego zagadać, w końcu byłam prezesem firmy, ale nie chciałam go wystraszyć. Wiedziałam, że przyjdzie taki dzień, kiedy i do mnie się odezwie.
Doczekałam się. Niestety nasze rozmowy były bardzo krótkie, formalne i rzadkie. Olek trzymał wyraźny dystans, a winą nie byłam ja ani Asperger. Dopiero kiedy Piotr zapadł w śpiączkę, Aleksander Maliński wpuścił mnie do swojego świata.
- Myślałam, że mnie nie lubisz - powiedziałam w chwili słabości, kiedy oboje czekaliśmy na szpitalnym korytarzu.
- Rozalio, ciebie nie da się nie lubić.
- Unikałeś mnie...
- Ze względu na Piotra. Nie chciałem dawać mu powodów do zazdrości, a tym samym robić mu przykrości.
Popatrzyłam wtedy na niego i zrozumiałam, że mam do czynienia z kimś niezwykłym. Podobała mi się jego bezpośredniość i fakt, że zawsze usłyszę od niego prawdę. Urzekał mnie patetyzm w jego wypowiedziach. Wiedziałam, że Asperger przynosi mu wiele trudności, ale nigdy nie traktowałam go jak chorego. Wielu ludzi mogłoby się od niego uczyć, jak być dobrym człowiekiem.
- Zaopiekuję się tobą. Piotr by sobie tego życzył - powiedział pewnego razu.
Śpiączka Piotra dosłownie mnie rozłożyła. Olek podszedł do wszystkiego na chłodno i wieloma rozmowami gasił mój ogień wywołany głównie poczuciem winy. W żartach, których on nie rozumiał, śmiałam się, że przybył z innej planety, żeby mnie uratować. Odpowiadał wtedy poważnie:
- Kosmos jest niezbadany. Jeżeli rozwój techniki utrzyma się w takim tempie, może za parę lat dowiemy się, czy twoje podejrzenia były słuszne.
Nasza przyjaźń kwitła od trzech lat. Zdążyłam się przyzwyczaić do jego różnych dziwactw, a jego dobroć zaskakiwała mnie do dziś.
- Czy o to pani chodziło? - pyta Julita i podaje mi lusterko.
Mój wzrok szybko ucieka do Olka, który w napięciu czeka na reakcję. Mówię bezdźwięczne "dziękuje", na co jego ramiona od razu opadają i się rozluźniają.
- Jesteś artystką - zwracam się do dziewczyny. - Nie pozwól, by kiedykolwiek wmówiono ci inaczej.
- Zjadłaś dwa pierogi więcej niż w tamtym roku. To progres.
- Liczyłeś?
- Nie musiałem. Wiesz, że mój mózg sam koduje takie informacje.
Siedzimy z Olkiem na patio, na dachu wieżowca. Moi rodzice mieli gest, umieszczając biuro na ostatnim piętrze warszawskiego drapacza chmur. Odkąd pamiętam, byli rozrzutni. Na stare lata przyszło im szastać forsą w Kansas.
O tej porze roku patio przeobraża się w ogród zimowy. W środku jest ciepło i wygodnie. Są miękkie fotele, kwiaty, żółte lampki i jazz płynący z głośnika - idealna miejscówka na popijanie wina i rozkminianie życia, czym właśnie zajmujemy się z Olkiem.
- Przez chwilę zastanawiałam się, czy nie przenieść firmy w jakieś przyziemniejsze miejsce, ale... - urywam, zachwycona tym, co widzę.
- Uwielbiasz ten widok? - Olek szybko mnie rozgryza. - Rozumiem. Mnie też on sprawia radość.
- Przyznaj, że magia dzieje się dopiero po zmroku. Miasto jest wtedy spokojniejsze.
Wpatruję się w zasypiającą Warszawę, czując, że oddycha mi się o wiele lżej. Jakbym przez chwilę była blisko miejsca moich marzeń. Zaraz jednak pojawia się nieprzyjemna myśl - dokąd zawędrowało moje życie, a gdzie tak naprawdę chciałabym być. W całym ciele czuję ten rozdźwięk.
- Zdradzić ci moją tajemnicę? - pytam pod wpływem chwili.
- Oczywiście, Rosie. Jesteśmy przyjaciółmi.
- Nie lubię miasta.
Olek od razu miażdży mnie poważnym spojrzeniem.
- To dlaczego tu jesteś?
No właśnie. Dlaczego?
- Chciałabym pochodzić z tej samej planety co ty, gdzie wszystko jest czarne albo białe.
- Nie rozumiem, Rose.
- Wiem, ale nie przejmuj się. Ja też nie rozumiem.
Nie mam pojęcia, jak się tu znalazłam. Sama.
- Życie wymknęło mi się spod kontroli - przyznaję.
Siedzimy w ciszy. Ja staram się skupić na widoku miasta i czerpać czystą radość z tej chwili, a Olek zapewne trawi jeszcze moje poprzednie słowa.
- Rose, muszę ci powiedzieć - odzywa się w końcu. - Źle postępujesz. - Jest bystry, wiedziałam, że do tego dojdzie. - Dwanaście dni temu słuchałem reportażu o celu naszego życia na ziemi. Podobno jesteśmy tu po to, żeby odczuwać szczęście. Twoje szanse na osiągnięcie tego stanu są minimalne, skoro żyjesz w miejscu, którego nie lubisz.
Patrzę w brązowe oczy przyjaciela i żałuję, że mój mózg nie pracuje tak jak jego. Wszystko, co mówi, jest tak logiczne, ale i trudne zarazem. Czuję się, jakbym przegrała w walce o najważniejszą nagrodę w życiu. Nie lubię tego miasta, swojej pracy, wyszłam za mąż z przypadku, nie mam hobby, przyjaciółki, niczego, co mogłoby rozświetlać mi dzień. Moje życie jest pomyłką. Kolejny raz podsumowuję rok właśnie tą myślą.
- Za złe decyzje. - Podnoszę lampkę i spijam z niej słodko-gorzki trunek. Do dna, by jak najszybciej zapomnieć.
- Według tego reportażu złe decyzje nie istnieją. To...
- Stop!
Olek wpatruje się w moją uniesioną rękę i pewnie zastanawia się nad tą dziwną reakcją. Wygląda na skonfundowanego.
- Czy możesz mi opowiedzieć o tym jutro? - pytam łagodnie. Zdarza mi się zapomnieć, jak łatwo gubi się w świecie emocji. - Jestem zmęczona i jeśli pozwolisz, to położę teraz ciężką głowę na twoim ramieniu i posiedzimy sobie w ciszy.
- Dobrze. Ale zanim oddamy się ciszy, chciałbym zrobić jeszcze jedną rzecz.
- W porządku. - Uśmiecham się, słysząc patetyczny ton, który nijak ma się do jego kreskówkowego głosu.
- Mam dla ciebie prezent.
Nagle na moich kolanach pojawia się czerwone pudełko. Już nie jest mi tak do śmiechu. Patrzę to na nie, to na Olka i nie wiem, jak zareagować. Może chociaż powinnam udać, że się cieszę, ale siedzi obok mnie mężczyzna, który zawsze jest ze mną szczery. Mam ochotę odwdzięczyć mu się tym samym.
- Wiesz, że...
- Wiem, że w grudniu nie umiesz się cieszyć, bo to twój pechowy miesiąc - wyprzedza moje marne tłumaczenia. - Wtedy zawsze rzucał cię mężczyzna i wtedy zasnął Piotr. Tym bardziej powinnaś otworzyć to pudełko.
To, co mówi, sprawia, że jeszcze bardziej mam ochotę schować prezent do torebki i zapomnieć o nim na zawsze. Jednak wrażliwość Olka i moja sympatia do niego nie pozwalają mi na takie zachowanie. Nie ociągam się dłużej i z wielkimi obawami zaglądam do środka.
Oddech więźnie mi w gardle na widok znajomego aparatu. Od razu przypominam sobie naszą przezabawną rozmowę parę dni temu, kiedy Olek zapytał, czy nie będę zła, jeżeli na chwilę weźmie jedną rzecz z mojego mieszkania. Poprosił, żebym o nic nie pytała, bo nie będzie umiał skłamać, a chce zrobić mi niespodziankę.
Nie rozumiem, po co mi go teraz dał. Domyślam się, że odpowiedź będzie w białej kopercie.
- Otwórz. - Kładzie rękę na moim ramieniu, żeby dodać mi otuchy.
Takie gesty nie przychodziły mu łatwo. Dotyk jest u niego reakcją wyuczoną a nie odruchową. Wiedziałam, że to, co skrywa się w białej kopercie, wiele dla niego znaczy. Niezbyt zgrabnymi ruchami próbuję dostać się do środka. Rozrywam kopertę i... wybucham głośnym śmiechem, tak bardzo niedorzeczne jest to, co trzymam w dłoniach.
- Olek... Oszalałeś?
- Nie rozumiem. Co masz na myśli?
Wzdycham. Nie wiem, jak mam przemówić mu do rozumu.
- Nie podoba ci się?
- Nie o to chodzi. To za dużo i... nie mogę.
- Co za dużo? Rose, proszę, mów jaśniej.
Wstaję, żeby rozruszać otępiałe od wina ciało. Zaczynam chodzić w kółko i myśleć nad słowami, które oddadzą moje uczucia, a przy tym nie urażą go zanadto.
- Kupiłeś mi bilety na koniec świata.
- Nieprawda. Islandię od Polski dzielą tylko cztery tysiące kilometrów.
- Boże, nie wiem, jak mam z tobą rozmawiać. - Łapię się za głowę.
Przyjaźń z nim naprawdę bywa wyzwaniem.
- Usiądź i podaj mi jasne powody, dlaczego mój prezent ci się nie podoba. Po pierwsze? - Wylicza na palcach. - No słucham?
Siadam, tak jak prosił, i przez chwilę zbieram myśli. Jak to ugryźć?
Najprościej, jak tylko można - słyszę w głowie głos Piotra. Musi mieć niezły ubaw, obserwując to z zaświatów.
- Twój prezent bardzo mi się podoba - mówię Olkowi prosto w oczy, tak by zrozumiał każde słowo. - Tylko nie mogę sobie na niego pozwolić.
Olek chwilę myśli, po czym zagina mnie kolejnym pytaniem.
- Dlaczego?
Odpowiedź jest prosta i on też ją zna, ale widocznie musi ją usłyszeć. No to mówię:
- Piotr.
To jedno słowo powinno załatwić wszystko. Przynajmniej łudziłam się, że tak będzie.
- Nie widzę związku ze sprawą. Piotr śpi i jest pod najlepszą opieką. Ja zajmę się firmą, a ty wyjedziesz na siedem dni do Islandii. Podobno to najlepszy kraj dla fotografów. I odpoczniesz od miasta. Czy nie o tym marzyłaś?
Olek za jednym zamachem pozbawia mnie jakichkolwiek kontrargumentów. Z wyjątkiem jednego.
- A co, jeżeli Piotr się obudzi?