Otello - William Shakespeare

Kup ebooka

7.99 zł
6.87 zł (7,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

AKT PIERWSZY. 

 

SCENA PIERWSZA. 

 

Wenecya. Ulica, przy której położony dom Brabancya.

 

Wchodzą Rodrygo i Jago.

Rodrygo. Nie mów mi tego, Jagonie, nie mogę Słuchać tej mowy. Tyś to, coś mą kiesą Tak rozporządzał, jakby była twoją, Smiesz mi powiadać, żeś tego był świadom? Jago. Do licha! Słuchajże lepiej, co mówię; Jeżeli mi się o tem kiedy śniło. To mną pogardzaj. Rodrygo. Czyżeś mi nie mówił, Że go nie cierpisz? Jago. Brzydź się mną, jeżelim Nie mówił prawdy. Dwóch magnatów naszych Forytowało mię na namiestnika, I osobiście czapkowało przed nim, Aby mi dał ten stopień; jakem żołnierz, Stopień ten słusznie mi się przynależał, Znam moją wartość; a on, zatopiony W swem widzimisię i w swej dumie, zbył ich Napuszonymi frazesami, srodze Nastrzępionymi w wojenne termina. "Wierzcie mi", prawił moim protektorom,

"Żem już mianował kogoś na to miejsce". I któż to taki ten ktoś? Patrzcie jeno; Ot, zawołany jakiś arytmetyk, Jakiś tam Michał Kassyo, Florentyńczyk. Podwikarz, na wpół potępiony w związkach Z piękną kobietą, który, póki życia, Jednego hufca nie powiódł do boju, I na sprawieniu wojska w polu zna się Tyle, co prządka; bohater książkowy, Co o teoryi umie pleść nie gorzej Niż jaki burmistrz; cała bowiem jego Sztuka wojenna w gębie, nie w praktyce. Ten to wybrany został, a ja panie, Com w jego oczach pokazał, co umiem W Rodus i w Cyprze i po innych ziemiach Tak chrześcijańskich jak pogańskich, pchniętym Pod wiatr i wodę przez tego plus minus, Przez tę chodzącą kredkę; on to został, Pożal się Boże! namiestnikiem jego Murzyńskiej mości, a ja, ja być muszę Jego chorążym. Rodrygo. Jabym wolał zostać Jego oprawcą! Jago. Niema na to środka; Taki to służby przeklęty porządek; Awans zależy od łask i protekcyi, A nie od prawa starszeństwa, co każe, Aby po jednym odziedziczał miejsce Drugi z kolei. Osądźże sam teraz, Czy mam jakibądź obowiązek kochać Tego murzyna. Rodrygo. Tobym go porzucił. Jago. O, pozwól! służę mu, gwoli odwetu. Nie wszyscy, bracie, możem być panami, Ale nie wszyscy też panowie mogą Mieć wierne sługi. Znajdziesz niejednego

W kłąbek zgiętego, potulnego ciurę, Co w niewolniczych kochając się więzach, Trzyma się miejsca, jak osioł za lichą Garstkę obroku; a kiedy zepsieje, Na stare lata bywa odpędzony. W skórę takiego kornego cymbała! Są znowu inni, co pod wymuskaną Formą i strojną barwą uległości Chowają serce, siebie tylko pomne; Co dając tylko pozór wiernych usług Swym przełożonym, popierają przez to Własny interes, a porósłszy w pierze, Nie potrzebują już nikogo słuchać, Prócz siebie samych. Ci mają krztę ducha, I do tych rzędu ja się liczę. Jużci, Gdybym był w skórze Otella, nie chciałbym, Ma się rozumieć, być w skórze Jagona; Rzecz to tak pewna, jak żeś ty Rodrygo. Służąc mu, służę li samemu sobie; Nie z przywiązania ani z obowiązku, Niebo mi świadkiem! ale pod pokrywką Tego obojga, dla widoków własnych. Gdyby me czyny miały kiedykolwiek Wydać na zewnątrz wewnętrzny stan, zakrój Mojego serca, nie długobym potem Musiał to serce nosić u rękawa, Na żer dla kruków. Nie jestem, czem jestem. Rodrygo. Jakież, u licha, szczęście niesłychane Ma ten grubodziób, że mógł tego dopiąć! Jago. Ostrzeż jej ojca, zbudź go ze snu, otwórz Staremu oczy, zatruj mu pociechę; Narób hałasu w mieście; podszczuj krewnych; Niechaj go muchy tną za twoją sprawą, Chociaż łagodny zamieszkuje klimat; Choćbyś mu szczęścia nie wydarł, przynajmniej Tak mu je zapraw piołunem udręczeń, Iżby cokolwiek zbladło.

Rodrygo. W tym tu domu Mieszka jej ojciec; zawołam na niego. Jago. Zrób to i głosem tak alarmującym, Jak ktoś, co w nocy zapuszczony ogień Dostrzeże nagle w ludnej części miasta. Rodrygo. Hola! Brabancyo! hej! sinior Brabancyo! Jaga. Wstawaj, Brabancyo! Złodzieje! Złodzieje! Strzeż się! chroń swoją córkę! chroń swe worki! Złodzieje! Gwałtu! Złodzieje!

 

Brabancyo ukazuje się w oknie.

 

Brabancyo. Jakiż jest powód tego zgiełku? Co się Takiego stało? Rodrygo. Wszyscyż twoi, panie, Są w domu? Jago. Są li drzwi twojego domu Zamknięte, panie? Brabancyo. Po co te pytania? Jago. Niech dyabli wezmą! Okradli was; weźcie Prędzej opończę! przeszyto wam serce; Utraciliście połowę swej duszy. W tej właśnie chwili czarny baran tryksa Białą owieczkę waszą. Żywo! żywo! Bijcie w dzwon; zbudźcie chrapiących sąsiadów, Inaczej czart was wystrychnie na dziadka. Żywo! powiadam. Brabancyo. Czyście oszaleli? Jago. Poznajeszże mój głos, czcigodny panie? Brabancyo. Nie; któż waść jesteś? Rodrygo. Imię me Rodrygo. Brabancyo. Imię to jeszcze bardziej cię potępia. Wzbroniłem ci się zbliżać do mych progów; Zapowiedziałem ci, że moja córka Nie jest dla ciebie; a ty, wiedzion szałem, Przebrawszy miarę napoju przy uczcie, Przychodzisz teraz zuchwale przerywać Mój wypoczynek.

Rodrygo. Siniore, siniore! Brabancyo. Ale wiedz o tem, że gniewowi memu I stanowisku nie zbywa na środkach Dania ci tego gorżko pożałować. Rodrygo. Uspokój się, siniore. Brabancyo. Co mi prawisz O okradzeniu? To przecie Wenecya, A mój dom to nie lamus. Rodrygo. Zacny panie, W czystych, niewinnych chęciach tu przyszedłem. Jago. Niech kaci porwą! Jesteś, panie, jednym Z tych, co się nie chcą modlić, gdy ich szatan Do tego nagli. Masz nas za szubrawców, Dlatego, że cię przychodzimy ostrzedz? Chcesz sprządz swą córkę z berberyjskim koniem, Mieć rżące wnuki, bachmatów za krewnych I z dzianetami być w powinowactwie? Brabancyo. Coś ty za jeden, bluźnierczy szczekaczu? Jago. Ktoś, co ci przyszedł oznajmić, siniore, Że twoja córka w chwili, gdy tu stoim, Klei z murzynem kazirodny związek. Brabancyo. Jesteś nędznikiem. Jago. A pan - senatorem. Brabancyo. Za ten żart ty mi odpowiesz, Rodrygo; Znam cię. Rodrygo. Odpowiem za wszystko, siniore. Ależ, dla Boga! za wasząż-to wiedzą, I mądrą wolą dzieje się (a prawie Mógłbym tak sądzić), że o tej spóźnionej Nocnej godzinie, piękna wasza córka, Pod najemnego gondoliera strażą, Zostaje w sprosnych objęciach murzyna? Jeżeli o tem wiesz, panie, jeżeliś Na to pozwolił, toć zaiste ciężką, Grubą zniewagęśmy ci wyrządzili;

Ale jeżeli nie wiesz o tem, moje Wyobrażenie o przyzwoitości Mówi mi, żeśmy niesłusznie zostali Znieważonymi przez was. Nie sądź, panie, Abym wyzuty z wszelkich winnych względów Takiego sobie z waszą dostojnością Żartu pozwalał. Jeżeliście, panie Córki swej k' temu nie upoważnili, Powtarzam jeszcze raz, to popełniła Wielki występek, pomiótłszy w ten sposób Obowiązkami, pięknością, rozumem, Przyszłością swoją, dla awanturnika, Dla wszędobylca, goniącego szczęście Po całym świecie. Sprawdź, natychmiast, panie, Czy jest w sypialni, nawet gdziebądź w domu. Jeśli ją znajdziesz, niechaj sprawiedliwość Ściga mię z całą surowością za to, Żem cię tak czelnie zdurzył. Brabancyo. Skrzeście ognia! Światła! hej! Zbudźcie wszystkich moich ludzi! Coś podobnego już mi się marzyło; To przypuszczenie samo mię przygniata. Światła, hej! światła! Znika z okna. Jago. Bądź zdrów! muszę odejść. Nie byłoby to stosownem i dla mnie Bezpiecznem nawet, gdybym był stawiony Za świadka przeciw temu murzynowi, A pozostając tu, świadczyćbym musiał; Chociaż go bowiem to skompromituje, Rzeczpospolita nie będzie go mogła Potępić, bacząc na interes własny, Przy gotującej się cypryjskiej wojnie, Do prowadzenia której niema wodza, Równego jemu kalibru. Dlatego, Choć się nim brzydzę, jak piekielną plagą, Ze względu jednak na doczesny żywot,

Zmuszony jestem opuścić banderę I znak przyjaźni, do siebie który rzeczywiście Jest tylko znakiem. - Zawiedź pod Łucznika Tych, co go będą szukali; niechybnie Tam go znajdziecie, i ja też tam będę. Wychodzi.

 

Brabancyo wchodzi z domownikami swymi niosącymi pochodnie.

 

Brabancyo. Niema najmniejszej wątpliwości: zbiegła; I nic mi więcej po niej nie zostało, U schyłku tego obmierzłego życia, Jak sama gorycz. Powiedz mi, Rodrygo, Gdzie ją widziałeś? Niegodziwe dziecko! Z murzynem, mówisz? któżby chciał być ojcem! A skąd wiesz waćpan, że to ona była? O, hańbo! Cóż ci rzekła? - Więcej światła! Zwołajcie wszystkich mych krewnych! - Jak myślisz, Czy wzięli oni ślub? Rodrygo. Sądzę, że wzięli. Brabancyo. O, nieba! Jak wyjść mogła? O, wyrodna! Ojcowie, nigdy nie ufajcie odtąd Powierzchownemu układowi córek! Chyba istnieją jakie czary, zdolne Podejść niewinność młodości, dziewictwa. Nie wyczytałżeś gdzie tego, Rodrygo? Rodrygo. W istocie, panie, czytałem gdzieś o tem. Brabancyo. Wezwijcie mego brata. O, wolałbym, Żebyś ją waćpan był posiadł. Biegnijcie Jedni w tę, drudzy w tę stronę. - Czy nie wiesz, Gdzieby ją można znaleść z tym murzynem? Rodrygo. Rozumiem, że go wyśledzę, jeżeli Raczysz mi, panie, towarzyszyć, wziąwszy Dobrą straż z sobą. Brabancyo. Bądź nam przewodnikiem. Przed każdym domem wołać będę; w wielu Mam wpływ przeważny. - Podajcie mi szpadę; Sprowadźcie mi tu policyjne sługi I siłę zbrojną. - Poczciwy Rodrygo, Wskazuj nam drogę, zawdzięczę twe trudy. Wychodzą.

 

 

Wprowadzenie. 

  

Był niegdyś w Wenecyi Maur bardzo waleczny, którego męstwo i dowody roztropności a biegłości, czasu wojny okazane, uczyniły drogim w oczach starszyzny Rzeczypospolitej. I stało się, że cnotliwa niewiasta, cudownej piękności, imieniem Desdemona, uwiedziona, nie żądzą jakąś skrytą, ale cnotą onego Maura, pokochała go, a on też ujęty pięknością i szlachetnemi uczuciami onej kobiety, rozgorzał ku niej. Miłość im tak sprzyjała, iż połączeni zostali małżeństwem, chociaż rodzina niewiasty czyniła, co było w jej mocy, aby kogo innego zaślubiła. I dopóki zamieszkiwali w Wenecyi, żyli w tak doskonałej zgodzie i tak słodkim pokoju, że nigdy pomiędzy nimi nietylko nic nie zaszło, ale i słowa do siebie nie rzekli, w któremby miłości nie było. Aż zdarzyło się, iż panowie weneccy zmienili załogę, którą na Cyprze trzymali i wybrali Maura za wodza wojsk, jakie tam wysłali. Ten radował się ze czci, jaką mu wyrządzono, lecz radość tę truła myśl o długiej i trudnej podróży. Desdemona, widząc Maura pomieszanym, rzekła mu raz przy stole: - Drogi Maurze, dlaczego, gdy panowie taką ci cześć wyrządzili, ty jesteś smutnym? - Zatruwa moją radość, rzekł Maur, miłość, jaką mam ku tobie, gdyż widzę że albo cię muszę narazić na długą i niebezpieczną przeprawę, albo cię w Wenecyi zostawić. W pierwszym razie boleć będę, gdyż niewczasy, jakich doznasz i niebezpieczeństwo, jakie będziesz narażoną, udręczenie mi sprawią - a drugiego nie zniosę, bo rozdzielić się z tobą, jest to z życiem się rozstać. - Kochany mężu! co znaczą te myśli, które ci serce poruszają? Pójdę za tobą, gdziekolwiek się udasz, gdyby przez ogień trzeba iść w koszuli jednej i tobym uczyniła, a cóż znaczy z tobą się puścić na okręcie mocnym i dobrze opatrzonym? Maur objął rękami szyję żony, i całując ją czule, rzekł: Niech nas Bóg długo uchowa, droga moja, z tą miłością. I popłynęli, i przybyli do Cypru po szczęśliwej morskiej podróży".  

"Maur miał przy sobie Chorążego, mężczyznę pięknego, ale najniecniejszego w świecie człowieka. Niegodziwiec ten wiózł też z sobą żonę, która była piękną i uczciwą, a że Włoszką też była, miłowała ją żona Maura, i większą część dnia spędzały z sobą. Był też w tej wyprawie oficer, którego Maur lubił bardzo; ten przychodził często do domu Maura, razem z nim i żoną jego jadając. Pani widząc, iż go mąż jej kochał, przyjaźń mu też okazywała, z czego i Maur rad był. Niegodziwy Chorąży, nie zważając ani na wierność żonie przysiężoną, ani na przyjaźń, ani na wdzięczność, jaką Maurowi był winien, pokochał gwałtownie Desdemonę i próbował wszelkimi sposoby dać jej poznać swą miłość, a skłonić ją do wzajemności. Ale ona, która tylko Maura na myśli miała, nie zważała wcale na owe natręctwa Chorążego, jakby ich nie widziała... I zdało mu się, że musiała być zakochaną w oficerze... Miłość ku niej zmieniła się w straszną nienawiść, począł myśleć, jakby mógł, pozbywszy się oficera, posiąść niewiastę, lub przynajmniej Maurowi ją odebrać. A tak różne myśli knując..........................................