327 maja 2018
Stefania Rawecka, ubrana w czarną spódniczkę i białą bluzkę, patrzyła na księdza Jana Radlicza z tajemniczym uśmiechem. Lewa strona jej twarzy, podświetlona delikatnie rozproszoną smugą popołudniowego słońca, była nieco jaśniejsza. Prawa pozostawała w cieniu. Ale ten cień nie przeszkadzał, aby światło dotarło do oczu i błyszczało w ich źrenicach.
Zdjęcie było tak małe, że mieściło się wewnątrz otwartej dłoni księdza. Na ocienionym policzku rudowłosej dziewczynki, podobnie jak na tym oświetlonym, widoczne były wszystkie szczegóły, a nade wszystko uroczy dołeczek i charakterystyczne piegi. Tego dnia wiał delikatny wiatr, co było widoczne na zdjęciu. Spódnica z lewej strony uniosła się nieco wyżej, odsłaniając białe pończochy.
- Dwa dni wcześniej skończyła czternaście lat - poinformował brat Stefanii. - Dokładnie dziewiątego maja czterdziestego ósmego roku. Trzecia rocznica zwycięstwa nad Hitlerem. To było wtedy wielkie święto. A dziś... - zachichotał - dziś dziewiątego maja tylko Sowieci w Moskwie obchodzą.
- To pana ojciec zrobił to zdjęcie?
- A kto? - Chyba uznał pytanie księdza za prowokację, bo w jego głosie dało się wyczuć agresję. - W parku Staszica... - dodał i westchnął.
Po czym odwrócił się i zaczął chodzić.
- W przeddzień... - dodał po kilku krokach.
Ksiądz słyszał, jak chodzi po skrzypiącej podłodze pokrytej warstwą kurzu w butach na skórzanym podbiciu.
- W przeddzień bierzmowania?
- Po drugiej stronie jest data. - Głos Raweckiego złagodniał.
Ksiądz Jan odwrócił zdjęcie w otoczce dwumilimetrowego marginesu bieli zwieńczonego drobniutkimi ząbkami. Na rewersie zapisano piórem: 11 maja 1948.
- Mam podobne. Też z tego samego dnia - wahał się przez chwilę. - Dostałem od Basi.
- Basi? - Młodszy brat Stefy zatrzymał się raptownie, jakby go o coś podejrzewał.
- Basi Kaniewskiej.
- To się zgadza. Tego dnia miały sesję w parku. Mieszkaliśmy obok. Wtedy. Dopiero potem...
Ksiądz obserwował oddalającą się sylwetkę starego mężczyzny w jasnej kurtce. Witold Rawecki mimo swoich lat wciąż trzymał się prosto.
- Nie jestem pewien... - Zaczął wymachiwać dłonią o jasnej skórze pokrytej siecią piegów. - Nie jestem tego pewien... - powtórzył.
Wyglądało to tak, jakby ruch dłoni miał mu pomóc przywołać obrazy z bardzo odległej przeszłości...
- To było chyba osiem lat po tym, jak to się stało...
- Zapiszę naszą rozmowę. - Ksiądz włączył nagrywanie. - Mogę?
Rawecki, mijając studyjny aparat fotograficzny na drewnianym statywie pamiętający lata pięćdziesiąte, wyraził zgodę ponownym machnięciem ręką.
- Ojcu udało się kupić ten lokal. I przenieść tu zakład fotograficzny. A my, to znaczy mama, Stefa i ja, mieszkaliśmy już wtedy w kamienicy na Kopernika.
Podszedł do jednego z żarowych reflektorów i go włączył. Po chwili snop żółtego światła, w którym konwulsyjnie drgały drobinki kurzu, oświetlił rząd szafek ze sprzętem fotograficznym. Otworzył jedną z nich i czegoś w niej szukał.
- Nie było w mieście lepszego miejsca. Blisko katedra. Duży ruch... - przerwał, bo wyjął z szafki małoobrazkowy aparat. - Przedwojenna leica. Ten Niemiec, który miał to atelier od lat dwudziestych, dużo sprzętu zostawił. Pan Jałoszyński to wszystko po nim przejął, jak Niemiec po wojnie z Łodzi uciekł, ale niedługo się tym cieszył. Na co umarł? Chyba coś z sercem... - Leica nie była tym, czego szukał, więc ulokował ją z powrotem w szafce, po czym się zawahał: - Może ksiądz ją chce?
- Dziękuję. Mam aparat w telefonie. Bardzo duża rozdzielczość. Ponad dwadzieścia milionów pikseli...
- Nie musi się ksiądz tłumaczyć - przerwał i ostatecznie ulokował leicę w szafce. - W tamtych czasach to była żyła złota...
- Nie bardzo rozumiem.
- Mówię o lokalizacji atelier.
- Ach, tak... - Wreszcie to dotarło do księdza Jana.
- Tu jesteś.
Rawecki nareszcie znalazł to, czego szukał, i powoli wrócił po skrzypiącej podłodze.
- Ma ją na zdjęciu.
Popukał palcem w środek fotografii ze Stefanią. Na jej szyi widoczny był cienki skórzany pasek zwieńczony otwartym futerałem z aparatem fotograficznym, który wisiał na wysokości brzucha.
- To ta exakta - stwierdził, wręczając księdzu małoobrazkowy aparat.
Ksiądz Jan popatrzył na exaktę, którą trzymał w dłoni, a potem na aparat utrwalony na czarno-białym zdjęciu razem ze Stefą. Nie miał absolutnej pewności, że to ta sama. Dla pewności przydałoby się duże powiększenie fotografii zrobionej w parku. I obejrzenie szczegółów pod lupą. To, co wydaje się takie samo, często wcale takie nie jest. Doskonale znał to z doświadczenia.
- Dostała od ojca z okazji bierzmowania. Kupił ją w Foto-optyce na talon. Inaczej nie można było tego cacuszka dostać.
Obserwował twarz księdza i zrozumiał, że ten mu nie ufa.
- Niech ksiądz powącha. - Wziął do ręki aparat, otworzył pokrywę i podsunął exaktę księdzu pod nos. - I co ksiądz czuje?
- Zapach wilgoci.
- Teraz mi ksiądz wierzy?
Czekał tak długo, aż ksiądz potwierdził kiwnięciem głowy.
- Wtedy też ją miała?
Brat Stefanii kiwnął głową. Był znacznie niższy. Ksiądz Jan widział na jego głowie pasma przerzedzonych włosów. Mimo podeszłego wieku wciąż rudych. Do tego piegi licznie rozsiane na placach łysiny.
- Stefa od dziecka kochała fotografię. Ja odwrotnie. Nie znosiłem jej. I tego zapachu. - Gwałtownie otworzył drzwi do ciemni. - Czuje ksiądz? On tu wciąż jest.
Ksiądz przez chwilę wąchał. W powietrzu unosił się zapach chemii. Wywoływacze, utrwalacze, formalina.
- Tego zapachu nie da się zlikwidować - zawahał się. - Może gdyby okna nie zostały zamurowane i zrobiłoby się przeciąg? - Świsnął ustami, imitując nagły powiew przeciągu, i zatrzasnął drzwi. - Może wtedy?
Pytanie zostało bez odpowiedzi.
- Wszystko tu jest tak jak w dniu śmierci ojca - poinformował Rawecki.
- Kiedy zmarł?
- W osiemdziesiątym dziewiątym. Szczęście miał. Nie dożył tej, za przeproszeniem, rewolucji technologicznej. Teraz już nikt takich nie używa. Wszędzie cyfra.
Ksiądz uśmiechnął się. Przez uprzejmość. Ale też, bo nie chciał swojego rozmówcy urazić. Rozumiał, że musi być wyrozumiały, aby osiągnąć cel. Nie może chodzić na skróty. Niczego przyspieszać, przerywać wynurzeń. Choć nie po te wynurzenia tu przyszedł.
- Wie ksiądz, czytałem w internecie, że we Francji rodzice syna, który zginął podczas pierwszej wojny światowej ... - Wyjął paczkę papierosów. Jednego wsunął w usta. - Ksiądz pali?
Ksiądz Jan zaprzeczył, gdy brat Stefanii zapalał papierosa zapalniczką.
- No więc ci ludzie sprzedali swój dom. Pod warunkiem że nic nie można zmieniać w jednym pokoju. Zawarli ten punkt w umowie. Po stu latach następni właściciele, chyba już - zastanowił się - trzeci z kolei, zajrzeli do zamkniętego pokoju. I co się okazało?
Ksiądz Jan nie wiedział.
- Wszystko było tak jak w tysiąc dziewięćset czternastym. Bo to był pokój tego syna, który zginął. Podobno zapis ma obowiązywać przez pięćset lat. Wyobraża sobie to ksiądz? Ja też zrobię taki zapis. Wszystko tu ma pozostać nietknięte przez pięćset lat.
Wybuchnął śmiechem i zakrztusił się dymem. Ksiądz czekał, aż przestanie kaszleć.
- Stefa tak kochała fotografować, że chciała zdawać do Szkoły Filmowej. Otworzyli ją wtedy. Na Wydział Operatorski. Była w siódmej klasie, a już wiedziała, kim chce być. Ja też wiedziałem. W operetce chciałem śpiewać. I śpiewałem: "Brunetki, blondynki, ja wszystkie was dziewczynki, całować chcę"... - Przerwał występ z powodu chrypy. - Słyszy ksiądz? Struny głosowe mi wysiadły. Nerwy... Gówno nerwy. Za dużo piłem. I paliłem... - Gwałtownie zgasił papierosa i wrzucił niedopałek do metalowego pojemnika na śmieci.
- Wtedy też ją miała? - Limit czasu na intymne wynurzenia się wyczerpał i ksiądz Jan, pokazując exaktę, wrócił do sedna wizyty.
- Mówiłem to księdzu. I to, że do ostatniej chwili robiła zdjęcia. - Wskazał palcem. - Tą exaktą.
- Ja właśnie...
- Doskonale wiem, po co ksiądz tu jest. - Odebrał księdzu aparat. - Nie pozwoliła jej otworzyć. Ojciec potem też nie chciał. Aż wreszcie otworzył... - westchnął. - To się stało kilka miesięcy po jej śmierci... - Brat Stefanii gwałtownie zamknął exaktę.
- I wywołał film - podpowiedział ksiądz Jan.
- I wywołał film.
- Pan mnie zapewniał, że znalazł ten negatyw.
- Bo znalazłem.
- Gdzie jest?
- Był w jednym z tych pudełek...- Odsłonił czarną kotarę z pluszu ze zgrzytem, bo wisiała na metalowych kółkach przytwierdzonych do ramy w suficie, wyzwalając kolejne obłoki kurzu, i wskazał na pulpit.
- Był?
- Jest. Nie pamiętam w którym.
Obaj podeszli do pulpitu. Leżały na nim metalowe pudełka. Służyły do przechowywania trzydziestopięciomilimetrowych negatywów. Wcześniej zostały wyjęte z szafek. Ich długi rząd z pootwieranymi drzwiczkami w szarym kolorze wisiał nad pulpitem.
- Albo w jednym z tych albumów z negatywami.
Pochylił się. Z szuflad pod pulpitem wyjął pożółkłe albumy z negatywami i rzucił na pulpit. Powstała bezładna sterta.
- Te już przejrzałem. - Wskazał pudełka. - Może razem poszukamy? - zaproponował. - Wtedy szybciej znajdziemy.
Kolejno otwierali pudełka. Nie było w nich negatywu z topieli. Potem strona po stronie przejrzeli klasery z pociętymi negatywami. W każdej przegrodzie było sześć klatek. Oglądali pod lupą, klatka po klatce.
- Mam go - szepnął brat Stefy. - Tylko ostrożnie. Dla mojego ojca był jak relikwia - ostrzegł, wręczając pierwszych sześć klatek pociętego negatywu, który wyjął z pożółkłego albumu.
"To było starannie wyreżyserowane - podpowiedział księdzu Janowi wewnętrzny głos. - On na pewno wiedział, że znajdzie negatyw w tym albumie".
A potem usłyszał bicie serca. Było tak głośne, że zagłuszyło głos. To biło jego własne serce. Do tego doszło pulsowanie krwi w żyłach nabrzmiałych na skroniach. Bał się wylewu. Był pod stałą kontrolą kardiologa i chirurga naczyniowego. Poza migotaniem zastawek i problemem z płytkami krwi ostatnio pojawiło się podwyższone ciśnienie. Sięgało stu osiemdziesięciu. Teraz na pewno było wyższe. Mimo to, przeglądając kolejne klatki, próbował zapanować nad emocjami. I choć obrazki na kolejnych klatkach były nierozpoznawalne, bo z negatywu spłynęła emulsja, wierzył, że stanie się cud i znajdzie choć jedną nieuszkodzoną klatkę, która posłuży za dowód.
- Tu nic nie ma... - poddał się.
- No, nie ma - przyznał brat Stefanii. - Proszę teraz to obejrzeć....
Pod lupą oglądał kolejne klatki. Efekt był podobny. Została ostatnia, szósta klatka. Tu obrazek nie spłynął. Był rozpoznawalny.
- Dlaczego właśnie z tej klatki emulsja nie spłynęła?
Brat Stefy tego nie wiedział, dlatego wzruszył ramionami.
- Przecież cały negatyw był w wodzie.
- Może dlatego, że to zdjęcie zostało wcześniej zrobione. I nie może być dowodem w sprawie beatyfikacji Joanny - wyjaśnił Rawecki.
Ksiądz Jan ponownie obejrzał pod lupą ostatnią klatkę negatywu. Była na niej dziewczynka sfotografowana od strony jeziora. Stała na molo.
- Basia - szepnął.
- Tak, to Barbara Kaniewska - potwierdził brat Stefanii. - Może ponownie powinien się ksiądz z nią skontaktować i pokazać jej to zdjęcie?
Ksiądz Jan nie po to przyszedł na spotkanie, żeby mówić o szczegółach prowadzonego śledztwa. I zdradzać, kim jest dla niego Basia, oraz wyjaśniać, dlaczego nie można się z nią skontaktować.
- Ojciec próbował zrobić z nich odbitki? - Pominął wątek Basi. - Może na powiększeniach coś widać? - Przypomniał sobie sceny z filmu Antonioniego Powiększenie.
Brat Stefanii pokręcił głową.
- A może pan je zrobił?
Brat Stefanii ponownie pokręcił głową.
- No tak, przecież pan nie cierpi fotografii.
- Coś jednak zrobiłem...
- Co?
- Rok? Może dwa lata temu...
- Ale co pan zrobił?
- Dałem je wszystkie do zeskanowania. - Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyjął płytkę w białej kopercie.
- Oglądał je pan?
- Nie. - Wręczył księdzu płytkę. - Niech ksiądz ją weźmie i u siebie obejrzy. Tu nie ma na czym.
- Jest na czym.
Ksiądz Jan z czarnej skórzanej aktówki wyjął laptop z czternastocalowym ekranem. Włączył, a potem umieścił w nim płytkę.
- Może ksiądz jednak zapali? - Rawecki znowu podsunął paczkę z papierosami. - Jednego.
Ksiądz Jan nie odmówił. I oczekując na pojawienie się pierwszego obrazka ze skanu, obaj zapalili camele.
- Gdyby ojciec nas zobaczył... - Brat Stefanii zachichotał. - Tu nie wolno było palić. Raz mnie przyłapał z papierosem i tak się wściekł...
- Jest!
Na ekranie laptopa pojawił się skan pierwszej klatki filmu. A potem następne. Same rozmazane plamy. Nic, co mogło być dowodem w sprawie beatyfikacji Joanny. Tylko ostatnia klatka, ta z Basią Kaniewską na molo, była na tyle czytelna, że harcerkę dało się rozpoznać.
- Basia na pewno wszystko widziała - podpowiedział brat Stefanii.
Ksiądz Jan starł z czoła strumyczki potu wypływające spod kapelusza. Tyle nadziei pokładał w tym filmie. I nic. Znowu był w punkcie wyjścia.
- Mówię, że Basia na pewno wszystko widziała.
- Tak... - Ksiądz ponownie wytarł pot z czoła, tym razem chusteczką. - Od dawna próbuję się z nią skontaktować...
- Odmawia?
- Mhm... - Nie zamierzał wyjaśniać, że Basia Kaniewska, jego przyrodnia siostra, cierpi na chorobę Alzheimera i kontakt z nią od lat jest praktycznie niemożliwy.
- Podaje powód?
Ksiądz Jan zaprzeczył.
- Boi się.
- Czego? - zapytał ksiądz z zaskoczeniem. - Czego się boi?
- Wspomnień. - Dla Raweckiego było to tak oczywiste, że się zdziwił, jak można tego nie wiedzieć. - Wie ksiądz, że Stefa nigdy o tym nie mówiła.
Ksiądz Jan obserwował Raweckiego z uwagą w nadziei, że dowie się czegoś ważnego.
- I że potem nie zrobiła ani jednego zdjęcia? - Westchnął. - A tak kochała fotografię...
- Może prowadziła pamiętnik? - Ksiądz Jan chwycił się ostatniej szansy, bo wciąż miał niejasne przeczucie, że Rawecki wie znacznie więcej i wciąż nie mówi mu całej prawdy.
- Pewnie tak. One wtedy wszystkie miały pamiętniki. Jak go odnajdę, to księdza zawiadomię - powiedział, kończąc rozmowę.
Intuicja, że rudzielec nie mówi całej prawdy, nie zawiodła księdza Jana, bo gdy tylko ten opuścił nieczynne od lat Foto Atelier, brat Stefanii wsiadł do stojącego na podwórzu samochodu, a następnie przejechał siedemnaście kilometrów, aby dotrzeć do letniskowej wsi Justynów. Tu zostawił auto na rozmiękłym podjeździe, bo wciąż padało, przed dawnym domem Obiedzińskich. Następnie włożył pelerynę z kapturem, otworzył bagażnik, z którego wyjął dwie wędki, i okrążając staw, dotarł do drewnianej kładki prowadzącej na małą wyspę. Tu miało swoją bazę Towarzystwo Wędkarskie "Marysin". Członkom towarzystwa przysługiwały stałe stanowiska przy drewnianym podeście. Jedno z nich było zajęte przez Józefa Szumskiego. Ten niemal dziewięćdziesięcioczteroletni mężczyzna, który nadal świetnie się trzymał, bo jak twierdził, przez całe życie pracował w plenerze, siedział na rozkładanym krześle i obserwował spławik, który wciąż tańczył po powierzchni wody pokrytej grubą rzęsą.
- I tak jest od kwadransa, kurwa... - syknął, bo staremu śledczemu z pionu kryminalnego w dawnej Milicji Obywatelskiej z trudem przychodziło formułowanie zdań bez tego słowa posiłkowego. - Chciałabym i boję się - zachichotał.
Witold Rawecki zajął miejsce na sąsiednim foteliku i sięgnął do wypełnionego piaskiem słoika po dżdżownicę.
- Wyznaczyli postulatora.
- O czym ty, kurwa, mówisz?
- O tym... - brat Stefanii powoli nadział robaka na haczyk - że Kościół postanowił z Joanny zrobić świętą. - Zamachnął się i zarzucił wędkę.
Ledwie spławik pojawił się na powierzchni stawu, Szumski zaczął kasłać. Jego astmatyczne ataki kaszlu były nie do opanowania. Próbował go stłumić dłonią, ale to nic nie dało. Wprost przeciwnie. Zawsze wtedy, żeby nie płoszyć ryb, podrywał się z fotela i biegł w głąb wyspy. Tak zrobił i teraz. Wyspa nie była rozległa. Dwadzieścia? Może dwadzieścia pięć metrów. Ale to wystarczało, aby wysokie olchy, niczym rząd parawanów, nieco stłumiły ten dychawiczny charkot.
Stał na skraju wyspy wtulony w gruby pień olchy, co chwilę odrywając od niego plecy i ponownie przywierając, i cały dygotał. Miał wrażenie, że wraz z nim drży całe drzewo. Z mokrych gałęzi i liści obficie ciekły grube krople wody, spływając po jego kapturze i bębniąc po ramionach okrytych peleryną. Po dwóch minutach udało mu się zapanować nad rzężącym oddechem. Kaszel powoli słabł. Teraz tylko od czasu do czasu, kiedy wydawało się, że już ostatecznie wygasł, nagle wybuchał, dudniąc jak z głębi studni. Wreszcie umilkł. Wtedy wróciło tamto wspomnienie z 15 lipca 1948 roku, kiedy w środku nocy w jego mieszkaniu przy ulicy Narutowicza zadzwonił telefon.
Towarzysz Loga-Sowiński wezwał go do Komitetu Wojewódzkiego PPR przy placu Komuny Paryskiej. Tam dostał polecenie. Przyszło ze stolicy. Od samego premiera Józefa Cyrankiewicza. Wiedział, co to znaczy. Sprawcy mają być schwytani, postawieni przed sądem i przykładnie ukarani, a ciała ofiar przewiezione do Łodzi. Tu miała się odbyć ceremonia pogrzebowa rangi państwowej, taka, jakiej miasto jeszcze nie widziało. Dlatego już o świcie siedział w pobiedzie oddelegowanej z komitetu wraz z kierowcą. I czekał, aż wszyscy rodzice, którzy jadą nad jezioro Gardno, aby rozpoznać ciała córek, wsiądą do fiata 666N. Ten sam autobus zawiózł harcerki na obóz. Teraz miały nim wrócić. Na szczęście nikt z rodziców nie zemdlał i wsiadanie odbyło się bez zakłóceń. Najgorsze miało dopiero nastąpić. Spojrzał na zegarek. Było dziesięć po ósmej, gdy autobus ruszył spod gmachu szkoły Czapczyńskich, w której uczyły się wszystkie harcerki. Po minucie oni też ruszyli. Kiedy dojechali do ulicy Kilińskiego, znowu przeniósł się do 2018 roku. I postanowił wrócić na pomost.
Tu Rawecki udawał, że nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego, nadal siedział na swoim foteliku i obserwował spławiki.
- Dziś nie biorą - poinformował Szumskiego, gdy ten opadł na fotel.
- Zaczęło się - szepnął Szumski i sięgnął do swojej torby. - Zaczęło się, kurwa - dodał, po czym wyjął zębami korek z ćwierćlitrowej butelki czystej.
Wypił porządny łyk i podał butelkę bratu Stefanii.