Otok - Michalina Remisz

Reflow text when sidebars are open.
Artykuł z polskiego portalu informacyjnego "Wiadomości 24":
"Raj czy piekło? - seria tajemniczych zaginięć na popularnej chorwackiej wyspie"
Ciąg tajemniczych zaginięć na malowniczej wyspie Čiovo w Chorwacji, niepokoi lokalną społeczność oraz turystów. Ostatnim zarejestrowanym przypadkiem jest zniknięcie Ilony Brzezińskiej - Polki, która przyjechała na wyspę na wymarzone wakacje. Minął już miesiąc od jej zaginięcia, a wiadomo jest, że wybierała się na wakacje do miejscowości Slatine na wyspie Čiovo.
To zaginięcie nie jest odosobnione. Miesiąc wcześniej podobny los spotkał popularną czeską top modelkę, a wiosną zeszłego roku zaginęła 38-letnia Chorwatka, mieszkanka Trogiru. Wszystkie te kobiety były ostatni raz widziane w tym samym rejonie wyspy.
Podczas poszukiwań Chorwatki, zginęła także prowadząca śledztwo policjantka, której ciało znaleziono na plaży. Oficjalnie podano, że do-szło do nieszczęśliwego wypadku - utonięcia. Jednak okoliczności jej śmierci budzą liczne wątpliwości, a niektórzy twierdzą, że wypadek mógł nie być przypadkiem.
Władze przeprowadziły rozległe poszukiwania, jednak żadne z dzia-łań nie doprowadziło do rozwiązania tych zagadek. Rodziny zaginionych domagają się intensyfikacji działań, a strach przed kolejnymi zniknięciami narasta.
"Musimy działać szybko i skutecznie, aby przywrócić poczucie bez-pieczeństwa na wyspie", powiedział komendant policji przynależącego do wyspy miasta Trogir.
Turystom i mieszkańcom zaleca się zachowanie szczególnej ostroż-ności, zwłaszcza w mniej uczęszczanych miejscach.
Artur Kurkowski, przeglądając poranne wiadomości na swoim lapto-pie, natrafił na ten niepokojący artykuł. Przeczytał go dwa razy, za drugim razem głośno, starając się zrozumieć każdy szczegół. Spojrzał przez okno na rozwijający się dzień, a potem na Klarę, która przygoto-wywała śniadanie w kuchni.
- No, i to jest idealne miejsce na nasze wakacje, kochana! - rzucił z lekkim uśmiechem, obserwując jej reakcję.
Klara podniosła wzrok na swojego partnera.
- Idealne? Tak mógł powiedzieć tylko szurnięty detektyw Kurkow-ski... Poza tym nie wiem, czy jestem gotowa na urlop...
Artur obrócił się w stronę Klary, patrząc na nią z troską przebijającą przez jego zwykle rozbawione oczy.
- Welma, minął już ponad rok od śmierci Marceliny - zaczął, starając się brzmieć łagodnie. - Wiem przecież, przez co wszyscy przechodzimy, ale nie możemy pozwolić...
- Klara - przerwała mu, piorunując go wzrokiem. - Mam na imię Klara. Nikt poza Marceliną nie mówił do mnie Welma i niech tak zostanie.
- Klara... Po prostu musisz na nowo zacząć żyć. Jego słowa zabrzmiały dla Klary trywialnie, podobne teksty czytała w podsuwa-nych jej przez Artura pseudokołczingowych książkach, które miały ją zmotywować i pomóc w poradzeniu sobie z osobistą tragedią, która dotknęła ich zeszłej wiosny. Terapeuta też jej to powtarzał. Westchnęła, ocierając dłonią twarz, jakby próbowała zetrzeć z niej swoje wątpliwo-ści.
- Wiem, że masz rację, Artur, ale czy to odpowiednia pora na taką przygodę? Pchać się w miejsce, gdzie giną ludzie? Czy to nie może być jakaś typowa Teneryfa, Ibiza, czy inna Majorka? - spytała, ale chyba tylko po to, by nie wyszło, że poddaje się bez walki, bez jakiejkolwiek próby negocjacji. Jednak w jej głosie brzmiała nuta rezygnacji, jakby już wiedziała, że nie jest w stanie zmienić zdania pana detektywa.
- Pora już, więc z nami chodź, odwiedzimy odległy ląd! - Artur beztrosko zaczął śpiewać intro z popularnej kreskówki, po czym z entuzjazmem ponownie otworzył laptopa i zaczął przeglądać oferty zakwaterowania na chorwackiej wyspie Čiovo.
Klara coraz częściej patrzyła na Kurkowskiego z lekkim dystansem. Jego żartobliwe uwagi i próby rozweselenia, choć pełne dobrych inten-cji, momentami wydawały jej się dziecinne. Nie skomentowała jednak daremnej próby rozbawienia jej kolejną piosenką - wiedziała, że w ten sposób stara się pomóc, chociaż nie potrafił wczuć się w jej ból. Nie rozumiał, jak głęboko śmierć Marceliny na nią wpłynęła.
Przecież ledwo zdążył ją poznać, podczas gdy Klara zżyła się z nią jak z siostrą. Doceniała jednak, że starał się ją wspierać. Widziała, jak Kurkowski czasem szukał słów, chcąc podnieść ją na duchu, i choć nie trafiał w sedno, jego obecność i starania dodawały jej otuchy.
Czasem nawet jego niezgrabne próby pocieszenia wywoływały w niej cichy, smutny uśmiech - w końcu wiedziała, że robił, co mógł, nawet jeśli nie mógł tego zrozumieć.
Palce Artura szybko przeskakiwały po klawiaturze, gdy przeszu-kiwał stronę z noclegami. Wreszcie jego wzrok zatrzymał się dłużej na jednej z ofert.
- Zobacz to! To idealne miejsce, aby odpocząć i oderwać się od tego wszystkiego.
Oferta, którą znalazł, przedstawiała willę z basenem i jacuzzi, poło-żoną w pierwszej linii brzegowej. Na zdjęciach dom wyglądał jak z bajki: biała elewacja odbijała światło słoneczne, a z tarasu rozciągał się niezaburzony niczym, widok na Adriatyk.
Klara podeszła do niego i zajrzała przez ramię na ekran laptopa. Przez chwilę w milczeniu przeglądała zdjęcia domu, które pokazy-wał jej Kurkowski.
- Muszę przyznać, że wygląda niesamowicie. Wiesz, ja jeszcze nie byłam na takich wakacjach. Ustka z rodzicami to do tej pory szczyt moich wakacyjnych wojaży - dodała po chwili, wciąż nie mogąc oderwać wzroku od zdjęć. Próbowała wykrzesać z siebie maksimum entuzjazmu. Wiedziała, jak Artur bardzo się starał, by poprawić jej samopoczucie. - Wyobrażasz sobie pić rano kawę na tym tarasie? Albo wieczór w jacuzzi, z kieliszkiem dobrego, lokalnego wina?
Artur uśmiechnął się, widząc w jej oczach iskrę ekscytacji. W każdym razie bardzo chciał tę iskrę zobaczyć. Wiedział, że miejsce idealnie wpasowuje się w ich potrzeby - luksus i odosobnienie, coś, co pozwoliłoby im na chwilę zapomnienia o codziennych troskach. No i oczywiście tajemnica, którą mógłby próbować rozwikłać, będąc w epicentrum tych wydarzeń. Nie bez powodu willa, którą wybrał, znajdowała się w miejscowości Slatine.
- No więc, co ty na to? - zapytał, choć po jej reakcji już domyślał się, że to ją przekonało.
- Tak, zróbmy to! Pojedźmy wszyscy! - Klara zaklaskała w dłonie z szerokim uśmiechem na twarzy. - Może rzeczywiście taki reset nam się przyda.
- Świetnie! - ucieszył się detektyw i już kilka minut później oznaj-mił swojej dziewczynie: - Pakuj się, Klara. W przyszłym tygodniu wyjeżdżamy.
Wysiadając z samolotu na lotnisku "Split", w samym sercu Dalmacji, zastanawiałam się, dlaczego inni pasażerowie wahają się przed wyj-ściem na zewnątrz.
Miałam wykupione miejsce przy oknie, ale w praktyce okazało się, że w tym miejscu w samolocie okna w ogóle nie było. Cały lot, choć trwał tylko dwie godziny, byłam zmuszona wpatrywać się w szarą plastikową powierzchnię, słuchając audiobooka jakiejś przemądrzałej panny, w którym recytowała teorię na temat toksycznych związków, manipulacji, i tego, jak wyjść z relacji z kimś, kto traktuje cię bardziej jak emocjonalną trampolinę niż partnerkę. Moje myśli, chcąc nie chcąc, zaczęły błądzić. Wyglądało na to, że opisuje dokładnie to, w czym obecnie tkwiłam.
Samolot wylądował z lekkim podskokiem, a ja, zrezygnowana, wpa-trywałam się w ciasną przestrzeń przed sobą. Stewardessy rozpoczęły swoją rutynową procedurę powitalną, którą słyszałam, ale zupełnie nie słuchałam. Kiedy wreszcie mogliśmy się podnieść z miejsc, wokół mnie rozległ się chrzęst pasów bezpieczeństwa i szum otwieranych schowków na bagaże podręczne. Nie wstałam od razu. Czekałam, aż ci wszyscy nadgorliwi ludzie z tyłu zaczną pchać się i napierać na siebie nawzajem, jakby ta minuta dłużej na siedzeniu miała ich zbawić. W końcu powoli zaczęłam przesuwać się w stronę wyjścia, przeciskając się przez wąskie przejście.
Gdy tylko postawiłam stopę na schody samolotu, zrozumiałam przy-czynę dezorientacji moich współpasażerów.
Słońce próbowało jeszcze przebić się przez gęste chmury, ale deszczowa ściana dominowała nad wszystkim, tworząc zjawisko, którego nie spodziewałam się w Chorwacji. Mimo wszechobecnego mokrego chaosu powietrze było niewiarygodnie gorące, ziemia parowała, przyjmując każdą kroplę z nieoczekiwaną żądzą.
Chorwacja w mojej wyobraźni była zawsze miejscem wiecznego słońca, a przywitało mnie oberwanie chmury, jakby ta piękna kraina chciała przetestować moją nadwyrężoną do granic możliwości cierpliwość.
Czekałam na wyjazd od miesięcy, wyobrażając sobie słońce oblewa-jące moją skórę złotym blaskiem, tymczasem przywitał mnie deszcz. Ulewny, gwałtowny, z grzmotami rozdzierającymi niebo na pół, niczym zły znak na początek moich wakacji. Całe otoczenie wydawało się nierealne, jakbyśmy znaleźli się w środku jakiegoś tropikalnego lasu, a nie na europejskim lotnisku.
Przebiegłam przez płytę lotniska, ledwie dostrzegając przed sobą zarysy innych podróżnych, którzy też biegli po omacku, szukając schronienia. Woda w mgnieniu oka przemoczyła mnie do suchej nitki, sklejając ubranie z moim ciałem, a włosy przylepiały się do twarzy i karku. Ulewa była tak intensywna, że każda sekunda na zewnątrz sprawiała, że czułam się, jakby ktoś wylał na mnie wiadro wody.
Gdy wreszcie znalazłam schronienie w hali, przemoczona do szpiku kości, dosłownie oklapłam na pierwszym lepszym krześle nieopodal taśmy bagażowej, czując, jak na moich policzkach krople deszczu mieszają się ze łzami frustracji. Zmęczenie podróżą i nagromadzone emocje związane z ostatnimi wydarzeniami w moim życiu osobi-stym, zebrały swoje żniwo. To miał być początek moich wymarzonych wakacji, a zamiast tego byłam przemoczona, samotna i przygnębiona. Chęć płaczu narastała, choć wiedziałam, że deszcz w pierwszy dzień urlopu to tylko kropla w morzu moich problemów.
Postanowiłam choć trochę zająć się sobą, więc wyjęłam z torebki lusterko i chusteczki. Próbowałam odzyskać odrobinę godności, odklejając mokre pasma włosów z czoła i wycierając rozmazany makijaż. Spojrzenie w lusterko nie było pocieszające - wyglądałam jak ktoś, kto właśnie przeżył katastrofę naturalną, a nie jak kobieta, która miała spędzić cudowny czas, flirtując z przygodą.
Nagle, odbicie w lusterku uchwyciło spojrzenie innej osoby. Odwróciłam się, starając złapać kontakt wzrokowy, ale ułamek sekundy później, mój wzrok zatracił się w tłumie.
Wtedy znienacka przed moimi oczami wyrósł mężczyzna w średnim wieku, którego postura i poczciwe spojrzenie natychmiast wzbudziły moją sympatię i zaufanie. Był dość niski, miał szpakowate, kręcone włosy a na sobie ciemny, nieco przemoczony płaszcz, który wskazywał na jego niedawną przeprawę przez deszczową zasłonę, która wciąż otaczała lotnisko.
- Dobar dan! Czy wszystko w porządku? - zapytał z chorwacko-angielskim, twardym, charakterystycznym dla Słowian akcentem.
- Jutro ma już być ładnie - zagadał, patrząc na strugi cieknące po szybach hali. - Czy potrzebujesz transportu? Jestem taksówkarzem. Jego głos był ciepły, ale jednocześnie zdecydowany, co dodatkowo utwierdziło mnie w przekonaniu, że na co dzień miał do czynienia z wieloma turystami. Odwróciłam głowę, próbując zebrać myśli.
- Tak, dziękuję - odpowiedziałam, starając się ukryć niepewność w głosie. -Potrzebuję transportu na wyspę Čiovo, do wsi... Slanina? Slavina? Sla... - jąkałam się, próbując wygrzebać z mojej wielkiej podręcznej torebki wydrukowaną kartkę ze szczegółami rezerwacji.
- Slatine - odpowiedział taksówkarz z lekkim rozbawieniem.
- Tak! Mam tam zarezerwowany pokój.
W tym momencie mój rozmówca staksował mnie wzrokiem z góry do dołu i zawahał się nieco.
- Slatine... Gdzie dokładnie? - wymówił ponownie nazwę miej-scowości, tym razem jakąś ostrożnością w głosie. - Gdzie dokładnie mam cię tam zawieźć?
- Pensjonat nazywa się "Apartmani Vesna" - odpowiedziałam po chwili, kiedy udało mi się wydobyć wydruk rezerwacji z torebki. Przekazałam mu kartkę, na której widniały wszystkie szczegóły mojego pobytu.
- Ach tak. Dobrze, wiem gdzie to jest... Gdzie twój bagaż? - zapytał, a wzrok skierował na taśmę bagażową, która wciąż była jeszcze pusta. Staliśmy przez dłuższą chwilę, w milczeniu obserwując bagaże, które zaczęły pojawiać się na taśmie. Tłum podróżnych już powoli się rozrzedzał, kiedy wreszcie zobaczyłam moją walizkę. Taksówkarz, który w międzyczasie przedstawił się jako Ivan, żwawo podszedł do niej.
Zręcznie chwycił mój bagaż, lekceważąc moje słabe protesty, że mogę sobie z nim poradzić sama. Jego ruchy były pewne i zdecydo-wane, czym dał mi do zrozumienia, że nie było sensu tracić energii na kurtuazyjne sprzeciwy "silnej i niezależnej" kobiety, na którą starałam się pozować. Prawda była taka, że mentalnie byłam teraz bardzo słabą kobietą.
Czułam się wyczerpana emocjonalnie i fizycznie. Moje myśli wciąż krążyły wokół niedawnych kłótni i niewypowiedzianych słów, które zostawiłam za sobą, przyjeżdżając tutaj sama. Każdy krok, który stawiałam na chorwackiej ziemi, przypominał mi o samotności, której nie planowałam. Ivan swoim spokojem zdawał się kontrastować z moim wewnętrznym chaosem.
Szybkim krokiem ruszyliśmy w stronę wyjścia, co okazało się dla mnie niemałym wyzwaniem. Moje sandały, nieprzystosowane do śliskiej, mokrej posadzki lotniska, sprawiały, że każdy krok był dla mnie walką o utrzymanie równowagi. Ivan zdawał się to zauważyć, ale skupiony na zadaniu, nie zwolnił tempa. Jego postawa, choć wydawała się trochę nieugięta, była w pewien sposób pocieszająca. Przynajmniej jedna osoba wiedziała dokładnie, co robi.
Chwila niepewności, jaką poczułam, mijając tłum ludzi i przemyka-jąc przez pospiesznie otwierane drzwi automatyczne, zniknęła, gdy znaleźliśmy się na zewnątrz. Deszcz ciągle padał, choć już nie tak intensywnie, a powietrze przepełniał zapach wilgotnej ziemi, zmiesza-nym z morskim aromatem unoszącym się w powietrzu. Widocznie morze było bardzo niedaleko. Gdybym była w innym humorze, powie-działabym zapewne na głos, że ten zapach jest piękny. Letni deszcz i zapach powietrza po nim zawsze dobrze mi się kojarzyły. Do niedawna. Teraz wzbudzały co najwyżej ambiwalentne uczucia, jeszcze bardziej przypominając mi, dlaczego przeleciałam do Chorwacji sama.
Dotarliśmy na parking, gdzie czekała jego taksówka. Gdy podcho-dziliśmy do samochodu, Ivan otworzył bagażnik i delikatnie umieścił moją walizkę w środku. Ja natomiast stałam przez chwilę, wsłuchując się w rytmiczny dźwięk kropel deszczu uderzających o karoserię samo-chodu. Wtedy, po raz pierwszy od momentu naszego spotkania, spoj-rzał mi bezpośrednio w oczy, jakby chcąc się upewnić, że wszystko jest w porządku. Jego wzrok, choć pełen troski, nie zdołał całkowicie ukryć cienia smutku. Widocznie, mimo względnie dobrego humoru, też miał z tyłu głowy coś, co go martwiło.
Opuściliśmy lotnisko, mijając rząd wysokich palm ciągnących się wzdłuż drogi. Już po chwili zobaczyłam błękit Adriatyku, migoczący w przedzierającym się przez chmury słońcu. Nie była to jednak otwarta przestrzeń, którą ludzie wyobrażają sobie, myśląc o morzu. Na hory-zoncie wyraźnie wyrastał górzysty teren, pokryty soczystą zielenią lasów, z małymi, w większości białymi domkami rozrzuconymi u jego stóp. Przejechaliśmy przez imponujący, biały most łączący ląd Trogiru z wyspą Čiovo. Ivan, mój gadatliwy taksówkarz, z entuzjazmem na bieżąco opisywał mi widoki za oknem.
Tuż za mostem, na niewielkim wzniesieniu, dumnie stał napis z białych, wielkich liter obwieszczający nazwę wyspy. "OTOK ČIOVO".
Jaki kraj, takie Hollywood - pomyślałam nieco złośliwie. Pomysł był fajny, a napis rzucał się w oczy już z daleka.
- "Otok Čiovo" - czyli wyspa Čiovo - wyjaśnił Ivan, zauważając moje zainteresowanie. Uśmiechnęłam się lekko, nie mogąc się oprzeć myśli, że ten skromny, lokalny "Hollywood" miał w sobie coś urokliwego.
- To tutaj spędzi pani wakacje. Ale do celu mamy jeszcze mniej więcej dwadzieścia, może 30 minut. Čiovo nie jest bardzo dużą wyspą, ale nie jest też mała. Tłumy już teraz parkują, gdzie się da, więc momentami możemy poruszać się wolno. A willa, w której będzie pani spać, znajduje się w specyficznym miejscu na samym końcu wyspy.
Za mostem skręciliśmy w lewo i rozpoczęła się podróż drogą wzdłuż wybrzeża. Po lewej stronie drogi wciąż miałam na oku Adriatyk, który przybierał różne odcienie błękitu i turkusu, oraz malownicze kamieni-ste plaże otoczone skałami, plażowymi barami, budkami z pamiątkami i wielce niezbędnymi dla plażowiczów akcesoriami, takimi jak ręcz-niki, dmuchane jednorożce, czy buty do wody. Po prawej stronie rozciągały się hotele, restauracje i domy, z których większość stanowiły apartamenty na wynajem dla turystów.
Kolorowe okiennice i balkoniki pełne kwiatów dodawały im uroku, a na wielu tarasach można było dostrzec turystów delektujących się widokiem morza.
- Jak tutaj pięknie! - zagaiłam, kiedy Ivan zamilkł na chwilę, po tym jak obtrąbił jakiegoś rozkojarzonego turystę, który prawie wszedł pod koła taksówki.
- W rzeczy samej, draga - odpowiedział Ivan, nie po raz pierwszy zabawnie wplątując chorwackie słowa w swój angielski. - Wiele osób wraca tu co roku. Zresztą, sama pani zobaczy. Plaże są niesamowite, a widoki z klifów zapierają dech w piersiach.
Podróżowaliśmy dalej, mijając małe zatoczki z przycumowanymi łódkami i żaglówkami, a także urokliwe domki, hotele i imponujące wille. Czas zdawał się płynąć coraz wolniej.
W miarę upływu podróży, mój towarzysz stawał się coraz bardziej posępny i milczący. Jego nagła zmiana nastroju wydała mi się dziwna, zwłaszcza na tle wesołego humoru, którym emanował jeszcze kilka minut wcześniej. Zauważyłam, że zaczął unikać kontaktu wzroko-wego, a jego uśmiech zniknął, zastąpiony zamyśloną miną.
Kiedy mijaliśmy budynek, na którego parterze mieściła się "Ljekarna" - domyśliłam się, że to apteka - oraz sklep spożywczy z dużym czerwonym szyldem "Tommy", Ivan odruchowo zerknął w jego stronę. Jego spojrzenie było pełne niepokoju, a po chwili szybko odwrócił głowę, kręcąc nią przy tym, jakby chciał odgonić jakieś nie-chciane myśli.
Atmosfera w samochodzie zrobiła się ciężka. Nie mogąc dłużej znieść tego napięcia, postanowiłam uprzejmie zapytać go, czy coś się stało.
- Czy wszystko w porządku, Ivan? - zapytałam delikatnie, starając się nie brzmieć zbyt nachalnie.
Spojrzał na mnie z lekkim uśmiechem, choć w jego oczach dostrzegłam cień smutku.
- Moja żona tutaj pracowała. W Tommym - odrzekł enigmatycz-nie, a ja pożałowałam na chwilę, że w ogóle zadałam pytanie. Ivan jednak kontynuował, jakby nagle potrzebował się wygadać. - Zniknęła rok temu, u peti mjesec, przepadła. Nie wiadomo co się z nią stało. Pewnego dnia skończyła zmianę w pracy i tu ślad po niej się urywa. Katastrofa.
Poczułam, że muszę okazać współczucie, więc delikatnie dopytałam:
- Czy policja coś ustaliła?
Ivan pokręcił głową, jego twarz wyrażała ból i zagubienie.
- Policja nic nie znalazła. Ništa... nic, żadnego śladu. Wszystko wyglądało normalnie, a ona po prostu zniknęła. Próbowałem sam szukać, rozmawiałem z każdym, kto mógł coś wiedzieć, ale... - urwał na chwilę, szukając odpowiednich słów - ...niko nije znao. Nikt nic nie wiedział - dopowiedział po chwili, zdając się wcześniej nie zauważać, że wypowiada na głos pewne swoje myśli, w języku, którego ja nie rozumiem.
Zamilkł na moment, a ja widziałam, jak zaciska dłonie na kierownicy, chcąc ukryć ich drżenie.
- To był ciężki rok - dodał cicho, spoglądając przed siebie. - Svaki dan, codziennie mam nadzieję, że coś się zmieni, że wróci... Ale nic. To miejsce... ono mnie przytłacza, ale nie mogę stąd odejść. Codziennie mam nadzieję, że wróci, cała i zdrowa. Czasem nie wiem co gorsze. To, że nie wiem, co się stało i to daje mi nadzieję na szczęśliwe zakończenie. Z drugiej strony, jeśli coś się jej stało, to chciałbym to wiedzieć. Móc ją pożegnać, móc pogodzić się z faktami. A tak, nie wiem nic. Teško tako.
Ja mieszkam w Trogirze i staram się nie przyjeżdżać tutaj, na Slatine. Ale muszę cię zawieźć, sigurno.
Poczułam wobec taksówkarza jakieś nieuzasadnione wyrzuty sumie-nia. Niewątpliwie spotkała go ogromna tragedia, bez względu na to, co tak naprawdę stało się z jego żoną. Moje miejsce docelowe było dla niego niefortunne, zgodził się mnie tu zawieźć, pomimo że miał powody, by nienawidzić tej miejscowości.
Szybko jednak przywołałam się do porządku, przypominając sobie, że to przecież on do mnie podszedł i zaproponował swoje usługi. Tak naprawdę nie musiał tu ze mną jechać. Zresztą ktoś z tej willi, w której wynajęłam pokój, napisał do mnie maila, że po przyjeździe mam zadzwonić na podany numer telefonu i wówczas niejaki Mario odbierze mnie z lotniska i zawiezie do celu. Mogłam tak zrobić, ale Ivan zaskoczył mnie, niespodziewanie rozwiązując mój problem z transpor-tem z lotniska, bo szczerze mówiąc, nienawidziłam nigdzie dzwonić.
Droga wiła się między wzgórzami, odsłaniając co chwilę nowe, zapierające dech w piersiach widoki na morze i wyspę. Czułam, jak zmęczenie podróżą zaczynało mnie ogarniać. Głos Ivana stawał się coraz bardziej przytłumiony, a obrazy za oknem coraz bardziej rozmyte.
Zdawało mi się, że zamknęłam oczy tylko na chwilę, ale kiedy je otworzyłam, droga była węższa, szutrowa, otoczona gęstym lasem. Powietrze było tu inne, bardziej świeże i rześkie. Pachniało takim samym nonsensem, jak w piosence Big Day'a, tylko dla mnie ten nonsens miał teraz całkiem inne znaczenie. W tej krótkiej chwili, kiedy straciłam świadomość, majaczył mi się sen, że nie przyjechałam sama. I że to wszystko miało jakieś znaczenie, cel. A prawda była taka, że nie powinno mnie tu teraz być. Że przyjechałam tu na złość całemu światu...
Wszystko mnie tutaj zaskakiwało. Pogoda, taksówki, a teraz dziwne, ręcznie wykonane znaki, zawieszone na drzewach wzdłuż drogi. Były kolorowe, malowane na starych, drewnianych deskach, a niektóre napisy były po angielsku. "Be the change", kawałek dalej "Green vibes only", "Time is relative"...
Za chwilę pojawił się dłuższy napis, namalowany na kilku deskach, tym razem w języku chorwackim.
- Ivan, co to znaczy? - zapytałam, wskazując na znak.
- "Prosimy zostawiajcie na plaży tylko odciski waszych stóp" - przetłumaczył powoli Ivan.
Większość tych haseł wpasowywała się w modny klimat dbania o planetę. Ale im dłużej na nie patrzyłam, tym bardziej miałam wrażenie, że niektóre były czymś więcej niż tylko "eko-świadomymi" hasłami. Pojawiły się kolejne: "Energy is everything", "Everything is connected", "Time bends, minds follow". Zaczęłam się zastanawiać, czy te napisy naprawdę miały tylko ekologiczny wydźwięk, czy ktoś, kto je namalował i powiesił na tych drzewach, chciał przekazać coś więcej. Znaki niby były urocze, malowane na deskach kolorowymi farbkami, ale jednocześnie budziły we mnie pewien w gruncie rzeczy nieuzasad-niony niepokój.
Byliśmy teraz nieco wyżej na wyspie. Droga była wąska, pięła się w górę i była z obu stron otoczona drzewami. Ivan zatrzymał samochód, wysiadł i podszedł do konstrukcji, która blokowała drogę. Na pierwszy rzut oka wyglądała jak zwykła brama, ale przy bliższym spojrzeniu widać było, że to coś bardziej skomplikowanego. Składała się z masywnych, metalowych segmentów połączonych spiralnymi prze-wodami, przypominającymi cewki. Cała konstrukcja osadzona była na ciężkiej, staroświeckiej bramie, prawdopodobnie ręcznie kutej. Jej powierzchnię pokrywały resztki zielonkawej farby, zniszczonej przez czas i wilgoć.
Środek bramy lekko pulsował, powietrze wokół było rozmazane, drgało jak w gorący dzień nad rozgrzanym asfaltem. Po bokach, wzdłuż metalowych segmentów, przewody iskrzyły się nieregularnie, wydając przy tym ciche trzaski. Na samym środku widniała stara pieczęć - wyglądała jak herb albo znak rodowy, ledwo zarysowany na zardzewiałej powierzchni. Był to jakiś ptak, otoczony trzema błyskawicami. Ten wzór wydał mi się absurdalny, ale z pewnością miał jakiś ukryty sens, którego w ogóle nie rozumiałam.
Otworzyłam okno.
- Co to jest? - zapytałam, spoglądając na Ivana, który zdawał się nie być w najmniejszym stopniu zdziwiony obecnością tej konstrukcji.
- To tylko... szlaban. Stara instalacja - jego odpowiedź była wymijająca, ale nie miałam nawet ochoty na dalsze pytania. Coś tu było nie tak, coś zupełnie nie pasowało do tego miejsca. Wciąż miałam wrażenie, że jestem gdzieś pomiędzy jawą a snem.
Ivan podszedł do niewielkiego panelu kontrolnego, zbudowanego z analogowych przycisków i wskaźników. Wyglądał trochę jak panel starego telefonu. Szybko nacisnął je kilka razy według znanego sobie wzoru, dotknął znaku z ptakiem, otworzył skrzydła bramy i wrócił do samochodu.
Po bokach tej starej bramy pośrodku niczego było dość miejsca, by samochód Ivana mógł przejechać bez otwierania jej, a w ziemi widoczne były nawet koleiny, świadczące o tym, że większość samochodów przejeżdżała jednak obok tego, jak to powiedział taksówkarz "szlabanu".
Znów ruszyliśmy dalej. Wibrujące powietrze i delikatne trzaski elek-tryczności, które pozostawiło to dziwne zjawisko, wciąż unosiły się wokół mnie. Powstrzymałam się od zadawania kolejnych pytań, bo z każdą chwilą czułam się coraz bardziej zdezorientowana. Chciałam już po prostu być na miejscu, jakby to mogło rozwiać to dziwne napięcie, które mnie ogarnęło.
Kiedy wjechaliśmy głębiej w las, zauważyłam, że sceneria zmieniła się jeszcze bardziej. Drzewa były tu wyższe i gęstsze, a światło słoneczne wpadające przez liście tworzyło magiczne wzory na ziemi. Oberwanie chmury, które przeżyłam będąc na lotnisku w Kašteli, tutaj zdawało się w ogóle nie dotrzeć. W końcu, po kilku minutach jazdy lasem, znów zaczęliśmy zjeżdżać lekko w dół i znaleźliśmy się na drodze przy samej plaży. Rzeczywiście, aura była inna, sucha i upalna, po deszczu nie było tu śladu. Z daleka majaczył duży biały dom, jedyny w zasięgu wzroku. Wyglądało na to, że jesteśmy u celu.
Willa, choć staroświecka, była niesamowicie zadbana. Ogromne okna z zielonymi okiennicami, czerwone dachówki i kwitnące różowe bugenwille wspinające się na taras i boczne balkoniki, tworzyły obrazek niczym z bajki. Dom otoczony był wysokim murem ze starego białego kamienia, znad którego gęste winorośle uciekały na zewnętrzną stronę, ukazując zielone kiście owoców. W powietrzu czuć było delikatny zapach lawendy i rozmarynu, chociaż jeszcze ich nie widziałam, wiedziałam, że tam są.
- Witaj na wakacjach, piękna panno! Tutaj... wszystko jest bardziej polako, więc zrelaksuj się i uživaj! - powiedział Ivan z wymuszonym uśmiechem. - Mam nadzieję, że pobyt tutaj będzie dla ciebie wyjątkowy. Ciao!
Szybko wyjął moje rzeczy z bagażnika, przyjął zapłatę i w pośpiechu odjechał. Wydawało mi się, że coś go przestraszyło, ale być może byłam już trochę przewrażliwiona na jego punkcie, a on po prostu miał następny kurs.
Rozejrzałam się. Wokół willi nie było żywej duszy. Nie było też asfaltu, tylko ciągnący się z obu stron, jasnożółty żwir. Słońce grzało oślepiająco, a każda jasna barwa odbijała je od siebie, jednocześnie pochłaniając je i rażąc wzrok. O tej porze dnia było już niemal w zenicie. Ziemia i rośliny wokół były suche, nietknięte deszczem. Tu chyba naprawdę ta burza nie dotarła - pomyślałam, ciągnąc za sobą walizkę w stronę schodków prowadzących do zielonej furtki, która rozdzielała wysoki, biały mur na dwie równe części.
Stanęłam przed nią, by podnieść walizkę, i wtedy przyjrzałam się jej dokładniej. Furtka była zaskakująco bogato zdobiona. Jej zielona powierzchnia pokryta była misternymi, kutymi wzorami. Metalowe pnącza splatały się ze sobą, tworząc skomplikowane kształty, które na pierwszy rzut oka wydawały się przypadkowe, ale po chwili można było dostrzec w nich pewien ukryty porządek. Przypominały mapę.
Na środku widniał ten sam znak, który wcześniej zauważyłam na szlabanie - gołąb otoczony piorunami. Teraz, w blasku słońca, mogłam zobaczyć wyraźnie, że ten ptak to był gołąb. W tym klimacie spodziewałabym się raczej mewy, ryby, albo nie wiem, osiołka, który podobno był symbolem tego regionu, ale co do cholery robił tam gołąb? Furtka była osadzona między dwoma grubymi, kamiennymi kolumnami, których kapitele ozdobione były delikatnymi, dekoracyjnymi wzorami. Te detale przywodziły na myśl czasy, gdy Chorwacja była częścią Cesarstwa Rzymskiego, nadając temu miejscu nieco antycznego uroku. Na frontach kolumn wisiały stare, żelazne lampy z lekko przydymionymi kloszami, niewątpliwie nosiły ślady wielu lat. użytkowania. Choć nie do końca pasowały do reszty, miały w sobie coś vintage, co nadawało wejściu wyjątkowy, lekko nostalgiczny klimat.
Pod kloszem, z lewej strony furtki, umieszczony był numer domu. Były to mosiężne, kute cyfry: 369. Zważając na to, że w zasięgu wzroku nie było innych zabudowań, mógł to być równie dobrze numer 1, ale podział administracyjny wyspy Čiovo był teraz jedną z ostatnich rzeczy, nad którą chciałam się zastanawiać.
Mimo że był dzień, całość robiła wrażenie miejsca, które po zmroku nabiera zupełnie innego charakteru. Czułam dziwny dreszcz, patrząc na te filary i furtkę, jakby kryły w sobie więcej niż tylko zwykłe przejście do ogrodu.
Nie było mi jednak dane nad tym dłużej rozmyślać, gdyż drzwi pen-sjonatu otworzyły się z głośnym skrzypnięciem, które odbiło się echem po pustej, gorącej drodze. Na zewnątrz wyjrzała lekko zgarbiona starsza pani z kwiecistą chustą na głowie, odziana w równie kwiecistą sukienkę i żółte Crocksy, na pierwszy rzut oka niepasujące do reszty stroju, ale jej ciemne i koślawe nogi wyglądały w nich najzupełniej dobrze i widać było, że czuje się w nich komfortowo. Sunęła miękko i cicho po ziemi, jakby nie chciała pozostawiać za sobą żadnych śladów. Kobieta podeszła do furtki. Ciężka zasuwka zgrzytnęła, ale otwo-rzyła się posłusznie pod jej mocnym pociągnięciem. Długie, kościste palce poruszały się z precyzją, a każda czynność była rutynowa i przewidziana. Jej twarz była pomarszczona, ogorzała od słońca, z licznymi przebarwieniami i charakterystyczną brodawką przy ustach, jak u czarownicy. Zbliżyła się do mnie i nieoczekiwanie mnie uściskała. Tak mnie to zaskoczyło, że nie stawiałam oporu. Staruszka pachniała Amolem, albo inną ziołową nalewką. Mogłabym jednak przysiąc, że to był Amol, bo jego zapach znam bardzo dobrze od czasów dzieciństwa. Moja świętej pamięci babcia uważała go za lek na dosłownie każdą dolegliwość.
- Witaj, kochanie. Mam nadzieję, że miałaś dobrą podróż. Jestem Vesna, a ten dom należy do mnie. Podczas swojego pobytu, będziesz pod moją opieką - powiedziała zachrypniętym głosem, który miał w sobie coś enigmatycznego.
Chorwaci, póki co, pozytywnie mnie zaskakiwali jeśli chodzi o ich władanie językiem angielskim. Taksiarz radził sobie bardzo spraw-nie, mimo tych swoich wstawek w ojczystym języku. Babcia natomiast mówiła gładko i płynnie, bez cienia akcentu.
- Dziękuję, podróż była bezproblemowa. Jedynie ten deszcz na lotnisku, ale to nic - machnęłam ręką, starając się brzmieć spokojnie, choć byłam trochę zmęczona.
- W Kašteli padało? Ciekawe - odrzekła, przyglądając się moim wciąż jeszcze wilgotnym włosom, ale widziałam, że niewiele ją to obchodzi. Odniosłam wrażenie, że ta kobieta żyje w swojej bańce, na pięknej wyspie, w pięknym domu, z dala od problemów współczesnego świata.
Vesna pomogła mi podnieść walizkę i razem postawiłyśmy ją na ganku przed głównym wejściem do willi. Kiedy trzymała mój bagaż, zauważyłam, że jej dłonie były niespodziewanie silne jak na jej wiek. Wyglądała na około 60 lat, a krzepę miała niczym trenująca boks nastolatka.
Wiele słyszałam o tym, że ludzie mieszkający w miejscach takich jak to, w sercu klimatu śródziemnomorskiego, dożywają sędziwego wieku w dobrym zdrowiu. Twierdzili, że zawdzięczają to słońcu, oliwie z oliwek, życiu bez pośpiechu i piciu wina, i najpewniej coś w tym było. Dni pełne światła, które niosło ze sobą energię i witalność. Słońce, codzienny towarzysz życia, dostarczało ciału witaminy D. Miałam wrażenie, że to promieniowanie przenikało wszystko - od drzew oliwnych, po kamienne domy, których mury zdawały się emanować spokojem. Ludzie żyli spokojnie, celebrowali chwile, spotkania z rodziną, sąsiadami, cieszyli się prostymi przyjemnościami.
Nawet kieliszek wina do kolacji nie był tylko napojem, a częścią tradycji, symbolem umiarkowania i radości życia.
- Chodź, pokażę ci resztę posiadłości - powiedziała, prowadząc mnie wokół domu.
Idąc powoli wzdłuż białego muru, mijałyśmy rząd dużych drzew pomarańczy, obfitych w skupiska owoców, jeszcze małych i zielonych o tej porze roku. Cały mur od wewnątrz okalało winorośle, którego pędy zauważyłam już po tamtej stronie ogrodzenia. Pomarańcze dawały cień krzewom lawendy i rozmarynu, których intensywny zapach unosił się w powietrzu i wypełniał ogród. Krzaki były wszędzie, posadzone na całym terenie posesji, po trzy w rzędzie, naprzemiennie ze sobą.
Kolory wszystkiego, co mnie w tej chwili otaczało, wydawały mi się o wiele bardziej intensywne od tych, do których byłam przyzwyczajona na co dzień. Myślałam, że słynna Dalmacja wygląda tak tylko na insta-gramowych zdjęciach, ale nie. Tu naprawdę było magicznie.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.