Otwarte wody - Caleb Azumah Nelson

Kup ebooka

34.90 zł
27.72 zł (27,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Tam­tej nocy, kiedy się po­zna­li­ście, choć oboje ba­ga­te­li­zu­je­cie to pierw­sze spo­tka­nie jako zbyt prze­lotne, od­cią­gasz na bok swo­jego kum­pla Sa­mu­ela. Piw­nica pubu w po­łu­dniowo-wschod­nim Lon­dy­nie jest pełna lu­dzi. Trwa im­preza uro­dzi­nowa. Więk­szość osób pije lub tań­czy, jak kto woli.

- Co tam?

- Nor­mal­nie nie pro­szę o ta­kie rze­czy.

- To zna­czy, że już kie­dyś pro­si­łeś.

- Nie, przy­się­gam. Jak bab­cię ko­cham - mó­wisz. - Ale czy mógł­byś przed­sta­wić mnie swo­jej zna­jo­mej?

Chciał­byś po­wie­dzieć, że w tej chwili star­szy dżen­tel­men pusz­cza­jący płyty wy­ci­szył Move On Up Cur­tisa May­fielda i za­grał inny, rów­nie szybki ka­wa­łek. Że le­ciało Fi­ght the Po­wer Is­ley Bro­thers, kiedy wy­po­wia­da­łeś to pra­gnie­nie, któ­rego do końca nie ro­zu­mia­łeś, ale czu­łeś, że mu­sisz za nim pójść. Chciał­byś po­wie­dzieć, że cały par­kiet za tobą fa­lo­wał, a mło­dzi bu­jali się, jakby to były lata osiem­dzie­siąte, kiedy taka za­bawa sta­no­wiła jedną z nie­wielu do­stęp­nych form wol­no­ści. W końcu to twoje wspo­mnie­nie, więc mógł­byś so­bie po­zwo­lić na pewną swo­bodę. Ale obie­ca­łeś, że bę­dziesz szczery. W rze­czy­wi­sto­ści czu­łeś się tak sko­ło­wany obec­no­ścią tej ko­biety, że naj­pierw wy­cią­gną­łeś rękę, chcąc uści­snąć jej dłoń, po czym na­gle za­ma­cha­łeś nie­zdar­nie ra­mio­nami, roz­kła­da­jąc je sze­roko, żeby ją ob­jąć.

- Cześć - mó­wisz.

- Cześć.

Uśmie­cha się lekko. Nie wiesz, co po­wie­dzieć. Chcesz wy­peł­nić czymś ci­szę, ale nic nie przy­cho­dzi ci do głowy. Sto­icie, przy­glą­da­jąc się so­bie w mil­cze­niu, które wcale nie wy­daje się krę­pu­jące. Przy­pusz­czasz, że oboje ma­cie taki sam za­cie­ka­wiony wy­raz twa­rzy.

- Oboje je­ste­ście ar­ty­stami - wtrąca uczyn­nie Sa­muel. - Jest bar­dzo uta­len­to­waną tan­cerką.

Ko­bieta kręci głową.

- A ty? - pyta. - Ty czym się zaj­mu­jesz?

- Jest fo­to­gra­fem.

- Fo­to­gra­fem? - po­wta­rza ona.

- Cza­sami ro­bię zdję­cia.

- Brzmi, jak­byś rze­czy­wi­ście był fo­to­gra­fem.

- Od czasu do czasu.

- Jaki wsty­dliwy.

Ra­czej nie­śmiały, my­ślisz. Prze­ska­ku­jesz przez tę roz­mowę i wi­dzisz, jak ci się przy­gląda. Na twarz ko­biety pada czer­wone świa­tło i w jej szcze­rych ry­sach do­strze­gasz coś jakby mgnie­nie życz­li­wo­ści, jej oczy ob­ser­wują mowę two­ich dłoni. To do­brze ci znany ję­zyk, z po­łu­dnio­wej czę­ści mia­sta. Z tych oko­lic, które był­byś bar­dziej skłonny na­zy­wać do­mem. Dzięki temu pewne rze­czy są dla was obojga od razu zro­zu­miałe, nic nie mu­si­cie mó­wić.

- Chce­cie się cze­goś na­pić? Przy­nieść wam drinka?

Od­wra­casz się i po raz pierw­szy od po­czątku tej roz­mowy za­uwa­żasz Sa­mu­ela. Jest wy­co­fany, lekko przy­gar­biony; uśmie­cha się, ale jego po­stawa zdra­dza, że czuje się od­su­nięty na bok. Ogar­niają cię wy­rzuty su­mie­nia, więc pró­bu­jesz ja­koś go za­gad­nąć.

- To jak, chce­cie się cze­goś na­pić?

Twarz ko­biety roz­ja­śnia się szcze­rym roz­ba­wie­niem, a wtedy ktoś ła­pie cię za ło­kieć i cią­gnie za sobą. Je­steś po­trzebny. Na par­kie­cie tro­chę się prze­rze­dziło i za­pada ci­sza wy­peł­niona ocze­ki­wa­niem na to, co do­piero na­dej­dzie. Po­tem jest tort, brawa i mało har­mo­nij­nie od­śpie­wane Sto lat. Prze­su­wasz wi­szący na ra­mie­niu apa­rat, kie­ru­jesz obiek­tyw na so­le­ni­zantkę, Ninę, gdy wy­po­wiada w my­ślach ży­cze­nie, sa­motna świeczka na jej tor­cie wy­gląda jak drob­niut­kie słońce. W końcu tłum roz­pra­sza się po sali, cią­gnąc cię w różne strony. Je­steś tu je­dy­nym fo­to­gra­fem, więc masz obo­wią­zek wszystko do­ku­men­to­wać.

Znów gra mu­zyka. Lu­dzie stoją w ma­łych grup­kach i prze­ry­wają roz­mowy, gdy apa­ra­tem wy­ła­wiasz z mroku ich przy­ja­zne twa­rze. Star­szy dżen­tel­men od płyt nie zwal­nia tempa. Co­uld He­aven Ever Be Like This Idrisa Mu­ham­mada jest w sam raz.

Wy­ła­nia­jąc się z tłumu, sta­jesz przy ba­rze i wy­cią­gasz szyję w róż­nych kie­run­kach. I kiedy po­now­nie roz­glą­dasz się za tą ko­bietą, tam­tej nocy, gdy się po­zna­li­ście, choć oboje ba­ga­te­li­zu­je­cie to pierw­sze spo­tka­nie jako zbyt prze­lotne, oka­zuje się, że ni­g­dzie jej nie ma.

2

Jest aku­rat zima. Co prawda dość cie­pła - tam­tej nocy, kiedy ją po­zna­łeś, błęd­nie oce­ni­łeś od­le­głość ze sta­cji me­tra do pubu i po pół go­dzi­nie mar­szu w sa­mej ko­szuli, już na miej­scu, od­kry­łeś, że masz pot na czole - ale jed­nak zima. Zła pora, żeby się w kimś za­ko­chać. Spo­tka­nia w let­nie wie­czory pod­sy­cają to, co ina­czej by zbla­kło. Mo­żesz wyjść z tą osobą na spa­cer i wy­rwać się na chwilę z dusz­nej klitki, w któ­rej miesz­kasz. Mo­żesz po­czę­sto­wać się od niej pa­pie­ro­sem. Mru­żysz wtedy oczy, bo ni­ko­tyna drażni twój mózg, i wy­dmu­chu­jesz dym w nie­ru­chome, upalne po­wie­trze lon­dyń­skiego wie­czoru. Mo­żesz spoj­rzeć w niebo i stwier­dzić, że w ostat­nich mie­sią­cach jego błę­kit nie­spe­cjal­nie się po­głę­bił. A zimą za­do­wa­lasz się wy­sko­cze­niem na szybką fajkę i za­raz wra­casz do domu.

Wspo­mi­nasz o tam­tej ko­bie­cie młod­szemu bratu, który był na tej sa­mej im­pre­zie, od­twa­rzasz jej ob­raz z tego, co za­pa­mię­ta­łeś, zu­peł­nie jak­byś z mu­zycz­nych sam­pli skła­dał nowy ka­wa­łek.

- Moż­liwe, że­bym jej nie wi­dział?

- Była wy­soka. Dość wy­soka.

- Okej.

- Ubrana cała na czarno. Be­ret, włosy za­ple­cione w war­ko­czyki. Wy­glą­dała su­per.

- W ogóle nie ko­ja­rzę.

- Bar wy­gląda tak. - Ukła­dasz ręce w kształt li­tery "L". - Ja stoję tu­taj. - Wska­zu­jesz na zgię­cie "elki".

- Chwila.

- No i? - py­tasz znie­cier­pli­wiony.

- Czy to w czymś po­może, je­żeli ci po­wiem, że by­łem kom­plet­nie na­pruty i nic a nic nie pa­mię­tam?

- Je­steś bez­na­dziejny.

- Nie, tylko na­wa­lony. I to kon­kret­nie. No więc co da­lej?

- W sen­sie?

Sie­dzi­cie w po­koju, trzy­ma­jąc w dło­niach kubki z her­batą. Igła ad­ap­teru ci­cho trzesz­czy na wi­nylu płyty gra­mo­fo­no­wej, roz­lega się pul­su­jący, kon­tem­pla­cyjny rytm: bum, bum, bum.

- A więc spo­tka­łeś mi­łość swo­jego ży­cia...

- Tego nie po­wie­dzia­łem.

- "By­łem na im­pre­zie i na­gle po­czu­łem czy­jąś obec­ność, od­wró­ci­łem się i oto stała przede mną dziew­czyna, nie, ko­bieta, a na jej wi­dok po pro­stu za­parło mi dech w piersi".

- Spa­daj - mó­wisz, zwa­la­jąc się na ka­napę.

- A je­śli już jej nie spo­tkasz?

- Wtedy złożę śluby czy­sto­ści i resztę tego i ko­lej­nego ży­cia spę­dzę sa­mot­nie w gó­rach.

- Brzmi dość dra­ma­tycz­nie.

- A ty co byś zro­bił?

Wzru­sza ra­mio­nami, pod­nosi się, żeby prze­ło­żyć płytę na drugą stronę. Gło­śniej­szy chro­bot, jakby ktoś po­dra­pał pa­znok­ciem po skó­rze.

- To nie wszystko - od­zy­wasz się.

- To zna­czy?

Wbi­jasz wzrok w su­fit.

- Ona spo­tyka się z Sa­mu­elem. To on nas ze sobą po­znał.

- Że jak?

- Do­wie­dzia­łem się póź­niej. Ale chyba od nie­dawna są ra­zem.

- Je­steś pe­wien?

- Tak mi się wy­daje. Wi­dzia­łem, jak ca­ło­wali się w ką­cie.

Fred­die śmieje się i pod­nosi ręce.

- Nie osą­dzam cię, stary. Za­wsze można się po­my­lić. Ale chyba bę­dziesz mu­siał... - Robi z pal­ców no­życzki i wy­ko­nuje gest cię­cia.

Co zro­bić z po­żą­da­niem? Idąc za nim, sie­jesz ziarno i wiesz, że w końcu ja­kimś cu­dem coś z niego wy­ro­śnie. Pod­da­jesz się cze­muś, co wy­myka się ro­zu­mie­niu.

Ale na­wet je­śli z tego ziarna coś wy­ro­śnie i bę­dzie żyło, od­dy­chało, kwi­tło, nie ma gwa­ran­cji od­wza­jem­nie­nia. Ani ko­lej­nego spo­tka­nia. Dla­tego je­steś zwo­len­ni­kiem let­nich flir­tów. Bo na­wet je­śli roz­sta­nie­cie się w ja­kąś długą noc, na­wet je­śli wa­sze drogi się ro­zejdą albo za­śnie­cie sa­mot­nie, tylko ze wspo­mnie­niem nie­daw­nej in­tym­no­ści, w końcu przez szcze­linę mię­dzy za­sło­nami wpeł­znie pro­mień let­niego słońca. Ju­tro znów bę­dzie długi dzień, a po nim rów­nie długa noc. Ko­lejna duszna klitka albo grill z odro­biną je­dze­nia i mnó­stwem pi­cia. Ko­lejna nie­zna­joma bę­dzie uśmie­chać się do cie­bie w ciem­no­ści albo przy­glą­dać ci się z dru­giego końca ogródka. Do­tknie two­jego ra­mie­nia, gdy oby­dwoje bę­dzie­cie się gło­śno śmiać z ja­kie­goś pi­jac­kiego ka­wału. Po­tem wpad­nie­cie zdy­szani przez drzwi, ob­ła­pia­jąc się na­wza­jem albo pró­bu­jąc po ci­chu na­mie­rzyć ła­zienkę w ob­cym domu. A zimą rzadko wy­cho­dzisz na ze­wnątrz.

Poza tym, żeby upo­rać się z po­żą­da­niem, cza­sem le­piej zro­bić mu prze­strzeń. Po­czuć je, dać się za­sko­czyć i ulec mu, aż za­boli. Bo czy jest coś lep­szego od prze­ko­na­nia, że zna­jo­mość z kimś zmie­rza w stronę mi­ło­ści?

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

PRO­LOG

U bar­bera było dziw­nie ci­cho. Brzę­czały tylko głu­cho ma­szynki su­nące po mięk­kiej skó­rze na gło­wach klien­tów. W pew­nym mo­men­cie bar­ber, który ją strzygł, przy­ła­pał cię na tym, że przy­glą­dasz się jej od­bi­ciu w lu­strze, i w jej oczach też coś do­strzegł. Prze­rwał i od­wró­cił się do cie­bie, a kiedy mó­wił, jego dredy przy­po­mi­na­jące grube, piękne ko­rze­nie pod­ska­ki­wały z oży­wie­niem:

- Coś jest mię­dzy wami. Nie wiem, co do­kład­nie, ale coś jest na rze­czy. Nie­któ­rzy na­zy­wają to związ­kiem, nie­któ­rzy przy­jaź­nią, inni mi­ło­ścią, ale mię­dzy wami zde­cy­do­wa­nie coś jest na rze­czy.

Po­pa­trzy­li­ście wtedy po so­bie tym sa­mym za­sko­czo­nym spoj­rze­niem, które wy­mie­nia­li­ście czę­ściej lub rza­dziej, od­kąd się po­zna­li­ście. Jak splą­tane ka­ble słu­cha­wek. Szczę­śliwy traf. Cu­downy splot oko­licz­no­ści.

Jej spoj­rze­nie umyka ci na chwilę i za­czy­nasz szyb­ciej od­dy­chać, jak wów­czas, gdy roz­ma­wiasz z kimś bli­skim przez te­le­fon i po­łą­cze­nie na­gle zo­staje prze­rwane. Nie­długo prze­ko­nasz się, że mi­łość wy­wo­łuje w to­bie nie­po­kój, a jed­no­cze­śnie czyni cię pięk­nym. Od mi­ło­ści sta­jesz się czarny, zu­peł­nie jak­byś to w obec­no­ści tej dziew­czyny był naj­bar­dziej ko­lo­rowy. To nie po­wód do zmar­twień; na­leży się ra­do­wać! Mo­że­cie wtedy być sobą.

Póź­niej, idąc z nią ciem­nymi ulicz­kami, tro­chę się spe­szy­łeś. Po­wie­dzia­łeś jej, żeby na cie­bie nie pa­trzyła, bo kiedy wa­sze spoj­rze­nia się spo­ty­kają, mu­sisz być wo­bec niej szczery. Pa­mię­tasz słowa Bal­dwina? "Pra­gnę być uczci­wym czło­wie­kiem i do­brym pi­sa­rzem". Hmm. Uczciwy czło­wiek. Prze­cież je­steś uczciwy, tu i te­raz.

Przy­sze­dłeś tu, żeby mó­wić o tym, jak to jest ko­chać naj­lep­szą przy­ja­ciółkę. Za­py­taj: skoro we flek­sie cho­dzi o to, żeby po­wie­dzieć jak naj­wię­cej przy uży­ciu jak naj­mniej­szej liczby słów, to czy ist­nieje lep­szy flex niż mi­łość? Nie ma gdzie się scho­wać ani do­kąd pójść. Tylko spoj­rze­nie.

Spoj­rze­nie w ogóle nie wy­maga słów; to szczere spo­tka­nie.

Przy­sze­dłeś tu, żeby mó­wić o wsty­dzie i jego związku z po­żą­da­niem. Nie masz czego się wsty­dzić, otwar­cie wy­zna­jąc: "Chcę tego". Nie po­wi­nie­neś się wsty­dzić, że nie wiesz, czego chcesz.

Przy­sze­dłeś tu, żeby ją za­py­tać, czy pa­mięta tam­ten po­spieszny po­ca­łu­nek. Po ciemku, za­mo­tani w jej po­ścieli. Żad­nych słów. Szczere spo­tka­nie. Nie wi­dzia­łeś nic poza do­brze ci zna­nym kształ­tem jej ciała. Słu­cha­łeś, jak ła­god­nie, mia­rowo od­dy­cha, i zro­zu­mia­łeś, czego chcesz.

Dziwna rzecz, po­żą­dać naj­lep­szej przy­ja­ciółki. Dwie pary rąk za­pusz­cza­jące się za da­leko, pro­szące bar­dziej o wy­ba­cze­nie niż zgodę: "Tak jest okej?" na­stę­pu­jące uła­mek se­kundy po tym, jak prze­su­ną­łeś dłoń.

Cza­sami pła­czesz po kry­jomu.