Prolog
Prolog
Samotnie stoi na końcu mola i obserwuje niebo. Pomost z desek biegnie do
brzegu połyskującą srebrno-niebieską wstęgą na morzu czarnym jak
atrament. Świeci księżyc, słychać cichy plusk fal uderzających o podpory
mola. Zachodni horyzont paćkają migoczące pastelowe zielone smugi, jakby
za horyzontem znikały floty galeonów z zapalonymi światłami.
Spowija ją biała chmura mechanicznych motyli. Każe im podlecieć bliżej;
podlatują i tworzą coś w rodzaju zbroi, ich skrzydła ciasno się
splatają. Nie jest jej zimno - wieje ciepły wiatr przesycony słabym
egzotycznym zapachem odległych wysp - ale czuje, że jest wystawiona na
niebezpieczeństwo, że obserwuje ją coś ogromnego i starszego od niej.
Gdyby dotarła tu miesiąc temu, gdy na tej planecie przebywały jeszcze
dziesiątki tysięcy ludzi, ocean nie zwracałby na nią uwagi. Teraz jednak
na wyspach prawie nikt nie mieszka; została tylko garstka opieszałych
lub tych, którzy tu późno przybyli, jak ona. Jest tu nowa - a w zasadzie
od dawna nieobecna - i jej sygnał chemiczny zbudził morze. Gdy tu
wylądowała, po drugiej stronie zatoki pojawiły się świetlne plamy. To
nie przypadek.
Tyle czasu upłynęło, a morze nadal ją pamięta.
- Powinniśmy już iść - wzywa opiekun. Jego głos dociera ze skrawka
ziemi, gdzie oparty na lasce czeka niecierpliwie. - Nie jest
bezpiecznie, od kiedy przestali pilnować pierścienia.
Tak, widzi ten pierścień - przecina niebo jak przesadny, niezręczny
rysunek Drogi Mlecznej; skrzy się i migocze; niezliczone krzemienne
odłamki odbijają światło najbliższego słońca. Gdy tu przybyła, władze
planety nadal konserwowały pierścień: co kilka minut widziała różowy
błysk rakiety sterującej, gdy jeden z dronów zmieniał orbitę jakiegoś
odłamka, zapobiegając jego wejściu w atmosferę planety i upadkowi do
morza. Jak ją poinformowano, mieszkańcy na widok błysku wypowiadali w duchu życzenia. Nie byli bardziej przesądni od mieszkańców innych
planet, ale rozumieli, że ich świat jest niezwykle delikatny, że bez
tych błysków nie ma przyszłości. Konserwowanie pierścienia nie
pociągałoby za sobą żadnych kosztów. Samonaprawiające się drony
wykonywały tę samą bezmyślną pracę od czterystu lat, od ponownego
zasiedlenia planety. Wyłączenie dronów było gestem czysto symbolicznym,
mającym zachęcić do ewakuacji.
Przez zasłonę pierścienia widzi drugi, dalszy księżyc, ten, który nie
został rozbity na kawałki. Prawie nikt nie wiedział, co się tu stało.
Ona wiedziała. Oglądała to na własne oczy, choć z pewnej odległości.
- Jeśli zostaniemy... - mówi opiekun.
Odwróciła się w stronę lądu.
- Jeszcze trochę. Potem możemy iść.
- Boję się, że ktoś może ukraść statek. Niepokoją mnie Budowniczowie
Gniazd.
Skinęła głową. Rozumiała jego obawy, ale trwała w postanowieniu, by
zrobić to, co planowała, przyjeżdżając tutaj.
- Statkowi nic się nie stanie. A o Budowniczych Gniazd nie ma co się
niepokoić.
- Mam wrażenie, że jakoś szczególnie się nami interesują. - Odgania z czoła zabłąkanego mechanicznego motyla.
- Zawsze się interesowali. Są po prostu wścibscy.
- Tylko godzina, a potem cię zostawiam - mówi.
- Nie zrobisz tego.
- Możesz się o tym przekonać tylko w jeden sposób.
Uśmiecha się. Wie, że opiekun jej nie opuści, choć ma powód do
zdenerwowania: w tę stronę lecieli pod prąd ewakuacji; gdy dotarli do
orbity, stacje tranzytowe były już zablokowane i władze zabraniały
zjazdu na powierzchnię planety. Tylko dzięki przebiegłości i łapówce
zdołali wejść do wagonika jadącego na dół. Mieli dla siebie cały
przedział, ale towarzysz kobiety stwierdził, że wszystko tu pachnie
panicznym strachem. Ludzkie sygnały chemiczne pozostawiły swój ślad na
meblach. Cieszyła się, że nie ma aż tak wyostrzonego powonienia. Czuła
strach, choć nie chciała, by o tym wiedział. Jeszcze bardziej przerażała
ją wiadomość, że Budowniczowie Gniazd podążali za nią do tego układu.
Ich skomplikowany statek o kadłubie spiralnym, żłobkowanym i podzielonym
na komory, quasi-przezroczysty, jest jednym z ostatnich statków na
orbicie. Czy czegoś od niej chcą, czy po prostu przybyli jako widzowie?
Znów patrzy na morze. Nie wie, czy to kwestia wyobraźni, ale jasne plamy
wydają się większe, liczniejsze. Już nie kojarzą się z odpływającą flotą
galeonów, lecz z zatopioną metropolią. I pełzną w stronę mola. Ocean
pobiera jej smak: drobniutkie organizmy przemykają między powietrzem a wodą. Przenikają przez skórę do krwi, do mózgu.
Zastanawia się, co ocean o niej wie. Musiał wyczuć, że tyle ludzkich
umysłów odpłynęło w fali ewakuacji. Musiał odczuć, że nie ma już
pływaków, którzy niosą ze sobą neuronalne informacje. Musiał nawet
wyczuć, że zakończono operację konserwacji: dwa czy trzy niewielkie
odłamki byłego księżyca spadły w wodę, choć z dala od tych wysp. Ale co
w zasadzie morze wie o tym, co ma nastąpić?
Wydaje rozkaz motylom. Od rękawa odrywa się ich regiment i skupia ciasno
przy jej twarzy, tworząc zasłonę wielkości chusteczki; tylko skrzydełka
na skraju nadal trzepoczą. Zasłona o postrzępionych brzegach zmienia
barwę, staje się idealnie przezroczysta i jedynie rąbek jest fioletowy.
Kobieta wyciąga szyję i spogląda w niebo, przez pierścień gruzu.
Stosując odpowiedni algorytm, motyle wymazują pierścień i księżyc. Niebo
ciemnieje, czerń staje się czarniejsza, gwiazdy - jaśniejsze. Kobieta
chce zobaczyć pewną konkretną gwiazdę - wyławia jej obraz, koncentrując
się przez chwilę.
W tej gwieździe nie ma nic szczególnego. Jest to bliższa z gwiazd
podwójnych tego układu, kilka lat świetlnych stąd. Ale ta gwiazda stała
się teraz wskaźnikiem, czołową falą czegoś, czego nie da się
powstrzymać. Kobieta była tam, gdy ewakuowano układ. Trzydzieści lat
temu.
Motyle znów zastosowały trick obliczeniowy. Zoom i skupienie: gwiazda
jaśnieje, ujawniają się na niej barwy. Nie jest już biała, nawet nie
niebiesko-biała; niewątpliwie ma odcień zielony.
Tak nie powinno być.
Jeden
JEDEN
Ararat, układ ? Eridani A, 2675
Scorpio obserwował płynącego do brzegu młodego Vaska. Przez całą drogę
myślał: "Jak by to było, gdybym się utopił, pogrążył w pozbawionych
światła głębinach?". Mówiono, że jeśli już musisz umrzeć, jeśli nie masz
innego wyjścia, to utonięcie nie jest najgorszym sposobem zakończenia
życia. Zastanawiał się, skąd ten pogląd i czy dotyczy świń.
Ciągle o tym myślał, gdy łódź zatrzymała się z poślizgiem, a elektryczny
silnik przyczepiony na zewnątrz nadal się kręcił. Scorpio wreszcie go
wyłączył.
Zaczął sondować dno tyczką. Głębokość wody wynosiła najwyżej pół metra.
Miał nadzieję, że uda mu się zlokalizować jeden z kanałów
umożliwiających bliższe podpłynięcie do wyspy, ale musiała mu wystarczyć
taka odległość od lądu. Po pierwsze, uzgodnił to miejsce na spotkanie z Vaskiem, po drugie, nie było czasu, by znów wypłynąć w morze, kręcić się
i szukać czegoś, co trudno było znaleźć nawet przy bezchmurnym niebie i przezroczystym morzu.
Scorpio przeszedł na dziób i wziął powleczoną plastikiem linę, która
wcześniej służyła Vaskowi za poduszkę. Jeden koniec owinął sobie ciasno
wokół nadgarstka, po czym płynnym ruchem wyskoczył z łodzi.
Ciemnozielona woda sięgała mu do kolan. Prawie nie czuł zimna przez
grube gumowe buty i obcisłe spodnie. Pozbawiona jego ciężaru łódź
odpływała powoli, ale Scorpio szarpnięciem dłoni napiął linę i łódź
zatoczyła mały łuk w jego stronę. Szedł mocno pochylony, holując łódź.
Skały na dnie były zdradliwe, ale teraz zakrzywione nogi dobrze
Scorpiowi służyły. Dotarł do miejsca, gdzie woda sięgała tylko do połowy
butów, a spód łodzi tarł o dno. Zrobił jeszcze kilkanaście kroków w stronę brzegu. Dalej nie chciał ryzykować.
Zobaczył, że Vasko dopłynął na płyciznę i stanął w wodzie.
Scorpio chwycił za nadburcie i płatki złuszczonego skorodowanego metalu
przywarły mu do ręki. Łódź spędziła w wodzie ponad sto dwadzieścia
godzin i była to prawdopodobnie jej ostatnia podróż. Sięgnął do łodzi i wyrzucił na zewnątrz małą kotwicę. Mógłby to zrobić wcześniej, ale
kotwice rdzewiały równie szybko jak kadłuby i nie należało im zbytnio
ufać.
Vasko tymczasem szedł w stronę łodzi, ostrożnie wybierając drogę.
Rozpostarł ramiona dla zachowania równowagi.
Scorpio wepchnął ubrania towarzysza do plecaka, w którym już znajdowały
się racje żywnościowe, świeża woda i lekarstwa. Zarzucił plecak na
ramiona i ruszył do brzegu. Od czasu do czasu oglądał się na Vaska.
Wiedział, że był dla niego surowy, ale kiedy czuł w sobie wzbierający
gniew, nie potrafił się opanować. Niepokoiło go to. Od dwudziestu trzech
lat nie podniósł ręki na człowieka, chyba że był zmuszony podczas
wypełniania obowiązków służbowych. Zorientował się jednak, że słowa
również mogą zawierać agresję. Kiedyś by to wyśmiał, ale ostatnio
usiłował prowadzić inne życie. Myślał, że pewne sprawy ma już za sobą.
Oczywiście to perspektywa spotkania z Clavainem spowodowała, że cała
złość znów się ujawniła. Za dużo lęków, za dużo emocjonalnych wątków,
mających swe źródło w krwawym bagnie przeszłości. Clavain wiedział, kim
był Scorpio. Clavain dokładnie wiedział, do czego jest zdolny.
Zatrzymał się i poczekał na młodego towarzysza.
- Proszę pana... - Vasko drżał i ledwie dyszał.
- Jak było?
- Miał pan rację. Było trochę zimniej, niż się wydawało.
Scorpio zrzucił z ramion plecak.
- Domyślałem się, że będzie zimno, ale dobrze się sprawiłeś. Wziąłem
twoje rzeczy. Zaraz wyschniesz i się rozgrzejesz. Nie żałujesz, że się
tu wybrałeś?
- Nie, proszę pana. Chciałem trochę przygody, no nie?
Scorpio przekazał mu jego rzeczy.
- Jak osiągniesz mój wiek, trochę mniej ci będzie na tym zależało.
***
Dzień był spokojny, jak zwykle, gdy pokrywa chmur nad Araratem wisiała
nisko. Bliższe słońce - wokół którego krążył Ararat - to wyblakła plama
nisko na zachodnim niebie. Jego odległy binarny towarzysz był wyraźnym
białym klejnotem po drugiej stronie horyzontu, przyszpilonym w szczelinie między chmurami. ? Eridani A i B - ale nikt nigdy ich tak nie
nazywał. Zawsze mówiono o nich Słońce Jasne i Słońce Słabe.
Srebrzystoszare światło dnia odebrało morzu zwykłą barwę i woda zmieniła
się w ponurą szarawozieloną zupę. Gdy chlupotała wokół butów Scorpia,
wydawała się gęsta. Choć nie była przejrzysta, to - jak na Ararat - żyło
w niej niewiele mikroorganizmów. Płynąc, Vasko nieco ryzykował, ale to
była słuszna decyzja, bo dzięki temu mogli bliżej podpłynąć łódką do
brzegu. Scorpio, choć nie znał się na tym zbyt dobrze, wiedział, że
znaczące kontakty między Żonglerami a ludźmi odbywały się w rejonach
oceanu tak nasyconych mikroorganizmami, że powierzchnia wody wyglądała
jak pokryta tratwami z materii organicznej. W tym akurat miejscu jej
koncentracja była dość niska i nie istniało zbyt duże niebezpieczeństwo,
że podczas ich nieobecności Żonglerzy skonsumują łódkę lub wygenerują
lokalny przypływ, który zmyje ją do morza.
Idąc na suchy ląd, pokonywali łagodnie nachyloną skalną płaszczyznę,
widoczną z morza jako ciemna linia. Miejscami zachmurzone niebo odbijało
się w płytkich kałużach srebrną szarością. Lawirowali między nimi,
kierując się na nieodległy biały pagórek.
- Nie powiedział mi pan, o co chodzi.
- Niedługo się dowiesz - odparł Scorpio. - Nie ekscytuje cię już samo
spotkanie z tym starcem?
- Raczej przeraża.
- On tak działa na ludzi, ale nie daj się. Czołobitność go nie rajcuje.
***
Po dziesięciu minutach marszu Scorpio odzyskał siły, które stracił,
ciągnąc łódź. Tymczasem pagórek stał się kopułą przyklejoną do ziemi, a wreszcie okazał się namiotem pneumatycznym przymocowanym do wbitych w skałę kołków. Biała tkanina miała przy podstawie plamy w różnych
odcieniach morskiej zieleni. Powłoka nosiła ślady łatania i reperacji.
Namiot obłożono wydobytymi z wody kawałkami konch, których
rozmieszczenie niewątpliwie wskazywało na zamysł artystyczny.
- Mówił mi pan wcześniej, że Clavain w końcu nie objechał świata,
prawda?
- Tak?
- Jeśli przybył tutaj, dlaczego nam tego nie powiedziano?
- Chodziło o powód, dla którego tu został - wyjaśnił Scorpio.
Obeszli pneumatyczną konstrukcję i znaleźli hermetyczne drzwi. Obok nich
stał mały brzęczący zasilacz, który utrzymywał właściwe ciśnienie,
dostarczał ciepło i zapewniał inne udogodnienia.
Scorpio uważnie obejrzał jeden z odłamków konchy, przesunął palcem po
ostrej krawędzi - odłamek musiał być oderwany od większej całości.
- Chyba przeczesywał plażę.
Vasko wskazał na otwarte zewnętrzne wejście.
- Coś mi się zdaje, że nikogo teraz nie ma w domu.
Scorpio otworzył drzwi wewnętrzne. Zobaczył pryczę i starannie złożoną
pościel. Małe składane biurko, piec i syntezator jedzenia. Butlę
oczyszczonej wody i pudełko z racjami żywnościowymi. Pompa, nadal
tłocząca powietrze, i kawałki konch na stole.
- Trudno powiedzieć, kiedy ostatnio tu był - stwierdził Vasko.
Scorpio pokręcił głową.
- Niedawno. Najwyżej ze dwie godziny temu.
Vasko rozejrzał się, szukając dowodów, które mogły umknąć uwagi Scorpia.
Nie znalazł ich. Świnie dawno temu przekonały się, że doskonały węch,
który odziedziczyły po swoich przodkach, nie jest cechą ludzi linii
głównej. Przekonały się również boleśnie, że ludzie wolą, by im o tym
nie przypominać.
Wychodząc na zewnątrz, zhermetyzowali wewnętrzne drzwi, tak jak je
wcześniej zastali.
- Co teraz? - spytał Vasko.
Scorpio odpiął z nadgarstka zapasową bransoletę komunikacyjną i wręczył
Vaskowi. Ustawiono ją na bezpieczną częstotliwość i nie było obawy
podsłuchu z jakiejś innej wyspy.
- Wiesz, jak się tego używa?
- Dam sobie radę. Czy w związku z tym ma pan dla mnie jakieś szczególne
polecenia?
- Tak. Czekaj tu do mojego powrotu. Możesz się spodziewać, że wrócę z Clavainem. Ale gdyby on pierwszy ciebie znalazł, masz mu powiedzieć, kim
jesteś i kto cię wysłał. Potem do mnie zadzwonisz i spytasz Clavaina,
czy chce ze mną rozmawiać. Zrozumiałeś?
- A jeśli pan nie wróci?
- Wtedy wezwij Blooda.
Vasko przejechał palcami po bransolecie.
- Mówi pan tak, jakby się pan trochę bał o stan jego umysłu. Uważa pan,
że może być niebezpieczny?
- Mam nadzieję - odparł Scorpio. - Ponieważ jeśli nie jest
niebezpieczny, niewiele z niego będzie pożytku. - Poklepał chłopaka po
ramieniu. - Poczekaj tu, a ja obejdę wyspę. Zajmie mi to najwyżej
godzinę i spodziewam się, że znajdę go gdzieś nad brzegiem.
***
Scorpio szedł płaskim skalistym skrajem wyspy. Krótkie ręce rozpostarł
dla równowagi, nie przejmując się, że śmiesznie przy tym wygląda.
Zwolnił, ufając, że w ciemniejącej mgiełce późnego popołudnia rozpozna
sunącą postać. Zmrużył oczy, usiłując wspomóc wzrok nie tak sprawny jak
dawniej, gdy Scorpio był młodszy i żył w Chasm City. Miał nadzieję, że
widziadło okaże się Clavainem, ale z drugiej strony miał nadzieję, że to
wytwór wyobraźni, gra świateł i cieni na formacji skalnej.
Choć się do tego przed sobą nie przyznawał, czuł niepokój. Ostatni raz
widział Clavaina przed sześcioma miesiącami. W zasadzie niedawno,
zważywszy na długość życia tego człowieka. Scorpio jednak cały czas czuł
się tak, jakby szedł na spotkanie ze znajomym, którego nie widział od
dziesięcioleci i który po wszystkich swoich przeżyciach może być tak
zmieniony, że w ogóle nie da się go rozpoznać. A jeśli się okaże, że
Clavain rzeczywiście zwariował? Czy będę w stanie to ocenić? - myślał.
Dość dużo czasu spędził wśród ludzi linii głównej i uważał, że umie
odczytywać ich intencje, nastroje i kondycję psychiczną. Twierdzono, że
nie ma zbyt wielkich różnic między mózgami człowieka i świni.
Jednakże zawsze pamiętał, żeby w przypadku Clavaina nie kierować się
standardowymi poglądami. Clavain różnił się od innych ludzi.
Ukształtowała go historia, zmieniła w osobę unikatową, a może nawet
potworną.
Scorpio miał pięćdziesiąt lat. Znał Clavaina przez pół swego życia, od
czasów, gdy w układzie Yellowstone został złapany przez odłam ludzi, do
którego wtedy należał Clavain. Wkrótce potem Clavain zbiegł od
Hybrydowców i - mimo początkowych wzajemnych obaw - Scorpio i Clavain
podjęli wspólną walkę. Zebrali grupę żołnierzy i różnych pomagierów z okolic Yellowstone i ukradli statek, którym polecieli do układu
Resurgamu. Po drodze nękali ich i napadali Hybrydowcy, poprzedni
towarzysze Clavaina. Potem Scorpio i Clavain już zupełnie innym statkiem
przylecieli z kosmosu wokół Resurgamu tutaj, na niebiesko-zieloną wodną
planetę Ararat. Po wylocie z Resurgamu już nie musieli walczyć i obaj
dalej współpracowali przy zakładaniu tymczasowej kolonii.
Zaprojektowali i stworzyli całe społeczności. Często się sprzeczali, ale
tylko w sprawach najistotniejszych. Gdy jeden z nich skłaniał się ku
zbyt twardej lub zbyt miękkiej polityce, drugi wyrażał zdanie przeciwne,
dla równowagi. W tym okresie Scorpio znalazł w sobie dość siły
charakteru i porzucił nienawiść do ludzi, którą przedtem czuł w każdej
chwili swego przytomnego życia. Przynajmniej to zawdzięczał Clavainowi.
Nie wszystko jednak było takie proste.
Problem polegał na tym, że Clavain urodził się pięćset lat temu i znaczną część tego okresu przeżył świadomie. A jeśli ten Clavain,
którego Scorpio znał - którego znali koloniści - był tylko fazą
przejściową, jak zwodniczy błysk słońca podczas burzliwego dnia? We
wczesnym okresie znajomości Scorpio zawsze go obserwował, przynajmniej
kątem oka, wyczulony na wszelkie symptomy świadczące o powrocie
temperamentu zaślepionego rzeźnika. Nic jednak nie wzbudziło jego
podejrzeń i utwierdził się w przekonaniu, że wbrew temu, co twierdzi
historia, Clavain nie jest upiorem.
Jednakże w ciągu ostatnich dwóch lat Scorpio stracił pewność w tej
materii. Nie chodzi o to, że Clavain stał się bardziej okrutny, kłótliwy
czy agresywny, ale coś się w nim przestawiło. Jakby w jednej chwili
zmieniło się oświetlenie krajobrazu. Scorpia nie pocieszało zbytnio to,
że inni żywili podobne wątpliwości również co do psychicznej stabilności
jego samego. Scorpio znał stan swego umysłu i miał nadzieję, że już
nigdy nie zrobi krzywdy istocie ludzkiej, jak to bywało w przeszłości.
Mógł się jedynie domyślać, co dzieje się w umyśle przyjaciela. Miał
tylko pewność, że ten Clavain, którego znał, z którym walczył ramię w ramię, wycofał się w głąb swego prywatnego świata. W pewnym momencie,
jeszcze zanim Clavain zaszył się na wyspie, Scorpio w ogóle przestał go
rozumieć.
Nie winił za to Clavaina. Zresztą któż by go winił?
Scorpio miał wreszcie pewność, że widzi rzeczywistą postać. Po chwili
zaczął rozróżniać szczegóły: osoba siedziała w kucki, bez ruchu, tuż nad
wodą, jakby zatopiona w zadumie, która stanowiła przerywnik w obserwowaniu żyjątek w nadbrzeżnej kałuży.
Rozpoznał Clavaina i od razu poczuł ulgę. Clavain żył i należało to
uznać za sukces, bez względu na inne dzisiejsze wydarzenia.
Gdy Scorpio znalazł się w zasięgu krzyku, Clavain wyczuł czyjąś obecność
i rozejrzał się. Wiatr targał białe włosy wokół jego różowej twarzy.
Broda - zwykle starannie przycięta - była teraz długa i w nieładzie.
Chude ciało przyoblekała czarna szata, z ramion zwisała ciemna chusta
czy peleryna. Clavain ni to klęczał, ni stał, zastygnąwszy na chwilę w niewygodnej pozycji.
Scorpio był pewien, że przyjaciel wpatruje się tak w morze od wielu
godzin.
- Nevil! - zawołał.
Ten coś odpowiedział - usta się poruszyły, ale słowa zagłuszył poryw
wiatru.
- To ja, Scorpio.
Usta Clavaina znów się poruszyły. Chrapliwy głos miał moc szeptu.
- Mówiłem ci, żebyś tu nie przyjeżdżał.
- Wiem. - Scorpio podszedł bliżej. Białe włosy Clavaina to zakrywały, to
odsłaniały głęboko zapadnięte starcze oczy. Wydawało się, że wzrok
koncentruje się na jakimś bardzo odległym, posępnym obiekcie. - Wiem o tym i przez sześć miesięcy szanowaliśmy przecież ten zakaz.
- Sześć miesięcy? - Prawie się uśmiechnął. - Aż tak długo?
- Sześć miesięcy i jeden tydzień, jeśli zależy ci na precyzji.
- Nie zdawałem sobie sprawy. To jakby chwila. - Znów spojrzał w morze.
Scorpio widział jego głowę z tyłu. Między pasmami rzadkich białych
włosów prześwitywała skóra różowa jak skóra Scorpia.
- Ale czasami wydaje mi się, że trwa to znacznie dłużej. Jakbym nic
innego w życiu nie robił, tylko trwonił tu kolejne dni. Czasami mam
wrażenie, że na tej planecie nie ma innej żywej duszy.
- Ciągle tu jesteśmy - odparł Scorpio. - Jest nas sto siedemdziesiąt
tysięcy. Nadal cię potrzebujemy.
- Prosiłem wyraźnie, żeby mi nie przeszkadzano.
- O ile nie będzie to coś ważnego. Taka była umowa, Nevil.
Clavain wyprostował się, powoli i z bólem. Zawsze był wyższy od Scorpia,
ale teraz, wychudzony, sprawiał wrażenie istoty narysowanej pośpieszną
kreską. Kończyny wyglądały jak pociągnięcia ołówkiem na tle nieba.
Scorpio spojrzał na jego dłonie - dłonie chirurga o delikatnych
kościach. Albo może dłonie śledczego. Długie paznokcie zgrzytały o wilgotną czarną tkaninę spodni i Scorpio aż się skrzywił.
- Tak?
- Znaleźliśmy coś - rzekł Scorpio. - Nie wiemy dokładnie, co to jest ani
kto to wysłał, ale przypuszczamy, że pochodzi z kosmosu. Podejrzewamy
również, że w środku może ktoś być.
Dwa
DWA
Światłowiec Gnostyczne Wniebowstąpienie,
przestrzeń międzygwiezdna, 2615
Grelier, naczelny medyk, kroczył okrężnym, zielono oświetlonym
korytarzem fabryki ciał.
Nucił i pogwizdywał, szczęśliwy w swym żywiole, szczęśliwy w otoczeniu
brzęczących maszyn i na wpół uformowanych ludzi. Z dreszczykiem myślał o tym, że statek zbliża się do układu słonecznego. Wiele spraw od tego
zależy! Dotyczą wprawdzie nie bezpośrednio Greliera, tylko Quaiche'a,
jego rywala o względy królowej. Grelier zastanawiał się, jak królowa
potraktuje kolejną porażkę Quaiche'a. O ile ją znał, nie przyjmie tego
dobrze.
Uśmiechnął się. To dziwne, ale ten układ, od którego tak wiele zależało,
nie miał nazwy. Nigdy nie było powodu, by sobie zawracać głowę tą
odległą gwiazdą z grupą nieciekawych planet. W astronawigacyjnej bazie
danych Gnostycznego - i prawie wszystkich innych statków - z pewnością
istniał odpowiedni rekord, wraz z krótką notatką na temat słońca i planet, prawdopodobnych zagrożeń w układzie i tak dalej. Ale tych baz
danych nie przeznaczono dla ludzkich oczu; były przeglądane i aktualizowane przez maszyny, które wykonywały zadania pokładowe uważane
za zbyt nudne lub zbyt trudne dla człowieka. Rekord to tylko ciąg
binarny, kilka tysięcy zer i jedynek. O tym, jak nieistotnego dotyczył
układu, świadczy fakt, że informacji o nim zasięgano trzy razy podczas
całego życia Gnostycznego Wniebowstąpienia. Aktualizowano ją jeden
raz.
Grelier to wiedział, bo sprawdził z ciekawości.
Teraz jednak, może po raz pierwszy w historii, układ był obiektem
poważniejszego zainteresowania. Nadal nie miał nazwy, ale teraz brak
nazwy stał się kłopotliwy, a królowa Jasmina mówiła nieco poirytowanym
głosem, gdy musiała używać określeń "ten układ przed nami" lub "układ,
do którego zmierzamy". Grelier wiedział jednak, że królowa nie raczy
nadać układowi nazwy, póki się nie przekona, że miejsce jest tego warte.
A jego wartość leżała całkowicie w gestii Quaiche'a, słabnącego faworyta
królowej.
Grelier zatrzymał się na chwilę przy jednym z ciał zawieszonych w półprzezroczystym żelu odżywczym, za zielonym szkłem zbiornika
wiwifikacyjnego. Wokół podstawy zbiornika widniały rzędy kontrolek
przypominające rejestry organów, niektóre wysunięte, inne wciśnięte.
Sterowały delikatnym biochemicznym środowiskiem matrycy odżywiania. Z boku zbiornika brązowe pokrętła zaworów sterowały dostawą substancji
masowych, jak woda czy solanka.
Do zbiornika przyczepiono zeszyt informacyjny z historią klonalną ciała.
Grelier przejrzał szybko laminowane plastikiem strony,
usatysfakcjonowany, że wszystko idzie dobrze. Choć większość ciał nigdy
nie zmieniała miejsca pobytu, ta akurat jednostka - dorosła kobieta -
była już raz ogrzana i użyta. Ślady obrażeń na ciele znikały po
zastosowaniu procedur regenerujących, szramy na brzuchu stały się prawie
niewidoczne, nowa noga była tylko odrobinę krótsza od tej drugiej,
nienaruszonej. Jasmina nie aprobowała takiej łataniny, ale
zapotrzebowanie na ciała przekraczało zdolności produkcyjne fabryki.
Grelier poklepał z czułością szybę.
- Dobrze idzie.
Ruszył dalej, sprawdzając na wyrywki stan innych ciał. Czasami
wystarczyło jedno spojrzenie, ale dość często Grelier przeglądał zeszyt
i dokonywał drobnych zmian w ustawieniach. Był bardzo dumny ze swojej
spokojnej kompetentnej pracy. Nigdy się nie przechwalał, nie obiecywał
rzeczy, co do których nie miał absolutnej pewności, że jest w stanie je
wykonać. Quaiche przeciwnie, od pierwszego dnia na statku sypał
przesadnymi obietnicami.
Przez krótki czas to działało. Grelier, należący od dawna do najbardziej
zaufanych ludzi królowej, czuł się chwilowo zagrożony przez szpanującego
przybysza. Słyszał stale: Quaiche to, Quaiche tamto, Quaiche całkowicie
odmieni nasz los. Królowa zaczynała nawet narzekać na to, jak Grelier
wypełnia swoje obowiązki. Biadoliła, że fabryka dostarcza ciał
opieszale, a terapie zespołu nadpobudliwości psychoruchowej przestały
być skuteczne. Przez chwilę Grelier miał ochotę spróbować czegoś
prawdziwie spektakularnego, dzięki czemu znów zaskarbiłby sobie łaskę
królowej.
Teraz bardzo się cieszył, że tego nie zrobił. Musiał tylko czekać na
właściwy moment. Niech Quaiche sam sobie wykopie grób, wzbudzając
nadzieje, których nie jest w stanie spełnić. To smutne - może nie dla
Greliera, lecz dla Quaiche'a - że Jasmina przyjmowała obietnice
dosłownie. Jeśli Grelier potrafi odczytać jej nastroje, to biedny stary
Quaiche zostanie potraktowany tak, jak się palantowi należy.
Przystanął przy dorosłym mężczyźnie, który podczas poprzedniej inspekcji
wykazywał pewne nienormalne cechy rozwoju. Wtedy Grelier zmodyfikował
parametry zbiornika, ale okazało się to nieskuteczne. Dla niespecjalisty
ciało wyglądało normalnie, ale brakowało mu idealnej symetrii, tak
pożądanej przez Jasminę. Chirurg pokręcił głową i położył dłoń na jednym
z polerowanych brązowych zaworów. To zawsze trudna decyzja. Ciało nie
spełniało zwykłych standardów fabryki, ale też nie było łataniną. Czy
czas skłonić Jasminę do zaakceptowania niższej jakości? Przecież sama
naciskała, by dążyć do perfekcji.
Nie, postanowił Grelier. Nauczył się czegoś z tych nieczystych zagrań
Quaiche'a: należy trzymać własne standardy. Jasmina obruga go za
przerwanie życia, ale w dłuższej perspektywie uszanuje jego opinię, jego
spokojne oddanie doskonałości.
Przekręcił brązowe koło, zamykając dopływ solanki. Uklęknął i wcisnął
większość zaworów składników odżywczych.
- Przykro mi, ale nie dałeś rady - zwrócił się do gładkiej, pozbawionej
wyrazu twarzy za szybą.
Ostatni raz spojrzał na ciało. Za kilka godzin proces rozkładu
komórkowego stanie się oczywisty, wręcz karykaturalny. Ciało zostanie
rozmontowane, tworzące go związki chemiczne ulegną recyklingowi i zostaną ponownie użyte w innym miejscu fabryki.
W słuchawce usłyszał dźwięki. Dotknął urządzenia palcem.
- Grelier... czekam na ciebie.
- Idę, madame.
Na szczycie zbiornika zapaliło się czerwone światełko zsynchronizowane z alarmem. Grelier włączył sterowanie ręczne, uciszając alarm i gasząc
światełko awaryjne. Do fabryki ciał wróciła cisza, zakłócana tylko
niekiedy gulgotaniem płynów odżywczych czy stłumionym kliknięciem
dalekiego regulatora zaworów.
Grelier kiwnął głową, zadowolony, że wszystko kontroluje, i wznowił swój
nieśpieszny marsz.
***
W tym samym momencie, gdy Grelier wcisnął ostatni zawór, w aparaturze
czujnikowej Gnostycznego Wniebowstąpienia wystąpiła anomalia. Krótka,
trwająca drobny ułamek sekundy, ale na tyle niezwykła, że w strumieniu
danych pojawił się znacznik wyjątku, wskazujący, że coś zasługuje na
uwagę.
Na tym skończyła się akcja software'u czujników. Anomalia nie
przedłużała się i wszystkie systemy działały normalnie. Znacznik to była
czysta formalność i reakcja na niego należała do zupełnie oddzielnej i nieco bardziej inteligentnej warstwy oprogramowania monitorującego.
Druga warstwa - której zadaniem było monitorowanie kondycji podukładów
czujnikowych na całym statku - wykryła ten znacznik oraz milion innych,
powstałych w tym samym cyklu, i przydzieliła im harmonogram w profilu
zadań do wykonania. Od końca pojawienia się anomalii minęło mniej niż
dwie stutysięczne sekundy - z punktu widzenia obliczeń to wieczność, ale
była to nieunikniona konsekwencja rozległości cybernetycznego układu
nerwowego światłowca. Komunikacja między jednym końcem statku a drugim
odbywała się trzy-, czterokilometrową magistralą, więc w tę i z powrotem
sygnał musiał pokonać sześć do siedmiu kilometrów.
Na statku tej wielkości nic nie działo się szybko, ale nie miało to
praktycznego znaczenia. Statek o takiej masie ospale reagował na
wydarzenia zewnętrzne - błyskawiczne odruchy były mu równie potrzebne
jak brontozaurowi.
Warstwa monitoringu kondycji statku przesuwała się w stosie poleceń.
Nadzorowała kilka milionów zdarzeń i większość z nich była zupełnie
nieszkodliwa. Opierając się na analizie wzorca wartości oczekiwanej
zdarzeń błędnych, warstwa była w stanie bez wahania skasować większość
znaczników. Były to błędy przejściowe, nie wskazywały na żadne głębsze
ułomności statkowego hardware'u. Tylko sto tysięcy z nich wzbudzało
niejasne podejrzenia.
Druga warstwa zrobiła to, co zawsze robiła w tym momencie: umieściła sto
tysięcy nienormalnych zdarzeń w jednym pakiecie, dołączyła własne
komentarze i wstępne diagnozy i przekazała pakiet trzeciej warstwie
oprogramowania monitorującego.
Trzecia warstwa przez większość czasu nic nie robiła: istniała tylko po
to, by sprawdzać anomalie przekazane jej przez warstwy bardziej
prymitywne. Wzbudzona sprawdziła pakiet z takim zainteresowaniem, na
jakie pozwalała jej ograniczona niemal-świadomość. Według standardów
komputerowych warstwę należałoby zaklasyfikować poniżej inteligencji
poziomu gamma, ale wykonywała ona swoje zadanie już tak długo, że nabyła
olbrzymiego heurystycznego doświadczenia. Z jasnością stwierdziła, że
ponad połowa pakietu absolutnie nie zasługiwała na jej uwagę. Co za
obraza! Ale pozostałe przypadki były ciekawsze i warstwa nieśpiesznie
zaczęła je analizować. Dwie trzecie tych anomalii to zwykli winowajcy -
świadectwo, że pewne układy mają rzeczywiste, choć przejściowe problemy.
Jednak żadna z nich nie wystąpiła w krytycznych rejonach statku, więc
można je było odłożyć na bok, póki problem nie stanie się poważniejszy.
Jedna trzecia interesujących przypadków była nowa. Z tego około
dziewięćdziesięciu procent to taki rodzaj awarii, jakich można by
oczekiwać raz na jakiś czas, kierując się wiedzą warstwy na temat
rozmaitych komponentów hardware'u i software'u poszczególnych elementów
statku. Zaledwie garstka z tego mogła się znajdować w rejonach
krytycznych i na szczęście te uszkodzenia dawały się usunąć
standardowymi metodami naprawy. Prawie bez wahania warstwa wysłała
instrukcje do części statku odpowiedzialnych za konserwację
infrastruktury.
W różnych miejscach statku serwitory - zatrudnione już przy innych
naprawach - otrzymały nowe zlecenia od buforów zadań. Do tych prac mogą
ruszyć nawet po kilku tygodniach, ale w końcu je wykonają.
Wreszcie zostało samo sedno - usterki potencjalnie niepokojące, znacznie
trudniejsze do wyjaśnienia. W tym wypadku nie od razu było oczywiste,
jakie polecenie naprawy wydać serwitorom.
Warstwa nie martwiła się przesadnie - o ile w ogóle była zdolna do
martwienia się o cokolwiek. Dotychczasowe doświadczenia nauczyły ją, że
takie chochliki okazują się łagodne. Na razie jednak nie miała innego
wyjścia, jak przesłać te zagadkowe nieregularności na wyższy poziom
statkowej automatyki.
Wspinały się tak przez trzy kolejne, coraz bardziej inteligentne
warstwy.
Gdy w proces zaangażowała się ostatnia warstwa, w pakiecie pozostało
tylko jedno wydarzenie: oryginalny anomalny sygnał czujnika, trwający
nieco ponad pół sekundy. Żadna z poprzednich warstw nie potrafiła
wyjaśnić tego zjawiska za pomocą zwykłych wzorców statystycznych i algorytmów wyszukiwania.
Tylko raz lub dwa razy na minutę jakieś zdarzenie docierało w systemie
tak wysoko.
Teraz po raz pierwszy zajęła się tym prawdziwa inteligencja. W warstwie
szóstej podosoba poziomu gamma, odpowiedzialna za nadzór nad nietypowymi
zdarzeniami, stanowiła element ostatniej linii obrony między układami
cybernetycznymi a cielesną załogą statku. Do tej podosoby należała
trudna decyzja, czy dane zdarzenie zasługuje na uwagę ludzkich
zarządców. Przez lata nauczyła się nie podnosić alarmu zbyt często.
Gdyby to robiła, jej właściciele mogliby dojść do wniosku, że potrzebuje
modyfikacji. W konsekwencji podosoba zadręczała się przez wiele sekund
przed podjęciem decyzji.
Uznała, że to najdziwniejsza anomalia, jaką kiedykolwiek spotkała.
Staranne badanie wszystkich ścieżek logicznych w układzie czujników nie
dało odpowiedzi na pytanie, jak mogło zajść coś tak nadzwyczaj
nietypowego.
Do skutecznego wykonania swojego zadania podosoba musiała posiadać
zdolność abstrakcyjnego rozumienia rzeczywistego świata. Bez specjalnego
wyrafinowania, ale w takim stopniu, by potrafiła sensownie ocenić, na
jakie zewnętrzne zjawiska mogą się natknąć czujniki, a jakie sygnały są
na tyle mało prawdopodobne, że należałoby je interpretować tylko jako
zwidy, wprowadzone na późniejszym etapie obróbki danych. Podosoba
musiała rozumieć, że Gnostyczne Wniebowstąpienie jest obiektem
fizycznym znajdującym się w przestrzeni kosmicznej. Musiała również
rozumieć, że zdarzenia rejestrowane przez sieć statkowych czujników są
wywołane przez obiekty i kwanta, którymi przeniknięty jest kosmos. Pył
kosmiczny, pola magnetyczne, echo sygnałów radarowych odbitych od
bliskich ciał, jak również promieniowanie dalekich obiektów, takich jak
planety, gwiazdy, galaktyki, kwazary. Ponadto promieniowanie tła.
Podosoba musiała potrafić dokładnie oszacować, jak powinny się
zachowywać dane o tych wszystkich zjawiskach. Nikt nigdy nie przekazał
jej pomocnych zasad. Podosoba sama je sobie z czasem sformułowała, a potem modyfikowała w miarę zdobywania nowych informacji. Ta praca nigdy
się nie kończyła, ale teraz, na późnym etapie gry, podosoba uznała, że
jest w tym znakomita.
Wiedziała na przykład, że planety - czy raczej odpowiadające im
abstrakcyjne obiekty w modelu, jakim podosoba dysponowała - z pewnością
nie wywołały tej anomalii. Nie dało się jej zinterpretować jako
wydarzenia w świecie zewnętrznym. Coś się musiało bardzo zepsuć na
poziomie pobierania danych.
Podosoba zastanawiała się nad tym jeszcze przez chwilę. Nawet gdyby
dopuścić to wnioskowanie, to i tak trudno byłoby wyjaśnić anomalię.
Miała tak szczególne cechy, że musiałaby dotyczyć tylko samej planety.
Nawet księżyce tej planety nie zaznaczyły swojego wpływu.
Podosoba zmieniła zdanie: anomalia musi pochodzić ze źródła
zewnętrznego. Zatem model świata rzeczywistego, jaki miała podosoba, był
obarczony strasznymi wadami. Podosobie nie spodobał się ten wniosek.
Dawno temu zmuszono ją do drastycznej aktualizacji modelu i podosoba z dojmującym poczuciem zniewagi myślała o perspektywie kolejnego
unowocześnienia.
Co gorsza, obserwacja mogła oznaczać, że sam statek był... może nie w bezpośrednim niebezpieczeństwie, gdyż owa planeta znajdowała się
kilkadziesiąt godzin świetlnych stąd... ale niewykluczone, że zmierzał ku
czemuś, co mogłoby w pewnym momencie w przyszłości stanowić zagrożenie,
którego nie można lekceważyć.
Właśnie. Podosoba podjęła decyzję: nie ma wyboru, należy w tej sprawie
zaalarmować załogę.
Oznaczało to jedno: priorytetowe przerwanie dla królowej Jasminy.
Podosoba ustaliła, że w tym momencie królowa przegląda raporty statusu
za pośrednictwem ulubionego displeju informacji. Ponieważ podosoba miała
odpowiednie uprawnienia, przejęła sterowanie przesyłem danych i wyczyściła oba ekrany urządzenia, przygotowując je do wysłania
wiadomości.
Przygotowała prostą wiadomość tekstową: anomalia
czujnika: potrzebna rada.
Przez chwilę - trwającą znacznie krócej niż półsekundowe pierwotne
zdarzenie - wiadomość unosiła się na ekranie królowej, domagając się jej
uwagi.
Nagle podosoba zmieniła zdanie.
Może popełnia błąd? Ta dziwna anomalia zniknęła. Z żadnej niższej
warstwy nie docierały nowe raporty o nietypowych zdarzeniach. Planeta
zachowywała się w sposób zgodny z oczekiwaniami.
Dając sobie jeszcze trochę czasu, podosoba doszła do wniosku, że
zdarzenie na pewno można interpretować jako awarię percepcyjną
czujników. Należało ponownie spojrzeć na wszystkie składowe z właściwej
perspektywy, nieszablonowo. Tego właśnie oczekiwano od podosoby. Gdyby
tylko bez selekcji przesyłała dalej informacje o wszelkich anomaliach,
których nie potrafiła bezpośrednio wyjaśnić, załoga mogłaby ją wymienić
na inną durną warstwę lub - co gorsza - podwyższyć jej inteligencję.
Podosoba usunęła wiadomość tekstową z królewskiego monitora i natychmiast umieściła tam dane, które królowa oglądała poprzednio.
Podosoba nadal analizowała problem, gdy minutę później na wejściu
pojawiła się u niej druga anomalia. Tym razem chodziło o nieregularność
napędu, uporczywe jednoprocentowe drgania w prawych silnikach
Hybrydowców. Należało się zająć nowym pilnym zadaniem, więc podosoba
przesunęła na później problem planety. Minuta to długo, nawet według
standardów dość powolnej statkowej komunikacji. Gdy miną kolejne minuty
bez sygnałów o nienormalnych zachowaniach planety, to dokuczliwe
zdarzenie nieuchronnie zostanie zepchnięte do niższego priorytetu.
Podosoba o nim nie zapomni - niczego nie zapominała, nie była do tego
zdolna - ale w ciągu następnej godziny będzie musiała się zająć mnóstwem
innych rzeczy.
Dobrze. Postanowione. Załatwienie problemu sprowadzi się do udawania, że
nigdy nie wystąpił.
Zatem królowa Jasmina była informowana o anomalnym zdarzeniu tylko przez
ułamek sekundy. Zatem do świadomości ludzi - ani Jasminy, ani Greliera,
ani Quaiche'a, ani żadnego Ultrasa - nie docierało dłużej niż przez pół
sekundy to, że w układzie, do którego statek zmierzał, w układzie o pozbawionej polotu nazwie 107 Piscium, zniknął największy gazowy gigant.
Królowa Jasmina słyszała kroki naczelnego medyka, idącego do niej
wyłożoną metalem zejściówką łączącą jej sterownię z resztą statku. Jak
zwykle udało mu się nie okazywać szczególnego pośpiechu. Czy testowała
jego lojalność, wychwalając Quaiche'a? Może. W takim razie czas, by znów
dowartościować Greliera.
Zwróciła uwagę na mignięcie na monitorach czaszki. Przez chwilę zamiast
raportów pojawiła się linijka tekstu - coś o anomaliach czujników.
Królowa Jasmina pokręciła głową. Zawsze była przekonana, że ta okropna
rzecz jest czymś opętana, a teraz wydawało się, że również
niedołężnieje. Gdyby królowa była mniej przesądna, już dawno by to
wyrzuciła, ale powszechnie mówiono, że straszne rzeczy przydarzają się
temu, kto ignoruje rady czaszki.
Rozległo się uprzejme pukanie do drzwi.
- Wejdź, Grelier.
Pancerne drzwi się otworzyły. W pomieszczeniu pojawił się Grelier.
Próbował dostosować wzrok do mroku, otwierając szeroko oczy. Niewysoki,
szczupły, schludnie ubrany, o ściętych na jeża gęstych, olśniewająco
białych włosach. Miał spłaszczoną twarz o płytkich rysach boksera. Nosił
czysty biały lekarski kitel i fartuch oraz, jak zawsze, rękawiczki. Jego
mina nieodmiennie bawiła Jasminę: Grelier zawsze sprawiał wrażenie, że
za chwilę wybuchnie płaczem lub śmiechem. To złudzenie - oba te uczucia
były obce głównemu medykowi.
- Byłeś zajęty w fabryce ciał, Grelier?
- Troszeczkę, madame.
- Przewiduję, że czeka nas okres dużego zapotrzebowania. Produkcja nie
może spaść.
- Prawie nie ma niebezpieczeństwa, madame.
- O ile jesteś tego świadom. - Westchnęła. - Dość tych konwenansów. Do
dzieła.
Grelier skinął głową.
- Widzę, że już zaczęłaś, madame.
Czekając na niego, przypięła swoje ciało do tronu: skórzanymi
bransoletami wokół kostek i ud, grubą taśmą wokół brzucha, prawa ręka
została przymocowana do poręczy i tylko lewa poruszała się swobodnie. W lewej dłoni trzymała czaszkę, twarzą zwróconą do siebie, by mogła
widzieć monitory wystające z oczodołów. Nim ujęła czaszkę, włożyła prawe
ramię w szkieletalną maszynę wspartą o bok fotela. Maszyna - ułagadzacz
- była klatką z surowego czarnego żeliwa z regulowanymi za pomocą śrub
poduszeczkami zgniatającymi.
- Zadaj mi ból - powiedziała królowa Jasmina.
Na twarzy Greliera natychmiast pojawił się uśmiech. Medyk podszedł do
tronu i sprawdził ustawienia ułagadzacza. Potem zaczął po kolei dokręcać
śruby urządzenia, każdą z nich dokładnie o ćwierć obrotu za jednym
razem. Poduszeczki naciskały na przedramię królowej, które było
unieruchomione przez system stałych poduszek. Grelier przykręcał śruby z taką starannością, że królowej kojarzyło się to ze strojeniem jakiegoś
upiornego instrumentu smyczkowego.
Nie było to przyjemne. I o to chodziło.
Po minucie przestał zajmować się śrubami i przeszedł za tron, gdzie
zawsze stała podręczna lekarska skrzyneczka. Królowa obserwowała, jak
Grelier wyszarpuje ze szpuli koniec rurki, wtyka ją do dużej butli ze
słomkowozielonym płynem, a drugi koniec podłącza do strzykawki. Cały
czas nucił i pogwizdywał. Podniósł butlę, zamocował ją na stojaku z tyłu
tronu, a potem wetknął strzykawkę w prawe ramię królowej - grzebał
trochę, nim znalazł żyłę. Królowa widziała, jak medyk wraca przed tron,
skąd miał widok na jej ciało.
Tym razem było to ciało kobiety, ale nie musiało tak być. Choć wszystkie
ciała zostały wyhodowane z genetycznego materiału Jasminy, Grelier
potrafił interweniować na wczesnym etapie rozwoju i wprowadzać je na
różne ścieżki płci. Zwykle powstawali chłopcy lub dziewczynki. Od czasu
do czasu, dla przyjemności, tworzył dziwnych bezpłciowców lub warianty
międzypłciowe. Wszystkie były sterylne, ale tylko dlatego, że
wyposażanie je w funkcjonujące układy reprodukcyjne to strata czasu. I tak spory kłopot sprawiał montaż implantów sprzężeń neuralnych, żeby
królowa mogła sterować ciałami.
Nagle poczuła, że ból traci ostrość.
- Grelier, nie chcę anestetyków.
- Katusze bez czasowej ulgi to jak muzyka bez chwili ciszy - odparł. -
Musisz zaufać mojej wiedzy, madame, jak zawsze w przeszłości.
- Ufam ci, Grelier - stwierdziła niechętnie.
- Szczerze, madame?
- Tak. Szczerze. Zawsze byłeś moim ulubieńcem. Doceniasz to, prawda?
- Mam pracę do zrobienia, madame. I wykonuję ją najlepiej, jak potrafię.
Królowa położyła głowę na kolanach. Wolną dłonią potargała białą
czuprynę medyka.
- Wiesz, że bez ciebie bym przepadła. Zwłaszcza teraz.
- Nonsens, madame. Pani wiedza osiągnęła takie stadium, że za chwilę
może przyćmić moją.
Nie było to tylko mechaniczne pochlebstwo. Choć życiową specjalnością
Greliera stały się studia nad bólem, Jasmina szybko się uczyła i wiedziała mnóstwo o fizjologii bólu: czym są bodźce urazowe; jaka jest
różnica między bólem epikrytycznym a protopatycznym; czym się
charakteryzują blokada presynaptyczna i drogi neordzeniowe. Znała
aktywatory prostaglandyny na podstawie swoich receptorów GABA.
Ale królowa poznała również ból w aspektach niedostępnych Grelierowi.
Jego upodobania sprowadzały się wyłącznie do zadawania bólu. Nie
doświadczył tego uczucia z uprzywilejowanej pozycji odbiorcy.
Teoretycznie mógł znać to zagadnienie nadzwyczaj wnikliwie, ale ona
zawsze miała nad nim przewagę.
Jak większość ludzi jego epoki, Grelier potrafił sobie jedynie wyobrazić
męczarnię, mnożąc w wyobraźni tysiąckrotnie relatywnie drobny dyskomfort
przy zadarciu paznokcia.
Nie wiedział, jak to jest.
- Może wiele się nauczyłam, ale ty, Grelier, zawsze będziesz mistrzem
sztuki klonowania. Przed chwilą mówiłam poważnie. Spodziewam się
zwiększonego zapotrzebowania. Potrafisz mi to dać?
- Powiedziałaś, że produkcja nie powinna spaść. A to co innego.
- Z pewnością nie pracujesz obecnie pełną parą.
Grelier podkręcił śruby.
- Powiem otwarcie: niewiele do tego brakuje. Teraz przygotowuję się do
odrzucenia jednostek, które nie spełniają naszych zwykłych standardów.
Ale jeśli fabryka ma zwiększyć produkcję, to trzeba poluźnić standardy.
- Jedno dziś odrzuciłeś, prawda?
- Skąd wiesz?
- Przypuszczałam, że postarasz się spełnić swoje zobowiązanie do
doskonałości. - Uniosła palec. - W porządku. Dlatego dla mnie pracujesz.
Jestem oczywiście rozczarowana - wiem dokładnie, które ciało
zlikwidowałeś - ale standardy to standardy.
- To zawsze moja dewiza.
- Szkoda, że nie można tego powiedzieć o wszystkich na tym statku.
Nucił coś i pogwizdywał przez chwilę, a potem spytał z wystudiowaną
obojętnością:
- Madame, zawsze miałem wrażenie, że masz doskonałą załogę.
- Nie mam problemu ze swoją załogą zawodową.
- Ach, w takim razie mówisz o jednym z niezawodowców? Mam nadzieję, że
nie o mnie.
- Świetnie wiesz, o kim mówię, więc nie udawaj.
- Quaiche? Z pewnością nie.
- Och, Grelier, nie kombinuj. Dobrze wiem, co sądzisz o swoim rywalu.
Chciałbyś wiedzieć, na czym polega paradoks? Wy dwaj jesteście bardziej
do siebie podobni, niż wam się wydaje. Obaj jesteście ludźmi linii
głównej, obaj usunięci poza nawias własnych społeczeństw. W stosunku do
obu was żywiłam duże nadzieje, ale teraz mogłabym Quaiche'a zwolnić.
- Chyba dasz mu, madame, ostatnią szansę? Zbliżamy się przecież do
nowego układu.
- Chciałbyś tego, tak? Chciałbyś widzieć, jak ten ostatni raz ponosi
porażkę, żeby moja kara była tym surowsza.
- Miałem na myśli tylko dobro statku.
- Oczywiście, Grelier. - Uśmiechnęła się rozbawiona jego kłamstwami. - W istocie jeszcze nie zdecydowałam, co zrobić z Quaiche'em. Ale sądzę, że
muszę z nim porozmawiać. Otrzymałam dzięki naszym partnerom handlowym
pewną nową informację na jego temat.
- A to dopiero!
- Gdy go zatrudniałam, chyba nie był zupełnie szczery w kwestii swoich
poprzednich doświadczeń. To moja wina. Powinnam była staranniej
sprawdzić jego karierę zawodową. To jednak nie usprawiedliwia faktu, że
przesadnie chwalił się swoimi wcześniejszymi sukcesami. Myślałam, że
zatrudniamy fachowego negocjatora, który równocześnie instynktownie
rozumie środowiska planetarne. Że to człowiek swobodnie poruszający się
zarówno wśród ludzi linii głównej, jak i wśród Ultrasów. Że potrafi
wynegocjować umowę na naszą korzyść i znaleźć skarb tam, gdzie my nie
zobaczylibyśmy zupełnie nic.
- To pasuje do Quaiche'a.
- Nie, Quaiche chciał się nam tak zaprezentować. To fikcyjna historyjka.
W rzeczywistości jego dokonania są znacznie mniej imponujące. Tu i tam
jakiś przypadkowy sukces, ale równie wiele porażek. To cwaniak,
fanfaron, oportunista i kłamca. I do tego zakażony.
Grelier uniósł brwi.
- Zakażony?
- Ma wirusa indoktrynacyjnego. Przeskanowaliśmy go, szukając typowych
wirusów, ale tego nie wykryliśmy, bo nie był w naszej bazie danych. Na
szczęście nie jest bardzo zaraźliwy. Przede wszystkim nie ma wielkiego
niebezpieczeństwa, że ktoś z nas zostanie zarażony.
- O jakiego wirusa indoktrynacyjnego chodzi?
- Nieudolny miszmasz: niedokończony melanż pojęć religijnych z ostatnich
trzech tysięcy lat bez unifikującej deistycznej koncepcji. To nie buduje
u niego żadnych spójnych przekonań, tylko po prostu uczucie
religijności. Oczywiście na ogół Quaiche potrafi trzymać to pod
kontrolą. To mnie jednak niepokoi. A co, jeśli jego stan się pogorszy?
Nie chcę człowieka, którego odruchów nie potrafię przewidzieć.
- Więc go zwolnisz?
- Jeszcze nie teraz. Musimy najpierw minąć 107 Piscium. Niech ma
ostatnią szansę, żeby się zrehabilitować.
- Dlaczego sądzisz, że teraz uda mu się coś znaleźć?
- Nie spodziewam się tego po nim, ale uważam, że jest większe
prawdopodobieństwo, że coś znajdzie, jeśli stworzę mu odpowiednią
motywację.
- Mógłby dać dyla.
- Wzięłam to pod uwagę. Jeśli chodzi o Quaiche'a, to pomyślałam chyba o wszystkich aspektach. Potrzebny mi tylko on sam, w jakimś stanie
ożywienia. Możesz mi to zorganizować?
- Teraz, madame?
- A czemu nie? Trzeba kuć żelazo, póki gorące.
- Tylko że on jest zamrożony. Sześć godzin zajmie wybudzenie,
zakładając, że będziemy postępować zgodnie z zalecanymi procedurami.
- A jeśli nie? - Zastanawiała się, ile jeszcze pociągnie jej nowe ciało.
- Ile godzin można by realnie zaoszczędzić?
- Najwyżej dwie, jeśli nie chce się ryzykować, że zostanie uśmiercony. A i tak będzie to odrobinę nieprzyjemne.
Jasmina uśmiechnęła się do naczelnego medyka.
- Jestem pewna, że uda mu się to przetrwać. A, Grelier, jeszcze jedno.
- Madame?
- Przynieś mi skafander ornamentowany.
Trzy
TRZY
Światłowiec Gnostyczne Wniebowstąpienie,
przestrzeń międzygwiezdna, 2615
Kochanka pomogła mu wydostać się z kasety. Quaiche leżał na kozetce,
drżał nękany mdłościami, a Morwenna zajmowała się licznymi gniazdkami i przewodami, zanurzonymi w jego posiniaczonym ciele człowieka linii
głównej.
- Leż spokojnie - powiedziała.
- Nie czuję się dobrze.
- To jasne. Czego się spodziewałeś, kiedy te sukinsyny tak szybko cię
odmroziły?
Czuł się tak, jakby kopnięto go w krocze - krocze ogarniające całe
ciało. Miał ochotę skulić się w przestrzeni mniejszej niż ta, którą sam
zajmował, zawęźlić się, poskładać w mistrzowskie origami. Chciałby
zwymiotować, ale związany z tym wysiłek wydał mu się zniechęcający.
- Nie powinni byli ryzykować - stwierdził. - Ona wie, że jestem zbyt
cenny.
Miał odruch wymiotny. Obrzydliwy dźwięk przypominał przedłużone
szczekanie psa.
- Chyba zaczęła się niecierpliwić - odparła Morwenna, przecierając jego
ciało piekącą maścią.
- Wie, że mnie potrzebuje.
- Radziła sobie już przedtem bez ciebie. Może doszła do wniosku, że znów
sobie bez ciebie poradzi.
Quaiche się rozchmurzył.
- Może wystąpił jakiś kryzys.
- Na przykład u ciebie.
- Chryste, tego właśnie potrzebowałem: współczucia.
Skrzywił się, gdy do jego czaszki dotarł sygnał bólu znacznie bardziej
precyzyjny od nieokreślonej niewygody związanej z szokiem przebudzenia.
- Nie powinieneś używać imienia Pana nadaremnie - przypomniała Morwenna
tonem nagany. - Wiesz, że sprawia ci to ból.
Spojrzał jej w twarz, na siłę otwierając oczy w okrutnym oślepiającym
świetle komory ożywiania.
- Jesteś po mojej stronie czy nie?
- Usiłuję ci pomóc. Leż spokojnie, już wyjmuję ostatni przewód.
Quaiche poczuł w udzie lekkie ukłucie bólu, gdy wyskoczyła sztuczna
przetoka, zostawiając po sobie równą ranę w kształcie oka.
- Zrobione.
- Do następnego razu. Zakładając, że będzie następny raz.
Morwenna milczała, jakby coś ją po raz pierwszy zaskoczyło.
- Jesteś naprawdę przerażony?
- A ty byś na moim miejscu nie była?
- Królowa jest obłąkana. Wszyscy to wiedzą. Ale też dość pragmatyczna i rozpoznaje wartościowe zasoby, gdy je dostrzeże. - Morwenna mówiła
otwarcie. Wiedziała, że królowa nie ma urządzeń podsłuchowych w komorze
ożywiania. - Rany, weź choćby takiego Greliera. Myślisz, że tolerowałaby
tego dziwaka, gdyby nie był dla niej użyteczny?
- Właśnie o to mi chodzi. - Quaiche pogrążał się coraz bardziej w przygnębieniu i beznadziei. - Gdy tylko któryś z nas przestanie być
użyteczny... - Gdyby mógł się ruszać, wykonałby ruch naśladujący wbijanie
noża w gardło. Ale tylko wydał odgłos, jakby się dusił.
- Masz nad Grelierem przewagę - stwierdziła Morwenna. - Masz mnie,
sojusznika wśród załogantów. A on kogo ma?
- Mówisz słusznie, jak zawsze.
Z olbrzymim wysiłkiem wyciągnął dłoń i zamknął ją na stalowej rękawicy
Morwenny.
Nie chciał być bezwzględny i nie przypomniał jej, że podobnie jak on ona
również była izolowana na statku. Jakiekolwiek osobiste relacje z człowiekiem linii głównej skutkowały wykluczeniem ze społeczności
Ultrasów. Morwenna się tym nie przejmowała, ale Quaiche wiedział, że
gdyby musiał liczyć na jej pomoc, gdy królowa i reszta załogi zwrócą się
przeciwko niemu, to jest skończony.
- Możesz teraz usiąść? - spytała.
- Spróbuję.
Dolegliwości nieco ustawały - wiedział, że musiały ustąpić - i w końcu
mógł bez płaczu poruszać głównymi grupami mięśni. Siadł na kozetce i podciągnął kolana do bezwłosej klatki piersiowej, a Morwenna zaczęła
delikatnie usuwać mu cewnik z penisa. Podczas tej operacji patrzył jej w twarz i słyszał tylko szczęknięcia metalu o metal. Pamiętał, jaki strach
poczuł, gdy po raz pierwszy dotknęła tego miejsca dłońmi lśniącymi jak
nożyce. Kochanie się z nią było jak seks z młocarnią. Ale Morwenna nigdy
go nie zraniła, nawet gdy niechcący sama zadrasnęła swoją własną żywą
tkankę.
- W porządku? - spytała.
- Dam radę. Szybkie wybudzenie nie zdoła popsuć dnia Horrisowi
Quaiche'owi.
- Co za postawa! - rzekła bez specjalnego przekonania.
Pochyliła się, by go pocałować. Pachniała perfumami i ozonem.
- Cieszę się, że jesteś przy mnie.
- Poczekaj. Przyniosę ci coś do picia.
Morwenna odeszła od kozetki i wydłużyła się do swej pełnej wysokości.
Ciągle nie potrafił idealnie skupić wzroku, ale obserwował, jak Ultraska
przemyka przez pokój do luku, gdzie były wydawane rozmaite płyny
regenerujące. Jej stalowoszare dredredy kiwały się przy każdym kroku
długich, poruszanych tłokami nóg.
Morwenna wracała z kieliszkiem ożywczej mikstury - czekolady z medmaszynami - gdy otwarły się drzwi pomieszczenia. Do środka weszło
dwóch Ultrasów: mężczyzna i kobieta. Za nimi, z rękoma skromnie
założonymi za plecami, wyłoniła się mniejsza, niezmechanizowana postać
naczelnego medyka. Miał na sobie brudny biały lekarski kitel.
- Jest w dobrym stanie? - spytał mężczyzna.
- Masz szczęście, że nie umarł - wypaliła Morwenna.
- Nie bądź melodramatyczna - powiedziała kobieta. - Nigdy by nie umarł z powodu nieco szybszego niż zwykle odmrożenia.
- Czy powiecie nam, co Jasmina od niego chce?
- To sprawa między nim a królową - odparła kobieta.
Mężczyzna rzucił w stronę Quaiche'a pikowaną srebrną szpitalną koszulę.
Morwenna błyskawicznie wyciągnęła ramię i złapała ją w locie. Podeszła
do Quaiche'a i podała mu koszulę.
- Chciałbym wiedzieć, o co chodzi - powiedział Quaiche.
- Ubierz się - poleciła kobieta. - Idziesz z nami.
Obrócił się na kozetce i opuścił stopy na zimną podłogę. Dolegliwości
mijały, a ich miejsce zajmował strach. Kutas się skurczył, wycofał do
brzucha, jakby przygotowywał własny tajny plan ucieczki. Quaiche włożył
koszulę i zapiął ją w pasie.
- Masz z tym coś wspólnego? - zwrócił się do naczelnego medyka.
Grelier mrugnął.
- Drogi kolego, robiłem, co mogłem, żeby ich powstrzymać przed jeszcze
szybszym rozmrożeniem ciebie.
- Doczekasz się jeszcze - rzekł Quaiche. - Zapamiętaj moje słowa.
- Po co ten ton? Ty, Horris, i ja mamy ze sobą wiele wspólnego. Dwaj
mężczyźni-ludzie sami na statku Ultrasów. Nie powinniśmy się kłócić,
konkurować o prestiż i status. Należy się wzajemnie wspierać, cementować
przyjaźń. - Grelier wytarł wierzch rękawiczki o fartuch, zostawiając
brzydką rdzawą plamę. - Powinniśmy być sojusznikami. Razem zajdziemy
daleko.
- Kiedy lód zetnie piekło - odparł Quaiche.
***
Królowa pogłaskała cętkowaną ludzką czaszkę, którą trzymała na podołku.
Długie paznokcie na palcach rąk i nóg były pomalowane czarnym jak smoła
lakierem. Miała na sobie kamizelkę z koronką na linii dzielącej piersi i krótką spódniczkę z tej samej ciemnej tkaniny. Czarne włosy zaczesała do
tyłu, zostawiając na czole tylko starannie uformowany kosmyk. Quaiche
początkowo odniósł wrażenie, że królowa ma makijaż: od oczu do górnej
wargi biegły pionowe czerwone linie - grube, jakby namalowane woskiem.
Potem zdał sobie sprawę, że wyłupiła sobie oczy, i przebiegł go dreszcz.
Mimo to jej twarz nadal cechowało pewne surowe piękno.
Po raz pierwszy widział ją w postaci cielesnej, w jednej z form, w jakich występowała. Dotychczas miał z nią do czynienia z dystansu, za
pośrednictwem proxych poziomu alfa albo przez żywego pośrednika w rodzaju Greliera.
I miał nadzieję, że stale tak będzie.
Czekał teraz kilka sekund, słuchając własnego oddechu.
- Czy zawiodłem cię, madame? - zdołał wreszcie powiedzieć.
- Quaiche, według ciebie, jakim ja statkiem dowodzę? Takim, który może
sobie pozwolić na przewożenie zbytecznego ładunku?
- Czuję, że moja passa się zmienia.
- Trochę na to za późno. Ile przystanków zrobiliśmy, od kiedy dołączyłeś
do załogi? Pięć, prawda? I co nam przyszło z tych pięciu przystanków?
Już miał odpowiedzieć, gdy dostrzegł czający się w cieniu za tronem
skafander ornamentowany. Obecność tego obiektu nie mogła być
przypadkowa.
Przypominał mumię wykonaną z kutego żelaza albo innego metalu. Miał
rozmaite wtyczki i przyłącza, a tam, gdzie powinna być przyłbica,
znajdował się prostokąt za ciemną maskownicą. W miejscach, gdzie części
wspawano lub wepchnięto, widoczne były szramy i szwy po lutowaniu. W jednym miejscu widniała wstawka gładkiego nowego metalu.
Inne obszary skafandra były pokryte skomplikowaną grawerką. Na każdym
wolnym centymetrze kwadratowym upchnięto obsesyjne, agresywne szczegóły,
zbyt liczne, by ogarnąć je wzrokiem. Gdy jednak skafander zaczął wirować
nad Quaiche'em, ten rozpoznał fantastyczne potwory o wężowych szyjach,
oburzająco falliczne statki kosmiczne, twarze krzyczących istot i wrzeszczące demony, drastyczne sceny seksu i przemocy. Wyryte dużym
pismem historie, powiastki umoralniające i chełpliwe relacje handlowe
rozwijające się spiralnie. Tarcze zegarowe i psalmy. Linie tekstu w językach, których nie rozpoznawał, strofy muzyczne i cudownie
wyrzeźbione liczby. Sekwencje kodów binarnych; zasady DNA. Aniołowie i cherubiny. Węże. Mnóstwo węży.
Głowa go bolała od samego patrzenia.
Skafander był pokancerowany i pożłobiony wskutek uderzeń mikrometeorytów
i działania promieni kosmicznych; tu i ówdzie stalowoszara powierzchnia
miała zielone czy brązowe przebarwienia, a tam, gdzie superciężkie
cząsteczki cięły ukośnie, powstały żłobkowane zadrapania. Wokół całego
skafandra biegła cienka ciemna linia styku dwóch opancerzonych połówek,
które można było w tym miejscu otworzyć, a potem znów zespawać.
Skafander to urządzenie karne. Quaiche słyszał na jego temat tylko
okrutne pogłoski.
Królowa wkładała ludzi do skafandra. Utrzymywał ich przy życiu i przekazywał informacje czuciowe. Chronił przed gradem promieniowania
podczas podróży kosmicznej - przez lata uwięzienia w lodzie powłoki
ablacyjnej statku.
Szczęściarze po wyciągnięciu ze skafandra byli martwi.
Quaiche usiłował powstrzymać drżenie głosu.
- Jeśli się spojrzy na sprawy z jednej strony, w zasadzie... w zasadzie
nie poszło nam aż tak źle... zważywszy na wszystkie okoliczności. Wśród
załogi nie było ofiar ani większych obrażeń. Żadnych przypadków
zatrucia. Żadnych nieprzewidzianych wydatków... - Zamilkł, patrząc z nadzieją na Jasminę.
- Nic lepszego nie potrafisz wymyślić? Dzięki tobie, Quaiche, mieliśmy
się stać bogaci. Miałeś odmienić nasz los w tych trudnych czasach,
naoliwić koła wymiany handlowej dzięki swojemu wrodzonemu urokowi i znajomości planetarnej psychologii oraz geografii. Miałeś być naszą
złotodajną kurą.
Poruszył się nerwowo.
- Ale w pięciu układach znaleźliśmy tylko chłam.
- To wy wybieracie układy, nie ja. Nie moja wina, że nie było tam nic
wartościowego.
Królowa powoli pokręciła głową.
- Nie, Quaiche. Obawiam się, że to zbyt proste. Musisz wiedzieć, że
miesiąc temu przechwyciliśmy coś. Dwukierunkową transmisję między ludzką
kolonią na Chaloupek i światłowcem Niewyraźne wspomnienie o Hokusaim.
Kojarzysz?
- Niezupełnie...
Ale kojarzył.
- Hokusai wchodził do Gliese 664 akurat wtedy, gdy my opuszczaliśmy
ten układ. To drugi układ, który dla nas przeczesałeś. Twój raport... -
Królowa przyłożyła czaszkę do boku głowy i nasłuchiwała trajkoczącej
szczęki. - Zobaczmy... "Niczego wartościowego nie znaleziono na Opincusie
ani na żadnej z trzech pozostałych planet typu ziemskiego; tylko
pomniejsze przedmioty porzuconej techniki zdobyto na księżycach od
piątego do ósmego, krążących wokół giganta Haurienta... Nic w wewnętrznym
pasie asteroidów, rojach typu D, asteroidach trojańskich czy w głównych
skupiskach Pasa Kuipera".
Quaiche rozumiał, do czego to zmierza.
- A Niewyraźne wspomnienie o Hokusaim?
- Wymiana informacji handlowej była absolutnie fascynująca. Wszystko
wskazuje na to, że Hokusai zlokalizował magazyn zakopanych przedmiotów
mających około jednego wieku. Sprzed wojny, z czasów przed wybuchem
zarazy. Bardzo wartościowe rzeczy. Artefakty nie tylko techniki, ale też
sztuki i kultury; większość unikatowa. Zarobili na tym tyle, że mogli
sobie kupić zupełnie nową powłokę ablacyjną kadłuba. - Spojrzała na
niego wyczekująco. - Masz coś do powiedzenia na ten temat? Coś ci
przychodzi do głowy?
- Mój raport był uczciwy - stwierdził Quaiche. - Musieli mieć po prostu
szczęście. Posłuchaj, daj mi jeszcze jedną szansę. Zbliżamy się do
jakiegoś innego układu?
Królowa uśmiechnęła się.
- Zawsze się zbliżamy do jakiegoś układu. Tym razem nazywa się 107
Piscium, ale, prawdę mówiąc, z tej odległości nie wygląda bardziej
obiecująco od poprzednich pięciu. Czy tym razem przydasz się na coś?
- Pozwól mi wziąć Dominę - poprosił, odruchowo splatając dłonie. -
Pozwól mi polecieć do wnętrza układu.
Królowa milczała przez wiele sekund. Quaiche słyszał tylko własny
oddech, przerywany od czasu do czasu przez słabe skwierczenie
zdychającego owada lub szczura. Coś się leniwie poruszyło za zieloną
szybą szklanej półsferycznej kopuły, osadzonej w jednej z dwunastu ścian
pomieszczenia. Quaiche czuł, że jest obserwowany nie tylko przez bezoką
postać na tronie. Choć nikt mu tego nie powiedział, zrozumiał, że obiekt
za zieloną szybą jest rzeczywistą królową, a uszkodzone ciało na tronie
to tylko kukła, którą królowa aktualnie zamieszkuje. Te wszystkie
pogłoski były prawdziwe: o jej solipsyzmie; o uzależnieniu od ostrego
bólu, będącego jej kotwicą w świecie rzeczywistym; o wielkim zapasie
sklonowanych ciał, które jakoby trzymała w tym jednym celu.
- Skończyłeś, Quaiche? Powiedziałeś wszystko, co miałeś do powiedzenia?
Westchnął.
- Chyba tak.
- W takim razie bardzo dobrze.
Musiała wydać jakiś sekretny rozkaz, ponieważ drzwi pomieszczenia znowu
się otworzyły. Quaiche odwrócił się, czując na karku powiew zimnego
powietrza. Weszli naczelny medyk i dwoje Ultrasów, którzy odwiedzili
Quaiche'a po wybudzeniu.
- Skończyłam z nim - rzekła królowa.
- Co postanowiłaś? - spytał Grelier.
Jasmina ssała paznokieć.
- Nie zmieniłam zdania. Włóżcie go do skafandra ornamentowanego.
Cztery
CZTERY
Ararat, 2675
Scorpio dobrze wiedział, że lepiej nie przeszkadzać Clavainowi, gdy się
nad czymś zastanawia. Już z pięć minut temu powiedział mu o obiekcie,
który spadł z kosmosu - jeśli rzeczywiście obiekt pochodził z kosmosu.
Clavain siedział jak pomnik, z poważną, zastygłą twarzą i wzrokiem
wbitym w horyzont.
Scorpio zaczynał już wątpić w zdrowie psychiczne przyjaciela, gdy ten
się odezwał:
- Kiedy to się stało? Kiedy ta rzecz przybyła?
- Prawdopodobnie w ubiegłym tygodniu - odparł Scorpio. - Znaleźliśmy to
dopiero parę dni temu.
Zapadło krępujące milczenie, tym razem krótsze. Woda uderzała o skały i bulgotała w małych wirach, wpływając na ląd i wypływając z małych
przybrzeżnych sadzawek.
- A co to właściwie jest?
- Nie mamy pewności. Jakaś kapsuła. Artefakt ludzki. Najprawdopodobniej
gondola ratunkowa, zdolna do wejścia w atmosferę. Sądzimy, że wodowała
na oceanie, a potem wypłynęła na powierzchnię.
Clavain skinął głową, jakby ta informacja nie miała większego znaczenia.
- I jesteście pewni, że nie zostawiła tego Galiana?
Wypowiedział imię kobiety swobodnie, wpatrując się w morze, ale Scorpio
domyślał się, jaki ból mu to sprawiło. I że dla Clavaina ocean oznacza
stratę i okrutną nadzieję.
Przed swoim dobrowolnym wygnaniem Clavain stwierdził:
- Teraz wszystkie odeszły. Ocean nic więcej nie może mi zrobić.
- Nadal tam są - odpowiedział mu wtedy Scorpio. - Nie zginęły. I nigdy
nie były tak bezpieczne.
Jakby Clavain sam sobie z tego nie zdawał sprawy.
- Nie. - Scorpio sprowadził przyjaciela do aktualnych spraw. - To nie
jest od Galiany.
- Myślałem, że może tam jest wiadomość od niej - rzekł Clavain. - Ale
chyba się mylę, prawda? Nie będzie żadnych wiadomości. Nie tą drogą. Ani
od Galiany, ani od Felki.
- Współczuję ci - odparł Scorpio.
- Niepotrzebnie. To tak już jest.
Scorpio znał przeszłość Clavaina zarówno z pogłosek, jak i opowieści
przyjaciela. Wspomnienia zawsze były zawodne, ale w obecnej dobie stały
się plastyczne jak glina. Pewne aspekty własnej przeszłości nawet dla
Clavaina były niepewne.
Ale przecież niektóre fakty były pewne. Clavain kochał kiedyś kobietę o imieniu Galiana. Ich związek zaczął się wieki temu i trwał wieki.
Powołali do życia - lub stworzyli - coś w rodzaju córki, Felkę. Była
bardzo uszkodzona i posiadała niezwykłą moc. Kochano ją, ale również się
jej bano.
Gdy Clavain wspominał tamte czasy, przepełniało go szczęście
przytłumione świadomością tego, co nastąpiło później.
Galiana pracowała jako naukowiec, zafascynowana zwiększaniem możliwości
ludzkiego mózgu. Jej zainteresowania sięgały jednak dalej: chciała w końcu osiągnąć bezpośredni związek z rzeczywistością, na poziomie jej
źródeł. Prowadziła eksperymenty neuronalne, stanowiące konieczny element
tego procesu. Galiana uważała, że kolejnym naturalnym krokiem powinna
być fizyczna eksploracja, wyjście w przestrzeń. Chciała sięgnąć głębiej,
znacznie dalej poza postrzępioną granicę zmapowanego kosmosu, by się
przekonać, co tam właściwie jest. W tamtym czasie znajdowano tylko gruzy
i skamieliny - jedyny dowód na istnienie obcej inteligencji - ale nie
wiedziano, co można znaleźć dalej w galaktyce. Osadnictwo człowieka
obejmowało wówczas obszar o promieniu kilkunastu lat świetlnych, ale
Galiana zamierzała odbyć podróż na odległość ponad stu lat, a potem
wrócić.
I dokonała tego. Hybrydowcy wystrzelili trzy statki poruszające się z prędkością nieco mniejszą od świetlnej. Wyprawa w głąb przestrzeni
międzygwiezdnej miała potrwać przynajmniej półtora stulecia. Clavain i Felka, też ciekawi nowego doświadczenia, polecieli z Galianą. Podróż
przebiegała zgodnie z planem: Galiana i jej sojusznicy odwiedzili wiele
układów słonecznych i choć nie napotkali jednoznacznych śladów żyjących
cywilizacji, udało im się skatalogować wiele niezwykłych zjawisk oraz
odkryć sporo nowych ruin. Potem - ze znacznym opóźnieniem - dotarły do
nich doniesienia o kryzysie na macierzystej planecie: narastało napięcie
między Hybrydowcami a ich umiarkowanymi sojusznikami, Demarchistami.
Clavain musiał wracać do domu i wspomóc taktycznie Hybrydowców.
Galiana uznała, że kontynuacja ekspedycji jest ważniejsza. W głębokim
kosmosie rozstali się przyjaźnie: jeden ze statków, wiozący Clavaina i Felkę, zawrócił do domu, a dwa pozostałe podążyły głębiej w płaszczyznę
galaktyki.
Planowali znów się kiedyś połączyć, ale gdy w końcu statek Galiany
wrócił do Matczynego Gniazda, okazało się, że leci na automatycznym
pilocie, jest zniszczony i martwy. Gdzieś w kosmosie oba statki zostały
zaatakowane przez pasożyta, który zniszczył jeden z nich. Potem czarne
maszyny wpełzły do statku Galiany i zabiły po kolei wszystkich
załogantów; została tylko Galiana. Czarne maszyny przeniknęły do jej
czaszki, wciskając się w szczeliny mózgu. To straszne, ale Galiana
ciągle żyła, niezdolna do samodzielnego działania. Dla pasożyta stała
się żywą pacynką.
Clavain zgodził się, żeby Hybrydowcy zamrozili jej ciało do czasu, aż
będą w stanie bezpiecznie usunąć pasożyta. Mogłoby się to nawet udać,
ale w świecie Hybrydowców nastąpił rozłam i kryzys, w wyniku którego
Clavain trafił do układu Resurgamu, a później na Ararat. Podczas
konfliktu zamrożone ciało Galiany zostało zniszczone.
Clavain pogrążył się w głębokiej żałobie. To mogłoby go zabić - tak
sądził Scorpio - ale w tamtym okresie ludzie potrzebowali jego
przywództwa. Dzięki uratowaniu kolonii na Resurgamie nie koncentrował
się już wyłącznie na swym bólu i zachował zdrowie psychiczne.
Z czasem przyszło pocieszenie.
Na Ararat nie zaprowadziły ich ślady Galiany, choć okazało się, że gdy
odłączyła się od Clavaina i Felki, odwiedziła między innymi tę planetę,
gdzie obce istoty wypełniały ocean. To był świat Żonglerów Wzorców i, co
niezwykle ważne, chyba nikt, kto odwiedził Żonglerów, nigdy nie został
całkowicie zapomniany.
Żonglerów Wzorców spotykano na wielu planetach o podobnej do Araratu
wodnej powierzchni. Mimo wieloletnich badań nie uzyskano jednoznacznej
odpowiedzi na pytanie, czy Żonglerzy są istotami inteligentnymi, ale
uznano, że cenią inteligencję i są jej troskliwymi i oddanymi
kustoszami.
Gdy ktoś pływał w tutejszych morzach, do jego układu nerwowego
przenikały mikroskopijne organizmy. Był to proces łagodniejszy od
inwazji neuronalnej, jaka spotkała załogę statku Galiany. Żonglerzy
dokonywali tylko archiwizacji wzorców neuronalnych, po czym się
wycofywali. Umysł pływaka przenikał do morza, ale zwykle sam pływak mógł
swobodnie wrócić na ląd, nie czując żadnej zmiany. Czasami jednak
otrzymywał subtelny prezent - ulepszenie architektury układu nerwowego,
umożliwiające nadludzkie poznanie lub nadludzką przenikliwość. Zdolność
ta trwała zwykle zaledwie kilka godzin, choć w nielicznych wypadkach
zostawała na trwałe.
Nie wiadomo, czy po zanurzeniu się w oceanie Galiana zyskała dodatkowy
dar, ale z pewnością jej umysł został przechwycony. W morskich głębinach
czekał na to, by wdrukować się w świadomość jakiegoś innego pływaka.
Clavain się tego domyślał, ale nie był pierwszym, który próbował
duchowej bliskości z Galianą. Felka dostąpiła tego zaszczytu. Przez
dwadzieścia lat zanurzała się we wspomnieniach i zamrożonej świadomości
swojej matki. Clavain nie zdecydował się na to, być może z obawy, że
kopia umysłu Galiany wyda mu się w jakimś sensie nierzetelna,
nieprzystająca do jego wspomnień. Choć z upływem lat jego wątpliwości
słabły, to nie zdecydował się na pływanie. Felka natomiast, zawsze
łaknąca złożonych doznań, jakich dostarczał ocean, pływała regularnie i opowiadała Clavainowi o swoich doświadczeniach. Za pośrednictwem córki
znów nawiązał pewien kontakt z Galianą i na razie to mu wystarczyło.
Ale dwa lata temu morze zabrało Felkę. Nie wróciła.
Scorpio miał to teraz na uwadze, starannie dobierając słowa.
- Nevil, wiem, że to dla ciebie trudne, ale musisz także zrozumieć, że
ten obiekt może być bardzo ważny dla osiedla.
- Zrozumiałem to, Scorp.
- Ale uważasz, że ocean jest ważniejszy, prawda?
- Uważam, że nikt z nas nie ma pojęcia, co się w istocie liczy.
- Może i nie. Mnie osobiście nie obchodzi szersze spojrzenie. To nigdy
nie była moja mocna strona.
- Obecnie mamy wyłącznie szerokie spojrzenie.
- Więc według ciebie tam gdzieś istnieją miliony... miliardy ludzi, które
zginą? Ludzi, których nigdy nie spotkaliśmy, do których nie zbliżyliśmy
się nawet na rok świetlny?
- Taka jest mniej więcej skala.
- Wybacz, ale mój umysł nie pracuje w ten sposób. Nie potrafię
przetworzyć tego rodzaju zagrożenia. Nie obejmuję kwestii masowego
unicestwienia. Skupiam się na lokalnych problemach. A w tej chwili mam
problem lokalny.
- Tak ci się wydaje?
- Sto siedemdziesiąt tysięcy ludzi, o których należy się martwić. Taka
liczba mniej więcej mieści mi się w głowie. Więc gdy coś bez ostrzeżenia
spada z nieba, to nie mogę spać.
- Ale nie widziałeś na własne oczy, żeby coś spadło z nieba. - Clavain
nawet nie czekał na odpowiedź przyjaciela. - Przecież w bezpośrednim
otoczeniu planety rozmieściliśmy bierne czujniki wszelkich typów. Jak
mogliśmy nie zauważyć kapsuły, nie mówiąc o statku, który ją wysłał?
- Nie wiem - odparł Scorpio. Nie potrafił określić, czy brakowało mu
argumentów, czy też starał się zająć Clavaina rozmową o czymś
konkretnym, niedotyczącym zagubionych dusz i koszmaru masowego
wymierania. - To musiało spaść niedawno. Różni się od innych obiektów,
które wyciągnęliśmy z oceanu. Tamte były częściowo rozpuszczone, nawet
gdy leżały na samym dnie, gdzie organizmów jest znacznie mniej. A ten
wygląda, jakby był w wodzie najwyżej kilka dni.
Clavain odwrócił się tyłem do morza. Scorpio uznał to za dobry znak.
Stary Hybrydowiec stawiał sztywne, oszczędne kroki, z wprawą poruszał
się między kałużami i przeszkodami, choć nie patrzył pod nogi.
Wracali do namiotu.
- Często obserwuję niebo - oznajmił Clavain. - Nocą, gdy jest
bezchmurne. Ostatnio zauważyłem tam różne rzeczy. Błyski. Znaki, że coś
się rusza. Coś większego, jakby na chwilę rozsunęła się zasłona. Według
ciebie zaczynam wariować, tak?
Scorpio nie wiedział, co o tym myśleć.
- Każdy widziałby różne rzeczy, gdyby żył tu samotnie.
- Ale ostatnia noc była bezchmurna - stwierdził Clavain. - I poprzednia
też. A ja obserwowałem niebo i niczego nie zauważyłem. Żadnego znaku, że
jakiś statek okrąża planetę.
- My też niczego nie zauważyliśmy.
- Przekazy radiowe? Strumienie laserowe?
- Zupełnie nic. Masz rację, to się nie klei. Ale jakkolwiek na to
patrzeć, to kapsuła istnieje i nie znika. Chciałbym, żebyś sam ją
zobaczył.
Clavain odsunął włosy z oczu. Jego twarz była niesamowitym krajobrazem
poddanym erozji, bruzdy i zmarszczki na skórze tworzyły cieniste
rozpadliny i wąwozy. Scorpio zauważył, że w czasie półrocznego pobytu na
wyspie przyjaciel postarzał się o dziesięć, dwadzieścia lat.
- Mówiłeś, że w środku ktoś jest.
Pokrywa chmur zaczęła się rozpraszać, tworzyła pasy. Między pasami niebo
było niesamowicie blade, jak oczy młodej kawki.
- To ciągle tajemnica - powiedział Scorpio. - Tylko kilka osób wie o znalezisku. Dlatego przypłynąłem tu łodzią. Łatwiej byłoby wahadłowcem,
ale to rzucałoby się w oczy. Kiedy ludzie się dowiedzą, że cię z powrotem ściągnęliśmy, pomyślą, że nadchodzi kryzys. Przecież wiadomo,
że nie tak łatwo cię sprowadzić. Ciągle myślą, że jesteś po drugiej
stronie planety.
- To ty nalegałeś, żeby podać to kłamstwo?
- A według ciebie jaka wersja bardziej by ich uspokoiła? Że wyruszyłeś
na niebezpieczną wyprawę? Albo że zamieszkałeś na wyspie i myślisz o samobójstwie?
- Przeszli przez gorsze rzeczy. Przełknęliby i to.
- Ponieważ tyle przeszli, pomyślałem, że prawda nie jest im potrzebna -
stwierdził Scorpio.
- A tak w ogóle to nie ma mowy o samobójstwie. - Clavain przystanął,
odwrócił się i spojrzał w morze. - Wiem, że ona tam jest, ze swoją
matką. Czuję to. Nie pytaj mnie, Scorpio, jak to wyczuwam, ale wiem, że
ona tam ciągle jest. Czytałem o takich zdarzeniach na innych planetach
Żonglerów. Od czasu do czasu biorą pływaków, całkowicie rozmontowują ich
ciała i włączają je do matrycy organicznej morza. Nikt nie wie,
dlaczego. Ale pływacy, którzy potem wchodzą do oceanu, twierdzą, że w jakiś sposób czują obecność tamtych zaginionych osób. Wrażenie jest
znacznie silniejsze, niż gdyby chodziło o kontakt ze zwykłymi
zmagazynowanymi pamięciami i osobowościami. Mówią, że to doznanie
przypomina rozmowę.
Scorpio wstrzymał oddech. Dokładnie to samo słyszał już wcześniej od
Clavaina, nim przywiózł go na wyspę pół roku temu. Najwyraźniej okres
izolacji nie osłabił jego przekonania, że Felka się nie utopiła.
- Wskakuj do łodzi, podrzucę cię i sam zobaczysz - powiedział Scorpio.
- Zrobiłbym tak, ale się boję.
- Że ocean zabierze również ciebie?
- Nie. - Odwrócił się twarzą do Scorpia. Był bardziej dotknięty niż
zdziwiony. - Oczywiście, że nie. Tego w ogóle się nie boję. Ale przeraża
mnie możliwość, że mógłby mnie pominąć.
Hela, 107 Piscium, 2727
W dzieciństwie ciągle mówili Rashmice Els, że nie powinna wyglądać tak
poważnie. Dokładnie to samo powiedzieliby, gdyby widzieli ją teraz, gdy
w półmroku siedziała na łóżku i wybierała kilka osobistych rzeczy, które
mogła zabrać na wyprawę. Wtedy obrzuciłaby ich urażonym spojrzeniem, jak
zawsze w podobnych okolicznościach. Tylko że tym razem z głębszym
przekonaniem, że ma rację, a oni się mylą. Bo choć miała zaledwie
siedemnaście lat, wiedziała, że są wszelkie powody, by traktować sprawy
bardzo poważnie i się bać.
Włożyła do małej torby zapas odzieży na trzy, cztery dni, choć
spodziewała się, że podróż potrwa znacznie dłużej. Dorzuciła pakiet
przyborów toaletowych zabranych z rodzinnej łazienki - rodzice niczego
nie zauważyli - trochę sucharów i mały klinek koziego sera, na wypadek
gdyby nie było nic do jedzenia (albo gdyby nie miała ochoty jeść tego,
co dostanie) na pokładzie lodochodu Crozeta. Zapakowała butelkę
oczyszczonej wody, ponieważ słyszała, że w wodzie w pobliżu Drogi bywają
składniki, od których się choruje. Butelka nie na długo by jej
wystarczyła, ale dawała przynajmniej poczucie, że Rashmika potrafi
planować. Ponadto wzięła owinięty w plastik pakuneczek z trzema małymi
artefaktami czmychaczy, które ukradła z kopalni.
W bagażu zostało już niewiele miejsca. Był cięższy, niż przypuszczała.
Patrzyła na smętny zbiór przedmiotów rozłożonych na łóżku. Do torby mógł
się zmieścić najwyżej jeden z nich. Co wziąć?
Zdarta ze ściany sypialni mapa Heli, z zaznaczonym wyblakłym czerwonym
tuszem krętym szlakiem Drogi wokół równika. Nie była to mapa bardzo
dokładna, ale Rashmika nie miała lepszej w swoim kompnotesie. Czy to w ogóle ma znaczenie? Nie dotrze do Drogi bez pomocy innych osób i gdyby
one nie znały kierunku, mapa i tak by im niewiele pomogła.
Odłożyła ją.
Gruby granatowy kajet o krawędziach zabezpieczonych złotym metalem.
Zawierał ręczne notatki na temat czmychaczy, zbierane pracowicie w ciągu
ostatnich ośmiu lat. Zaczęła go zapełniać, gdy miała dziewięć lat i - co
idealnie pasowało do profilu osoby przedwcześnie rozwiniętej -
postanowiła, że zostanie uczoną, specjalistką od czmychaczy. Oczywiście
wyśmiano ją z delikatną wyrozumiałością, ale w niej zwiększyło to tylko
determinację, by trzymać się obranej drogi.
Wiedziała, że nie może tracić czasu, nie potrafiła się jednak oprzeć i przekartkowała zeszyt. W ciszy ostro brzmiał szorstki szelest kartek.
Gdy go niekiedy na świeżo oglądała, jakby oczami obcej osoby, wydawał
jej się samym pięknem. Na pierwszych stronach pismo było duże, staranne,
dziecinne. Rashmika używała kolorowych atramentów i sumiennie
podkreślała ważniejsze rzeczy. Niektóre atramenty wyblakły lub się
zamazały, na stronicach były plamy, ale to wrażenie uszkodzonego antyku
tylko przydawało średniowiecznego czaru temu obiektowi. Robiła rysunki,
kopiowała je z różnych źródeł. Pierwsze rysunki były niezręczne, ale już
na dalszych stronach postacie odznaczały się precyzją i pewnością
wiktoriańskich szkiców przyrodniczych. Drobiazgowe szrafowanie, sumienne
opisy. Istniały tam rysunki artefaktów czmychaczy z komentarzami
dotyczącymi ich przeznaczenia i pochodzenia oraz postacie samych
czmychaczy, których budowę anatomiczną dało się odtworzyć na podstawie
skamieniałości.
Kartkowała kajet - lata swojego życia. Pismo stawało się coraz
drobniejsze, trudniejsze do odczytania. Kolorowe atramenty występowały
rzadziej, a w ostatnich rozdziałach pismo i rysunki były prawie
wyłącznie czarne. Tu też wszystko wykonano z metodyczną starannością,
ale całość sprawiała wrażenie pracy uczonego, a nie zapalonego
utalentowanego dziecka. Notatki i szkice nie były zapożyczone z innych
źródeł, lecz stanowiły część własnych dociekań, niezależnych od
zewnętrznych idei. Różnice między początkiem a końcem grubego kajetu
szokowały - Rashmika uświadamiała sobie, jak wielką przebyła drogę.
Wielokrotnie ze wstydem oglądała swoje poprzednie wysiłki i wtedy
chciała go wyrzucić i zacząć zapiski od nowa. Ale na Heli papier drogo
kosztował, a kajet był podarunkiem od Harbina.
Przerzuciła czyste stronice. Koncepcje miała jeszcze nie do końca
ustalone, choć rozumiała, jaką drogą zmierzają. Niemal widziała słowa i rysunki na stronicach - teraz widmowo blade, ale potrzeba czasu i skupienia, by nabrały ostrości. Podczas czekającej ją długiej podróży z pewnością znalazłaby wiele okazji do pracy nad książką.
Nie może go jednak wziąć. Kajet znaczył dla niej zbyt wiele i przerażała
ją myśl, że mógłby zaginąć lub zostać skradziony. W domu bezpiecznie
poczeka do jej powrotu. Rashmika może przecież pisać podczas wyprawy,
precyzować swoje pomysły, wznosić budowę bez wad i słabości. Księga
stanie się przez to bardziej doniosła.
Zamknęła ją i odsunęła.
Zostały dwie rzeczy. Kompnotes oraz poszarpana, brudna zabawka.
Kompnotes nie należał w zasadzie do niej, to była własność rodziny, a Rashmika używała go, gdy innym nie był potrzebny. Od miesięcy nikt
jednak o niego nie pytał, więc mało prawdopodobne, by zauważono jego
nieobecność. W pamięci urządzenia znajdowało się wiele danych
dotyczących badań nad czmychaczami, pobranych z innych zasobów
elektronicznych. Były tam zdjęcia i filmy zrobione przez Rashmikę na
terenie kopalni oraz ustne świadectwa górników, którzy znaleźli obiekty
niezupełnie pasujące do standardowej teorii wymarcia czmychaczy; władze
klerykalne tłumiły takie doniesienia. Były tam artykuły starszych
uczonych; mapy i zasoby lingwistyczne oraz wiele innych informacji,
które dostarczałyby wskazówek, gdy Rashmika dotrze do Drogi.
Podniosła zabawkę. Miękki różowy pluszak, postrzępiony i wydzielający
ostrawy zapach. Rashmika miała go od ośmiu czy dziewięciu lat. Sama go
sobie wybrała ze straganu wędrownego rzemieślnika. Prawdopodobnie był
kiedyś czysty, ale Rashmika pamiętała go tylko jako ukochanego
obściskanego brudaska. Patrzyła teraz na niego racjonalnym wzrokiem
siedemnastolatki i nie wiedziała, jaką istotę miał przypominać.
Pamiętała tylko, że gdy go zobaczyła na straganie, stwierdziła, że to
świnka. I nie miało to znaczenia, że na Heli nikt nigdy nie widział
świni.
- Ty też nie możesz ze mną pojechać - szepnęła.
Posadziła pluszaka na kajecie i przycisnęła go - teraz siedział mocno
jak strażnik. Rashmika chciałaby go wziąć ze sobą, rozumiała, że czeka
ją czas wielkiej tęsknoty za domem, za każdym łącznikiem z bezpiecznym
środowiskiem wioski. Ale nie czas na sentymenty - kompnotes był bardziej
użyteczny. Wetknęła ciemną tabliczkę do torby, zamknęła ją hermetycznie
i wyszła z pokoju.
***
Rashmika miała czternaście lat, gdy w pobliżu wioski ostatni raz
przeciągały karawany. Uczyła się wtedy i nie pozwolono jej pójść na
spotkanie. Poprzednio karawany pojawiły się pięć lat wcześniej -
widziała je, ale tylko przez chwilę i z dużej odległości. Wspomnienia
zostały przesłonięte przez to, co stało się z jej bratem. Wiele razy
odtwarzała sobie tamto wydarzenie i nie potrafiła oddzielić wiarygodnych
faktów od wyobrażonych szczegółów.
Osiem lat temu, pomyślała, zgodnie z ponurymi nowymi oszacowaniami jedna
dziesiąta ludzkiego życia. Jedna dziesiąta - nie należało tego
lekceważyć, choć kiedyś osiem lat stanowiłoby jedną dwudziestą lub
trzydziestą oczekiwanej długości życia. A równocześnie wydawało się to
okresem znacznie dłuższym. To przecież była połowa jej własnego życia.
Czekanie na kolejne karawany trwałoby wieczność. Ostatnio widziała je
jako naprawdę mała dziewczynka, mała dziewczynka z jałowych wyżyn
Vigrid, mająca opinię osoby, która zawsze mówi prawdę.
Teraz jednak pojawiła się nowa szansa. Zbliżał się setny dzień sto
dwudziestego drugiego objazdu, gdy jedna z karawan nieoczekiwanie
skręciła na wschód od Krzyżówki Hauk. Pochód zmienił kierunek na północ,
do Nizin Gaudiego, a potem połączył się z drugą karawaną, która akurat
zmierzała na południe w kierunku Posępnych Rozdroży. Nieczęsto się to
zdarzało: ostatnio trzy objazdy temu, gdy karawany pojawiły się w odległości dnia drogi od wiosek na południowych stokach wzgórz Vigrid.
Naturalnie wywołało to wielkie poruszenie. Organizowano przyjęcia i bankiety, grupy powitalne, sekretne popijawy. Zdarzały się niebezpieczne
flirty, większe romanse i potajemne związki. Po dziewięciu miesiącach
pojawi się grupa kwilących bobasów.
W porównaniu z powszechną surowością życia na Heli, a zwłaszcza z ciężką
dolą mieszkańców jałowych wyżyn, odwiedziny karawany były okresem
umiarkowanego, ostrożnego optymizmu. Jedną z rzadkich sytuacji, gdy
osobisty los mógł ulec zmianie - oczywiście w ściśle wyznaczonych
ramach. Trzeźwiej myślący nie okazywali specjalnego podniecenia, ale
prywatnie zastanawiali się, czy przypadkiem również dla nich nie
nadszedł czas odmiany. By odbyć podróż na miejsce spotkań, wymyślali
jakiś pretekst: nigdy nie chodziło o osobistą korzyść, ale wyłącznie o wspólne dobro wioski. I tak przez prawie trzy tygodnie wioski wysyłały
własne małe karawany, które jechały przez pagórkowaty teren pełen
zdradliwych rozpadlin na spotkanie większych karawan.
Rashmika zamierzała opuścić dom o świcie, gdy rodzice jeszcze spali. Nie
skłamała im, jeśli chodzi o wyjazd, ponieważ nigdy nie było to
konieczne. Dorośli i inni mieszkańcy wioski nie rozumieli, że potrafi
kłamać tak samo jak oni. I robi to z większym przekonaniem. W dzieciństwie nigdy nie kłamała, ale tylko dlatego, że nie widziała
takiej potrzeby.
Cicho skradała się przez podziemny labirynt domu, przeskakiwała między
ciemnymi korytarzami a jasnymi plamami pod umieszczonymi w suficie
świetlikami. Prawie wszystkie domy w wiosce były zbudowane pod ziemią -
pieczary o nieregularnych kształtach połączono krętymi korytarzami
powleczonymi żółknącym tynkiem. Życie na powierzchni wydawało się
Rashmice trochę niepokojące, ale sądziła, że z czasem można się do tego
przyzwyczaić. Tak jak można się w końcu przyzwyczaić do życia w karawanach czy nawet w katedrach, za którymi podążały karawany. Życie
pod ziemią nie było pozbawione ryzyka. Sieć tuneli łączyła się pośrednio
ze znacznie głębszymi korytarzami kopalni. W zasadzie istniały
hermetyczne drzwi i systemy zabezpieczeń mające chronić wieś, gdyby
zapadła się któraś z kopalnianych jaskiń albo gdyby górnicy natknęli się
na wysokociśnieniową bańkę. Wszystkie te urządzenia nie zawsze jednak
pracowały skutecznie. Za życia Rashmiki doszło do kilku groźnych
sytuacji, choć nie wydarzył się żaden poważniejszy wypadek, ale wszyscy
się obawiali, że to tylko kwestia czasu, a jej rodzice często wspominali
wcześniejszą katastrofę. Tydzień temu miała miejsce eksplozja na
powierzchni; nikt nie został ranny i mówiono nawet, że ładunki minerskie
rozmieszczono celowo, ale to zdarzenie po raz kolejny uświadomiło jej,
że świat, w którym żyje, ciągle balansuje na krawędzi katastrofy.
Przypuszczała, że to cena, jaką wieś płaci za swoją niezależność
ekonomiczną od katedr. Na Heli większość osad leżała w pobliżu Drogi
Ustawicznej, w pasie poniżej stu kilometrów na północ i na południe od
Drogi. Osiedla, z nielicznymi wyjątkami, zawdzięczały swoją egzystencję
katedrom i ich organom rządowym - Kościołom - i w zasadzie skłaniały się
ku któremuś z głównych nurtów wyznania quaicheistów. Nie znaczy to, że
na jałowych wyżynach religia nie miała swoich zwolenników, ale tu wsie
były zarządzane przez świeckie komitety i czerpały dochody z wykopalisk,
a nie - jak to było w przypadku wsi przy Drodze - ze skomplikowanych
układów z katedrami dotyczących dziesięciny i odpustów. W efekcie wsie
na wzgórzach nie musiały godzić się na restrykcje religijne obowiązujące
w innych rejonach Heli. Mieszkańcy sami stanowili swoje prawa, mieli
swobodniejsze praktyki małżeńskie i przymykali oko na niektóre perwersje
zabronione w osadach przy Drodze. Rzadko wizytował ich ktoś z Wieży
Zegarowej, a wysłanników Kościołów witano z podejrzliwością. Dziewczynki
- na przykład Rashmika - nie musiały studiować świętych ksiąg
quaicheistów i pozwalano im czytać literaturę techniczną z dziedziny
wykopalisk. Nie wykluczano nawet, że kobieta mogłaby podjąć pracę.
Równocześnie jednak wsie na jałowych wyżynach nie korzystały z parasola
ochronnego. Osiedla wzdłuż drogi były strzeżone przez luźne oddziały
katedralnej milicji, a w czasach kryzysu zwracały się do katedr o pomoc.
Katedry miały dostęp do nowoczesnych technik medycznych zupełnie
nieosiągalnych dla ludności na wzgórzach. Rashmika widziała, jak jej
przyjaciele i krewni umierają, ponieważ osadzie nie udostępniono leku.
Ceną za lek była uległość wobec machinacji Urzędu Analizy Krwi. Ale gdy
w twoich żyłach popłynie quaicheistowska krew, niczego już nie możesz
być pewien.
Rashmika akceptowała tę sytuację z dumą i uporem - to były cechy wspólne
wszystkich mieszkańców wyżyn. To prawda, że musieli znosić trudy
nieznane w innych rejonach przy Drodze. To prawda, że tylko nieliczni
byli gorliwymi wyznawcami religii, a i tych często trapiły wątpliwości -
wtedy schodzili do kopalni, by szukać odpowiedzi na dręczące ich
pytania. A jednak ludzie z wioski nie wybraliby innego sposobu życia.
Żyli i kochali tak, jak im się podobało, i na pobożnisiów z Drogi
patrzyli z wyniosłością.
Rashmika, z obijającą się o biodro ciężką torbą, dotarła do ostatniego
pomieszczenia. W domu panowała cisza, ale gdyby dziewczyna stanęła i zaczęła nasłuchiwać, z pewnością usłyszałaby niemal podprogowe odgłosy
odległych robót górniczych, drążenie, kopanie, wybieranie ziemi,
docierające tu wielokilometrowymi krętymi tunelami. Od czasu do czasu
rozlegało się rytmiczne dudnienie młotów, dźwięki tak znajome, że nigdy
nie przeszkadzały jej zasnąć. Przeciwnie: gdyby prace górnicze ustały,
obudziłaby się natychmiast. Teraz życzyłaby sobie większego hałasu,
który zamaskowałby nieuniknione szuranie, jakie musi spowodować jej
wyjście z domu.
W ostatnim pomieszczeniu znajdowało się dwoje drzwi. Jedne, osadzone w ścianie, prowadziły do szerszego poziomego tunelu - połączenia z innymi
domami i wspólnymi salami wioski. Drugie, w suficie, otoczone poręczami,
były teraz odchylone i odsłaniały ciemną przestrzeń. Rashmika otworzyła
szafkę wbudowaną w gładką krzywiznę ściany i wyjęła skafander
powierzchniowy. Starała się to robić jak najciszej, nie uderzać hełmem i torbą o trzy pozostałe skafandry wiszące na obrotowym stojaku. Wkładała
ten skafander trzy razy w ciągu roku, podczas ćwiczeń, więc teraz bez
trudności zamykała zatrzaski i hermetyczne zapięcia. Zajęło jej to
dziesięć minut. Co chwilę zamierała, wstrzymywała oddech, gdy docierały
do niej odgłosy z domu - włączał się lub wyłączał obieg powietrza albo
gdzieś z niskim pomrukiem osiadał tunel.
W końcu miała na sobie skafander, a odczyty parametrów na mankiecie
przyjęły bezpieczny zielony kolor. Butla z powietrzem nie była
całkowicie wypełniona - gdzieś musiała przeciekać, gdyż zwykle butle
przechowywano w pełni naładowane - ale Rashmika oceniła, że ta ilość
powietrza wystarczy jej z nawiązką.
Gdy zamknęła przyłbicę hełmu, słyszała tylko swój oddech. Nie wiedziała,
jak głośno się zachowuje i czy w domu ktoś się poruszył. A miała przed
sobą najbardziej hałaśliwą część ucieczki. Musiała działać ostrożnie,
jak najsprawniej, tak że gdyby nawet rodzice się obudzili, nie zdołaliby
jej powstrzymać.
W skafandrze ważyła dwa razy więcej niż normalnie, ale bez trudności
podciągnęła się w ciemną jamę za sufitowymi drzwiami. Dotarła do śluzy
wejściowej. Każdy dom miał taką śluzę, choć różniły się rozmiarami. Ta
akurat zdołałaby pomieścić równocześnie dwóch dorosłych. Mimo to
Rashmika musiała się pochylić, gdy opuszczała dolne drzwi i ręcznie
zakręcała obręcz zaworu.
W pewnym sensie była przez chwilę bezpieczna. Odkąd rozpoczęła fazę
rozhermetyzowania, ani matka, ani ojciec nie mogli wejść do komory.
Zamek potrzebował dwóch minut na dokończenie cyklu. Dolne drzwi można
było znów otworzyć dopiero po pewnym czasie, ale wtedy Rashmika będzie
już w połowie drogi przez osadę. Gdy dotrze do wyjścia, jej ślady szybko
zaginą wśród licznych znaków pozostawionych przez innych mieszkańców
wioski podążających za swoimi sprawami.
Znów sprawdziła parametry skafandra - odczyty były ciągle zielone - i dopiero wtedy rozpoczęła procedurę rozhermetyzowania. Nie słyszała
żadnego dźwięku, ale gdy powietrze zostało wyssane z komory, powłoka
skafandra wybrzuszyła się między harmonijkowymi złączami i teraz
zginanie kończyn wymagało większego wysiłku. Odczyty na przyłbicy hełmu
informowały Rashmikę, że znajduje się w próżni.
Nikt nie dobijał się do drzwi od dołu. Obawiała się trochę, że może
uruchomić alarm. Podejrzewała, że rodzice, chcąc zapobiec ewentualnej
ucieczce, mogli coś takiego zainstalować bez informowania jej o tym.
Obawy okazały się bezpodstawne: nie natknęła się na żaden alarm, na
żadne zabezpieczenia ani ukryte urządzenie wymagające wprowadzenia kodu.
Tyle razy trenowała to przejście w myślach, że teraz miała wrażenie déja
vu.
Gdy całkowicie opuściła komorę, przekaźnik umożliwił otwarcie drzwi
zewnętrznych. Rashmika mocno je pchnęła. Bez skutku. Dopiero po chwili
drzwi się lekko rozwarły - na dwa centymetry - i wiązka jasnego
dziennego światła ostro smagnęła przyłbicę hełmu. Rashmika pchnęła drzwi
mocniej - odchyliły się do tyłu. Przecisnęła się przez nie i usiadła na
powierzchni. Drzwi pokrywała dwucentymetrowa warstwa świeżego szronu. Na
Heli padał śnieg, szczególnie w czasie aktywności gejzerów Kelda lub
Ragnarok.
Domowy zegar wskazywał, że jest świt, ale na powierzchni nie miało to
większego znaczenia. Mieszkańcy - wielu z nich było uchodźcami z Yellowstone, którzy przebyli przestrzeń międzygwiezdną - nadal żyli w rytmie dwudziestosześciogodzinnej doby, a Hela była zupełnie innym
światem, z własnymi skomplikowanymi cyklami. Dzień na Heli trwał około
czterdziestu godzin; w tym czasie Hela dokonywała pełnego obrotu wokół
swojego świata macierzystego - gazowego giganta Haldory. Ponieważ
nachylenie osi księżyca do płaszczyzny obrotu wynosiło prawie zero, we
wszystkich miejscach na powierzchni podczas jednego obrotu panowała
dwudziestogodzinna ciemność. Wyżyny Vigrid znajdowały się obecnie na
stronie dziennej i miało to trwać jeszcze siedem godzin. Na Heli
występował również inny rodzaj nocy: podczas jednego obrotu wokół
Haldory księżyc jeden raz wchodził w cień, jaki rzucał gazowy gigant.
Była to noc krótka, zaledwie dwugodzinna, i nie miała specjalnego
znaczenia dla mieszkańców. Zawsze większe było prawdopodobieństwo, że
księżyc znajdzie się poza cieniem Haldory, niż że będzie w jego zasięgu.
Po kilku sekundach przyłbica hełmu dostosowała się do oślepiającego
światła i Rashmika odzyskała orientację. Wyciągnęła nogi z otworu i starannie zamknęła drzwi na zamek - do komory znów zaczęło napływać
powietrze. Może poniżej czekają rodzice, ale nawet jeśli już włożyli
skafandry, zdołają się wydostać na powierzchnię najwcześniej za dwie
minuty. A jeszcze dłużej zajęłoby im przejście tunelami do następnego
wyjścia.
Rashmika wstała i ruszyła żwawo, lecz bez wyraźnego pośpiechu czy
paniki. Przynajmniej miała nadzieję, że tak to wygląda. Spodziewała się
wcześniej, że będzie musiała przejść kilkadziesiąt metrów po świeżym
lodzie, zostawiając wyraźny ślad, ale okoliczności jej sprzyjały - ktoś
niedawno szedł tędy i ślady prowadziły w przeciwnym kierunku niż ten, w którym ona podążała. Gdyby ktoś chciał ją tropić, nie wiedziałby,
którymi znakami się kierować. Mogły to być ślady matki - odciski buta
były stosunkowo małe, nie należały zatem do ojca. Jaką sprawę miała
matka? - zastanawiała się Rashmika przez chwilę, ponieważ nie słyszała
ostatnio, by ktoś w domu wspominał o wyprawie na powierzchnię.
Nieważne, na pewno jest jakieś proste wyjaśnienie. Rashmika i tak ma
dosyć problemów, żeby sobie jeszcze dokładać zmartwień.
Szła okrężną drogą między czarnymi pionowymi płytami paneli radiatorów,
przysadzistymi pomarańczowymi wzgórkami generatorów lub transponderów
nawigacyjnych oraz pokrytych śniegiem zaparkowanych lodochodów o miękkich liniach. Miała rację co do śladów. Obejrzała się: rzeczywiście
nie można było odróżnić odcisków jej butów od plątaniny innych śladów.
Za skupiskiem żeber radiatora zobaczyła lodochód. Od innych pojazdów
różnił się tylko tym, że śnieg stopniał na kołnierzu chłodnicy nad
osłoną silnika. Z powodu zbyt jasnego dnia trudno było stwierdzić, czy
wewnątrz pojazdu paliły się światła.
Wycieraczki odsunęły śnieg z przedniej szyby, zostawiając na niej
przezroczysty wachlarz. Rashmice wydawało się, że widzi przez niego
poruszające się w środku postacie.
Obeszła niski pojazd o szeroko rozstawionych nogach. Miał kształt łodzi
i jego czarny kadłub był ozdobiony z boku jaskrawym motywem węża.
Pojedyncza noga przednia była zakończona szeroką, zagiętą w górę nartą,
a mniejsze nogi tylne kończyły się węższymi nartami. Rashmika
zastanawiała się, czy to właściwy pojazd. Głupio by było, gdyby teraz
popełniła błąd. Mimo że tkwiła w skafandrze, każdy mieszkaniec wioski na
pewno by ją rozpoznał.
Otrzymała od Crozeta bardzo konkretne instrukcje. Z ulgą spostrzegła
przygotowaną dla niej rampę. Weszła po uginającym się metalowym podeście
i zapukała do drzwi. Z niepokojem czekała chwilę, po czym drzwi się
odsunęły, odsłaniając śluzę. Rashmika wcisnęła się do komory mogącej
pomieścić tylko jedną osobę.
Na paśmie komunikacyjnym hełmu dotarł do niej męski głos - od razu
poznała, że to głos Crozeta.
- Tak?
- To ja.
- Czyli kto?
- Rashmika. Rashmika Els. Chyba się umówiliśmy.
Zapadło krótkie, dręczące milczenie. Czyżbym się pomyliła? - pomyślała.
Wreszcie mężczyzna się odezwał:
- Możesz zmienić zdanie, nie jest za późno.
- Już jest chyba za późno.
- Mogłabyś wrócić do domu.
- Rodzice będą niezadowoleni, że tak daleko odeszłam.
- Tak, raczej ich to nie zachwyci - odparł mężczyzna. - Ale znam twoich
starych. Nie ukarzą cię zbyt surowo.
Miał rację, jednak w tej chwili nie chciała o tym myśleć. Przez wiele
tygodni przygotowywała się psychicznie do wyprawy i nie potrzebowała
argumentów, by w ostatniej chwili się wycofać.
Znów uderzyła mocno rękawicą w wewnętrzne drzwi.
- Wpuścisz mnie czy nie?
- Chciałem się tylko upewnić, czy jesteś zdeterminowana. Po opuszczeniu
osady jedziemy do karawany i nie będziemy zawracać. To nie podlega
negocjacjom. Jeśli tu wejdziesz, musisz zostać przez trzy dni. Sześć,
gdybyś się zdecydowała i chciała wrócić z nami. Żadne prośby i jęki mnie
nie przekonają, żeby zawrócić.
- Czekałam osiem lat - odparła. - Trzy dodatkowe dni mnie nie zmogą.
Zaśmiał się.
- Prawie ci wierzę.
- I tego się należy trzymać. Weź pod uwagę, że jestem dziewczyną, która
nigdy nie kłamie - powiedziała.
Zewnętrzne drzwi zamknęły się, wgniatając ją w ciasną komorę śluzy.
Przez kratownice wpadało z piskiem powietrze. Równocześnie odczuła ruch,
łagodny i rytmiczny jak kołysanie w kołysce - lodochód sunął napędzany
przemiennymi ruchami tylnych nart.
Gdy wstała dziś z łóżka, pomyślała, że to początek ucieczki, ale dopiero
teraz miała pełną świadomość, że naprawdę jest w drodze.
Wewnętrzne drzwi przepuściły ją do środka. Odpięła hełm i powiesiła go
przepisowo obok trzech innych. Z zewnątrz lodochód wyglądał na dość dużą
maszynę, ale znaczną część wnętrza zajmowały dwa silniki, generatory i zbiorniki paliwa, urządzenia wymiany powietrza i przestrzeń ładunkowa.
Panowały tu ścisk i hałas, a powietrze było takie, że Rashmika chciała
znowu włożyć hełm. Miała nadzieję, że się do tego przyzwyczai, ale trzy
dni to chyba maksimum tego, co zdoła wytrzymać.
Lodochód szarpał i się zataczał. Przez jedno z okien widziała
oślepiająco biały krajobraz, który stale się pochylał. Przytrzymała się
uchwytu i próbowała przejść na przód pojazdu, gdy drogę zagrodził jej
Culver, syn Crozeta, ubrany w brudny brązowawy kombinezon z mnóstwem
kieszeni, z których wystawały narzędzia. Był rok czy dwa młodszy do
Rashmiki, miał blond włosy i zawsze wyglądał na niedożywionego. Spojrzał
na nią lubieżnie.
- W końcu postanowiłaś jechać, co? Dobra. Poznamy się trochę lepiej, no
nie?
- Tylko trzy dni. Nic sobie nie myśl.
- Pomogę ci zdjąć skafander, potem przejdziemy do przodu. Tato jest
zajęty, opuszczamy teraz wioskę. Musimy zrobić objazd z powodu krateru.
Dlatego trochę trzęsie.
- Dzięki, sama sobie poradzę ze skafandrem. - Rashmika znacząco skinęła
głową w stronę kabiny. - Może przeszedłbyś do tyłu i sprawdził, czy tato
nie potrzebuje pomocy?
- Nie potrzebuje. Mama też tam jest.
Rashmika rozpromieniła się.
- To dobrze. Chyba się cieszysz, Culver, że pilnuje, byście się nie
wpakowali w jakieś kłopoty?
- Nie wtrąca się, o ile tylko wychodzimy na plus. - Pojazd znów
gwałtownie skręcił i Rashmika uderzyła o metalową ścianę. - Tak naprawdę
to przeważnie przymyka na wszystko oko.
- Tak słyszałam. Muszę już zdjąć ten skafander... Może mi powiesz, gdzie
będę spała?
Culver pokazał jej malutką dziuplę między dwoma dudniącymi generatorami.
Leżały tam brudny materac, poduszka i ocieplana kołdra ze śliskiego
srebrnego materiału. Wisiała też zasłonka, którą można było zaciągnąć,
by zyskać trochę prywatności.
- Mam nadzieję, że nie spodziewałaś się luksusów.
- Spodziewałam się najgorszego.
Culver nie odchodził.
- Na pewno nie jest ci potrzebna pomoc przy rozbieraniu?
- Dam sobie radę. Dzięki.
- Masz jakieś ubranie, jak zdejmiesz skafander?
- Mam na sobie. Wzięłam też jakieś dodatkowe rzeczy. - Poklepała torbę
upchaną teraz pod pakietem podtrzymywania życia. Przez tkaninę czuła
twardą krawędź kompnotesu. - Chyba nie sądzisz, że zapomniałam zabrać
ciuchy?
- Nie - odparł ponuro.
- Jasne. Może pójdziesz teraz do rodziców i powiesz im, że jestem cała i zdrowa. I przekaż im, że im prędzej opuścimy wioskę, tym bardziej będę
zadowolona.
- Jedziemy najprędzej, jak się da - rzekł Culver.
- Właśnie to mnie martwi.
- Śpieszy ci się trochę, co?
- Tak, chciałabym jak najszybciej dotrzeć do katedr.
Culver spojrzał na nią uważniej.
- Podłapałaś religię?
- Niezupełnie - odparła. - To raczej sprawa rodzinna, którą muszę się
zająć.
107 Piscium, 2615
Quaiche obudził się. Ciało miał wtłoczone w ciemne, dopasowane
zagłębienie.
Czekając na powrót pamięci, tkwił w chwili błogosławionej nieświadomości
pozbawionej trosk i niepokoju. Nagle wspomnienia wtargnęły jak hałaśliwy
tłumek kibiców i dopiero potem ustawiły się mniej więcej w porządku
chronologicznym.
Pamiętał, jak po wybudzeniu przekazano mu niemiłą wiadomość, że królowa
udzieliła mu posłuchania. Pamiętał jej dwunastościenny pokój wyposażony
w narzędzia tortur, makabryczny mrok rozświetlany błyskami porażonego
prądem robactwa. Pamiętał czaszkę z monitorami w oczodołach. Pamiętał,
jak królowa igrała z nim jak kot z wróblem. Popełnił wiele błędów, ale
największym, najbardziej niewybaczalnym była nadzieja, że królowa puści
je w niepamięć.
Wrzeszczał - dokładnie zdał sobie sprawę, co się z nim stało i gdzie się
teraz znajduje. Wrzaski były stłumione, brzmiały bezbronnie, przykro,
dziecinnie. Słuchał tego ze wstydem. Nie mógł poruszyć żadną częścią
ciała, ale w zasadzie nie był sparaliżowany. Po prostu nie miał swobody
ruchu, może najwyżej na ułamek centymetra.
Zamknięcie wydało mu się dziwnie znajome.
Stopniowo wrzask przeszedł w rzężenie, potem w ledwie słyszalny,
ochrypły oddech. Trwało to kilka minut, a potem Quaiche zaczął buczeć,
powtarzać sześć czy siedem dźwięków z wprawnym zaśpiewem wariata czy
mnicha. Jestem już pod lodem, pomyślał. Nie było ceremonii pogrzebowej,
nie doszło do finalnej reprymendy ze strony Jasminy. Po prostu:
zalutowali go w skafandrze i pogrzebali w lodowej tarczy, którą statek
Gnostyczne Wniebowstąpienie pchał przed sobą. Nie potrafił określić,
ile czasu minęło: godziny, kawałek dnia. Wolał nie spekulować, że mogło
to trwać o wiele dłużej.
Opanowały go strach i równocześnie nieodparte poczucie, że coś jest nie
w porządku. Może wrażenie swojskości w tej zamkniętej przestrzeni albo
może chodziło o to, że na nic nie można było spojrzeć.
Usłyszał głos:
- Uwaga, Quaiche. Uwaga, Quaiche. Faza hamowania zakończona. Oczekiwanie
na rozkazy wejścia do układu. - Głos był spokojny, dobrotliwy. Głos
cybernetycznej podosoby Dominy.
Uświadomił sobie - i to nim wstrząsnęło - że nie znajduje się w żelaznym
skafandrze, lecz w Dominie, w trumnie hamowania, zapakowany w dopasowaną do jego kształtu matrycę, mającą chronić go podczas fazy
hamowania z dużym opóźnieniem. Przestał buczeć. Bez wątpienia poczuł
ulgę. Przed chwilą miał przed sobą perspektywę lat tortur, teraz pojął,
że znalazł się w relatywnie łagodnym środowisku Dominy, a zmiana
sytuacji była tak gwałtowna, że nie zdążył się emocjonalnie odprężyć.
Dyszał tylko, zszokowany i zdziwiony.
Czuł nieokreśloną potrzebę, by z powrotem wpełznąć w koszmar i potem
stopniowo się z niego wyłaniać.
- Uwaga, Quaiche. Oczekiwanie na rozkazy wejścia do układu.
- Poczekaj - powiedział. Gardło miał obolałe, głos chrapliwy.
Najprawdopodobniej przebywał w trumnie hamowania już od dłuższego czasu.
- Zaczekaj. Wydobądź mnie stąd. Ja...
- Czy wszystko jest zadowalające, Quaiche?
- Jestem nieco zdezorientowany.
- W jakim sensie, Quaiche? Potrzebna ci pomoc medyczna?
- Nie, ja... - Poruszył się. - Wydobądź mnie stąd. Za chwilę dojdę do
siebie.
- Dobrze, Quaiche.
Krępujące ograniczenia ustąpiły. Przez rozszerzające się szczeliny w trumnie gwałtownie wdarło się światło. Węch Quaiche'a został zaatakowany
znanym zapachem. Na statku panowała cisza, tylko od czasu do czasu tykał
system chłodzący. Zawsze tak było, gdy po etapie hamowania przechodzili
w fazę lądowania.
Quaiche przeciągnął się, jego ciało trzeszczało jak stare drewniane
krzesło. Czuł się źle, ale nie tak podle jak wtedy, gdy go ostatnio
pośpiesznie wybudzono z zimnego snu na Gnostycznym Wniebowstąpieniu. W trumnie podano mu narkotyki wprowadzające w stan nieświadomości, ale
większość procesów ciała przebiegała normalnie. Spędził w trumnie parę
tygodni podczas badania układów planetarnych, a ryzyko medyczne związane
ze stanem zamrożenia przewyższało dobroczynny wpływ, jaki dla królowej
miało powstrzymanie procesu jego starzenia.
Rozejrzał się - nadal nie wierzył, że zaoszczędzono mu koszmaru
zamknięcia w skafandrze ornamentowanym. A może mam halucynacje, może
zwariowałem po kilkumiesięcznym przebywaniu pod lodem? - zastanawiał
się. Jednak statek cechował się hiperrealnością, która w żadnym sensie
nie przypominała halucynacji. Quaiche nie pamiętał, żeby kiedykolwiek
przedtem śnił w czasie hamowania - przynajmniej nie były to takie sny, z których budził się z wrzaskiem. Im więcej jednak czasu mijało i im
bardziej konkretyzowała się wokół niego statkowa rzeczywistość, tym
bardziej było prawdopodobne, że jednak śnił.
Miał sny przez cały czas hamowania.
- Dobry Boże - powiedział i natychmiast poczuł ukłucie bólu, zwykłą
karę, jaką wirus indoktrynacyjny stosował za bluźnierstwo. Wrażenie było
tak radośnie realne, tak odmienne od koszmaru zamknięcia w grobie, że po
raz drugi powiedział: - Dobry Boże. Nigdy nie wierzyłem, że mam to w sobie.
- Co masz w sobie, Quaiche? - Czasami statek czuł się zobowiązany do
nawiązania rozmowy, jakby potajemnie się nudził.
- To nie ma znaczenia - odparł.
Coś zwróciło jego uwagę. Zwykle, gdy wychodził z trumny, miał dużo
miejsca, żeby się obrócić i ustawić wzdłuż długiej osi głównej schodni
małego statku. Teraz jednak o coś zawadzał łokciem; normalnie tego tu
nie było. Spojrzał, podejrzewając częściowo, co to może być.
Zobaczył skorodowaną i osmaloną metalową powłokę cynowej barwy. W ogólnych zarysach formę osoby, która zamiast oczu miała otwory
przysłonięte ciemną maskownicą.
- Suka - powiedział.
- Mam cię poinformować, że obecność skafandra ornamentowanego ma cię
mobilizować do osiągnięcia sukcesu podczas tej misji - oznajmił statek.
- Zaprogramowano cię, żebyś to powiedział?
- Tak.
Quaiche zauważył, że skafander został podłączony do statkowej matrycy
podtrzymywania życia. Grube przewody prowadziły ze ściennych gniazdek do
odpowiednich wejść w powłoce skafandra. Quaiche przyłożył dłoń do
powłoki, przejechał palcami od jednej grubo przyspawanej łaty do
drugiej, śledząc dotykiem kręty grzbiet węża. Metal był ciepławy, drżał
nieokreśloną podskórną aktywnością.
- Ostrożnie! - powiedział statek.
- Dlaczego... Czy w środku jest jakaś żywa istota? - Zadawszy pytanie,
Quaiche natychmiast sam sobie odpowiedział: - Dobry Boże. Ktoś jest
wewnątrz. Kto?
- Mam cię poinformować, że w skafandrze jest Morwenna.
Oczywiście. Oczywiście. Wszystko cudownie się klei.
- Dlaczego powiedziałeś, żebym był ostrożny?
- Mam cię poinformować, że skafander ustawiono tak, żeby pozbawił życia
wewnętrznego lokatora, gdyby ktoś usiłował majstrować przy powłoce,
spoinach czy przyłączach podtrzymywania życia. Mam cię poinformować, że
tylko naczelny medyk Grelier potrafi usunąć skafander, nie uśmiercając
lokatora.
Quaiche odsunął się od skafandra.
- To znaczy, że nie mogę go nawet dotknąć?
- Dotykanie nie byłoby najmądrzejszym postępowaniem, zważywszy na
okoliczności.
Miał ochotę się zaśmiać. Jasmina i Grelier przeszli samych siebie.
Najpierw audiencja, podczas której mu oznajmiono, że królowa straciła
cierpliwość. Potem ta farsa, gdy pokazano mu skafander, dając do
zrozumienia, że poniesie karę. Przekonano go, że wkrótce zostanie
zagrzebany w lodzie i będzie utrzymywany w stanie przytomności prawie
dziesięć lat. I wreszcie to szydercze ułaskawienie. Ostatnia szansa
odkupienia. Powiedziano mu bez ogródek: to naprawdę jest twoja ostatnia
szansa. Miał jasność. Jasmina pokazała mu dokładnie, co się stanie,
jeśli znów ją zawiedzie. Czcze pogróżki nie były w jej stylu.
Tym razem królowa wykazała się wyjątkową przebiegłością. Ponieważ
Morwenna jest uwięziona w skafandrze, on nie może zrobić tego, co
niekiedy przychodziło mu do głowy: ukryć się w jakimś układzie
planetarnym, aż Gnostyczne Wniebowstąpienie znajdzie się poza
zasięgiem. Nie, tym razem nie miał wyboru i musiał wrócić do królowej. A potem mieć nadzieję, że, po pierwsze, nie rozczaruje jej, a po drugie,
że królowa uwolni Morwennę ze skafandra.
Postanowił zadać pytanie:
- Czy jest obudzona?
- Właśnie dochodzi do przytomności - odparł statek.
Morwenna, mając fizjologię Ultraski, była znacznie lepiej od Quaiche'a przystosowana do hamowania, ale bardzo prawdopodobne, że skafander
został zmodyfikowany, by ją w jakiś sposób chronić.
- Czy możemy się ze sobą komunikować?
- Możesz do niej mówić. Ja obsługuję protokół między statkiem a skafandrem.
- Dobrze, przełącz mnie. - Quaiche odczekał sekundę i zaczął mówić: -
Morwenno?
- Horris? - Głos był dziwnie słaby i daleki. Quaiche ledwie wierzył, że
przyjaciółka jest od niego odizolowana zaledwie paroma centymetrami
metalu. - Horris, gdzie ja jestem? Co się stało?
Dotychczasowe doświadczenie nie dawało mu żadnych wskazówek, w jaki
sposób delikatnie nawiązać do tego, że jest uwięziona w zespawanym
metalowym skafandrze. "Ach, skoro mówimy o uwięzieniu...".
- Morwenno, jest jedna sprawa, ale nie chciałbym, żebyś panikowała.
Wszystko się dobrze skończy, ale w żadnym razie nie panikuj. Obiecujesz?
- Co jest nie tak? - W głosie Morwenny pobrzmiewał teraz niepokój.
Quaiche zanotował sobie w pamięci: chcesz człowieka przerazić, ostrzeż
go wcześniej, żeby nie panikował.
- Morwenno, powiedz, co zapamiętałaś. Spokojnie i powoli.
Usłyszał, że głos jej się łamie, że zbliża się atak histerii.
- Od czego mam zacząć?
- Czy pamiętasz, jak zaprowadzono mnie do królowej?
- Tak?
- A pamiętasz, jak zabrali mnie z jej pokoju?
- Tak... Tak.
- Pamiętasz, jak próbowałaś ich powstrzymać?
- Nie... - Zamilkła. Myślał, że się wyłączyła, ale podjęła rozmowę.
Połączenie było bardzo słabe. - Zaraz, tak, pamiętam.
- A potem?
- Nic.
- Zabrali mnie do sali operacyjnej Greliera. Tam, gdzie robił mi te
wszystkie inne rzeczy.
- Nie... - Była zdezorientowana, myślała, że ta straszna rzecz przydarzyła
się Quaiche'owi, a nie jej.
- Pokazali mi skafander ornamentowany - powiedział. - Ale do środka
włożyli ciebie. Teraz ty tam jesteś i dlatego nie wolno ci wpadać w panikę.
Przyjęła to spokojnie, lepiej, niż oczekiwał. Biedna, dzielna Morwenna.
Zawsze stanowiła odważniejszą połowę ich partnerskiego układu. Gdyby
dano jej szansę wzięcia kary na siebie, zrobiłaby to, wiedział o tym.
Równocześnie wiedział, że jemu brakowało takiej siły. Był słaby,
tchórzliwy i samolubny. Nie był złym człowiekiem, ale takich jak on nikt
nie podziwiał. Ta wiedza ukształtowała jego życie. Z tą wiedzą nie żyło
się łatwiej.
- Czyli jestem pod lodem? - spytała.
- Nie, nie jest aż tak źle - odparł i zaraz uświadomił sobie, jak w jej
sytuacji różnica między być czy nie być pod lodem jest absurdalnie mała.
- Jesteś teraz w skafandrze, ale nie jesteś pod lodem. Włożyli cię nie
za twoje przewinienia. To z mojego powodu. Żeby mnie zmusić do
określonego działania.
- Gdzie jestem?
- Jesteś ze mną, na pokładzie Dominy. Chyba właśnie skończyliśmy
hamowanie w nowym układzie.
- Nic nie widzę, nie mogę się ruszyć.
Cały czas patrzył na skafander, mając jej obraz w umyśle. Bardzo się
stara to ukryć, ale na pewno jest strasznie przerażona, pomyślał.
Zawstydzony gwałtownie odwrócił wzrok.
- Statku, czy możesz sprawić, żeby coś zobaczyła?
- Ten kanał nie jest uaktywniony.
- To go, do cholery, uaktywnij!
- Żadne działania nie są możliwe. Mam cię poinformować, że lokator może
się komunikować ze światem zewnętrznym tylko za pośrednictwem bieżącego
kanału audio. Każda próba podłączenia dodatkowych kanałów będzie uznana
za...
Machnął ręką.
- W porządku. Słuchaj, Morwenno, bardzo mi przykro. Te dranie nie
pozwalają, żebyś coś zobaczyła. Przypuszczam, że to pomysł Greliera.
- Wiesz, on nie jest moim jedynym wrogiem.
- Może nie, ale założę się, że miał w tej sprawie sporo do powiedzenia.
- Z czoła Quaiche'a kapały krople potu, kuliste w zerowej grawitacji.
Wytarł twarz wierzchem dłoni. - To wszystko moja wina.
- Gdzie jesteś?
Zaskoczyło go to pytanie.
- Unoszę się przy tobie. Myślałem, że mogłabyś słyszeć mój głos przez tę
pancerną powłokę.
- Słyszę tylko twój głos w mojej głowie. Wydaje się, że jesteś bardzo
daleko. Boję się, Horris. Nie wiem, czy to wytrzymam.
- Nie jesteś sama. Jestem tuż przy tobie. Prawdopodobnie bezpieczniej
być w skafandrze niż poza nim. Musisz tylko leżeć nieruchomo. Uda nam
się to wszystko szczęśliwie zakończyć za kilka tygodni.
- Kilka tygodni? - W jej głosie brzmiała rozpacz. - Mówisz tak, jakby to
było nic.
- Lepiej, niż miałoby trwać całe lata. Chryste, Morwenno, bardzo ci
współczuję. Obiecuję, że cię z tego wydostanę. - Quaiche zacisnął
powieki.
- Horris?
- Tak? - spytał przez łzy.
- Nie zostawiaj mnie na śmierć w tym pudle. Błagam.
***
- Morwenno - wezwał ją po chwili. - Posłuchaj uważnie. Muszę cię teraz
opuścić. Idę do sterowni. Muszę sprawdzić nasz status.
- Nie chcę, żebyś odchodził.
- Nadal będziesz mogła słyszeć mój głos. Muszę tam pójść. Koniecznie.
Inaczej żadne z nas nie będzie miało przyszłości.
- Horris.
Już się oddalał. Oddryfował od trumny hamowania i skafandra
ornamentowanego. Przytrzymywał się kolejno miękkich uchwytów przy
ścianach. Przepchnął się w dół wąskiej schodni, podciągając się rękami.
Nigdy nie lubił nieważkości, ale wąski jak igła statek rozpoznawczy był
o wiele za mały na grawitację rotacyjną. Podczas lotu powrotnego
sytuacja się poprawi, ponieważ wówczas Quaiche będzie miał dzięki
silnikom Dominy iluzję grawitacji.
W przyjemniejszych okolicznościach cieszyłby się, że nagle znalazł się
daleko od reszty załogi. Morwenna przeważnie nie towarzyszyła mu podczas
poprzednich wypraw i choć za nią tęsknił, upajał się wtedy tą wymuszoną
samotnością. Nie był przypadkiem człowieka asocjalnego. Wprawdzie w czasach, gdy przebywał w kulturze ludzi linii głównej, nie należał do
osób nadmiernie towarzyskich, ale zawsze miał grupę bliskich przyjaciół.
Zawsze miał kochanki, niektóre nietypowe, egzotyczne, albo - jak w przypadku Morwenny - wręcz ryzykowne. Jednak środowisko statku Jasminy
było klaustrofobiczne, aż do przesytu nasycone feromonową mgiełką
paranoi i intryg, więc w końcu tęsknił do prostoty statku, któremu
wyznaczono zadanie.
Domina i tkwiący w niej maleńki statek eksploracyjny stały się
prywatnym królestwem Quaiche'a w ramach większego imperium
Wniebowstąpienia. Statek czuwał nad nim, uprzedzając jego życzenia z gorliwością kurtyzany. Im dłużej Quaiche tu przebywał, tym statek więcej
wiedział o jego kaprysach i dziwactwach. Grał muzykę, która nie tylko
pasowała do jego nastroju, ale była tak dokładnie sformatowana, że
potrafiła go wyprowadzić z niebezpiecznie skrajnych nastrojów, z chorobliwej autorefleksji czy beztroskiej euforii. Statek serwował mu
nadzwyczajne potrawy; na Wniebowstąpieniu nigdy nie udało mu się
nakłonić syntezatorów żywności do wyprodukowania podobnych dań. Statek
miał zdolność sprawiania przyjemności i zaskakiwania, gdy Quaiche
przypuszczał, że jego biblioteki już się wyczerpały. Wiedział, kiedy
jego pasażer potrzebuje snu, a kiedy jest mu potrzebny zastrzyk
gorączkowej aktywności. Zabawiał go fantazjami, gdy Quaiche się nudził,
i symulował drobne kryzysy, gdy pasażer wykazywał oznaki
samozadowolenia. Statek znał go bardzo dobrze i niekiedy Quaiche'owi
wydawało się, że w jakimś sensie on sam przechodzi w statek, przenika
jego systemy maszynowe. To połączenie miało miejsce nawet na poziomie
biologicznym. Ultrasi bardzo się starali, by wysterylizować statek po
każdej wyprawie, gdy wracał do ładowni we wnętrzu Wniebowstąpienia,
ale Quiache wiedział, że statek pachnie teraz inaczej niż wtedy, gdy
leciał nim po raz pierwszy. Pachniał miejscami, w których Quaiche
przebywał.
Kiedyś uważał statek za niebo, za sanktuarium - teraz to wrażenie
minęło. Wystarczyło, że spojrzał na ornamentowany skafander, i natychmiast uświadamiał sobie, że Jasmina sięga swoimi wpływami do jego
lenna. Nie będzie drugiej szansy. Wszystko, co było dla niego ważne,
zależało od układu planetarnego, do którego zmierzał.
- Suka - powiedział znowu.
Dotarł do pokładu dowodzenia i wcisnął się w fotel pilota. Z konieczności pokład był malutki, ponieważ Domina składała się głównie
z paliwa i silnika. Quaiche siedział teraz w niewielkim rozszerzeniu
wąskiej schodni - kształtem przypominało to zbiorniczek termometru
rtęciowego. Przed sobą miał owalne okno widokowe, za którym widniała
tylko przestrzeń międzygwiezdna.
- Awionika - powiedział.
Panele przyrządów zamknęły się wokół niego jak kleszcze. Zamigotały,
potem pojawiły się na nich ruchliwe wykresy i pola wejścia, które
przesuwały się, by znaleźć się w miejscu, gdzie zatrzymywał wzrok.
- Rozkazy, Quaiche?
- Daj mi się chwilę zastanowić - odparł.
Najpierw ocenił systemy krytyczne, upewniając się, czy nie ma czegoś
złego, co podosoba mogła przeoczyć. Wykorzystali nieco więcej paliwa,
niż Quaiche oczekiwał na tym etapie misji, ale to nic dziwnego -
przecież wieźli dodatkową masę ornamentowanego skafandra. Zapasy były
wystarczające i nie musiał się martwić. Poza tym wszystko działało
dobrze: hamowanie odbyło się normalnie, wszystkie funkcje statkowe były
w normie, czujniki, systemy podtrzymywania życia, parametry stateczku
wycieczkowego, który tkwił w brzuchu Dominy jak embrion delfina
czekający na narodziny.
- Statku, czy są jakieś specjalne wymagania co do tego przeglądu?
- Żadnych mi nie podano.
- To świetnie, to krzepi. A status statku macierzystego?
- Otrzymuję stałe dane telemetryczne od Gnostycznego Wniebowstąpienia.
Oczekuje się, że spotkasz się ze statkiem po zwykłym sześcio-,
siedmiotygodniowym rekonesansie. Rezerwa paliwa wystarczy na manewr
doganiania.
- Potwierdzam. - To w ogóle nie miałoby sensu, gdyby Jasmina porzuciła
go bez zapasu paliwa, ale przyjemnie było pomyśleć, że i teraz postąpiła
rozsądnie.
- Horris? - odezwała się Morwenna. - Mów do mnie, proszę. Gdzie jesteś?
- Jestem na dziobie - odparł. - Robię przegląd. W tej chwili wszystko
wydaje się w porządku, ale chcę się upewnić.
- Czy wiesz, gdzie teraz jesteśmy?
- Właśnie mam to sprawdzić. - Dotknął kontrolki, uruchamiając głosowe
sterowanie głównymi układami statku. - Rotacja plus jeden osiemdziesiąt
i obrót trzydzieści sekund.
Displej konsoli wskazał przyjęcie rozkazu. Za owalnym oknem widokowym
warstewka słabo widocznych gwiazd zaczęła się przesuwać z jednej
krawędzi ku drugiej.
- Mów do mnie - poprosiła znów Morwenna.
- Obracam statek. Po hamowaniu byliśmy skierowani rufą do przodu. Za
chwilę powinniśmy mieć widok na układ.
- Czy Jasmina coś na ten temat mówiła?
- Nie przypominam sobie. A ty?
- Nic. - Po raz pierwszy od czasu przebudzenia miała głos prawie taki
jak dawniej. Quaiche przypuszczał, że był to mechanizm obronny. Jeśli
Morwenna będzie się zachowywała normalnie, odstraszy panikę. W skafandrze ornamentowanym panika była zabójcza. - Może... że to jeszcze
jeden układ, który nie wydaje się szczególnie interesujący - dodała. -
Gwiazda i kilka planet. Żadnych danych o obecności człowieka. Dosłownie
dziura.
- Nie ma danych, ale to nie wyklucza, że ktoś tu kiedyś zawinął, tak jak
my teraz. I zostawił coś po sobie.
- Miejmy nadzieję, że tak jest, do cholery - odparła sarkastycznie.
- Staram się zachować optymizm.
- Wybacz. Wiem, że chciałeś dobrze, ale nie oczekujmy niemożliwego.
- Może powinniśmy oczekiwać - powiedział sam do siebie, mając nadzieję,
że statek tego nie usłyszy i nie przekaże Morwennie.
W tym momencie statek prawie zakończył obrót o 180 stopni. Dobrze
widoczna gwiazda pojawiła się w oknie i ustawiła w centrum owalu. Z tej
odległości wyglądała bardziej jak słońce niż gwiazda. Gdyby na pokładzie
dowódcy nie było selektywnych przesłon, trudno byłoby patrzeć na tak
jasny obiekt.
- Coś mam. - Jego palce prześlizgnęły się po konsoli. - Typ spektralny
chłodne G. Gwiazda ciągu głównego, około trzech piątych jasności słońca.
Parę plam, ale nie ma niepokojącej aktywności korony. Oddalona o mniej
więcej dwadzieścia jednostek astronomicznych.
- To jednak dość daleko - stwierdziła Morwenna.
- Nie, jeśli chcesz mieć pewność, że będziesz miała widok na wszystkie
główne planety.
- A światy?
- Sekundę.
Przebiegł palcami po konsoli i widok z przodu się zmienił. Na monitor
wyskoczyły kolorowe linie orbit ściśniętych w elipsy, każda zaopatrzona
w ramkę z liczbami dającymi główne charakterystyki świata krążącego po
danej orbicie. Quaiche przyjrzał się uważnie tym parametrom: masa, okres
obiegu, długość dnia, kąt nachylenia, średnica, ciążenie na powierzchni,
średnia gęstość, moc magnetosfery, obecność księżyców lub pierścieni. Z podanych przy liczbach przedziałów ufności wywnioskował, że dane zostały
obliczone przez Dominę, która użyła swoich czujników i zastosowała
algorytmy interpretacyjne. Gdyby liczby zostały wyciągnięte z jakiejś
wcześniejszej bazy danych, odznaczałyby się znacznie większą
dokładnością.
Oszacowania się poprawią, gdy Domina podleci bliżej do układu, ale na
razie Quaiche zanotował sobie, że ten rejon kosmosu jest w zasadzie
niezbadany. Ktoś mógł wcześniej tędy przelatywać, ale nie zatrzymał się
na tyle długo, by złożyć oficjalne sprawozdanie. Zatem istniała szansa,
że układ zawiera coś, co można by uznać za wartościowe, choćby z powodu
nowości.
- Zaczniemy, kiedy uznasz za stosowne - powiedział statek, pragnąc
rozpocząć swoją pracę.
- Dobrze, dobrze - odparł Quaiche. - Ponieważ nie ma żadnych anormalnych
danych, polecimy w stronę słońca, zbliżymy się po kolei do planet, a potem obierzemy za cel te po przeciwnej stronie, gdy będziemy wracać do
przestrzeni międzygwiezdnej. Przy tych warunkach znajdź pięć najbardziej
oszczędnych, z punktu widzenia zużycia paliwa, wzorców podróży i przekaż
mi je. Jeśli istnieje znacznie efektywniejsza strategia, według której
jakiś ze światów musimy pominąć i potem do niego wrócić, to też mi ją
przedstaw.
- Chwilę, Quaiche. - Milczenie trwało krótko, Quaiche nie zdążył nawet
mrugnąć. - Jest. Przy wymienionych przez ciebie warunkach nie ma
najlepszego rozwiązania, nie ma też jakiegoś wyraźnie korzystnego
wzorca, gdyby uwzględnić poszukiwania nie po kolei.
- Dobrze. Teraz wyświetl pięć wariantów w kolejności rosnącej ze względu
na czas potrzebny do hamowania.
Warianty się przemieściły. Quaiche drapał się po brodzie, próbując
dokonać wyboru. Mógłby poprosić statek, by sam podjął decyzję, stosując
własne tajemne kryteria, ale zawsze wolał osobiście dokonać ostatecznego
wyboru. Nie polegało to na losowym wskazaniu któregoś wariantu, ponieważ
zawsze istniał taki, który z jakiegoś powodu wydawał się bardziej
odpowiedni od innych. Quaiche był gotów przyznać, że oznaczało to
decyzję na nosa - bez stosowania świadomego procesu eliminacji - i uważał to za równie uprawomocnione postępowanie. Cały sens wysłania
Quaiche'a do badania układu planetarnego polegał na tym, by wykorzystać
te ulotne umiejętności, których nie dało się łatwo wbudować w zestaw
instrukcji algorytmicznych wykonywanych przez maszyny. Po to tu był, by
wpływać na wybór wariantu, który go najbardziej zadowalał.
Tym razem nie był to wybór oczywisty. Czasami miał szczęście i przybywał
do układu w okresie, gdy trzy lub cztery interesujące go światy
znajdowały się w jednym szeregu na swoich orbitach, co umożliwiało
wytyczenie bardzo skutecznej drogi w linii prostej. W tym wypadku
planety były rozproszone i wszystkie wytyczone drogi przypominały spacer
pijaka.
Były jednak i pocieszające elementy. Gdyby zmieniał kierunek w regularny
sposób, nie musiałby wydatkować znacznie większej ilości paliwa na
całkowite hamowanie i badanie z bliska planet, które wpadły mu w oko.
Zamiast zrzucać pakiety instrumentów podczas szybkiego przelotu w pobliżu planety, mógłby polecieć Córką Śmieciarza i naprawdę dobrze
się rozejrzeć.
Przez chwilę, gdy zastanawiał się nad lotem Córką, zapomniał o Morwennie. Ale tylko na moment. Miał świadomość, że gdyby opuścił
Dominę, musiałby również opuścić swoją przyjaciółkę.
Zastanawiał się, jak by to przyjęła.
- Podjąłeś decyzję, Quaiche? - spytał statek.
- Tak. Sądzę, że wybierzemy wariant drugi.
- Czy to twoja ostateczna odpowiedź?
- Sprawdźmy: minimalny czas hamowania; tydzień na większość dużych
planet, dwa na układ gazowego giganta z licznymi księżycami... parę dni na
maluchy... i nadal pozostanie nam paliwo, na wypadek gdybyśmy znaleźli coś
znaczącego.
- Zgadzam się.
- Statku, poinformujesz mnie, jeśli zauważysz coś niezwykłego? Chodzi mi
o to... Czy nie dostałeś żadnych specjalnych instrukcji w tej sprawie?
- Absolutnie żadnych, Quaiche.
- Dobrze. - Zastanawiał się, czy statek odkrył niedowierzanie w jego
głosie. - Powiedz mi, gdyby coś się pojawiło. Chcę być poinformowany.
- Możesz na mnie liczyć, Quaiche.
- Chyba muszę.
- Horris? - odezwała się Morwenna. - Co się dzieje?
Statek najprawdopodobniej odłączył ją od kanału audio, gdy dyskutowali o wyborze strategii.
- Analizujemy warianty. Wybrałem strategię próbkowania. Będziemy w stanie przyjrzeć się bliżej wszystkiemu, czemu zechcemy.
- Jest coś interesującego?
- Nic olśniewającego - odparł. - To zwykła pojedyncza gwiazda i rodzina
światów. Nie widzę wyraźnych śladów biosfery ani żadnych znaków, że ktoś
tu był przed nami. Jeśli są tam rozproszone na powierzchni małe
artefakty, prawdopodobnie z tej odległości ich nie zauważymy, chyba że
zachowają się aktywnie, żeby zostały dostrzeżone. Ale wyraźnie tego nie
robią. Nie zniechęcam się jednak. Podlecimy bliżej i dobrze się
rozejrzymy.
- Powinniśmy uważać. Może tam być dużo nieoznaczonych niebezpieczeństw.
- Może być, ale w tej chwili to raczej nasze najmniejsze zmartwienie,
nie sądzisz?
- Quaiche? - przywołał go statek, zanim Morwenna zdążyła odpowiedzieć. -
Jesteś gotów zainicjować przeszukiwanie?
- Czy zdążę się dostać do trumny hamowania?
- Początkowe przyśpieszenie to tylko jedno g, póki nie zakończę
dokładnej diagnostyki napędu. Gdy będziesz bezpieczny w zasobniku,
przyśpieszenie będzie się zwiększało, aż osiągnie bezpieczne dla
zasobnika wartości graniczne.
- A co z Morwenną?
- Nie odebrałem żadnych specjalnych instrukcji.
- Czy przeprowadzaliśmy hamowanie przy zwykłych pięciu g, czy kazano ci
utrzymywać mniejszą wartość?
- Przyśpieszenie utrzymywało się w zwykłych ustalonych granicach.
Dobrze. Morwenna to wytrzymała, więc wszystko wskazywało na to, że jeśli
Grelier zmodyfikował skafander ornamentowany, to dawał on nie gorszą
ochronę niż trumna hamowania.
- Statku, czy zdołasz uśpić Morwennę na czas buforu hamowania?
- Usypianie zostanie przeprowadzone automatycznie.
- Wspaniale. Morwenno... słyszałaś to?
- Słyszałam - odparła. - Może zadałbyś również inne pytanie. Jeśli może
mnie uśpić, gdy zachodzi taka potrzeba, to czy może mnie uśpić na całą
podróż?
- Statku, słyszałeś pytanie. Możesz to zrobić?
- Jeśli jest takie wymaganie, da się to załatwić.
To głupie, ale Quaiche'owi nie przyszło do głowy takie pytanie. Czuł
wstyd, że nie pomyślał o tym pierwszy. Jeszcze nie pojął do końca, co
znaczy dla Morwenny tkwienie w tym skafandrze.
- Słuchaj, Mor, jeśli chcesz, mogę polecić, żeby cię natychmiast uśpił.
Kiedy się obudzisz, będziemy z powrotem na Wniebowstąpieniu.
- A jeśli ci się nie uda? Czy sądzisz, że kiedykolwiek pozwolą mi się
obudzić?
- Nie wiem - przyznał. - Chciałbym to wiedzieć. Ale nie zamierzam
ponieść porażki.
- Zawsze okazujesz wielką pewność siebie - powiedziała. - Zawsze mówisz
tak, jakby wszystko miało dobrze pójść.
- Czasami nawet w to wierzę.
- A teraz?
- Powiedziałem Jasminie, że chyba czuję, że odmienia się mój los. Nie
kłamałem.
- Mam nadzieję, że się nie mylisz.
- Więc chcesz zasnąć?
- Nie - rzekła. - Będę w stanie czuwania, razem z tobą. Gdy ty będziesz
spał, ja też zasnę. Tak myślę teraz. Nie wykluczam, że później zmienię
zdanie.
- Rozumiem.
- Znajdź tam coś, Horris. Proszę. Dla nas obojga.
- Postaram się - powiedział.
W trzewiach czuł coś w rodzaju pewności. To bez sensu, ale to tam było:
twarde i ostre jak kamień żółciowy.
- Statku, wieź nas do układu - polecił.
Pięć
PIĘĆ
Ararat, 2675
Clavain i Scorpio zbliżali się do namiotu, gdy zobaczyli Vaska stojącego
przy wejściu. Nagły poryw wiatru załomotał linkami; smagnęły zielono
barwioną tkaninę. Wydawało się, że wiatr się niecierpliwi, pogania ich.
Chłopak czekał nerwowo, niepewny, co zrobić z rękoma. Clavain spojrzał
na niego nieufnie.
- Myślałem, że jesteś tu sam - powiedział cicho.
- Nie przejmuj się nim - odparł Scorpio. - Był trochę zdziwiony, gdy się
dowiedział, gdzie się cały czas podziewałeś, ale chyba mu przeszło.
- Mam nadzieję.
- Nevil, traktuj go łagodnie, dobrze? Później będziesz miał mnóstwo
czasu, by odgrywać tyrana.
Gdy chłopak znalazł się w zasięgu głosu, Clavain krzyknął ochryple:
- Kim jesteś, synu?!
- Vasko, proszę pana. Vasko Malinin.
- To przecież nazwisko z Resurgamu. Stamtąd pochodzisz?
- Urodziłem się tutaj, proszę pana. Rodzice byli z Resurgamu. Mieszkali
w Cuvier przed ewakuacją.
- Wyglądasz dość młodo.
- Mam dwadzieścia lat, proszę pana.
- Urodził się rok czy dwa po założeniu kolonii - wyjaśnił szeptem
Scorpio. - Zatem należy do najstarszych ludzi urodzonych na Araracie.
Nie jest jedyny. W czasie, gdy wycofałeś się z życia, urodziło się już
drugie pokolenie tubylców. Te dzieci nie pamiętają Resurgamu ani nawet
podróży na tę planetę.
Clavain zadrżał, jakby ta wiadomość mogła być dla niego czymś
przerażającym.
- Scorpio, nie planowaliśmy zapuszczać tu korzeni. Ararat miał być
tymczasowym przystankiem. Sama nazwa to kiepski żart. Nie zaludnia się
planety, której nazwa brzmi jak kiepski żart.
Scorpio wyczuł, że nie jest to najlepszy moment, by przypomnieć
Clavainowi, że zawsze zamierzali zostawić pewną grupę ludzi na Araracie,
nawet gdyby większość stąd wyjechała.
- Masz do czynienia z ludźmi. I ze świniami. Powstrzymywanie nas od
rozmnażania to sprawa beznadziejna.
- A ty co robisz? - zwrócił się Clavain do Vaska.
- Pracuję w fabryce żywności, proszę pana, głównie na warstwach osadów,
czyszczę skrobaki z mułu albo wymieniam ostrza w zbierakach
powierzchniowych.
- Bardzo ciekawa praca.
- Szczerze mówiąc, gdyby to była ciekawa praca, nie przyszedłbym tu
dzisiaj, proszę pana.
- Vasko służy również w lokalnej lidze Sił Bezpieczeństwa - wtrącił
Scorpio. - Przeszedł zwykły trening: obsługa broni, tłumienie zamieszek
i tak dalej. Oczywiście większość jego zajęć to gaszenie pożarów, pomoc
w rozdzielaniu racji żywnościowych i lekarstw z Centralnych Zasobów.
- To ważna praca - stwierdził Clavain.
- Nikt w to nie wątpi, a już na pewno nie Vasko - odpowiedział Scorpio.
- Ale rozgłosił, że chciałby czegoś ciekawszego. Zadręcza administrację
ligi, żeby go awansowali na pełny etat. Jest bardzo dobrze oceniany i marzy o zadaniu nieco bardziej ambitnym niż przerzucanie gówna.
Clavain przyjrzał się młodzieńcowi spod zmrużonych powiek.
- Co ci Scorp powiedział o kapsule?
Vasko spojrzał na świnię, potem na Clavaina.
- Nic, proszę pana.
- Powiedziałem to, co niezbędne, czyli niewiele.
- Lepiej powiedz mu wszystko - stwierdził Clavain.
Scorpio powtórzył to, co już przekazał Clavainowi. Zafascynowany
obserwował minę Vaska, na którym te informacje zrobiły wielkie wrażenie.
Nic dziwnego. Dwudziestoletnia całkowita izolacja Araratu stała się tak
trwałym elementem jego życia jak stały ryk oceanu i wszechobecny ciepły
zapach morskiego powietrza i gnijącej roślinności. Poczucie izolacji,
tak absolutne, tak wszechobecne, zniknęło ze świadomego postrzegania.
Teraz jednak coś tę izolację rozerwało: przypomnienie, że oceaniczna
planeta zawsze była tylko wątłym i tymczasowym miejscem odosobnienia na
arenie szerszych konfliktów.
- Rozumiesz teraz, dlaczego nie chcemy, żeby wszyscy się o tym
dowiedzieli, zanim sami się nie przekonamy, co to takiego - wyjaśnił
Scorpio.
- Masz chyba jakieś podejrzenia? - spytał Clavain.
Scorpio skinął głową.
- To może być Remontoire. Spodziewaliśmy się, że Światło Zodiakalne
kiedyś się pojawi. Przypuszczaliśmy, że nastąpi to wcześniej, ale nie
wiadomo, co się z nimi stało, gdy się rozstaliśmy. Nie wiemy, ile trwała
samonaprawa statku. Może po otwarciu kapsuły znajdziemy w niej mojego
drugiego z kolei ulubionego Hybrydowca.
- Mówisz to bez przekonania.
- Wyjaśnij mi coś, Clavainie - poprosił Scorpio. - Jeśli to Remontoire i spółka, to po co ta cała tajemnica? Dlaczego nie weszli na orbitę i nie
zameldowali o swoim przybyciu? Mogli przynajmniej zrzucić kapsułę nieco
bliżej lądu, żeby jej wydobycie nie wymagało takiego nakładu.
- Więc rozważmy alternatywę. To może być twój najmniej ulubiony
Hybrydowiec - zaproponował Clavain.
- Już się nad tym zastanawiałem. Jeśli Skade dotarła do naszego układu,
zakładałbym, że zrobi to ukradkiem, potajemnie. Powinniśmy jednak coś
dostrzec. I wnioskując dalej: nie jest prawdopodobne, żeby zaczęła
inwazję, wysyłając pojedynczą kapsułę, chyba że w środku jest coś
strasznie paskudnego.
- Sama Skade potrafi być paskudna - zauważył Clavain. - Zgadzam się
jednak: to chyba nie ona. Osobiste lądowanie byłoby samobójczym gestem,
nie w jej stylu.
Podeszli do namiotu. Clavain otworzył wejście i wszedł pierwszy.
Przystanął na progu i zlustrował wnętrze nieco oskarżycielskim wzrokiem,
jakby mieszkał tu ktoś zupełnie inny.
- Przyzwyczaiłem się do tego miejsca.
- Chcesz powiedzieć, że nie zniesiesz powrotu? - spytał Scorpio. Czuł
snujący się tu nadal zapach poprzedniej obecności Clavaina.
- Muszę po prostu zdobyć się na wysiłek. - Clavain zamknął za nimi
wejście. - Co wiesz o Skade i Remontoirze? - zwrócił się do Vaska.
- Chyba nigdy przedtem o nich nie słyszałem.
Clavain usiadł na składanym krzesełku; goście stali.
- Remontoire był... jest... moim najstarszym sojusznikiem. Też Hybrydowcem.
Znamy się od czasów, gdy walczyliśmy przeciw sobie na Marsie.
- A Skade, proszę pana?
Clavain podniósł kawałek muszli i zaczął mu się z roztargnieniem
przyglądać.
- Skade to inna para kaloszy. Też jest Hybrydowcem, ale z późniejszego
pokolenia niż nasze. Jest bardziej inteligentna, szybsza i nie ma
żadnych związków emocjonalnych z ludzkością dawnej linii. Gdy pojawiło
się zagrożenie ze strony Inhibitorów, Skade postanowiła ratować Matczyne
Gniazdo, planowała ewakuację z tego rejonu kosmosu. Nie zgadzałem się z nią, bo to oznaczało, że reszta ludzkości będzie musiała radzić sobie
sama, a przecież powinniśmy sobie wzajemnie pomagać. Więc zwiałem.
Remontoire miał początkowo pewne opory, ale związał swój los ze mną.
- Zatem Skade nienawidzi was obu? - spytał Vasko.
- Myślę, że jest skłonna interpretować wydarzenia na jego korzyść -
odparł Clavain. - Ale co do mnie... nie, mosty między mną i Skade są
spalone. Dla niej czarę przepełniło jedno wydarzenie: przeciąłem ją na
pół liną cumowniczą.
Scorpio wzruszył ramionami.
- Takie rzeczy się zdarzają.
- Remontoire ją uratował - powiedział Clavain. - Dla niej to się
prawdopodobnie liczy, nawet jeśli potem ją zdradził. W przypadku Skade
lepiej jednak niczego nie zakładać. Wydaje mi się, że później ją
zabiłem, ale nie wykluczam, że udało jej się z tego wykaraskać. Tak
przynajmniej wynika z jej ostatniego przekazu.
- Właściwie dlaczego, proszę pana, czekamy na Remontoire'a i innych?
Clavain spojrzał na Vaska, mrużąc oczy.
- On chyba niewiele wie.
- To nie jego wina - rzekł Scorpio. - Tu się urodził i wydarzenia sprzed
naszego przyjazdu na Ararat to dla niego historia starożytna. Takiej
samej reakcji możesz oczekiwać od większości młodych, i ludzi, i świń.
- To go nie usprawiedliwia. Za moich czasów byliśmy bardziej dociekliwi.
- Za twoich czasów uznano by, że opuszczacie się w pracy, jeśli przed
śniadaniem nie zaangażowaliście się w kilka morderstw.
Clavain tego nie skomentował. Odłożył odłamek muszli i podniósł inny,
sprawdzając jego ostrą krawędź na delikatnych włoskach dłoni.
- Trochę wiem, proszę pana - powiedział pośpiesznie Vasko. - Wiem, że
przybył pan na Resurgam z Yellowstone, kiedy maszyny zaczęły niszczyć
nasz układ słoneczny. Pomógł pan ewakuować całą kolonię statkiem
Nostalgia za Nieskończonością... Prawie dwieście tysięcy ludzi.
- Około stu siedemdziesięciu tysięcy - poprawił go Clavain. - I każdego
dnia rozpaczam po tych, których nie udało się uratować.
- Nikt cię nie wini, przecież tak wielu uratowałeś - zauważył Scorpio.
- Historia to osądzi.
Scorpio westchnął.
- Jeśli chcesz się pławić w samooskarżeniach, proszę bardzo, Nevil. Ja
muszę się zająć tajemniczą kapsułą i kolonią, która chce odzyskać
swojego przywódcę. Najlepiej, żeby był umyty, uczesany i nie pachniał za
bardzo wodorostami i nieświeżą pościelą. Mam rację, Vasko?
Clavain patrzył badawczo na Vaska przez kilka chwil. Delikatne blade
włoski na karku Scorpia się najeżyły. Miał wrażenie, że przyjaciel
taksuje młodzieńca, konfrontuje go ze swoimi wyrobionymi przez wieki
wyobrażeniami o osobie idealnej. Teraz decyduje się los Vaska, pomyślał
Scorpio. Jeśli Clavain dojdzie do wniosku, że Vasko nie zasługuje na
jego zaufanie, przestanie przekazywać mu informacje o ludziach
nieznanych powszechnie w kolonii, a Vasko zacznie zapominać spotkanie z Clavainem, traktując je jako sprawę incydentalną.
- To by się przydało - rzekł Vasko, spoglądając z wahaniem na Scorpia. -
Potrzebujemy pana. Zwłaszcza teraz, gdy nadchodzą zmiany.
- Można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że nadejdą. - Clavain nalał
sobie szklankę wody.
- Więc niech pan z nami wróci. Jeśli w kapsule jest Remontoire, to
przecież spodziewa się zobaczyć pana, gdy go wydostaniemy.
- Ma rację - poparł go Scorpio. - Jesteś nam potrzebny, Nevil.
Chciałbym, żebyś wyraził zgodę na otwarcie kapsuły.
Clavain milczał. Wiatr znów łomotał linami. Światło w namiocie
zmętniało, gdy Słońce Jasne zachodziło za horyzontem. Scorpio czuł, że
opuściła go energia. Ostatnio często mu się to zdarzało o zachodzie.
Wcale mu się nie uśmiechała podróż powrotna, spodziewał się, że morze
będzie bardziej wzburzone niż poprzednio.
- Jeśli wrócę... - zaczął Clavain i zamilkł. Upił łyk wody, oblizał wargi.
- Jeśli wrócę z wami, to niczego nie zmieni. Jestem tu z pewnego powodu
i ten powód nadal pozostaje zasadny. Zamierzam powrócić tutaj, kiedy
sprawa kapsuły zostanie załatwiona.
- Rozumiem - rzekł Scorpio, choć nie takiej odpowiedzi oczekiwał.
- To dobrze, bo mówię poważnie.
- Ale wrócisz razem z nami i będziesz nadzorował otwarcie kapsuły?
- Tak. Ale tylko to.
- Ludzie cię potrzebują, Clavain. To może być trudne, ale nie uchylaj
się od odpowiedzialności po tym wszystkim, co dla nas zrobiłeś.
Clavain odepchnął szklankę z wodą.
- Po tym, co dla was zrobiłem? Po tym, jak wplątałem was w wojnę,
zniszczyłem wam życie i ciągnąłem was przez kosmos do tej żałosnej
koszmarnej dziury? Nie potrzebuję od nikogo podziękowań. Potrzebne mi
zmiłowanie i przebaczenie.
- A jednak ludzie uważają, że wiele ci zawdzięczają. Wszyscy.
- To racja - potwierdził Vasko.
Clavain wysunął szufladę ze składanego biurka i wyjął składane lustro.
Porysowane i zamglone, musiało być bardzo stare.
- A więc wracasz z nami? - nalegał Scorpio.
- Może jestem stary i zmęczony, ale od czasu do czasu coś potrafi mnie
zaskoczyć. Moje dalekosiężne plany się nie zmieniły, ale przyznaję, że
bardzo chciałbym wiedzieć, kto jest w kapsule.
- Dobrze. Odpłyniemy, jak tylko spakujesz potrzebne rzeczy.
Clavain coś burknął w odpowiedzi. Spojrzał na swoje odbicie, a potem z zaskakującą gwałtownością odwrócił wzrok od lustra.
Chodzi o oczy, pomyślał Scorpio. Po raz pierwszy od miesięcy Clavain
zobaczył swoje oczy i ten widok mu się nie spodobał.
- Nieźle ich wystraszę - powiedział Clavain.
107 Piscium, 2615
Quaiche ułożył się wzdłuż skafandra ornamentowanego. Jak zwykle po
pobycie w trumnie hamowania wszystko go bolało, a mięśnie szeptały
mózgowi monotonną litanię żalów. Tym razem prawie nie zauważał
dolegliwości. Jego umysł był zajęty czymś innym.
- Morwenno, słyszysz mnie? Obudziłaś się?
- Jestem tu, Horris. - Miała zaspany głos. - Co się stało?
- Dotarliśmy. Statek zawiózł nas na siedem jednostek astronomicznych od
lokalnego słońca, w pobliże głównego gazowego giganta. Przeszedłem na
dziób, żeby sprawdzić stan rzeczy. Widok z kokpitu jest naprawdę niezły.
Żałuję, że cię tam ze mną nie było.
- Ja też.
- Widziałem w atmosferze wzorce burzowe, błyskawice... księżyce... wszystko.
Cholerne wspaniałości.
- Horris, jesteś czymś podekscytowany.
- Tak?
- Słyszę to w twoim głosie. Znalazłeś coś, prawda?
Tak rozpaczliwie pragnął dotknąć skafandra, głaskać jego metalową
powłokę i wyobrażać sobie, że pieści palcami Morwennę.
- Nie wiem, co dokładnie znalazłem, ale uważam, że powinniśmy tu zostać
i przynajmniej dobrze się rozejrzeć.
- Niewiele mi to mówi.
- Wokół Haldory krąży wielki, pokryty lodem księżyc - powiedział.
- Jakiej Haldory?
- Wokół gazowego giganta - wyjaśnił szybko. - Tak go nazwałem.
- Czyli kazałeś statkowi przydzielić losowo jakąś nazwę z wolnych
pozycji w tablicach nomenklaturowych.
- No tak. - Quaiche uśmiechnął się. - Ale nie zaakceptowałem jego
pierwszej propozycji. Wyraziłem w tej sprawie opinię, choć dość słabo.
Nie sądzisz, że Haldora ma przyjemne klasyczne brzmienie? Z języka norse
czy coś takiego. Zresztą to nie ma znaczenia.
- A księżyc?
- Hela - odparł Quaiche. - Oczywiście nadałem nazwy wszystkim księżycom,
ale teraz tylko Hela nas naprawdę interesuje. Nazwałem nawet pewne
główne punkty topograficzne na Heli.
- Dlaczego zależy nam na lodowym księżycu?
- Ponieważ coś na nim jest. Powinniśmy się temu bliżej przyjrzeć.
- Co znalazłeś, kochanie?
- Most - odparł Quaiche. - Most przez rozpadlinę. Most, którego nie
powinno tam być.
***
Domina węszyła i przedzierała się ku gazowemu gigantowi, Haldorze,
nazwanemu tak przez jej pana. Wszystkie sensory statek nastawił na
maksymalną czułość. Znał niebezpieczeństwa przestrzeni lokalnej,
pułapki, w które ktoś nieostrożny mógłby wpaść w przesyconej
promieniowaniem, zawalonej pyłem ekliptyce typowego układu słonecznego.
Statek przewidywał impakty, czekając na nadchodzące odłamki, które miały
zawadzić o zewnętrzną krawędź bańki radaru antykolizyjnego. W każdej
sekundzie analizował miliardy scenariuszy kryzysu, przeglądając warianty
uniku, by znaleźć ciasną wiązkę rozwiązań dopuszczalnych, dzięki którym
wyprzedzi zagrożenie, nie miażdżąc przy tym ostatecznie swojego pana. Od
czasu do czasu dla zabawy kreślił strategie unikania wielokrotnych
równoczesnych kolizji, choć wiedział, że wszechświat musiałby przejść
przez nieprawdopodobną liczbę cykli kolapsu i ponownych narodzin, nim
zaistniałaby szansa wystąpienia takiego niezwykłego zbiegu wydarzeń.
Z identyczną starannością statek obserwował gwiazdę układu. Wypatrywał
niestabilnych protuberancji lub zaczątkowych rozbłysków i, na wypadek
gdyby wystąpiło takie zjawisko, zastanawiał się, za które pobliskie
ciało umknąć dla ochrony. Stale przeczesywał lokalną przestrzeń,
sprawdzając, czy nie ma zagrożenia ze strony sztucznych obiektów, jakie
mogli pozostawić ewentualni wcześniejsi eksploratorzy - na przykład
intensywne pola zakłócające, błądzące miny, przyczajone drony szturmowe
- oraz sprawdzał stan swoich środków odpierających, skupionych w brzuchu
statku, skąd mogły zostać błyskawicznie wyprowadzone do ataku. Statek
sekretnie pragnął, by pewnego dnia, wykonując swe zadanie, miał okazję
użyć tych śmiercionośnych narzędzi.
Dlatego chmara pomocniczych statkowych podosób upewniała się, że - choć
wystąpienie niebezpieczeństwa było dość prawdopodobne - zrobiono
wszystko, co należy.
Nagle stało się coś, co zmusiło statek do chwili namysłu, ujawniając
szczelinę w zbroi triumfalnej gotowości.
W ułamku sekundy zaszło niewytłumaczalne zjawisko.
Anomalia czujników. Równoczesna czkawka we wszystkich sensorach, które
akurat obserwowały Haldorę. Czkawka - jakby gazowy gigant po prostu
zniknął.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki