Otchłań bez snów - Peter F. Hamilton

Reflow text when sidebars are open.
1 000 000 lat p.n.e. (około)
Armada raieli najeżdża Pustkę i znika bez śladu.
A.D.
1200 Ojczysty układ planetarny naczelnych oraz ich zbuntowana kolonia (Para Dysona) objęte kwarantanną przez zamknięcie polami siłowymi przez anominów.
1900 Gwiazdokrążca awaryjnie ląduje na Far Away, 400 lat świetlnych od Ziemi.
2037 Jeff Baker podejmuje pierwszą próbę odmłodzenia człowieka.
2050 Nigel Sheldon i Ozzie Isaacs otwierają wormhol na powierzchni Marsa.
2057 Otwarcie wormhola na Proximie Centauri. Początek kolonizacji międzygwiezdnej.
2100 Zasiedlenie ośmiu nowych światów. Oficjalne utworzenie Międzygwiezdnej Rady Wspólnoty, czyli "parlamentu światów".
2100 i później Masowa ekspansja ludzkiego osadnictwa na planety nadające się do zasiedlenia. Powstanie Wielkiej Piętnastki przemysłowych planet.
2102 Utworzenie Azylu Huxleya, powstanie genetycznego konformizmu.
2150 Gwiazda Prime znika z nieba Ziemi - niepostrzeżenie.
2163 Odkrycie "Wysokiego Anioła" orbitującego wokół Icalanise.
2222 Na Azylu Huxleya rodzi się Paula Myo.
2270 Para gwiazd Prime zidentyfikowana jako bliźniacza para emitująca spektrum Dysona.
2380 Dudley Bose zauważa zniknięcie Alfy Dysona.
2381 Gwiazdolot "Druga Szansa" leci na Alfę Dysona.
2381-2383 Wojna Gwiazdokrążcy.
2384 Pierwsza flota kolonizacyjna (dynastii Brandt) wyrusza, by założyć ludzką kolonię poza Wielką Wspólnotą.
2545 i później Wykorzystanie dużych gwiazdolotów do zakładania Światów Zewnętrznych Wspólnoty.
2550 Utworzenie wspólnotowej Floty Eksploracyjnej mającej badać galaktykę poza Światami Zewnętrznymi.
2560 Dowodzony przez kapitana Wilsona Kime'a statek badawczy Wspólnoty "Endeavour" okrąża galaktykę, odkrycie Pustki.
2603 Flota odkrywa siódmy statek typu "Wysoki Anioł".
2620 Raiele potwierdzają swój status prastarej galaktycznej rasy, która przegrała wojnę z Pustką.
2833 Zakończenie pierwszej fazy ZAN (Zaawansowanej Aktywności Neuronalnej) na Ziemi. Członkowie Wielkiej Rodziny zaczynają ładować zasoby pamięci do ZAN.
2867 Rozpoczęty przez dynastię Sheldon projekt megażycia zakończony częściowym sukcesem; otrzymanie pierwszych biono-nicznych suplementów do regeneracji i medycyny ogólnej ludzkiego ciała.
2872 Początek ludzkiej kultury Wyższych; biononiczne wzbogacenie pozwala na zwolnienie tempa życia; odrzucenie konsumpcjonizmu i przestarzałych koncepcji politycznych.
2913 Ziemia zaczyna wchłaniać "dojrzałych" osobników do ZAN i rozpoczyna się migracja wewnętrzna.
2984 Utworzenie radykalnych Wyższych, którzy chcą narzucić ludzkiej rasie swoją kulturę.
3000 Flota kolonizacyjna dynastii Sheldon (trzydzieści gwiazdolotów) opuszcza Wspólnotę, podobno mając zdolność odbywania transgalaktycznych lotów dalekiego zasięgu.
3001 Ozzie uzyskuje efekt jednorodnego powiązania neuralnego, nazwany gajapolem.
3040 Wspólnota zostaje zaproszona na Stację Centurion, gdzie różne rasy obcych pod kierownictwem raieli prowadzą obserwacje Pustki.
3120 ZAN oficjalnie staje się rzędem Ziemi, której łączna populacja wynosi około pięćdziesięciu milionów (aktywowanych ciał) i zmniejsza się.
3126 Transgalaktyczna flota kolonizacyjna dynastii Brandt wyrusza w drogę.
3150 Zasiedlenie planety Ellezelin ze Świata Zewnętrznego.
3255 Kerry, radykalny Wyższy Anioł, przybywa na Anagaskę za sprawę Inigo.
W tym czasie (dokładnie nieustalonym) W Pustce rodzi się Edeard.
3320 Inigo wyrusza w podróż służbową po układzie gwiezdnym Centuriona i ma pierwszy sen.
3324 Inigo osiada na Ellezelinie, zakłada ruch Świętego Snu, rozpo-czyna budowę Makkathranu 2.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Wspólnota
Nigel Sheldon - wynalazca technologii wormholi
Paula Myo - inspektor Biura Poważnych Przestępstw
Gwiazdolot "Vermillion"
Cornelius Brandt - kapitan
Laura Brandt - fizyk molekularny
Ibu - profesor grawatoniki
Joey Stein - specjalista nadprzestrzeni
Ayanna - fizyk pola kwantowego
Rojas - pilot promu
Bienvenido
Slvasta - porucznik regimentu Cham, przywódca rewolucjonistów
Ingmar - żołnierz regimentu Cham, przyjaciel Slvasty
Quanda - córka leśnika
Bethaneve - urzędniczka Ministerstwa Skarbu, rewolucjonistka
Javier - rzeźnik, rewolucjonista
Coulan - urzędnik, rewolucjonista
Arnice - major, członek Połączonej Rady Regimentów
Lanicia - młoda arystokratka
Gelasis - pułkownik, członek Połączonej Rady Regimentów
Bryan-Anthony - przywódca związku zawodowego Wellfield
Philious - kapitan
Aothori - pierwszy oficer
Trevene - szef policji kapitanatu
Gravin - profesor, dyrektor Instytutu Badania Upadłych
Kysandra - właścicielka farmy Blairów
Sarara - matka Kysandry
Ma Ulvon - szefowa gangu
Akstan - syn Ma Ulvon
Julias - syn Ma Ulvon
Russell - syn Ma Ulvon
Madeline - madame z hotelu Hevlin
Proval - Upadły
Demitri - ZANdroid
Marek - ZANdroid
Valeri - ZANdroid
Fergus - ZANdroid
Yannrith - były sierżant regimentu Cham
Andricea - była żołnierz regimentu Cham
Tovakar - były żołnierz regimentu Cham
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Dwadzieścia siedem godzin i czterdzieści dwie minuty
Laura Brandt wiedziała wszystko o wychodzeniu z komory hibernacyjnej. Trochę przypominało to zakończenie staromodnej procedury odmłodzenia, jaką przechodziła niegdyś, zanim biononiczne wstawki i geny Zaawansowanych wprowadzono do sekwencji ludzkiego DNA, co praktycznie wyeliminowało proces starzenia. Był to powolny i przyjemny powrót świadomości, stopniowe ocieplanie się ciała, a dzięki substancjom odżywczym i środkom znieczulającym bez poczucia dyskomfortu i dezorientacji. Tak więc, zanim się całkowicie ocknęłaś i otworzyłaś oczy, czułaś się jak zbudzona z naprawdę głębokiego całonocnego snu, gotowa z entuzjazmem i energią stawić czoło nadchodzącemu dniu. Porządne śniadanie złożone z naleśników, dobrze wysmażonego bekonu, syropu klonowego i zimnego soku pomarańczowego (bez lodu, proszę) uatrakcyjniało to jeszcze bardziej, tak że całkowity powrót świadomości był przyjemnym doświadczeniem. A kiedy to się działo, oznaczało koniec podróży do gwiezdnej gromady poza Mleczną Drogą i rozpoczęcie nowego życia z innymi z dynastii Brandt, zakładającej nową cywilizację - mającej być tak odmienną od dekadenckiej starej Wspólnoty, którą opuścili.
I była awaryjna procedura ekstrakcji, którą załoga statku nazywała opróżnianiem zbiorników.
Ktoś wdusił czerwony guzik na komorze hibernacyjnej. Silne leki pobudzające wtargnęły do jej wyziębionego jeszcze ciała. Pępowiny hematologicznych przewodów wycofały się z jej szyi i ud. Skurcze zaskoczonych mięśni. Pełny pęcherz ślący gorączkowe sygnały do jej mózgu - i awaryjna procedura już automatycznie wyjęła cewnik. Doskonale zaplanowane, chłopcy. Lecz to wszystko bladło przy potwornym bólu głowy i skurczu przepony wywołanym gwałtownymi mdłościami.
Laura otworzyła oczy, ujrzała rozmazaną plamę ohydnie zabarwionego światła, otworzyła usta i zwymiotowała. Mięśnie jej brzucha zacisnęły się spazmatycznie, podrywając tors z wyściółki. Uderzyła głową o wieko komory, które jeszcze unosiło się na zawiasach.
- Piekło i szatani.
Roztańczone gwiazdy dołączyły do rozmazanych barwnych plam. Przekręciła się na bok, żeby znowu zwymiotować.
- Spokojnie - poradził jej czyjś głos.
Czyjeś dłonie chwyciły ją za ramiona, podtrzymując, gdy zwracała. Podsunięta plastikowa miska wyłapała większość zwracanej cieczy.
- Jeszcze?
- Co? - jęknęła Laura.
- Będziesz jeszcze rzygać?
Laura odpowiedziała gniewnym warknięciem, zbyt udręczona, żeby znać odpowiedź. Każda cząstka jej ciała nieproszona mówiła jej, jak okropnie się czuje.
- Zrób kilka głębokich wdechów - poradził jej głos.
- Och, do...
Nawet oddychanie przychodziło z trudem jej dygoczącemu ciału, a co dopiero próby wykonania inhalacji według podręcznika jogi. Głupia rada...
- Świetnie ci idzie. Środki pobudzające zaraz zaczną działać.
Laura przełknęła ślinę - o obrzydliwie kwaśnym smaku, palącą przełyk - ale oddychanie już przychodziło jej odrobinę łatwiej. Od wieków nie czuła się tak źle. Nie była to przyjemna myśl, ale przynajmniej sensowna. Dlaczego moja biononika nie pomaga? Te maleńkie molekularne mechanizmy ulepszające każdą komórkę powinny pomóc jej ciału ustabilizować wszystkie procesy życiowe. Spróbowała skupić wzrok, wiedząc, że niektóre z plam są ikonami egzowizji. Wszystko to wymagało wysiłku niemal ponad siły.
- Opróżnianie zbiorników to cholerstwo, no nie?
Laura w końcu rozpoznała ten głos. Andy Granfore, członek personelu medycznego "Vermilliona" i dość porządny gość; spotkali się kilkakrotnie na przyjęciach przed odlotem. Zrobiła głęboki wdech.
- Co się stało? Dlaczego zbudziliście mnie tak nagle?
- Kapitan chce cię przytomną i na nogach. I nie mamy wiele czasu. Przykro mi.
Laura zdołała skupić wzrok na twarzy Andy'ego. Ujrzała znajomy bulwiasty nos, worki pod jasnobrązowymi oczami i kępki sterczących siwych włosow. Taka stara, zużyta twarz była czymś niezwykłym we Wspólnocie, w której wszyscy korzystali z kosmetycznego sekwencjonowania genów, by uzyskać nieskazitelny wygląd. Laura zawsze uważała, że ludzkie społeczeństwo przypomina teraz wybieg młodych supermodelek - co niekoniecznie jest zmianą na lepsze. Wszystko odbiegające od perfekcji było wymogiem mody albo prawdziwym indywidualistycznym wyzwaniem "pieprzę cię", rzuconym konformizmowi.
- Czy "Vermillion" jest uszkodzony?
- Nie. - Posłał jej niespokojny uśmiech. - Niezupełnie. Tylko zagubiony.
- Zagubiony? - Była to może nawet bardziej niepokojąca odpowiedź. Jak można się zagubić, lecąc do gromady gwiezdnej o średnicy dwudziestu tysięcy lat świetlnych? Czegoś tak dużego nie można stracić z oczu. - To śmieszne.
- Kapitan to wyjaśni. Chodźmy na mostek.
Laura bezgłośnie poprosiła swego u-adiunkta o raport ogólny.Wszechobecna procedura makrokomórkowej sztucznej inteligencji natychmiast zareagowała, rozwijając podstawowy zestaw ikon cienkimi liniami widmowego niebieskiego światła nakładającymi się na zamglony obraz świata. Laura zmarszczyła brwi. Jeśli poprawnie odczytywała dane efektywności, jej biononika została w jakiś sposób poważnie zakłócona. Jedyną przychodzącą jej do głowy przyczyną takiego nagłego rozkładu był proces starzenia. Serce zaczęło jej szybciej bić na myśl o tym, jak długo przebywała w komorze hibernacyjnej. Sprawdziła wskazania czasomierza. To było jeszcze dziwniejsze.
- Dwa tysiące dwieście trzydzieści jeden dni?
- Co takiego? - spytał Andy.
- Byliśmy w drodze dwa tysiące dwieście trzydzieści jeden dni? Gdzie teraz jesteśmy, do diabła?
Podróżując tak długo z superszybkością, mogli znaleźć się niemal trzy miliony lat świetlnych od Ziemi, czyli bardzo daleko za Drogą Mleczną.
Jego stara twarz jeszcze podkreślała zaniepokojenie.
- To mogło tyle trwać. Nie jesteśmy tu zbyt pewni relatywistycznej kompresji czasu.
- Co do...
- Po prostu... Chodźmy na mostek, dobrze? Kapitan dokładnie cię poinformuje. Ja nie jestem najlepszą osobą, żeby to wyjaśnić. Wierz mi.
- W porządku.
Pomógł jej wyjść z komory. Kiedy wstała, poczuła silny zawrót głowy i o mało nie upadła. Andy był na to przygotowany i przez długą chwilę podtrzymywał ją, gdy dochodziła do siebie.
Pomieszczenie wyglądało na nietknięte: długa jaskinia z metalowym żebrowaniem zawierająca tysiąc dużych, podobnych do sarkofagów komór hibernacyjnych. Mnóstwo monitorów o zielonych ekranach przy każdym stanowisku, jak okiem sięgnąć. Z satysfakcją skinęła głową.
- W porządku. Daj mi się odświeżyć i pójdziemy. Czy toalety zostały włączone?
Z jakiegoś powodu miała kłopoty z bezpośrednim podłączeniem się do sieci statku.
- Nie ma na to czasu - rzekł Andy. - Kapsuła transportowa jest tam.
Laura zdołała dostatecznie zapanować nad mięśniami twarzy, żeby pokazać mu urażoną minę, zanim pozwoliła poprowadzić się po pokładzie na koniec pomieszczenia. Malmetalowe zbrojone drzwi śluzy rozchyliły się przed nimi. Kapsuła za nimi była zwyczajnym owalnym pomieszczeniem z ławką zamocowaną pod ścianą.
- Masz - powiedział Andy, kiedy opadła na nią, niemal wyczerpana tym krótkim spacerem, a raczej powłóczeniem nogami.Wręczył jej paczkę z ubraniem i kilka chusteczek higienicznych.
Spojrzała na nie z obrzydzeniem.
- Poważnie?
- Najlepsze, co mogę zaoferować.
Tak więc kiedy wstukiwał współrzędne miejsca przeznaczenia w manualny pulpit kontrolny kapsuły, ona wytarła twarz i ręce, a potem zdjęła medyczną koszulę bez rękawów. Ludzie przeważnie wyzbywali się wstydu, mając ponad sto lat i ciała greckich bogów, a poza tym nie wstydziła się Andy'ego: był członkiem personelu medycznego.
Z niepokojem zauważyła, że jej skóra zupełnie straciła kolor. Jej druga generalna odnowa biononiczna po dziewięćdziesiątce obejmowała sekwencjonowanie mające podkreślić śródziemnomorskie pochodzenie matki, przyciemniając epidermę do niemal afrykańskiej czerni. Tę barwę zachowała przez całe trzysta dwadzieścia sześć lat, jakie upłynęły od tamtej chwili. Teraz jednak wyglądała jak porcelanowa lalka rozpadająca się ze starości. Hibernacja zabarwiła jej skórę na okropny ciemnoszary kolor z mnóstwem maleńkich zmarszczek jak od długotrwałego moczenia - choć była sucha jak pieprz. Muszę pamiętać, żeby ją nawilżyć - powidziała sobie. Włosy miała ciemnobrązowe, rezultat dość niemądrej fascynacji Grissy Gold, śpiewaczką bluesową, cieszącą się przez dekadę zdumiewającym powodzeniem w całej Wspólnocie - dwieście trzydzieści dwa lata temu. To nie wygląda tak źle, orzekła, przygładzając zmierzwione kosmyki, ale trzeba będzie zużyć litry odżywki, żeby odzyskały połysk. Potem przejrzała się w lśniącej metalowej ścianie kapsuły, choć nie było to najlepsze lustro. Jej zazwyczaj wyrazista twarz była okropnie spuchnięta, tak że kości policzkowe niemal znikły, a szmaragdowozielone oczy wyglądały jak na kacu - przekrwione, z workami równie paskudnymi jak Andy'ego.
- Ale jaja - jęknęła.
Wciągając na siebie koszmarny jednoczęściowy skafander, zobaczyła, jak jej ciało zwiotczało po tak długim przebywaniu w stanie hibernacji, szczególnie na udach. Och, tylko nie to! Wolała nie patrzeć na swój tyłek. Odzyskanie formy będzie wymagało kilku miesięcy ćwiczeń, a Laura już się nie oszukiwała i nie wykorzystywała biononiki do kształtowania swojej sylwetki, jak to przeważnie robiono; uważała, że na dobrą formę trzeba sobie zapracować. Ten rodzaj pierwotnej dumy ze swojego ciała zawdzięczała pięcioletniemu ukrywaniu się przed światem w świątyni frakcji naturalistów w austriackich Alpach, po pewnym szczególnie bolesnym zerwaniu.
Gdy środki uspokajające wreszcie złagodziły najgorsze skutki wyrwania ze stanu hibernacji, uszczelniła skafander i poruszyła ramionami, jakby przygotowywała się do intensywnej rozgrzewki.
- Lepiej żeby mieli dobry powód - mruknęła, gdy kapsuła zwalniała.
Podróż wzdłuż płaszczyzny osiowej "Vermilliona" trwała zaledwie pięć minut, w trakcie których minęli pozostałe dwadzieścia komór hibernacyjnych, zajmujących śródokręcie olbrzymiego gwiazdolotu. Jej u-adiunkt wciąż nie mógł się podłączyć do sieci statku.
Drzwi kapsuły otworzyły się, ukazując mostek "Vermilliona" - nieco symboliczną imitację salonu w epoce zunifikowanej architektury wnętrz. Bardziej przypominał zaciszną firmową kantynę, z długimi sofami ustawionymi w konwersacyjny krąg i wielkimi holograficznymi wyświetlaczami wysokiej rozdzielczości na ścianach.
W pomieszczeniu było kilkanaście osób, w większości siedzących grupkami na sofach i zatopionych w rozmowie. Wszyscy wyglądali na głęboko poruszonych. Laura zauważyła kilka osób najwyraźniej równie gwałtownie obudzonych jak ona i natychmiast je rozpoznała; tak jak ona, wszyscy należeli do zespołu naukowego statku.
Nagle zdała sobie sprawę, że doznaje bardzo dziwnego odczucia. Przypominało emocjonalny kontekst konwersacji z gajapolem - tylko że jej gajacząstki były nieaktywne. Nigdy do końca nie przekonała się do całościowej koncepcji gajapola, którą opracowano, aby dać Wspólnocie możliwość bezpośredniego kontaktu myślowego przez zastosowanie teorii kwantowego splotu obcych. Niektórzy ludzie uwielbiali te potencjalne możliwości intymnego dzielenia się myślami, twierdząc, że jest to szczyt ewolucji intelektu, pozwalający zrozumieć punkt widzenia każdego. A to, jak twierdzili, wyeliminuje wszelkie konflikty. Laura uważała, że to kupa bzdur. Dla niej było to zboczenie, ekstremalne podglądactwo. Niezdrowe, łagodnie mówiąc. Miała gajacząstki, ponieważ czasem okazywały się użytecznym narzędziem porozumiewania, a jeszcze rzadziej pomagały zdobyć dużą ilość informacji. Jednak na co dzień były bezużyteczne. Wolała porządne staroświeckie i wiarygodne łącza unisfery.
- Jak to możliwe? - mruknęła, marszcząc brwi.
Jej u-adiunkt potwierdził, że gajacząstki są nieaktywne. Nikt nie mógł się bezpośrednio połączyć z jej neuronami. A jednak...
Torak, główny ksenobiolog statku, posłał jej krzywy uśmiech.
- Jeśli uważasz, że to dziwne, co powiesz na to?
Wysoki plastikowy kubek z herbatą płynął w powietrzu ku niemu, ciągnąc za sobą smużki pary. Torak przyglądał mu się w skupieniu, wyciągając rękę. Kubek wleciał mu do ręki, a on z uśmiechem samozadowolenia zacisnął na nim palce.
Laura ze zdziwieniem spojrzała na sufit mostka, a jej zawsze praktyczny umysł natychmiast sprawdził parametry projektorów pola sztucznej grawitacji statku. Teoretycznie można było manipulować tym polem, żeby poruszać przedmiotami, ale wykonanie takiej prostej sztuczki wymagałoby zbyt wielkiego nakładu pracy i aparatury.
- To jakiś rodzaj manipulacji polem grawitacyjnym?
- Nie.
Torak nie poruszył wargami. Jednak dostatecznie wyraźnie usłyszała jego głos i rozbrzmiewające w nim emocje, żeby stwierdzić, że to on do niej "mówi".
- Jak ty to...?
- Jeśli pozwolisz, to pokażę ci, czego się dowiedzieliśmy -rzekł Torak.
Ochoczo skinęła głową. Nagle w jej umyśle pojawiło się wspomnienie, chłodne jak napój orzeźwiający, ale nie jej. Tak podobne do emisji gajapola, a jednocześnie zdecydowanie inne. Nie miała nad nim żadnej kontroli, żadnego sposobu regulowania obrazem czy głosem. To ją przeraziło.
Nagle ta wiedza rozeszła się w jej mózgu, osiadając, zmieniając się w instynkt.
- Telepatia? - pisnęła, pojmując. A jednocześnie poczuła, jak jej umysł rozsyła to zdumione pytanie po całym mostku. Kilkoro członków załogi drgnęło, gdy jego siła zakłóciła ich własne myśli.
- W najczystszej postaci - odparł Torak. - A także telekineza.
Puścił kubek z herbatą, a ten zawisł w powietrzu.
Laura gapiła się na to oniemiała i zafascynowana. Nowe myśli w jej głowie wyjaśniały jej, jak wykorzystywać tę fantastyczną możliwość. Skupiła swoje myśli, sięgając po dzbanek. Poczuła go; jego ciężar oddziaływał na jej świadomość.
Torak go puścił; kubek zakołysał się w powietrzu i opadł o dziesięć centymetrów. Laura wzmocniła na nim swój telekinetyczny chwyt i kubek pozostał zawieszony w powietrzu. Zaśmiała się niepewnie, po czym ostrożnie opuściła go na podłogę.
- Naprawdę niezłe jaja - mruknęła.
- Mamy również zdolności telepatyczne - rzekł Torak. - Może zechcesz ukryć swoje myśli. Są zbyt... łatwo dostępne.
Laura posłała mu zaskoczone spojrzenie, po czym się zaczerwieniła, pospiesznie usiłując ukryć swoje myśli - intymne i okropnie osobiste myśli - przed wglądem wszystkich obecnych na mostku.
- W porządku, starczy. Czy ktoś zechce mi wyjaśnić, co się, do diabła, dzieje? Jak możemy to robić? Co się stało?
Kapitan Cornelius Brandt wstał. Nie był zbyt wysokim człowiekiem, a pod wpływem niepokoju jeszcze się przygarbił. Laura widziała, że jest zmęczony i zatroskany; chociaż starał się uspokoić i ukryć swoje myśli, niepokój emanował z niego jak eteryczne feromony.
- Uważamy, że jesteśmy w Pustce - rzekł.
- To niemożliwe - odruchowo powiedziała Laura.
Pustka była jądrem galaktyki. Do 2560 roku, gdy "Endeavour", statek badawczy Wspólnoty, po raz pierwszy przemierzył galaktykę, astronomowie uważali ją za rodzaj potężnej czarnej dziury, jakie występują w centrum większości galaktyk. Była potężna. I miała nawet horyzont zdarzeń, jak zwykła czarna dziura. Ta jednak różniła się od innych. Była tworem sztucznym.
Jak wkrótce ustalił "Endeavour", raiele - rasa obcych, technologicznie wyżej rozwiniętych od Wspólnoty - strzegła tej granicy przez ponad milion lat. W istocie wypowiedziała wojnę Pustce. Od chwili gdy ich pierwsze prymitywne gwiazdoloty ją napotkały, uważnie obserwowali horyzont zdarzeń przechodzący sztuczne fazy ekspansji. Choć to niewiarygodne w przypadku czegoś tak dużego w kosmologicznej skali, Pustka wyglądała na wytworzoną sztucznie. W nieznanym celu. Jednak z uwagi na gwałtowny i nieprzewidywalny charakter jej faz ekspansji miała się powiększyć i pochłonąć całą galaktykę znacznie szybciej, niż zrobiłaby to jakakolwiek czarna dziura.
Tak więc raiele przypuścili atak. Tysiące największych okrętów wojennych, jakie kiedykolwiek zbudowano, przedarły się przez granicę Pustki i wleciały do środka.
Żaden nie wrócił. Cała ta armada nie miała żadnego widocznego wpływu na Pustkę i jej nietypową, niewytłumaczalną ekspansję. Ten atak przypuszczono milion lat temu. Od tamtej pory pilnie strzeżono granicy.
Wilsonowi Kime'owi, dowodzącemu "Endeavourem", uprzejmie, lecz stanowczo kazano zawrócić i polecieć poza Ścianą gwiazd grubym pierścieniem opasującym Pustkę. Następnie raiele zaprosili Wspólnotę do udziału w wielogatunkowej misji badawczej, nieustannie obserwującej Pustkę. Ta misja działała od inwazji armady raieli i przez milion lat nie dowiedziała się zupełnie niczego o tym, co kryje się po drugiej stronie horyzontu zdarzeń.
- Niewiarygodne - poprawił ją Cornelius. - Nie niemożliwe.
- A jak się w niej znaleźliśmy? Myślałam, że obraliśmy kurs wokół gwiazd Ściany.
- Nasza najmniejsza odległość od Ściany wynosiła trzysta lat świetlnych - rzekł Cornelius. - Wtedy wpadliśmy do środka. Lub wskoczyliśmy. Albo zostaliśmy wciągnięci. Wciąż nie jesteśmy pewni jak. Prawdopodobnie w nadprzestrzeni otworzył się jakiś rodzaj połączenia teleportacyjnego. Wytworzenie takowego wymagałoby niezwykle zaawansowanej techniki, ale ponieważ wszyscy nagle zostaliśmy obdarzeni nadludzkimi zdolnościami, teoria kwantowego pola nadprzestrzennego to najmniejszy z naszych problemów.
Laura spojrzała na niego z niedowierzaniem.
- Tylko dlaczego?
- Nie jestem pewny. Jedyną wskazówkę dała nam Tiger Brandt. Twierdzi, że tuż przed tym, zanim zostaliśmy wciągnięci, miała jakiegoś rodzaju kontakt mentalny, jakby sen przychodzący przez gajasferę, ale znacznie słabszy. Coś wyczuło nas lub ją. Zaraz potem, zanim się zorientowaliśmy... byliśmy w środku.
- Tiger Brandt? - spytała Laura. Znała Tiger Brandt, żonę Rahki Brandta, kapitana "Ventury". - Chwileczkę... mówisz, że "Ventura" jest tu z nami?
- Wszystkie siedem statków zostało wciągniętych - wyjaśnił Cornelius ponuro.
Laura znów spojrzała na kubek z herbatą, ignorując złe samopoczucie po gwałtownym wyrwaniu ze stanu zawieszenia.
- I to jest wnętrze Pustki? - spytała z niedowierzaniem.
- Tak. O ile nam wiadomo, jest to jakiś rodzaj mikrowszechświata, o zupełnie odmiennej budowie kwantowej niż czasoprzestrzeń na zewnątrz niej. Myśl może tu na pewnym podstawowym poziomie wchodzić w interakcje z rzeczywistością i dlatego wszyscy nagle zostaliśmy obdarzeni tymi nadnaturalnymi mocami.
- Poprzez obserwację obserwator wpływa na obserwowaną rzeczywistość - szepnęła.
Cornelius uniósł brwi.
- Spore niedopowiedzenie.
- Jak się stąd wydostaniemy?
- Dobre pytanie. - Cornelius wskazał jeden z dużych holograficznych obrazów znajdujących się za nim, przedstawiający kosmos z mnóstwem gwiazd oraz licznymi egzotycznymi i pięknymi, delikatnymi mgławicami. - Nie widzimy końca. Wnętrze Pustki wydaje się jakiegoś rodzaju wielowymiarową wstęgą Möbiusa. Tu nie istnieje granica.
- Dokąd więc zmierzamy?
Umysł Corneliusa wyemitował taką desperację i rozpacz, że Laura znów zadrżała.
- Władca Niebios zabiera nas do tego, co - jak twierdzi - jest planetą nadającą się do życia. Czujniki już potwierdzają ten status.
- Kto nas zabiera?
Cornelius wskazał.
- Władca Niebios.
Laura zesztywniała i odwróciła się. Znajdujący się za nią obraz wysokiej rozdzielczości został zarejestrowany przez czujnik zamocowany w przedniej części gwiazdolotu, gdzie znajdował się ultranapęd i generatory pola siłowego. Dolna jedna piąta ekranu ukazywała obły karbotanowy kadłub z grubą warstwą brudnoszarej pianki termoizolacyjnej. W górnej części hologramu widniał mały niebiesko-biały księżyc, podobny do każdego z zamieszkanych światów Wspólnoty - choć po jego nocnej stronie nie było widać żadnych świateł miast. A między kadłubem i tą planetą była najdziwniejsza mgławica, jaką Laura mogła sobie wyobrazić. Gapiąc się na nią, dostrzegła jakieś solidniejsze jądro, długie i owalne. Wiedziała, że to nie jest obiekt stały, lecz złożony z płatków jakiejś krystalicznej substancji, przekształconych przez nadzwyczajną wieloraką geometrię Calabi-Yau. Te błyszczące powierzchnie ożywiały niesamowite wielokolorowe wzory, płynnie się zmieniające - a może sama ta struktura była nietrwała. Laura nie potrafła orzec, gdyż wokół unosiła się mgiełka, również poruszana dziwnymi konfluencjami.
- Ale jaja - mruknęła.
- To forma kosmicznego życia - wyjaśnił Cornelius. - Trzy z nich spotkały się z nami wkrótce po tym, jak zostaliśmy wciągnięci do Pustki. Są rozumne. Możesz użyć telepatii, żeby z nimi porozmawiać, chociaż to jak rozmowa z erudytą. Ich procesy myślowe nie przypominają naszych. Jednak potrafią latać w tym kosmosie. Albo przynajmniej jakoś nim manipulować. Zaproponowały, że doprowadzą nas do takich planet w Pustce, na których możemy żyć. "Ventura", "Vanguard", "Violet" i "Valley" poleciały za dwoma Władcami Niebios. "Vermillion" leci za tym, razem z "Viscountem" i "Verdantem". Zdecydowaliśmy, że rozdzielając się, mamy większe szanse znalezienia planety nadającej się do zamieszkania.
- Z całym szacunkiem - powiedziała Laura - dlaczego w ogóle lecimy za nimi, szukając takiej planety? Chyba powinniśmy robić wszystko, co w naszej mocy, żeby się stąd wydostać? Wszyscy znaleźliśmy się na pokładzie tego gwiazdolotu z jednego powodu: żeby stworzyć nową cywilizację poza tą galaktyką. Przyznaję, wnętrze Pustki jest wprost fascynujące i każdy raiel oddałby prawe jajo, żeby tu być, ale nie może pan decydować za nas.
Cornelius miał znużoną minę.
- Próbujemy znaleźć planetę nadającą się do zamieszkania, ponieważ alternatywą jest śmierć. Zwróciłaś uwagę, jak działa biononika?
- Tak. Bardzo słabo.
- To samo dotyczy każdego elementu wyposażenia tego statku. To, co tutaj uchodzi za czasoprzestrzeń, w szybkim tempie niszczy nasze systemy. Pierwszy wysiadł ultranapęd, zapewne dlatego, że jest najbardziej wyrafinowanym układem. Przez cały ostatni rok występowały fluktuacje sprawności konwerterów masy, które stawały się coraz poważniejsze. Nie mogłem ryzykować, musiałem je wyłączyć. Teraz do zasilania napędu ingraw używamy reaktorów syntezy jądrowej.
- Co takiego? - spytała, zaszokowana. - Chcesz powiedzieć, że przez cały ten czas podróżowaliśmy z prędkością podświetlną?
- Zero przecinek dziewięć prędkości światła, od kiedy tu przybyliśmy prawie sześć lat temu - potwierdził Cornelius z goryczą. - Na szczęście komory hibernacyjne nadal działają, inaczej mielibyśmy prawdziwą katastrofę.
Pierwszą reakcją Laury była myśl: Dlaczego już wtedy mnie nie obudziliście? Mogłabym pomóc. Pewnie jednak tak myślał każdy na pokładzie. A z tego, co zrozumiała z opisu sytuacji, kapitan spisał się bardzo dobrze w tych okolicznościach. Ponadto jej specjalistyczna wiedza z zakresu fizyki molekularnej nie byłaby pomocna do analizowania innej struktury czasoprzestrzennej.
Jej wzrok przyciągnął jasny półksiężyc przed nimi.
- Czy ta planeta nadaje się do zamieszkania?
- Tak uważamy.
- Dlatego mnie zbudziliście? Mam pomóc ją zbadać?
- Nie. Jesteśmy sześć milionów kilometrów od niej i szybko wytracamy prędkość. Za dwa dni wejdziemy na jej orbitę. Tylko niebo wie, jak zdołamy wylądować, ale jakoś będziemy musieli się z tym uporać. Nie, jesteś tutaj, ponieważ nasze czujniki znalazły coś w pierwszym punkcie Lagrange'a tej planety.
Cornelius zamknął oczy i obraz się zmienił, ukazując punkt libracyjny półtora miliona kilometrów nad rozświetloną słońcem hemisferą planety, gdzie przyciąganie grawitacyjne gwiazdy było idealnie zrównoważone przez grawitację planety. Ten obszar wypełniała mglista plama, na której sensory lub oczy Laury nie mogły się skupić. Wyglądała jak cętkowana, jakby złożona z tysięcy drobinek.
- Co to takiego? - zapytała.
- Nazwaliśmy to Lasem - odparł Cornelius. - To zbiór obiektów mających około jedenastu kilometrów długości, ze zniekształceniem powierzchniowym podobnym do naszego przyjaciela Władcy Niebios.
- Może jest ich tam więcej?
- Chyba nie; nie ten kształt. One są wydłużone, z bulwiastymi końcami. I jest jeszcze coś. Cały ten punkt Lagrange'a emituje zupełnie inną sygnaturę kwantową od reszty Pustki.
- Inne środowisko kwantowe? - zapytała sceptycznie.
- Na to wygląda.
- Jak to możliwe? - Laura z nagłym przygnębieniem zrozumiała, dlaczego ją zbudzono; ją oraz innych członków zespołu badawczego siedzących na mostku. - Chcecie, żebyśmy tam polecieli i sprawdzili, co to jest, tak?
Cornelius skinął głową.
- Nie mogę usprawiedliwić zatrzymania "Vermilliona" w być może wrogim środowisku dla przeprowadzenia badań naukowych.Moim głównym zadaniem jest bezpieczne lądowanie na jakiejś planecie nadającej się do życia. Tak więc ty pokierujesz małą grupą badawczą. Leć promem do Lasu i wykonaj takie badania, jakie zdołasz. Może będą pomocne, a może nie. Jednak szczerze mówiąc, na tym etapie wszystko, co zdołacie dodać do naszych zasobów wiedzy, należy uznać za przydatne.
- Taak - mruknęła z rezygnacją. - Rozumiem.
- Weź prom numer czternaście - rzekł.
Laura wyczuła, że ten prom ma dla niego jakieś specjalne znaczenie. Ten fakt sygnalizowała nadzieja, którą wyczuła w jego myślach, lecz jej mózg jeszcze nie był w stanie zrozumieć powodu. Kazała swojemu u-adiunktowi pobrać plik z zasobów pamięci. Dane promu przemknęły przez jej umysł, ale nadal nie rozumiała.
- Dlaczego akurat ten?
- Bo ma skrzydła - cicho odparł Cornelius. - W razie poważnej awarii możecie wyhamować w atmosferze i szybując, opaść na powierzchnię.
Dopiero wtedy pojęła.
- Racja. Prom nie potrzebuje napędu ingraw, żeby wylądować.
- Owszem. Prom go nie potrzebuje.
Krew w żyłach Laury jakby znów ochłodziła się do temperatury komory hibernacyjnej. "Vermillion", mający ponad kilometr długości i absolutnie nieaerodynamiczny kształt, musiał korzystać z regrawu, żeby zwolnić do zerowej prędkości względem planety, a następnie z ingrawu, aby wylądować lekko jak piórko. Oczywiście, miał wbudowane niezliczone procedury redundancyjne i żadnych ruchomych części, co niemal zupełnie wykluczało awarię. W normalnym wszechświecie.
- Kiedy potwierdzimy pozytywny status planety, wystrzelę z orbity wszystkie dwadzieścia trzy promy - wyjaśnił Cornelius. - "Viscount" i "Verdant" zrobią to samo.
Laura kazała swemu u-adiunktowi ponownie skupić się na obrazie planety. Nadal nie był w stanie podłączyć się do sieci statku.
- Hm, kapitanie, jak przekazał pan te rozkazy do jądra dowodzenia?
- Gajapolem. Gniazdo konfluencyjne jest jedynym systemem, na który Pustka nie ma wpływu.
Laura uświadomiła sobie, że gniazdo konfluencyjne generujące lokalne gajapole jest podłączone do sieci statku. Zabawne, co działało w Pustce, a co nie.
*
Laura pomyślała, że sala odpraw statku wygląda identycznie jak mostek; jedyną różnicą był niebiesko-szary dywan, zauważalnie jaśniejszy - przypuszczalnie z powodu sześcioletniego czyszczenia plam po kawie. Zdumiewające, że przy budowie transgalaktycznego statku kolonizacyjnego najwyraźniej oszczędzano na czasie lub wystroju wnętrza. Projektując przedziały w sekcji dowodzenia "Vermilliona", ktoś po prostu wcisnął przycisk duplikowania.
Razem z Laurą załoga promu numer czternaście liczyła pięć osób. Jako całość przypominali stadko przyjaciół zbudzonych rano po szczególnie szalonym przyjęciu: wszyscy wyglądali gównianie, bez przekonania spoglądając na zawartość swoich kubków z herbatą ziołową i pogryzając herbatniki.
Laura usiadła obok Ibu - profesora grawatoniki prawie dwa razy potężniejszego od niej i zbudowanego głównie z mięśni. Stan zawieszenia wcale mu nie posłużył. Obwisłe ciało wyglądało, jakby uszło z niego powietrze, a normalnie brązowa skóra była nieco bardziej szara niż Laury. Z ubolewaniem popatrzył na stan swego ciała.
- Awaria biononiki to chyba najgorsza część tego wszystkiego - wyznał. - Powrót do formy zajmie ze sto lat.
- Zastanawiam się, jak kontinuum Pustki odróżnia naturalne organelle od biononicznych - powiedziała Laura. - Zasadniczo są takie same.
- Biononiczne nie są zawarte w sekwencjach naszego DNA - głośno myślała Ayanna, fizyk pola kwantowego. - Nie są naturalne. Musi w jakiś sposób je rozróżniać.
- Raczej dyskryminować - powiedział Joey Stein, specjalista od teorii nadprzestrzeni. Jego pucołowate policzki co chwilę ściągał skurcz, będący, jak podejrzewała Laura, rezultatem powikłań wywołanych gwałtownym wyrwaniem ze stanu hibernacji. - Wszystkie nasze klastry mikrokomórkowe działają doskonale. One jednak nie są naturalną częścią ludzkiego genomu.
- Teraz są częścią naszych organizmów - powiedziała Ayanna.
Rozczesywała długie kasztanowe włosy, krzywiąc się, gdy natrafiała na szczególnie splątane pasma.
- Pustka reaguje na myśli - przypomniała Laura. - Czy ktoś spróbował po prostu pomyśleć, że biononika ma działać?
- To nie myśl, lecz modlitwa - rzekł Ibu.
Rojas, pilot promu, siedział obok Joeya. Kapitan Cornelius zbudził go miesiąc temu, żeby pomógł zaplanować lądowania "Vermilliona". Laura pomyślała, że ze swoją zdrową, nordycką białą skórą i popołudniowym zarostem na wydatnej szczęce jako jedyny z nich nie wygląda teraz jak trzeciorzędny zombi.
- Próbowano nakazać w myślach prawidłowe funkcjonowanie systemów - ze współczuciem rzekł Rojas. - Czuwająca załoga przez lata usiłowała telepatycznie wpłynąć na działanie wyposażenia. Kompletna strata czasu: Pustka tak nie działa. Okazuje się, że nie można zażyczyć sobie, aby nasze urządzenia podjęły pracę.
- Ta Pustka ma jakiś cel? - spytała z niedowierzaniem Ayanna. - Mówisz o niej tak, jakby była żywa, a przynajmniej obdarzona świadomością.
- Kto wie? - odparł wymijająco Rojas. Ruchem głowy wskazał jeden z wielkich paneli na ścianie, ukazujący obraz Lasu. - To nasze zadanie, więc skupmy się na nim, proszę.
Ibu potrząsnął głową.
- No dobrze. Co wiemy?
- Las jest lekko owalnym skupiskiem poszczególnych obiektów, które nazywamy drzewami dystorsyjnymi, mającym w przybliżeniu siedemnaście tysięcy kilometrów długości i maksymalną średnicę piętnastu tysięcy. Przyjmując, że każde drzewo ma średnio dziewięć kilometrów, przy zaobserwowanym rozproszeniu szacujemy ich łączną liczbę na dwadzieścia pięć do trzydziestu tysięcy.
- Czy wszystkie są identyczne? - zapytała Laura.
- Dotychczas tak - powiedział Rojas. - Będziemy mogli przeprowadzić dokładniejszą analizę w trakcie podejścia.
Pojawił się inny obraz, ukazujący wydłużony kształt drzewa dystorsyjnego. Laurze kojarzyło się ono z soplem o opływowym kształcie i bulwiastej podstawie, wykazującym wyraźny efekt mory. Pomimo tych dziwnych zmiennych wzorów jego powierzchnia wydawała się gładka.
- Wyglądają jak kryształowe rakiety - powiedziała z nabożeństwem Ayanna.
- Rozważmy tę myśl - powiedział Ibu. - Czy ktoś wie, jak wyglądały okręty wojenne raieli?
Joey przeszył go wzrokiem.
- Myślisz, że to ich dawna flota inwazyjna?
- Tylko pytam. Te arki raieli, które napotykaliśmy, są pewnego rodzaju sztucznymi organizmami.
- Ich arki są większe od tych drzew dystorsyjnych - przypomniała Laura. - Znacznie większe.
- Nie odnotowano żadnego spotkania statków Wspólnoty z okrętem wojennym raieli - rzekł Rojas. - Wilson Kime zameldował, że do "Endeavoura" zbliżył się statek mniejszy od arki, ale o takiej samej konstrukcji. Wyglądał jak asteroid, który wypączkował kopuły miast. - Wskazał na błyszczące wrzeciono. - Niepodobny do tego.
- Jaki mają współczynnik odbijania promieniowania? - zapytała Ayanna.
Rojas się uśmiechnął.
- Jeden przecinek dwa. Wypromieniowują więcej światła, niż pada na nich z lokalnej gwiazdy. Tak samo jak Władcy Niebios.
- To nie może być przypadek - zauważył Joey. - Byłoby to śmieszne. Są spokrewnieni... muszą być. Ta sama technologia lub przodkowie. Jedno lub drugie. Jednak mają wspólne pochodzenie.
- Zgadzam się z tym - powiedziała Laura. - Władcy Niebios mogą manipulować lokalnym kontinuum, co pozwala im latać. Zmieniają strukturę kwantową swojego otoczenia. Podstawowy mechanizm musi być taki sam.
- Takie wnioski wyciągnęła kapitańska komisja badawcza - rzekł Rojas. - My musimy ustalić jak i dlaczego.
Joey próbował się uśmiechnąć, ale skurcz mięśni policzka bardzo mu to utrudniał.
- Dlaczego zmieniają sygnaturę kwantową? Jak mamy to ustalić? - wybełkotał kącikiem ust.
- Pytając ich - odparł Ibu. - Jeśli są rozumne tak jak Władcy Niebios.
- Życzę szczęścia - mruknął Rojas. - Celem naszej misji jest zbadanie nowej kompozycji kwantowej kontinuum w Lesie. Jeśli zdołamy ją zdefiniować, może będziemy mogli ustalić jej przeznaczenie.
- Pomiary kwantowe to standardowa procedura - powiedziała Laura i zreflektowała się. - Zakładając, że nasza aparatura działa.
- Ayanna, to twoja działka - rzekł Rojas. - Chcę dostać listę sprzętu, który będzie ci potrzebny. Jeśli jest coś, czego nie mamy, zobaczymy, czy systemy wytwórcze statku nie zdołają tego wyprodukować. Nie bądź zbyt ambitna: wytłaczarki ucierpiały tak jak wszystkie inne układy.
Ayanna posłała mu nieśmiały uśmiech.
- Postaram się o tym pamiętać.
- Lauro - powiedział Rojas. - Twoim zadaniem jest ustalenie tego, w jaki sposób powstają te zakłócenia. Poza ich kształtem, różniącym się w granicach kilkuset metrów, te drzewa dystorsyjne wyglądają identycznie, tak więc zakładamy, że jest to nieodłącznie związane z ich strukturą.
- Rozumiem - powiedziała. - Czy mam pobierać próbki?
- Jeśli strefa Lasu nie jest dla nas zabójcza. Jeżeli prom zdoła wykonać potrzebne manewry i podlecieć blisko. Jeśli te drzewa nie są istotami rozumnymi, obdarzonymi świadomością. Jeżeli nie mają żadnych środków obronnych. Jeśli nasze skafandry próżniowe będą działać. Jeśli da się pobrać próbki. Wtedy, być może, tak. Oczywiście, preferujemy analizę in situ. Nadal obowiązują prawne regulacje Wspólnoty dla spotkań. Proszę, aby wszyscy o tym pamiętali.
Laura, rozbawiona, zacisnęła wargi.
- No dobrze. Przygotuję moją listę życzeń.
Rojas wstał.
- Startujemy za cztery godziny. Oprócz sprzętu możecie przenieść na pokład promu wasze rzeczy osobiste. Nie mogę zagwarantować, że po zakończeniu misji wylądujemy w pobliżu "Vermilliona".
Gdy Rojas opuścił salę odpraw, Laura zwróciła się do Ibu.
- Czy w ten sposób zagwarantował, że wylądujemy na planecie? - zapytała, starając się, by zabrzmiało to niefrasobliwie.
Ogromny profesor grawatoniki potarł drżącą ręką skroń.
- Myślisz, że dotrzemy do planety? Chciałbym być takim optymistą jak ty. Ja zamierzam sprawdzić, czy kopia mojej pamięci jest zaktualizowana.
- Bardziej wierzę w bezpieczne lądowanie Czternastki niż "Vermilliona" - powiedziała Laura. - Właściwie dziwię się, że Cornelius nie przydzielił do tej misji więcej specjalistów. Prom może zabrać... ile, sześćdziesiąt osób?
- Jeśli wszystko dobrze pójdzie - powiedział Joey. - Myślę, że kapitan usiłuje pogodzić ryzyko z koniecznością. Jeśli dotrzemy do Lasu, może zdobędziemy coś, co pomoże nam wydostać się z Pustki. Jeśli nie... Cóż, spójrzmy prawdzie w oczy. Brak takich jak my nie będzie specjalnie odczuwalny w społeczności pionierów, w której jedyne działające maszyny są jak z dwudziestego wieku.
- Dwudziestego? - prychnął Ibu. - Następny niepoprawny optymista.
- Wychowałam się na farmie - zaprotestowała Ayanna. - Uprawialiśmy ziemię. - Skrzywiła się. - Cóż, właściwie pomagałam ojcu programować agroboty.
- Sporządzę listę, a potem może pójdę sprawdzić moją kopię zapasową - oznajmiła Laura. - Nie, żeby w Pustce ktokolwiek z nas mógł dostać sklonowaną replikę. Wygląda na to, że znów mamy tylko jedno życie.
*
Było mało czasu i wiele do zrobienia, a przygotowania były trudniejsze, niż być powinny, z powodu awarii sieci "Vermilliona" i jądra dowodzenia. Mimo to Laura znalazła kilka minut, żeby wrócić do komory hibernacyjnej. Jej sarkofag był wciąż otwarty, a mechanizmy w środku zimne i nieczynne. Niemal spodziewała się zobaczyć tam tłum inżynieryjnych botów, ale nic nie zakłócało spokoju długiego pomieszczenia. W nogach komory hibernacyjnej znajdował się niewielki schowek na rzeczy osobiste. Na szczęście się otworzył, gdy jej u-adiunkt podał mu szyfr. Zawartość był skromna - jedna torba z porządnymi ubraniami i druga z pamiątkami. To tę drugą otworzyła.
W środku była ręcznie zrobiona drewniana kasetka na biżuterię, którą Andrze kupił jej podczas miesiąca miodowego na Tanyacie, z farbą wyblakłą po trzech stuleciach. Rdzaworuda chusta z aborygeńskim wzorem, którą znalazła na Kurandzie. Jej flet o cudownie łagodnym dźwięku, zrobiony w Venice Beach - i nawet nie pamiętała, z kim była wtedy, kiedy go kupiła. Niesamowicie kosztowny (i właściwie czarnorynkowy) kawałek srebrzystego kryształu z drzewa ma-hon w nowojorskim Central Parku. Worek pamiątek, owszem, małe muzeum siebie, ważniejsze od zmagazynowanych kopii wspomnień, których jej mózg już nie mógł pomieścić. Dziwne, że te przedmioty dawały jej bardziej krzepiące poczucie tożsamości niż ulepszone, skopiowane, przeprofilowane neurony. Wzięła zabawnie gruby i niepraktyczny sześćsetletni szwajcarski scyzoryk wojskowy z prawie dwudziestoma różnymi ostrzami i narzędziami. Przypomniała sobie, że to prezent od Althei, artystki czyniącej cnotę z negowania wszystkich technologicznych gadżetów, które Wspólnota dostarczała swoim obywatelom.
Althea wyszydziłaby sam pomysł lotu do innej galaktyki - gdyby Laura znalazła w sobie dość odwagi, aby jej powiedzieć, że leci. Laura uśmiechnęła się na myśl o tym, jak jej stara przyjaciółka zareagowałaby na wieść, że zostali uwięzieni w sztucznej niesamowitości Pustki. "Ale ubaw!" - niewątpliwie wykrzyknęłaby z uciechą. A teraz ten scyzoryk był chyba najużyteczniejszym przedmiotem, jaki miała Laura. Promienny uśmiech Althei zmieniłby się w supernową, gdyby się o tym dowiedziała.
Laura wetknęła starożytny scyzoryk do kieszonki na piersi skafandra. Jego ciężar dodawał otuchy, był czymś prostym i niezawodnym. Przynależnym do Pustki.
*
Kadłub promu numer czternaście miał deltoidalny kształt, a lekko zaokrąglone końce skrzydeł nadawały mu nieco organiczny wygląd - niezwykłe skrzyżowanie staroświeckich maszyn latających i spłaszczonych kul standardowych kapsuł regrawowych Wspólnoty. Oprócz przewożenia pasażerów na planetę miał pełnić rolę pojazdu eksploracyjnego średniego zasięgu, mogącego krążyć między planetami danego układu słonecznego, prowadzić dokładne obserwacje oraz przewozić badaczy i aparaturę naukową. Badanie sztucznych tworów w przestrzeni kosmicznej leżało w granicach jego możliwości.
Znalazłszy się w środku, Laura była gotowa uwierzyć, że właśnie cofnęła się o pięćset lat, do ery latających maszyn. Kabina na dziobie właściwie nie była zatłoczona; dziesięć dużych foteli akceleracyjnych stojących w dwóch rzędach zajmowało znaczną jej część. Fotel pilota stał oddzielnie, przed pozostałymi i przed wielkim wygiętym ekranem. Konsola w kształcie podkowy z czarnego błyszczącego plastiku zazwyczaj pokazywała kilka podstawowych funkcji stateczku. Tak jak wszystko we współczesnej Wspólnocie, prom numer czternaście był sterowany za pomocą kognitywnego łącza, a osoba pilota była jedynie dodatkowym (i głównie psychologicznym) zabezpieczeniem.
Dziś Rojas wyciągnął z konsoli wszystkie awaryjne dźwignie ręcznego sterowania, tworząc z nich zdumiewający zbiór przełączników i ergonomicznych uchwytów. Wykresy trajektorii lotu przepływały we wnętrzu ekranu jak holograficzne ryby. Mniejsze panele, które wyskoczyły z konsoli, rozjarzyły się skomplikowanymi symbolami stanu systemów.
Laura spoglądała na nie podejrzliwie, przypinając się do fotela. Te kolorowe trójwymiarowe wykresy były złowieszczo podobne do tych plakatów, które niegdyś widziała na ścianach szkoły podstawowej, do której rano prowadziła swoją pierwszą gromadkę dzieci - a to było trzysta pięćdziesiąt lat temu. Czy od tego czasu nie wymyślono czegoś nowocześniejszego?
Rojas wygodnie rozsiadł się na fotelu pilota, studiując nieustannie zmieniające się hologramy i przerzucając dźwignie jak dwudziestowieczny astronauta, a jego ściszony głos emanował pewnością siebie, gdy rozmawiał przez łącze.
- Wygląda na to, że nasz wspaniały przywódca jest w swoim żywiole - rzekł cicho Ibu, sadowiąc się na fotelu obok Laury. - Powierzając życie w jego ręce, człowiek cieszy się, że żyje, nieprawdaż?
Uśmiechnęła się w odpowiedzi. Ibu miał swoisty, flegmatyczny stosunek do życia, który aprobowała. Był dobrym nabytkiem dla zespołu. Wciąż nie zdecydowała, jak jest z Joeyem. Jeśli już, to skurcz jego mięśni twarzy jeszcze się pogłębił. Wiedziała, że to z jej strony uprzedzenie, ale naprawdę wyglądało to na jakiś poważny problem neurologiczny, a nie tylko uszkodzenie spowodowane gwałtownym wyrwaniem ze stanu hibernacji, zupełnie nieistotne, jak wciąż ich zapewniał. Ponadto emocje, jakie wymykały się z jego pilnie strzeżonego umysłu, zdradzały, że nie aprobował misji. Nie miał do niej serca.
Co do Ayanny, to zachowywała się jak sprawna profesjonalistka, interesująca się wyłącznie naukowymi aspektami sprawy. Problem z ich nowo nabytymi zdolnościami mentalnymi polegał na tym, że każdy mógł wyczuć potworne przerażenie emanujące z jej umysłu.
- Dwie minuty - oznajmił Rojas.
Pięć metrów przed tępym nosem promu zamigotały czerwone lampki wokół zamykających się wewnętrznych drzwi hangaru. Laura skrzywiła się i założyła hełm z miękką wyściółką, a potem ściągnęła dodatkowe pasy, żeby nie unieść się z fotela, z cichym szczękiem zapinając je w sposób, jaki pamiętała z dzieciństwa. Nikt nie wierzył, że sama multiplastikowa wyściółka fotela zdoła go utrzymać.
Z pasami wpijającymi się w jej ramiona próbowała uspokoić oddech. Nie licząc dwóch obowiązkowych szkoleń z zakresu procedur awaryjnych, które przeprowadzono, zanim flota opuściła przestrzeń Wspólnoty, od dziesięcioleci nie spędziła ani chwili w stanie nieważkości. Niektórzy ludzie uwielbiali związaną z nim swobodę ruchów. Ona za każdym razem musiała korzystać z biononiki, żeby powstrzymać mdłości. Andy Granfore dał jej jakieś leki, które - jak obiecywał - miały pomóc, ale nie miała zbyt wielkich nadziei. Ponadto wciąż była nafaszerowana środkami znoszącymi skutki gwałtownego wyrwania ze stanu hibernacji, więc dokładne badanie zapewne by wykazało, że ma procesy biochemiczne obcego gatunku.
- Reaktory włączone i stabilne - oznajmił Rojas. - Systemy pokładowe sprawne w dziewięćdziesięciu czterech procentach.Odcinam pępowinę.
Na jednym z ekranów konsoli rozbłysła duża purpurowa gwiazda.
- Wyglądasz nieźle, Czternastka - zabrzmiał w głośnikach kabiny głos Corneliusa Brandta.
- Jaja sobie robisz - mruknęła Laura.
W końcu to tylko krótki przelot promem, do cholery. Wszystkie te uspokajające zapewnienia tylko pogłębiały jej napięcie.
- Chcę jedynie podkreślić, że wasza misja jest ważna, ale niewarta podejmowania nadmiernego ryzyka - ciągnął kapitan statku. - Kiedy znajdziemy się na powierzchni, będziemy mogli skupić wszystkie wysiłki na znalezieniu sposobu wydostania się z Pustki, a w zawieszeniu przebywa wielu mądrych ludzi. Wszelkie informacje, jakie zbierzecie, nawet negatywne, mogą być cenne.
- Przyjąłem, "Vermillion" - powiedział Rojas. - I dziękuję. Piętnaście sekund do startu. Potwierdzono odłączenie pępowiny. Pięć zielonych słupków na wyświetlaczu zwolnienia chwytaków. Jednostki regrawowe włączone. Rozpoczynam procedurę startu.
Czerwone światełka wokół śluzy zmieniły kolor na purpurowy, sygnalizujący próżnię, i zewnętrzne drzwi się rozsunęły, ukazując czarny jak noc kosmos. Prom lekko zadrżał, unosząc się ze swego łoża. Rojas wyprowadził go przez śluzę powietrzną.
Laura mimowolnie wyciągnęła szyję, żeby lepiej widzieć przez przednią szybę. Ta niesamowita przestrzeń, którą dotychczas widziała tylko na hologramach w "Vermillionie", powoli stawała się rzeczywistością, gdy Czternastka wyłaniała się z komory. Jakimś cudem przestrzeń Pustki wydawała się ciemniejsza od zwyczajnego kosmosu. Laura trzeźwo pomyślała, że to przez kontrast. Na planetach Wspólnoty nocami zawsze można było zobaczyć tyle gwiazd, od najcieńszych pasm Drogi Mlecznej po ostre plamki białych olbrzymów. Były zawsze i wszędzie wokół. Tutaj było widać tak niewiele gwiazd, zapewne nie więcej niż parę tysięcy. Jednak mgławice nadrabiały ich nieobecność. Musiały ich być setki, od wielkich welonów świetlistego pyłu plazmy, ciągnących się przez całe lata świetlne, po słabsze smugi płonące w niezbadanych przestrzeniach.
Ciążenie znikło na długą chwilę, gdy oddalali się od "Vermilliona". Czternastka zaczęła powolny lot i Laura zobaczyła przemykającą obok ścianę pokrytego termopianą metalu, jakby spadali wzdłuż niej. Statek nie był elegancką konstrukcją, raczej przypominał mnóstwo pancernych modułów połączonych ze sobą i spryskanych matową pianą, miejscami wyblakłą i ospowatą po długim pobycie w próżni. Z termicznej warstwy sterczały cienkie wysięgniki sensorów, anten, wypustki ochronnego pola molekularnego... Jasnopomarańczowe linie jarzyły się w głębokich bruzdach połączeń między modułami - to radiatory układu termoregulacyjnego wypromieniowywały nadmiar ciepła w próżnię. Regrawowe i ingrawowe jednostki napędowe były skupiskami przysadzistych cylindrów o rozmiarach promu, szklisto czarnych i zielono opalizujących. Jedną trzecią rufy "Vermilliona" tworzyły segmenty rurowatych ładowni, przypominających geometryczne jelita. Zawierały wszystko, co potrzeba do założenia zaawansowanej technologicznie ludzkiej cywilizacji na dziewiczym świecie.
I kompletnie tutaj bezużyteczne - pomyślała ponuro Laura.
Rojas włączył główne regrawowe jednostki napędowe Czternastki i prom zaczął coraz szybciej oddalać się od "Vermilliona". Laura poczuła zaburzenia równowagi, gdy siła ciążenia wzrosła do jednej trzeciej standardowej. Miała wrażenie, że prom stoi pionowo na rufie, ona leży na plecach w fotelu, a podłoga stała się ścianą. Rojas znajdował się nad nią na skrzypiącym fotelu, absorbującym jego rosnący ciężar.
- Dobrze się czujesz? - zapytał ją płynnie metaliczny głos.
Laura domyśliła się, że to Władca Niebios. Za przesłaną jej myślą wyczuwała ogromny i przytłaczająco piękny umysł.
- Hm, tak, dziękuję - odparła, instynktownie zamykając swoje myśli, żeby maksymalnie ograniczyć wypływ emocji. Sądząc po nagłym zesztywnieniu wszystkich wokół, pozostali uczestniczyli w identycznej telepatycznej konwersacji.
- Odlatujecie - rzekł Władca Niebios z wyczuwalną troską. - Czy już nie aprobujecie moich wskazówek? Jesteśmy tak blisko świata, na którym możecie się rozwinąć i spełnić.
Rojas podniósł rękę, nie pozwalając im odpowiedzieć, po czym sam odparł swym telepatycznym głosem:
- Dziękujemy wam za wskazówki i chętnie dołączymy do naszych przyjaciół na planecie, do której wkrótce nas doprowadzicie.
- Cieszę się z tego. Jednak po co to odwlekacie?
- Chcemy zbadać ten świat i wszystko w jego pobliżu. W taki sposób osiągamy spełnienie.
- Rozumiem. Obecna trajektoria doprowadzi was w pobliże rejonu rozwojowego.
- Masz na myśli tę grupę obiektów? - Rojas wysłał telepatycznie obraz Lasu.
- Tak.
- Czy to stąd pochodzą Władcy Niebios?
- Nie z tego rejonu rozwojowego. Przybyliśmy z innego.
- Czym są te obiekty w rejonie rozwojowym? Jajami?
- Tworzy nas rejon rozwojowy.
- Jak?
- Po prostu.
- Czy macie coś przeciwko temu, że tam lecimy?
- Nie.
- Ten rejon różni się od reszty Pustki. Dlaczego?
- To rejon rozwojowy.
- Czy one są dla was ważne?
- Przybyliśmy z rejonu rozwojowego. Nie wrócimy tam. Prowadzimy tych, którzy osiągnęli spełnienie, do Serca Pustki.
- Gdzie ono jest?
- Na końcu waszego rejonu rozwojowego.
Władca Niebios zerwał połączenie z kabiną.
Rojas pokręcił głową i westchnął. Jego myśli zdradzały znaczny stopień frustracji.
- Tak się kończy każda rozmowa z Władcami Niebios - stwierdził. - Enigmatyczne gnojki.
- To fantastyczne odkrycie - rzekł Joey. - Drzewa dystorsyjne zrodziły ich, powołały do życia lub coś w tym stylu. To stamtąd pochodzą. Nasza misja jest w połowie zrealizowana, a lecimy dopiero jakieś dwie minuty.
- Jeśli w to uwierzyć - rzekł Rojas. - To śliskie dranie.
Pstryknął włącznikiem, otwierając połączenie z "Vermillionem", i zaczął powtarzać rozmowę.
*
Po trzech godzinach i siedemnastu minutach lotu z prędkością zero siedem g prom numer czternaście wyłączył ciąg i zaczął wytracać prędkość. Sześć i pół godziny po odlocie z "Vermilliona" Rojas wykonał ostatnie manewry zrównywania prędkości i deltoidalny prom zawisł w przestrzeni, dwa i pół tysiąca kilometrów od Lasu.
Laura gapiła się nań przez przednią szybę promu - ogromna plama srebrzystych i jasno lśniących drobin, zajmująca pół kosmosu. Jej wzrok sugerował, że każda z tych drobin lekko się porusza, podczas gdy w rzeczywistości było to złudzenie wywołane chaotycznie zmieniającymi się wzorami na ich migoczących powierzchniach. Czujniki powiększyły obraz, ukazując wyraźne zbliżenie drzew dystorsyjnych na skraju Lasu.
- Nie mają wokół takiej mgiełki jak Władcy Niebios - mruknął Joey.
Jego skurcze mięśni twarzy jeszcze się pogłębiły. Teraz, w stanie nieważkości, ślina wypływała z jego rozchylonych warg i dryfowała w kabinie. Laurze nie podobał się ten coraz gorszy stan. Na promie numer czternaście była kapsuła medyczna, ale nie tak dobrze wyposażona jak te na "Vermillionie". Chociaż musiała przyznać, że w tym momencie nie chciałaby poddać się procedurze medycznej w jakiejkolwiek kapsule. Sprawność systemów Czternastki systematycznie się pogarszała.
Wraz z dolegliwościami Joeya? - zastanawiała się.
- Poza tym nie ma znaczącej różnicy - powiedziała Ayanna. - Te są mniejsze.
- Węższe - dodał Rojas. - I bardzo wolno obracają się wokół swojej dłuższej osi. W dziewięciogodzinnym cyklu.
- Wyrównanie termiki? - spytała Laura.
- Na to wygląda. To najłatwiejszy sposób utrzymania stałej temperatury w kosmosie.
- Zatem coś musi je obracać - rzekła Laura.
- Nic widzialnego. To nie jest czynność kontrolowana.
- Magnetyczna? - podsunął Joey.
- Nie wykrywam żadnego istotnego pola magnetycznego - odparł Rojas. - Są prawie nieruchome.
- A co z anomaliami sygnatury kwantowej? - zapytała Laura.
Ayanna popatrzyła na kilka ekranów, coraz mocniej marszcząc brwi.
- To bardzo dziwne. Temporalny składnik czasoprzestrzeni jest tu inny.
- Temporalny? - spytał Ibu.
- Sądzę, że czas płynie tutaj w zwolnionym tempie. Nie jest to nieprawdopodobne; nasze wormhole mogą w podobny sposób manipulować upływem czasu wewnątrz. Możemy nawet całkowicie zatrzymać czas w klatkach materii egzotycznej, jeśli są prawidłowo sformatowane.
- Chcesz powiedzieć, że wszystko dzieje się tu wolniej? - zapytał Rojas.
- Tylko względem rzeczywistości na zewnątrz Lasu.
- A zatem te drzewa są zrobione z materii egzotycznej? - spytał Joey.
- Nie mam pojęcia. Jednak negatywna energia to jedyny znany nam sposób manipulowania czasoprzestrzenią, tak więc musi tam być coś takiego.
- Musimy się tam udać i pobrać próbki - powiedziała Laura.
- Wciąż to powtarzasz - odparła sucho Ayanna.
- Najpierw zobaczmy, czy możemy - rzekł Rojas. Jego dłonie zręcznie poruszały różnymi dźwigniami na konsoli pilota. W dolnej części kadłuba promu otworzył się plastmetalowy luk. Cztery drony ogólnego naukowego zastosowania wyłoniły się z silosu i poleciały w kierunku Lasu, wyglądając jak czarne piłki futbolowe wysadzane heksagonalnymi diamencikami.
- Są w pełni funkcjonalne - orzekł Rojas. Każdy Mk24 wyświetlał przesyłany obraz na jednym z ekranów konsoli. - Będę wysyłał po jednym.
- Nie ma wyraźnej bariery - powiedziała Ayanna. - Ten efekt po prostu nasila się w pobliżu zewnętrznej warstwy drzew.
- Chcesz powiedzieć, że otrzymuję coraz bardziej opóźnioną odpowiedź telemetryczną?
- Być może - odparła Ayanna. Niepewność zabarwiała jej myśli.
- Pierwszy powinien dotrzeć do drzew za czterdzieści minut - rzekł Rojas.
Laura wciąż spoglądała na widok za przednią szybą, co było łatwiejsze od nieustannego interpretowania obrazów z Mk24. Nie otrzymywali niemal nic poza obrazem w pełnym zakresie barw. Istotnych danych było bardzo mało. Wiatr słoneczny był w normie, tak samo jak kosmiczne promieniowanie środowiska.
- Zastanawiam się, czy tak wygląda schizofrenia - rzekł po prawie dwudziestu minutach Ibu. - Pragnąłem nowego i ekscytującego życia; to dlatego wziąłem udział w tej wyprawie kolonizacyjnej.
- Jednak nie aż tak ekscytującego - podpowiedziała Laura.
- Ni cholery. Muszę jednak przyznać, że Pustka jest intrygująca. Z czysto akademickiego punktu widzenia, rozumiesz?
- Wolę to od nudy.
Wielkolud przechylił głowę i spojrzał na nią z zaciekawieniem.
- Udałaś się do innej galaktyki, ponieważ się nudziłaś?
- Mam za sobą sześć związków małżeńskich i znacznie więcej nieformalnych. Mam dwanaścioro dzieci i nie wszystkie z nich pozaustrojowo; dwukrotnie byłam w ciąży, co nie było takie straszne, jak się spodziewałam. Mieszkałam na zewnętrznych i wewnętrznych planetach i spróbowałam każdego stylu życia, który nie był kompletnie idiotyczny. Myślałam, że prowadzenie badań naukowych na wysuniętej rubieży będzie ogromnie podniecające. Nie było. Niech to szlag! Jeśli w tym nie siedzisz, to nie masz pojęcia, ile politycznych rozgrywek toczy się na uczelni. Tak więc mogłam zacząć od nowa albo załadować się do ZAN i dołączyć do tych wszystkich bezcielesnych umysłów kłócących się przez całą wieczność. Po prostu nie wierzyłam, że byłoby to sensowne rozwiązanie.
- Interesujące. Do jakiej frakcji byś dołączyła?
- Brandtowie tradycyjnie dołączają do umiarkowanych Progresywistów. To mi wyglądało na równie bezsensowne. Tak więc jestem tutaj.
Ibu wskazał ogromną srebrzystą chmurę przed promem.
- Czyż nie jest to ten przyjemny dreszczyk, którego szukałaś? Trzeba się zadowalać tym, co przynosi nam los.
- Hmm. Chyba raczej niepokoić.
- Może, ale jesteśmy w obliczu największej zagadki w galaktyce. Jeśli jej nie rozwiążemy, nigdy nie wrócimy do realnego wszechświata. Nie ma niczego bardziej motywującego.
- Im więcej widzę i rozumiem - powiedziała Laura - tym bardziej wydaje mi się, że jesteśmy szczurami biegającymi w wyjątkowo niesamowitym labiryncie. Jaka siła zdołała nas tutaj umieścić, aby potem najwyraźniej nas ignorować?
- Myślisz, że jesteśmy obserwowani?
- Nie wiem. Podejrzewam, że to miejsce nie jest tak bierne, jak myśli kapitan. Jaki miałoby sens, gdyby nic nie robiło?
- A jaki sens ma to wszystko?
Wzruszyła ramionami, co w stanie nieważkości niezbyt dobrze jej wyszło.
- "Vermillion" zredukował prędkość i wszedł na orbitę - oznajmił Rojas. - Wysyłają w atmosferę planety próbniki analizujące środowisko.
- To atmosfera tlenowo-azotowa - rzuciła niedbale Ayanna. - A spektrografia wykazała taki sam rodzaj fotosyntetycznej roślinności, jaką znajdujemy w całej galaktyce. Jeśli nie ma tam jakichś piekielnych organizmów patogennych grasujących na powierzchni, Cornelius wyda rozkaz lądowania.
- O nieeee - zaczął Joey. Chaotyczne skurcze mięśni twarzy i szyi tłumiły słowa, więc wszyscy musieli uważnie się wsłuchiwać we wszystko, co mówił. - Nie możeee... lądować.
- Jak to? - zapytała Laura.
- Z powodu Skathl... - Nagły przypływ niepokoju zalał umysł Joeya, gdy zdradzieckie mięśnie niemal całkowicie zniekształciły jego słowa. - Cii Skahh. - Z wysiłkiem zamknął usta i zaczął od nowa. - Szsz pfoo... - Spuścił głowę, pokonany. - Z powodu Władców Niebios - powiedział wyraźnie jego telepatyczny głos. - Sprowadzili nas tutaj dla tego śmiesznego spełnienia, które tak ich podnieca. Gdyby chcieli nas zabić, wystarczyłoby, gdyby zostawili nas dryfujących w kosmosie z awariami wszystkich systemów. Jednak znaleźli nas i skierowali tutaj, dokładnie tu, do tej gwiazdy z planetą nadającą się do zasiedlenia. A na dodatek wszystko to jest sztucznym tworem. Jak powiedziała Laura, jesteśmy tutaj z jakiegoś powodu. Nie, żeby umrzeć.
- To ma sens - przyznała Laura. - Za plus trzeba uznać to, że "Vermillion" i pozostałe statki zapewne wylądują bezpiecznie.
Ibu przytaknął pomrukiem.
- I prawdopodobnie już nie będą mogły wystartować.
- Spełnienie - powiedział Rojas, jakby pierwszy raz usłyszał to słowo. - W twoich ustach to brzmi jak ofiara złożona jakiemuś bogu.
- Na razie to najlepsza teoria - rzekła Ayanna. - Pustka jest najpotężniejszą istotą, jaką do tej pory napotkaliśmy. "Bóg" to niezłe określenie.
- Teraz zaczynamy się cofać - orzekł wesoło Ibu. - Jeśli to jakiś bóg, co nam mówi o nim jego dzieło?
- Nie jestem pewna, czy można to uznać za istotę - powiedziała Laura. - Podtrzymuję moją teorię, że Pustka jest bardziej zaawansowaną wersją ZAN. To tylko wielgaśny komputer, przeprowadzający realistyczną symulację, w której jesteśmy uwięzieni.
- Dotychczas nic temu nie przeczy - zgodziła się Ayanna.
- Jednak to nadal oznacza, że jest jakiś powód jego istnienia oraz inteligencja, która go kontroluje.
- Ja opowiadam się za dziełem sztuki - oznajmił im Joey. - Jeśli potrafią stworzyć coś takiego, to są bardzo daleko przed nami na drodze ewolucji. Dlaczego nie mieliby tego zrobić dla przyjemności?
- Ponieważ to niebezpieczne i może zniszczyć galaktykę - rzekł Rojas.
- Co może być zabawne, jeśli jesteś bogiem.
- Zatem miejmy nadzieję, że Go nie spotkamy - rzekł Ibu sardonicznie.
Laura ponownie spojrzała na Las.
- Cóż, nie sądzę, żeby On miał tam być.
- Może nie będziemy mieli okazji tego sprawdzić - powiedział Rojas. - Telemetryczne dane z pierwszego Mk24 robią się coraz dziwniejsze.
- Czyli jakie? - zapytał Ibu.
Rojas wodził wzrokiem po ekranach.
- Strumień danych zwalnia. Nie mówię, że jest mniej informacji, ale to jak efekt Dopplera: częstotliwość próbkowania się zmniejsza.
- Spowolnienie przepływu czasu - powiedziała z satysfakcją Ayanna. - Odczyty czujników kwantowych były prawidłowe.
- Gdzie znajduje się ten dron? - zapytała Laura.
- Sto pięćdziesiąt kilometrów od najbliższego drzewa dystorsyjnego - odrzekł Rojas. - Podchodzi w tempie kilometra na sekundę. Teraz zmniejszam tę prędkość, potrzebuję więcej czasu do rozpoczęcia manewrów.
- Jak reaguje? - zapytał Joey. Za tym pytaniem kryło się spore zaciekawienie.
- Ospale - przyznał Rojas. - A to ciekawe! Drugi Mk24 przysyła dane coraz szybciej.
- Zmienne tempo? - spytała Ayanna. - To bardzo dziwne.
- Owszem, a teraz przekaz drugiego Mk24 zaczyna zwalniać - powiedział Rojas.
- Może po przekroczeniu jakiejś wartości progowej - podpowiedziała Laura.
Brak aktualnych danych był irytujący - jakby cofnęli się do epoki kamienia łupanego. Znów instynktownie poprosiła swojego u-adiunkta o podłączenie do sieci promu. Zaskakujące, ale interfejs zadziałał. W jej polu widzenia pojawiła się cała gromada ikon. Drugorzędne procesy myślowe przebiegające w jej klastrach makrokomórkowych zaczęły przeprowadzać autonomiczną analizę sytuacji. Chaotyczny strumień informacji nagle zmienił się w konkretny i dokładny.
Joey i Ayanna natychmiast popatrzyli na nią, a ona uświadomiła sobie, że wysłała telepatyczny impuls satysfakcji.
- Jaki jest antonim awarii? - zapytała. - Właśnie mam pełne połączenie z siecią Czternastki.
- Wskrzeszenie? - podpowiedział Ibu.
Ikonki w polu widzenia Laury poinformowały ją, że reszta zespołu wykorzystuje naprawę usterek i powrót promu do normalnego działania. Ona jednak skupiła się głównie na środowisku kwantowym, przez które przemykał pierwszy Mk24. Składniki temporalne były z pewnością inne. Występowały też inne anomalie.
- Rozumiesz to? - zapytała Ayannę.
- Niezupełnie.
Laura zamknęła oczy, gdy Mk24 przeleciał w odległości siedemnastu kilometrów od drzewa dystorsyjnego na skraju Lasu. Przesłał doskonały obraz drzewa. Jego bulwiaste zakończenie było złożone z pomarszczonych fałd jakiejś krystalicznej substancji, znacznie mniej poskręcanych niż Władcy Niebios. Blade wielobarwne cienie rytmicznie przepływały w środku, jakby coś krążyło wewnątrz tego drzewa. Obraz migotał.
Strumień danych Mk24 szybko się zmniejszał. Pomimo buforowania jakość transmisji się pogarszała. Laura skupiła się na drugim dronie, lecącym pięć minut za pierwszym i zbliżającym się do zewnętrznej warstwy drzew. Ten obraz był znacznie lepszy.
Skupiając na nim swoją uwagę, jednocześnie przejrzała w myślach pozostałe dane gromadzone przez prom numer czternaście.
- Łapiecie to? - spytała nagle.
Drugorzędne procesy myślowe dokonały interpretacji innego strumienia danych. Nie pochodził z dronów Mk24. Główny radar promu pokazywał szeroką na kilometr owalną formację niewielkich obiektów. Znajdowały się już siedemnaście tysięcy kilometrów od tępego czubka Lasu i oddalały się z prędkością jeden przecinek osiem kilometra na sekundę. Każdy z tych obiektów był kulą o średnicy około trzech metrów. Obrazowanie nie pokazywało niczego ciekawego; miały gładką powierzchnię. Laura włączyła obrazowanie termowizyjne, które zarejestrowało interesująco wysoki poziom emisji podczerwieni.
- Trzydzieści pięć stopni? - mruknął ze zdziwieniem Ibu. - Co to za obiekty?
- Czymkolwiek są, radar pokazuje, że jest ich jedenaście - odparła Laura. - I lecą w owalnym szyku, z minimalną prędkością dryfowania. Zero przyspieszenia. Coś je wyrzuciło w kosmos.
- Kierują się wprost na planetę - powiedział Rojas. Jego umysł słał alarmowy sygnał. - Wzywam "Vermilliona", aby ich ostrzec, że coś się zbliża.
- Mali Władcy Niebios? - spekulował Joey. - W końcu to strefa rozwojowa.
- Uzasadnione przypuszczenie - rzekł Ibu. - Ciekawe, jaki jest ich cykl życiowy. Dorastają na planecie, a po osiągnięciu dojrzałości wracają w kosmos?
- To nieruchome obiekty - powiedziała im Laura. - Nie rejestrujemy żadnych dystorsji grawitacyjnych ani czasoprzestrzennych. To nie Władcy Niebios.
- Może ich jaja? - podsunęła Ayanna.
- Władcy Niebios powiedzieli, że nie pochodzą stąd - przypomniał Ibu. - Nie wyrażają się jasno, ale nie sądzę, żeby byli w stanie choćby zrozumieć koncepcję kłamstwa.
- "Vermillion" wyśle prom na ich spotkanie - powiedział Rojas. - Jeśli będą mogli.
- Jeśli nie, to zawsze możemy zbadać ich in situ - zauważył Joey. - W końcu stąd wylecieli.
Trzeci dron Mk24 przeleciał obok zewnętrznej warstwy drzew i po niecałej minucie stracili z nim kontakt. Czwarty przetrwał siedemdziesiąt dwie sekundy, zanim strumień danych zwolnił do zera.
- Żebyśmy mieli jasność - rzekł Rojas. - Spowolnienie czasu nie jest zabójcze, prawda, Ayanno?
- Spowolnienie następuje tylko w Lesie względem kontinuum Pustki na zewnątrz - odparła z rosnąca irytacją.
- Tak więc teraz musimy tylko stwierdzić, czy ta sygnatura kwantowa wpływa na żywe tkanki - stwierdził Ibu.
- W porządku - powiedział Rojas. - Wystrzelę drona z Łajką.
Laura wiedziała, że na poziomie emocjonalnym powinna mieć ambiwalentne odczucia, być może z przewagą dezaprobaty. Jednak szczerze mówiąc, po tylu wiekach oglądania prawdziwej śmierci (a nie tylko utraty ciała) zarówno ludzi, jak i zwierząt, przestało ją to niepokoić. Ponadto trudno wykrzesać z siebie wiele sentymentu dla myszoskoczka.
Ten mały gryzoń Łajka był ulokowany w środku drona, który miał niemal identyczne czujniki jak Mk24, a ponadto niewielką kapsułę z układami podtrzymywania życia. Wszyscy obserwowali strumień danych z czujników, gdy dron z Łajką przemykał obok zewnętrznych drzew dystorsyjnych. Poprzez słabnące łącze telemetryczne widzieli, jak myszoskoczek kręci nosem, jak miarowo bije mu serce i regularnie oddycha, usiłując napić się wody z rurki przy głowie. Wszystkie mięśnie i nerwy pracowały normalnie. Połączenie słabło, aż zupełnie się zerwało.
- Wnętrze Lasu nie zabija - orzekł Ibu. - Nawet nie wywiera żadnego wpływu na żywe organizmy.
Joey wydał z siebie ponury pomruk, bardziej przypominający jęk.
- Przynajmniej nie w pierwszej minucie - rzekł.
- Strumień danych przestał dochodzić z powodu właściwości temporalnych środowiska - powiedziała Ayanna. - Zgubiliśmy go i tyle. Łajka nie uległa awarii. Ten myszoskoczek wciąż tam jest żywy.
- To twoja oficjalna opinia? - zapytał Rojas.
- Tak. Uważam, że możemy spokojnie wlecieć do środka. Jedyne, czego nie wiem, to w jakim tempie płynie tam czas. Jeśli spędzimy tam dzień, na zewnątrz może minąć miesiąc. A może więcej. Albo mniej.
- Dziękuję. Joey?
- Przylecieliśmy tak daleko...
- Laura?
- Muszę pobrać próbki tych drzew. Jakikolwiek jest ich mechanizm działania, znacznie różni się od wszystkiego, co dotychczas napotkaliśmy. I bardzo chcę się dowiedzieć, jakie jest ich źródło energii. Nie można zmienić upływu czasu bez ogromnego zużycia mocy. A ta musi skądś się brać, tymczasem nie widzimy żadnej aktywności cząstek neutrino świadczących o przekształcaniu masy w energię, czy choćby fuzji. To nie może być energia słoneczna. Zatem skąd...?
- Skąd bierze się energia na naszą telekinezę? - zapytał natychmiast Ibu. - Sądzę, że wychodzisz z niewłaściwych założeń, Lauro. Kontinuum Pustki jest inne.
- Chcesz powiedzieć, że te drzewa spowalniają czas, myśląc?
- Myśląc. Nakazując. Kto wie?
- No dobrze, uspokójcie się - powiedział Rojas. Spojrzał na Ibu. - Rozumiem, że ochoczo się tam udasz?
- Może nie ochoczo, ale bez sprzeciwu. Laura ma rację: musimy dobrze się przyjrzeć procesom zachodzącym w tych drzewach.
Rojas głośno westchnął.
- Zatem dobrze, zgłoszę "Vermillionowi", że wlatujemy do środka. Zakładam, że kiedy się tam znajdziemy, stracimy z nimi łączność. Nie chcę, żeby wysyłali wyprawę ratunkową tylko dlatego, że nie odzywamy się przez kilka dni.
Ibu otworzył prywatne połączenie z u-adiunktem Laury.
- Dlaczego mam wrażenie, że wyprawa ratunkowa nie byłaby priorytetową sprawą w terminarzu kapitana?
*
Rojas nadal korzystał z ręcznego sterowania, kierując Czternastkę ku dużej luce między drzewami dystorsyjnymi. Laura wolała obserwować to podejście zza przedniej szyby, a nie poprzez przekaz czujników promu. Jednak jej egzowizja dokonywała wtórnej interpretacji, podając szczegółowe dane podejścia.
Przyspieszenie wynosiło jedną dziesiątą g, co wystarczało, aby utrzymać ich w fotelach. Laura wykorzystała czas, by pospiesznie przeżuć kilka czekoladowych wafelków. Nawet to słabe ciążenie pozwoliło jej żołądkowi bez protestów przetrawić pożywienie.
- Mam wrażenie, że powinniśmy poczynić przygotowania - zauważył Ibu.
- Jakie? - spytała.
- Nie jestem pewien. Nałożyć jakieś skafandry ochronne? Zabrać butle z tlenem? Zaszczepić się?
- Mam pod skafandrem siatkę pola siłowego - wyznała Ayanna. - Czy to się liczy?
- Pomoże, jeśli nie przestanie działać.
- A myślałam, że jesteś optymistką.
Laura zastukała palcem w miękką wyściółkę kabiny. Beżowy materiał był podzielony na kwadraty, a prawie połowa z nich była drzwiczkami małych szafek.
- W każdej kabinie są hermetyczne skafandry ratunkowe.Nic ci nie będzie.
Otworzyła kartonik soku pomarańczowego i zaczęła go sączyć przez słomkę.
Ibu zerknął na ścianę drzew ciągnącą się przez Pustkę za przednią szybą promu.
- Nazwałaś nas szczurami w laboratoryjnym labiryncie. Raczej jesteśmy bakteriami pod mikroskopem. Nasze uczucia są nieistotne. Jedyne, co utrzyma nas przy życiu, to kompetencje i umiejętność logicznego myślenia. - Z uśmiechem rozejrzał się po kabinie. - Na szczęście obu nam nie brakuje. Możesz sobie wyobrazić, jak wyglądałaby ta misja, gdybyśmy mieli do dyspozycji tylko bandę pięćdziesięciolatków? Statek strachu i łez.
- Połączenie z "Vermillionem" zanika - oznajmił Rojas.
Laura sprawdziła, co pokazuje jej egzowizja. Czternastka znajdowała się teraz trzydzieści kilometrów od drzewa dystorsyjnego i wciąż się zbliżała. Rojas zmniejszył przyspieszenie do zera. Wszyscy zamilkli, gdy przelatywali obok cieńszego końca drzewa, skierowanego ku planecie. Spowił ich jego cień. Rojas wykręcił i przyspieszył do pół g, wyrównując ich prędkość względem Lasu, tak by prom zawisł nieruchomo w środku. U-adiunkt Laury odnotował czas. Intrygowało ją to, jaka będzie różnica czasowa, kiedy znów wyłonią się w "zwyczajnej" przestrzeni Pustki.
- Zauważam lekkie przesunięcie w stronę fioletu kilku granicznych gwiazd - powiedziała Ayanna. - Jesteśmy w zmienionym przepływie czasu.
- I nadal żyjemy - rzekł Ibu.
- Połączenie z "Vermillionem" zanikło - oznajmił Rojas.
- Tego się nie spodziewałam - powiedziała Ayanna. - Myślałam, że nadal będziemy ich odbierać, tylko na wyższej częstotliwości.
Rojas się skrzywił.
- Nic, przykro mi.
- A co z tymi Mk24, które wysłaliśmy przed nami? - spytała Laura. - Nie powinniśmy znów ich odbierać, skoro jesteśmy w tym samym przedziale czasowym?
- Na razie nic nie ma - rzekł Rojas. - Sprawdzę jeszcze raz.
- Od Łajki też nic - zgłosiła Ayanna.
- Mk24 nie są też widoczne na radarze - rzekł Ibu.
- To dziwne - powiedziała Laura. - Radar Czternastki może wykryć ziarnko piasku z odległości dwustu kilometrów. Nawet jeśli drony zupełnie straciły zasilanie, powinny być wykrywane.
- Widocznie są za innym drzewem dystorsyjnym - podpowiedział Joey.
- Wszystkie? - powiedziała sceptycznie Laura. - Ponadto wszystkim jednocześnie wysiadła łączność i napędy? Akurat.
- Zatem jak to wyjaśnisz?
Spojrzała na ogromny krystaliczny kształt najbliższego drzewa dystorsyjnego.
- Coś wciągnęło je do środka.
- Nie wykryliśmy żadnych anomalii aktywności grawatonicznej - zauważyła Ayanna. - Nie wiem, co innego mogłoby zmienić ich trajektorię.
- Telekineza - rzekł Rojas. - Jeśli te drzewa są w jakimkolwiek sensie żywe, to gdzieś tam kryje się ogromny stary mózg.
Znów wszyscy zamilkli. Laura obrzuciła drzewo lekko zatroskanym spojrzeniem.
- Jeśli jest żywe, to nie chce z nami rozmawiać.
- Dlatego ty tutaj rządzisz - powiedział jej Rojas. - Co chcesz teraz zrobić?
- Podejść do niego bliżej. Wykonać kilka pomiarów gęstości, zobaczyć, czy uda nam się zdobyć obraz jego budowy wewnętrznej, a potem umieścić próbniki nad najbardziej interesującymi częściami.
- Jeśli podejdziemy dostatecznie blisko, możemy użyć telepatii - zauważył Joey.
- Czegokolwiek, co pozwoliłoby nam zajrzeć do wnętrza tych drzew - powiedziała mu bez cienia ironii Laura.
Czternastka podleciała na trzy kilometry do drzew dystorsyjnych. Rojas umieścił ją w połowie krystalicznego behemota, wykorzystując obłoczki zimnego gazu z dysz układu chłodzenia reaktora promu. Stado wyspecjalizowanych dronów sensorycznych Mk16b wyleciało z silosu w kadłubie. Dwieście dwadzieścia tych błyszczących sond wielkości pięści utworzyło szeroki pierścień wokół drzewa dystorsyjnego. Zamknąwszy krąg i zjednoczywszy strumienie danych, powoli przesuwały się wzdłuż dziewięciokilometrowej długości drzewa, dokładnie skanując.
Laura starała się nie okazywać rozczarowania obrazem, który wyłaniał się w jej egzowizji. Skomplikowane kształty pofałdowanego obiektu były mapowane z milimetrową precyzją, ukazując dokładną topologię szczelin ciągnących się ponad kilometr poniżej meandrującej grani. Jednak wszystkie sensory dronów nie zdołały ukazać niczego pod tą powierzchnią.
- To jak odcisk palca wielkości górskiego pasma - opisał to Ibu.
Laura zamknęła oczy, zatapiając się w obrazie przekazywanym przez czujniki.
- Dystorsja kwantowa jest najsilniejsza przy grani - oznajmiła. - To jednak nic mi nie mówi o tym, gdzie jest generujący ją mechanizm.
- Zdecydowanie mamy do czynienia ze skutkiem działania jakiejś negatywnej energii - powiedziała Ayanna. - Drzewa są źródłem zmiany upływu czasu, to pewne. Światło w krysztale to zapewne rodzaj promieniowania Czerenkowa w tym kontinuum.
Kierowane przez Rojasa stado dronów rozdzieliło się na dwie eskadry i pomknęło dolinami po obu stronach krystalicznej grani, wylatując ze słonecznego światła w upiorną i zmienną fosforescencję drzewa.
- Możemy utrzymywać kontakt z tym stadem, ale nie z dronami Mk24 - zauważył Ibu. - Coraz to dziwniejsze.
- Te są bliżej - przypomniał Rojas.
- Gdyby Mk24 tylko dryfowały wokół w Lesie, jeden z nich już wyłoniłby się z radiowego cienia.
- No dobrze, co więc twoim zdaniem się z nimi stało?
- Nie wiem - odparł ponuro Rojas.
- Zdecydowanie drzewa zawierają w swoim składzie trochę węgla - orzekła Laura, odczytując świeżą porcję danych przesłanych przez stado.
- Diamenty? - ucieszył się Joey.
- Nie, przykro mi. Są tam ślady również innych pierwiastków, ale nic szczególnego. Jednak to jest interesujące: wiązania walencyjne wydają się silniejsze od tych, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, a gęstość materii jest niewątpliwie większa niż zwykle. Sądzę, że parowanie jest pomijalne. Jednak wciąż nie mam odczytów głębszych niż na kilka milimetrów.
- Co oznacza, że musisz się tam udać i odłupać parę kawałków, no nie? - rzekł Ibu.
Laura ponownie przejrzała wyniki analizy gęstości.
- Myślę, że wysięgniki próbników powinny sobie z tym poradzić.
- Do licha, a miałem nadzieję walnąć w to młotkiem - powiedział z uśmiechem Ibu. - Możesz to sobie wyobrazić? Jedno stuknięcie i to maleńkie pęknięcie zaczyna się powiększać...
- Agencja do spraw Pierwszego Kontaktu Wspólnoty puściłaby cię z torbami - powiedziała mu Laura.
- Dajmy dronom jeszcze trochę czasu - zaproponował Rojas.
- Odczytuję bardzo interesujące fluktuacje sygnatury kwantowej w szczelinie - powiedziała Ayanna. - Chciałabym, żeby drony przeprowadziły pełny skan całej długości drzewa i wykryły, gdzie są najsilniejsze.
- To mi pomoże - przyznała Laura. - Jednak polecimy tam, prawda?
Rojas westchnął.
- Przeprowadzimy próby sprawności naszego sprzętu, czekając, aż drony zakończą badania.
*
Przedział techniczny promu był wciśnięty między sterówkę na dziobie i główną kabinę pasażerską. Była tam śluza, mała mesa i łazienki, a także luk prowadzący do ładowni na fracht, biegnącej wzdłuż kadłuba pod kabiną pasażerską.
Laura płynęła w powietrzu za Rojasem, zachowując należyty dystans między swoją głową a jego stopami. Chociaż jej biononika powoli wracała do normy, nadal niezbyt dobrze czuła się w stanie nieważkości. Przez cały czas obawiała się, że zostanie kopnięta w twarz.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki