Ot, Wena twórcza - Krzysztof Kapturski

Kup ebooka

10.10 zł
8.38 zł (10,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autora

Wena Twórcza dopadła mnie tak naprawdę dopiero na początku XXI wieku. Wcześniej zdarzało mi się coś zrymować, ale nie wpadłem na to, żeby to zapisywać. Najbardziej płodny okres rozpoczyna rok 2003. Wena opętała mnie do tego stopnia, że budziła mnie w nocy z gotowym utworem i wiedziałem, że nie da mi wrócić do łóżka dopóty, dopóki nie usiądę i nie zapiszę rymów na byle chusteczce czy innym skrawku papieru. Miała rację. Rano, bez zerknięcia na zapis, nie potrafiłem przytoczyć Jej słów. Tak - Jej - bo bez Weny byłbym niczym.

Usłyszałem kiedyś, że Juliusz Słowacki - klasyk, mistrz, chapeau bas i w ogóle - potrafił zmieniać swoje dzieła nawet już po ich wydrukowaniu. Niedościgniony wzór. Mnie się to rzadko zdarza właśnie dlatego, że Wena daje mi "gotowce". Najbardziej zapadł mi w pamięci Tren dla Mamy, który powstał 5 grudnia 2011 roku, dosłownie w kwadrans po tym, jak dotarła do mnie smutna wiadomość o Jej przegranej walce z ciężką chorobą. Zaraz potem powstał nierymowany efekt żałoby - Tryptyk tajemnic.

Jestem poetą (dumne słowo) głównie rymującym. W toku swojej twórczości nasłuchałem się sporo krytyki od podobnych do mnie składaczy rymów. Ktoś nawet trafnie uznał (w 2019 roku gdzieś na Dolnym Śląsku powstała muzyka do dwóch moich wierszy), że część utworów pasuje bardziej na teksty piosenek niż stanowi wiersze. Uznano, że za dużo w nich rytmu. Jak zwykle powtarza się też zarzut pójścia na łatwiznę i stosowania prostych, nieambitnych rymów. Trudno, tak już musi zostać. Taki mam styl.

Jednak mam tę satysfakcję, że na wieczorkach literackich, na których moje wiersze recytowała na przykład młodzież z kółka teatralnego, wiersze białe innych twórców były odczytywane z kartek. To spora różnica. Kiedy możesz się nauczyć na pamięć czegoś, co masz wyrecytować, możesz lepiej przygotować swoją interpretację utworu (zwłaszcza, że celowo część wierszy nie ma znaków przestankowych na końcu wersów). Jesteś jak aktor na deskach teatru. Jakże pięknie jest zobaczyć wtedy łzy w oczach co bardziej wrażliwych odbiorców! Mnie podobała się zawsze - inna niż moja, podprogowa - interpretacja moich dziełek. Trudno mi z kolei było zrozumieć brawa po wysłuchaniu utworów odczytanych z kartek. Oczywiście wypada klaskać. Tylko czy odbiorca miał szansę zrozumieć utwór? Chyba nie. Widać to zresztą było nieraz po liczbie pytań zadawanych autorom w kuluarach. Żeby było jasne - bardzo szanuję również wiersze białe (i ich autorów), ale osobiście, aby je zrozumieć muszę je przeczytać co najmniej kilka razy (albo porozmawiać z twórcami).

Moja Wena czasem podrzuca mi coś nierymowanego, ale to tylko Jej kaprysy. Ona w ogóle jest kapryśna. Na początku była bardzo płodna. Miałem sporo materiału, z którego raptem kilka sztuk trafiło do almanachu Grupy Twórczej "Brzoza" pt. "Życie nasze codzienne", wydanego dzięki staraniom Fundacji Kultury Jana Kochanowskiego w Radomiu, w 2004 roku. Później nachodziła mnie tylko wtedy, kiedy akurat miała ochotę.

Wybór utworów w tym tomiku to wypadkowa ponownego pochylenia się nad treścią. Fraszki i erotyki stanowią rozdziały. Chronologia powstawania rymów nie ma znaczenia.

Były takie etapy w mojej twórczości, które obfitowały w rymy mocno nasycone bieżącą sytuacją społeczno-polityczną. Takie utwory od razu odsiałem. Niech leżą w szufladzie. Pisałem też sporo rymowanych dedykacji, życzeń, czy bardzo prywatnych wersów. Te zostaną dla tych, dla których były przeznaczone.

Wydanie własnego tomiku to dla mnie bardzo duże wydarzenie. Pozwoli Wenie wrócić do mnie, bo powstanie miejsce na nowe natchnienia.

Przyjemnej lektury!

Krzysztof Kapturski

Radom, styczeń 2026

Bezwzględny względny czas

Wiadukt zawieszony nad autostradą

Widok z niego taki sobie

Ot, setki pojazdów się mijają

Razem z nimi ludzi mrowie

A ja stoję, patrzę na nie

I choć bieżą w dwie strony

To przecież widać stąd ładnie

Ten pęd życia jakże szalony

Tak chyba na nas patrzą

Potężne, tysiącletnie drzewa

W których koronach pod zamczyska basztą

Kolejne pokolenie ptaków śpiewa

Dla drzew tych żadna różnica

Czy dziś przeminie ktoś, czy ty

Że dziś deszcz, a jutro śnieżyca

Jak co ranek rosa z mgły

Ruiny starożytnych miast

Miliony nas przetrwały

I choć porośnie je dżungla czy chwast

Jam na to wszystko za mały

Zakopane, 16 kwietnia 2005 r.

Niewzruszona Topola

Cienka pośród pól nitka drogi

Pobocza uzbrojone w strzeliste topole

Facet w samochodzie nieprzyzwoicie drogim

Trzyma kurczowo pedał gazu w dole

Niebo pozbywa się wilgoci nadmiaru

Słońce nie widzi akcji poprzez chmury

Wydaje się, że deszcz nie ma dziś umiaru

Woda opuszcza przepełnione w asfalcie dziury

A tam, nieopodal, na zakrętu łuku

Stoi dumnie ona - Niewzruszona Topola

Przyzwyczajona do łamiącej się blachy huku

Bo taka to już drzewa przydrożnego dola

Strugi deszczu obmywają podrapaną korę

Spływają po daszku pamiątkowej kapliczki

Dziś kolejny facet na śmierć wybrał porę

Nowy krzyż stanie, ktoś zapali świeczki

Spogląda Topola spod liści zalotnie

Jak facet w łuk drogi wchodzi

Nawet nie zdążył jej dostrzec w oknie

Choć prosto w objęcia jej wchodził

Strugi deszczu obmyją kolejne zadrapania

Topola stać będzie dumnie, niewzruszona

A ten dzień już się skłania do zmierzchania

Gaśnie świeczka w kapliczce, wypalona

Radom, 20 stycznia 2007 r.

Bezsenność

Patrzyłem dziś przez okno

na bezkresny czas;

Myślałem o tych miejscach,

w których nie ma nas.

Słuchałem głuchej ciszy,

mówiłem bez słów.

Za chwilę nowy dzionek

miał nastać znów.

Ty we śnie pogrążona

już drugi zmieniałaś bok,

Zawsze ciężkie powieki zamykasz,

gdy tylko zapada zmrok.

Ja zaś w sufit wpatrzony

przez myśli niesfornych tłum,

I wnet ukojenie -

deszczu za oknem szum.

Spadały krople wartko

jak całe stada łez,

Na okno, parapet, balkon

i ten pod blokiem bez.

Przyjemny, rytmiczny odgłos

wysyłał myśli w cień.

Nareszcie spać się zachciało -

cóż z tego? - już nastał dzień.

Radom, 16 maja 2004 r.

List pojednania

Dzwoniłem dziś do Ciebie,

Rzuciłaś słuchawką.

W planach miało być jak w niebie,

Dziś tylko odbija się czkawką.

Ten dzień, gdy Cię spotkałem,

Trudno to zapomnieć.

Nadzieję spędzić z Tobą życie miałem,

Dziś przyszło oprzytomnieć.

Kiedy się psuć zaczęło?

Jakoś nie pamiętam.

Co na drodze szczęścia stanęło,

Gdzie chemia, gdzie mięta?

Nie można przecież kilku lat

Rzucić w bezdenny niebyt.

Odwrócić do góry nogami świat -

Czy to logiczne? - Niezbyt.

Zacznijmy wszystko od początku,

Jeszcze raz ułóżmy puzzle rozrzucone.

Nie traćmy mozolnie snutego życia wątku,

Nie wszystko jeszcze stracone.

Złość, nerwy - to wszystko minie,

Każdy kryzys przetrwamy.

Po co ciągle mówić o winie? -

Ważne tylko, że siebie mamy.

Pióro odkładam, zaklejam kopertę,

A w niej te błagalne słowa.

Przyjmij proszę moją ofertę -

Twoja gorsza połowa.

Radom, 13 stycznia 2007 r.

Tren dla Mamy

Za oknem dziś niebo zapłakało

Jakby smutne wieści spotęgować chciało

Przeleciały przez mokre powietrze fale

"Halo, informujemy z żalem..."

Elektryczny dreszcz przeszywa ciało

Bo tego życia ciągle przecież mało

Tylko że kruche - na kostuchy uciechę

A nam obietnica Raju na pociechę

Byle chociaż odejść w snu spokojności

Bez bólu, cierpienia, i nie w samotności

A siebie pozostawić we wdzięcznej pamięci

By znicz zapalili kiedy Wszyscy Święci

Nie będziesz już Mamo z nami latoś kolędować

Prezentów pod choinkę nie będziemy chować

Niech dusza Twoja uwolniona z okowów ziemskiej powłoki

Choć od czasu do czasu spojrzy na nas przez obłoki

Lepiej tam będzie Tobie, gdzie Anieli śpiewają

Gdzie tylko uśmiech i miłość wszystkim rozdają

Odpoczywaj sobie za lata udręki

A za Twój żywot z nami stokrotne Ci dzięki!

Mamie, w dniu odejścia na wieczny odpoczynek,

5 grudnia 2011 r.

Budujemy przyszłość

Święto dzisiaj w mieście mają

Nowy biurowiec oddają

Szkło, stal, trochę cegły

Ostatnie drzewa w parku poległy

Wstęga już prawie przecięta

Impreza na ostatni guzik zapięta

Będzie szampan i życzenia

Nie będzie tylko wyrzutów sumienia

Czynimy sobie ziemię poddaną

Wszerz i wzdłuż eksplorowaną

I tylko tlenu coraz mniej

Z własnej głupoty się człeku śmiej

Chcesz w niebo spojrzeć? - Próżny trud

Wszak wszędzie smogu zasłona, brud

Majówka nad wodą? - Tylko ściek

Nie znajdziesz czystej choćbyś się wściekł

W telewizji dzisiaj mecz

Zmartwienia niech idą precz!

Fotel, popcorn, puszka... tlenu -

Jedna dziennie przysługuje każdemu

Radom, 12 lipca 2007 r.

Jutro Zaduszki

Listopad przyszedł - czas zadumy

Idą z kwiatami i zniczami tłumy

Przeciskają się w wąskich alejkach cmentarzy

Wśród grobowców licznych jak letników na plaży

Przeszłość z teraźniejszością się wita

Ktoś dawno niewidzianego krewnego spotyka

Na wizyty u siebie się umawiają

Po chwili już zapominają

Znicz zapalić, wieniec złożyć

Ponarzekać, że "mógł jeszcze pożyć"

I wrócić do codzienności

Obłudy, zwątpienia, czasem radości

Za chwilę nowa klepsydra

Jak jaka lernejska hydra

Dopadnie Bogu ducha winnego

Czyjegoś znajomego, bliskiego

Z nastaniem kolejnego listopada

Problem będzie nie lada

Bo grób, gdzie go pochowali

W mogił nekropolii zniknie gali

Ledwo znaczył horyzont mógłbyś przysiąc

Cóż, kiedy nowych postawili tysiąc

Radom, 10 listopada 2008 r.