Oto jak kończy się świat - Jen Wilde

Kup ebooka

30.99 zł
21.83 zł (21,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Naprawdę po­win­ny­śmy się uczyć - wo­łam z wnę­trza ogrom­nej gar­de­roby Ca­ro­line.

Po­miesz­cze­nie jest pra­wie tak duże jak całe moje miesz­ka­nie. Wy­so­kie okno wy­cho­dzi na Cen­tral Park, bu­dynki po dru­giej stro­nie ry­sują się na tle za­cho­dzą­cego słońca. Na nie­bie róż prze­cho­dzi w po­ma­rańcz i fio­let; w oknach miesz­kań za­pa­lają się świa­tła, drzewa po­ni­żej chłoną ostat­nie pro­mie­nie zło­tej go­dziny. Od­wra­cam się do ko­lek­cji bu­tów się­ga­ją­cej od pod­łogi do su­fitu, prze­su­wam pal­cami po za­mszo­wych szpil­kach, po ak­sa­mit­nych bot­kach, po ćwie­ko­wa­nych tramp­kach. Mar­mu­rowa ta­blica ze zdję­ciami po­krywa prze­ciw­le­głą ścianę, ko­laż su­kie­nek na stud­niówkę, słod­kich stro­jów na lato i mo­de­lek jak Cara De­le­vin­gne i Bella Ha­did stro­ją­cych na­bur­mu­szone miny, wszystko przy­mo­co­wane za po­mocą zło­tych ma­gne­sów. Ko­sme­tyki i bi­żu­te­ria leżą rzę­dami na wy­spie po­środku po­miesz­cze­nia, pod­świe­tlone ni­czym w Se­pho­rze.

- Wi­dzia­łam, że się na­pa­li­łaś na tę su­kienkę - od­po­wiada Ca­ro­line. - Jaka by­łaby ze mnie przy­ja­ciółka, gdy­bym nie po­zwo­liła ci jej przy­mie­rzyć?

Uśmie­cham się, nie ze względu na to, że za­raz przy­mie­rzę su­kienkę ba­lową droż­szą od sa­mo­chodu mo­ich ro­dzi­ców, ale dla­tego, że ulu­bie­nica no­wo­jor­skiej Aka­de­mii Web­bera po­wie­działa, że jest moją przy­ja­ciółką. Od po­nad roku w każdy czwar­tek po po­łu­dniu udzie­lam jej ko­re­pe­ty­cji z przed­mio­tów ści­słych i oczy­wi­ście mia­łam na­dzieję, że prze­ro­dzi się to w przy­jaźń, ale po raz pierw­szy Ca­ro­line oznaj­miła to na głos. Mu­szę po­wie­dzieć o tym Pari. Cie­kawe, czy bę­dzie za­zdro­sna. Albo za­in­try­go­wana.

Nie rób z tego wiel­kiej sprawy, Wa­verly. Och, kogo ja chcę oszu­kać? To jest wielka sprawa! Przy­na­leż­ność do kręgu Ca­ro­line to jak prze­ję­cie klu­czy do mia­sta... Wtedy do­stanę się wszę­dzie. I kto wie? Może awan­so­wa­nie z jej ko­re­pe­ty­torki na przy­ja­ciółkę pod­nie­sie moją po­zy­cję spo­łeczną.

Ale tak na­prawdę to miło jest mieć przy­ja­ciół. Ni­gdy nie umia­łam za­wie­rać zna­jo­mo­ści. Chcia­ła­bym zwa­lić to na dzie­ciaki z li­ceum, które są sno­bami, ale na­wet w szkole pu­blicz­nej, kiedy by­łam na tym sa­mym po­zio­mie co wszy­scy inni, za­wsze ja­dłam lunch sama. My­ślę, że to ce­cha au­ty­sty albo może po pro­stu to MOJA ce­cha. Co­dzien­nie mar­twię się, że w ja­kiś spo­sób od­stra­szę dwoje mo­ich przy­ja­ciół w Aka­de­mii Web­bera... Pari i Franka. Więc tak, sły­sząc, że ktoś taki jak Ca­ro­line na­zywa mnie swoją przy­ja­ciółką, czuję się cho­ler­nie do­brze.

Zrzu­cam na pod­łogę ciężką spód­nicę mo­jego szkol­nego mun­durka, po­tem dra­piący swe­ter, białą ko­szulę i spor­towy sta­nik. Stoję w sa­mej bie­liź­nie i pa­trzę z mi­ło­ścią na eks­tra­wa­gancką su­kienkę wi­szącą na drzwiach. To szyta na za­mó­wie­nie czer­wona ba­lowa kre­acja za­pro­jek­to­wana przez Chri­stiana Si­riano. Jest zbyt droga, że­bym mo­gła na­wet na nią spoj­rzeć - tak po­wie­dzia­łam Ca­ro­line, kiedy po raz pierw­szy za­su­ge­ro­wała, że­bym ją przy­mie­rzyła. Ale je­śli Ca­ro­line wpad­nie na ja­kiś po­mysł, to nie ma sensu się z nią spie­rać - zwłasz­cza kiedy ozna­cza to kilka mi­nut prze­rwy w ucze­niu się bio­lo­gii.

Gładki i chłodny ma­te­riał do­tyka mo­jej skóry i zsuwa się, jakby był dla mnie stwo­rzony. Wstrzy­muję od­dech, gdy de­li­kat­nie po­pra­wiam suk­nię wo­kół ta­lii i piersi. Nie będę kła­mać, boję się tego. Boję się, że ją ro­ze­rwę albo ja­koś uszko­dzę. Boję się, że tak bar­dzo spodoba mi się po na­ło­że­niu, że nic już nie do­równa tej chwili. Boję się, że już bar­dziej nie mogę zbli­żyć się do ży­cia Ca­ro­line. Tiu­lowy dół spływa ka­ska­dami do pod­łogi. Trój­kątny de­kolt ozda­biają małe klej­noty, mie­niące się w świe­tle.

To nie jest nic w stylu mo­jego co­dzien­nego stroju. Kiedy nie mam na so­bie okrop­nego mun­durka Aka­de­mii Web­bera (same gra­na­towe i białe pa­ski, zbyt cia­sny kra­wat, ma­te­riał, który się we mnie wgryza), zwy­kle uni­kam cia­snych lub po­ten­cjal­nie dra­pią­cych ubrań, przed­kła­da­jąc wy­godę nad styl. Ale ta su­kienka nie­mal koi moją skórę i nie ma na­wet żad­nych kłu­ją­cych pę­te­lek, które mu­sia­ła­bym od­ciąć. Jest do­pa­so­wana, ale po­pra­wia na­strój ni­czym ciężki, otu­la­jący koc. Ni­gdy, na­wet za mi­lion lat nie po­my­śla­ła­bym, że będę się czuła kom­for­towo w szy­tej na miarę sukni ba­lo­wej, a to nie ta­kie złe.

Ca­ro­line wrzesz­czy, kiedy wra­cam do jej po­koju. Mar­twię się, że jej tata, Gre­gory Sinc­lair, znany na­uko­wiec-in­for­ma­tyk, który stał się przed­się­biorcą i mi­liar­de­rem, po­my­śli, że pró­buję ją za­mor­do­wać czy zro­bić coś po­dob­nego.

- Okej - mówi Ca­ro­line. - Cho­lera, wy­glą­dasz w niej le­piej niż ja, ale cie­szę się. - Ob­raca mnie przo­dem do lu­stra i za­pina tył sukni, wtedy wi­dzę swoje od­bi­cie.

Może to świa­tło wbu­do­wa­nej lampy pier­ście­nio­wej jest dla mnie ko­rzystne, ale czuję się jak kró­lewna. Stoję bar­dziej wy­pro­sto­wana, wyż­sza, jak­bym była dumna z tego, co świat wi­dzi, gdy na mnie pa­trzy.

Czy Ca­ro­line czuje się tak przez cały czas?

Wtedy przy­cho­dzi mocne ukłu­cie wstydu, po­nie­waż po­czu­cie war­to­ści nie po­winno za­le­żeć od eks­tra­wa­ganc­kiej su­kienki. Jed­nak kiedy spę­dzasz każdy dzień w oto­cze­niu lu­dzi, któ­rzy mają o wiele wię­cej niż ty, ła­two jest po­czuć, że nie je­steś wy­star­cza­jąco do­bra. Ła­two jest mie­rzyć war­tość pie­niędzmi. W gar­dle po­ja­wia się mi gula i wy­cie­ram po­je­dyn­cze łzy, z na­dzieją, że Ca­ro­line ich nie za­uważy, na szczę­ście jest zbyt roz­pro­szona te­le­fo­nem brzę­czą­cym na biurku. Na ekra­nie wy­świe­tla się twarz jej chło­paka: Jack pró­buje z nią po­roz­ma­wiać przez Fa­ce­Time'a. Jego imię zo­stało zmie­nione na Jac­kass, co ozna­cza, że znowu się kłócą. Ca­ro­line od­rzuca po­łą­cze­nie po raz piąty tego wie­czoru.

- Co znowu zro­bił? - py­tam.

Ca­ro­line wzdy­cha dra­ma­tycz­nie.

- Je­stem pewna, że mnie zdra­dza.

- Z kim? - Praw­do­po­dob­nie po­win­nam była przy­naj­mniej uda­wać, że je­stem za­sko­czona, ale nie­ważne. Musi wie­dzieć, a za­słu­guje na o wiele wię­cej.

Ca­ro­line wzru­sza ra­mio­nami, spo­glą­da­jąc z po­wro­tem na te­le­fon.

- Nie mam po­ję­cia. Ale od kilku dni mnie unika, a po­tem na­gle dzwoni non stop, zmar­no­wany. Na przy­kład nie od­po­wiada na moje SMS-y, a po­tem dzwoni do mnie na­rą­bany o trze­ciej w nocy, bre­dząc o tym, że jest mu przy­kro.

- Przy­kro za co?

- Wła­śnie - mówi, prze­cze­su­jąc pal­cami dłu­gie, ciemne włosy. - Nie chce mi po­wie­dzieć.

Na­prawdę nie wiem, dla­czego jest z ta­kim pa­lan­tem jak Jack. Ca­ro­line jest naj­bar­dziej lu­bianą dziew­czyną w szkole, po­nie­waż trak­tuje wszyst­kich jak rów­nych so­bie... Na­wet mnie, ku­jonkę, au­ty­styczną sty­pen­dystkę LGBT z Qu­eens, którą wszy­scy inni igno­rują. Jack to przy­szły stu­dent z ro­dziny sko­rum­po­wa­nych han­dla­rzy le­kami na re­ceptę, wkłada pa­ste­lowe ko­szulki polo i pod­nosi koł­nie­rzyki. Niby jest przy­stojny jak Ken, ale wszystko to prze­staje mieć zna­cze­nie w mo­men­cie, gdy otwiera usta i wy­lewa się ta cała jego du­po­wa­tość. Pró­bo­wa­łam się do­wie­dzieć, dla­czego Ca­ro­line cią­gle się do niego miz­drzy, ale to jedna z naj­więk­szych ży­cio­wych ta­jem­nic. Może tym ra­zem na­prawdę za­koń­czyła tę zna­jo­mość.

- Nie chcę iść z nim na ten nudny bal ma­skowy - mówi.

- Mu­sisz iść! - Pa­trzę na swoje od­bi­cie, a wła­ści­wie na su­kienkę. Je­stem księż­niczką Di­sneya. - Bę­dziesz kró­lową nocy!

- Nie chcę być kró­lową - od­po­wiada. - Chcę mieć swoją wła­sną noc. Po­waż­nie, bal to tylko po­ca­łunki w po­li­czek, fał­szywe uśmie­chy i wbi­ja­nie noża w plecy pod przy­krywką zbie­ra­nia fun­du­szy dla szkoły, która już ma pie­nię­dzy w bród. - Ca­ro­line opada z po­wro­tem na po­duszki na ró­żowo-zło­tym łóżku z bal­da­chi­mem i wzdy­cha. - Moja ko­rona za noc wolną od tych wszyst­kich bzdur z wyż­szych sfer.

Nie mia­łam po­ję­cia, że Ca­ro­line tak się czuje. My­śla­łam, że po­doba jej się, kiedy wszy­scy ją uwiel­biają. Na­wet na lek­cjach bio­lo­gii, pod­czas któ­rych ma naj­więk­sze trud­no­ści, lu­dzie usta­wiają się w ko­lejce, żeby pra­co­wać z nią w pa­rze. Ni­gdy bym nie po­my­ślała, że zmę­czy ją to całe za­in­te­re­so­wa­nie... że musi od tego od­po­cząć.

Aka­de­mia Web­bera jest jedną z naj­bo­gat­szych pry­wat­nych szkół w kraju. Co­roczny bal ma­skowy, pod­czas któ­rego są zbie­rane pie­nią­dze dla szkoły i przyj­muje się no­wych człon­ków do To­wa­rzy­stwa Dzie­kań­skiego, jest jej naj­więk­szym be­ne­fi­sem.

Lu­dziom ta­kim jak ja edu­ka­cja w Aka­de­mii Web­bera otwiera cały świat. To mój bi­let do do­brej uczelni, po­wią­zań z naj­zna­mie­nit­szymi na­zwi­skami w kraju i przy­szłej sta­bi­li­za­cji fi­nan­so­wej dla mnie oraz mo­ich ro­dzi­ców. Poza tym pie­nią­dze ze­brane w trak­cie balu tra­fiają do Fun­da­cji Web­bera, a stam­tąd są prze­ka­zy­wane lo­kal­nym or­ga­ni­za­cjom po­za­rzą­do­wym i prze­zna­czane na pro­gram sty­pen­dialny. To nie jest tak, że dzie­kan zgar­nia je dla sie­bie.

Dzie­kan Owen Web­ber za­wsze mówi, że w Aka­de­mii je­ste­śmy ro­dziną, ale cho­ciaż chcę wie­rzyć, że je­stem w ro­dzi­nie, trudno nie czuć się po­mi­niętą, kiedy naj­tań­sze bi­lety na bal kosz­tują dzie­sięć ty­sięcy do­la­rów - oczy­wi­ście ucznio­wie ko­rzy­sta­jący ze sty­pen­dium nie mu­szą brać udziału. Za­wsze ma­rzy­łam o wej­ściu na bal ma­skowy, żeby zo­ba­czyć go na wła­sne oczy. A może na­wet zo­sta­ła­bym za­pro­szona do To­wa­rzy­stwa Dzie­kań­skiego za to, kim je­stem, a nie za to, co mam. Noc balu jest owiana ta­jem­nicą; wszy­scy przy drzwiach od­dają te­le­fony i apa­raty. Je­dyne zdję­cia ro­bione są przez za­twier­dzo­nych fo­to­gra­fów, a i tak w sieci jest umiesz­cza­nych tylko kilka wy­bra­nych ujęć. Eks­klu­zyw­ność jest czę­ścią tego przed­sta­wie­nia.

- Wiesz, co bym dała, żeby pójść na ten bal? - py­tam ją tro­chę zbyt de­spe­racko. - Nie masz po­ję­cia, ja­kie masz szczę­ście. Mu­sia­ła­bym udzie­lać ko­re­pe­ty­cji każ­demu uczniowi w szkole przez lata i praw­do­po­dob­nie sprze­dać ja­kiś or­gan do trans­plan­ta­cji, żeby stać mnie było na ten bi­let.

Prawda jest taka, że ko­re­pe­ty­cje nie przy­cho­dzą mi ła­two. Mam pro­blem z na­uką, cier­pię na dys­kal­ku­lię, która spra­wia, że liczby i rów­na­nia w za­sa­dzie są dla mo­jego mó­zgu nie­moż­liwe do prze­two­rze­nia - kal­ku­la­tor jest moim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Ale lu­dzie za­kła­dają - z po­wodu mo­jego au­ty­zmu - że je­stem ja­kimś ge­niu­szem, a ko­le­dzy z klasy za­częli ofe­ro­wać mi setki do­la­rów, że­bym udzie­lała im ko­re­pe­ty­cji, więc się zgo­dzi­łam. I tak mu­szę pra­co­wać dwa razy wię­cej niż inni, żeby na­dą­żyć, więc rów­nie do­brze mogę do­sta­wać za to pie­nią­dze. Udzie­lam ko­re­pe­ty­cji głów­nie z an­giel­skiego i bio­lo­gii, mo­ich ulu­bio­nych przed­mio­tów. Czy­tam tro­chę z wy­prze­dze­niem, za­pa­mię­tuję tyle tek­stu, ile mogę, spę­dzam kilka do­dat­ko­wych go­dzin w ty­go­dniu, ucząc się, gdy bo­gate dzie­ciaki w week­endy prze­sia­dują w let­nich dom­kach, i vo­ila. Po­ma­gają mi też ma­te­riały on­line, któ­rych jest nie­zli­cze­nie dużo, a czas, który po­świę­cam na to, żeby być co­raz lep­szą ko­re­pe­ty­torką, pro­cen­tuje - dzięki temu po­pra­wi­łam swoje oceny, nie mogę też na­rze­kać na stan konta Venmo. Wszy­scy wy­gry­wają.

- Za bar­dzo mar­twisz się o pie­nią­dze - stwier­dza.

Włosy mi się jeżą. Nie pierw­szy raz mi to mówi. Sły­sza­łam to, gdy za­pro­siła mnie na ja­kąś im­prezę w East Wil­liams­burg, gdzie można było do­je­chać tylko trzema róż­nymi po­cią­gami, co za­ję­łoby dwie go­dziny, albo sko­rzy­stać z Ly­fta, na który nie było mnie stać. Usły­sza­łam to po­now­nie, kiedy za­py­tała, dla­czego nie ku­puję kawy w Star­buck­sie pod­czas drogi do szkoły, a za­miast tego przy­no­szę roz­pusz­czalną w sta­rym ter­mo­sie mo­jego ojca.

- Tak się dzieje, kiedy ich nie masz. - Sta­ram się, by mój ton brzmiał ła­god­nie.

Ca­ro­line za­ci­ska wargi, a ja się mar­twię, że ją ura­zi­łam. O rany, mam na­dzieję, że nie zo­sta­łam wła­śnie zde­gra­do­wana ze sta­tusu przy­ja­ciółki.

- W każ­dym ra­zie - pod­no­szę z biurka książkę do bio­lo­gii - na­prawdę mu­simy się sku­pić. Mamy jesz­cze je­den roz­dział do prze­ro­bie­nia, a ja mu­sia­łam czy­tać to trzy razy, za­nim w pełni zro­zu­mia­łam. Pójdę się prze­brać.

Ca­ro­line pa­trzy na mnie z po­li­to­wa­niem.

- Wa­verly, pra­cu­jesz cię­żej niż ja­ka­kol­wiek sty­pen­dystka w szkole. I zno­sisz do tego te ich bzdury o jed­nym pro­cen­cie. Nie wiem, jak to wy­trzy­mu­jesz.

Pew­nego dnia będę bo­gata, w sza­fie po­wie­szę suk­nie od pro­jek­tan­tów i ni­gdy nie we­zmę ich za pew­nik. Ale co naj­waż­niej­sze, będę le­karką, eks­per­tem w dzie­dzi­nie neu­ro­lo­gii, i sku­pię się na po­ma­ga­niu lu­dziom.

- Nie jest tak źle - kła­mię. W rze­czy­wi­sto­ści ucznio­wie cza­sem są na­prawdę okropni. - Ale nie mia­ła­bym nic prze­ciwko by­ciu tobą przez je­den dzień.

Od­kła­dam książkę i spo­glą­dam na Ca­ro­line, ocze­ku­jąc wię­cej li­to­ści w jej cie­płych, brą­zo­wych oczach, ale za­miast tego wi­dzę błysk emo­cji.

- Uwa­żaj, czego so­bie ży­czysz.

Uno­szę brew.

- Hm?

Na jej twa­rzy po­ja­wia się zło­śliwy uśmiech. Staje za mną, obie od­wra­camy się w stronę lu­stra.

- Pój­dziesz na bal, Kop­ciuszku.

- Co? - mó­wię pełna po­dej­rzeń.

Ca­ro­line się śmieje.

- Za­ło­żysz moją suk­nię i moją ma­skę, pój­dziesz na tę dziką im­prezę, bo na nią za­słu­gu­jesz. Wszy­scy będą cię trak­to­wać jak kró­lową.

Śmieję się.

- Nie mogę uda­wać cie­bie. - Ja­sne, je­ste­śmy prak­tycz­nie tego sa­mego wzro­stu i obie mamy ciemne włosy i bladą cerę. Ale tam, gdzie Ca­ro­line ma piersi, ja mam... nie­wiele. I nogi ma dłuż­sze niż ja, choć w za­sa­dzie nikt nie zo­ba­czyłby mo­ich nóg pod tą po­włó­czy­stą suk­nią.

- Wła­śnie, że mo­żesz! To ma­ska­rada, ge­niuszko. Lu­dzie będą prze­brani. Poza tym ta su­kienka była na moim pro­filu przez cały ty­dzień... Nie za­py­tają na­wet, czy to ja. Na­sze głosy tak bar­dzo się nie róż­nią, a poza tym bę­dzie gło­śno i ciemno, a lu­dzie będą pić. To się może udać.

Po­czu­łam się cu­dow­nie, gdy wy­obra­ża­łam so­bie przez chwilę, jak wejdę na bal w tej nie­sa­mo­wi­tej su­kience i wszy­scy będą mnie trak­to­wać, jak­bym za­pła­ciła za wstęp. Żyć ży­ciem Ca­ro­line tylko przez jedną noc. Ale otrzą­snę­łam się z tej fan­ta­zji, kiedy przy­po­mnia­łam so­bie o jed­nym nie­ma­łym pro­ble­mie.

- A co z Jac­kiem? On tam bę­dzie.

Wzru­sza ra­mio­nami, jakby jej chło­pak był mało istot­nym szcze­gó­łem.

- On wie, że je­stem na niego zła. Mo­żesz go igno­ro­wać całą noc, po­my­śli wtedy, że je­stem wku­rzona. Poza tym bę­dzie tam jego tata, a kiedy dok­tor Bra­dley jest w po­bliżu, Jack za­wsze jest grzecz­niutki. Za bar­dzo bę­dzie się sta­rał być uło­żo­nym syn­kiem, żeby zwra­cać uwagę na co­kol­wiek in­nego. Uwierz mi.

Serce bije mi nieco szyb­ciej. Czy ja na­prawdę o tym my­ślę? A co, je­śli zo­stanę przy­ła­pana? To by­łoby upo­ka­rza­jące. Wszy­scy by wie­dzieli, jak bar­dzo pra­gnę być taka jak oni. Mo­ment, w któ­rym lu­dzie się do­wia­dują, jak bar­dzo chcesz być w środku, jest o wiele gor­szy niż prze­by­wa­nie poza na­wia­sem. Mam tylko moją ma­skę "je­stem po­nad tym wszyst­kim", więc nie mogę ry­zy­ko­wać, że ją stracę.

- Nie. Nie są­dzę, żeby to był do­bry po­mysł, Ca­ro­line. Nie mogę tego zro­bić.

Na jej te­le­fon przy­szedł SMS, a ja wi­dzę na ekra­nie, że to od Max, naj­lep­szej przy­ja­ciółki Ca­ro­line i eta­to­wej plot­kary Aka­de­mii Web­bera. Max i ja nie roz­ma­wiamy zbyt czę­sto, ale to głów­nie moja wina - ona jest bar­dzo ładna i przy niej ję­zyk mi się plą­cze.

Ca­ro­line otwiera sze­roko oczy.

- Hm - od­zywa się Ca­ro­line, czy­ta­jąc SMS-a. - Naj­wy­raź­niej Ash przy­le­ciała z Lon­dynu na bal. Za­łożę się, że to ona jest tym ta­jem­ni­czym go­ściem, o któ­rym mó­wił Web­ber, bę­dzie te­go­rocz­nym no­wym człon­kiem To­wa­rzy­stwa Dzie­kań­skiego.

Na­gle bra­kuje mi tchu.

Ash. Ash­ley Web­ber.

Ca­ro­line o tym nie wie, ale Ash jest moją byłą dziew­czyną. Je­żeli kie­dy­kol­wiek nią była. To, co było mię­dzy nami, co­kol­wiek to było, trzy­ma­ły­śmy w ta­jem­nicy - po czę­ści dla­tego, że Ash się nie ujaw­niła, a czę­ściowo dla­tego, że jest córką Owena Web­bera, za­ło­ży­ciela i dzie­kana no­wo­jor­skiej Aka­de­mii Web­bera. Żadna z nas nie chciała roz­głosu, jaki przy­nio­słaby wieść o na­szym związku. Nie chcia­łam, żeby lu­dzie py­tali, dla­czego naj­bo­gat­sza dziew­czyna w szkole spo­tyka się ze sty­pen­dystką; po­my­śle­liby, że ro­bię to dla pod­nie­sie­nia sta­tusu. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, jak wszy­scy za­wsze in­te­re­so­wali się spra­wami Ash, krą­żyli wo­kół niej w po­szu­ki­wa­niu skraw­ków po­pu­lar­no­ści lub plo­tek, by użyć ich jako spo­łecz­nej wa­luty. Od na­szego związku ocze­ki­wała chyba cze­goś świę­tego, pry­wat­nego i wy­jąt­ko­wego. Przez ja­kiś czas by­łam to ja. By­łam dla niej czymś świę­tym i wy­jąt­ko­wym. A ona dla mnie.

A po­tem wy­je­chała.

Te­raz przy­po­mina mi o niej tylko ból serca. Nie­ważne, co ro­bię, nie­ważne, ile czasu mi­nęło, ten ból nie mija. Pari mówi, że trzy­mam się tego kur­czowo, bo mam na­dzieję, że Ash do mnie wróci, a ja za­wsze temu za­prze­czam. Te­raz Ash wró­ciła do No­wego Jorku. Moje serce bije szyb­ciej. Dło­nie się pocą. Może na to li­czy­łam przez cały ten czas, na jesz­cze jedną szansę. Z nią.

- Pójdę.

- Do­kąd? - pyta Ca­ro­line, znowu po­chło­nięta te­le­fo­nem.

Nie mogę uwie­rzyć, że wy­po­wia­dam te słowa na głos.

- Pójdę na bal za­miast cie­bie.

Ca­ro­line się oży­wia.

- I to jest to, Kop­ciuszku!

Po­dzi­wiam sie­bie w lu­strze, gdy ona przy­nosi ma­skę z sejfu - tak, z praw­dzi­wego sejfu w swo­jej gar­de­ro­bie. Ma­ska jest za­wi­nięta w krwi­sto­czer­woną bi­bułkę w me­ta­licz­no­zło­tym pu­dełku, a ja nie mogę się do­cze­kać, żeby zo­ba­czyć ją w re­alu, nie tylko na In­sta­gra­mie.

- Oto ona - mówi Ca­ro­line, pod­no­sząc wieczko. - To jest to ar­cy­dzieło.

Mie­niąca się, złota ma­ska z otwo­rami na oczy, noz­drza i usta. Z rzeź­bio­nymi ry­sami, które dają efekt nie­sa­mo­wi­tej, ko­bie­cej i de­li­kat­nej twa­rzy. Jak z in­nego, baj­ko­wego świata. Ale tak na­prawdę wy­róż­niają ją cien­kie, złote dru­ciki na szczy­cie, które ukła­dają się w ko­ronę. Ta­kie cacko mo­głaby no­sić sta­ro­żytna bo­gini słońca... lub ce­le­brytka wy­bie­ra­jąca się na fe­sti­wal Co­achella.

- Na ko­ro­nie są płatki praw­dzi­wego złota. - Ca­ro­line de­li­kat­nie na­kłada ma­skę na moją twarz, mocno za­wią­zuje wstążkę, żeby ma­ska nie spa­dła, i od­suwa się, by móc w pełni po­dzi­wiać wi­dok. - Ide­al­nie.

- Nie ma mowy, że­bym w tym stroju po­je­chała me­trem nie­zau­wa­żona - mó­wię, za­sta­na­wia­jąc się nad próbą do­tar­cia na bal.

- Nie ma mowy. - Ca­ro­line kręci głową. - Nie za­ło­żysz tego do me­tra. Na­wet dzi­siaj nie weź­miesz do po­ciągu. Jest zbyt nie­po­ręczna i w ży­ciu nie po­zwolę, żeby do­tknęła brud­nej pod­łogi.

- Po­ra­dzę so­bie - mó­wię. - Raz z mamą wio­zły­śmy me­trem fo­tel, który zna­la­zły­śmy na ulicy.

Ca­ro­line się krzywi.

Czuję cie­pło na po­licz­kach.

- To był na­prawdę do­bry fo­tel.

Ona wzru­sza ra­mio­nami.

- Dzi­siaj wró­cisz do domu na­szym sa­mo­cho­dem. Za­dzwo­nię po Bruce'a.

Za­nim zdążę się sprze­ci­wić, ona już dzwoni i prosi kie­rowcę, żeby od­wiózł mnie do domu za pół go­dziny.

Wy­co­fuję się do jej gar­de­roby, by zdjąć su­kienkę i wło­żyć z po­wro­tem mun­du­rek, i ra­zem umiesz­czamy ją w spe­cjal­nym po­krowcu.

- Słu­chaj. - Ca­ro­line klasz­cze w dło­nie. - Za­mie­rzam dać ci lek­cję, jak być moi, więc uwa­żaj.

Chi­cho­czę, wcią­ga­jąc swe­ter przez głowę.

- Chyba to już wiem. Mu­szę tylko po­pra­wiać włosy co ja­kiś czas i wci­skać fran­cu­skie słowa w każde zda­nie. In­stant bo­ugie za­miast "suka".

Ca­ro­line wzdy­cha, po­ka­zu­jąc z prze­sadą, jak jest ura­żona.

- Par­don­nez moi, ma­de­mo­iselle? To mó­wisz ty, z szafą pełną fla­ne­lo­wych ko­szul i pa­znok­ciami ob­gry­zio­nymi do zera... je­steś cho­dzą­cym ste­reo­ty­pem les­bijki.

Po­ty­kam się i dra­ma­tycz­nie ła­pię w miej­scu serca.

- Moi?

Obie par­skamy śmie­chem, ale na­gle Ca­ro­line staje się ozię­bła.

- Na po­waż­nie te­raz. To, że chcę od­po­cząć, nie ozna­cza, że chcę być wy­klu­czona z tego świata. Mu­szę pod­trzy­my­wać moją re­pu­ta­cję, aurę, któ­rej lu­dzie ode mnie ocze­kują. Bądź na tyle wia­ry­godna, żeby lu­dzie w to uwie­rzyli.

Za­czyna wy­mie­niać rze­czy, po­ka­zu­jąc na pal­cach.

- Nie uśmie­cham się. Ni­gdy. Ale bę­dziesz miała ma­skę, więc to nie po­winno być pro­ble­mem. Uni­kam kon­taktu wzro­ko­wego z na­uczy­cie­lami i pra­wie ze wszyst­kimi do­ro­słymi, bo, szcze­rze mó­wiąc, kto ma siły, żeby się z nimi za­da­wać? Ale w su­mie to po­winno być ła­twe dla cie­bie z tym au­ty­zmem, prawda?

Uśmie­cham się i przy­ta­kuję, ale w środku wzdry­gam się i kur­czę w so­bie. Nie cho­dzi o to, że Ca­ro­line jest w błę­dzie; kon­takt wzro­kowy jest dla mnie trudny, ale to nie­sto­sowne, żeby mó­wiła o tym w ten spo­sób. Nie ma mowy, że­bym kie­dy­kol­wiek jej zwró­ciła na to uwagę, bo to Ca­ro­line, a poza tym na­wet nie ro­zu­miem, dla­czego w ta­kich sy­tu­acjach je­stem taka ner­wowa, więc jak mia­ła­bym to ko­muś wy­tłu­ma­czyć?

- Twoja po­stawa wy­maga pracy - mówi, lu­stru­jąc moje ciało. - Gar­bisz się, jak­byś chciała zwi­nąć się w kulkę i scho­wać.

Wy­zwa­nie przy­jęte.

Pro­stuję się, co jest dla mnie nie­na­tu­ralne; czuję się bez­bronna.

- Dużo le­piej - mówi Ca­ro­line. - Gdy­by­śmy miały wię­cej czasu, to wy­sła­ła­bym cię na za­ję­cia z mo­de­lingu, na które sama cho­dzi­łam, gdy mia­łam je­de­na­ście lat, tylko że­byś szybko pod­ła­pała, jak cho­dzić i po­zo­wać. - Wzdy­cha. - Ale to wy­star­czy.

Za­czy­nam się czuć co­raz bar­dziej jak małpa pod­czas eks­pe­ry­mentu na­uko­wego, ale wtedy wy­obra­żam so­bie, jak wcho­dzę na bal Aka­de­mii Web­bera, jak wszy­scy będą się mną za­chwy­cać, za­zdro­ścić mi, jak będę gwiazdą tylko przez jedną noc... że Ash tam bę­dzie i zo­ba­czy, jak błysz­czę. To tylko jedna noc.

Ca­ro­line prze­cho­dzi przez po­kój, prze­szu­kuje play­li­sty na Spo­tify i włą­cza prze­boje. Gów­niana mu­zyka klu­bowa pły­nie z gło­śni­ków za­mon­to­wa­nych w su­fi­cie. Jest dla mnie za gło­śno, ale nic nie mó­wię.

- Pro­szę - mówi ze zja­dli­wym uśmie­chem. - Po­każ, co umiesz. - Przez na­stępne dwa­dzie­ścia mi­nut cho­dzę tam i z po­wro­tem wzdłuż jej ogrom­nej sy­pialni. - Nie garb się tyle - roz­ka­zuje przy pięć­dzie­się­cio­mi­lio­no­wym okrą­że­niu. - Krocz dum­nie.

Na­stęp­nie ćwi­czę jej mowę i śmiech. Cho­ciaż to zde­cy­do­wa­nie wy­maga kon­cen­tra­cji, nie je­stem w tym taka fa­talna. Od roku spę­dzamy ra­zem każdy czwar­tek po szkole, więc mia­łam dużo czasu na ob­ser­wa­cję. Poza tym au­tyzm wy­mu­sza na­ukę na­śla­do­wa­nia in­nych lu­dzi, aby jak naj­bar­dziej do­pa­so­wać się do reszty. To jest tak zwane ma­sko­wa­nie... tłu­mie­nie mo­ich na­tu­ral­nych au­ty­stycz­nych cech, dzięki czemu mogę ucho­dzić za osobę neu­ro­ty­pową.

Opie­ra­nie się chęci ko­ły­sa­nia w przód i w tył pod­czas lek­cji, stu­ka­nia rę­kami w ławkę czy li­cze­nia na głos, ile scho­dów po­ko­na­łam. Ukry­wa­nie mo­jego nie­po­koju i dys­kom­fortu, kiedy lu­dzie pod­cho­dzą zbyt bli­sko, są zbyt gło­śni lub wpra­wiają mnie w za­kło­po­ta­nie. Uda­wa­nie, że wszystko jest w po­rządku, gdy je­stem cał­ko­wi­cie przy­tło­czona i pa­trzę na ze­gar, żeby za­dzwo­nił dzwo­nek na lunch, abym mo­gła znik­nąć w ła­zience, wło­żyć za­tyczki do uszu i scho­wać głowę w ra­mio­nach, do mo­mentu aż uspo­koję od­dech.

To jest me­cha­nizm prze­trwa­nia, jak ka­me­leon zmie­nia ko­lory, aby ukryć się przed dra­pież­ni­kami, tylko o wiele mniej fajny i o wiele bar­dziej wy­czer­pu­jący.

Kiedy Ca­ro­line uznaje, że mam głos wy­star­cza­jąco po­dobny, żeby oszu­kać jej przy­ja­ciół w gło­śnej, wy­peł­nio­nej mu­zyką sali ba­lo­wej, prze­cho­dzimy do ostat­niego etapu: sel­fie w stylu Ca­ro­line... z góry, pod ką­tem w prawo, pod­bró­dek lekko prze­krę­cony w lewo, zmy­słowe oczy za ma­ską. Ro­bię kil­ka­na­ście róż­nych ujęć. Wtedy ona wy­biera swoje ulu­bione i prze­pusz­cza je przez różne apki edy­tu­jące, żeby uzy­skać wła­ściwe świa­tło i ko­lory, które pa­sują do jej es­te­tyki.

- Za­miesz­czę je przed im­prezą - mówi. - Bę­dzie wy­glą­dać, jak­bym szy­ko­wała się w re­al­nym cza­sie.

Uśmie­cham się do niej.

- Je­steś ge­niu­szem zła.

Chi­cho­czę, do­ty­ka­jąc dło­nią po­liczka.

- Prze­stań! Ru­mie­nię się przez cie­bie.

Wtedy roz­lega się dzwo­nek, a Ca­ro­line wy­pro­wa­dza mnie z po­koju.

- To Bruce. Do zo­ba­cze­nia w szkole, Kop­ciuszku!

Scho­dzę po scho­dach tak ci­cho, jak to moż­liwe. Z su­kienką w ręku i pu­deł­kiem z ma­ską ob­cho­dzę się jak z no­wo­rod­kiem. Na­gle sły­szę, jak tata Ca­ro­line ze swo­jego biura krzy­czy:

- Stój!

Nie­ru­cho­mieję. Przez mo­ment my­ślę, że krzy­czy do mnie. O Boże. On my­śli, że kradnę su­kienkę. Od­wra­cam się, żeby spoj­rzeć na niego, ale w tę stronę stoi ple­cami. Wtedy sły­szę stłu­miony głos, coś o Cas­san­drze, i zdaję so­bie sprawę, że Gre­gory roz­ma­wia przez te­le­fon.

- Po­win­ni­śmy byli ko­muś po­wie­dzieć - sy­czy. - Te­raz jest już za późno, a lu­dzie na tym ucier­pią.

Jego głos od­bija się od ścian. Roz­ma­wia­łam z oj­cem Ca­ro­line tylko kilka razy, ale był bar­dzo miły, grzeczny i nie­mal za­wsty­dzony. Na szkol­nych wy­da­rze­niach za­wsze to­wa­rzy­szy dzie­ka­nowi Web­be­rowi. Chyba od lat są bli­skimi przy­ja­ciółmi. Ni­gdy nie sły­sza­łam, aby tak pod­no­sił głos.

Gre­gory się od­wraca i mnie do­strzega. Na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­kają. Wtedy pod­cho­dzi do drzwi i za­myka mi je przed twa­rzą, wy­głu­sza­jąc resztę roz­mowy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki