Otchłań rozgrzeszenia - Alastair Reynolds

Kup ebooka

58.50 zł
49.73 zł (47,76 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Pro­log

Samot­nie stoi na końcu mola i obser­wuje niebo. Pomost z desek bie­gnie do brzegu poły­sku­jącą srebrno-nie­bie­ską wstęgą na morzu czar­nym jak atra­ment. Świeci księ­życ, sły­chać cichy plusk fal ude­rza­ją­cych o pod­pory mola. Zachodni hory­zont pać­kają migo­czące paste­lowe zie­lone smugi, jakby za hory­zontem zni­kały floty gale­onów z zapa­lo­nymi świa­tłami.

Spo­wija ją biała chmura mecha­nicz­nych motyli. Każe im pod­le­cieć bli­żej; pod­la­tują i two­rzą coś w rodzaju zbroi, ich skrzy­dła cia­sno się spla­tają. Nie jest jej zimno - wieje cie­pły wiatr prze­sy­cony sła­bym egzo­tycz­nym zapa­chem odle­głych wysp - ale czuje, że jest wysta­wiona na nie­bez­pie­czeń­stwo, że obser­wuje ją coś ogrom­nego i star­szego od niej. Gdyby dotarła tu mie­siąc temu, gdy na tej pla­ne­cie prze­by­wały jesz­cze dzie­siątki tysięcy ludzi, ocean nie zwra­całby na nią uwagi. Teraz jed­nak na wyspach pra­wie nikt nie mieszka; została tylko garstka opie­sza­łych lub tych, któ­rzy tu późno przy­byli, jak ona. Jest tu nowa - a w zasa­dzie od dawna nie­obecna - i jej sygnał che­miczny zbu­dził morze. Gdy tu wylą­do­wała, po dru­giej stro­nie zatoki poja­wiły się świetlne plamy. To nie przy­pa­dek.

Tyle czasu upły­nęło, a morze na­dal ją pamięta.

- Powin­ni­śmy już iść - wzywa opie­kun. Jego głos dociera ze skrawka ziemi, gdzie oparty na lasce czeka nie­cier­pli­wie. - Nie jest bez­piecz­nie, od kiedy prze­stali pil­no­wać pier­ście­nia.

Tak, widzi ten pier­ścień - prze­cina niebo jak prze­sadny, nie­zręczny rysu­nek Drogi Mlecz­nej; skrzy się i migo­cze; nie­zli­czone krze­mienne odłamki odbi­jają świa­tło naj­bliż­szego słońca. Gdy tu przy­była, wła­dze pla­nety na­dal kon­ser­wo­wały pier­ścień: co kilka minut widziała różowy błysk rakiety ste­ru­ją­cej, gdy jeden z dro­nów zmie­niał orbitę jakie­goś odłamka, zapo­bie­ga­jąc jego wej­ściu w atmos­ferę pla­nety i upad­kowi do morza. Jak ją poin­for­mo­wano, miesz­kańcy na widok bły­sku wypo­wia­dali w duchu życze­nia. Nie byli bar­dziej prze­sądni od miesz­kań­ców innych pla­net, ale rozu­mieli, że ich świat jest nie­zwy­kle deli­katny, że bez tych bły­sków nie ma przy­szło­ści. Kon­ser­wo­wa­nie pier­ście­nia nie pocią­ga­łoby za sobą żad­nych kosz­tów. Samo­na­pra­wia­jące się drony wyko­ny­wały tę samą bez­myślną pracę od czte­ry­stu lat, od ponow­nego zasie­dle­nia pla­nety. Wyłą­cze­nie dro­nów było gestem czy­sto sym­bo­licz­nym, mają­cym zachę­cić do ewa­ku­acji.

Przez zasłonę pier­ście­nia widzi drugi, dal­szy księ­życ, ten, który nie został roz­bity na kawałki. Pra­wie nikt nie wie­dział, co się tu stało. Ona wie­działa. Oglą­dała to na wła­sne oczy, choć z pew­nej odle­gło­ści.

- Jeśli zosta­niemy... - mówi opie­kun.

Odwró­ciła się w stronę lądu.

- Jesz­cze tro­chę. Potem możemy iść.

- Boję się, że ktoś może ukraść sta­tek. Nie­po­koją mnie Budow­ni­czo­wie Gniazd.

Ski­nęła głową. Rozu­miała jego obawy, ale trwała w posta­no­wie­niu, by zro­bić to, co pla­no­wała, przy­jeż­dża­jąc tutaj.

- Stat­kowi nic się nie sta­nie. A o Budow­ni­czych Gniazd nie ma co się nie­po­koić.

- Mam wra­że­nie, że jakoś szcze­gól­nie się nami inte­re­sują. - Odga­nia z czoła zabłą­ka­nego mecha­nicz­nego motyla.

- Zawsze się inte­re­so­wali. Są po pro­stu wścib­scy.

- Tylko godzina, a potem cię zosta­wiam - mówi.

- Nie zro­bisz tego.

- Możesz się o tym prze­ko­nać tylko w jeden spo­sób.

Uśmie­cha się. Wie, że opie­kun jej nie opu­ści, choć ma powód do zde­ner­wo­wa­nia: w tę stronę lecieli pod prąd ewa­ku­acji; gdy dotarli do orbity, sta­cje tran­zy­towe były już zablo­ko­wane i wła­dze zabra­niały zjazdu na powierzch­nię pla­nety. Tylko dzięki prze­bie­gło­ści i łapówce zdo­łali wejść do wago­nika jadą­cego na dół. Mieli dla sie­bie cały prze­dział, ale towa­rzysz kobiety stwier­dził, że wszystko tu pach­nie panicz­nym stra­chem. Ludz­kie sygnały che­miczne pozo­sta­wiły swój ślad na meblach. Cie­szyła się, że nie ma aż tak wyostrzo­nego powo­nie­nia. Czuła strach, choć nie chciała, by o tym wie­dział. Jesz­cze bar­dziej prze­ra­żała ją wia­do­mość, że Budow­ni­czo­wie Gniazd podą­żali za nią do tego układu. Ich skom­pli­ko­wany sta­tek o kadłu­bie spi­ral­nym, żłob­ko­wa­nym i podzie­lo­nym na komory, quasi-prze­zro­czy­sty, jest jed­nym z ostat­nich stat­ków na orbi­cie. Czy cze­goś od niej chcą, czy po pro­stu przy­byli jako widzo­wie?

Znów patrzy na morze. Nie wie, czy to kwe­stia wyobraźni, ale jasne plamy wydają się więk­sze, licz­niej­sze. Już nie koja­rzą się z odpły­wa­jącą flotą gale­onów, lecz z zato­pioną metro­po­lią. I peł­zną w stronę mola. Ocean pobiera jej smak: drob­niut­kie orga­ni­zmy prze­my­kają mię­dzy powie­trzem a wodą. Prze­ni­kają przez skórę do krwi, do mózgu.

Zasta­na­wia się, co ocean o niej wie. Musiał wyczuć, że tyle ludz­kich umy­słów odpły­nęło w fali ewa­ku­acji. Musiał odczuć, że nie ma już pły­wa­ków, któ­rzy niosą ze sobą neu­ro­nalne infor­ma­cje. Musiał nawet wyczuć, że zakoń­czono ope­ra­cję kon­ser­wa­cji: dwa czy trzy nie­wiel­kie odłamki byłego księ­życa spa­dły w wodę, choć z dala od tych wysp. Ale co w zasa­dzie morze wie o tym, co ma nastą­pić?

Wydaje roz­kaz moty­lom. Od rękawa odrywa się ich regi­ment i sku­pia cia­sno przy jej twa­rzy, two­rząc zasłonę wiel­ko­ści chu­s­teczki; tylko skrzy­dełka na skraju na­dal trze­po­czą. Zasłona o postrzę­pio­nych brze­gach zmie­nia barwę, staje się ide­al­nie prze­zro­czy­sta i jedy­nie rąbek jest fio­le­towy. Kobieta wyciąga szyję i spo­gląda w niebo, przez pier­ścień gruzu. Sto­su­jąc odpo­wiedni algo­rytm, motyle wyma­zują pier­ścień i księ­życ. Niebo ciem­nieje, czerń staje się czar­niej­sza, gwiazdy - jaśniej­sze. Kobieta chce zoba­czyć pewną kon­kretną gwiazdę - wyła­wia jej obraz, kon­cen­tru­jąc się przez chwilę.

W tej gwieź­dzie nie ma nic szcze­gól­nego. Jest to bliż­sza z gwiazd podwój­nych tego układu, kilka lat świetl­nych stąd. Ale ta gwiazda stała się teraz wskaź­ni­kiem, czo­łową falą cze­goś, czego nie da się powstrzy­mać. Kobieta była tam, gdy ewa­ku­owano układ. Trzy­dzie­ści lat temu.

Motyle znów zasto­so­wały trick obli­cze­niowy. Zoom i sku­pie­nie: gwiazda jaśnieje, ujaw­niają się na niej barwy. Nie jest już biała, nawet nie nie­bie­sko-biała; nie­wąt­pli­wie ma odcień zie­lony.

Tak nie powinno być.

Jeden

JEDEN

Ara­rat, układ ? Eri­dani A, 2675

Scor­pio obser­wo­wał pły­ną­cego do brzegu mło­dego Vaska. Przez całą drogę myślał: "Jak by to było, gdy­bym się uto­pił, pogrą­żył w pozba­wio­nych świa­tła głę­bi­nach?". Mówiono, że jeśli już musisz umrzeć, jeśli nie masz innego wyj­ścia, to uto­nię­cie nie jest naj­gor­szym spo­so­bem zakoń­cze­nia życia. Zasta­na­wiał się, skąd ten pogląd i czy doty­czy świń.

Cią­gle o tym myślał, gdy łódź zatrzy­mała się z pośli­zgiem, a elek­tryczny sil­nik przy­cze­piony na zewnątrz na­dal się krę­cił. Scor­pio wresz­cie go wyłą­czył.

Zaczął son­do­wać dno tyczką. Głę­bo­kość wody wyno­siła naj­wy­żej pół metra. Miał nadzieję, że uda mu się zlo­ka­li­zo­wać jeden z kana­łów umoż­li­wia­ją­cych bliż­sze pod­pły­nię­cie do wyspy, ale musiała mu wystar­czyć taka odle­głość od lądu. Po pierw­sze, uzgod­nił to miej­sce na spo­tka­nie z Vaskiem, po dru­gie, nie było czasu, by znów wypły­nąć w morze, krę­cić się i szu­kać cze­goś, co trudno było zna­leźć nawet przy bez­chmur­nym nie­bie i prze­zro­czy­stym morzu.

Scor­pio prze­szedł na dziób i wziął powle­czoną pla­sti­kiem linę, która wcze­śniej słu­żyła Vaskowi za poduszkę. Jeden koniec owi­nął sobie cia­sno wokół nad­garstka, po czym płyn­nym ruchem wysko­czył z łodzi. Ciem­no­zie­lona woda się­gała mu do kolan. Pra­wie nie czuł zimna przez grube gumowe buty i obci­słe spodnie. Pozba­wiona jego cię­żaru łódź odpły­wała powoli, ale Scor­pio szarp­nię­ciem dłoni napiął linę i łódź zato­czyła mały łuk w jego stronę. Szedł mocno pochy­lony, holu­jąc łódź. Skały na dnie były zdra­dliwe, ale teraz zakrzy­wione nogi dobrze Scor­piowi słu­żyły. Dotarł do miej­sca, gdzie woda się­gała tylko do połowy butów, a spód łodzi tarł o dno. Zro­bił jesz­cze kil­ka­na­ście kro­ków w stronę brzegu. Dalej nie chciał ryzy­ko­wać.

Zoba­czył, że Vasko dopły­nął na pły­ci­znę i sta­nął w wodzie.

Scor­pio chwy­cił za nad­bur­cie i płatki złusz­czo­nego sko­ro­do­wa­nego metalu przy­warły mu do ręki. Łódź spę­dziła w wodzie ponad sto dwa­dzie­ścia godzin i była to praw­do­po­dob­nie jej ostat­nia podróż. Się­gnął do łodzi i wyrzu­cił na zewnątrz małą kotwicę. Mógłby to zro­bić wcze­śniej, ale kotwice rdze­wiały rów­nie szybko jak kadłuby i nie nale­żało im zbyt­nio ufać.

Vasko tym­cza­sem szedł w stronę łodzi, ostroż­nie wybie­ra­jąc drogę. Roz­po­starł ramiona dla zacho­wa­nia rów­no­wagi.

Scor­pio wepchnął ubra­nia towa­rzy­sza do ple­caka, w któ­rym już znaj­do­wały się racje żyw­no­ściowe, świeża woda i lekar­stwa. Zarzu­cił ple­cak na ramiona i ruszył do brzegu. Od czasu do czasu oglą­dał się na Vaska. Wie­dział, że był dla niego surowy, ale kiedy czuł w sobie wzbie­ra­jący gniew, nie potra­fił się opa­no­wać. Nie­po­ko­iło go to. Od dwu­dzie­stu trzech lat nie pod­niósł ręki na czło­wieka, chyba że był zmu­szony pod­czas wypeł­nia­nia obo­wiąz­ków służ­bo­wych. Zorien­to­wał się jed­nak, że słowa rów­nież mogą zawie­rać agre­sję. Kie­dyś by to wyśmiał, ale ostat­nio usi­ło­wał pro­wa­dzić inne życie. Myślał, że pewne sprawy ma już za sobą.

Oczy­wi­ście to per­spek­tywa spo­tka­nia z Cla­va­inem spo­wo­do­wała, że cała złość znów się ujaw­niła. Za dużo lęków, za dużo emo­cjo­nal­nych wąt­ków, mają­cych swe źró­dło w krwa­wym bagnie prze­szło­ści. Cla­vain wie­dział, kim był Scor­pio. Cla­vain dokład­nie wie­dział, do czego jest zdolny.

Zatrzy­mał się i pocze­kał na mło­dego towa­rzy­sza.

- Pro­szę pana... - Vasko drżał i led­wie dyszał.

- Jak było?

- Miał pan rację. Było tro­chę zim­niej, niż się wyda­wało.

Scor­pio zrzu­cił z ramion ple­cak.

- Domy­śla­łem się, że będzie zimno, ale dobrze się spra­wi­łeś. Wzią­łem twoje rze­czy. Zaraz wyschniesz i się roz­grze­jesz. Nie żału­jesz, że się tu wybra­łeś?

- Nie, pro­szę pana. Chcia­łem tro­chę przy­gody, no nie?

Scor­pio prze­ka­zał mu jego rze­czy.

- Jak osią­gniesz mój wiek, tro­chę mniej ci będzie na tym zale­żało.

***

Dzień był spo­kojny, jak zwy­kle, gdy pokrywa chmur nad Ara­ra­tem wisiała nisko. Bliż­sze słońce - wokół któ­rego krą­żył Ara­rat - to wybla­kła plama nisko na zachod­nim nie­bie. Jego odle­gły binarny towa­rzysz był wyraź­nym bia­łym klej­no­tem po dru­giej stro­nie hory­zontu, przy­szpi­lo­nym w szcze­li­nie mię­dzy chmu­rami. ? Eri­dani A i B - ale nikt ni­gdy ich tak nie nazy­wał. Zawsze mówiono o nich Słońce Jasne i Słońce Słabe.

Sre­brzy­sto­szare świa­tło dnia ode­brało morzu zwy­kłą barwę i woda zmie­niła się w ponurą sza­ra­wo­zie­loną zupę. Gdy chlu­po­tała wokół butów Scor­pia, wyda­wała się gęsta. Choć nie była przej­rzy­sta, to - jak na Ara­rat - żyło w niej nie­wiele mikro­or­ga­ni­zmów. Pły­nąc, Vasko nieco ryzy­ko­wał, ale to była słuszna decy­zja, bo dzięki temu mogli bli­żej pod­pły­nąć łódką do brzegu. Scor­pio, choć nie znał się na tym zbyt dobrze, wie­dział, że zna­czące kon­takty mię­dzy Żon­gle­rami a ludźmi odby­wały się w rejo­nach oce­anu tak nasy­co­nych mikro­or­ga­ni­zmami, że powierzch­nia wody wyglą­dała jak pokryta tra­twami z mate­rii orga­nicz­nej. W tym aku­rat miej­scu jej kon­cen­tra­cja była dość niska i nie ist­niało zbyt duże nie­bez­pie­czeń­stwo, że pod­czas ich nie­obec­no­ści Żon­gle­rzy skon­su­mują łódkę lub wyge­ne­rują lokalny przy­pływ, który zmyje ją do morza.

Idąc na suchy ląd, poko­ny­wali łagod­nie nachy­loną skalną płasz­czy­znę, widoczną z morza jako ciemna linia. Miej­scami zachmu­rzone niebo odbi­jało się w płyt­kich kału­żach srebrną sza­ro­ścią. Lawi­ro­wali mię­dzy nimi, kie­ru­jąc się na nie­od­le­gły biały pagó­rek.

- Nie powie­dział mi pan, o co cho­dzi.

- Nie­długo się dowiesz - odparł Scor­pio. - Nie eks­cy­tuje cię już samo spo­tka­nie z tym star­cem?

- Raczej prze­raża.

- On tak działa na ludzi, ale nie daj się. Czo­ło­bit­ność go nie raj­cuje.

***

Po dzie­się­ciu minu­tach mar­szu Scor­pio odzy­skał siły, które stra­cił, cią­gnąc łódź. Tym­cza­sem pagó­rek stał się kopułą przy­kle­joną do ziemi, a wresz­cie oka­zał się namio­tem pneu­ma­tycz­nym przy­mo­co­wa­nym do wbi­tych w skałę koł­ków. Biała tka­nina miała przy pod­sta­wie plamy w róż­nych odcie­niach mor­skiej zie­leni. Powłoka nosiła ślady łata­nia i repe­ra­cji. Namiot obło­żono wydo­by­tymi z wody kawał­kami konch, któ­rych roz­miesz­cze­nie nie­wąt­pli­wie wska­zy­wało na zamysł arty­styczny.

- Mówił mi pan wcze­śniej, że Cla­vain w końcu nie obje­chał świata, prawda?

- Tak?

- Jeśli przy­był tutaj, dla­czego nam tego nie powie­dziano?

- Cho­dziło o powód, dla któ­rego tu został - wyja­śnił Scor­pio.

Obe­szli pneu­ma­tyczną kon­struk­cję i zna­leźli her­me­tyczne drzwi. Obok nich stał mały brzę­czący zasi­lacz, który utrzy­my­wał wła­ściwe ciśnie­nie, dostar­czał cie­pło i zapew­niał inne udo­god­nie­nia.

Scor­pio uważ­nie obej­rzał jeden z odłam­ków kon­chy, prze­su­nął pal­cem po ostrej kra­wę­dzi - odła­mek musiał być ode­rwany od więk­szej cało­ści.

- Chyba prze­cze­sy­wał plażę.

Vasko wska­zał na otwarte zewnętrzne wej­ście.

- Coś mi się zdaje, że nikogo teraz nie ma w domu.

Scor­pio otwo­rzył drzwi wewnętrzne. Zoba­czył pry­czę i sta­ran­nie zło­żoną pościel. Małe skła­dane biurko, piec i syn­te­za­tor jedze­nia. Butlę oczysz­czo­nej wody i pudełko z racjami żyw­no­ścio­wymi. Pompa, na­dal tło­cząca powie­trze, i kawałki konch na stole.

- Trudno powie­dzieć, kiedy ostat­nio tu był - stwier­dził Vasko.

Scor­pio pokrę­cił głową.

- Nie­dawno. Naj­wy­żej ze dwie godziny temu.

Vasko rozej­rzał się, szu­ka­jąc dowo­dów, które mogły umknąć uwagi Scor­pia. Nie zna­lazł ich. Świ­nie dawno temu prze­ko­nały się, że dosko­nały węch, który odzie­dzi­czyły po swo­ich przod­kach, nie jest cechą ludzi linii głów­nej. Prze­ko­nały się rów­nież bole­śnie, że ludzie wolą, by im o tym nie przy­po­mi­nać.

Wycho­dząc na zewnątrz, zher­me­ty­zo­wali wewnętrzne drzwi, tak jak je wcze­śniej zastali.

- Co teraz? - spy­tał Vasko.

Scor­pio odpiął z nad­garstka zapa­sową bran­so­letę komu­ni­ka­cyjną i wrę­czył Vaskowi. Usta­wiono ją na bez­pieczną czę­sto­tli­wość i nie było obawy pod­słu­chu z jakiejś innej wyspy.

- Wiesz, jak się tego używa?

- Dam sobie radę. Czy w związku z tym ma pan dla mnie jakieś szcze­gólne pole­ce­nia?

- Tak. Cze­kaj tu do mojego powrotu. Możesz się spo­dzie­wać, że wrócę z Cla­va­inem. Ale gdyby on pierw­szy cie­bie zna­lazł, masz mu powie­dzieć, kim jesteś i kto cię wysłał. Potem do mnie zadzwo­nisz i spy­tasz Cla­va­ina, czy chce ze mną roz­ma­wiać. Zro­zu­mia­łeś?

- A jeśli pan nie wróci?

- Wtedy wezwij Blo­oda.

Vasko prze­je­chał pal­cami po bran­so­le­cie.

- Mówi pan tak, jakby się pan tro­chę bał o stan jego umy­słu. Uważa pan, że może być nie­bez­pieczny?

- Mam nadzieję - odparł Scor­pio. - Ponie­waż jeśli nie jest nie­bez­pieczny, nie­wiele z niego będzie pożytku. - Pokle­pał chło­paka po ramie­niu. - Pocze­kaj tu, a ja obejdę wyspę. Zaj­mie mi to naj­wy­żej godzinę i spo­dzie­wam się, że znajdę go gdzieś nad brze­giem.

***

Scor­pio szedł pła­skim ska­li­stym skra­jem wyspy. Krót­kie ręce roz­po­starł dla rów­no­wagi, nie przej­mu­jąc się, że śmiesz­nie przy tym wygląda.

Zwol­nił, ufa­jąc, że w ciem­nie­ją­cej mgiełce póź­nego popo­łu­dnia roz­po­zna sunącą postać. Zmru­żył oczy, usi­łu­jąc wspo­móc wzrok nie tak sprawny jak daw­niej, gdy Scor­pio był młod­szy i żył w Chasm City. Miał nadzieję, że widzia­dło okaże się Cla­va­inem, ale z dru­giej strony miał nadzieję, że to wytwór wyobraźni, gra świa­teł i cieni na for­ma­cji skal­nej.

Choć się do tego przed sobą nie przy­zna­wał, czuł nie­po­kój. Ostatni raz widział Cla­va­ina przed sze­ścioma mie­sią­cami. W zasa­dzie nie­dawno, zwa­żyw­szy na dłu­gość życia tego czło­wieka. Scor­pio jed­nak cały czas czuł się tak, jakby szedł na spo­tka­nie ze zna­jo­mym, któ­rego nie widział od dzie­się­cio­leci i który po wszyst­kich swo­ich prze­ży­ciach może być tak zmie­niony, że w ogóle nie da się go roz­po­znać. A jeśli się okaże, że Cla­vain rze­czy­wi­ście zwa­rio­wał? Czy będę w sta­nie to oce­nić? - myślał. Dość dużo czasu spę­dził wśród ludzi linii głów­nej i uwa­żał, że umie odczy­ty­wać ich inten­cje, nastroje i kon­dy­cję psy­chiczną. Twier­dzono, że nie ma zbyt wiel­kich róż­nic mię­dzy mózgami czło­wieka i świni.

Jed­nakże zawsze pamię­tał, żeby w przy­padku Cla­va­ina nie kie­ro­wać się stan­dar­do­wymi poglą­dami. Cla­vain róż­nił się od innych ludzi. Ukształ­to­wała go histo­ria, zmie­niła w osobę uni­ka­tową, a może nawet potworną.

Scor­pio miał pięć­dzie­siąt lat. Znał Cla­va­ina przez pół swego życia, od cza­sów, gdy w ukła­dzie Yel­low­stone został zła­pany przez odłam ludzi, do któ­rego wtedy nale­żał Cla­vain. Wkrótce potem Cla­vain zbiegł od Hybry­dow­ców i - mimo począt­ko­wych wza­jem­nych obaw - Scor­pio i Cla­vain pod­jęli wspólną walkę. Zebrali grupę żoł­nie­rzy i róż­nych poma­gie­rów z oko­lic Yel­low­stone i ukra­dli sta­tek, któ­rym pole­cieli do układu Resur­gamu. Po dro­dze nękali ich i napa­dali Hybry­dowcy, poprzedni towa­rzy­sze Cla­va­ina. Potem Scor­pio i Cla­vain już zupeł­nie innym stat­kiem przy­le­cieli z kosmosu wokół Resur­gamu tutaj, na nie­bie­sko-zie­loną wodną pla­netę Ara­rat. Po wylo­cie z Resur­gamu już nie musieli wal­czyć i obaj dalej współ­pra­co­wali przy zakła­da­niu tym­cza­so­wej kolo­nii.

Zapro­jek­to­wali i stwo­rzyli całe spo­łecz­no­ści. Czę­sto się sprze­czali, ale tylko w spra­wach naj­istot­niej­szych. Gdy jeden z nich skła­niał się ku zbyt twar­dej lub zbyt mięk­kiej poli­tyce, drugi wyra­żał zda­nie prze­ciwne, dla rów­no­wagi. W tym okre­sie Scor­pio zna­lazł w sobie dość siły cha­rak­teru i porzu­cił nie­na­wiść do ludzi, którą przed­tem czuł w każ­dej chwili swego przy­tom­nego życia. Przy­naj­mniej to zawdzię­czał Cla­va­inowi.

Nie wszystko jed­nak było takie pro­ste.

Pro­blem pole­gał na tym, że Cla­vain uro­dził się pięć­set lat temu i znaczną część tego okresu prze­żył świa­do­mie. A jeśli ten Cla­vain, któ­rego Scor­pio znał - któ­rego znali kolo­ni­ści - był tylko fazą przej­ściową, jak zwod­ni­czy błysk słońca pod­czas burz­li­wego dnia? We wcze­snym okre­sie zna­jo­mo­ści Scor­pio zawsze go obser­wo­wał, przy­naj­mniej kątem oka, wyczu­lony na wszel­kie symp­tomy świad­czące o powro­cie tem­pe­ra­mentu zaśle­pio­nego rzeź­nika. Nic jed­nak nie wzbu­dziło jego podej­rzeń i utwier­dził się w prze­ko­na­niu, że wbrew temu, co twier­dzi histo­ria, Cla­vain nie jest upio­rem.

Jed­nakże w ciągu ostat­nich dwóch lat Scor­pio stra­cił pew­ność w tej mate­rii. Nie cho­dzi o to, że Cla­vain stał się bar­dziej okrutny, kłó­tliwy czy agre­sywny, ale coś się w nim prze­sta­wiło. Jakby w jed­nej chwili zmie­niło się oświe­tle­nie kra­jo­brazu. Scor­pia nie pocie­szało zbyt­nio to, że inni żywili podobne wąt­pli­wo­ści rów­nież co do psy­chicz­nej sta­bil­no­ści jego samego. Scor­pio znał stan swego umy­słu i miał nadzieję, że już ni­gdy nie zrobi krzywdy isto­cie ludz­kiej, jak to bywało w prze­szło­ści. Mógł się jedy­nie domy­ślać, co dzieje się w umy­śle przy­ja­ciela. Miał tylko pew­ność, że ten Cla­vain, któ­rego znał, z któ­rym wal­czył ramię w ramię, wyco­fał się w głąb swego pry­wat­nego świata. W pew­nym momen­cie, jesz­cze zanim Cla­vain zaszył się na wyspie, Scor­pio w ogóle prze­stał go rozu­mieć.

Nie winił za to Cla­va­ina. Zresztą któż by go winił?

Scor­pio miał wresz­cie pew­ność, że widzi rze­czy­wi­stą postać. Po chwili zaczął roz­róż­niać szcze­góły: osoba sie­działa w kucki, bez ruchu, tuż nad wodą, jakby zato­piona w zadu­mie, która sta­no­wiła prze­ryw­nik w obser­wo­wa­niu żyją­tek w nad­brzeż­nej kałuży.

Roz­po­znał Cla­va­ina i od razu poczuł ulgę. Cla­vain żył i nale­żało to uznać za suk­ces, bez względu na inne dzi­siej­sze wyda­rze­nia.

Gdy Scor­pio zna­lazł się w zasięgu krzyku, Cla­vain wyczuł czy­jąś obec­ność i rozej­rzał się. Wiatr tar­gał białe włosy wokół jego różo­wej twa­rzy. Broda - zwy­kle sta­ran­nie przy­cięta - była teraz długa i w nie­ła­dzie. Chude ciało przy­oble­kała czarna szata, z ramion zwi­sała ciemna chu­sta czy pele­ryna. Cla­vain ni to klę­czał, ni stał, zasty­gnąw­szy na chwilę w nie­wy­god­nej pozy­cji.

Scor­pio był pewien, że przy­ja­ciel wpa­truje się tak w morze od wielu godzin.

- Nevil! - zawo­łał.

Ten coś odpo­wie­dział - usta się poru­szyły, ale słowa zagłu­szył poryw wia­tru.

- To ja, Scor­pio.

Usta Cla­va­ina znów się poru­szyły. Chra­pliwy głos miał moc szeptu.

- Mówi­łem ci, żebyś tu nie przy­jeż­dżał.

- Wiem. - Scor­pio pod­szedł bli­żej. Białe włosy Cla­va­ina to zakry­wały, to odsła­niały głę­boko zapad­nięte star­cze oczy. Wyda­wało się, że wzrok kon­cen­truje się na jakimś bar­dzo odle­głym, posęp­nym obiek­cie. - Wiem o tym i przez sześć mie­sięcy sza­no­wa­li­śmy prze­cież ten zakaz.

- Sześć mie­sięcy? - Pra­wie się uśmiech­nął. - Aż tak długo?

- Sześć mie­sięcy i jeden tydzień, jeśli zależy ci na pre­cy­zji.

- Nie zda­wa­łem sobie sprawy. To jakby chwila. - Znów spoj­rzał w morze.

Scor­pio widział jego głowę z tyłu. Mię­dzy pasmami rzad­kich bia­łych wło­sów prze­świ­ty­wała skóra różowa jak skóra Scor­pia.

- Ale cza­sami wydaje mi się, że trwa to znacz­nie dłu­żej. Jak­bym nic innego w życiu nie robił, tylko trwo­nił tu kolejne dni. Cza­sami mam wra­że­nie, że na tej pla­ne­cie nie ma innej żywej duszy.

- Cią­gle tu jeste­śmy - odparł Scor­pio. - Jest nas sto sie­dem­dzie­siąt tysięcy. Na­dal cię potrze­bu­jemy.

- Pro­si­łem wyraź­nie, żeby mi nie prze­szka­dzano.

- O ile nie będzie to coś waż­nego. Taka była umowa, Nevil.

Cla­vain wypro­sto­wał się, powoli i z bólem. Zawsze był wyż­szy od Scor­pia, ale teraz, wychu­dzony, spra­wiał wra­że­nie istoty nary­so­wa­nej pośpieszną kre­ską. Koń­czyny wyglą­dały jak pocią­gnię­cia ołów­kiem na tle nieba.

Scor­pio spoj­rzał na jego dło­nie - dło­nie chi­rurga o deli­kat­nych kościach. Albo może dło­nie śled­czego. Dłu­gie paznok­cie zgrzy­tały o wil­gotną czarną tka­ninę spodni i Scor­pio aż się skrzy­wił.

- Tak?

- Zna­leź­li­śmy coś - rzekł Scor­pio. - Nie wiemy dokład­nie, co to jest ani kto to wysłał, ale przy­pusz­czamy, że pocho­dzi z kosmosu. Podej­rze­wamy rów­nież, że w środku może ktoś być.

Dwa

DWA

Świa­tło­wiec Gno­styczne Wnie­bo­wstą­pie­nie, prze­strzeń mię­dzy­gwiezdna, 2615

Gre­lier, naczelny medyk, kro­czył okręż­nym, zie­lono oświe­tlo­nym kory­ta­rzem fabryki ciał.

Nucił i pogwiz­dy­wał, szczę­śliwy w swym żywiole, szczę­śliwy w oto­cze­niu brzę­czą­cych maszyn i na wpół ufor­mo­wa­nych ludzi. Z dresz­czy­kiem myślał o tym, że sta­tek zbliża się do układu sło­necz­nego. Wiele spraw od tego zależy! Doty­czą wpraw­dzie nie bez­po­śred­nio Gre­liera, tylko Quaiche'a, jego rywala o względy kró­lo­wej. Gre­lier zasta­na­wiał się, jak kró­lowa potrak­tuje kolejną porażkę Quaiche'a. O ile ją znał, nie przyj­mie tego dobrze.

Uśmiech­nął się. To dziwne, ale ten układ, od któ­rego tak wiele zale­żało, nie miał nazwy. Ni­gdy nie było powodu, by sobie zawra­cać głowę tą odle­głą gwiazdą z grupą nie­cie­ka­wych pla­net. W astro­na­wi­ga­cyj­nej bazie danych Gno­stycz­nego - i pra­wie wszyst­kich innych stat­ków - z pew­no­ścią ist­niał odpo­wiedni rekord, wraz z krótką notatką na temat słońca i pla­net, praw­do­po­dob­nych zagro­żeń w ukła­dzie i tak dalej. Ale tych baz danych nie prze­zna­czono dla ludz­kich oczu; były prze­glą­dane i aktu­ali­zo­wane przez maszyny, które wyko­ny­wały zada­nia pokła­dowe uwa­żane za zbyt nudne lub zbyt trudne dla czło­wieka. Rekord to tylko ciąg binarny, kilka tysięcy zer i jedy­nek. O tym, jak nie­istot­nego doty­czył układu, świad­czy fakt, że infor­ma­cji o nim zasię­gano trzy razy pod­czas całego życia Gno­stycz­nego Wnie­bo­wstą­pie­nia. Aktu­ali­zo­wano ją jeden raz.

Gre­lier to wie­dział, bo spraw­dził z cie­ka­wo­ści.

Teraz jed­nak, może po raz pierw­szy w histo­rii, układ był obiek­tem poważ­niej­szego zain­te­re­so­wa­nia. Na­dal nie miał nazwy, ale teraz brak nazwy stał się kło­po­tliwy, a kró­lowa Jasmina mówiła nieco poiry­to­wa­nym gło­sem, gdy musiała uży­wać okre­śleń "ten układ przed nami" lub "układ, do któ­rego zmie­rzamy". Gre­lier wie­dział jed­nak, że kró­lowa nie raczy nadać ukła­dowi nazwy, póki się nie prze­kona, że miej­sce jest tego warte. A jego war­tość leżała cał­ko­wi­cie w gestii Quaiche'a, słab­ną­cego fawo­ryta kró­lo­wej.

Gre­lier zatrzy­mał się na chwilę przy jed­nym z ciał zawie­szo­nych w pół­prze­zro­czy­stym żelu odżyw­czym, za zie­lo­nym szkłem zbior­nika wiwi­fi­ka­cyj­nego. Wokół pod­stawy zbior­nika wid­niały rzędy kon­tro­lek przy­po­mi­na­jące reje­stry orga­nów, nie­które wysu­nięte, inne wci­śnięte. Ste­ro­wały deli­kat­nym bio­che­micz­nym śro­do­wi­skiem matrycy odży­wia­nia. Z boku zbior­nika brą­zowe pokrę­tła zawo­rów ste­ro­wały dostawą sub­stan­cji maso­wych, jak woda czy solanka.

Do zbior­nika przy­cze­piono zeszyt infor­ma­cyjny z histo­rią klo­nalną ciała. Gre­lier przej­rzał szybko lami­no­wane pla­sti­kiem strony, usa­tys­fak­cjo­no­wany, że wszystko idzie dobrze. Choć więk­szość ciał ni­gdy nie zmie­niała miej­sca pobytu, ta aku­rat jed­nostka - doro­sła kobieta - była już raz ogrzana i użyta. Ślady obra­żeń na ciele zni­kały po zasto­so­wa­niu pro­ce­dur rege­ne­ru­ją­cych, szramy na brzu­chu stały się pra­wie nie­wi­doczne, nowa noga była tylko odro­binę krót­sza od tej dru­giej, nie­na­ru­szo­nej. Jasmina nie apro­bo­wała takiej łata­niny, ale zapo­trze­bo­wa­nie na ciała prze­kra­czało zdol­no­ści pro­duk­cyjne fabryki.

Gre­lier pokle­pał z czu­ło­ścią szybę.

- Dobrze idzie.

Ruszył dalej, spraw­dza­jąc na wyrywki stan innych ciał. Cza­sami wystar­czyło jedno spoj­rze­nie, ale dość czę­sto Gre­lier prze­glą­dał zeszyt i doko­ny­wał drob­nych zmian w usta­wie­niach. Był bar­dzo dumny ze swo­jej spo­koj­nej kom­pe­tent­nej pracy. Ni­gdy się nie prze­chwa­lał, nie obie­cy­wał rze­czy, co do któ­rych nie miał abso­lut­nej pew­no­ści, że jest w sta­nie je wyko­nać. Quaiche prze­ciw­nie, od pierw­szego dnia na statku sypał prze­sad­nymi obiet­ni­cami.

Przez krótki czas to dzia­łało. Gre­lier, nale­żący od dawna do naj­bar­dziej zaufa­nych ludzi kró­lo­wej, czuł się chwi­lowo zagro­żony przez szpa­nu­ją­cego przy­by­sza. Sły­szał stale: Quaiche to, Quaiche tamto, Quaiche cał­ko­wi­cie odmieni nasz los. Kró­lowa zaczy­nała nawet narze­kać na to, jak Gre­lier wypeł­nia swoje obo­wiązki. Bia­do­liła, że fabryka dostar­cza ciał opie­szale, a tera­pie zespołu nad­po­bu­dli­wo­ści psy­cho­ru­cho­wej prze­stały być sku­teczne. Przez chwilę Gre­lier miał ochotę spró­bo­wać cze­goś praw­dzi­wie spek­ta­ku­lar­nego, dzięki czemu znów zaskar­biłby sobie łaskę kró­lo­wej.

Teraz bar­dzo się cie­szył, że tego nie zro­bił. Musiał tylko cze­kać na wła­ściwy moment. Niech Quaiche sam sobie wyko­pie grób, wzbu­dza­jąc nadzieje, któ­rych nie jest w sta­nie speł­nić. To smutne - może nie dla Gre­liera, lecz dla Quaiche'a - że Jasmina przyj­mo­wała obiet­nice dosłow­nie. Jeśli Gre­lier potrafi odczy­tać jej nastroje, to biedny stary Quaiche zosta­nie potrak­to­wany tak, jak się palan­towi należy.

Przy­sta­nął przy doro­słym męż­czyź­nie, który pod­czas poprzed­niej inspek­cji wyka­zy­wał pewne nie­nor­malne cechy roz­woju. Wtedy Gre­lier zmo­dy­fi­ko­wał para­me­try zbior­nika, ale oka­zało się to nie­sku­teczne. Dla nie­spe­cja­li­sty ciało wyglą­dało nor­mal­nie, ale bra­ko­wało mu ide­al­nej syme­trii, tak pożą­da­nej przez Jasminę. Chi­rurg pokrę­cił głową i poło­żył dłoń na jed­nym z pole­ro­wa­nych brą­zo­wych zawo­rów. To zawsze trudna decy­zja. Ciało nie speł­niało zwy­kłych stan­dar­dów fabryki, ale też nie było łata­niną. Czy czas skło­nić Jasminę do zaak­cep­to­wa­nia niż­szej jako­ści? Prze­cież sama naci­skała, by dążyć do per­fek­cji.

Nie, posta­no­wił Gre­lier. Nauczył się cze­goś z tych nie­czy­stych zagrań Quaiche'a: należy trzy­mać wła­sne stan­dardy. Jasmina obruga go za prze­rwa­nie życia, ale w dłuż­szej per­spek­ty­wie usza­nuje jego opi­nię, jego spo­kojne odda­nie dosko­na­ło­ści.

Prze­krę­cił brą­zowe koło, zamy­ka­jąc dopływ solanki. Uklęk­nął i wci­snął więk­szość zawo­rów skład­ni­ków odżyw­czych.

- Przy­kro mi, ale nie dałeś rady - zwró­cił się do gład­kiej, pozba­wio­nej wyrazu twa­rzy za szybą.

Ostatni raz spoj­rzał na ciało. Za kilka godzin pro­ces roz­kładu komór­ko­wego sta­nie się oczy­wi­sty, wręcz kary­ka­tu­ralny. Ciało zosta­nie roz­mon­to­wane, two­rzące go związki che­miczne ule­gną recy­klin­gowi i zostaną ponow­nie użyte w innym miej­scu fabryki.

W słu­chawce usły­szał dźwięki. Dotknął urzą­dze­nia pal­cem.

- Gre­lier... cze­kam na cie­bie.

- Idę, madame.

Na szczy­cie zbior­nika zapa­liło się czer­wone świa­tełko zsyn­chro­ni­zo­wane z alar­mem. Gre­lier włą­czył ste­ro­wa­nie ręczne, uci­sza­jąc alarm i gasząc świa­tełko awa­ryjne. Do fabryki ciał wró­ciła cisza, zakłó­cana tylko nie­kiedy gul­go­ta­niem pły­nów odżyw­czych czy stłu­mio­nym klik­nię­ciem dale­kiego regu­la­tora zawo­rów.

Gre­lier kiw­nął głową, zado­wo­lony, że wszystko kon­tro­luje, i wzno­wił swój nie­śpieszny marsz.

***

W tym samym momen­cie, gdy Gre­lier wci­snął ostatni zawór, w apa­ra­tu­rze czuj­ni­ko­wej Gno­stycz­nego Wnie­bo­wstą­pie­nia wystą­piła ano­ma­lia. Krótka, trwa­jąca drobny uła­mek sekundy, ale na tyle nie­zwy­kła, że w stru­mie­niu danych poja­wił się znacz­nik wyjątku, wska­zu­jący, że coś zasłu­guje na uwagę.

Na tym skoń­czyła się akcja software'u czuj­ni­ków. Ano­ma­lia nie prze­dłu­żała się i wszyst­kie sys­temy dzia­łały nor­mal­nie. Znacz­nik to była czy­sta for­mal­ność i reak­cja na niego nale­żała do zupeł­nie oddziel­nej i nieco bar­dziej inte­li­gent­nej war­stwy opro­gra­mo­wa­nia moni­to­ru­ją­cego.

Druga war­stwa - któ­rej zada­niem było moni­to­ro­wa­nie kon­dy­cji podu­kła­dów czuj­ni­ko­wych na całym statku - wykryła ten znacz­nik oraz milion innych, powsta­łych w tym samym cyklu, i przy­dzie­liła im har­mo­no­gram w pro­filu zadań do wyko­na­nia. Od końca poja­wie­nia się ano­ma­lii minęło mniej niż dwie stu­ty­sięczne sekundy - z punktu widze­nia obli­czeń to wiecz­ność, ale była to nie­unik­niona kon­se­kwen­cja roz­le­gło­ści cyber­ne­tycz­nego układu ner­wo­wego świa­tło­wca. Komu­ni­ka­cja mię­dzy jed­nym koń­cem statku a dru­gim odby­wała się trzy-, czte­ro­ki­lo­me­trową magi­stralą, więc w tę i z powro­tem sygnał musiał poko­nać sześć do sied­miu kilo­me­trów.

Na statku tej wiel­ko­ści nic nie działo się szybko, ale nie miało to prak­tycz­nego zna­cze­nia. Sta­tek o takiej masie ospale reago­wał na wyda­rze­nia zewnętrzne - bły­ska­wiczne odru­chy były mu rów­nie potrzebne jak bron­to­zau­rowi.

War­stwa moni­to­ringu kon­dy­cji statku prze­su­wała się w sto­sie pole­ceń.

Nad­zo­ro­wała kilka milio­nów zda­rzeń i więk­szość z nich była zupeł­nie nie­szko­dliwa. Opie­ra­jąc się na ana­li­zie wzorca war­to­ści ocze­ki­wa­nej zda­rzeń błęd­nych, war­stwa była w sta­nie bez waha­nia ska­so­wać więk­szość znacz­ni­ków. Były to błędy przej­ściowe, nie wska­zy­wały na żadne głęb­sze ułom­no­ści stat­ko­wego har­dware'u. Tylko sto tysięcy z nich wzbu­dzało nie­ja­sne podej­rze­nia.

Druga war­stwa zro­biła to, co zawsze robiła w tym momen­cie: umie­ściła sto tysięcy nie­nor­mal­nych zda­rzeń w jed­nym pakie­cie, dołą­czyła wła­sne komen­ta­rze i wstępne dia­gnozy i prze­ka­zała pakiet trze­ciej war­stwie opro­gra­mo­wa­nia moni­to­ru­ją­cego.

Trze­cia war­stwa przez więk­szość czasu nic nie robiła: ist­niała tylko po to, by spraw­dzać ano­ma­lie prze­ka­zane jej przez war­stwy bar­dziej pry­mi­tywne. Wzbu­dzona spraw­dziła pakiet z takim zain­te­re­so­wa­niem, na jakie pozwa­lała jej ogra­ni­czona nie­mal-świa­do­mość. Według stan­dar­dów kom­pu­te­ro­wych war­stwę nale­ża­łoby zakla­sy­fi­ko­wać poni­żej inte­li­gen­cji poziomu gamma, ale wyko­ny­wała ona swoje zada­nie już tak długo, że nabyła olbrzy­miego heu­ry­stycz­nego doświad­cze­nia. Z jasno­ścią stwier­dziła, że ponad połowa pakietu abso­lut­nie nie zasłu­gi­wała na jej uwagę. Co za obraza! Ale pozo­stałe przy­padki były cie­kaw­sze i war­stwa nie­śpiesz­nie zaczęła je ana­li­zo­wać. Dwie trze­cie tych ano­ma­lii to zwy­kli wino­wajcy - świa­dec­two, że pewne układy mają rze­czy­wi­ste, choć przej­ściowe pro­blemy. Jed­nak żadna z nich nie wystą­piła w kry­tycz­nych rejo­nach statku, więc można je było odło­żyć na bok, póki pro­blem nie sta­nie się poważ­niej­szy.

Jedna trze­cia inte­re­su­ją­cych przy­pad­ków była nowa. Z tego około dzie­więć­dzie­się­ciu pro­cent to taki rodzaj awa­rii, jakich można by ocze­ki­wać raz na jakiś czas, kie­ru­jąc się wie­dzą war­stwy na temat roz­ma­itych kom­po­nen­tów har­dware'u i software'u poszcze­gól­nych ele­men­tów statku. Zale­d­wie garstka z tego mogła się znaj­do­wać w rejo­nach kry­tycz­nych i na szczę­ście te uszko­dze­nia dawały się usu­nąć stan­dar­do­wymi meto­dami naprawy. Pra­wie bez waha­nia war­stwa wysłała instruk­cje do czę­ści statku odpo­wie­dzial­nych za kon­ser­wa­cję infra­struk­tury.

W róż­nych miej­scach statku ser­wi­tory - zatrud­nione już przy innych napra­wach - otrzy­mały nowe zle­ce­nia od bufo­rów zadań. Do tych prac mogą ruszyć nawet po kilku tygo­dniach, ale w końcu je wyko­nają.

Wresz­cie zostało samo sedno - usterki poten­cjal­nie nie­po­ko­jące, znacz­nie trud­niej­sze do wyja­śnie­nia. W tym wypadku nie od razu było oczy­wi­ste, jakie pole­ce­nie naprawy wydać ser­wi­to­rom.

War­stwa nie mar­twiła się prze­sad­nie - o ile w ogóle była zdolna do mar­twie­nia się o cokol­wiek. Dotych­cza­sowe doświad­cze­nia nauczyły ją, że takie cho­chliki oka­zują się łagodne. Na razie jed­nak nie miała innego wyj­ścia, jak prze­słać te zagad­kowe nie­re­gu­lar­no­ści na wyż­szy poziom stat­ko­wej auto­ma­tyki.

Wspi­nały się tak przez trzy kolejne, coraz bar­dziej inte­li­gentne war­stwy.

Gdy w pro­ces zaan­ga­żo­wała się ostat­nia war­stwa, w pakie­cie pozo­stało tylko jedno wyda­rze­nie: ory­gi­nalny ano­malny sygnał czuj­nika, trwa­jący nieco ponad pół sekundy. Żadna z poprzed­nich warstw nie potra­fiła wyja­śnić tego zja­wi­ska za pomocą zwy­kłych wzor­ców sta­ty­stycz­nych i algo­ryt­mów wyszu­ki­wa­nia.

Tylko raz lub dwa razy na minutę jakieś zda­rze­nie docie­rało w sys­te­mie tak wysoko.

Teraz po raz pierw­szy zajęła się tym praw­dziwa inte­li­gen­cja. W war­stwie szó­stej podo­soba poziomu gamma, odpo­wie­dzialna za nad­zór nad nie­ty­po­wymi zda­rze­niami, sta­no­wiła ele­ment ostat­niej linii obrony mię­dzy ukła­dami cyber­ne­tycz­nymi a cie­le­sną załogą statku. Do tej podo­soby nale­żała trudna decy­zja, czy dane zda­rze­nie zasłu­guje na uwagę ludz­kich zarząd­ców. Przez lata nauczyła się nie pod­no­sić alarmu zbyt czę­sto. Gdyby to robiła, jej wła­ści­ciele mogliby dojść do wnio­sku, że potrze­buje mody­fi­ka­cji. W kon­se­kwen­cji podo­soba zadrę­czała się przez wiele sekund przed pod­ję­ciem decy­zji.

Uznała, że to naj­dziw­niej­sza ano­ma­lia, jaką kie­dy­kol­wiek spo­tkała. Sta­ranne bada­nie wszyst­kich ście­żek logicz­nych w ukła­dzie czuj­ni­ków nie dało odpo­wie­dzi na pyta­nie, jak mogło zajść coś tak nad­zwy­czaj nie­ty­po­wego.

Do sku­tecz­nego wyko­na­nia swo­jego zada­nia podo­soba musiała posia­dać zdol­ność abs­trak­cyj­nego rozu­mie­nia rze­czy­wi­stego świata. Bez spe­cjal­nego wyra­fi­no­wa­nia, ale w takim stop­niu, by potra­fiła sen­sow­nie oce­nić, na jakie zewnętrzne zja­wi­ska mogą się natknąć czuj­niki, a jakie sygnały są na tyle mało praw­do­po­dobne, że nale­ża­łoby je inter­pre­to­wać tylko jako zwidy, wpro­wa­dzone na póź­niej­szym eta­pie obróbki danych. Podo­soba musiała rozu­mieć, że Gno­styczne Wnie­bo­wstą­pie­nie jest obiek­tem fizycz­nym znaj­du­ją­cym się w prze­strzeni kosmicz­nej. Musiała rów­nież rozu­mieć, że zda­rze­nia reje­stro­wane przez sieć stat­ko­wych czuj­ni­ków są wywo­łane przez obiekty i kwanta, któ­rymi prze­nik­nięty jest kosmos. Pył kosmiczny, pola magne­tyczne, echo sygna­łów rada­ro­wych odbi­tych od bli­skich ciał, jak rów­nież pro­mie­nio­wa­nie dale­kich obiek­tów, takich jak pla­nety, gwiazdy, galak­tyki, kwa­zary. Ponadto pro­mie­nio­wa­nie tła. Podo­soba musiała potra­fić dokład­nie osza­co­wać, jak powinny się zacho­wy­wać dane o tych wszyst­kich zja­wi­skach. Nikt ni­gdy nie prze­ka­zał jej pomoc­nych zasad. Podo­soba sama je sobie z cza­sem sfor­mu­ło­wała, a potem mody­fi­ko­wała w miarę zdo­by­wa­nia nowych infor­ma­cji. Ta praca ni­gdy się nie koń­czyła, ale teraz, na póź­nym eta­pie gry, podo­soba uznała, że jest w tym zna­ko­mita.

Wie­działa na przy­kład, że pla­nety - czy raczej odpo­wia­da­jące im abs­trak­cyjne obiekty w modelu, jakim podo­soba dys­po­no­wała - z pew­no­ścią nie wywo­łały tej ano­ma­lii. Nie dało się jej zin­ter­pre­to­wać jako wyda­rze­nia w świe­cie zewnętrz­nym. Coś się musiało bar­dzo zepsuć na pozio­mie pobie­ra­nia danych.

Podo­soba zasta­na­wiała się nad tym jesz­cze przez chwilę. Nawet gdyby dopu­ścić to wnio­sko­wa­nie, to i tak trudno byłoby wyja­śnić ano­ma­lię. Miała tak szcze­gólne cechy, że musia­łaby doty­czyć tylko samej pla­nety. Nawet księ­życe tej pla­nety nie zazna­czyły swo­jego wpływu.

Podo­soba zmie­niła zda­nie: ano­ma­lia musi pocho­dzić ze źró­dła zewnętrz­nego. Zatem model świata rze­czy­wi­stego, jaki miała podo­soba, był obar­czony strasz­nymi wadami. Podo­so­bie nie spodo­bał się ten wnio­sek. Dawno temu zmu­szono ją do dra­stycz­nej aktu­ali­za­cji modelu i podo­soba z doj­mu­ją­cym poczu­ciem znie­wagi myślała o per­spek­ty­wie kolej­nego uno­wo­cze­śnie­nia.

Co gor­sza, obser­wa­cja mogła ozna­czać, że sam sta­tek był... może nie w bez­po­śred­nim nie­bez­pie­czeń­stwie, gdyż owa pla­neta znaj­do­wała się kil­ka­dzie­siąt godzin świetl­nych stąd... ale nie­wy­klu­czone, że zmie­rzał ku cze­muś, co mogłoby w pew­nym momen­cie w przy­szło­ści sta­no­wić zagro­że­nie, któ­rego nie można lek­ce­wa­żyć.

Wła­śnie. Podo­soba pod­jęła decy­zję: nie ma wyboru, należy w tej spra­wie zaalar­mo­wać załogę.

Ozna­czało to jedno: prio­ry­te­towe prze­rwa­nie dla kró­lo­wej Jasminy.

Podo­soba usta­liła, że w tym momen­cie kró­lowa prze­gląda raporty sta­tusu za pośred­nic­twem ulu­bio­nego displeju infor­ma­cji. Ponie­waż podo­soba miała odpo­wied­nie upraw­nie­nia, prze­jęła ste­ro­wa­nie prze­sy­łem danych i wyczy­ściła oba ekrany urzą­dze­nia, przy­go­to­wu­jąc je do wysła­nia wia­do­mo­ści.

Przy­go­to­wała pro­stą wia­do­mość tek­stową: ano­ma­lia czuj­nika: potrzebna rada.

Przez chwilę - trwa­jącą znacz­nie kró­cej niż pół­se­kun­dowe pier­wotne zda­rze­nie - wia­do­mość uno­siła się na ekra­nie kró­lo­wej, doma­ga­jąc się jej uwagi.

Nagle podo­soba zmie­niła zda­nie.

Może popeł­nia błąd? Ta dziwna ano­ma­lia znik­nęła. Z żad­nej niż­szej war­stwy nie docie­rały nowe raporty o nie­ty­po­wych zda­rze­niach. Pla­neta zacho­wy­wała się w spo­sób zgodny z ocze­ki­wa­niami.

Dając sobie jesz­cze tro­chę czasu, podo­soba doszła do wnio­sku, że zda­rze­nie na pewno można inter­pre­to­wać jako awa­rię per­cep­cyjną czuj­ni­ków. Nale­żało ponow­nie spoj­rzeć na wszyst­kie skła­dowe z wła­ści­wej per­spek­tywy, nie­sza­blo­nowo. Tego wła­śnie ocze­ki­wano od podo­soby. Gdyby tylko bez selek­cji prze­sy­łała dalej infor­ma­cje o wszel­kich ano­ma­liach, któ­rych nie potra­fiła bez­po­śred­nio wyja­śnić, załoga mogłaby ją wymie­nić na inną durną war­stwę lub - co gor­sza - pod­wyż­szyć jej inte­li­gen­cję.

Podo­soba usu­nęła wia­do­mość tek­stową z kró­lew­skiego moni­tora i natych­miast umie­ściła tam dane, które kró­lowa oglą­dała poprzed­nio.

Podo­soba na­dal ana­li­zo­wała pro­blem, gdy minutę póź­niej na wej­ściu poja­wiła się u niej druga ano­ma­lia. Tym razem cho­dziło o nie­re­gu­lar­ność napędu, upo­rczywe jed­no­pro­cen­towe drga­nia w pra­wych sil­ni­kach Hybry­dow­ców. Nale­żało się zająć nowym pil­nym zada­niem, więc podo­soba prze­su­nęła na póź­niej pro­blem pla­nety. Minuta to długo, nawet według stan­dar­dów dość powol­nej stat­ko­wej komu­ni­ka­cji. Gdy miną kolejne minuty bez sygna­łów o nie­nor­mal­nych zacho­wa­niach pla­nety, to dokucz­liwe zda­rze­nie nie­uchron­nie zosta­nie zepchnięte do niż­szego prio­ry­tetu.

Podo­soba o nim nie zapo­mni - niczego nie zapo­mi­nała, nie była do tego zdolna - ale w ciągu następ­nej godziny będzie musiała się zająć mnó­stwem innych rze­czy.

Dobrze. Posta­no­wione. Zała­twie­nie pro­blemu spro­wa­dzi się do uda­wa­nia, że ni­gdy nie wystą­pił.

Zatem kró­lowa Jasmina była infor­mo­wana o ano­mal­nym zda­rze­niu tylko przez uła­mek sekundy. Zatem do świa­do­mo­ści ludzi - ani Jasminy, ani Gre­liera, ani Quaiche'a, ani żad­nego Ultrasa - nie docie­rało dłu­żej niż przez pół sekundy to, że w ukła­dzie, do któ­rego sta­tek zmie­rzał, w ukła­dzie o pozba­wio­nej polotu nazwie 107 Piscium, znik­nął naj­więk­szy gazowy gigant.

Kró­lowa Jasmina sły­szała kroki naczel­nego medyka, idą­cego do niej wyło­żoną meta­lem zej­ściówką łączącą jej ste­row­nię z resztą statku. Jak zwy­kle udało mu się nie oka­zy­wać szcze­gól­nego pośpie­chu. Czy testo­wała jego lojal­ność, wychwa­la­jąc Quaiche'a? Może. W takim razie czas, by znów dowar­to­ścio­wać Gre­liera.

Zwró­ciła uwagę na mignię­cie na moni­to­rach czaszki. Przez chwilę zamiast rapor­tów poja­wiła się linijka tek­stu - coś o ano­ma­liach czuj­ni­ków.

Kró­lowa Jasmina pokrę­ciła głową. Zawsze była prze­ko­nana, że ta okropna rzecz jest czymś opę­tana, a teraz wyda­wało się, że rów­nież nie­do­łęż­nieje. Gdyby kró­lowa była mniej prze­sądna, już dawno by to wyrzu­ciła, ale powszech­nie mówiono, że straszne rze­czy przy­da­rzają się temu, kto igno­ruje rady czaszki.

Roz­le­gło się uprzejme puka­nie do drzwi.

- Wejdź, Gre­lier.

Pan­cerne drzwi się otwo­rzyły. W pomiesz­cze­niu poja­wił się Gre­lier. Pró­bo­wał dosto­so­wać wzrok do mroku, otwie­ra­jąc sze­roko oczy. Nie­wy­soki, szczu­pły, schlud­nie ubrany, o ścię­tych na jeża gęstych, olśnie­wa­jąco bia­łych wło­sach. Miał spłasz­czoną twarz o płyt­kich rysach bok­sera. Nosił czy­sty biały lekar­ski kitel i far­tuch oraz, jak zawsze, ręka­wiczki. Jego mina nie­odmien­nie bawiła Jasminę: Gre­lier zawsze spra­wiał wra­że­nie, że za chwilę wybuch­nie pła­czem lub śmie­chem. To złu­dze­nie - oba te uczu­cia były obce głów­nemu medy­kowi.

- Byłeś zajęty w fabryce ciał, Gre­lier?

- Tro­szeczkę, madame.

- Prze­wi­duję, że czeka nas okres dużego zapo­trze­bo­wa­nia. Pro­duk­cja nie może spaść.

- Pra­wie nie ma nie­bez­pie­czeń­stwa, madame.

- O ile jesteś tego świa­dom. - Wes­tchnęła. - Dość tych kon­we­nan­sów. Do dzieła.

Gre­lier ski­nął głową.

- Widzę, że już zaczę­łaś, madame.

Cze­ka­jąc na niego, przy­pięła swoje ciało do tronu: skó­rza­nymi bran­so­le­tami wokół kostek i ud, grubą taśmą wokół brzu­cha, prawa ręka została przy­mo­co­wana do porę­czy i tylko lewa poru­szała się swo­bod­nie. W lewej dłoni trzy­mała czaszkę, twa­rzą zwró­coną do sie­bie, by mogła widzieć moni­tory wysta­jące z oczo­do­łów. Nim ujęła czaszkę, wło­żyła prawe ramię w szkie­le­talną maszynę wspartą o bok fotela. Maszyna - uła­ga­dzacz - była klatką z suro­wego czar­nego żeliwa z regu­lo­wa­nymi za pomocą śrub podu­szecz­kami zgnia­ta­ją­cymi.

- Zadaj mi ból - powie­działa kró­lowa Jasmina.

Na twa­rzy Gre­liera natych­miast poja­wił się uśmiech. Medyk pod­szedł do tronu i spraw­dził usta­wie­nia uła­ga­dza­cza. Potem zaczął po kolei dokrę­cać śruby urzą­dze­nia, każdą z nich dokład­nie o ćwierć obrotu za jed­nym razem. Podu­szeczki naci­skały na przed­ra­mię kró­lo­wej, które było unie­ru­cho­mione przez sys­tem sta­łych podu­szek. Gre­lier przy­krę­cał śruby z taką sta­ran­no­ścią, że kró­lo­wej koja­rzyło się to ze stro­je­niem jakie­goś upior­nego instru­mentu smycz­ko­wego.

Nie było to przy­jemne. I o to cho­dziło.

Po minu­cie prze­stał zaj­mo­wać się śru­bami i prze­szedł za tron, gdzie zawsze stała pod­ręczna lekar­ska skrzy­neczka. Kró­lowa obser­wo­wała, jak Gre­lier wyszar­puje ze szpuli koniec rurki, wtyka ją do dużej butli ze słom­ko­wo­zie­lo­nym pły­nem, a drugi koniec pod­łą­cza do strzy­kawki. Cały czas nucił i pogwiz­dy­wał. Pod­niósł butlę, zamo­co­wał ją na sto­jaku z tyłu tronu, a potem wetknął strzy­kawkę w prawe ramię kró­lo­wej - grze­bał tro­chę, nim zna­lazł żyłę. Kró­lowa widziała, jak medyk wraca przed tron, skąd miał widok na jej ciało.

Tym razem było to ciało kobiety, ale nie musiało tak być. Choć wszyst­kie ciała zostały wyho­do­wane z gene­tycz­nego mate­riału Jasminy, Gre­lier potra­fił inter­we­nio­wać na wcze­snym eta­pie roz­woju i wpro­wa­dzać je na różne ścieżki płci. Zwy­kle powsta­wali chłopcy lub dziew­czynki. Od czasu do czasu, dla przy­jem­no­ści, two­rzył dziw­nych bez­pł­ciow­ców lub warianty mię­dzy­pł­ciowe. Wszyst­kie były ste­rylne, ale tylko dla­tego, że wypo­sa­ża­nie je w funk­cjo­nu­jące układy repro­duk­cyjne to strata czasu. I tak spory kło­pot spra­wiał mon­taż implan­tów sprzę­żeń neu­ral­nych, żeby kró­lowa mogła ste­ro­wać cia­łami.

Nagle poczuła, że ból traci ostrość.

- Gre­lier, nie chcę ane­ste­ty­ków.

- Katu­sze bez cza­so­wej ulgi to jak muzyka bez chwili ciszy - odparł. - Musisz zaufać mojej wie­dzy, madame, jak zawsze w prze­szło­ści.

- Ufam ci, Gre­lier - stwier­dziła nie­chęt­nie.

- Szcze­rze, madame?

- Tak. Szcze­rze. Zawsze byłeś moim ulu­bień­cem. Doce­niasz to, prawda?

- Mam pracę do zro­bie­nia, madame. I wyko­nuję ją naj­le­piej, jak potra­fię.

Kró­lowa poło­żyła głowę na kola­nach. Wolną dło­nią potar­gała białą czu­prynę medyka.

- Wiesz, że bez cie­bie bym prze­pa­dła. Zwłasz­cza teraz.

- Non­sens, madame. Pani wie­dza osią­gnęła takie sta­dium, że za chwilę może przy­ćmić moją.

Nie było to tylko mecha­niczne pochleb­stwo. Choć życiową spe­cjal­no­ścią Gre­liera stały się stu­dia nad bólem, Jasmina szybko się uczyła i wie­działa mnó­stwo o fizjo­lo­gii bólu: czym są bodźce ura­zowe; jaka jest róż­nica mię­dzy bólem epi­kry­tycz­nym a pro­to­pa­tycz­nym; czym się cha­rak­te­ry­zują blo­kada pre­sy­nap­tyczna i drogi neo­r­dze­niowe. Znała akty­wa­tory pro­sta­glan­dyny na pod­sta­wie swo­ich recep­to­rów GABA.

Ale kró­lowa poznała rów­nież ból w aspek­tach nie­do­stęp­nych Gre­lie­rowi. Jego upodo­ba­nia spro­wa­dzały się wyłącz­nie do zada­wa­nia bólu. Nie doświad­czył tego uczu­cia z uprzy­wi­le­jo­wa­nej pozy­cji odbiorcy. Teo­re­tycz­nie mógł znać to zagad­nie­nie nad­zwy­czaj wni­kli­wie, ale ona zawsze miała nad nim prze­wagę.

Jak więk­szość ludzi jego epoki, Gre­lier potra­fił sobie jedy­nie wyobra­zić męczar­nię, mno­żąc w wyobraźni tysiąc­krot­nie rela­tyw­nie drobny dys­kom­fort przy zadar­ciu paznok­cia.

Nie wie­dział, jak to jest.

- Może wiele się nauczy­łam, ale ty, Gre­lier, zawsze będziesz mistrzem sztuki klo­no­wa­nia. Przed chwilą mówi­łam poważ­nie. Spo­dzie­wam się zwięk­szo­nego zapo­trze­bo­wa­nia. Potra­fisz mi to dać?

- Powie­dzia­łaś, że pro­duk­cja nie powinna spaść. A to co innego.

- Z pew­no­ścią nie pra­cu­jesz obec­nie pełną parą.

Gre­lier pod­krę­cił śruby.

- Powiem otwar­cie: nie­wiele do tego bra­kuje. Teraz przy­go­to­wuję się do odrzu­ce­nia jed­no­stek, które nie speł­niają naszych zwy­kłych stan­dar­dów. Ale jeśli fabryka ma zwięk­szyć pro­duk­cję, to trzeba poluź­nić stan­dardy.

- Jedno dziś odrzu­ci­łeś, prawda?

- Skąd wiesz?

- Przy­pusz­cza­łam, że posta­rasz się speł­nić swoje zobo­wią­za­nie do dosko­na­ło­ści. - Unio­sła palec. - W porządku. Dla­tego dla mnie pra­cu­jesz. Jestem oczy­wi­ście roz­cza­ro­wana - wiem dokład­nie, które ciało zli­kwi­do­wa­łeś - ale stan­dardy to stan­dardy.

- To zawsze moja dewiza.

- Szkoda, że nie można tego powie­dzieć o wszyst­kich na tym statku.

Nucił coś i pogwiz­dy­wał przez chwilę, a potem spy­tał z wystu­dio­waną obo­jęt­no­ścią:

- Madame, zawsze mia­łem wra­że­nie, że masz dosko­nałą załogę.

- Nie mam pro­blemu ze swoją załogą zawo­dową.

- Ach, w takim razie mówisz o jed­nym z nie­za­wo­dow­ców? Mam nadzieję, że nie o mnie.

- Świet­nie wiesz, o kim mówię, więc nie uda­waj.

- Quaiche? Z pew­no­ścią nie.

- Och, Gre­lier, nie kom­bi­nuj. Dobrze wiem, co sądzisz o swoim rywalu. Chciał­byś wie­dzieć, na czym polega para­doks? Wy dwaj jeste­ście bar­dziej do sie­bie podobni, niż wam się wydaje. Obaj jeste­ście ludźmi linii głów­nej, obaj usu­nięci poza nawias wła­snych spo­łe­czeństw. W sto­sunku do obu was żywi­łam duże nadzieje, ale teraz mogła­bym Quaiche'a zwol­nić.

- Chyba dasz mu, madame, ostat­nią szansę? Zbli­żamy się prze­cież do nowego układu.

- Chciał­byś tego, tak? Chciał­byś widzieć, jak ten ostatni raz ponosi porażkę, żeby moja kara była tym surow­sza.

- Mia­łem na myśli tylko dobro statku.

- Oczy­wi­ście, Gre­lier. - Uśmiech­nęła się roz­ba­wiona jego kłam­stwami. - W isto­cie jesz­cze nie zde­cy­do­wa­łam, co zro­bić z Quaiche'em. Ale sądzę, że muszę z nim poroz­ma­wiać. Otrzy­ma­łam dzięki naszym part­ne­rom han­dlo­wym pewną nową infor­ma­cję na jego temat.

- A to dopiero!

- Gdy go zatrud­nia­łam, chyba nie był zupeł­nie szczery w kwe­stii swo­ich poprzed­nich doświad­czeń. To moja wina. Powin­nam była sta­ran­niej spraw­dzić jego karierę zawo­dową. To jed­nak nie uspra­wie­dli­wia faktu, że prze­sad­nie chwa­lił się swo­imi wcze­śniej­szymi suk­ce­sami. Myśla­łam, że zatrud­niamy facho­wego nego­cja­tora, który rów­no­cze­śnie instynk­tow­nie rozu­mie śro­do­wi­ska pla­ne­tarne. Że to czło­wiek swo­bod­nie poru­sza­jący się zarówno wśród ludzi linii głów­nej, jak i wśród Ultra­sów. Że potrafi wyne­go­cjo­wać umowę na naszą korzyść i zna­leźć skarb tam, gdzie my nie zoba­czy­li­by­śmy zupeł­nie nic.

- To pasuje do Quaiche'a.

- Nie, Quaiche chciał się nam tak zapre­zen­to­wać. To fik­cyjna histo­ryjka. W rze­czy­wi­sto­ści jego doko­na­nia są znacz­nie mniej impo­nu­jące. Tu i tam jakiś przy­pad­kowy suk­ces, ale rów­nie wiele pora­żek. To cwa­niak, fan­fa­ron, opor­tu­ni­sta i kłamca. I do tego zaka­żony.

Gre­lier uniósł brwi.

- Zaka­żony?

- Ma wirusa indok­try­na­cyj­nego. Prze­ska­no­wa­li­śmy go, szu­ka­jąc typo­wych wiru­sów, ale tego nie wykry­li­śmy, bo nie był w naszej bazie danych. Na szczę­ście nie jest bar­dzo zaraź­liwy. Przede wszyst­kim nie ma wiel­kiego nie­bez­pie­czeń­stwa, że ktoś z nas zosta­nie zara­żony.

- O jakiego wirusa indok­try­na­cyj­nego cho­dzi?

- Nie­udolny misz­masz: nie­do­koń­czony melanż pojęć reli­gij­nych z ostat­nich trzech tysięcy lat bez uni­fi­ku­ją­cej deistycz­nej kon­cep­cji. To nie buduje u niego żad­nych spój­nych prze­ko­nań, tylko po pro­stu uczu­cie reli­gij­no­ści. Oczy­wi­ście na ogół Quaiche potrafi trzy­mać to pod kon­trolą. To mnie jed­nak nie­po­koi. A co, jeśli jego stan się pogor­szy? Nie chcę czło­wieka, któ­rego odru­chów nie potra­fię prze­wi­dzieć.

- Więc go zwol­nisz?

- Jesz­cze nie teraz. Musimy naj­pierw minąć 107 Piscium. Niech ma ostat­nią szansę, żeby się zre­ha­bi­li­to­wać.

- Dla­czego sądzisz, że teraz uda mu się coś zna­leźć?

- Nie spo­dzie­wam się tego po nim, ale uwa­żam, że jest więk­sze praw­do­po­do­bień­stwo, że coś znaj­dzie, jeśli stwo­rzę mu odpo­wied­nią moty­wa­cję.

- Mógłby dać dyla.

- Wzię­łam to pod uwagę. Jeśli cho­dzi o Quaiche'a, to pomy­śla­łam chyba o wszyst­kich aspek­tach. Potrzebny mi tylko on sam, w jakimś sta­nie oży­wie­nia. Możesz mi to zor­ga­ni­zo­wać?

- Teraz, madame?

- A czemu nie? Trzeba kuć żelazo, póki gorące.

- Tylko że on jest zamro­żony. Sześć godzin zaj­mie wybu­dze­nie, zakła­da­jąc, że będziemy postę­po­wać zgod­nie z zale­ca­nymi pro­ce­du­rami.

- A jeśli nie? - Zasta­na­wiała się, ile jesz­cze pocią­gnie jej nowe ciało. - Ile godzin można by real­nie zaosz­czę­dzić?

- Naj­wy­żej dwie, jeśli nie chce się ryzy­ko­wać, że zosta­nie uśmier­cony. A i tak będzie to odro­binę nie­przy­jemne.

Jasmina uśmiech­nęła się do naczel­nego medyka.

- Jestem pewna, że uda mu się to prze­trwać. A, Gre­lier, jesz­cze jedno.

- Madame?

- Przy­nieś mi ska­fan­der orna­men­to­wany.

Trzy

TRZY

Świa­tło­wiec Gno­styczne Wnie­bo­wstą­pie­nie, prze­strzeń mię­dzy­gwiezdna, 2615

Kochanka pomo­gła mu wydo­stać się z kasety. Quaiche leżał na kozetce, drżał nękany mdło­ściami, a Mor­wenna zaj­mo­wała się licz­nymi gniazd­kami i prze­wo­dami, zanu­rzo­nymi w jego posi­nia­czo­nym ciele czło­wieka linii głów­nej.

- Leż spo­koj­nie - powie­działa.

- Nie czuję się dobrze.

- To jasne. Czego się spo­dzie­wa­łeś, kiedy te sukin­syny tak szybko cię odmro­ziły?

Czuł się tak, jakby kop­nięto go w kro­cze - kro­cze ogar­nia­jące całe ciało. Miał ochotę sku­lić się w prze­strzeni mniej­szej niż ta, którą sam zaj­mo­wał, zawęź­lić się, poskła­dać w mistrzow­skie ori­gami. Chciałby zwy­mio­to­wać, ale zwią­zany z tym wysi­łek wydał mu się znie­chę­ca­jący.

- Nie powinni byli ryzy­ko­wać - stwier­dził. - Ona wie, że jestem zbyt cenny.

Miał odruch wymiotny. Obrzy­dliwy dźwięk przy­po­mi­nał prze­dłu­żone szcze­ka­nie psa.

- Chyba zaczęła się nie­cier­pli­wić - odparła Mor­wenna, prze­cie­ra­jąc jego ciało pie­kącą maścią.

- Wie, że mnie potrze­buje.

- Radziła sobie już przed­tem bez cie­bie. Może doszła do wnio­sku, że znów sobie bez cie­bie pora­dzi.

Quaiche się roz­ch­mu­rzył.

- Może wystą­pił jakiś kry­zys.

- Na przy­kład u cie­bie.

- Chry­ste, tego wła­śnie potrze­bo­wa­łem: współ­czu­cia.

Skrzy­wił się, gdy do jego czaszki dotarł sygnał bólu znacz­nie bar­dziej pre­cy­zyjny od nie­okre­ślo­nej nie­wy­gody zwią­za­nej z szo­kiem prze­bu­dze­nia.

- Nie powi­nie­neś uży­wać imie­nia Pana nada­rem­nie - przy­po­mniała Mor­wenna tonem nagany. - Wiesz, że spra­wia ci to ból.

Spoj­rzał jej w twarz, na siłę otwie­ra­jąc oczy w okrut­nym ośle­pia­ją­cym świe­tle komory oży­wia­nia.

- Jesteś po mojej stro­nie czy nie?

- Usi­łuję ci pomóc. Leż spo­koj­nie, już wyj­muję ostatni prze­wód.

Quaiche poczuł w udzie lek­kie ukłu­cie bólu, gdy wysko­czyła sztuczna prze­toka, zosta­wia­jąc po sobie równą ranę w kształ­cie oka.

- Zro­bione.

- Do następ­nego razu. Zakła­da­jąc, że będzie następny raz.

Mor­wenna mil­czała, jakby coś ją po raz pierw­szy zasko­czyło.

- Jesteś naprawdę prze­ra­żony?

- A ty byś na moim miej­scu nie była?

- Kró­lowa jest obłą­kana. Wszy­scy to wie­dzą. Ale też dość prag­ma­tyczna i roz­po­znaje war­to­ściowe zasoby, gdy je dostrzeże. - Mor­wenna mówiła otwar­cie. Wie­działa, że kró­lowa nie ma urzą­dzeń pod­słu­cho­wych w komo­rze oży­wia­nia. - Rany, weź choćby takiego Gre­liera. Myślisz, że tole­ro­wa­łaby tego dzi­waka, gdyby nie był dla niej uży­teczny?

- Wła­śnie o to mi cho­dzi. - Quaiche pogrą­żał się coraz bar­dziej w przy­gnę­bie­niu i bez­na­dziei. - Gdy tylko któ­ryś z nas prze­sta­nie być uży­teczny... - Gdyby mógł się ruszać, wyko­nałby ruch naśla­du­jący wbi­ja­nie noża w gar­dło. Ale tylko wydał odgłos, jakby się dusił.

- Masz nad Gre­lie­rem prze­wagę - stwier­dziła Mor­wenna. - Masz mnie, sojusz­nika wśród zało­gan­tów. A on kogo ma?

- Mówisz słusz­nie, jak zawsze.

Z olbrzy­mim wysił­kiem wycią­gnął dłoń i zamknął ją na sta­lo­wej ręka­wicy Mor­wenny.

Nie chciał być bez­względny i nie przy­po­mniał jej, że podob­nie jak on ona rów­nież była izo­lo­wana na statku. Jakie­kol­wiek oso­bi­ste rela­cje z czło­wie­kiem linii głów­nej skut­ko­wały wyklu­cze­niem ze spo­łecz­no­ści Ultra­sów. Mor­wenna się tym nie przej­mo­wała, ale Quaiche wie­dział, że gdyby musiał liczyć na jej pomoc, gdy kró­lowa i reszta załogi zwrócą się prze­ciwko niemu, to jest skoń­czony.

- Możesz teraz usiąść? - spy­tała.

- Spró­buję.

Dole­gli­wo­ści nieco usta­wały - wie­dział, że musiały ustą­pić - i w końcu mógł bez pła­czu poru­szać głów­nymi gru­pami mię­śni. Siadł na kozetce i pod­cią­gnął kolana do bez­wło­sej klatki pier­sio­wej, a Mor­wenna zaczęła deli­kat­nie usu­wać mu cew­nik z penisa. Pod­czas tej ope­ra­cji patrzył jej w twarz i sły­szał tylko szczęk­nię­cia metalu o metal. Pamię­tał, jaki strach poczuł, gdy po raz pierw­szy dotknęła tego miej­sca dłońmi lśnią­cymi jak nożyce. Kocha­nie się z nią było jak seks z mło­car­nią. Ale Mor­wenna ni­gdy go nie zra­niła, nawet gdy nie­chcący sama zadra­snęła swoją wła­sną żywą tkankę.

- W porządku? - spy­tała.

- Dam radę. Szyb­kie wybu­dze­nie nie zdoła popsuć dnia Hor­ri­sowi Quaiche'owi.

- Co za postawa! - rze­kła bez spe­cjal­nego prze­ko­na­nia.

Pochy­liła się, by go poca­ło­wać. Pach­niała per­fu­mami i ozo­nem.

- Cie­szę się, że jesteś przy mnie.

- Pocze­kaj. Przy­niosę ci coś do picia.

Mor­wenna ode­szła od kozetki i wydłu­żyła się do swej peł­nej wyso­ko­ści. Cią­gle nie potra­fił ide­al­nie sku­pić wzroku, ale obser­wo­wał, jak Ultra­ska prze­myka przez pokój do luku, gdzie były wyda­wane roz­ma­ite płyny rege­ne­ru­jące. Jej sta­lo­wo­szare dre­dredy kiwały się przy każ­dym kroku dłu­gich, poru­sza­nych tło­kami nóg.

Mor­wenna wra­cała z kie­lisz­kiem ożyw­czej mik­stury - cze­ko­lady z med­ma­szy­nami - gdy otwarły się drzwi pomiesz­cze­nia. Do środka weszło dwóch Ultra­sów: męż­czy­zna i kobieta. Za nimi, z rękoma skrom­nie zało­żo­nymi za ple­cami, wyło­niła się mniej­sza, nie­zme­cha­ni­zo­wana postać naczel­nego medyka. Miał na sobie brudny biały lekar­ski kitel.

- Jest w dobrym sta­nie? - spy­tał męż­czy­zna.

- Masz szczę­ście, że nie umarł - wypa­liła Mor­wenna.

- Nie bądź melo­dra­ma­tyczna - powie­działa kobieta. - Ni­gdy by nie umarł z powodu nieco szyb­szego niż zwy­kle odmro­że­nia.

- Czy powie­cie nam, co Jasmina od niego chce?

- To sprawa mię­dzy nim a kró­lową - odparła kobieta.

Męż­czy­zna rzu­cił w stronę Quaiche'a piko­waną srebrną szpi­talną koszulę. Mor­wenna bły­ska­wicz­nie wycią­gnęła ramię i zła­pała ją w locie. Pode­szła do Quaiche'a i podała mu koszulę.

- Chciał­bym wie­dzieć, o co cho­dzi - powie­dział Quaiche.

- Ubierz się - pole­ciła kobieta. - Idziesz z nami.

Obró­cił się na kozetce i opu­ścił stopy na zimną pod­łogę. Dole­gli­wo­ści mijały, a ich miej­sce zaj­mo­wał strach. Kutas się skur­czył, wyco­fał do brzu­cha, jakby przy­go­to­wy­wał wła­sny tajny plan ucieczki. Quaiche wło­żył koszulę i zapiął ją w pasie.

- Masz z tym coś wspól­nego? - zwró­cił się do naczel­nego medyka.

Gre­lier mru­gnął.

- Drogi kolego, robi­łem, co mogłem, żeby ich powstrzy­mać przed jesz­cze szyb­szym roz­mro­że­niem cie­bie.

- Docze­kasz się jesz­cze - rzekł Quaiche. - Zapa­mię­taj moje słowa.

- Po co ten ton? Ty, Hor­ris, i ja mamy ze sobą wiele wspól­nego. Dwaj męż­czyźni-ludzie sami na statku Ultra­sów. Nie powin­ni­śmy się kłó­cić, kon­ku­ro­wać o pre­stiż i sta­tus. Należy się wza­jem­nie wspie­rać, cemen­to­wać przy­jaźń. - Gre­lier wytarł wierzch ręka­wiczki o far­tuch, zosta­wia­jąc brzydką rdzawą plamę. - Powin­ni­śmy być sojusz­ni­kami. Razem zaj­dziemy daleko.

- Kiedy lód zetnie pie­kło - odparł Quaiche.

***

Kró­lowa pogła­skała cęt­ko­waną ludzką czaszkę, którą trzy­mała na podołku. Dłu­gie paznok­cie na pal­cach rąk i nóg były poma­lo­wane czar­nym jak smoła lakie­rem. Miała na sobie kami­zelkę z koronką na linii dzie­lą­cej piersi i krótką spód­niczkę z tej samej ciem­nej tka­niny. Czarne włosy zacze­sała do tyłu, zosta­wia­jąc na czole tylko sta­ran­nie ufor­mo­wany kosmyk. Quaiche począt­kowo odniósł wra­że­nie, że kró­lowa ma maki­jaż: od oczu do gór­nej wargi bie­gły pio­nowe czer­wone linie - grube, jakby nama­lo­wane woskiem. Potem zdał sobie sprawę, że wyłu­piła sobie oczy, i prze­biegł go dreszcz.

Mimo to jej twarz na­dal cecho­wało pewne surowe piękno.

Po raz pierw­szy widział ją w postaci cie­le­snej, w jed­nej z form, w jakich wystę­po­wała. Dotych­czas miał z nią do czy­nie­nia z dystansu, za pośred­nic­twem pro­xych poziomu alfa albo przez żywego pośred­nika w rodzaju Gre­liera.

I miał nadzieję, że stale tak będzie.

Cze­kał teraz kilka sekund, słu­cha­jąc wła­snego odde­chu.

- Czy zawio­dłem cię, madame? - zdo­łał wresz­cie powie­dzieć.

- Quaiche, według cie­bie, jakim ja stat­kiem dowo­dzę? Takim, który może sobie pozwo­lić na prze­wo­że­nie zby­tecz­nego ładunku?

- Czuję, że moja passa się zmie­nia.

- Tro­chę na to za późno. Ile przy­stan­ków zro­bi­li­śmy, od kiedy dołą­czy­łeś do załogi? Pięć, prawda? I co nam przy­szło z tych pię­ciu przy­stan­ków?

Już miał odpo­wie­dzieć, gdy dostrzegł cza­jący się w cie­niu za tro­nem ska­fan­der orna­men­to­wany. Obec­ność tego obiektu nie mogła być przy­pad­kowa.

Przy­po­mi­nał mumię wyko­naną z kutego żelaza albo innego metalu. Miał roz­ma­ite wtyczki i przy­łą­cza, a tam, gdzie powinna być przy­łbica, znaj­do­wał się pro­sto­kąt za ciemną maskow­nicą. W miej­scach, gdzie czę­ści wspa­wano lub wepchnięto, widoczne były szramy i szwy po luto­wa­niu. W jed­nym miej­scu wid­niała wstawka gład­kiego nowego metalu.

Inne obszary ska­fan­dra były pokryte skom­pli­ko­waną gra­werką. Na każ­dym wol­nym cen­ty­me­trze kwa­dra­to­wym upchnięto obse­syjne, agre­sywne szcze­góły, zbyt liczne, by ogar­nąć je wzro­kiem. Gdy jed­nak ska­fan­der zaczął wiro­wać nad Quaiche'em, ten roz­po­znał fan­ta­styczne potwory o wężo­wych szy­jach, obu­rza­jąco fal­liczne statki kosmiczne, twa­rze krzy­czą­cych istot i wrzesz­czące demony, dra­styczne sceny seksu i prze­mocy. Wyryte dużym pismem histo­rie, powiastki umo­ral­nia­jące i cheł­pliwe rela­cje han­dlowe roz­wi­ja­jące się spi­ral­nie. Tar­cze zega­rowe i psalmy. Linie tek­stu w języ­kach, któ­rych nie roz­po­zna­wał, strofy muzyczne i cudow­nie wyrzeź­bione liczby. Sekwen­cje kodów binar­nych; zasady DNA. Anio­ło­wie i che­ru­biny. Węże. Mnó­stwo węży.

Głowa go bolała od samego patrze­nia.

Ska­fan­der był pokan­ce­ro­wany i pożło­biony wsku­tek ude­rzeń mikro­me­te­ory­tów i dzia­ła­nia pro­mieni kosmicz­nych; tu i ówdzie sta­lo­wo­szara powierzch­nia miała zie­lone czy brą­zowe prze­bar­wie­nia, a tam, gdzie super­cięż­kie czą­steczki cięły uko­śnie, powstały żłob­ko­wane zadra­pa­nia. Wokół całego ska­fan­dra bie­gła cienka ciemna linia styku dwóch opan­ce­rzo­nych połó­wek, które można było w tym miej­scu otwo­rzyć, a potem znów zespa­wać.

Ska­fan­der to urzą­dze­nie karne. Quaiche sły­szał na jego temat tylko okrutne pogło­ski.

Kró­lowa wkła­dała ludzi do ska­fan­dra. Utrzy­my­wał ich przy życiu i prze­ka­zy­wał infor­ma­cje czu­ciowe. Chro­nił przed gra­dem pro­mie­nio­wa­nia pod­czas podróży kosmicz­nej - przez lata uwię­zie­nia w lodzie powłoki abla­cyj­nej statku.

Szczę­ścia­rze po wycią­gnię­ciu ze ska­fan­dra byli mar­twi.

Quaiche usi­ło­wał powstrzy­mać drże­nie głosu.

- Jeśli się spoj­rzy na sprawy z jed­nej strony, w zasa­dzie... w zasa­dzie nie poszło nam aż tak źle... zwa­żyw­szy na wszyst­kie oko­licz­no­ści. Wśród załogi nie było ofiar ani więk­szych obra­żeń. Żad­nych przy­pad­ków zatru­cia. Żad­nych nie­prze­wi­dzia­nych wydat­ków... - Zamilkł, patrząc z nadzieją na Jasminę.

- Nic lep­szego nie potra­fisz wymy­ślić? Dzięki tobie, Quaiche, mie­li­śmy się stać bogaci. Mia­łeś odmie­nić nasz los w tych trud­nych cza­sach, naoli­wić koła wymiany han­dlo­wej dzięki swo­jemu wro­dzo­nemu uro­kowi i zna­jo­mo­ści pla­ne­tar­nej psy­cho­lo­gii oraz geo­gra­fii. Mia­łeś być naszą zło­to­dajną kurą.

Poru­szył się ner­wowo.

- Ale w pię­ciu ukła­dach zna­leź­li­śmy tylko chłam.

- To wy wybie­ra­cie układy, nie ja. Nie moja wina, że nie było tam nic war­to­ścio­wego.

Kró­lowa powoli pokrę­ciła głową.

- Nie, Quaiche. Oba­wiam się, że to zbyt pro­ste. Musisz wie­dzieć, że mie­siąc temu prze­chwy­ci­li­śmy coś. Dwu­kie­run­kową trans­mi­sję mię­dzy ludzką kolo­nią na Cha­lo­upek i świa­tło­wcem Nie­wy­raźne wspo­mnie­nie o Hoku­saim. Koja­rzysz?

- Nie­zu­peł­nie...

Ale koja­rzył.

- Hoku­sai wcho­dził do Gliese 664 aku­rat wtedy, gdy my opusz­cza­li­śmy ten układ. To drugi układ, który dla nas prze­cze­sa­łeś. Twój raport... - Kró­lowa przy­ło­żyła czaszkę do boku głowy i nasłu­chi­wała traj­ko­czą­cej szczęki. - Zobaczmy... "Niczego war­to­ścio­wego nie zna­le­ziono na Opin­cu­sie ani na żad­nej z trzech pozo­sta­łych pla­net typu ziem­skiego; tylko pomniej­sze przed­mioty porzu­co­nej tech­niki zdo­byto na księ­ży­cach od pią­tego do ósmego, krą­żą­cych wokół giganta Hau­rienta... Nic w wewnętrz­nym pasie aste­ro­idów, rojach typu D, aste­ro­idach tro­jań­skich czy w głów­nych sku­pi­skach Pasa Kuipera".

Quaiche rozu­miał, do czego to zmie­rza.

- A Nie­wy­raźne wspo­mnie­nie o Hoku­saim?

- Wymiana infor­ma­cji han­dlo­wej była abso­lut­nie fascy­nu­jąca. Wszystko wska­zuje na to, że Hoku­sai zlo­ka­li­zo­wał maga­zyn zako­pa­nych przed­mio­tów mają­cych około jed­nego wieku. Sprzed wojny, z cza­sów przed wybu­chem zarazy. Bar­dzo war­to­ściowe rze­czy. Arte­fakty nie tylko tech­niki, ale też sztuki i kul­tury; więk­szość uni­ka­towa. Zaro­bili na tym tyle, że mogli sobie kupić zupeł­nie nową powłokę abla­cyjną kadłuba. - Spoj­rzała na niego wycze­ku­jąco. - Masz coś do powie­dze­nia na ten temat? Coś ci przy­cho­dzi do głowy?

- Mój raport był uczciwy - stwier­dził Quaiche. - Musieli mieć po pro­stu szczę­ście. Posłu­chaj, daj mi jesz­cze jedną szansę. Zbli­żamy się do jakie­goś innego układu?

Kró­lowa uśmiech­nęła się.

- Zawsze się zbli­żamy do jakie­goś układu. Tym razem nazywa się 107 Piscium, ale, prawdę mówiąc, z tej odle­gło­ści nie wygląda bar­dziej obie­cu­jąco od poprzed­nich pię­ciu. Czy tym razem przy­dasz się na coś?

- Pozwól mi wziąć Dominę - popro­sił, odru­chowo spla­ta­jąc dło­nie. - Pozwól mi pole­cieć do wnę­trza układu.

Kró­lowa mil­czała przez wiele sekund. Quaiche sły­szał tylko wła­sny oddech, prze­ry­wany od czasu do czasu przez słabe skwier­cze­nie zdy­cha­ją­cego owada lub szczura. Coś się leni­wie poru­szyło za zie­loną szybą szkla­nej pół­s­fe­rycz­nej kopuły, osa­dzo­nej w jed­nej z dwu­na­stu ścian pomiesz­cze­nia. Quaiche czuł, że jest obser­wo­wany nie tylko przez bez­oką postać na tro­nie. Choć nikt mu tego nie powie­dział, zro­zu­miał, że obiekt za zie­loną szybą jest rze­czy­wi­stą kró­lową, a uszko­dzone ciało na tro­nie to tylko kukła, którą kró­lowa aktu­al­nie zamiesz­kuje. Te wszyst­kie pogło­ski były praw­dziwe: o jej solip­sy­zmie; o uza­leż­nie­niu od ostrego bólu, będą­cego jej kotwicą w świe­cie rze­czy­wi­stym; o wiel­kim zapa­sie sklo­no­wa­nych ciał, które jakoby trzy­mała w tym jed­nym celu.

- Skoń­czy­łeś, Quaiche? Powie­dzia­łeś wszystko, co mia­łeś do powie­dze­nia?

Wes­tchnął.

- Chyba tak.

- W takim razie bar­dzo dobrze.

Musiała wydać jakiś sekretny roz­kaz, ponie­waż drzwi pomiesz­cze­nia znowu się otwo­rzyły. Quaiche odwró­cił się, czu­jąc na karku powiew zim­nego powie­trza. Weszli naczelny medyk i dwoje Ultra­sów, któ­rzy odwie­dzili Quaiche'a po wybu­dze­niu.

- Skoń­czy­łam z nim - rze­kła kró­lowa.

- Co posta­no­wi­łaś? - spy­tał Gre­lier.

Jasmina ssała pazno­kieć.

- Nie zmie­ni­łam zda­nia. Włóż­cie go do ska­fan­dra orna­men­to­wa­nego.

Cztery

CZTERY

Ara­rat, 2675

Scor­pio dobrze wie­dział, że lepiej nie prze­szka­dzać Cla­va­inowi, gdy się nad czymś zasta­na­wia. Już z pięć minut temu powie­dział mu o obiek­cie, który spadł z kosmosu - jeśli rze­czy­wi­ście obiekt pocho­dził z kosmosu. Cla­vain sie­dział jak pomnik, z poważną, zasty­głą twa­rzą i wzro­kiem wbi­tym w hory­zont.

Scor­pio zaczy­nał już wąt­pić w zdro­wie psy­chiczne przy­ja­ciela, gdy ten się ode­zwał:

- Kiedy to się stało? Kiedy ta rzecz przy­była?

- Praw­do­po­dob­nie w ubie­głym tygo­dniu - odparł Scor­pio. - Zna­leź­li­śmy to dopiero parę dni temu.

Zapa­dło krę­pu­jące mil­cze­nie, tym razem krót­sze. Woda ude­rzała o skały i bul­go­tała w małych wirach, wpły­wa­jąc na ląd i wypły­wa­jąc z małych przy­brzeż­nych sadza­wek.

- A co to wła­ści­wie jest?

- Nie mamy pew­no­ści. Jakaś kap­suła. Arte­fakt ludzki. Naj­praw­do­po­dob­niej gon­dola ratun­kowa, zdolna do wej­ścia w atmos­ferę. Sądzimy, że wodo­wała na oce­anie, a potem wypły­nęła na powierzch­nię.

Cla­vain ski­nął głową, jakby ta infor­ma­cja nie miała więk­szego zna­cze­nia.

- I jeste­ście pewni, że nie zosta­wiła tego Galiana?

Wypo­wie­dział imię kobiety swo­bod­nie, wpa­tru­jąc się w morze, ale Scor­pio domy­ślał się, jaki ból mu to spra­wiło. I że dla Cla­va­ina ocean ozna­cza stratę i okrutną nadzieję.

Przed swoim dobro­wol­nym wygna­niem Cla­vain stwier­dził:

- Teraz wszyst­kie ode­szły. Ocean nic wię­cej nie może mi zro­bić.

- Na­dal tam są - odpo­wie­dział mu wtedy Scor­pio. - Nie zgi­nęły. I ni­gdy nie były tak bez­pieczne.

Jakby Cla­vain sam sobie z tego nie zda­wał sprawy.

- Nie. - Scor­pio spro­wa­dził przy­ja­ciela do aktu­al­nych spraw. - To nie jest od Galiany.

- Myśla­łem, że może tam jest wia­do­mość od niej - rzekł Cla­vain. - Ale chyba się mylę, prawda? Nie będzie żad­nych wia­do­mo­ści. Nie tą drogą. Ani od Galiany, ani od Felki.

- Współ­czuję ci - odparł Scor­pio.

- Nie­po­trzeb­nie. To tak już jest.

Scor­pio znał prze­szłość Cla­va­ina zarówno z pogło­sek, jak i opo­wie­ści przy­ja­ciela. Wspo­mnie­nia zawsze były zawodne, ale w obec­nej dobie stały się pla­styczne jak glina. Pewne aspekty wła­snej prze­szło­ści nawet dla Cla­va­ina były nie­pewne.

Ale prze­cież nie­które fakty były pewne. Cla­vain kochał kie­dyś kobietę o imie­niu Galiana. Ich zwią­zek zaczął się wieki temu i trwał wieki. Powo­łali do życia - lub stwo­rzyli - coś w rodzaju córki, Felkę. Była bar­dzo uszko­dzona i posia­dała nie­zwy­kłą moc. Kochano ją, ale rów­nież się jej bano.

Gdy Cla­vain wspo­mi­nał tamte czasy, prze­peł­niało go szczę­ście przy­tłu­mione świa­do­mo­ścią tego, co nastą­piło póź­niej.

Galiana pra­co­wała jako nauko­wiec, zafa­scy­no­wana zwięk­sza­niem moż­li­wo­ści ludz­kiego mózgu. Jej zain­te­re­so­wa­nia się­gały jed­nak dalej: chciała w końcu osią­gnąć bez­po­średni zwią­zek z rze­czy­wi­sto­ścią, na pozio­mie jej źró­deł. Pro­wa­dziła eks­pe­ry­menty neu­ro­nalne, sta­no­wiące konieczny ele­ment tego pro­cesu. Galiana uwa­żała, że kolej­nym natu­ral­nym kro­kiem powinna być fizyczna eks­plo­ra­cja, wyj­ście w prze­strzeń. Chciała się­gnąć głę­biej, znacz­nie dalej poza postrzę­pioną gra­nicę zma­po­wa­nego kosmosu, by się prze­ko­nać, co tam wła­ści­wie jest. W tam­tym cza­sie znaj­do­wano tylko gruzy i ska­mie­liny - jedyny dowód na ist­nie­nie obcej inte­li­gen­cji - ale nie wie­dziano, co można zna­leźć dalej w galak­tyce. Osad­nic­two czło­wieka obej­mo­wało wów­czas obszar o pro­mie­niu kil­ku­na­stu lat świetl­nych, ale Galiana zamie­rzała odbyć podróż na odle­głość ponad stu lat, a potem wró­cić.

I doko­nała tego. Hybry­dowcy wystrze­lili trzy statki poru­sza­jące się z pręd­ko­ścią nieco mniej­szą od świetl­nej. Wyprawa w głąb prze­strzeni mię­dzy­gwiezd­nej miała potrwać przy­naj­mniej pół­tora stu­le­cia. Cla­vain i Felka, też cie­kawi nowego doświad­cze­nia, pole­cieli z Galianą. Podróż prze­bie­gała zgod­nie z pla­nem: Galiana i jej sojusz­nicy odwie­dzili wiele ukła­dów sło­necz­nych i choć nie napo­tkali jed­no­znacz­nych śla­dów żyją­cych cywi­li­za­cji, udało im się ska­ta­lo­go­wać wiele nie­zwy­kłych zja­wisk oraz odkryć sporo nowych ruin. Potem - ze znacz­nym opóź­nie­niem - dotarły do nich donie­sie­nia o kry­zy­sie na macie­rzy­stej pla­ne­cie: nara­stało napię­cie mię­dzy Hybry­dow­cami a ich umiar­ko­wa­nymi sojusz­ni­kami, Demar­chi­stami. Cla­vain musiał wra­cać do domu i wspo­móc tak­tycz­nie Hybry­dow­ców.

Galiana uznała, że kon­ty­nu­acja eks­pe­dy­cji jest waż­niej­sza. W głę­bo­kim kosmo­sie roz­stali się przy­jaź­nie: jeden ze stat­ków, wio­zący Cla­va­ina i Felkę, zawró­cił do domu, a dwa pozo­stałe podą­żyły głę­biej w płasz­czy­znę galak­tyki.

Pla­no­wali znów się kie­dyś połą­czyć, ale gdy w końcu sta­tek Galiany wró­cił do Mat­czy­nego Gniazda, oka­zało się, że leci na auto­ma­tycz­nym pilo­cie, jest znisz­czony i mar­twy. Gdzieś w kosmo­sie oba statki zostały zaata­ko­wane przez paso­żyta, który znisz­czył jeden z nich. Potem czarne maszyny wpeł­zły do statku Galiany i zabiły po kolei wszyst­kich zało­gan­tów; została tylko Galiana. Czarne maszyny prze­nik­nęły do jej czaszki, wci­ska­jąc się w szcze­liny mózgu. To straszne, ale Galiana cią­gle żyła, nie­zdolna do samo­dziel­nego dzia­ła­nia. Dla paso­żyta stała się żywą pacynką.

Cla­vain zgo­dził się, żeby Hybry­dowcy zamro­zili jej ciało do czasu, aż będą w sta­nie bez­piecz­nie usu­nąć paso­żyta. Mogłoby się to nawet udać, ale w świe­cie Hybry­dow­ców nastą­pił roz­łam i kry­zys, w wyniku któ­rego Cla­vain tra­fił do układu Resur­gamu, a póź­niej na Ara­rat. Pod­czas kon­fliktu zamro­żone ciało Galiany zostało znisz­czone.

Cla­vain pogrą­żył się w głę­bo­kiej żało­bie. To mogłoby go zabić - tak sądził Scor­pio - ale w tam­tym okre­sie ludzie potrze­bo­wali jego przy­wódz­twa. Dzięki ura­to­wa­niu kolo­nii na Resur­ga­mie nie kon­cen­tro­wał się już wyłącz­nie na swym bólu i zacho­wał zdro­wie psy­chiczne.

Z cza­sem przy­szło pocie­sze­nie.

Na Ara­rat nie zapro­wa­dziły ich ślady Galiany, choć oka­zało się, że gdy odłą­czyła się od Cla­va­ina i Felki, odwie­dziła mię­dzy innymi tę pla­netę, gdzie obce istoty wypeł­niały ocean. To był świat Żon­gle­rów Wzor­ców i, co nie­zwy­kle ważne, chyba nikt, kto odwie­dził Żon­gle­rów, ni­gdy nie został cał­ko­wi­cie zapo­mniany.

Żon­gle­rów Wzor­ców spo­ty­kano na wielu pla­ne­tach o podob­nej do Ara­ratu wod­nej powierzchni. Mimo wie­lo­let­nich badań nie uzy­skano jed­no­znacz­nej odpo­wie­dzi na pyta­nie, czy Żon­gle­rzy są isto­tami inte­li­gent­nymi, ale uznano, że cenią inte­li­gen­cję i są jej tro­skli­wymi i odda­nymi kusto­szami.

Gdy ktoś pły­wał w tutej­szych morzach, do jego układu ner­wo­wego prze­ni­kały mikro­sko­pijne orga­ni­zmy. Był to pro­ces łagod­niej­szy od inwa­zji neu­ro­nal­nej, jaka spo­tkała załogę statku Galiany. Żon­gle­rzy doko­ny­wali tylko archi­wi­za­cji wzor­ców neu­ro­nal­nych, po czym się wyco­fy­wali. Umysł pły­waka prze­ni­kał do morza, ale zwy­kle sam pły­wak mógł swo­bod­nie wró­cić na ląd, nie czu­jąc żad­nej zmiany. Cza­sami jed­nak otrzy­my­wał sub­telny pre­zent - ulep­sze­nie archi­tek­tury układu ner­wo­wego, umoż­li­wia­jące nad­ludz­kie pozna­nie lub nad­ludzką prze­ni­kli­wość. Zdol­ność ta trwała zwy­kle zale­d­wie kilka godzin, choć w nie­licz­nych wypad­kach zosta­wała na trwałe.

Nie wia­domo, czy po zanu­rze­niu się w oce­anie Galiana zyskała dodat­kowy dar, ale z pew­no­ścią jej umysł został prze­chwy­cony. W mor­skich głę­bi­nach cze­kał na to, by wdru­ko­wać się w świa­domość jakie­goś innego pły­waka.

Cla­vain się tego domy­ślał, ale nie był pierw­szym, który pró­bo­wał ducho­wej bli­sko­ści z Galianą. Felka dostą­piła tego zaszczytu. Przez dwa­dzie­ścia lat zanu­rzała się we wspo­mnie­niach i zamro­żo­nej świa­do­mo­ści swo­jej matki. Cla­vain nie zde­cy­do­wał się na to, być może z obawy, że kopia umy­słu Galiany wyda mu się w jakimś sen­sie nie­rze­telna, nie­przy­sta­jąca do jego wspo­mnień. Choć z upły­wem lat jego wąt­pli­wo­ści sła­bły, to nie zde­cy­do­wał się na pły­wa­nie. Felka nato­miast, zawsze łak­nąca zło­żo­nych doznań, jakich dostar­czał ocean, pły­wała regu­lar­nie i opo­wia­dała Cla­vainowi o swo­ich doświad­cze­niach. Za pośred­nic­twem córki znów nawią­zał pewien kon­takt z Galianą i na razie to mu wystar­czyło.

Ale dwa lata temu morze zabrało Felkę. Nie wró­ciła.

Scor­pio miał to teraz na uwa­dze, sta­ran­nie dobie­ra­jąc słowa.

- Nevil, wiem, że to dla cie­bie trudne, ale musisz także zro­zu­mieć, że ten obiekt może być bar­dzo ważny dla osie­dla.

- Zro­zu­mia­łem to, Scorp.

- Ale uwa­żasz, że ocean jest waż­niej­szy, prawda?

- Uwa­żam, że nikt z nas nie ma poję­cia, co się w isto­cie liczy.

- Może i nie. Mnie oso­bi­ście nie obcho­dzi szer­sze spoj­rze­nie. To ni­gdy nie była moja mocna strona.

- Obec­nie mamy wyłącz­nie sze­ro­kie spoj­rze­nie.

- Więc według cie­bie tam gdzieś ist­nieją miliony... miliardy ludzi, które zginą? Ludzi, któ­rych ni­gdy nie spo­tka­li­śmy, do któ­rych nie zbli­ży­li­śmy się nawet na rok świetlny?

- Taka jest mniej wię­cej skala.

- Wybacz, ale mój umysł nie pra­cuje w ten spo­sób. Nie potra­fię prze­two­rzyć tego rodzaju zagro­że­nia. Nie obej­muję kwe­stii maso­wego uni­ce­stwie­nia. Sku­piam się na lokal­nych pro­ble­mach. A w tej chwili mam pro­blem lokalny.

- Tak ci się wydaje?

- Sto sie­dem­dzie­siąt tysięcy ludzi, o któ­rych należy się mar­twić. Taka liczba mniej wię­cej mie­ści mi się w gło­wie. Więc gdy coś bez ostrze­że­nia spada z nieba, to nie mogę spać.

- Ale nie widzia­łeś na wła­sne oczy, żeby coś spa­dło z nieba. - Cla­vain nawet nie cze­kał na odpo­wiedź przy­ja­ciela. - Prze­cież w bez­po­śred­nim oto­cze­niu pla­nety roz­mie­ści­li­śmy bierne czuj­niki wszel­kich typów. Jak mogli­śmy nie zauwa­żyć kap­suły, nie mówiąc o statku, który ją wysłał?

- Nie wiem - odparł Scor­pio. Nie potra­fił okre­ślić, czy bra­ko­wało mu argu­men­tów, czy też sta­rał się zająć Cla­va­ina roz­mową o czymś kon­kret­nym, nie­do­ty­czą­cym zagu­bio­nych dusz i kosz­maru maso­wego wymie­ra­nia. - To musiało spaść nie­dawno. Różni się od innych obiek­tów, które wycią­gnę­li­śmy z oce­anu. Tamte były czę­ściowo roz­pusz­czone, nawet gdy leżały na samym dnie, gdzie orga­ni­zmów jest znacz­nie mniej. A ten wygląda, jakby był w wodzie naj­wy­żej kilka dni.

Cla­vain odwró­cił się tyłem do morza. Scor­pio uznał to za dobry znak. Stary Hybry­do­wiec sta­wiał sztywne, oszczędne kroki, z wprawą poru­szał się mię­dzy kału­żami i prze­szko­dami, choć nie patrzył pod nogi.

Wra­cali do namiotu.

- Czę­sto obser­wuję niebo - oznaj­mił Cla­vain. - Nocą, gdy jest bez­chmurne. Ostat­nio zauwa­ży­łem tam różne rze­czy. Bły­ski. Znaki, że coś się rusza. Coś więk­szego, jakby na chwilę roz­su­nęła się zasłona. Według cie­bie zaczy­nam wario­wać, tak?

Scor­pio nie wie­dział, co o tym myśleć.

- Każdy widziałby różne rze­czy, gdyby żył tu samot­nie.

- Ale ostat­nia noc była bez­chmurna - stwier­dził Cla­vain. - I poprzed­nia też. A ja obser­wo­wa­łem niebo i niczego nie zauwa­ży­łem. Żad­nego znaku, że jakiś sta­tek okrąża pla­netę.

- My też niczego nie zauwa­ży­li­śmy.

- Prze­kazy radiowe? Stru­mie­nie lase­rowe?

- Zupeł­nie nic. Masz rację, to się nie klei. Ale jak­kol­wiek na to patrzeć, to kap­suła ist­nieje i nie znika. Chciał­bym, żebyś sam ją zoba­czył.

Cla­vain odsu­nął włosy z oczu. Jego twarz była nie­sa­mo­wi­tym kra­jo­bra­zem pod­da­nym ero­zji, bruzdy i zmarszczki na skó­rze two­rzyły cie­ni­ste roz­pa­dliny i wąwozy. Scor­pio zauwa­żył, że w cza­sie pół­rocz­nego pobytu na wyspie przy­ja­ciel posta­rzał się o dzie­sięć, dwa­dzie­ścia lat.

- Mówi­łeś, że w środku ktoś jest.

Pokrywa chmur zaczęła się roz­pra­szać, two­rzyła pasy. Mię­dzy pasami niebo było nie­sa­mo­wi­cie blade, jak oczy mło­dej kawki.

- To cią­gle tajem­nica - powie­dział Scor­pio. - Tylko kilka osób wie o zna­le­zi­sku. Dla­tego przy­pły­ną­łem tu łodzią. Łatwiej byłoby waha­dłow­cem, ale to rzu­ca­łoby się w oczy. Kiedy ludzie się dowie­dzą, że cię z powro­tem ścią­gnę­li­śmy, pomy­ślą, że nad­cho­dzi kry­zys. Prze­cież wia­domo, że nie tak łatwo cię spro­wa­dzić. Cią­gle myślą, że jesteś po dru­giej stro­nie pla­nety.

- To ty nale­ga­łeś, żeby podać to kłam­stwo?

- A według cie­bie jaka wer­sja bar­dziej by ich uspo­ko­iła? Że wyru­szy­łeś na nie­bez­pieczną wyprawę? Albo że zamiesz­ka­łeś na wyspie i myślisz o samo­bój­stwie?

- Prze­szli przez gor­sze rze­czy. Prze­łknę­liby i to.

- Ponie­waż tyle prze­szli, pomy­śla­łem, że prawda nie jest im potrzebna - stwier­dził Scor­pio.

- A tak w ogóle to nie ma mowy o samo­bój­stwie. - Cla­vain przy­sta­nął, odwró­cił się i spoj­rzał w morze. - Wiem, że ona tam jest, ze swoją matką. Czuję to. Nie pytaj mnie, Scor­pio, jak to wyczu­wam, ale wiem, że ona tam cią­gle jest. Czy­ta­łem o takich zda­rze­niach na innych pla­ne­tach Żon­gle­rów. Od czasu do czasu biorą pły­wa­ków, cał­ko­wi­cie roz­mon­to­wują ich ciała i włą­czają je do matrycy orga­nicz­nej morza. Nikt nie wie, dla­czego. Ale pły­wacy, któ­rzy potem wcho­dzą do oce­anu, twier­dzą, że w jakiś spo­sób czują obec­ność tam­tych zagi­nio­nych osób. Wra­że­nie jest znacz­nie sil­niej­sze, niż gdyby cho­dziło o kon­takt ze zwy­kłymi zma­ga­zy­no­wa­nymi pamię­ciami i oso­bo­wo­ściami. Mówią, że to dozna­nie przy­po­mina roz­mowę.

Scor­pio wstrzy­mał oddech. Dokład­nie to samo sły­szał już wcze­śniej od Cla­va­ina, nim przy­wiózł go na wyspę pół roku temu. Naj­wy­raź­niej okres izo­la­cji nie osła­bił jego prze­ko­na­nia, że Felka się nie uto­piła.

- Wska­kuj do łodzi, pod­rzucę cię i sam zoba­czysz - powie­dział Scor­pio.

- Zro­bił­bym tak, ale się boję.

- Że ocean zabie­rze rów­nież cie­bie?

- Nie. - Odwró­cił się twa­rzą do Scor­pia. Był bar­dziej dotknięty niż zdzi­wiony. - Oczy­wi­ście, że nie. Tego w ogóle się nie boję. Ale prze­raża mnie moż­li­wość, że mógłby mnie pomi­nąć.

Hela, 107 Piscium, 2727

W dzie­ciń­stwie cią­gle mówili Rash­mice Els, że nie powinna wyglą­dać tak poważ­nie. Dokład­nie to samo powie­dzie­liby, gdyby widzieli ją teraz, gdy w pół­mroku sie­działa na łóżku i wybie­rała kilka oso­bi­stych rze­czy, które mogła zabrać na wyprawę. Wtedy obrzu­ci­łaby ich ura­żo­nym spoj­rze­niem, jak zawsze w podob­nych oko­licz­no­ściach. Tylko że tym razem z głęb­szym prze­ko­na­niem, że ma rację, a oni się mylą. Bo choć miała zale­d­wie sie­dem­na­ście lat, wie­działa, że są wszel­kie powody, by trak­to­wać sprawy bar­dzo poważ­nie i się bać.

Wło­żyła do małej torby zapas odzieży na trzy, cztery dni, choć spo­dzie­wała się, że podróż potrwa znacz­nie dłu­żej. Dorzu­ciła pakiet przy­bo­rów toa­le­to­wych zabra­nych z rodzin­nej łazienki - rodzice niczego nie zauwa­żyli - tro­chę sucha­rów i mały kli­nek koziego sera, na wypa­dek gdyby nie było nic do jedze­nia (albo gdyby nie miała ochoty jeść tego, co dosta­nie) na pokła­dzie lodo­chodu Cro­zeta. Zapa­ko­wała butelkę oczysz­czo­nej wody, ponie­waż sły­szała, że w wodzie w pobliżu Drogi bywają skład­niki, od któ­rych się cho­ruje. Butelka nie na długo by jej wystar­czyła, ale dawała przy­naj­mniej poczu­cie, że Rash­mika potrafi pla­no­wać. Ponadto wzięła owi­nięty w pla­stik paku­ne­czek z trzema małymi arte­fak­tami czmy­cha­czy, które ukra­dła z kopalni.

W bagażu zostało już nie­wiele miej­sca. Był cięż­szy, niż przy­pusz­czała. Patrzyła na smętny zbiór przed­mio­tów roz­ło­żo­nych na łóżku. Do torby mógł się zmie­ścić naj­wy­żej jeden z nich. Co wziąć?

Zdarta ze ściany sypialni mapa Heli, z zazna­czo­nym wybla­kłym czer­wo­nym tuszem krę­tym szla­kiem Drogi wokół rów­nika. Nie była to mapa bar­dzo dokładna, ale Rash­mika nie miała lep­szej w swoim komp­no­te­sie. Czy to w ogóle ma zna­cze­nie? Nie dotrze do Drogi bez pomocy innych osób i gdyby one nie znały kie­runku, mapa i tak by im nie­wiele pomo­gła.

Odło­żyła ją.

Gruby gra­na­towy kajet o kra­wę­dziach zabez­pie­czo­nych zło­tym meta­lem. Zawie­rał ręczne notatki na temat czmy­cha­czy, zbie­rane pra­co­wi­cie w ciągu ostat­nich ośmiu lat. Zaczęła go zapeł­niać, gdy miała dzie­więć lat i - co ide­al­nie paso­wało do pro­filu osoby przed­wcze­śnie roz­wi­nię­tej - posta­no­wiła, że zosta­nie uczoną, spe­cja­listką od czmy­cha­czy. Oczy­wi­ście wyśmiano ją z deli­katną wyro­zu­mia­ło­ścią, ale w niej zwięk­szyło to tylko deter­mi­na­cję, by trzy­mać się obra­nej drogi.

Wie­działa, że nie może tra­cić czasu, nie potra­fiła się jed­nak oprzeć i prze­kart­ko­wała zeszyt. W ciszy ostro brzmiał szorstki sze­lest kar­tek. Gdy go nie­kiedy na świeżo oglą­dała, jakby oczami obcej osoby, wyda­wał jej się samym pięk­nem. Na pierw­szych stro­nach pismo było duże, sta­ranne, dzie­cinne. Rash­mika uży­wała kolo­ro­wych atra­men­tów i sumien­nie pod­kre­ślała waż­niej­sze rze­czy. Nie­które atra­menty wybla­kły lub się zama­zały, na stro­ni­cach były plamy, ale to wra­że­nie uszko­dzo­nego antyku tylko przy­da­wało śre­dnio­wiecz­nego czaru temu obiek­towi. Robiła rysunki, kopio­wała je z róż­nych źró­deł. Pierw­sze rysunki były nie­zręczne, ale już na dal­szych stro­nach posta­cie odzna­czały się pre­cy­zją i pew­no­ścią wik­to­riań­skich szki­ców przy­rod­ni­czych. Dro­bia­zgowe szra­fo­wa­nie, sumienne opisy. Ist­niały tam rysunki arte­fak­tów czmy­cha­czy z komen­ta­rzami doty­czą­cymi ich prze­zna­cze­nia i pocho­dze­nia oraz posta­cie samych czmy­cha­czy, któ­rych budowę ana­to­miczną dało się odtwo­rzyć na pod­sta­wie ska­mie­nia­ło­ści.

Kart­ko­wała kajet - lata swo­jego życia. Pismo sta­wało się coraz drob­niej­sze, trud­niej­sze do odczy­ta­nia. Kolo­rowe atra­menty wystę­po­wały rza­dziej, a w ostat­nich roz­dzia­łach pismo i rysunki były pra­wie wyłącz­nie czarne. Tu też wszystko wyko­nano z meto­dyczną sta­ran­no­ścią, ale całość spra­wiała wra­że­nie pracy uczo­nego, a nie zapa­lo­nego uta­len­to­wa­nego dziecka. Notatki i szkice nie były zapo­ży­czone z innych źró­deł, lecz sta­no­wiły część wła­snych docie­kań, nie­za­leż­nych od zewnętrz­nych idei. Róż­nice mię­dzy począt­kiem a koń­cem gru­bego kajetu szo­ko­wały - Rash­mika uświa­da­miała sobie, jak wielką prze­była drogę. Wie­lo­krot­nie ze wsty­dem oglą­dała swoje poprzed­nie wysiłki i wtedy chciała go wyrzu­cić i zacząć zapi­ski od nowa. Ale na Heli papier drogo kosz­to­wał, a kajet był poda­run­kiem od Har­bina.

Prze­rzu­ciła czy­ste stro­nice. Kon­cep­cje miała jesz­cze nie do końca usta­lone, choć rozu­miała, jaką drogą zmie­rzają. Nie­mal widziała słowa i rysunki na stro­ni­cach - teraz wid­mowo blade, ale potrzeba czasu i sku­pie­nia, by nabrały ostro­ści. Pod­czas cze­ka­ją­cej ją dłu­giej podróży z pew­no­ścią zna­la­złaby wiele oka­zji do pracy nad książką.

Nie może go jed­nak wziąć. Kajet zna­czył dla niej zbyt wiele i prze­ra­żała ją myśl, że mógłby zagi­nąć lub zostać skra­dziony. W domu bez­piecz­nie poczeka do jej powrotu. Rash­mika może prze­cież pisać pod­czas wyprawy, pre­cy­zo­wać swoje pomy­sły, wzno­sić budowę bez wad i sła­bo­ści. Księga sta­nie się przez to bar­dziej donio­sła.

Zamknęła ją i odsu­nęła.

Zostały dwie rze­czy. Komp­no­tes oraz poszar­pana, brudna zabawka. Komp­no­tes nie nale­żał w zasa­dzie do niej, to była wła­sność rodziny, a Rash­mika uży­wała go, gdy innym nie był potrzebny. Od mie­sięcy nikt jed­nak o niego nie pytał, więc mało praw­do­po­dobne, by zauwa­żono jego nie­obec­ność. W pamięci urzą­dze­nia znaj­do­wało się wiele danych doty­czą­cych badań nad czmy­cha­czami, pobra­nych z innych zaso­bów elek­tro­nicz­nych. Były tam zdję­cia i filmy zro­bione przez Rash­mikę na tere­nie kopalni oraz ustne świa­dec­twa gór­ni­ków, któ­rzy zna­leźli obiekty nie­zu­peł­nie pasu­jące do stan­dar­do­wej teo­rii wymar­cia czmy­cha­czy; wła­dze kle­ry­kalne tłu­miły takie donie­sie­nia. Były tam arty­kuły star­szych uczo­nych; mapy i zasoby lin­gwi­styczne oraz wiele innych infor­ma­cji, które dostar­cza­łyby wska­zó­wek, gdy Rash­mika dotrze do Drogi.

Pod­nio­sła zabawkę. Miękki różowy plu­szak, postrzę­piony i wydzie­la­jący ostrawy zapach. Rash­mika miała go od ośmiu czy dzie­wię­ciu lat. Sama go sobie wybrała ze stra­ganu wędrow­nego rze­mieśl­nika. Praw­do­po­dob­nie był kie­dyś czy­sty, ale Rash­mika pamię­tała go tylko jako uko­cha­nego obści­ska­nego bru­da­ska. Patrzyła teraz na niego racjo­nal­nym wzro­kiem sie­dem­na­sto­latki i nie wie­działa, jaką istotę miał przy­po­mi­nać. Pamię­tała tylko, że gdy go zoba­czyła na stra­ga­nie, stwier­dziła, że to świnka. I nie miało to zna­cze­nia, że na Heli nikt ni­gdy nie widział świni.

- Ty też nie możesz ze mną poje­chać - szep­nęła.

Posa­dziła plu­szaka na kaje­cie i przy­ci­snęła go - teraz sie­dział mocno jak straż­nik. Rash­mika chcia­łaby go wziąć ze sobą, rozu­miała, że czeka ją czas wiel­kiej tęsk­noty za domem, za każ­dym łącz­ni­kiem z bez­piecz­nym śro­do­wi­skiem wio­ski. Ale nie czas na sen­ty­menty - komp­no­tes był bar­dziej uży­teczny. Wetknęła ciemną tabliczkę do torby, zamknęła ją her­me­tycz­nie i wyszła z pokoju.

***

Rash­mika miała czter­na­ście lat, gdy w pobliżu wio­ski ostatni raz prze­cią­gały kara­wany. Uczyła się wtedy i nie pozwo­lono jej pójść na spo­tka­nie. Poprzed­nio kara­wany poja­wiły się pięć lat wcze­śniej - widziała je, ale tylko przez chwilę i z dużej odle­gło­ści. Wspo­mnie­nia zostały prze­sło­nięte przez to, co stało się z jej bra­tem. Wiele razy odtwa­rzała sobie tamto wyda­rze­nie i nie potra­fiła oddzie­lić wia­ry­god­nych fak­tów od wyobra­żo­nych szcze­gó­łów.

Osiem lat temu, pomy­ślała, zgod­nie z ponu­rymi nowymi osza­co­wa­niami jedna dzie­siąta ludz­kiego życia. Jedna dzie­siąta - nie nale­żało tego lek­ce­wa­żyć, choć kie­dyś osiem lat sta­no­wi­łoby jedną dwu­dzie­stą lub trzy­dzie­stą ocze­ki­wa­nej dłu­go­ści życia. A rów­no­cze­śnie wyda­wało się to okre­sem znacz­nie dłuż­szym. To prze­cież była połowa jej wła­snego życia. Cze­ka­nie na kolejne kara­wany trwa­łoby wiecz­ność. Ostat­nio widziała je jako naprawdę mała dziew­czynka, mała dziew­czynka z jało­wych wyżyn Vigrid, mająca opi­nię osoby, która zawsze mówi prawdę.

Teraz jed­nak poja­wiła się nowa szansa. Zbli­żał się setny dzień sto dwu­dzie­stego dru­giego objazdu, gdy jedna z kara­wan nie­ocze­ki­wa­nie skrę­ciła na wschód od Krzy­żówki Hauk. Pochód zmie­nił kie­ru­nek na pół­noc, do Nizin Gau­diego, a potem połą­czył się z drugą kara­waną, która aku­rat zmie­rzała na połu­dnie w kie­runku Posęp­nych Roz­droży. Nie­czę­sto się to zda­rzało: ostat­nio trzy objazdy temu, gdy kara­wany poja­wiły się w odle­gło­ści dnia drogi od wio­sek na połu­dnio­wych sto­kach wzgórz Vigrid. Natu­ral­nie wywo­łało to wiel­kie poru­sze­nie. Orga­ni­zo­wano przy­ję­cia i ban­kiety, grupy powi­talne, sekretne popi­jawy. Zda­rzały się nie­bez­pieczne flirty, więk­sze romanse i pota­jemne związki. Po dzie­wię­ciu mie­sią­cach pojawi się grupa kwi­lą­cych boba­sów.

W porów­na­niu z powszechną suro­wo­ścią życia na Heli, a zwłasz­cza z ciężką dolą miesz­kań­ców jało­wych wyżyn, odwie­dziny kara­wany były okre­sem umiar­ko­wa­nego, ostroż­nego opty­mi­zmu. Jedną z rzad­kich sytu­acji, gdy oso­bi­sty los mógł ulec zmia­nie - oczy­wi­ście w ści­śle wyzna­czo­nych ramach. Trzeź­wiej myślący nie oka­zy­wali spe­cjal­nego pod­nie­ce­nia, ale pry­wat­nie zasta­na­wiali się, czy przy­pad­kiem rów­nież dla nich nie nad­szedł czas odmiany. By odbyć podróż na miej­sce spo­tkań, wymy­ślali jakiś pre­tekst: ni­gdy nie cho­dziło o oso­bi­stą korzyść, ale wyłącz­nie o wspólne dobro wio­ski. I tak przez pra­wie trzy tygo­dnie wio­ski wysy­łały wła­sne małe kara­wany, które jechały przez pagór­ko­waty teren pełen zdra­dli­wych roz­pa­dlin na spo­tka­nie więk­szych kara­wan.

Rash­mika zamie­rzała opu­ścić dom o świ­cie, gdy rodzice jesz­cze spali. Nie skła­mała im, jeśli cho­dzi o wyjazd, ponie­waż ni­gdy nie było to konieczne. Doro­śli i inni miesz­kańcy wio­ski nie rozu­mieli, że potrafi kła­mać tak samo jak oni. I robi to z więk­szym prze­ko­na­niem. W dzie­ciń­stwie ni­gdy nie kła­mała, ale tylko dla­tego, że nie widziała takiej potrzeby.

Cicho skra­dała się przez pod­ziemny labi­rynt domu, prze­ska­ki­wała mię­dzy ciem­nymi kory­ta­rzami a jasnymi pla­mami pod umiesz­czo­nymi w sufi­cie świe­tli­kami. Pra­wie wszyst­kie domy w wio­sce były zbu­do­wane pod zie­mią - pie­czary o nie­re­gu­lar­nych kształ­tach połą­czono krę­tymi kory­ta­rzami powle­czo­nymi żółk­ną­cym tyn­kiem. Życie na powierzchni wyda­wało się Rash­mice tro­chę nie­po­ko­jące, ale sądziła, że z cza­sem można się do tego przy­zwy­czaić. Tak jak można się w końcu przy­zwy­czaić do życia w kara­wa­nach czy nawet w kate­drach, za któ­rymi podą­żały kara­wany. Życie pod zie­mią nie było pozba­wione ryzyka. Sieć tuneli łączyła się pośred­nio ze znacz­nie głęb­szymi kory­ta­rzami kopalni. W zasa­dzie ist­niały her­me­tyczne drzwi i sys­temy zabez­pie­czeń mające chro­nić wieś, gdyby zapa­dła się któ­raś z kopal­nia­nych jaskiń albo gdyby gór­nicy natknęli się na wyso­ko­ci­śnie­niową bańkę. Wszyst­kie te urzą­dze­nia nie zawsze jed­nak pra­co­wały sku­tecz­nie. Za życia Rash­miki doszło do kilku groź­nych sytu­acji, choć nie wyda­rzył się żaden poważ­niej­szy wypa­dek, ale wszy­scy się oba­wiali, że to tylko kwe­stia czasu, a jej rodzice czę­sto wspo­mi­nali wcze­śniej­szą kata­strofę. Tydzień temu miała miej­sce eks­plo­zja na powierzchni; nikt nie został ranny i mówiono nawet, że ładunki miner­skie roz­miesz­czono celowo, ale to zda­rze­nie po raz kolejny uświa­do­miło jej, że świat, w któ­rym żyje, cią­gle balan­suje na kra­wę­dzi kata­strofy.

Przy­pusz­czała, że to cena, jaką wieś płaci za swoją nie­za­leż­ność eko­no­miczną od katedr. Na Heli więk­szość osad leżała w pobliżu Drogi Usta­wicz­nej, w pasie poni­żej stu kilo­me­trów na pół­noc i na połu­dnie od Drogi. Osie­dla, z nie­licz­nymi wyjąt­kami, zawdzię­czały swoją egzy­sten­cję kate­drom i ich orga­nom rzą­do­wym - Kościo­łom - i w zasa­dzie skła­niały się ku któ­re­muś z głów­nych nur­tów wyzna­nia quaiche­istów. Nie zna­czy to, że na jało­wych wyży­nach reli­gia nie miała swo­ich zwo­len­ni­ków, ale tu wsie były zarzą­dzane przez świec­kie komi­tety i czer­pały dochody z wyko­pa­lisk, a nie - jak to było w przy­padku wsi przy Dro­dze - ze skom­pli­ko­wa­nych ukła­dów z kate­drami doty­czą­cych dzie­się­ciny i odpu­stów. W efek­cie wsie na wzgó­rzach nie musiały godzić się na restryk­cje reli­gijne obo­wią­zu­jące w innych rejo­nach Heli. Miesz­kańcy sami sta­no­wili swoje prawa, mieli swo­bod­niej­sze prak­tyki mał­żeń­skie i przy­my­kali oko na nie­które per­wer­sje zabro­nione w osa­dach przy Dro­dze. Rzadko wizy­to­wał ich ktoś z Wieży Zega­ro­wej, a wysłan­ni­ków Kościo­łów witano z podejrz­li­wo­ścią. Dziew­czynki - na przy­kład Rash­mika - nie musiały stu­dio­wać świę­tych ksiąg quaiche­istów i pozwa­lano im czy­tać lite­ra­turę tech­niczną z dzie­dziny wyko­pa­lisk. Nie wyklu­czano nawet, że kobieta mogłaby pod­jąć pracę.

Rów­no­cze­śnie jed­nak wsie na jało­wych wyży­nach nie korzy­stały z para­sola ochron­nego. Osie­dla wzdłuż drogi były strze­żone przez luźne oddziały kate­dral­nej mili­cji, a w cza­sach kry­zysu zwra­cały się do katedr o pomoc. Kate­dry miały dostęp do nowo­cze­snych tech­nik medycz­nych zupeł­nie nie­osią­gal­nych dla lud­no­ści na wzgó­rzach. Rash­mika widziała, jak jej przy­ja­ciele i krewni umie­rają, ponie­waż osa­dzie nie udo­stęp­niono leku. Ceną za lek była ule­głość wobec machi­na­cji Urzędu Ana­lizy Krwi. Ale gdy w two­ich żyłach popły­nie quaiche­istow­ska krew, niczego już nie możesz być pewien.

Rash­mika akcep­to­wała tę sytu­ację z dumą i upo­rem - to były cechy wspólne wszyst­kich miesz­kań­ców wyżyn. To prawda, że musieli zno­sić trudy nie­znane w innych rejo­nach przy Dro­dze. To prawda, że tylko nie­liczni byli gor­li­wymi wyznaw­cami reli­gii, a i tych czę­sto tra­piły wąt­pli­wo­ści - wtedy scho­dzili do kopalni, by szu­kać odpo­wie­dzi na drę­czące ich pyta­nia. A jed­nak ludzie z wio­ski nie wybra­liby innego spo­sobu życia. Żyli i kochali tak, jak im się podo­bało, i na poboż­ni­siów z Drogi patrzyli z wynio­sło­ścią.

Rash­mika, z obi­ja­jącą się o bio­dro ciężką torbą, dotarła do ostat­niego pomiesz­cze­nia. W domu pano­wała cisza, ale gdyby dziew­czyna sta­nęła i zaczęła nasłu­chi­wać, z pew­no­ścią usły­sza­łaby nie­mal pod­pro­gowe odgłosy odle­głych robót gór­ni­czych, drą­że­nie, kopa­nie, wybie­ra­nie ziemi, docie­ra­jące tu wie­lo­ki­lo­me­tro­wymi krę­tymi tune­lami. Od czasu do czasu roz­le­gało się ryt­miczne dud­nie­nie mło­tów, dźwięki tak zna­jome, że ni­gdy nie prze­szka­dzały jej zasnąć. Prze­ciw­nie: gdyby prace gór­ni­cze ustały, obu­dzi­łaby się natych­miast. Teraz życzy­łaby sobie więk­szego hałasu, który zama­sko­wałby nie­unik­nione szu­ra­nie, jakie musi spo­wo­do­wać jej wyj­ście z domu.

W ostat­nim pomiesz­cze­niu znaj­do­wało się dwoje drzwi. Jedne, osa­dzone w ścia­nie, pro­wa­dziły do szer­szego pozio­mego tunelu - połą­cze­nia z innymi domami i wspól­nymi salami wio­ski. Dru­gie, w sufi­cie, oto­czone porę­czami, były teraz odchy­lone i odsła­niały ciemną prze­strzeń. Rash­mika otwo­rzyła szafkę wbu­do­waną w gładką krzy­wi­znę ściany i wyjęła ska­fan­der powierzch­niowy. Sta­rała się to robić jak naj­ci­szej, nie ude­rzać heł­mem i torbą o trzy pozo­stałe ska­fan­dry wiszące na obro­to­wym sto­jaku. Wkła­dała ten ska­fan­der trzy razy w ciągu roku, pod­czas ćwi­czeń, więc teraz bez trud­no­ści zamy­kała zatrza­ski i her­me­tyczne zapię­cia. Zajęło jej to dzie­sięć minut. Co chwilę zamie­rała, wstrzy­my­wała oddech, gdy docie­rały do niej odgłosy z domu - włą­czał się lub wyłą­czał obieg powie­trza albo gdzieś z niskim pomru­kiem osia­dał tunel.

W końcu miała na sobie ska­fan­der, a odczyty para­me­trów na man­kie­cie przy­jęły bez­pieczny zie­lony kolor. Butla z powie­trzem nie była cał­ko­wi­cie wypeł­niona - gdzieś musiała prze­cie­kać, gdyż zwy­kle butle prze­cho­wy­wano w pełni nała­do­wane - ale Rash­mika oce­niła, że ta ilość powie­trza wystar­czy jej z nawiązką.

Gdy zamknęła przy­łbicę hełmu, sły­szała tylko swój oddech. Nie wie­działa, jak gło­śno się zacho­wuje i czy w domu ktoś się poru­szył. A miała przed sobą naj­bar­dziej hała­śliwą część ucieczki. Musiała dzia­łać ostroż­nie, jak naj­spraw­niej, tak że gdyby nawet rodzice się obu­dzili, nie zdo­ła­liby jej powstrzy­mać.

W ska­fan­drze ważyła dwa razy wię­cej niż nor­mal­nie, ale bez trud­no­ści pod­cią­gnęła się w ciemną jamę za sufi­to­wymi drzwiami. Dotarła do śluzy wej­ścio­wej. Każdy dom miał taką śluzę, choć róż­niły się roz­mia­rami. Ta aku­rat zdo­ła­łaby pomie­ścić rów­no­cze­śnie dwóch doro­słych. Mimo to Rash­mika musiała się pochy­lić, gdy opusz­czała dolne drzwi i ręcz­nie zakrę­cała obręcz zaworu.

W pew­nym sen­sie była przez chwilę bez­pieczna. Odkąd roz­po­częła fazę roz­her­me­ty­zo­wa­nia, ani matka, ani ojciec nie mogli wejść do komory. Zamek potrze­bo­wał dwóch minut na dokoń­cze­nie cyklu. Dolne drzwi można było znów otwo­rzyć dopiero po pew­nym cza­sie, ale wtedy Rash­mika będzie już w poło­wie drogi przez osadę. Gdy dotrze do wyj­ścia, jej ślady szybko zaginą wśród licz­nych zna­ków pozo­sta­wio­nych przez innych miesz­kań­ców wio­ski podą­ża­ją­cych za swo­imi spra­wami.

Znów spraw­dziła para­me­try ska­fan­dra - odczyty były cią­gle zie­lone - i dopiero wtedy roz­po­częła pro­ce­durę roz­her­me­ty­zo­wa­nia. Nie sły­szała żad­nego dźwięku, ale gdy powie­trze zostało wyssane z komory, powłoka ska­fan­dra wybrzu­szyła się mię­dzy har­mo­nij­ko­wymi złą­czami i teraz zgi­na­nie koń­czyn wyma­gało więk­szego wysiłku. Odczyty na przy­łbicy hełmu infor­mo­wały Rash­mikę, że znaj­duje się w próżni.

Nikt nie dobi­jał się do drzwi od dołu. Oba­wiała się tro­chę, że może uru­cho­mić alarm. Podej­rze­wała, że rodzice, chcąc zapo­biec ewen­tu­al­nej ucieczce, mogli coś takiego zain­sta­lo­wać bez infor­mo­wa­nia jej o tym. Obawy oka­zały się bez­pod­stawne: nie natknęła się na żaden alarm, na żadne zabez­pie­cze­nia ani ukryte urzą­dze­nie wyma­ga­jące wpro­wa­dze­nia kodu. Tyle razy tre­no­wała to przej­ście w myślach, że teraz miała wra­że­nie déja vu.

Gdy cał­ko­wi­cie opu­ściła komorę, prze­kaź­nik umoż­li­wił otwar­cie drzwi zewnętrz­nych. Rash­mika mocno je pchnęła. Bez skutku. Dopiero po chwili drzwi się lekko roz­warły - na dwa cen­ty­me­try - i wiązka jasnego dzien­nego świa­tła ostro sma­gnęła przy­łbicę hełmu. Rash­mika pchnęła drzwi moc­niej - odchy­liły się do tyłu. Prze­ci­snęła się przez nie i usia­dła na powierzchni. Drzwi pokry­wała dwu­cen­ty­me­trowa war­stwa świe­żego szronu. Na Heli padał śnieg, szcze­gól­nie w cza­sie aktyw­no­ści gej­ze­rów Kelda lub Ragna­rok.

Domowy zegar wska­zy­wał, że jest świt, ale na powierzchni nie miało to więk­szego zna­cze­nia. Miesz­kańcy - wielu z nich było uchodź­cami z Yel­low­stone, któ­rzy prze­byli prze­strzeń mię­dzy­gwiezdną - na­dal żyli w ryt­mie dwu­dzie­sto­sze­ścio­go­dzin­nej doby, a Hela była zupeł­nie innym świa­tem, z wła­snymi skom­pli­ko­wa­nymi cyklami. Dzień na Heli trwał około czter­dzie­stu godzin; w tym cza­sie Hela doko­ny­wała peł­nego obrotu wokół swo­jego świata macie­rzy­stego - gazo­wego giganta Hal­dory. Ponie­waż nachy­le­nie osi księ­życa do płasz­czy­zny obrotu wyno­siło pra­wie zero, we wszyst­kich miej­scach na powierzchni pod­czas jed­nego obrotu pano­wała dwu­dzie­sto­go­dzinna ciem­ność. Wyżyny Vigrid znaj­do­wały się obec­nie na stro­nie dzien­nej i miało to trwać jesz­cze sie­dem godzin. Na Heli wystę­po­wał rów­nież inny rodzaj nocy: pod­czas jed­nego obrotu wokół Hal­dory księ­życ jeden raz wcho­dził w cień, jaki rzu­cał gazowy gigant. Była to noc krótka, zale­d­wie dwu­go­dzinna, i nie miała spe­cjal­nego zna­cze­nia dla miesz­kań­ców. Zawsze więk­sze było praw­do­po­do­bień­stwo, że księ­życ znaj­dzie się poza cie­niem Hal­dory, niż że będzie w jego zasięgu.

Po kilku sekun­dach przy­łbica hełmu dosto­so­wała się do ośle­pia­ją­cego świa­tła i Rash­mika odzy­skała orien­ta­cję. Wycią­gnęła nogi z otworu i sta­ran­nie zamknęła drzwi na zamek - do komory znów zaczęło napły­wać powie­trze. Może poni­żej cze­kają rodzice, ale nawet jeśli już wło­żyli ska­fan­dry, zdo­łają się wydo­stać na powierzch­nię naj­wcze­śniej za dwie minuty. A jesz­cze dłu­żej zaję­łoby im przej­ście tune­lami do następ­nego wyj­ścia.

Rash­mika wstała i ruszyła żwawo, lecz bez wyraź­nego pośpie­chu czy paniki. Przy­naj­mniej miała nadzieję, że tak to wygląda. Spo­dzie­wała się wcze­śniej, że będzie musiała przejść kil­ka­dzie­siąt metrów po świe­żym lodzie, zosta­wia­jąc wyraźny ślad, ale oko­licz­no­ści jej sprzy­jały - ktoś nie­dawno szedł tędy i ślady pro­wa­dziły w prze­ciw­nym kie­runku niż ten, w któ­rym ona podą­żała. Gdyby ktoś chciał ją tro­pić, nie wie­działby, któ­rymi zna­kami się kie­ro­wać. Mogły to być ślady matki - odci­ski buta były sto­sun­kowo małe, nie nale­żały zatem do ojca. Jaką sprawę miała matka? - zasta­na­wiała się Rash­mika przez chwilę, ponie­waż nie sły­szała ostat­nio, by ktoś w domu wspo­mi­nał o wypra­wie na powierzch­nię.

Nie­ważne, na pewno jest jakieś pro­ste wyja­śnie­nie. Rash­mika i tak ma dosyć pro­ble­mów, żeby sobie jesz­cze dokła­dać zmar­twień.

Szła okrężną drogą mię­dzy czar­nymi pio­no­wymi pły­tami paneli radia­to­rów, przy­sa­dzi­stymi poma­rań­czo­wymi wzgór­kami gene­ra­to­rów lub trans­pon­de­rów nawi­ga­cyj­nych oraz pokry­tych śnie­giem zapar­ko­wa­nych lodo­cho­dów o mięk­kich liniach. Miała rację co do śla­dów. Obej­rzała się: rze­czy­wi­ście nie można było odróż­nić odci­sków jej butów od plą­ta­niny innych śla­dów.

Za sku­pi­skiem żeber radia­tora zoba­czyła lodo­chód. Od innych pojaz­dów róż­nił się tylko tym, że śnieg stop­niał na koł­nie­rzu chłod­nicy nad osłoną sil­nika. Z powodu zbyt jasnego dnia trudno było stwier­dzić, czy wewnątrz pojazdu paliły się świa­tła.

Wycie­raczki odsu­nęły śnieg z przed­niej szyby, zosta­wia­jąc na niej prze­zro­czy­sty wachlarz. Rash­mice wyda­wało się, że widzi przez niego poru­sza­jące się w środku posta­cie.

Obe­szła niski pojazd o sze­roko roz­sta­wio­nych nogach. Miał kształt łodzi i jego czarny kadłub był ozdo­biony z boku jaskra­wym moty­wem węża. Poje­dyn­cza noga przed­nia była zakoń­czona sze­roką, zagiętą w górę nartą, a mniej­sze nogi tylne koń­czyły się węż­szymi nar­tami. Rash­mika zasta­na­wiała się, czy to wła­ściwy pojazd. Głu­pio by było, gdyby teraz popeł­niła błąd. Mimo że tkwiła w ska­fan­drze, każdy miesz­ka­niec wio­ski na pewno by ją roz­po­znał.

Otrzy­mała od Cro­zeta bar­dzo kon­kretne instruk­cje. Z ulgą spo­strze­gła przy­go­to­waną dla niej rampę. Weszła po ugi­na­ją­cym się meta­lo­wym pode­ście i zapu­kała do drzwi. Z nie­po­ko­jem cze­kała chwilę, po czym drzwi się odsu­nęły, odsła­nia­jąc śluzę. Rash­mika wci­snęła się do komory mogą­cej pomie­ścić tylko jedną osobę.

Na paśmie komu­ni­ka­cyj­nym hełmu dotarł do niej męski głos - od razu poznała, że to głos Cro­zeta.

- Tak?

- To ja.

- Czyli kto?

- Rash­mika. Rash­mika Els. Chyba się umó­wi­li­śmy.

Zapa­dło krót­kie, drę­czące mil­cze­nie. Czyż­bym się pomy­liła? - pomy­ślała. Wresz­cie męż­czy­zna się ode­zwał:

- Możesz zmie­nić zda­nie, nie jest za późno.

- Już jest chyba za późno.

- Mogła­byś wró­cić do domu.

- Rodzice będą nie­za­do­wo­leni, że tak daleko ode­szłam.

- Tak, raczej ich to nie zachwyci - odparł męż­czy­zna. - Ale znam two­ich sta­rych. Nie uka­rzą cię zbyt surowo.

Miał rację, jed­nak w tej chwili nie chciała o tym myśleć. Przez wiele tygo­dni przy­go­to­wy­wała się psy­chicz­nie do wyprawy i nie potrze­bo­wała argu­men­tów, by w ostat­niej chwili się wyco­fać.

Znów ude­rzyła mocno ręka­wicą w wewnętrzne drzwi.

- Wpu­ścisz mnie czy nie?

- Chcia­łem się tylko upew­nić, czy jesteś zde­ter­mi­no­wana. Po opusz­cze­niu osady jedziemy do kara­wany i nie będziemy zawra­cać. To nie pod­lega nego­cja­cjom. Jeśli tu wej­dziesz, musisz zostać przez trzy dni. Sześć, gdy­byś się zde­cy­do­wała i chciała wró­cić z nami. Żadne prośby i jęki mnie nie prze­ko­nają, żeby zawró­cić.

- Cze­ka­łam osiem lat - odparła. - Trzy dodat­kowe dni mnie nie zmogą.

Zaśmiał się.

- Pra­wie ci wie­rzę.

- I tego się należy trzy­mać. Weź pod uwagę, że jestem dziew­czyną, która ni­gdy nie kła­mie - powie­działa.

Zewnętrzne drzwi zamknęły się, wgnia­ta­jąc ją w cia­sną komorę śluzy. Przez kra­tow­nice wpa­dało z piskiem powie­trze. Rów­no­cze­śnie odczuła ruch, łagodny i ryt­miczny jak koły­sa­nie w koły­sce - lodo­chód sunął napę­dzany prze­mien­nymi ruchami tyl­nych nart.

Gdy wstała dziś z łóżka, pomy­ślała, że to począ­tek ucieczki, ale dopiero teraz miała pełną świa­do­mość, że naprawdę jest w dro­dze.

Wewnętrzne drzwi prze­pu­ściły ją do środka. Odpięła hełm i powie­siła go prze­pi­sowo obok trzech innych. Z zewnątrz lodo­chód wyglą­dał na dość dużą maszynę, ale znaczną część wnę­trza zaj­mo­wały dwa sil­niki, gene­ra­tory i zbior­niki paliwa, urzą­dze­nia wymiany powie­trza i prze­strzeń ładun­kowa. Pano­wały tu ścisk i hałas, a powie­trze było takie, że Rash­mika chciała znowu wło­żyć hełm. Miała nadzieję, że się do tego przy­zwy­czai, ale trzy dni to chyba mak­si­mum tego, co zdoła wytrzy­mać.

Lodo­chód szar­pał i się zata­czał. Przez jedno z okien widziała ośle­pia­jąco biały kra­jo­braz, który stale się pochy­lał. Przy­trzy­mała się uchwytu i pró­bo­wała przejść na przód pojazdu, gdy drogę zagro­dził jej Culver, syn Cro­zeta, ubrany w brudny brą­zo­wawy kom­bi­ne­zon z mnó­stwem kie­szeni, z któ­rych wysta­wały narzę­dzia. Był rok czy dwa młod­szy do Rash­miki, miał blond włosy i zawsze wyglą­dał na nie­do­ży­wio­nego. Spoj­rzał na nią lubież­nie.

- W końcu posta­no­wi­łaś jechać, co? Dobra. Poznamy się tro­chę lepiej, no nie?

- Tylko trzy dni. Nic sobie nie myśl.

- Pomogę ci zdjąć ska­fan­der, potem przej­dziemy do przodu. Tato jest zajęty, opusz­czamy teraz wio­skę. Musimy zro­bić objazd z powodu kra­teru. Dla­tego tro­chę trzę­sie.

- Dzięki, sama sobie pora­dzę ze ska­fan­drem. - Rash­mika zna­cząco ski­nęła głową w stronę kabiny. - Może prze­szedł­byś do tyłu i spraw­dził, czy tato nie potrze­buje pomocy?

- Nie potrze­buje. Mama też tam jest.

Rash­mika roz­pro­mie­niła się.

- To dobrze. Chyba się cie­szysz, Culver, że pil­nuje, byście się nie wpa­ko­wali w jakieś kło­poty?

- Nie wtrąca się, o ile tylko wycho­dzimy na plus. - Pojazd znów gwał­tow­nie skrę­cił i Rash­mika ude­rzyła o meta­lową ścianę. - Tak naprawdę to prze­waż­nie przy­myka na wszystko oko.

- Tak sły­sza­łam. Muszę już zdjąć ten ska­fan­der... Może mi powiesz, gdzie będę spała?

Culver poka­zał jej malutką dziu­plę mię­dzy dwoma dud­nią­cymi gene­ra­to­rami. Leżały tam brudny mate­rac, poduszka i ocie­plana koł­dra ze śli­skiego srebr­nego mate­riału. Wisiała też zasłonka, którą można było zacią­gnąć, by zyskać tro­chę pry­wat­no­ści.

- Mam nadzieję, że nie spo­dzie­wa­łaś się luk­su­sów.

- Spo­dzie­wa­łam się naj­gor­szego.

Culver nie odcho­dził.

- Na pewno nie jest ci potrzebna pomoc przy roz­bie­ra­niu?

- Dam sobie radę. Dzięki.

- Masz jakieś ubra­nie, jak zdej­miesz ska­fan­der?

- Mam na sobie. Wzię­łam też jakieś dodat­kowe rze­czy. - Pokle­pała torbę upchaną teraz pod pakie­tem pod­trzy­my­wa­nia życia. Przez tka­ninę czuła twardą kra­wędź komp­no­tesu. - Chyba nie sądzisz, że zapo­mnia­łam zabrać ciu­chy?

- Nie - odparł ponuro.

- Jasne. Może pój­dziesz teraz do rodzi­ców i powiesz im, że jestem cała i zdrowa. I prze­każ im, że im prę­dzej opu­ścimy wio­skę, tym bar­dziej będę zado­wo­lona.

- Jedziemy naj­prę­dzej, jak się da - rzekł Culver.

- Wła­śnie to mnie mar­twi.

- Śpie­szy ci się tro­chę, co?

- Tak, chcia­ła­bym jak naj­szyb­ciej dotrzeć do katedr.

Culver spoj­rzał na nią uważ­niej.

- Pod­ła­pa­łaś reli­gię?

- Nie­zu­peł­nie - odparła. - To raczej sprawa rodzinna, którą muszę się zająć.

107 Piscium, 2615

Quaiche obu­dził się. Ciało miał wtło­czone w ciemne, dopa­so­wane zagłę­bie­nie.

Cze­ka­jąc na powrót pamięci, tkwił w chwili bło­go­sła­wio­nej nie­świa­do­mo­ści pozba­wio­nej trosk i nie­po­koju. Nagle wspo­mnie­nia wtar­gnęły jak hała­śliwy tłu­mek kibi­ców i dopiero potem usta­wiły się mniej wię­cej w porządku chro­no­lo­gicz­nym.

Pamię­tał, jak po wybu­dze­niu prze­ka­zano mu nie­miłą wia­do­mość, że kró­lowa udzie­liła mu posłu­cha­nia. Pamię­tał jej dwu­na­sto­ścienny pokój wypo­sa­żony w narzę­dzia tor­tur, maka­bryczny mrok roz­świe­tlany bły­skami pora­żo­nego prą­dem robac­twa. Pamię­tał czaszkę z moni­to­rami w oczo­do­łach. Pamię­tał, jak kró­lowa igrała z nim jak kot z wró­blem. Popeł­nił wiele błę­dów, ale naj­więk­szym, naj­bar­dziej nie­wy­ba­czal­nym była nadzieja, że kró­lowa puści je w nie­pa­mięć.

Wrzesz­czał - dokład­nie zdał sobie sprawę, co się z nim stało i gdzie się teraz znaj­duje. Wrza­ski były stłu­mione, brzmiały bez­bron­nie, przy­kro, dzie­cin­nie. Słu­chał tego ze wsty­dem. Nie mógł poru­szyć żadną czę­ścią ciała, ale w zasa­dzie nie był spa­ra­li­żo­wany. Po pro­stu nie miał swo­body ruchu, może naj­wy­żej na uła­mek cen­ty­me­tra.

Zamknię­cie wydało mu się dziw­nie zna­jome.

Stop­niowo wrzask prze­szedł w rzę­że­nie, potem w led­wie sły­szalny, ochry­pły oddech. Trwało to kilka minut, a potem Quaiche zaczął buczeć, powta­rzać sześć czy sie­dem dźwię­ków z wpraw­nym zaśpie­wem wariata czy mni­cha. Jestem już pod lodem, pomy­ślał. Nie było cere­mo­nii pogrze­bo­wej, nie doszło do final­nej repry­mendy ze strony Jasminy. Po pro­stu: zalu­to­wali go w ska­fan­drze i pogrze­bali w lodo­wej tar­czy, którą sta­tek Gno­styczne Wnie­bo­wstą­pie­nie pchał przed sobą. Nie potra­fił okre­ślić, ile czasu minęło: godziny, kawa­łek dnia. Wolał nie spe­ku­lo­wać, że mogło to trwać o wiele dłu­żej.

Opa­no­wały go strach i rów­no­cze­śnie nie­od­parte poczu­cie, że coś jest nie w porządku. Może wra­że­nie swoj­sko­ści w tej zamknię­tej prze­strzeni albo może cho­dziło o to, że na nic nie można było spoj­rzeć.

Usły­szał głos:

- Uwaga, Quaiche. Uwaga, Quaiche. Faza hamo­wa­nia zakoń­czona. Ocze­ki­wa­nie na roz­kazy wej­ścia do układu. - Głos był spo­kojny, dobro­tliwy. Głos cyber­ne­tycz­nej podo­soby Dominy.

Uświa­do­mił sobie - i to nim wstrzą­snęło - że nie znaj­duje się w żela­znym ska­fan­drze, lecz w Domi­nie, w trum­nie hamo­wa­nia, zapa­ko­wany w dopa­so­waną do jego kształtu matrycę, mającą chro­nić go pod­czas fazy hamo­wa­nia z dużym opóź­nie­niem. Prze­stał buczeć. Bez wąt­pie­nia poczuł ulgę. Przed chwilą miał przed sobą per­spek­tywę lat tor­tur, teraz pojął, że zna­lazł się w rela­tyw­nie łagod­nym śro­do­wi­sku Dominy, a zmiana sytu­acji była tak gwał­towna, że nie zdą­żył się emo­cjo­nal­nie odprę­żyć. Dyszał tylko, zszo­ko­wany i zdzi­wiony.

Czuł nie­okre­śloną potrzebę, by z powro­tem wpeł­znąć w kosz­mar i potem stop­niowo się z niego wyła­niać.

- Uwaga, Quaiche. Ocze­ki­wa­nie na roz­kazy wej­ścia do układu.

- Pocze­kaj - powie­dział. Gar­dło miał obo­lałe, głos chra­pliwy. Naj­praw­do­po­dob­niej prze­by­wał w trum­nie hamo­wa­nia już od dłuż­szego czasu. - Zacze­kaj. Wydo­bądź mnie stąd. Ja...

- Czy wszystko jest zado­wa­la­jące, Quaiche?

- Jestem nieco zdez­o­rien­to­wany.

- W jakim sen­sie, Quaiche? Potrzebna ci pomoc medyczna?

- Nie, ja... - Poru­szył się. - Wydo­bądź mnie stąd. Za chwilę dojdę do sie­bie.

- Dobrze, Quaiche.

Krę­pu­jące ogra­ni­cze­nia ustą­piły. Przez roz­sze­rza­jące się szcze­liny w trum­nie gwał­tow­nie wdarło się świa­tło. Węch Quaiche'a został zaata­ko­wany zna­nym zapa­chem. Na statku pano­wała cisza, tylko od czasu do czasu tykał sys­tem chło­dzący. Zawsze tak było, gdy po eta­pie hamo­wa­nia prze­cho­dzili w fazę lądo­wa­nia.

Quaiche prze­cią­gnął się, jego ciało trzesz­czało jak stare drew­niane krze­sło. Czuł się źle, ale nie tak podle jak wtedy, gdy go ostat­nio pośpiesz­nie wybu­dzono z zim­nego snu na Gno­stycz­nym Wnie­bo­wstą­pie­niu. W trum­nie podano mu nar­ko­tyki wpro­wa­dza­jące w stan nie­świa­do­mo­ści, ale więk­szość pro­ce­sów ciała prze­bie­gała nor­mal­nie. Spę­dził w trum­nie parę tygo­dni pod­czas bada­nia ukła­dów pla­ne­tar­nych, a ryzyko medyczne zwią­zane ze sta­nem zamro­że­nia prze­wyż­szało dobro­czynny wpływ, jaki dla kró­lo­wej miało powstrzy­ma­nie pro­cesu jego sta­rze­nia.

Rozej­rzał się - na­dal nie wie­rzył, że zaosz­czę­dzono mu kosz­maru zamknię­cia w ska­fan­drze orna­men­to­wa­nym. A może mam halu­cy­na­cje, może zwa­rio­wa­łem po kil­ku­mie­sięcz­nym prze­by­wa­niu pod lodem? - zasta­na­wiał się. Jed­nak sta­tek cecho­wał się hiper­re­al­no­ścią, która w żad­nym sen­sie nie przy­po­mi­nała halu­cy­na­cji. Quaiche nie pamię­tał, żeby kie­dy­kol­wiek przed­tem śnił w cza­sie hamo­wa­nia - przy­naj­mniej nie były to takie sny, z któ­rych budził się z wrza­skiem. Im wię­cej jed­nak czasu mijało i im bar­dziej kon­kre­ty­zo­wała się wokół niego stat­kowa rze­czy­wi­stość, tym bar­dziej było praw­do­po­dobne, że jed­nak śnił.

Miał sny przez cały czas hamo­wa­nia.

- Dobry Boże - powie­dział i natych­miast poczuł ukłu­cie bólu, zwy­kłą karę, jaką wirus indok­try­na­cyjny sto­so­wał za bluź­nier­stwo. Wra­że­nie było tak rado­śnie realne, tak odmienne od kosz­maru zamknię­cia w gro­bie, że po raz drugi powie­dział: - Dobry Boże. Ni­gdy nie wie­rzy­łem, że mam to w sobie.

- Co masz w sobie, Quaiche? - Cza­sami sta­tek czuł się zobo­wią­zany do nawią­za­nia roz­mowy, jakby pota­jem­nie się nudził.

- To nie ma zna­cze­nia - odparł.

Coś zwró­ciło jego uwagę. Zwy­kle, gdy wycho­dził z trumny, miał dużo miej­sca, żeby się obró­cić i usta­wić wzdłuż dłu­giej osi głów­nej schodni małego statku. Teraz jed­nak o coś zawa­dzał łok­ciem; nor­mal­nie tego tu nie było. Spoj­rzał, podej­rze­wa­jąc czę­ściowo, co to może być.

Zoba­czył sko­ro­do­waną i osma­loną meta­lową powłokę cyno­wej barwy. W ogól­nych zary­sach formę osoby, która zamiast oczu miała otwory przy­sło­nięte ciemną maskow­nicą.

- Suka - powie­dział.

- Mam cię poin­for­mo­wać, że obec­ność ska­fan­dra orna­men­to­wa­nego ma cię mobi­li­zo­wać do osią­gnię­cia suk­cesu pod­czas tej misji - oznaj­mił sta­tek.

- Zapro­gra­mo­wano cię, żebyś to powie­dział?

- Tak.

Quaiche zauwa­żył, że ska­fan­der został pod­łą­czony do stat­ko­wej matrycy pod­trzy­my­wa­nia życia. Grube prze­wody pro­wa­dziły ze ścien­nych gniaz­dek do odpo­wied­nich wejść w powłoce ska­fan­dra. Quaiche przy­ło­żył dłoń do powłoki, prze­je­chał pal­cami od jed­nej grubo przy­spa­wa­nej łaty do dru­giej, śle­dząc doty­kiem kręty grzbiet węża. Metal był cie­pławy, drżał nie­okre­śloną pod­skórną aktyw­no­ścią.

- Ostroż­nie! - powie­dział sta­tek.

- Dla­czego... Czy w środku jest jakaś żywa istota? - Zadaw­szy pyta­nie, Quaiche natych­miast sam sobie odpo­wie­dział: - Dobry Boże. Ktoś jest wewnątrz. Kto?

- Mam cię poin­for­mo­wać, że w ska­fan­drze jest Mor­wenna.

Oczy­wi­ście. Oczy­wi­ście. Wszystko cudow­nie się klei.

- Dla­czego powie­dzia­łeś, żebym był ostrożny?

- Mam cię poin­for­mo­wać, że ska­fan­der usta­wiono tak, żeby pozba­wił życia wewnętrz­nego loka­tora, gdyby ktoś usi­ło­wał maj­stro­wać przy powłoce, spo­inach czy przy­łą­czach pod­trzy­my­wa­nia życia. Mam cię poin­for­mo­wać, że tylko naczelny medyk Gre­lier potrafi usu­nąć ska­fan­der, nie uśmier­ca­jąc loka­tora.

Quaiche odsu­nął się od ska­fan­dra.

- To zna­czy, że nie mogę go nawet dotknąć?

- Doty­ka­nie nie byłoby naj­mą­drzej­szym postę­po­wa­niem, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści.

Miał ochotę się zaśmiać. Jasmina i Gre­lier prze­szli samych sie­bie. Naj­pierw audien­cja, pod­czas któ­rej mu oznaj­miono, że kró­lowa stra­ciła cier­pli­wość. Potem ta farsa, gdy poka­zano mu ska­fan­der, dając do zro­zu­mie­nia, że ponie­sie karę. Prze­ko­nano go, że wkrótce zosta­nie zagrze­bany w lodzie i będzie utrzy­my­wany w sta­nie przy­tom­no­ści pra­wie dzie­sięć lat. I wresz­cie to szy­der­cze uła­ska­wie­nie. Ostat­nia szansa odku­pie­nia. Powie­dziano mu bez ogró­dek: to naprawdę jest twoja ostat­nia szansa. Miał jasność. Jasmina poka­zała mu dokład­nie, co się sta­nie, jeśli znów ją zawie­dzie. Czcze pogróżki nie były w jej stylu.

Tym razem kró­lowa wyka­zała się wyjąt­kową prze­bie­gło­ścią. Ponie­waż Mor­wenna jest uwię­ziona w ska­fan­drze, on nie może zro­bić tego, co nie­kiedy przy­cho­dziło mu do głowy: ukryć się w jakimś ukła­dzie pla­ne­tar­nym, aż Gno­styczne Wnie­bo­wstą­pie­nie znaj­dzie się poza zasię­giem. Nie, tym razem nie miał wyboru i musiał wró­cić do kró­lo­wej. A potem mieć nadzieję, że, po pierw­sze, nie roz­cza­ruje jej, a po dru­gie, że kró­lowa uwolni Mor­wennę ze ska­fan­dra.

Posta­no­wił zadać pyta­nie:

- Czy jest obu­dzona?

- Wła­śnie docho­dzi do przy­tom­no­ści - odparł sta­tek.

Mor­wenna, mając fizjo­lo­gię Ultra­ski, była znacz­nie lepiej od Quaiche'a przy­sto­so­wana do hamo­wa­nia, ale bar­dzo praw­do­po­dobne, że ska­fan­der został zmo­dy­fi­ko­wany, by ją w jakiś spo­sób chro­nić.

- Czy możemy się ze sobą komu­ni­ko­wać?

- Możesz do niej mówić. Ja obsłu­guję pro­to­kół mię­dzy stat­kiem a ska­fan­drem.

- Dobrze, prze­łącz mnie. - Quaiche odcze­kał sekundę i zaczął mówić: - Mor­wenno?

- Hor­ris? - Głos był dziw­nie słaby i daleki. Quaiche led­wie wie­rzył, że przy­ja­ciółka jest od niego odizo­lo­wana zaled­wie paroma cen­ty­me­trami metalu. - Hor­ris, gdzie ja jestem? Co się stało?

Dotych­cza­sowe doświad­cze­nie nie dawało mu żad­nych wska­zó­wek, w jaki spo­sób deli­kat­nie nawią­zać do tego, że jest uwię­ziona w zespa­wa­nym meta­lo­wym ska­fan­drze. "Ach, skoro mówimy o uwię­zie­niu...".

- Mor­wenno, jest jedna sprawa, ale nie chciał­bym, żebyś pani­ko­wała. Wszystko się dobrze skoń­czy, ale w żad­nym razie nie pani­kuj. Obie­cu­jesz?

- Co jest nie tak? - W gło­sie Mor­wenny pobrzmie­wał teraz nie­po­kój.

Quaiche zano­to­wał sobie w pamięci: chcesz czło­wieka prze­ra­zić, ostrzeż go wcze­śniej, żeby nie pani­ko­wał.

- Mor­wenno, powiedz, co zapa­mię­ta­łaś. Spo­koj­nie i powoli.

Usły­szał, że głos jej się łamie, że zbliża się atak histe­rii.

- Od czego mam zacząć?

- Czy pamię­tasz, jak zapro­wa­dzono mnie do kró­lo­wej?

- Tak?

- A pamię­tasz, jak zabrali mnie z jej pokoju?

- Tak... Tak.

- Pamię­tasz, jak pró­bo­wa­łaś ich powstrzy­mać?

- Nie... - Zamil­kła. Myślał, że się wyłą­czyła, ale pod­jęła roz­mowę. Połą­cze­nie było bar­dzo słabe. - Zaraz, tak, pamię­tam.

- A potem?

- Nic.

- Zabrali mnie do sali ope­ra­cyj­nej Gre­liera. Tam, gdzie robił mi te wszyst­kie inne rze­czy.

- Nie... - Była zdez­o­rien­to­wana, myślała, że ta straszna rzecz przy­da­rzyła się Quaiche'owi, a nie jej.

- Poka­zali mi ska­fan­der orna­men­to­wany - powie­dział. - Ale do środka wło­żyli cie­bie. Teraz ty tam jesteś i dla­tego nie wolno ci wpa­dać w panikę.

Przy­jęła to spo­koj­nie, lepiej, niż ocze­ki­wał. Biedna, dzielna Mor­wenna. Zawsze sta­no­wiła odważ­niej­szą połowę ich part­ner­skiego układu. Gdyby dano jej szansę wzię­cia kary na sie­bie, zro­bi­łaby to, wie­dział o tym. Rów­no­cze­śnie wie­dział, że jemu bra­ko­wało takiej siły. Był słaby, tchórz­liwy i samo­lubny. Nie był złym czło­wie­kiem, ale takich jak on nikt nie podzi­wiał. Ta wie­dza ukształ­to­wała jego życie. Z tą wie­dzą nie żyło się łatwiej.

- Czyli jestem pod lodem? - spy­tała.

- Nie, nie jest aż tak źle - odparł i zaraz uświa­do­mił sobie, jak w jej sytu­acji róż­nica mię­dzy być czy nie być pod lodem jest absur­dal­nie mała. - Jesteś teraz w ska­fan­drze, ale nie jesteś pod lodem. Wło­żyli cię nie za twoje prze­wi­nie­nia. To z mojego powodu. Żeby mnie zmu­sić do okre­ślo­nego dzia­ła­nia.

- Gdzie jestem?

- Jesteś ze mną, na pokła­dzie Dominy. Chyba wła­śnie skoń­czy­li­śmy hamo­wa­nie w nowym ukła­dzie.

- Nic nie widzę, nie mogę się ruszyć.

Cały czas patrzył na ska­fan­der, mając jej obraz w umy­śle. Bar­dzo się stara to ukryć, ale na pewno jest strasz­nie prze­ra­żona, pomy­ślał. Zawsty­dzony gwał­tow­nie odwró­cił wzrok.

- Statku, czy możesz spra­wić, żeby coś zoba­czyła?

- Ten kanał nie jest uak­tyw­niony.

- To go, do cho­lery, uak­tyw­nij!

- Żadne dzia­ła­nia nie są moż­liwe. Mam cię poin­for­mo­wać, że loka­tor może się komu­ni­ko­wać ze świa­tem zewnętrz­nym tylko za pośred­nic­twem bie­żą­cego kanału audio. Każda próba pod­łą­cze­nia dodat­ko­wych kana­łów będzie uznana za...

Mach­nął ręką.

- W porządku. Słu­chaj, Mor­wenno, bar­dzo mi przy­kro. Te dra­nie nie pozwa­lają, żebyś coś zoba­czyła. Przy­pusz­czam, że to pomysł Gre­liera.

- Wiesz, on nie jest moim jedy­nym wro­giem.

- Może nie, ale założę się, że miał w tej spra­wie sporo do powie­dze­nia. - Z czoła Quaiche'a kapały kro­ple potu, kuli­ste w zero­wej gra­wi­ta­cji. Wytarł twarz wierz­chem dłoni. - To wszystko moja wina.

- Gdzie jesteś?

Zasko­czyło go to pyta­nie.

- Uno­szę się przy tobie. Myśla­łem, że mogła­byś sły­szeć mój głos przez tę pan­cerną powłokę.

- Sły­szę tylko twój głos w mojej gło­wie. Wydaje się, że jesteś bar­dzo daleko. Boję się, Hor­ris. Nie wiem, czy to wytrzy­mam.

- Nie jesteś sama. Jestem tuż przy tobie. Praw­do­po­dob­nie bez­piecz­niej być w ska­fan­drze niż poza nim. Musisz tylko leżeć nie­ru­chomo. Uda nam się to wszystko szczę­śli­wie zakoń­czyć za kilka tygo­dni.

- Kilka tygo­dni? - W jej gło­sie brzmiała roz­pacz. - Mówisz tak, jakby to było nic.

- Lepiej, niż mia­łoby trwać całe lata. Chry­ste, Mor­wenno, bar­dzo ci współ­czuję. Obie­cuję, że cię z tego wydo­stanę. - Quaiche zaci­snął powieki.

- Hor­ris?

- Tak? - spy­tał przez łzy.

- Nie zosta­wiaj mnie na śmierć w tym pudle. Bła­gam.

***

- Mor­wenno - wezwał ją po chwili. - Posłu­chaj uważ­nie. Muszę cię teraz opu­ścić. Idę do ste­rowni. Muszę spraw­dzić nasz sta­tus.

- Nie chcę, żebyś odcho­dził.

- Na­dal będziesz mogła sły­szeć mój głos. Muszę tam pójść. Koniecz­nie. Ina­czej żadne z nas nie będzie miało przy­szło­ści.

- Hor­ris.

Już się odda­lał. Oddry­fo­wał od trumny hamo­wa­nia i ska­fan­dra orna­men­to­wa­nego. Przy­trzy­my­wał się kolejno mięk­kich uchwy­tów przy ścia­nach. Prze­pchnął się w dół wąskiej schodni, pod­cią­ga­jąc się rękami. Ni­gdy nie lubił nie­waż­ko­ści, ale wąski jak igła sta­tek roz­po­znaw­czy był o wiele za mały na gra­wi­ta­cję rota­cyjną. Pod­czas lotu powrot­nego sytu­acja się poprawi, ponie­waż wów­czas Quaiche będzie miał dzięki sil­ni­kom Dominy ilu­zję gra­wi­ta­cji.

W przy­jem­niej­szych oko­licz­no­ściach cie­szyłby się, że nagle zna­lazł się daleko od reszty załogi. Mor­wenna prze­waż­nie nie towa­rzy­szyła mu pod­czas poprzed­nich wypraw i choć za nią tęsk­nił, upa­jał się wtedy tą wymu­szoną samot­no­ścią. Nie był przy­pad­kiem czło­wieka aso­cjal­nego. Wpraw­dzie w cza­sach, gdy prze­by­wał w kul­tu­rze ludzi linii głów­nej, nie nale­żał do osób nad­mier­nie towa­rzy­skich, ale zawsze miał grupę bli­skich przy­ja­ciół. Zawsze miał kochanki, nie­które nie­ty­powe, egzo­tyczne, albo - jak w przy­padku Mor­wenny - wręcz ryzy­kowne. Jed­nak śro­do­wi­sko statku Jasminy było klau­stro­fo­biczne, aż do prze­sytu nasy­cone fero­mo­nową mgiełką para­noi i intryg, więc w końcu tęsk­nił do pro­stoty statku, któ­remu wyzna­czono zada­nie.

Domina i tkwiący w niej maleńki sta­tek eks­plo­ra­cyjny stały się pry­wat­nym kró­le­stwem Quaiche'a w ramach więk­szego impe­rium Wnie­bo­wstą­pie­nia. Sta­tek czu­wał nad nim, uprze­dza­jąc jego życze­nia z gor­li­wo­ścią kur­ty­zany. Im dłu­żej Quaiche tu prze­by­wał, tym sta­tek wię­cej wie­dział o jego kapry­sach i dzi­wac­twach. Grał muzykę, która nie tylko paso­wała do jego nastroju, ale była tak dokład­nie sfor­ma­to­wana, że potra­fiła go wypro­wa­dzić z nie­bez­piecz­nie skraj­nych nastro­jów, z cho­ro­bli­wej auto­re­flek­sji czy bez­tro­skiej eufo­rii. Sta­tek ser­wo­wał mu nad­zwy­czajne potrawy; na Wnie­bo­wstą­pie­niu ni­gdy nie udało mu się nakło­nić syn­te­za­to­rów żyw­no­ści do wypro­du­ko­wa­nia podob­nych dań. Sta­tek miał zdol­ność spra­wia­nia przy­jem­no­ści i zaska­ki­wa­nia, gdy Quaiche przy­pusz­czał, że jego biblio­teki już się wyczer­pały. Wie­dział, kiedy jego pasa­żer potrze­buje snu, a kiedy jest mu potrzebny zastrzyk gorącz­ko­wej aktyw­no­ści. Zaba­wiał go fan­ta­zjami, gdy Quaiche się nudził, i symu­lo­wał drobne kry­zysy, gdy pasa­żer wyka­zy­wał oznaki samo­za­do­wo­le­nia. Sta­tek znał go bar­dzo dobrze i nie­kiedy Quaiche'owi wyda­wało się, że w jakimś sen­sie on sam prze­cho­dzi w sta­tek, prze­nika jego sys­temy maszy­nowe. To połą­cze­nie miało miej­sce nawet na pozio­mie bio­lo­gicz­nym. Ultrasi bar­dzo się sta­rali, by wyste­ry­li­zo­wać sta­tek po każ­dej wypra­wie, gdy wra­cał do ładowni we wnę­trzu Wnie­bo­wstą­pie­nia, ale Quia­che wie­dział, że sta­tek pach­nie teraz ina­czej niż wtedy, gdy leciał nim po raz pierw­szy. Pach­niał miej­scami, w któ­rych Quaiche prze­by­wał.

Kie­dyś uwa­żał sta­tek za niebo, za sank­tu­arium - teraz to wra­że­nie minęło. Wystar­czyło, że spoj­rzał na orna­men­to­wany ska­fan­der, i natych­miast uświa­da­miał sobie, że Jasmina sięga swo­imi wpły­wami do jego lenna. Nie będzie dru­giej szansy. Wszystko, co było dla niego ważne, zale­żało od układu pla­ne­tar­nego, do któ­rego zmie­rzał.

- Suka - powie­dział znowu.

Dotarł do pokładu dowo­dze­nia i wci­snął się w fotel pilota. Z koniecz­no­ści pokład był malutki, ponie­waż Domina skła­dała się głów­nie z paliwa i sil­nika. Quaiche sie­dział teraz w nie­wiel­kim roz­sze­rze­niu wąskiej schodni - kształ­tem przy­po­mi­nało to zbior­ni­czek ter­mo­me­tru rtę­cio­wego. Przed sobą miał owalne okno wido­kowe, za któ­rym wid­niała tylko prze­strzeń mię­dzy­gwiezdna.

- Awio­nika - powie­dział.

Panele przy­rzą­dów zamknęły się wokół niego jak klesz­cze. Zami­go­tały, potem poja­wiły się na nich ruchliwe wykresy i pola wej­ścia, które prze­su­wały się, by zna­leźć się w miej­scu, gdzie zatrzy­my­wał wzrok.

- Roz­kazy, Quaiche?

- Daj mi się chwilę zasta­no­wić - odparł.

Naj­pierw oce­nił sys­temy kry­tyczne, upew­nia­jąc się, czy nie ma cze­goś złego, co podo­soba mogła prze­oczyć. Wyko­rzy­stali nieco wię­cej paliwa, niż Quaiche ocze­ki­wał na tym eta­pie misji, ale to nic dziw­nego - prze­cież wieźli dodat­kową masę orna­men­to­wa­nego ska­fan­dra. Zapasy były wystar­cza­jące i nie musiał się mar­twić. Poza tym wszystko dzia­łało dobrze: hamo­wa­nie odbyło się nor­mal­nie, wszyst­kie funk­cje stat­kowe były w nor­mie, czuj­niki, sys­temy pod­trzy­my­wa­nia życia, para­me­try sta­teczku wyciecz­ko­wego, który tkwił w brzu­chu Dominy jak embrion del­fina cze­ka­jący na naro­dziny.

- Statku, czy są jakieś spe­cjalne wyma­ga­nia co do tego prze­glądu?

- Żad­nych mi nie podano.

- To świet­nie, to krzepi. A sta­tus statku macie­rzy­stego?

- Otrzy­muję stałe dane tele­me­tryczne od Gno­stycz­nego Wnie­bo­wstą­pie­nia. Ocze­kuje się, że spo­tkasz się ze stat­kiem po zwy­kłym sze­ścio-, sied­mio­ty­go­dnio­wym reko­ne­san­sie. Rezerwa paliwa wystar­czy na manewr doga­nia­nia.

- Potwier­dzam. - To w ogóle nie mia­łoby sensu, gdyby Jasmina porzu­ciła go bez zapasu paliwa, ale przy­jem­nie było pomy­śleć, że i teraz postą­piła roz­sąd­nie.

- Hor­ris? - ode­zwała się Mor­wenna. - Mów do mnie, pro­szę. Gdzie jesteś?

- Jestem na dzio­bie - odparł. - Robię prze­gląd. W tej chwili wszystko wydaje się w porządku, ale chcę się upew­nić.

- Czy wiesz, gdzie teraz jeste­śmy?

- Wła­śnie mam to spraw­dzić. - Dotknął kon­tro­lki, uru­cha­mia­jąc gło­sowe ste­ro­wa­nie głów­nymi ukła­dami statku. - Rota­cja plus jeden osiem­dzie­siąt i obrót trzy­dzie­ści sekund.

Displej kon­soli wska­zał przy­ję­cie roz­kazu. Za owal­nym oknem wido­ko­wym war­stewka słabo widocz­nych gwiazd zaczęła się prze­su­wać z jed­nej kra­wę­dzi ku dru­giej.

- Mów do mnie - popro­siła znów Mor­wenna.

- Obra­cam sta­tek. Po hamo­wa­niu byli­śmy skie­ro­wani rufą do przodu. Za chwilę powin­ni­śmy mieć widok na układ.

- Czy Jasmina coś na ten temat mówiła?

- Nie przy­po­mi­nam sobie. A ty?

- Nic. - Po raz pierw­szy od czasu prze­bu­dze­nia miała głos pra­wie taki jak daw­niej. Quaiche przy­pusz­czał, że był to mecha­nizm obronny. Jeśli Mor­wenna będzie się zacho­wy­wała nor­mal­nie, odstra­szy panikę. W ska­fan­drze orna­men­to­wa­nym panika była zabój­cza. - Może... że to jesz­cze jeden układ, który nie wydaje się szcze­gól­nie inte­re­su­jący - dodała. - Gwiazda i kilka pla­net. Żad­nych danych o obec­no­ści czło­wieka. Dosłow­nie dziura.

- Nie ma danych, ale to nie wyklu­cza, że ktoś tu kie­dyś zawi­nął, tak jak my teraz. I zosta­wił coś po sobie.

- Miejmy nadzieję, że tak jest, do cho­lery - odparła sar­ka­stycz­nie.

- Sta­ram się zacho­wać opty­mizm.

- Wybacz. Wiem, że chcia­łeś dobrze, ale nie ocze­kujmy nie­moż­li­wego.

- Może powin­ni­śmy ocze­ki­wać - powie­dział sam do sie­bie, mając nadzieję, że sta­tek tego nie usły­szy i nie prze­każe Mor­wen­nie.

W tym momen­cie sta­tek pra­wie zakoń­czył obrót o 180 stopni. Dobrze widoczna gwiazda poja­wiła się w oknie i usta­wiła w cen­trum owalu. Z tej odle­gło­ści wyglą­dała bar­dziej jak słońce niż gwiazda. Gdyby na pokła­dzie dowódcy nie było selek­tyw­nych prze­słon, trudno byłoby patrzeć na tak jasny obiekt.

- Coś mam. - Jego palce prze­śli­zgnęły się po kon­soli. - Typ spek­tralny chłodne G. Gwiazda ciągu głów­nego, około trzech pią­tych jasno­ści słońca. Parę plam, ale nie ma nie­po­ko­ją­cej aktyw­no­ści korony. Odda­lona o mniej wię­cej dwa­dzie­ścia jed­no­stek astro­no­micz­nych.

- To jed­nak dość daleko - stwier­dziła Mor­wenna.

- Nie, jeśli chcesz mieć pew­ność, że będziesz miała widok na wszyst­kie główne pla­nety.

- A światy?

- Sekundę.

Prze­biegł pal­cami po kon­soli i widok z przodu się zmie­nił. Na moni­tor wysko­czyły kolo­rowe linie orbit ści­śnię­tych w elipsy, każda zaopa­trzona w ramkę z licz­bami dają­cymi główne cha­rak­te­ry­styki świata krą­żą­cego po danej orbi­cie. Quaiche przyj­rzał się uważ­nie tym para­me­trom: masa, okres obiegu, dłu­gość dnia, kąt nachy­le­nia, śred­nica, cią­że­nie na powierzchni, śred­nia gęstość, moc magne­tos­fery, obec­ność księ­ży­ców lub pier­ścieni. Z poda­nych przy licz­bach prze­dzia­łów ufno­ści wywnio­sko­wał, że dane zostały obli­czone przez Dominę, która użyła swo­ich czuj­ni­ków i zasto­so­wała algo­rytmy inter­pre­ta­cyjne. Gdyby liczby zostały wycią­gnięte z jakiejś wcze­śniej­szej bazy danych, odzna­cza­łyby się znacz­nie więk­szą dokład­no­ścią.

Osza­co­wa­nia się popra­wią, gdy Domina pod­leci bli­żej do układu, ale na razie Quaiche zano­to­wał sobie, że ten rejon kosmosu jest w zasa­dzie nie­zba­dany. Ktoś mógł wcze­śniej tędy prze­la­ty­wać, ale nie zatrzy­mał się na tyle długo, by zło­żyć ofi­cjalne spra­woz­da­nie. Zatem ist­niała szansa, że układ zawiera coś, co można by uznać za war­to­ściowe, choćby z powodu nowo­ści.

- Zaczniemy, kiedy uznasz za sto­sowne - powie­dział sta­tek, pra­gnąc roz­po­cząć swoją pracę.

- Dobrze, dobrze - odparł Quaiche. - Ponie­waż nie ma żad­nych anor­mal­nych danych, pole­cimy w stronę słońca, zbli­żymy się po kolei do pla­net, a potem obie­rzemy za cel te po prze­ciw­nej stro­nie, gdy będziemy wra­cać do prze­strzeni mię­dzy­gwiezd­nej. Przy tych warun­kach znajdź pięć naj­bar­dziej oszczęd­nych, z punktu widze­nia zuży­cia paliwa, wzor­ców podróży i prze­każ mi je. Jeśli ist­nieje znacz­nie efek­tyw­niej­sza stra­te­gia, według któ­rej jakiś ze świa­tów musimy pomi­nąć i potem do niego wró­cić, to też mi ją przed­staw.

- Chwilę, Quaiche. - Mil­cze­nie trwało krótko, Quaiche nie zdą­żył nawet mru­gnąć. - Jest. Przy wymie­nio­nych przez cie­bie warun­kach nie ma naj­lep­szego roz­wią­za­nia, nie ma też jakie­goś wyraź­nie korzyst­nego wzorca, gdyby uwzględ­nić poszu­ki­wa­nia nie po kolei.

- Dobrze. Teraz wyświetl pięć warian­tów w kolej­no­ści rosną­cej ze względu na czas potrzebny do hamo­wa­nia.

Warianty się prze­mie­ściły. Quaiche dra­pał się po bro­dzie, pró­bu­jąc doko­nać wyboru. Mógłby popro­sić sta­tek, by sam pod­jął decy­zję, sto­su­jąc wła­sne tajemne kry­te­ria, ale zawsze wolał oso­bi­ście doko­nać osta­tecz­nego wyboru. Nie pole­gało to na loso­wym wska­za­niu któ­re­goś wariantu, ponie­waż zawsze ist­niał taki, który z jakie­goś powodu wyda­wał się bar­dziej odpo­wiedni od innych. Quaiche był gotów przy­znać, że ozna­czało to decy­zję na nosa - bez sto­so­wa­nia świa­do­mego pro­cesu eli­mi­na­cji - i uwa­żał to za rów­nie upra­wo­moc­nione postę­po­wa­nie. Cały sens wysła­nia Quaiche'a do bada­nia układu pla­ne­tar­nego pole­gał na tym, by wyko­rzy­stać te ulotne umie­jęt­no­ści, któ­rych nie dało się łatwo wbu­do­wać w zestaw instruk­cji algo­ryt­micz­nych wyko­ny­wa­nych przez maszyny. Po to tu był, by wpły­wać na wybór wariantu, który go najbar­dziej zado­wa­lał.

Tym razem nie był to wybór oczy­wi­sty. Cza­sami miał szczę­ście i przy­by­wał do układu w okre­sie, gdy trzy lub cztery inte­re­su­jące go światy znaj­do­wały się w jed­nym sze­regu na swo­ich orbi­tach, co umoż­li­wiało wyty­cze­nie bar­dzo sku­tecz­nej drogi w linii pro­stej. W tym wypadku pla­nety były roz­pro­szone i wszyst­kie wyty­czone drogi przy­po­mi­nały spa­cer pijaka.

Były jed­nak i pocie­sza­jące ele­menty. Gdyby zmie­niał kie­ru­nek w regu­larny spo­sób, nie musiałby wydat­ko­wać znacz­nie więk­szej ilo­ści paliwa na cał­ko­wite hamo­wa­nie i bada­nie z bli­ska pla­net, które wpa­dły mu w oko. Zamiast zrzu­cać pakiety instru­men­tów pod­czas szyb­kiego prze­lotu w pobliżu pla­nety, mógłby pole­cieć Córką Śmie­cia­rza i naprawdę dobrze się rozej­rzeć.

Przez chwilę, gdy zasta­na­wiał się nad lotem Córką, zapo­mniał o Mor­wen­nie. Ale tylko na moment. Miał świa­do­mość, że gdyby opu­ścił Dominę, musiałby rów­nież opu­ścić swoją przy­ja­ciółkę.

Zasta­na­wiał się, jak by to przy­jęła.

- Pod­ją­łeś decy­zję, Quaiche? - spy­tał sta­tek.

- Tak. Sądzę, że wybie­rzemy wariant drugi.

- Czy to twoja osta­teczna odpo­wiedź?

- Sprawdźmy: mini­malny czas hamo­wa­nia; tydzień na więk­szość dużych pla­net, dwa na układ gazo­wego giganta z licz­nymi księ­ży­cami... parę dni na malu­chy... i na­dal pozo­sta­nie nam paliwo, na wypa­dek gdy­by­śmy zna­leźli coś zna­czą­cego.

- Zga­dzam się.

- Statku, poin­for­mu­jesz mnie, jeśli zauwa­żysz coś nie­zwy­kłego? Cho­dzi mi o to... Czy nie dosta­łeś żad­nych spe­cjal­nych instruk­cji w tej spra­wie?

- Abso­lut­nie żad­nych, Quaiche.

- Dobrze. - Zasta­na­wiał się, czy sta­tek odkrył nie­do­wie­rza­nie w jego gło­sie. - Powiedz mi, gdyby coś się poja­wiło. Chcę być poin­for­mo­wany.

- Możesz na mnie liczyć, Quaiche.

- Chyba muszę.

- Hor­ris? - ode­zwała się Mor­wenna. - Co się dzieje?

Sta­tek naj­praw­do­po­dob­niej odłą­czył ją od kanału audio, gdy dys­ku­to­wali o wybo­rze stra­te­gii.

- Ana­li­zu­jemy warianty. Wybra­łem stra­te­gię prób­ko­wa­nia. Będziemy w sta­nie przyj­rzeć się bli­żej wszyst­kiemu, czemu zechcemy.

- Jest coś inte­re­su­ją­cego?

- Nic olśnie­wa­ją­cego - odparł. - To zwy­kła poje­dyn­cza gwiazda i rodzina świa­tów. Nie widzę wyraź­nych śla­dów bios­fery ani żad­nych zna­ków, że ktoś tu był przed nami. Jeśli są tam roz­pro­szone na powierzchni małe arte­fakty, praw­do­po­dob­nie z tej odle­gło­ści ich nie zauwa­żymy, chyba że zacho­wają się aktyw­nie, żeby zostały dostrze­żone. Ale wyraź­nie tego nie robią. Nie znie­chę­cam się jed­nak. Pod­le­cimy bli­żej i dobrze się rozej­rzymy.

- Powin­ni­śmy uwa­żać. Może tam być dużo nie­ozna­czo­nych nie­bez­pie­czeństw.

- Może być, ale w tej chwili to raczej nasze naj­mniej­sze zmar­twie­nie, nie sądzisz?

- Quaiche? - przy­wo­łał go sta­tek, zanim Mor­wenna zdą­żyła odpo­wie­dzieć. - Jesteś gotów zaini­cjo­wać prze­szu­ki­wa­nie?

- Czy zdążę się dostać do trumny hamo­wa­nia?

- Począt­kowe przy­śpie­sze­nie to tylko jedno g, póki nie zakoń­czę dokład­nej dia­gno­styki napędu. Gdy będziesz bez­pieczny w zasob­niku, przy­śpie­sze­nie będzie się zwięk­szało, aż osią­gnie bez­pieczne dla zasob­nika war­to­ści gra­niczne.

- A co z Mor­wenną?

- Nie ode­bra­łem żad­nych spe­cjal­nych instruk­cji.

- Czy prze­pro­wa­dza­li­śmy hamo­wa­nie przy zwy­kłych pię­ciu g, czy kazano ci utrzy­my­wać mniej­szą war­tość?

- Przy­śpie­sze­nie utrzy­my­wało się w zwy­kłych usta­lo­nych gra­ni­cach.

Dobrze. Mor­wenna to wytrzy­mała, więc wszystko wska­zy­wało na to, że jeśli Gre­lier zmo­dy­fi­ko­wał ska­fan­der orna­men­to­wany, to dawał on nie gor­szą ochronę niż trumna hamo­wa­nia.

- Statku, czy zdo­łasz uśpić Mor­wennę na czas buforu hamo­wa­nia?

- Usy­pia­nie zosta­nie prze­pro­wa­dzone auto­ma­tycz­nie.

- Wspa­niale. Mor­wenno... sły­sza­łaś to?

- Sły­sza­łam - odparła. - Może zadał­byś rów­nież inne pyta­nie. Jeśli może mnie uśpić, gdy zacho­dzi taka potrzeba, to czy może mnie uśpić na całą podróż?

- Statku, sły­sza­łeś pyta­nie. Możesz to zro­bić?

- Jeśli jest takie wyma­ga­nie, da się to zała­twić.

To głu­pie, ale Quaiche'owi nie przy­szło do głowy takie pyta­nie. Czuł wstyd, że nie pomy­ślał o tym pierw­szy. Jesz­cze nie pojął do końca, co zna­czy dla Mor­wenny tkwie­nie w tym ska­fan­drze.

- Słu­chaj, Mor, jeśli chcesz, mogę pole­cić, żeby cię natych­miast uśpił. Kiedy się obu­dzisz, będziemy z powro­tem na Wnie­bo­wstą­pie­niu.

- A jeśli ci się nie uda? Czy sądzisz, że kie­dy­kol­wiek pozwolą mi się obu­dzić?

- Nie wiem - przy­znał. - Chciał­bym to wie­dzieć. Ale nie zamie­rzam ponieść porażki.

- Zawsze oka­zu­jesz wielką pew­ność sie­bie - powie­działa. - Zawsze mówisz tak, jakby wszystko miało dobrze pójść.

- Cza­sami nawet w to wie­rzę.

- A teraz?

- Powie­dzia­łem Jasmi­nie, że chyba czuję, że odmie­nia się mój los. Nie kła­ma­łem.

- Mam nadzieję, że się nie mylisz.

- Więc chcesz zasnąć?

- Nie - rze­kła. - Będę w sta­nie czu­wa­nia, razem z tobą. Gdy ty będziesz spał, ja też zasnę. Tak myślę teraz. Nie wyklu­czam, że póź­niej zmie­nię zda­nie.

- Rozu­miem.

- Znajdź tam coś, Hor­ris. Pro­szę. Dla nas obojga.

- Posta­ram się - powie­dział.

W trze­wiach czuł coś w rodzaju pew­no­ści. To bez sensu, ale to tam było: twarde i ostre jak kamień żół­ciowy.

- Statku, wieź nas do układu - pole­cił.

Pięć

PIĘĆ

Ara­rat, 2675

Cla­vain i Scor­pio zbli­żali się do namiotu, gdy zoba­czyli Vaska sto­ją­cego przy wej­ściu. Nagły poryw wia­tru zało­mo­tał lin­kami; sma­gnęły zie­lono bar­wioną tka­ninę. Wyda­wało się, że wiatr się nie­cier­pliwi, poga­nia ich. Chło­pak cze­kał ner­wowo, nie­pewny, co zro­bić z rękoma. Cla­vain spoj­rzał na niego nie­uf­nie.

- Myśla­łem, że jesteś tu sam - powie­dział cicho.

- Nie przej­muj się nim - odparł Scor­pio. - Był tro­chę zdzi­wiony, gdy się dowie­dział, gdzie się cały czas podzie­wa­łeś, ale chyba mu prze­szło.

- Mam nadzieję.

- Nevil, trak­tuj go łagod­nie, dobrze? Póź­niej będziesz miał mnó­stwo czasu, by odgry­wać tyrana.

Gdy chło­pak zna­lazł się w zasięgu głosu, Cla­vain krzyk­nął ochry­ple:

- Kim jesteś, synu?!

- Vasko, pro­szę pana. Vasko Mali­nin.

- To prze­cież nazwi­sko z Resur­gamu. Stam­tąd pocho­dzisz?

- Uro­dzi­łem się tutaj, pro­szę pana. Rodzice byli z Resur­gamu. Miesz­kali w Cuvier przed ewa­ku­acją.

- Wyglą­dasz dość młodo.

- Mam dwa­dzie­ścia lat, pro­szę pana.

- Uro­dził się rok czy dwa po zało­że­niu kolo­nii - wyja­śnił szep­tem Scor­pio. - Zatem należy do naj­star­szych ludzi uro­dzo­nych na Ara­ra­cie. Nie jest jedyny. W cza­sie, gdy wyco­fa­łeś się z życia, uro­dziło się już dru­gie poko­le­nie tubyl­ców. Te dzieci nie pamię­tają Resur­gamu ani nawet podróży na tę pla­netę.

Cla­vain zadrżał, jakby ta wia­do­mość mogła być dla niego czymś prze­ra­ża­ją­cym.

- Scor­pio, nie pla­no­wa­li­śmy zapusz­czać tu korzeni. Ara­rat miał być tym­cza­so­wym przy­stan­kiem. Sama nazwa to kiep­ski żart. Nie zalud­nia się pla­nety, któ­rej nazwa brzmi jak kiep­ski żart.

Scor­pio wyczuł, że nie jest to naj­lep­szy moment, by przy­po­mnieć Cla­va­inowi, że zawsze zamie­rzali zosta­wić pewną grupę ludzi na Ara­ra­cie, nawet gdyby więk­szość stąd wyje­chała.

- Masz do czy­nie­nia z ludźmi. I ze świ­niami. Powstrzy­my­wa­nie nas od roz­mna­ża­nia to sprawa bez­na­dziejna.

- A ty co robisz? - zwró­cił się Cla­vain do Vaska.

- Pra­cuję w fabryce żyw­no­ści, pro­szę pana, głów­nie na war­stwach osa­dów, czysz­czę skro­baki z mułu albo wymie­niam ostrza w zbie­ra­kach powierzch­nio­wych.

- Bar­dzo cie­kawa praca.

- Szcze­rze mówiąc, gdyby to była cie­kawa praca, nie przy­szedł­bym tu dzi­siaj, pro­szę pana.

- Vasko służy rów­nież w lokal­nej lidze Sił Bez­pie­czeń­stwa - wtrą­cił Scor­pio. - Prze­szedł zwy­kły tre­ning: obsługa broni, tłu­mie­nie zamie­szek i tak dalej. Oczy­wi­ście więk­szość jego zajęć to gasze­nie poża­rów, pomoc w roz­dzie­la­niu racji żyw­no­ścio­wych i lekarstw z Cen­tral­nych Zaso­bów.

- To ważna praca - stwier­dził Cla­vain.

- Nikt w to nie wątpi, a już na pewno nie Vasko - odpo­wie­dział Scor­pio. - Ale roz­gło­sił, że chciałby cze­goś cie­kaw­szego. Zadrę­cza admi­ni­stra­cję ligi, żeby go awan­so­wali na pełny etat. Jest bar­dzo dobrze oce­niany i marzy o zada­niu nieco bar­dziej ambit­nym niż prze­rzu­ca­nie gówna.

Cla­vain przyj­rzał się mło­dzień­cowi spod zmru­żo­nych powiek.

- Co ci Scorp powie­dział o kap­sule?

Vasko spoj­rzał na świ­nię, potem na Cla­va­ina.

- Nic, pro­szę pana.

- Powie­dzia­łem to, co nie­zbędne, czyli nie­wiele.

- Lepiej powiedz mu wszystko - stwier­dził Cla­vain.

Scor­pio powtó­rzył to, co już prze­ka­zał Cla­va­inowi. Zafa­scy­no­wany obser­wo­wał minę Vaska, na któ­rym te infor­ma­cje zro­biły wiel­kie wra­że­nie.

Nic dziw­nego. Dwu­dzie­sto­let­nia cał­ko­wita izo­la­cja Ara­ratu stała się tak trwa­łym ele­men­tem jego życia jak stały ryk oce­anu i wszech­obecny cie­pły zapach mor­skiego powie­trza i gni­ją­cej roślin­no­ści. Poczu­cie izo­la­cji, tak abso­lutne, tak wszech­obecne, znik­nęło ze świa­do­mego postrze­ga­nia. Teraz jed­nak coś tę izo­la­cję roze­rwało: przy­po­mnie­nie, że oce­aniczna pla­neta zawsze była tylko wątłym i tym­cza­so­wym miej­scem odosob­nie­nia na are­nie szer­szych kon­flik­tów.

- Rozu­miesz teraz, dla­czego nie chcemy, żeby wszy­scy się o tym dowie­dzieli, zanim sami się nie prze­ko­namy, co to takiego - wyja­śnił Scor­pio.

- Masz chyba jakieś podej­rze­nia? - spy­tał Cla­vain.

Scor­pio ski­nął głową.

- To może być Remon­to­ire. Spo­dzie­wa­li­śmy się, że Świa­tło Zodia­kalne kie­dyś się pojawi. Przy­pusz­cza­li­śmy, że nastąpi to wcze­śniej, ale nie wia­domo, co się z nimi stało, gdy się roz­sta­li­śmy. Nie wiemy, ile trwała samo­na­prawa statku. Może po otwar­ciu kap­suły znaj­dziemy w niej mojego dru­giego z kolei ulu­bio­nego Hybry­dowca.

- Mówisz to bez prze­ko­na­nia.

- Wyja­śnij mi coś, Cla­va­inie - popro­sił Scor­pio. - Jeśli to Remon­to­ire i spółka, to po co ta cała tajem­nica? Dla­czego nie weszli na orbitę i nie zamel­do­wali o swoim przy­by­ciu? Mogli przy­naj­mniej zrzu­cić kap­sułę nieco bli­żej lądu, żeby jej wydo­by­cie nie wyma­gało takiego nakładu.

- Więc roz­ważmy alter­na­tywę. To może być twój naj­mniej ulu­biony Hybry­do­wiec - zapro­po­no­wał Cla­vain.

- Już się nad tym zasta­na­wia­łem. Jeśli Skade dotarła do naszego układu, zakła­dał­bym, że zrobi to ukrad­kiem, pota­jem­nie. Powin­ni­śmy jed­nak coś dostrzec. I wnio­sku­jąc dalej: nie jest praw­do­po­dobne, żeby zaczęła inwa­zję, wysy­ła­jąc poje­dyn­czą kap­sułę, chyba że w środku jest coś strasz­nie paskud­nego.

- Sama Skade potrafi być paskudna - zauwa­żył Cla­vain. - Zga­dzam się jed­nak: to chyba nie ona. Oso­bi­ste lądo­wa­nie byłoby samo­bój­czym gestem, nie w jej stylu.

Pode­szli do namiotu. Cla­vain otwo­rzył wej­ście i wszedł pierw­szy. Przy­sta­nął na progu i zlu­stro­wał wnę­trze nieco oskar­ży­ciel­skim wzro­kiem, jakby miesz­kał tu ktoś zupeł­nie inny.

- Przy­zwy­cza­iłem się do tego miej­sca.

- Chcesz powie­dzieć, że nie znie­siesz powrotu? - spy­tał Scor­pio. Czuł snu­jący się tu na­dal zapach poprzed­niej obec­no­ści Cla­va­ina.

- Muszę po pro­stu zdo­być się na wysi­łek. - Cla­vain zamknął za nimi wej­ście. - Co wiesz o Skade i Remon­to­irze? - zwró­cił się do Vaska.

- Chyba ni­gdy przed­tem o nich nie sły­sza­łem.

Cla­vain usiadł na skła­da­nym krze­sełku; goście stali.

- Remon­to­ire był... jest... moim naj­star­szym sojusz­ni­kiem. Też Hybry­dow­cem. Znamy się od cza­sów, gdy wal­czy­li­śmy prze­ciw sobie na Mar­sie.

- A Skade, pro­szę pana?

Cla­vain pod­niósł kawa­łek muszli i zaczął mu się z roz­tar­gnie­niem przy­glą­dać.

- Skade to inna para kalo­szy. Też jest Hybry­dow­cem, ale z póź­niej­szego poko­le­nia niż nasze. Jest bar­dziej inte­li­gentna, szyb­sza i nie ma żad­nych związ­ków emo­cjo­nal­nych z ludz­ko­ścią daw­nej linii. Gdy poja­wiło się zagro­że­nie ze strony Inhi­bi­to­rów, Skade posta­no­wiła rato­wać Mat­czyne Gniazdo, pla­no­wała ewa­ku­ację z tego rejonu kosmosu. Nie zga­dza­łem się z nią, bo to ozna­czało, że reszta ludz­ko­ści będzie musiała radzić sobie sama, a prze­cież powin­ni­śmy sobie wza­jem­nie poma­gać. Więc zwia­łem. Remon­to­ire miał począt­kowo pewne opory, ale zwią­zał swój los ze mną.

- Zatem Skade nie­na­wi­dzi was obu? - spy­tał Vasko.

- Myślę, że jest skłonna inter­pre­to­wać wyda­rze­nia na jego korzyść - odparł Cla­vain. - Ale co do mnie... nie, mosty mię­dzy mną i Skade są spa­lone. Dla niej czarę prze­peł­niło jedno wyda­rze­nie: prze­cią­łem ją na pół liną cumow­ni­czą.

Scor­pio wzru­szył ramio­nami.

- Takie rze­czy się zda­rzają.

- Remon­to­ire ją ura­to­wał - powie­dział Cla­vain. - Dla niej to się praw­do­po­dob­nie liczy, nawet jeśli potem ją zdra­dził. W przy­padku Skade lepiej jed­nak niczego nie zakła­dać. Wydaje mi się, że póź­niej ją zabi­łem, ale nie wyklu­czam, że udało jej się z tego wyka­ra­skać. Tak przy­naj­mniej wynika z jej ostat­niego prze­kazu.

- Wła­ści­wie dla­czego, pro­szę pana, cze­kamy na Remon­to­ire'a i innych?

Cla­vain spoj­rzał na Vaska, mru­żąc oczy.

- On chyba nie­wiele wie.

- To nie jego wina - rzekł Scor­pio. - Tu się uro­dził i wyda­rze­nia sprzed naszego przy­jazdu na Ara­rat to dla niego histo­ria sta­ro­żytna. Takiej samej reak­cji możesz ocze­ki­wać od więk­szo­ści mło­dych, i ludzi, i świń.

- To go nie uspra­wie­dli­wia. Za moich cza­sów byli­śmy bar­dziej docie­kliwi.

- Za two­ich cza­sów uznano by, że opusz­cza­cie się w pracy, jeśli przed śnia­da­niem nie zaan­ga­żo­wa­li­ście się w kilka mor­derstw.

Cla­vain tego nie sko­men­to­wał. Odło­żył odła­mek muszli i pod­niósł inny, spraw­dza­jąc jego ostrą kra­wędź na deli­kat­nych wło­skach dłoni.

- Tro­chę wiem, pro­szę pana - powie­dział pośpiesz­nie Vasko. - Wiem, że przy­był pan na Resur­gam z Yel­low­stone, kiedy maszyny zaczęły nisz­czyć nasz układ sło­neczny. Pomógł pan ewa­ku­ować całą kolo­nię stat­kiem Nostal­gia za Nie­skoń­czo­no­ścią... Pra­wie dwie­ście tysięcy ludzi.

- Około stu sie­dem­dzie­się­ciu tysięcy - popra­wił go Cla­vain. - I każ­dego dnia roz­pa­czam po tych, któ­rych nie udało się ura­to­wać.

- Nikt cię nie wini, prze­cież tak wielu ura­to­wa­łeś - zauwa­żył Scor­pio.

- Histo­ria to osą­dzi.

Scor­pio wes­tchnął.

- Jeśli chcesz się pła­wić w samo­oskar­że­niach, pro­szę bar­dzo, Nevil. Ja muszę się zająć tajem­ni­czą kap­sułą i kolo­nią, która chce odzy­skać swo­jego przy­wódcę. Naj­le­piej, żeby był umyty, ucze­sany i nie pach­niał za bar­dzo wodo­ro­stami i nie­świeżą pościelą. Mam rację, Vasko?

Cla­vain patrzył badaw­czo na Vaska przez kilka chwil. Deli­katne blade wło­ski na karku Scor­pia się naje­żyły. Miał wra­że­nie, że przy­ja­ciel tak­suje mło­dzieńca, kon­fron­tuje go ze swo­imi wyro­bio­nymi przez wieki wyobra­że­niami o oso­bie ide­al­nej. Teraz decy­duje się los Vaska, pomy­ślał Scor­pio. Jeśli Cla­vain doj­dzie do wnio­sku, że Vasko nie zasłu­guje na jego zaufa­nie, prze­sta­nie prze­ka­zy­wać mu infor­ma­cje o ludziach nie­zna­nych powszech­nie w kolo­nii, a Vasko zacznie zapo­mi­nać spo­tka­nie z Cla­vainem, trak­tu­jąc je jako sprawę incy­den­talną.

- To by się przy­dało - rzekł Vasko, spo­glą­da­jąc z waha­niem na Scor­pia. - Potrze­bu­jemy pana. Zwłasz­cza teraz, gdy nad­cho­dzą zmiany.

- Można z dużym praw­do­po­do­bień­stwem zało­żyć, że nadejdą. - Cla­vain nalał sobie szklankę wody.

- Więc niech pan z nami wróci. Jeśli w kap­sule jest Remon­to­ire, to prze­cież spo­dziewa się zoba­czyć pana, gdy go wydo­sta­niemy.

- Ma rację - poparł go Scor­pio. - Jesteś nam potrzebny, Nevil. Chciał­bym, żebyś wyra­ził zgodę na otwar­cie kap­suły.

Cla­vain mil­czał. Wiatr znów łomo­tał linami. Świa­tło w namio­cie zmęt­niało, gdy Słońce Jasne zacho­dziło za hory­zon­tem. Scor­pio czuł, że opu­ściła go ener­gia. Ostat­nio czę­sto mu się to zda­rzało o zacho­dzie. Wcale mu się nie uśmie­chała podróż powrotna, spo­dzie­wał się, że morze będzie bar­dziej wzbu­rzone niż poprzed­nio.

- Jeśli wrócę... - zaczął Cla­vain i zamilkł. Upił łyk wody, obli­zał wargi. - Jeśli wrócę z wami, to niczego nie zmieni. Jestem tu z pew­nego powodu i ten powód na­dal pozo­staje zasadny. Zamie­rzam powró­cić tutaj, kiedy sprawa kap­suły zosta­nie zała­twiona.

- Rozu­miem - rzekł Scor­pio, choć nie takiej odpo­wie­dzi ocze­ki­wał.

- To dobrze, bo mówię poważ­nie.

- Ale wró­cisz razem z nami i będziesz nad­zo­ro­wał otwar­cie kap­suły?

- Tak. Ale tylko to.

- Ludzie cię potrze­bują, Cla­vain. To może być trudne, ale nie uchy­laj się od odpo­wie­dzial­no­ści po tym wszyst­kim, co dla nas zro­bi­łeś.

Cla­vain ode­pchnął szklankę z wodą.

- Po tym, co dla was zro­bi­łem? Po tym, jak wplą­ta­łem was w wojnę, znisz­czy­łem wam życie i cią­gną­łem was przez kosmos do tej żało­snej kosz­mar­nej dziury? Nie potrze­buję od nikogo podzię­ko­wań. Potrzebne mi zmi­ło­wa­nie i prze­ba­cze­nie.

- A jed­nak ludzie uwa­żają, że wiele ci zawdzię­czają. Wszy­scy.

- To racja - potwier­dził Vasko.

Cla­vain wysu­nął szu­fladę ze skła­da­nego biurka i wyjął skła­dane lustro. Pory­so­wane i zamglone, musiało być bar­dzo stare.

- A więc wra­casz z nami? - nale­gał Scor­pio.

- Może jestem stary i zmę­czony, ale od czasu do czasu coś potrafi mnie zasko­czyć. Moje dale­ko­siężne plany się nie zmie­niły, ale przy­znaję, że bar­dzo chciał­bym wie­dzieć, kto jest w kap­sule.

- Dobrze. Odpły­niemy, jak tylko spa­ku­jesz potrzebne rze­czy.

Cla­vain coś burk­nął w odpo­wie­dzi. Spoj­rzał na swoje odbi­cie, a potem z zaska­ku­jącą gwał­tow­no­ścią odwró­cił wzrok od lustra.

Cho­dzi o oczy, pomy­ślał Scor­pio. Po raz pierw­szy od mie­sięcy Cla­vain zoba­czył swoje oczy i ten widok mu się nie spodo­bał.

- Nie­źle ich wystra­szę - powie­dział Cla­vain.

107 Piscium, 2615

Quaiche uło­żył się wzdłuż ska­fan­dra orna­men­to­wa­nego. Jak zwy­kle po poby­cie w trum­nie hamo­wa­nia wszystko go bolało, a mię­śnie szep­tały mózgowi mono­tonną lita­nię żalów. Tym razem pra­wie nie zauwa­żał dole­gli­wo­ści. Jego umysł był zajęty czymś innym.

- Mor­wenno, sły­szysz mnie? Obu­dzi­łaś się?

- Jestem tu, Hor­ris. - Miała zaspany głos. - Co się stało?

- Dotar­li­śmy. Sta­tek zawiózł nas na sie­dem jed­no­stek astro­no­micz­nych od lokal­nego słońca, w pobliże głów­nego gazo­wego giganta. Prze­sze­dłem na dziób, żeby spraw­dzić stan rze­czy. Widok z kok­pitu jest naprawdę nie­zły. Żałuję, że cię tam ze mną nie było.

- Ja też.

- Widzia­łem w atmos­fe­rze wzorce burzowe, bły­ska­wice... księ­życe... wszystko. Cho­lerne wspa­nia­ło­ści.

- Hor­ris, jesteś czymś pod­eks­cy­to­wany.

- Tak?

- Sły­szę to w twoim gło­sie. Zna­la­złeś coś, prawda?

Tak roz­pacz­li­wie pra­gnął dotknąć ska­fan­dra, gła­skać jego meta­lową powłokę i wyobra­żać sobie, że pie­ści pal­cami Mor­wennę.

- Nie wiem, co dokład­nie zna­la­złem, ale uwa­żam, że powin­ni­śmy tu zostać i przy­naj­mniej dobrze się rozej­rzeć.

- Nie­wiele mi to mówi.

- Wokół Hal­dory krąży wielki, pokryty lodem księ­życ - powie­dział.

- Jakiej Hal­dory?

- Wokół gazo­wego giganta - wyja­śnił szybko. - Tak go nazwa­łem.

- Czyli kaza­łeś stat­kowi przy­dzie­lić losowo jakąś nazwę z wol­nych pozy­cji w tabli­cach nomen­kla­tu­ro­wych.

- No tak. - Quaiche uśmiech­nął się. - Ale nie zaak­cep­to­wa­łem jego pierw­szej pro­po­zy­cji. Wyra­zi­łem w tej spra­wie opi­nię, choć dość słabo. Nie sądzisz, że Hal­dora ma przy­jemne kla­syczne brzmie­nie? Z języka norse czy coś takiego. Zresztą to nie ma zna­cze­nia.

- A księ­życ?

- Hela - odparł Quaiche. - Oczy­wi­ście nada­łem nazwy wszyst­kim księ­ży­com, ale teraz tylko Hela nas naprawdę inte­re­suje. Nazwa­łem nawet pewne główne punkty topo­gra­ficzne na Heli.

- Dla­czego zależy nam na lodo­wym księ­życu?

- Ponie­waż coś na nim jest. Powin­ni­śmy się temu bli­żej przyj­rzeć.

- Co zna­la­złeś, kocha­nie?

- Most - odparł Quaiche. - Most przez roz­pa­dlinę. Most, któ­rego nie powinno tam być.

***

Domina węszyła i prze­dzie­rała się ku gazo­wemu gigan­towi, Hal­do­rze, nazwa­nemu tak przez jej pana. Wszyst­kie sen­sory sta­tek nasta­wił na mak­sy­malną czu­łość. Znał nie­bez­pie­czeń­stwa prze­strzeni lokal­nej, pułapki, w które ktoś nie­ostrożny mógłby wpaść w prze­sy­co­nej pro­mie­nio­wa­niem, zawa­lo­nej pyłem eklip­tyce typo­wego układu sło­necz­nego. Sta­tek prze­wi­dy­wał impakty, cze­ka­jąc na nad­cho­dzące odłamki, które miały zawa­dzić o zewnętrzną kra­wędź bańki radaru anty­ko­li­zyj­nego. W każ­dej sekun­dzie ana­li­zo­wał miliardy sce­na­riu­szy kry­zysu, prze­glą­da­jąc warianty uniku, by zna­leźć cia­sną wiązkę roz­wią­zań dopusz­czal­nych, dzięki któ­rym wyprze­dzi zagro­że­nie, nie miaż­dżąc przy tym osta­tecz­nie swo­jego pana. Od czasu do czasu dla zabawy kre­ślił stra­te­gie uni­ka­nia wie­lo­krot­nych rów­no­cze­snych koli­zji, choć wie­dział, że wszech­świat musiałby przejść przez nie­praw­do­po­dobną liczbę cykli kolapsu i ponow­nych naro­dzin, nim zaist­nia­łaby szansa wystą­pie­nia takiego nie­zwy­kłego zbiegu wyda­rzeń.

Z iden­tyczną sta­ran­no­ścią sta­tek obser­wo­wał gwiazdę układu. Wypa­try­wał nie­sta­bil­nych pro­tu­be­ran­cji lub zacząt­ko­wych roz­bły­sków i, na wypa­dek gdyby wystą­piło takie zja­wi­sko, zasta­na­wiał się, za które pobli­skie ciało umknąć dla ochrony. Stale prze­cze­sy­wał lokalną prze­strzeń, spraw­dza­jąc, czy nie ma zagro­że­nia ze strony sztucz­nych obiek­tów, jakie mogli pozo­sta­wić ewen­tu­alni wcze­śniejsi eks­plo­ra­to­rzy - na przy­kład inten­sywne pola zakłó­ca­jące, błą­dzące miny, przy­cza­jone drony sztur­mowe - oraz spraw­dzał stan swo­ich środ­ków odpie­ra­ją­cych, sku­pio­nych w brzu­chu statku, skąd mogły zostać bły­ska­wicz­nie wypro­wa­dzone do ataku. Sta­tek sekret­nie pra­gnął, by pew­nego dnia, wyko­nu­jąc swe zada­nie, miał oka­zję użyć tych śmier­cio­no­śnych narzę­dzi.

Dla­tego chmara pomoc­ni­czych stat­ko­wych podo­sób upew­niała się, że - choć wystą­pie­nie nie­bez­pie­czeń­stwa było dość praw­do­po­dobne - zro­biono wszystko, co należy.

Nagle stało się coś, co zmu­siło sta­tek do chwili namy­słu, ujaw­nia­jąc szcze­linę w zbroi trium­fal­nej goto­wo­ści.

W ułamku sekundy zaszło nie­wy­tłu­ma­czalne zja­wi­sko.

Ano­ma­lia czuj­ni­ków. Rów­no­cze­sna czkawka we wszyst­kich sen­so­rach, które aku­rat obser­wo­wały Hal­dorę. Czkawka - jakby gazowy gigant po pro­stu znik­nął.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki