Czy wiecie co to jest cierpieć? Co to jest wić się w konwulsyach
bólu? Co to jest powtarzać sobie w duszy i ustami: bez rady! bez
rady?!... Czy wiecie, co to jest położenie bez wyjścia, starajcie
się to zrozumieć: położenie bez wyjścia... starajcie się to
zrozumieć, wniknąć w to zdanie. Nie tak, jak się mówi sto razy na
dzień, ale wniknijcie w to. Tkacz, który nie ma majątku, który
czuje, że ślepnie, który utrzymuje rodzinę z pracy - oto jest
sytuacya bez wyjścia... Cóż on może zrobić? Zabić siebie - i nie wiedzieć o niczem... Cóż on może zrobić? Zabić siebie i swoją rodzinę... Tak jest! I ja tak mogę zrobić! Zabić siebie i ją! Mogę tak zrobić
- zabić siebie i ją... Siebie i ją... Albo tylko siebie... Albo - albo tylko ją... Przeklęta! Ona! Ona i Ona! Czyż życie nie ma nic, nic, nic, tylko
kobietę?! Życie ma oceany życia poza kobietą, a jednak - a jednak
my żyjemy przez kobiety... Czy kobieta jest człowiekiem? Czy jest dodatkiem do człowieka? Czy
jest tem, czem jest człowiek mężczyzna? Czy jednakowo żyją kobiety
przez mężczyzn, jak mężczyźni przez kobiety? Czy kobieta nie jest
czemś innem, czemś innem? Czy jej konstrukcya moralna nie jest
błędem stworzenia, nie jest błędem natury, jak konstrukcya naszego
ciała, tak licha? Czy właśnie nie to jest tragedyą życia, tak
częstą tragedyą, że kobieta jest czemś innem?... A zawsze Ona!
Wszędzie i zawsze Ona! Jak gdyby życie nie miało całego oceanu
życia poza nią, jak gdyby Ona była życiem życia... A jeśli jest... Nie cierpię jej! Nienawidzę jej! Nienawidziłem jej zawsze,
nienawidzieć jej będę do końca! Cała moja duma męzka, wszystko, co
we mnie jest, buntuje się przeciw niej i popycha mnie do tej
nienawiści i utwierdza mię w tem niecierpieniu... Ja nie mogę żyć bez Niej!... Nie mogę! Nie mogę żyć bez kobiety... Widzicie! Mogę się zabić, mogę sobie wyłupić oczy, mogę sobie
przebić język, mogę się zagłodzić, mogę się rzucić z mostu, mogę ze
sobą zrobić wszystko, co chcę i jak chcę, a żyć bez kobiety - nie
mogę. Jestem swoim panem, absolutnym swoim panem, ale to, że nie mogę
bez niej żyć, to jest państwem nad państwem mojem, to jest panem
nademną. Nie mogę... I wy nie możecie i my wszyscy nie możemy - ale ja nie mogę także
żyć z nią. Także nie mogę. Wyobraźcie sobie tkacza, który nie ma majątku, który utrzymuje
swoją rodzinę i który ślepnie - wyobraźcie to sobie i zrozumcie
położenie bez wyjścia. Bo ja z nią nie mogę żyć... I bez niej także nie. I jedno mam
tylko wyjście: zabić ją i siebie... Bo ja bez niej nie mogę żyć,
nie mógłbym... Nie! Nie! Jezus Marya! Nie!!! Co za straszny krzyk! Zdaje mi się, że rozdarłem powietrze tym
krzykiem, jak w sklepie rozdzierają materye jedwabne, zdaje mi się,
że rozdarłem nim niebo, jak lew psa - czy nie runęły wieże
miejskie? czy nie obaliłem wszystkich drzew?... A jednak nie - ja nie krzyknąłem wcale - ona tam śpi, nie obudziła
się, śpi tam za firanką w drugim pokoju. O Chryste! To tylko w
mojej duszy był ten krzyk, ten krzyk czerwony, ten krzyk
straszny... Tak czerwony on był - jak wybuch krwi wlał mi się w
duszę czerwonym szmatem, czerwonym strumieniem. Straszny to był
krzyk. Zdaje mi się, że wszystkie matki, którymby wydzierano płód z
wnętrzności, nie mogłyby krzyknąć przeraźliwiej. A jednak
krzyknęłyby za siebie i za dzieci swoje - i za mężów swoich... Ha! ha! i za mężów... O Boże, jakże jestem opętany - wszakże są
takie, które ich kochają. Bo nawet - i Marynia mnie kochała... Czyż nie tuliła się do mnie?
Czyż mnie nie całowała? Czyż nie oddała mi się nieprzytomna,
szalona, oślepła w owej nocy poślubnej? Czyż nie miałem pod ustami
jej ust rozchylonych, drgających czyż nie patrzałem w jej zamknięte
oczy, które wszystko mówiły tem, że nic mówić nie mogły? Czyż nie
czułem jej piersi pod piersiami memi? Czyż nie rzucała mi się na
szyję, nimeśmy się pobrali? Czyż nie była moją do szpiku, do kości,
do rdzenia? Czyż... Ach! Czyż ona nie jest czem innem - czy to, co mnie się zdawało
jej czuciem, było i jej czuciem, i jej? Czy zmysły mężczyzny mogą
odczuć kobietę? Czy nie jest to dla nich tak trudne, jak trudnoby
np. było roślinie odczuć i pojąć kamień, albo kamieniowi naturę
światła? Czy proces naszego wspólnego myślenia jest taki sam jak proces
naszego trawienia, lub umierania? Czy nie jesteśmy do siebie tak
podobni zewnętrznie, jak brylant z dyamentu i brylant ze szkła,
albo liść sztuczny i liść prawdziwy, a wewnątrz tak różni, jak ich
składniki organiczne? Czy to, co ja nazywam "ja", to samo także
nazywa kobieta? Czy to, co ja nazywam miłością, to samo także
nazywa ona? Czy my nie jesteśmy tak różni, jak dwie farby
jednakowego koloru, z których na prawdziwą np. nie działa woda,
rozpuszczająca sztuczną, gdy prawdziwą niweczy zimno, które na
sztuczną nie działa, a jednak kolor jest ten sam, niebieski,
różowy, albo fioletowy? Czy - czy jednem słowem, ja nie rozbijam
się o kobietę, jak woda o skałę, które się nigdy nie zleją w jedno,
nie sharmonizują, nie zdźwięczą we wspólną jedność, a kobieta o
mnie, jak wiatr o wodę, którą może porwać, zamącić, wzburzyć, ale
której nigdy nie może zniweczyć w swej istocie? Tak, tak - my się
kochamy, my się pragniemy i szukamy siebie - ale jesteśmy sobie
żywiołowo obcy, elementarnie psychicznie obcy, zlewamy się, jak
rzeki z morzem, ale nigdy nie jesteśmy ogniem, który jest jeden, z
czegokolwiek powstał. I to oprócz nędzy i śmierci bywa największą
tragedyą w życiu. Bo zaiste! Nędza, Śmierć i Miłość, to są te trzy bachantki świata,
które najstraszliwszą wyprawiają orgię. Widzę je, gdybym był
malarzem, odtworzyłbym je w tej chwili... Woskowa nędza o ptasich
oczach i ptasiej twarzy, kościana śmierć, szkielet nagi, tańczący
po kwiatach i zbożu i ta Astarte, dławiąca gardła, dzika, chciwa,
pragnąca, nienasycona. A pod tem wszystkiem ziemia, świat - przeszedł po nim Mojżesz,
przeszedł po nim Budda, przeszli po nim mędrcy - i czemże oni są
wobec Nędzy, Śmierci i Miłości...
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.