Piątek, 14 września 2001
Było jeszcze tak gorąco jak latem. W południe wrócił ze szkoły do domu i natychmiast wsiadł na rower. Ów wspaniały szybki rower w kolorze niebieski metalik, który dostał w lipcu na urodziny. Skończył wtedy pięć lat i z początkiem września poszedł po raz pierwszy do szkoły. Nauka sprawiała mu przyjemność. Nauczyciele byli mili, także koledzy w klasie. Wydawał się sobie bardzo dorosły. A najlepsze było to, że miał najlepszy rower ze wszystkich. Mimo że Gawin, jego klasowy kolega, z którym siedział w jednej ławce, stale się chwalił, że jego rower jest lepszy, co nie było prawdą. Widział ten rower - nawet w połowie nie był tak dobry jak jego.
- Najpóźniej o szóstej bądź z powrotem! - zawołała za nim matka. - I uważaj na siebie!
Tylko skinął głową w odpowiedzi. Matka stale się o niego martwiła. Obawą napawał ją ruch uliczny, źli ludzie, którzy uprowadzają dzieci, nawet ewentualne burze, które można było napotkać.
- To dlatego, że cię kochamy - odpowiadała, kiedy złościł się z tego powodu.
Zanim opuścił miasto, jechał bardzo ostrożnie. Nie był dzieckiem, wiedział, na co trzeba uważać. Ale teraz miał przed sobą zupełnie pustą trasę. Odkrył ją kilka tygodni temu i od tego czasu przyjeżdżał tu prawie codziennie. Była to wąska polna droga, po której bardzo rzadko jeździły samochody. Ciągnęła się między łąkami i polami i wydawała się nie mieć końca ani początku. W słoneczne dni, takie jak dzisiejszy, stawała się białym zakurzonym paskiem wśród płaskich pól, które sięgały aż po horyzont. Latem z pewnością rosło tu zboże i zasłaniało widok, ale teraz wszystko było już zżęte, co tylko potęgowało wrażenie nieskończoności. I wolności.
A teraz był słynnym kierowcą wyścigowym i jeździł samochodem marki Ferrari. Jechał w czołówce wyścigu - ale pozostali zawodnicy byli tuż za nim. Dreszczyk emocji był więc tym większy. Musiał dać z siebie wszystko. Zwycięstwo było tuż-tuż, lecz należało walczyć ze wszystkich sił. Pozostali zawodnicy byli równie dobrzy. Jednak to on był najlepszy. Wiedział, że zaraz stanie na podium jako zwycięzca i opryska szampanem wiwatujący na jego widok tłum. Wszystkie kamery skierują się prosto na niego, a krzyczący komentator będzie bliski utraty głosu. Przycisnął więc pedały i niemal położył się na kierownicy roweru. Poczuł gwałtowne uderzenie wiatru na twarzy i we włosach.
Życie wydawało mu się tak piękne, że był gotów krzyczeć z radości.
Był tu zupełnie sam, jeśli nie liczyć jego fikcyjnych współzawodników. Jak okiem sięgnąć - nikogo. Tylko on. I ta nieskończoność drogi.
Nie miał pojęcia, że nie był już sam.
Nie miał pojęcia, że pozostały mu zaledwie dwie minuty do końca. Do końca jego kariery najsłynniejszego kierowcy wszech czasów.
I życia - takiego, jakie znał.
Sobota, 22 lutego 2014
Była szansa, aby ujść z tego cało i uratować skórę.
Sypialnia Richarda Linville'a mieściła się pod samym dachem domu, prowadzące do niej drzwi można było zamknąć na klucz, a w środku znajdował się telefon. I kiedy tej zimnej i mglistej lutowej nocy Richard obudził się nagle przerażony, słysząc jakiś dziwny dźwięk, którego nie potrafił rozszyfrować, a który brzmiał tak podejrzanie jak odgłos rozbijanej szyby, powinien był wyskoczyć z łóżka, zamknąć drzwi i natychmiast wezwać policję. Ale Richard nie był człowiekiem, który od razu wołałby o pomoc tylko dlatego, że nocą usłyszał w swoim domu coś dziwnego, coś, co równie dobrze mogło się okazać złudzeniem. Zanim przeszedł na emeryturę, pracował jako nadkomisarz w North Yorkshire Police i niełatwo go było wystraszyć. I jeśli naprawdę działo się coś dziwnego, najpierw próbował wyjaśnić to sam.
Bezszelestnie i zadziwiająco zwinnie jak na swój wiek podniósł się z łóżka, wymacał w ciemnościach górną szufladę nocnej szafki, wysunął ją i zza stosu starannie poukładanych chusteczek wyciągnął pistolet. Dawniej, w czasie służby, nie nosił broni, ale jako były funkcjonariusz policji kryminalnej wiedział, że także będąc emerytem, nie może wykluczyć pewnego zagrożenia swej osoby. Zbyt wielu ludzi ścigał, zbyt wielu postawił przed sądem, było więc oczywiste, że miał wrogów. Niektórzy dzięki niemu już od wielu lat siedzieli za kratkami. Dlatego też postarał się o pistolet, ale fakt, że nie szedł spać, nie mając go pod ręką, był wyłącznie środkiem ostrożności.
Wyślizgnął się z pokoju, zatrzymał na półpiętrze i nasłuchiwał. Nic nie było słychać oprócz cichego bulgotania wody w rurach centralnego ogrzewania. Żadnego podejrzanego trzeszczenia, skrzypienia, niczego, co przypominałoby dźwięk tłuczonej szyby. Prawdopodobnie się pomylił, albo coś mu się przyśniło. Jak dobrze, że się nie ośmieszył i nie zadzwonił do któregoś z dawnych kolegów.
A jednak przed powrotem do łóżka postanowił się upewnić.
Powoli i w zupełnej ciszy schodził po schodach. W marcu tego roku miał skończyć siedemdziesiąt jeden lat i był dumny z tego, że na jego ciele prawie nie można było dostrzec żadnych oznak starości. Przypisywał to temu, że zawsze uprawiał dużo sportu, dziś jeszcze, niezależnie od pogody, każdego dnia przebiegał długie odcinki, a swoje niezbyt zdrowe upodobania kulinarne kompensował przynajmniej poprzez całkowitą rezygnację z papierosów i znaczne ograniczenie napojów alkoholowych. Większość ludzi, których spotykał, uważała go za młodszego, niż był, a u wielu kobiet miałby ciągle duże szanse. Choć co prawda do tego ostatniego nie przywiązywał żadnej wagi. Jego żona, Brenda, kobieta, z którą spędził czterdzieści jeden lat życia, zmarła trzy lata temu na raka po długiej walce z chorobą.
Dotarł już na dół. Na prawo od niego znajdowały się drzwi wejściowe do domu, które jak każdego wieczoru starannie zamknął. Przed sobą miał salon z narożnym oknem wychodzącym na ulicę. Richard zerknął przez nie na dół. Wszędzie pusto, cicho i ciemno. Zasłony nie były zaciągnięte. Nocne ciemności nigdy nie są zupełnie czarne i zwykle nawet wtedy na końcu ulicy można było dostrzec kościół w Scalby, który wzniesiono swego czasu na porośniętym drzewami wzgórzu. Dziś jednak mgła była zbyt gęsta - otulała szczelnie jak wata ulice i domy, tak że nie można było dostrzec nawet budynku po przeciwnej stronie. Richard miał przez chwilę upiorne wrażenie, że nie tylko jest zupełnie sam na tym świecie, ale przede wszystkim, że jest przez wszystkich opuszczony. Ale przywołał się szybko do porządku: przecież to bzdura. Wszystko było takie samo jak zawsze. Przyczyną tego stanu była tylko mgła.
Kiedy się odwracał, znów dobiegł go jakiś szmer. Zabrzmiało to jak ciche skrzypienie i w ogóle nie przypominało zwykłych odgłosów, jakie można było usłyszeć nocą w domu. Dźwięk dotarł do niego z kuchni i Richard miał wrażenie, że ktoś stanął na odłamkach szkła. I to pasowało do tego, co przedarło się do jego snu.
Odbezpieczył broń i ruszył przez korytarz w stronę kuchennych drzwi. Pojmował, że robił dokładnie to, co tak usilnie odradzała ludziom policja i przed czym on także wszystkich przestrzegał: Jeśli jesteście pewni, że w waszym domu jest włamywacz, nie próbujcie działać na własną rękę. Ukryjcie się w bezpiecznym miejscu, opuszczając dom albo zamykając się w jednym z pomieszczeń, i wezwijcie telefonicznie pomoc. Zachowujcie się przy tym tak cicho, jak to tylko jest możliwe. Sprawcy nie mogą mieć świadomości, że zostali zauważeni.
Ale jego to oczywiście nie dotyczyło. On był policjantem, nawet jeśli już nie pracował zawodowo. A poza tym miał broń i znakomicie umiał się nią posługiwać. To odróżniało go od większości mieszkańców miasta.
Dotarł do kuchennych drzwi. Były zamknięte, jak zawsze w czasie zimowych nocy. Drzwi, które prowadziły z kuchni do ogrodu, były już stare i na tyle nieszczelne, że do środka dostawało się dużo zimna, które przy zamkniętych drzwiach kuchennych przynajmniej nie przenikało do dalszych części domu. Richard wiedział, że dawno należało je wymienić. Już Brenda narzekała na nie dostatecznie często - z powodu zimna, ale także właśnie bezpieczeństwa. W odróżnieniu od bardzo solidnych drzwi wejściowych te prowadzące do ogrodu można było całkiem łatwo wyłamać.
Nasłuchiwał, trzymając pistolet gotowy do strzału. W ciszy słyszał jedynie swój własny oddech.
Ale jednak wiedział, że coś czy też ktoś tam był. Nie odniósłby tylu sukcesów w policji, gdyby w ciągu wielu lat służby nie rozwinęło się w nim owo osobliwe wyczucie grożącego niebezpieczeństwa.
Ktoś był w kuchni.
Najpóźniej teraz powinien był wezwać pomoc. Bo przecież nie miał pojęcia, ilu mogło być włamywaczy. Możliwe, że przyjdzie mu się zmierzyć z jednym człowiekiem. Ale być może będzie miał do czynienia z dwojgiem lub trojgiem ludzi i wówczas nie mógłby wykorzystać swej przewagi polegającej na posiadaniu broni. I później nie za bardzo by wiedział, dlaczego właściwie zlekceważył wszystkie zasady i przepisy i podjął tak wielkie ryzyko, którego rozmiarów nie był nawet w stanie skalkulować. Starczy upór? Przecenianie samego siebie? A może chciał sobie coś udowodnić?
W rzeczywistości nie miał już zbyt wiele czasu, aby odpowiedzieć na to pytanie.
Wszystko stało się dokładnie w tej samej chwili: chciał właśnie ostrożnie nacisnąć klamkę u drzwi, ale jednocześnie gdzieś w ciemnościach jadalni, tuż obok siebie, dostrzegł jakiś ruch i poczuł tak silne uderzenie w ramię, że wydał z siebie gwałtowny okrzyk bólu. Z rozpaczą próbował utrzymać pistolet, lecz uderzenie trafiło w nerw w taki sposób, że przez chwilę wszystkie jego mięśnie były jak sparaliżowane. Broń wypadła na podłogę i z hałasem potoczyła się w stronę jadalni, a Richard wykonał jakiś nieskoordynowany ruch w jej stronę, choć wiedział już, jak bardzo bezsensowny był jego zamiar: wróg znajdował się dokładnie tam, w jadalni właśnie. Nagle pojął, na czym polegał największy błąd, jaki popełnił w czasie ostatnich kilku minut: założył, że włamywacz, albo włamywacze, wszedł do domu przez kuchenne drzwi prowadzące do ogrodu - bo stanowiły najsłabszy punkt. Ale przecież także w jadalni znajdowały się drzwi prowadzące do ogrodu i najwyraźniej w nich właśnie wybito szybę. Richard w czasie długich lat pracy wyszkolił wielu młodych policjantów i credo, które im przekazywał, zawsze brzmiało: niczego nie przyjmujcie za pewnik. Zawsze należy sprawdzić wszystko, każdą możliwą opcję. Od tego może zależeć życie wasze albo innych ludzi.
Nie mógł pojąć, dlaczego dzisiejszej nocy naruszył niemal każdą ze swoich zasad.
Silny cios w żołądek spowodował, że osunął się na kolana i zaraz potem poczuł uderzenie pięścią w skroń. Na chwilę zrobiło mu się czarno przed oczami, ale to wystarczyło, aby przewrócić go na podłogę. Nie stracił przytomności, choć miał wrażenie, że świat nagle zakręcił się wokół niego i zalała go nagła fala mdłości. Próbował stanąć, lecz silny kopniak w żebra spowodował, że znów upadł. Zaraz potem poczuł, że ktoś chwycił go brutalnie i jednym szarpnięciem podniósł. Ten przeciwnik był niezwykle silny. I bardzo zdecydowany.
Ktoś gwałtownie otworzył kuchenne drzwi, zapalił światło i wepchnął Richarda do środka. Włamywacz, trzymając go mocno jedną ręką, wyszarpnął drugą krzesło spod stołu i postawił je na środku pomieszczenia. Richard, oślepiony, zmrużył oczy, a za chwilę siedział już na krześle, ciągle walcząc o każdy haust powietrza, bo ostatni kopniak w żebra na dłuższą chwilę pozbawił go możliwości oddychania. Czuł, że jego lewe oko zaczyna gwałtownie puchnąć i że kleista substancja, przypuszczalnie krew, ciekła mu z nosa. Niemal nie był w stanie myśleć tak szybko, żeby nadążyć za tym, co się z nim działo, nie mówiąc oczywiście o tym, że nie mógł też zrobić niczego, aby się bronić.
Ktoś szarpnął go za ramiona, przeciągnął je za oparcie krzesła i związał nadgarstki. Tak brutalnie i ciasno, że zdrętwiały niemal natychmiast. I zaraz potem w nagie, sterczące spod piżamy kostki Richarda wpił się cienki drut. Łącznik do kabli, jak stwierdził za chwilę, a to oznaczało, że nie miał najmniejszych szans, aby uwolnić się z tych więzów bez czyjejś pomocy. Kamienna podłoga pod jego stopami była w dodatku lodowato zimna.
"Powinienem był włożyć kapcie" - pomyślał.
W jego położeniu była to doprawdy osobliwa myśl. Musiał się przecież zmierzyć z o wiele poważniejszymi problemami.
Podniósł głowę, popatrzył i stwierdził, że ma do czynienia tylko z jednym człowiekiem, choć co prawda liczba przeciwników w jego obecnym położeniu nie grała już żadnej roli. Był to niezwykle wysoki mężczyzna. Budowa jego ciała zdradzała, że musiał być dość młody - mógł mieć około trzydziestu lat. Wyglądał, jak gdyby spędzał dużo czasu na treningu w siłowni, a może nawet uprawiał boks. Sprawiał wrażenie wręcz naładowanego agresją.
Jeszcze jedno uderzyło Richarda, choć nie bardzo był pewien, czy ma to interpretować na swoją korzyść czy też nie: młody mężczyzna miał na rękach rękawiczki, a na głowie robioną na drutach czapkę nasuniętą nisko na czoło. Był więc na tyle przebiegły, że wiedział, jak uniknąć pozostawienia śladów DNA i odcisków palców. I nie dawał się poznać swojej ofierze. Świadczyło to o pewnym profesjonalizmie, a ogólnie zawsze było tak, że szanse na szczęśliwe zakończenie były większe, jeśli miało się do czynienia z tego rodzaju sprawcą. Taki człowiek nie tracił zbyt szybko panowania nad sobą i nie wpadał w panikę, która zwykle kończyła się rzezią. Także to, że ukrywał swoją tożsamość, przemawiało za tym, że Richard mógł przeżyć tę noc. Ale jakiś instynkt podpowiadał mu, że tego akurat napastnik nie planował. Młody mężczyzna był chyba na tyle ostrożny, aby zabezpieczyć się przed każdą ewentualnością.
Richard pogrążył się w koszmarze niepewności.
Nie sądził też, że agresor włamał się do domu w celach rabunkowych. Zgodnie z jego doświadczeniem złodzieje na ogół unikali konfrontacji z mieszkańcami. Ten mężczyzna raczej wymknąłby się jak najciszej do ogrodu przez drzwi jadalni, kiedy tylko usłyszałby kroki na schodach. Miał na to dość czasu. Nie czyhałby na niego, nie próbowałby go pobić, co tylko zwiększało ryzyko jego pochwycenia.
To włamanie miało więc coś wspólnego z osobą Richarda. Gdyby się nie obudził, intruz poszedłby na górę i napadł go w łóżku. Los dał więc Richardowi szansę, którą on tak lekkomyślnie zaprzepaścił.
Ale, do diabła, co ten typ miał z nim wspólnego?
- Popatrz na mnie, ty gnoju - odezwał się młody mężczyzna, który teraz stał wyprostowany przed Richardem. Dżinsy, koszulka z krótkim rękawem mimo zimowej temperatury. Niemal widziało się grę jego muskułów na ramionach. Ten typ był silny jak niedźwiedź.
Richard spojrzał na niego uważniej. Jego lewe oko puchło coraz szybciej, ale prawym widział dobrze.
- Znasz mnie? - spytał napastnik.
Właśnie nad tym Richard zastanawiał się gorączkowo od kilku minut, przy czym to, że nie widział twarzy mężczyzny, nie ułatwiało sprawy.
- Skąd mam wiedzieć? - spytał. - Przecież ukrywa pan twarz.
W odpowiedzi pięść napastnika uderzyła go w szczękę. Zobaczył wszystkie gwiazdy i poczuł, że jest bliski utraty przytomności. Ból dotarł do niego dopiero po chwili - i był on tak silny, że Richard nie potrafił zdusić głośnego stęknięcia. Poczuł też, że uderzenie złamało mu jakąś kość, prawdopodobnie szczęki. Spróbował przełknąć, co udało mu się za którymś razem. Połknął gęstą krew.
- Czego... pan... chce? - wyrzucił z siebie z trudem.
- Naprawdę mnie nie pamiętasz? - spytał mężczyzna. - Moja twarz nie gra roli, rozumiesz? Wystarczy, jeśli przypomnisz sobie kilka obrzydliwych podłości z twojego pełnego perwersji życia. Wtedy cię oświeci, kogo masz przed sobą.
Czy to ktoś, kogo w czasie swoich lat pracy wsadził do więzienia? Ale przecież takich ludzi było wielu.
Richard nie ważył się odpowiadać, lecz patrzył z rozpaczą w twarz przeciwnika.
- Naprawdę myślałeś, że tak łatwo uda ci się przed tym uciec?
Richard z trudem sformułował odpowiedź.
- Ja... nie wiem... kim... pan jest.
Wewnętrznie przygotował się na kolejny cios, który jednak nie nastąpił. Obcy mężczyzna kołysał się na stopach, stojąc przed nim.
- Nie masz pojęcia, ty mały dupku. Naprawdę nie masz pojęcia, prawda?
- Nie - potwierdził Richard i tym razem ponownie trafiła go pięść, teraz prosto w żołądek. Tak gwałtownie, że na chwilę zabrakło mu tchu. Walczył o haust powietrza, po czym pochylił się do przodu tak daleko, jak było to możliwe, i wypluł krew na podłogę.
On mnie zamorduje. To jedyny powód, dla którego tu jest.
Bo napastnik nieprzypadkowo włamał się właśnie do jego domu, o tym Richard był już przekonany. To nie było tak, że ten człowiek obejrzał sobie jakiś dom, jeden z wielu, i postanowił trochę podręczyć, a potem zabić jego mieszkańców. Z tego rodzaju motywacją Richard zetknął się nieraz w czasie wielu lat swojej pracy i czasami nie mógł pojąć, dlaczego w efekcie swobodnego wyboru i zwykłego przypadku ludzie padali ofiarą najokrutniejszych zbrodni. Ale tu nie chodziło o to. Czuł nienawiść swojego przeciwnika skierowaną wyłącznie przeciwko niemu. I choć nie znał młodego mężczyzny - to najwyraźniej ten wybrał go z pełną świadomością.
- Proszę... - wystękał z trudem - niechże mi pan powie...
Kopniak wymierzony prosto w jego piszczel był tak bolesny, że Richard wprost zawył z bólu. Ten typ nosił buty z metalowymi kolcami. Policjant poczuł krew wypływającą z nogawki piżamy. Wiedział, że jego jedyną szansą było ustalenie, co łączyło go z tym człowiekiem. Gdyby mógł z nim pomówić. Rozmowa z ludźmi pomagała prawie zawsze. Ale musiał oczywiście wiedzieć, o czym miał z nim rozmawiać.
Zebrał całą odwagę. Bolało go już wszystko, żebra, żołądek, noga, twarz. Bał się wprost potwornie, że znów będzie bity, jeśli tylko odważy się otworzyć usta, ale jednocześnie wiedział, że przegra, jeśli tego nie spróbuje.
- Ja... naprawdę nie wiem, co... mi pan zarzuca - powiedział. Formułowanie i wypowiadanie słów przychodziło mu z wielkim trudem; jego wargi też zdążyły już spuchnąć i stale czuł, że połyka krew. - Proszę... ja chciałbym wiedzieć. Moglibyśmy... o tym pomówić...
W jego stronę znów wystrzeliła pięść - odruchowo uchylił głowę. Uderzenie musnęło go tylko, ale jego przeciwnik natychmiast chwycił go za włosy i przytrzymał. Szarpnął jego głową do tyłu tak mocno, że Richard miał wrażenie, iż mężczyzna skręcił mu kark. A za chwilę druga pięść trafiła w jego i tak złamany nos, opuchnięte oko i usta. Napastnik uderzał w jego twarz raz za razem.
"Umieram - pomyślał. - Umieram, umieram".
Mężczyzna przestał go bić, kiedy Richard był bliski utraty przytomności. Czuł, że brakowało do tego zaledwie ułamka sekundy, i żałował, że tak się nie stało. Utrata przytomności była w tej chwili jego jedynym pragnieniem. Oprócz pragnienia, aby umrzeć szybko.
Dygotał, wił się i trząsł z wszechogarniającego bólu. Nieomal składał się wyłącznie z cierpienia i prawie nie był w stanie oddychać. Przemknęło mu przez głowę pytanie, dlaczego w ogóle jeszcze żył.
Jakimś wewnętrznym zmysłem wzroku widział siebie samego: stary człowiek we flanelowej piżamie w kratkę siedzący na kuchennym krześle, ze skrępowanymi rękami i nogami, z twarzą zbitą wręcz na miazgę, zakrwawiony i stękający. Niecały kwadrans wystarczył, aby Richard zamienił się w skazany na śmierć wrak człowieka.
Przez chwilę pomyślał o Kate. Wiedział, co dla niej będzie znaczyła jego śmierć. Był jedynym bliskim jej człowiekiem, i to, że ją teraz opuści, napełniło go nagle przeogromnym żalem. Była jego jedynym dzieckiem... Samotna nieszczęśliwa kobieta, która po prostu nie potrafiła znaleźć sobie przyjaciół, zdobyć serca mężczyzny, założyć rodziny. Albo chociaż mieć satysfakcji z wykonywanej pracy. Nigdy nie mówiła o tym, jak bardzo czuła się samotna i nieszczęśliwa. Kate wobec niego zawsze starała się sprawiać takie wrażenie, jak gdyby wszystko w jej życiu było w najlepszym porządku, a on respektował jej wyraźne życzenie podtrzymywania takiego pozoru. Nigdy nie mówił, że wie, jak jej jest źle i jak bardzo jest nieszczęśliwa. I teraz, w tych przypuszczalnie ostatnich chwilach życia, przyszło mu do głowy, że to był błąd z jego strony. Swój wspólnie spędzany czas właściwie trwonili, udając coś przed sobą nawzajem.
I wszystko wskazywało na to, że on, Richard, nie będzie już miał okazji, aby ten błąd naprawić.
Z trudem podniósł zwieszoną na piersi głowę. Ledwo widział przez szczeliny opuchniętych oczu, jak mężczyzna bez pośpiechu zaczął wyciągać kolejne szuflady i w nich grzebać. W końcu najwyraźniej znalazł to, czego szukał: plastikową torbę z supermarketu.
Richard zrozumiał. Otworzył usta, chcąc krzyczeć, ale z jego krtani wydobyło się tylko pełne bólu i rozpaczy charczenie. Miało to znaczyć: nie, nie, proszę, nie!
W następnej chwili torbę nałożono mu na głowę i umocowano wokół szyi - sznurkiem czy też taśmą klejącą, cokolwiek to mogło być.
Richard chciał się odezwać. Bo teraz już wiedział. Wiedział, kim był napastnik. Pojął też, o jaką historię z jego życia chodziło.
Jak mógł tak długo brodzić w ciemnościach?
Było już za późno. Nie mógł już mówić. Oddychał tylko. Gwałtownie, panicznie, nierozsądnie, coraz szybciej. Łapczywie wciągał do płuc ostatnie resztki tlenu.
Poniedziałek, 28 kwietnia
1
Jonas Crane nie był pewien, czy nie będzie to stratą czasu, ale obiecał Stelli, że poważnie potraktuje termin wizyty u doktora Benta, i postanowił dotrzymać słowa bez względu na to, że niezbyt ufał tego rodzaju lekarzom. W przeciwieństwie do swojej żony nie był zagorzałym zwolennikiem medycyny homeopatycznej, choć nie był także jej zdeklarowanym oponentem. Niektórym homeopatia pomagała, innym znowu nie. Stella jednak zawsze wracała z wizyt u doktora Benta zrelaksowana i szczęśliwa. Ale jeśli chodziło o dziecko, to tu Bent także nie mógł pomóc, podobnie jak inni. Czasami chyba w życiu tak miało być.
Jonas musiał dość długo czekać, co go denerwowało i ostatecznie wręcz rozzłościło. Termin wizyty miał wyznaczony na godzinę jedenastą, a jego kolej nadeszła dopiero za dwadzieścia dwunasta. Co prawda Stella uprzedzała go, że tak może być. "On poświęca sporo czasu swoim pacjentom. I dlatego trzeba czasami długo czekać. Ale za to każdy siedzi odpowiednio długo w jego gabinecie, a doktor Bent nikogo nie wygania tylko dlatego, że czeka następny pacjent". I choć w mniemaniu Stelli było to coś niezwykłego i wspaniałego, to Jonas uważał taki sposób postępowania za co najmniej wątpliwy. Ale teraz pomyślał, że w ogóle miał szczęście, bo termin jego wizyty przypadł na godziny przedpołudniowe i chyba mógł się cieszyć, że musi czekać tylko czterdzieści minut. Skoro wszystko opóźniało się już teraz, to pecha mieli ci pacjenci, którzy musieli przyjść po południu.
Tak czy owak, także jemu doktor Bent wydał się bardzo sympatyczny. Zaangażowany i mądry. I bardzo skoncentrowany. Ktoś, kto naprawdę chciał pomóc i bardzo poważnie traktował swoich pacjentów.
Lekarz z uwagą przestudiował wydruk badania EKG, który pokazał mu Jonas.
- To przecież wygląda bardzo dobrze - stwierdził po chwili.
- Tak, i to jest właśnie problem - odparł Jonas, próbując nie myśleć o tym, że o pierwszej ma bardzo ważne spotkanie, na które w dodatku musi jechać przez pół Londynu. Wreszcie się doczekał, to była kolej na jego wizytę, postanowił więc skoncentrować się na swojej historii. - Wszystko wydaje się w całkowitym porządku. Byłem już u dość wielu lekarzy. Serce, krążenie, ciśnienie krwi... wszystko jest w porządku. Proszę - tu Jonas wyciągnął z kieszeni marynarki kolejny starannie złożony papier i podsunął go lekarzowi - to wynik szczegółowego badania krwi sprzed dwóch tygodni. Także bardzo dobry.
- Istotnie - zgodził się doktor Bent, przyglądając mu się uważnie. - Wszystko wskazuje na to, że jest pan zupełnie zdrowy. A mimo to coś pana niepokoi, prawda?
- No tak - przyznał Jonas. To mógł być bardzo nieprzyjemny moment. Czterdziestodwuletni mężczyzna, najwyraźniej zdrów jak rydz, siedział u cieszącego się wielką popularnością lekarza, próbując go przekonać, że jest chory, choć dotychczas nikt nie znalazł żadnych tego objawów. Chroniczny hipochondryk? Początek kryzysu wieku średniego? Jonas czuł jednak, że doktor Bent traktuje go poważnie, i zaczynał rozumieć, dlaczego Stella tak bardzo go polecała: ten człowiek sprawiał wrażenie kogoś, komu można powiedzieć wszystko, nie ośmieszając się ani też nie wywołując u niego niechęci. - Jestem... trochę zaniepokojony. Od pewnego czasu... to znaczy, od początku tego roku mniej więcej mam takie dziwne objawy. Zawroty głowy. Nagle przestaję słyszeć. Jakieś dziwne swędzenie w lewym ramieniu, wrażenie drętwienia. Z początku myślałem, że to zbliżający się atak serca, ale to zostało wykluczone. Bo rzeczywiście nie stwierdzono niczego, co mogłoby być przyczyną takich objawów. Ale one jednak nie ustępują. Oczywiście uspokoiło mnie to, że nie kryje się za tym nic złego. Jednak mimo wszystko - jest to irytujące. Stella w każdym razie jest zdania, że powinienem ustalić przyczynę.
Doktor Bent się uśmiechnął.
- A co słychać u Stelli? - zapytał.
- Wszystko w porządku, dziękuję.
- A u małego Sammy'ego?
- Też dobrze, nawet bardzo dobrze. Kończy za parę dni pięć lat i wyczekuje z niecierpliwością imprezy urodzinowej.
- Jest pan szczęśliwy, że podjął pan decyzję o adopcji dziecka?
- Tak, absolutnie. To było najlepsze, co mogliśmy zrobić. I zakończyło te ciągłe, daremne próby... - Jonas urwał, bo przecież doktor Bent wiedział o wszystkim.
Lekarz skinął głową.
- Osiem prób sztucznego zapłodnienia, prawda?
- Tak. Trwało to całymi latami. Nie mieliśmy już sił... I fakt, że Stella w końcu zgodziła się na to, aby z tym skończyć, i zdecydowała się na adopcję, to właściwie uratowało nasz związek. I nasze konto bankowe. Finansowo też byśmy tego nie wytrzymali.
- A więc finansowo już się pozbieraliście? Minęło już przecież ładnych parę lat.
Jonas potrząsnął głową. Czuł, że rzeczywiście dobrze mu robiło, że mógł być całkowicie szczery i otwarty. Nie musiał udawać i starać się sprawić wrażenie, że wszystko jest w najlepszym porządku i że nad wszystkim panuje. Mógł za to otwarcie powiedzieć, jak było naprawdę.
- Nie. Nadal mamy dość wysokie długi. Naszego domu i tak jeszcze długo nie spłacimy, ale musiałem otworzyć dodatkową hipotekę, żeby móc zapłacić za Bournhall.
Była to nazwa kliniki, w której próbowali począć dziecko. Kliniki założonej przez tych lekarzy, dzięki którym urodziło się pierwsze "dziecko z probówki" - Louise Brown. Ale w przypadku Stelli i Jonasa i ich pragnienia posiadania dziecka ci sami lekarze nie odnieśli sukcesu.
- Ciągle jeszcze spłacam to z wielkim trudem. Dlatego nie mogę mieć żadnych problemów w pracy, bo od tego wszystko zależy.
- Uprawia pan wolny zawód jako autor scenariuszy filmowych?
- Tak.
- I jest pan w tym dobry?
- Tak, oczywiście, ale... - Jonas rozłożył ręce w geście bezradności.
Doktor Bent przyglądał mu się uważnie.
- Ale jeśli telefon nie dzwoni choć jeden dzień, to czuje pan niepokój, prawda? Także kiedy nie nadchodzą maile od producentów filmowych. Albo kiedy spada oglądalność. Przypuszczam jednak, że czuje się pan bliski katastrofy nawet wtedy, kiedy wszystko układa się pomyślnie. Im jest pan lepszy, tym większy jest pana lęk, że nie sprosta pan oczekiwaniom otoczenia. Czy tak?
Jonas patrzył z zaskoczeniem na lekarza i zastanawiał się, jak temu człowiekowi w ciągu zaledwie kilku minut rozmowy udało się zajrzeć za fasadę, której tak strzegł. I tak dokładnie opisać jego obawy i niepokoje.
- Tak - odpowiedział po dłuższej chwili. - Żyję w ciągłym oczekiwaniu jakiejś katastrofy.
Wsłuchał się w dźwięk tego słowa. Katastrofa. Czy nie zabrzmiało to zbyt dramatycznie? Nie. Właśnie to dokładnie oddawało jego odczucia. Cały czas obawiał się jakiejś katastrofy, jakiegoś nieszczęścia. Zapaści finansowej. Niepowodzenia zawodowego. Totalnej klęski na całej linii.
Katastrofa, zapaść, niepowodzenie, zawód... Czy to były właśnie te lęki i obawy, które stale prześladowały jego świadomość, a także zagnieździły się nawet gdzieś w podświadomości? W takim razie nie mógł się niczemu dziwić.
- Czy dobrze pan sypia? - spytał lekarz.
- Źle. I mało. Wieczorem właściwie zasypiam łatwo, ale nocami budzę się około drugiej, czuję gwałtownie łomotanie serca, mam jakieś napady paniki. No i to rozmyślanie. Przeważnie leżę potem, nie śpię i czekam, aż zadzwoni budzik.
Doktor Bent przez cały czas robił notatki. Teraz jednak odłożył długopis, oparł łokcie na biurku i popatrzył na Jonasa bardzo poważnie.
- Mr Crane, musi pan wyeliminować modus katastrofy. To jest bardzo istotne. Fizycznie jest pan jeszcze zdrowy, ale otrzymuje pan wyraźne i bardzo dobitne sygnały alarmowe. Zaburzenia snu, przyśpieszone bicie serca, zawroty głowy, drętwiejące ramię... To jest bardzo poważne, bez względu na to, co mówią wyniki tych badań. - Lekarz wskazał na wydruk EKG i badanie krwi. - To jeszcze nie jest stan typu "za pięć dwunasta", ale za dziesięć dwunasta i powinien pan teraz zaciągnąć ręczny hamulec.
Wyeliminować modus katastrofy.
- Jak to zrobić? - spytał Jonas.
- To jest możliwe - zapewnił go doktor Bent. - Choć nie jest to proste.
- Jak mogło do tego dojść? To znaczy, mam na myśli to, że jak się człowiek od czasu do czasu martwi, to jest przecież normalne. Ale ma pan rację, ja żyję, spodziewając się jakiegoś strasznego nieszczęścia, nawet jeśli nie ma ku temu żadnych podstaw. Dawniej - dawniej tak nie było. To jakoś... zakradło się do moich myśli. I nawet tego nie zauważyłem.
Doktor Bent skinął głową.
- Coś takiego nie zjawia się ni stąd, ni zowąd, z dnia na dzień. Obciążenia sumują się powoli, z początku każdy sobie z nimi radzi, każdy też przypuszcza, że nad wszystkim panuje. I jeśli organizm nagle wysyła alarmujący sygnał typu: dłużej nie dam rady - to z reguły jest już za późno. Pańskie ostatnie lata nie były łatwe, Mr Crane, wiem o tym od Stelli. Całymi latami pan i pana żona żyliście nadzieją, że będziecie mieli dziecko. A te wyczerpujące próby, aby wreszcie udało się sztuczne zapłodnienie. I związane z tym liczne rozczarowania... Wysokie koszty. A potem sam proces adopcji, który też nie jest łatwy. A przecież poza tym musiał pan wykonywać swój zawód, pracować, jakoś funkcjonować, tym bardziej że długi rosły. Przypuszczam, że z problemami finansowymi próbował się pan uporać sam, aby nie obciążać tym żony, ale właśnie dlatego było to tym trudniejsze dla pana.
Jonas skinął głową. Było dokładnie tak, jak mówił lekarz. "Czy możemy sobie na to pozwolić?" - pytała z lękiem Stella przed piątą, szóstą, siódmą i ósmą próbą, a on zawsze odpowiadał z uśmiechem: "To w ogóle nie jest problem. Mam dużo zleceń. Nie martw się!". Stella była wykończona licznymi zastrzykami hormonalnymi, kolejnymi badaniami, pobieraniem jajeczka i umieszczaniem go w macicy, pełnym nadziei wyczekiwaniem - i równie licznymi rozczarowaniami. Pod względem medycznym dla niego, jako mężczyzny, wszystko było o wiele prostsze, dlatego też uważał za swój obowiązek nie niepokoić Stelli innymi problemami. To były jego zadania, jego obowiązki i one najwyraźniej go przerosły.
- Przepiszę panu krople, i proszę je zażywać regularnie każdego ranka przed śniadaniem - powiedział doktor Bent, wyrywając kartkę ze swojego bloczka z receptami. - Ale poza tym...
- Tak?
- Jak pan sądzi, czy udałoby się panu na kilka tygodni całkowicie wyłączyć się z dotychczasowego życia?
- Wyłączyć się?
- Kiedy ostatni raz był pan na urlopie, Mr Crane? Mam na myśli prawdziwy urlop, bez komórki, bez laptopa i tak dalej. Bez ciągłej obecności w pracy, bez bycia zawsze dla kogoś dostępnym?
Jonas się zastanowił.
- Myślę, że na takim urlopie nie byłem chyba nigdy. Właśnie od czasu, kiedy jest się stale dostępnym. Kiedy jechaliśmy na wakacje, zawsze, że tak powiem, zabierałem ze sobą moje biuro. I dalej pracowałem.
- Właśnie to mam na myśli. Mam wielu pacjentów, Mr Crane, u których obserwuję dokładnie takie same objawy jak u pana. Pański przypadek nie jest niczym nadzwyczajnym. Cyfrowa epoka podarowała nam wiele ułatwień, ale doprowadziła także do tego, że praktycznie nie możemy już znaleźć miejsca, w którym mogliśmy zostawić za sobą wszystko i skupić się wyłącznie na nas samych. Bez przerwy sprawdzamy maile, aż do późnego wieczoru, i przystępujemy do tego już z samego rana. Nie jesteśmy w stanie gdzieś zniknąć, za to ciągle jesteśmy obecni.
Jonas przeczuwał już, co będzie dalej.
- Radzi mi pan, abym zrobił sobie przerwę od wszystkiego? Abym gdzieś wyjechał, był niedostępny dla wszystkich?
- Wszyscy moi pacjenci, którzy tego spróbowali, byli zachwyceni. Czuli się jak nowo narodzeni. Odnaleźli samych siebie i potrafili odróżnić i oddzielić to, co ważne, od tego, co nieważne. Także ważne i nieważne problemy w swoim życiu. Odnaleźli spokój.
- I tak będzie już potem przez całe życie?
- Coś takiego powinno się od czasu do czasu powtarzać. Ale potem to rzeczywiście przychodzi jakby samo z siebie. Najważniejszy jest pierwszy krok.
Jonas w ogóle nie mógł sobie tego wyobrazić.
- Zwariuję, jeśli będę siedział gdzieś na pustkowiu całkowicie niedostępny dla całego świata!
- Może przez pierwszych kilka dni będzie się pan źle czuł. Ale potem pojawi się spokój. Zobaczy pan.
- Czyli najlepiej byłoby wynająć gdzieś dom. Gdzieś pośrodku jakiegoś "nigdzie". Bez telefonu i wszystkich tego rodzaju możliwości. To ma pan na myśli?
- Niektórzy zamykają się w klasztorze - odpowiedział doktor Bent, ale tu Jonas potrząsnął przecząco głową.
- To nie dla mnie. Ale coś w rodzaju bezludnej wyspy... Czy będę mógł zabrać rodzinę?
- Lepiej byłoby bez. Ale na początek - lepsze to niż nic. Najpóźniej podczas drugiej próby sam pan zapragnie całkowitej samotności.
Jonas wstał i wziął receptę, którą podał mu doktor Bent.
- Dziękuję, doktorze. Te krople w każdym razie będę zażywał. O tym... o tym drugim muszę pomyśleć. Wierzę w to, co pan mówi. Ale na razie nie mogę sobie wyobrazić, że mi się to uda.
- Proszę po prostu zacząć się oswajać z tą myślą - odpowiedział doktor Bent. - Po jakimś czasie stwierdzi pan, że jest to coraz bardziej kuszące.
"No, temu bym się raczej dziwił" - pomyślał Jonas. Spojrzał na zegarek i się przeraził.
- Już tak późno! Muszę jechać. Rozumie pan, mam ważne spotkanie.
- Wszystkiego dobrego - odparł doktor Bent.
Jedno było jasne: Hamzah Chalid także żył w oczekiwaniu grożącej mu katastrofy i z całą pewnością dobrze robił, starając się znaleźć jakieś wyjście z tego rodzaju sytuacji życiowej. Jego ciemnobrązowe oczy bezustannie błądziły tu i tam - Hamzah sprawiał wrażenie, że nie potrafi skoncentrować swego spojrzenia na czymkolwiek choćby przez pół minuty. Zawsze reagował nerwowo, kiedy nagle skądś dobiegał czyjś głos, a teraz zaczął wręcz dygotać, gdy w kawiarni, gdzie miał się spotkać z Jonasem, kelnerce wypadła z rąk filiżanka z kawą. Hamzah był drobnym, szczupłym mężczyzną tuż po pięćdziesiątce, a jego czarne włosy zaczęły już siwieć nad czołem i na skroniach. I sprawiał wrażenie kogoś, kto stale spodziewa się grożącego mu w każdej sekundzie nieszczęścia.
Jak gdyby oni ciągle jeszcze deptali mu po piętach, byli tuż za nim. Siepacze nieżyjącego już dyktatora Saddama Husajna.
Jonas znał historię Hamzaha, która miała być sfilmowana - jego zadaniem było napisać scenariusz. Zaproponowano mu to, a on zgodził się natychmiast, choć nigdy jeszcze nie robił czegoś podobnego. Pisał kryminały dla telewizji, których fabułę wymyślał sam, albo inne historie, dla których z kolei adaptował akcje z niektórych powieści. Ale nigdy nie pisał historii z tłem politycznym, a w dodatku nigdy jeszcze nie odważył się robić czegoś, co częściowo przynajmniej miałoby cechy dokumentacji. Ale tu zaoferowano mu nadspodziewanie dużo pieniędzy i ten argument przeważył, choć Jonas wiedział, że w tej chwili raczej nie powinien był podejmować tak dużego wyzwania.
Znał więc tę historię, bo jej krótkie streszczenie przesłała mu firma producencka: Hamzah Chalid we wrześniu 1998 roku został aresztowany przez tajną policję w środku nocy we własnym domu i przewieziony do więzienia. Nie wiedział dokładnie, co mu zarzucano, ale w końcu odniósł wrażenie, że miało to coś wspólnego z jednym z jego przyjaciół, który najwyraźniej w bardzo nieostrożny sposób wypowiedział się publicznie, krytykując panujący reżim. I który także siedział już w więzieniu. Każdy, kto utrzymywał bliższe kontakty z tym człowiekiem, znalazł się w efekcie na celowniku organów bezpieczeństwa państwa. Hamzah był więc torturowany, a odniesione w wyniku tego rany zrujnowały mu zdrowie właściwie na całe życie. W końcu uznano, że pod względem politycznym nie stanowi żadnego zagrożenia, i wypuszczono go z więzienia. Ale Hamzah nie był już tym samym człowiekiem co kiedyś; cierpiał z powodu nagłych ataków paniki i ciężkiej depresji i nie potrafił już prowadzić normalnego życia. Musiał często chodzić do lekarza, a w efekcie otrzymywanych zwolnień równie często nie pojawiał się w pracy. Czy to właśnie była okoliczność, która spowodowała, że znów padły na niego podejrzenia - tego nie dowiedział się nigdy. Dość, że któregoś dnia otrzymał ostrzeżenie, iż grozi mu kolejne aresztowanie. Hamzah uciekł dosłownie w ostatniej chwili przez okno znajdujące się na tyłach jego mieszkania, kiedy tajna policja stała już pod drzwiami. Znalazł schronienie u przyjaciół, którzy przekazywali go sobie po kolei, bo każdy bał się o własne życie. I wreszcie doszło do czegoś, od czego nie mógł się uwolnić ani na chwilę. I tę historię właśnie opowiedział Jonasowi w kawiarni jako pierwszą, choć ten oczywiście już ją także znał.
- Wtedy znów przewożono mnie z jednej kryjówki do drugiej w samochodzie jednego z moich znajomych. Schowałem się na podłodze między przednim a tylnym siedzeniem, byłem przykryty kocem. Zatrzymaliśmy się na skrzyżowaniu na światłach. Pod moim kocem było ciemno i o wiele za ciepło. Duszno po prostu. Wszystkie dźwięki z zewnątrz docierały do moich uszu jak z jakiegoś oddalenia i były mocno przytłumione... - Hamzah umilkł.
- Ale nagle poczuł pan niebezpieczeństwo...? - dopytywał się ostrożnie Jonas, który uprzednio bardzo uważnie przeczytał opis całego zdarzenia.
- Tak. Czułem niebezpieczeństwo. Czułem je doskonale. Do dziś nie potrafię wyjaśnić, co właściwie mnie ostrzegło. To było coś w rodzaju nagłej pewności: oni są bardzo blisko. Zacząłem dygotać, prawie nie mogłem oddychać. - Hamzah znów urwał. Jego oczy stały się jeszcze ciemniejsze, twarz nagle pobladła, a na czole pojawił się pot.
- To była pańska podświadomość. I coś w rodzaju jej czujników, które rozwinął pan sam od chwili pierwszego aresztowania - wyjaśnił Jonas. - Taki instynkt posiadają dzikie zwierzęta. One właśnie potrafią zwietrzyć niebezpieczeństwo na długo przedtem, zanim można je zobaczyć czy usłyszeć. W tym momencie pański instynkt zadziałał znakomicie, Mr Chalid.
Hamzah zrzucił wtedy z siebie koc, pchnął drzwi samochodu i wyskoczył na zewnątrz. Miał szczęście, bo auto akurat stało na skrzyżowaniu, w pobliżu którego znajdował się mały, porośnięty gęstymi krzakami park. Hamzah przepadł w zaroślach. Dowiedział się później, że samochód tajnej policji znajdował się zaledwie o dwa pojazdy dalej z tyłu. Interwencja miała nastąpić jedną czy dwie minuty później. Hamzah uciekł więc znów dosłownie w ostatniej chwili.
Później przemytnicy przeszmuglowali go przez granicę do Pakistanu, gdzie po licznych przygodach kolejny raz omal nie wpadł w ręce rządowych szpicli. Dobry los sprawił, że udało mu się dotrzeć do Anglii, gdzie poprosił o azyl i go otrzymał. Jego historia była ciekawa i kiedy ktoś opowiedział ją pewnemu dziennikarzowi, ten opublikował jej zarys w jednej z gazet. A teraz zainteresowała się tym materiałem pewna wytwórnia filmowa. Jonas miał wrażenie, że Hamzah wręcz wyczekiwał kolejnych, związanych z tym wydarzeń: wreszcie wolno mu było opowiadać o tym, co przeżył. Uważnie go słuchano. Dostrzegano go. A przede wszystkim dostrzegano potworną niesprawiedliwość, jaka go spotkała. Hamzah był człowiekiem cierpiącym z powodu głębokiej traumy, któremu odebrano normalne życie. Wprawdzie przeżył - ale nie potrafił już odnaleźć się w rzeczywistości. Nie mógł się uporać z wydarzeniami swojego życia i nie rozumiał, dlaczego świat nie krzyczał wprost z oburzenia wobec historii takich jak jego. Teraz jednak wreszcie ktoś chciał usłyszeć jego krzyk, po którym wszystko miało być już lepsze. Po którym Hamzah miał wreszcie odnaleźć swoją drogę i przyszłość.
Jonas powątpiewał w spełnienie nadziei Hamzaha, ale nie chciał od razu przesądzać sprawy. Ten film nigdy nie znajdzie wśród widzów takiego oddźwięku, jakiego spodziewał się Irakijczyk. W jego kraju działo się tak wiele od tamtej pory... Dawno już nie było dyktatora z tamtych czasów, a cały region szarpany był w tej chwili zupełnie innymi problemami i kryzysami. Tak naprawdę opinię publiczną historie takie jak Hamzaha obchodziły tyle co zeszłoroczny śnieg. Choć oczywiście zwróciłaby ona uwagę i ściągnęła przed ekrany znaczną liczbę widzów, ale nie stałaby się tematem dyskusji ani nie pisano by o niej w gazetach. Hamzah marzył o tym, aby zapraszano go do kolejnych talk-show, gdzie mógłby o wszystkim opowiedzieć, marzył o udzielaniu wywiadów i wygłaszaniu wykładów. Marzył o uwolnieniu się od swej traumy i lęków i sądził, że stanie się to wtedy, kiedy już nie będzie z nimi sam.
- Na pewno będzie pan pisał ten scenariusz? - pytał co chwila. - Czy ten film na pewno będzie nakręcony?
- Tak jak teraz to wygląda, to wszystko będzie szło zgodnie z planem - odpowiedział Jonas. - Proszę się nie martwić!
Hamzah ciągle wiercił się na krześle, rozglądał się i uważnie obserwował gości w kawiarni. Wpatrywał się też w przechodniów za oknem.
- Ten instynkt, wie pan - odezwał się po chwili - ten instynkt, który wtedy w Bagdadzie uratował mi życie... Nie potrafię się od niego uwolnić. Ciągle daje o sobie znać, ciągle go słyszę.
- To zrozumiałe - odparł Jonas uprzejmie. Bo to, co Hamzah nazywał instynktem, dawno już nie istniało. Hamzah widział teraz wrogów tam, gdzie ich nie było. Był to już jakiś rodzaj neurozy graniczący wręcz z psychozą. Ciągle wydawało mu się, że otaczają go siepacze dawno zmarłego dyktatora. Teraz, kiedy podnosił do ust filiżankę z kawą, jego ręce drżały tak, że płyn wylewał mu się na kolana. I zaledwie odstawił filiżankę, znów rozejrzał się niespokojnie dookoła. Jonas, widząc to, przypomniał sobie określenie doktora Benta: "modus katastrofy". I pomyślał, że on sam i ten naprawdę biedny Hamzah Chalid mieli z sobą wiele wspólnego. Im obu towarzyszyły przeróżne lęki, które w tej chwili nie miały żadnego związku z rzeczywistością, przez nich samych były jednak odczuwane jako najzupełniej uzasadnione. Hamzah i Saddam Husajn. Jonas i klęska społeczna i zawodowa. Dwie całkowicie różne historie, dwaj zewnętrznie zupełnie różni mężczyźni.
A jednak każdy z nich miał w swoim wnętrzu małą bombę zegarową, o której istnieniu wiedzieli tylko oni i której tykanie słyszeli tylko oni sami.
- To jak będzie dalej? - dopytywał się Hamzah.
- Napiszę teraz scenariusz, a właściwie jego zarys - wyjaśnił Jonas. - Będzie podzielony na obrazy i sceny. Mam przecież szczegółowy opis pańskiej historii. Oczywiście otrzyma pan natychmiast gotowy scenopis do przeczytania. Powinniśmy się wtedy znów spotkać, aby wszystko omówić raz jeszcze i wówczas przystąpię do właściwej pracy.
- A kiedy to będzie? To znaczy, kiedy będzie pan miał gotowy scenariusz?
Jonas powstrzymał westchnienie. Z Hamzahem najwyraźniej nie będzie łatwo.
- To musi potrwać. Nie podjęto jeszcze ostatecznej decyzji, czy ma to być film dokumentalny czy fabularny i jak mają wyglądać proporcje, jeśli będzie tym i tym. W przyszłym tygodniu mam się spotkać z producentem i będziemy na ten temat rozmawiać.
Hamzah skinął głową, ale sprawiał wrażenie nieszczęśliwego. Gdzieś poza nieustannym lękiem i obawą przed ciągle grożącym niebezpieczeństwem pojawiała się jeszcze jedna cecha jego charakteru, która kazała mu zawsze zakładać najgorszą wersję wydarzeń i nigdy nikomu ani niczemu nie ufać.
- To przecież nie może być jakiś na szybko napisany kawałek - powiedział Jonas. - To ma być prawdziwa, rzetelnie opowiedziana historia i nie można działać pochopnie.
- Ale pozostaniemy w kontakcie? - upewnił się Hamzah.
Jonas doskonale rozumiał, że dla niego nie do zniesienia była sama myśl o tym, że miesiącami będzie siedział w swoim nędznym pokoju gdzieś pod jednym z londyńskich dachów, nie wiedząc, co się dzieje.
- Oczywiście - odparł. - Nic nie wydarzy się za pańskimi plecami, niczego nie zrobimy, nie informując pana. Jest pan przecież główną osobą w tej historii!
Ostatnie zdanie było jedynie kłamstwem i pobożnym życzeniem. Nikt w wytwórni filmów nie uważał Hamzaha Chalida za kogoś ważnego. Sprzedał przecież prawa do swojej historii i teraz jego osoba nie miała żadnego szczególnego znaczenia. Wręcz przeciwnie, wszyscy cieszyliby się, gdyby trzymał się od filmu z daleka. Podobnie zresztą było z autorami powieści, które filmowano: pisarze lamentowali z powodu każdej zmiany, której dokonywano, chcieli tego czy tamtego, denerwowali się i były z nimi tylko kłopoty. Producenci nie pragnęli niczego bardziej niż tego, aby autorzy po prostu poszli sobie z planu albo przynajmniej stali gdzieś daleko z tyłu. Ale przeważnie niełatwo było ich onieśmielić czy też zmusić do milczenia. Jednak sprawa z tym wystraszonym, będącym ciągle na pograniczu załamania nerwowego uchodźcą wyglądała inaczej. Nim nikt nie będzie się przejmował. I koniec końców, pomyślał Jonas, to przypuszczalnie on właśnie będzie jedyną osobą litującą się nad Hamzahem, który przyczepi się do niego jak natręt. A jeśli wszystko zakończy się dla niego gorzkim rozczarowaniem, to Jonas, chcąc nie chcąc, też będzie musiał wziąć udział w tym dramacie.
Teraz jednak odpędził od siebie tę myśl - było za wcześnie, aby się z jej powodu martwić. A rozmyślania nad ewentualnym przebiegiem dalszych wydarzeń też do niczego nie prowadziły.
Już samo określenie "główna osoba" nieco rozpogodziło Hamzaha. W jego oczach nie było już widać tak bezgranicznego smutku i przygnębienia. Irakijczyk wypił swoją kawę, po czym jak zwykle rozejrzał się niespokojnie dookoła.
- Cieszę się, że się spotkaliśmy - powiedział.
- Tak, ja też - odparł Jonas, po czym skinął na kelnerkę i zapłacił za siebie i Hamzaha. - Odezwę się do pana - obiecał, wstając.
Hamzah także podniósł się z krzesła. Jonas dostrzegł, że mężczyzna był w stanie stać tylko lekko pochylony, i pomyślał o torturach, którym go poddawano. Ten świat był tak daleki od jego świata i trudno było go sobie nawet wyobrazić. Przez chwilę poczuł wstyd.
Obaj mężczyźni pożegnali się na ulicy. Był pochmurny, choć ciepły kwietniowy dzień. Jonas patrzył przez chwilę za Hamzahem, który oddalał się powoli, lekko kulejąc.
Ruszył w kierunku swojego samochodu.
Jeszcze dwa spotkania. A potem pojedzie do domu i wreszcie zabierze się do swojej właściwej pracy: pisania.
2
Stella i Sammy weszli do domu i Sammy, który już w samochodzie mówił niemal bez przerwy, nie zamilkł także wtedy, kiedy oboje znaleźli się w kuchni, a on sam wdrapał się na swoje wysokie krzesełko za barem. Stella odebrała go z grupy przedszkolnej, gdzie tego przedpołudnia obchodzono urodziny jednego z przyjaciół, a to dziecku znów przypomniało o jego własnych urodzinach, co właściwie w ogóle nie było konieczne. Miały się one odbyć w najbliższy piątek i z tej okazji dawno już zaplanowano uroczyste party. Sammy po raz setny powtarzał ciągle rozszerzaną listę prezentów, które chciałby otrzymać, i wymyślał coraz bardziej zwariowane gry i zabawy. Radość i energia wprost go roznosiły, a Stella cieszyła się, widząc go tak szczęśliwym. Sammy mógł wprawdzie jadać obiady w swojej grupie, ale ona przeważnie zabierała go do domu, a już zwłaszcza w te dni, kiedy nie było Jonasa. Dlaczego miała siedzieć sama i w ponurym nastroju zjadać jogurt czy coś podobnego? O wiele przyjemniej było zasiąść do stołu razem z synem i cieszyć się, że pojawił się w jej życiu. Na dziś Stella zaplanowała frytki i nuggetsy z kurczaka - było to jego ukochane danie. Wysypała na blachę mrożone frytki, słuchając przy tym jednym uchem paplaniny Sammy'ego. Bo właściwie rozmyślała także o swojej przyszłości. Przestała pracować od chwili, kiedy zamieszkał tutaj Sammy, ale we wrześniu chłopiec miał iść do szkoły, uważała więc, że będzie to odpowiedni moment, aby zacząć od nowa kształtować swoje życie. Nie chciała już siedzieć w domu, ale wiedziała, że powrót do zawodowego życia nie będzie łatwy. Poprzednio pracowała jako producentka w wytwórni filmów i choć brakowało jej tej pracy, to nie łudziła się, że łatwo ją będzie pogodzić z życiem rodzinnym. Zatrudnienie w niepełnym wymiarze godzin z kolei tylko na papierze było proste, w praktyce jednak na dłuższą metę się nie sprawdzało. Ale z drugiej strony Jonas dużo pracował w domu i jeśli postarają się wszystko dobrze uprzednio zaplanować i omówić...
- I baloniki - powiedział właśnie Sammy. - Mummy! Słyszałaś? Wszędzie w domu powiesimy nadmuchane baloniki, dobrze?
- Jasne, zrobimy tak. I w ogrodzie też, o ile tylko będzie dobra pogoda.
Frytki były już w piekarniku i Stella właśnie regulowała termostat, kiedy zadzwonił telefon. Później wiele razy przypominała sobie tę scenę. I ten dźwięk dzwoniącego telefonu, który z początku był zupełnie zwyczajny, ale z perspektywy czasu wydał jej się jakiś nieprzyjemny czy też wstrętny. Dźwięk, który wdzierał się w jedną ze scen codziennego życia rozgrywającą się w jasnej przytulnej kuchni. Kwiaty w oknie. Frytki w piekarniku. Sammy na swoim wysokim krzesełku paplający wesoło o urodzinach, prezentach... Na ulicy koło domu powoli przejechało auto. Kilka promieni przedarło się przez gęste chmury, które tego dnia skutecznie tłumiły światło słońca.
Podeszła bez pośpiechu do aparatu, który znajdował się w salonie. To pewnie Jonas. Kiedy był gdzieś w drodze, dzwonił do niej zawsze, a dziś od wczesnego ranka nie dał jeszcze znaku życia. A jego wizyta u doktora Benta zapewne dobiegła końca. Stella była ciekawa zdania Jonasa.
Sammy dalej mówił w kuchni, nie zwracając uwagi na jej nieobecność.
- I ciasto bananowe z polewą czekoladową, i...
- Halo - odezwała się, podnosząc słuchawkę.
Chwila milczenia. A potem głos należący do młodej kobiety, trochę nieśmiały, co i tak było słychać, mimo nieco sztucznego zdecydowania.
- Halo! Stella? Mówi Terry. Terry Malyan. Czy pamięta mnie pani?
Jakże mogłaby nie pamiętać.
Biologiczna matka Sammy'ego. Co do której miała nadzieję, że nigdy w życiu jej nie zobaczy. A teraz ona, Stella, siedziała znów w kuchni, naprzeciw Sammy'ego i niemal nie dostrzegała syna, który radośnie malował keczupem esy-floresy na talerzu. Jakoś udało jej się przygotować jedzenie i nakryć do stołu, ale poruszała się przy tym jak w transie. I przez cały czas zastanawiała się, skąd to osobliwe poczucie zagrożenia, które zaczęło ją prześladować po tamtym telefonie.
Terry Malyan.
- Drugiego maja Sammy kończy pięć lat - powiedziała kobieta tym swoim osobliwie sztucznym, afektowanym głosem. - I pomyślałam, że to byłaby cudowna okazja, aby go znów zobaczyć!
Terry nie dawała o sobie znać prawie pięć lat. Ani nie dzwoniła, ani też nie pisała, czy to z okazji Gwiazdki, czy też urodzin Sammy'ego. Kiedy Sammy skończył rok, Stella wysłała jej kilka fotografii, ale reakcją było jedynie milczenie. Wreszcie całkowicie wykreśliła kobietę ze swej świadomości, co sprawiło jej dużą ulgę.
- Przypadkowo w ten weekend i tak jesteśmy w Londynie...
Ach tak, przypadkowo? A co w ogóle znaczy słowo "my"?
- Mój chłopak i ja. Mój chłopak ma tam sprawy zawodowe do załatwienia.
Czy mówiła o ojcu Sammy'ego? Stella nigdy go nie poznała, bo nawet wtedy, w czasie procesu adopcyjnego, nie pojawił się ani razu. Wiedziała jedynie, że był siedemnastoletnim uczniem, przerażonym i zszokowanym wobec owocu swego pierwszego doświadczenia seksualnego, które miało miejsce w czasie wakacyjnego obozu na walijskim wybrzeżu z szesnastoletnią koleżanką - dokładnie dziewięć miesięcy później na świat przyszedł mały chłopiec.
Stella pamiętała dobrze telefon pracowniczki Urzędu do spraw Młodzieży w kwietniu 2009 roku: "Mamy dla pani dziecko. Urodzi się na początku maja, a rodzice są zdecydowani natychmiast oddać je do adopcji. Sami są jeszcze na wpół dziećmi, chodzą do szkoły, a ta sytuacja całkowicie ich przerosła".
Cała sprawa od początku zaplanowana była jako "potajemna adopcja", Stella i Jonas nie zdecydowaliby się na coś innego. Biologiczni rodzice mieli nie poznać rodziców adopcyjnych, także odwrotnie miało być tak samo. Gdyby dziecko później chciało poznać swoich biologicznych rodziców, przysługiwało mu prawo wglądu do akt, do tego czasu jednak wszelkie kontakty miały być wykluczone. Stella i Jonas nigdy nie zamierzali ukrywać przed dzieckiem faktu, że zostało adoptowane, ale nie chcieli ciągłych odwiedzin, mieszania się do spraw wychowania i co za tym idzie - ciągłego rozdarcia dziecka między jedną i drugą parą rodziców.
- Nie, to nie jest ojciec Sammy'ego - odpowiedziała Terry. - Nigdy już nic o nim nie słyszałam. Od pół roku jestem w związku z innym chłopakiem. To Neil Courtney. Prawdopodobnie się pobierzemy.
- Mummy, czy ty mnie słuchasz? - spytał Sammy, patrząc na matkę ponad stołem. Był wysmarowany keczupem dosłownie od ucha do ucha i wyglądał tak, jak gdyby wpadł do wiadra z farbą. Stella spróbowała uśmiechnąć się w odpowiedzi.
- Ależ oczywiście, że cię słucham.
Neil Courtney. Nowy chłopak Terry. I Terry najwyraźniej chciała mu pokazać dziecko, które urodziła i którym nie interesowała się całymi latami.
A może ten kolejny mężczyzna stał się czymś w rodzaju siły napędowej w jej życiu? Ale który mężczyzna jest ciekaw syna swojego poprzednika, który to syn w dodatku nie odegrał żadnej roli w dotychczasowym życiu matki?
Poczuła przemożne pragnienie, aby Jonas był już w domu. Musiała koniecznie z kimś porozmawiać. Z kimś, kto mógłby ją uspokoić, dzięki czemu znikłyby jej wszystkie lęki i obawy, których w tej chwili nawet nie potrafiła bliżej określić.
Bo wówczas sprawa kompletnie wymknęła im się z rąk. Drugiego maja urodziło się tak wytęsknione przez nich dziecko, które natychmiast zostało przekazane rodzicom adopcyjnym. I na krótko przed upływem kilkutygodniowego terminu, w czasie którego biologiczna matka miała prawo przemyśleć tak ważną decyzję i ewentualnie ją zmienić, stało się coś okropnego. Do Stelli i Jonasa ponownie zgłosiła się pracownica Urzędu do spraw Młodzieży, oświadczając, że Sammy niestety nie będzie mógł u nich zostać.
- Matka chce go mieć z powrotem. Nie potrafi się uporać z rozstaniem i chce odzyskać syna bez względu na okoliczności.
Stella miała wtedy wrażenie, że ziemia dosłownie usuwa jej się spod stóp.
- Ale to przecież niemożliwe! On jest prawie pięć tygodni u nas! Jest naszym dzieckiem. Nie może pani go nam zabrać!
Urzędniczka odpowiedziała z wyraźnym udręczeniem w głosie:
- Jest mi bardzo, bardzo przykro, Mrs Crane. Chciałabym oszczędzić pani tego bólu. Ale od strony prawnej mam związane ręce. Muszę działać zgodnie z przepisami, nie mam innego wyjścia.
- Ale ta dziewczyna ma dopiero szesnaście lat!
- Tak, jest bardzo młoda, i to nie jest dla niej zbyt szczęśliwa sytuacja. Mimo to...
Odebrano im Sammy'ego, a tych chwil Stella z pewnością nie zapomni do końca życia. Miała wrażenie, że ktoś wyrywa jej serce z piersi. Wiedziała, że nie zapomni tego bólu nigdy, mimo wszystkich późniejszych zdarzeń. Po upływie strasznych trzech tygodni, w czasie których Stella stale konsultowała się z doktorem Bentem i raz po raz łykała tabletki uspokajające, a Jonas prawie nie ważył się wychodzić z domu, bo obawiał się, że jego żona zrobi sobie coś złego, ponownie zgłosił się ktoś z Urzędu do spraw Młodzieży. Pojawiły się problemy. Matkę Sammy'ego ta sytuacja coraz bardziej przerastała i dziewczyna nie była już pewna, czy jej decyzja o zatrzymaniu dziecka była słuszna. Prześladowała ją świadomość, że z jednej strony zamyka przed sobą przyszłość, a z drugiej pozbawia dziecko wszelkich szans. A jednocześnie dręczyło ją poczucie winy na samą myśl o ponownym oddaniu dziecka.
- Ona chciałaby się z panią spotkać, Mrs Crane. Wiem, że to niezgodne z naszą umową, ale...
- Tak?
- Ale widzę dużą szansę na to, że ona zdecyduje się na oddanie dziecka wtedy, kiedy pozna przyszłych rodziców i przekona się, że Sammy'emu będzie u państwa naprawdę dobrze. Ta dziewczyna w gruncie rzeczy zdaje sobie sprawę, że nie jest w stanie zapewnić swojemu synowi żadnej stabilności. To, czego ona sama potrzebuje, to pewność, że postępuje słusznie, i przypuszczalnie będzie o tym przekonana po rozmowie z państwem.
- Ale wtedy cała sprawa nie będzie już anonimowa.
- Nie. I zrozumiem, że w tych okolicznościach być może zrezygnuje pani ze swego zamiaru. Proponuję takie rozwiązanie tylko dlatego, że na pierwszym miejscu stawiamy dobro dziecka i... - kobieta się zająknęła. Nie chciała powiedzieć za dużo, ale Stella odgadła, co tamta miała na myśli.
- Także pani zdaniem dla Sammy'ego byłoby lepiej, gdyby trafił z powrotem do nas - powiedziała.
- Z całą pewnością tak.
Wątpliwości Stelli znikły niemal natychmiast. Postanowiła spotkać się z matką Sammy'ego.
Jonas był jednak temu całkowicie przeciwny.
- To może się zamienić w ciągłe oddawanie i zabieranie. Przecież ta dziewczyna zupełnie nie wie, czego chce. Dziś tak, a jutro znów inaczej. Co zrobimy, kiedy co jakiś czas będzie pojawiała się pod drzwiami, bo właśnie obudziły się jej macierzyńskie uczucia?
- Po upływie określonego czasu adopcja się uprawomocni i nie będzie mogła nic zrobić.
- Od strony prawnej tak. Ale może nas zacząć tyranizować. Co jakiś czas pojawiać się u nas, wydzwaniać, że chce zobaczyć syna, i poprzez łzy wywierać na ciebie nacisk. Rozmawialiśmy przecież o tym, Stella. To, że chcieliśmy przeprowadzić potajemną adopcję, ma swoje uzasadnienie.
- Tak, ale teraz sytuacja się zmieniła. Musimy zmienić nasze podejście do sprawy, nie mamy innego wyjścia.
- Mamy. Możemy poczekać na inne dziecko.
- Przecież to trwało prawie rok, zanim Sammy do nas trafił!
- A więc tym razem będzie znów trwało rok. To przecież wcale nie jest tak długo, a może tym razem będzie szybciej.
W oczach Stelli znów pojawiły się łzy, choć chciała tego uniknąć za wszelką cenę.
- Ja już nie mogę dłużej czekać, Jonas. Od ponad sześciu lat staramy się o dziecko i doznaliśmy już zbyt wielu rozczarowań. Ta wojna nerwów trwa już za długo. Nie jestem w stanie dalej walczyć, jestem u kresu sił! A poza tym kocham Sammy'ego. On tu był, trzymałam go w ramionach i nie mogę tak po prostu powiedzieć: dobrze, weźmiemy jakieś inne dziecko. To niemożliwe. Ja nie potrafię.
Jonas ustąpił. Słyszał rozpacz w głosie żony, widział jej wyczerpanie. I sam także był wyczerpany. Wiedział, że nie zniesie już sporu i różnicy zdań w tej sprawie.
I wszystko było potem dobrze, tak dobrze, że wątpliwości Jonasa znikły. Spotkali się oboje z biologiczną matką dziecka, szesnastoletnią Therese Malyan z Kornwalii.
- Proszę mówić do mnie Terry. Czy mogę mówić Stella?
Stella była gotowa na każde ustępstwo. Chodziło przecież o Sammy'ego, tylko o niego, o nikogo więcej! Zaprosiła Terry do Kingston koło Londynu, do ich domu, pokazała jej pokój Sammy'ego, jego zabawki, jego śpioszki. Terry płakała.
- Będzie mu u pani dobrze, widzę. Oboje jesteście dobrymi ludźmi.
Stella niemal czuła ulgę młodej dziewczyny. Niechciana ciąża spowodowała, że jej życie zamieniło się w kompletny chaos i tak naprawdę już od samego początku Terry nie widziała innego wyjścia z tej sytuacji niż oddanie syna w czyjeś ręce, poprzez co miała odzyskać utraconą wolność. I kiedy się upewniła, że to rzeczywiście będą dobre ręce - "najlepsze, Stella, Sammy naprawdę nie mógł lepiej trafić!" - jej decyzja była tym razem ostateczna: postanowiła nie odbierać syna przed upływem czasu koniecznego do uprawomocnienia się adopcji.
Adopcja małego Samuela Malyana stała się więc prawomocna. Chłopiec nazywał się teraz Samuel Crane i był dzieckiem Jonasa i Stelli.
I aż do dzisiaj oboje nic nie słyszeli o Terry. Niemal zapomnieli, że ona w ogóle istnieje.
- Mummy, ty mnie w ogóle nie słuchasz! - poskarżył się Sammy.
Zrezygnowała z wmawiania mu, że tak nie było.
- Muszę szybko zadzwonić do daddy'ego. Zaraz wrócę, kochanie, i dokładnie zaplanujemy twoje urodziny i przyjęcie.
Z twoją drugą mummy i jej nowym chłopakiem w charakterze gości honorowych.
Poszła do salonu. Czuła gwałtowne bicie serca i koniecznie chciała usłyszeć od kogoś, że się niepotrzebnie denerwuje.
Jonas odebrał tak szybko, jak gdyby trzymał komórkę w dłoni i czekał na jej telefon.
- Właśnie miałem do ciebie dzwonić, Stella, bo rozmawiałem z kimś z produkcji. Co byś powiedziała na dwa tygodnie wakacji w końcu maja albo na początku czerwca, gdzieś na torfowiskach w Yorkshire? W całkowitej samotności, a ja nie zabierałbym tym razem ze sobą pracy. Żadnego komputera, smartfona, nic. Mój kolega, także autor scenariuszy, wynająłby nam dom. To coś jest jakby stworzone do tego, aby całkowicie odciąć się od świata. Co o tym myślisz? Doktor Bent...
Nie interesowało jej, co powiedział doktor Bent, a torfowiska Yorkshire interesowały ją jeszcze mniej. Bezceremonialnie przerwała potok jego słów.
- Jonas, ona właśnie zadzwoniła. Dwadzieścia minut temu. Terry Malyan. Chce nas odwiedzić w dniu urodzin Sammy'ego.
Jonas milczał przez kilka sekund. Najwyraźniej potrzebował kilku chwil, aby przypomnieć sobie, o kim właściwie mówiła Stella. A może po prostu nie był w stanie tak szybko wrócić z torfowisk w Yorkshire do spraw codziennego życia.
- Okay - powiedział w końcu powoli. - Okay...
- Jonas, nic nie jest okay. Boję się, że ona... To znaczy, czego ona chce?
Przerwał jej.
- Nie denerwuj się, Stella. Ona z pewnością nie chce niczego innego niż go po prostu odwiedzić. Nie odezwała się przez pięć lat i teraz nagle ta myśl przyszła jej do głowy. Między nią a Sammym nie istnieje żaden związek i coś takiego nie powstanie w czasie jednego popołudnia. Założę się, że potem nie da znaku życia co najmniej przez kolejne pięć lat.
- Ma jakiegoś nowego chłopaka i on przyjedzie razem z nią. Jonas, dlaczego mam jakieś strasznie złe przeczucia?
- Bo widzisz w sobie samej konkurencję dla niej - odpowiedział. - I dlatego jesteś niespokojna. Wszystko będzie dobrze, Stella. Uwierz mi, proszę.
Wiele tygodni później przyznał, że sam też miał jakieś dziwne, złe przeczucia. Czuł niepokój, który teraz natychmiast przepędził ze swych myśli.
Sobota, 3 maja
1
Nadkomisarz Caleb Hale stał w hali lotniska Leeds-Bradford i obserwował pasażerów, którzy wchodzili przez automatycznie otwierane drzwi. Samolot linii lotniczych British Airways z Londynu wylądował przed dwudziestoma minutami i Kate właściwie powinna była już tu być. Ale przypuszczalnie czekała jeszcze na swój bagaż. Powiedziała przecież w czasie rozmowy telefonicznej, że zamierza zostać dłużej, zapewne nie przyleciała więc tylko z bagażem podręcznym. Caleb miał nadzieję, że rozpozna Kate Linville. Spotkali się wiele lat temu i jeśli miał być szczery, to w jego pamięci zapisała się jako ktoś wyjątkowo niepozorny. Typowa szara mysz, mała, chudziutka i wystraszona. Miał nadzieję, że jego pamięć zaskoczy, kiedy zobaczy ją gdzieś w tłumie podróżnych.
Żałował teraz swej spontanicznej propozycji, że odbierze ją z lotniska i zawiezie do Scalby, jednak było już oczywiście za późno na to, aby się wycofać, a poza tym była to jedyna drobna przysługa, którą mógł wyświadczyć córce swego byłego kolegi, zamordowanego w tak brutalny sposób. Tę przysługę był jej po prostu winien. Z drugiej strony właśnie z tego powodu obawiał się tego spotkania. Jaką traumę musiała przeżywać teraz ta kobieta? Była właściwie jego koleżanką, sierżantem śledczym w Scotland Yardzie, i z pewnością zetknięcie się z taką zbrodnią to dla niej nic nowego. Ale jednak czymś innym nawet dla niej był fakt, że podobna rzecz dotknęła osobę jej bliską. Caleb wiedział, że ojciec był dla tej kobiety jedynym żyjącym członkiem rodziny. Kate nie wyszła za mąż - o ile nic się nie zmieniło od czasu ich ostatniego spotkania. Już wtedy sprawiała wrażenie samotnej.
Miał ją zawieźć do domu, w którym dorastała. I w którym w lutym jej ojca torturowano w okrutny sposób, w wyniku czego zmarł.
Obawiał się, że ona się załamie. I że wówczas nie będzie wiedział, co ma robić. Choć oczywiście był już świadkiem takich sytuacji, bo niejeden raz musiał przekazywać krewnym ofiar przemocy przerażające wiadomości. Ale to było jednak coś innego. Tu chodziło o córkę jego dawnego kolegi. Caleb czuł swoje wewnętrzne zaangażowanie w tę sprawę, mimo że bardzo się przed tym bronił, i było to tak silne, że niemal bolał go żołądek.
Rozpoznał ją natychmiast, kiedy tylko pojawiła się w drzwiach. Miała w jednej ręce torbę podróżną, a drugą ciągnęła za sobą walizkę na kółkach. Jej rzadkie włosy związane były z tyłu głowy, a blada twarz wydawała się przez to jeszcze bardziej wynędzniała. Prawdopodobnie bardzo schudła i nie było w tym nic dziwnego. Caleb zadygotał wewnętrznie na samą myśl o tym, że mógłby stracić kogoś ze swoich krewnych w taki sposób, w jaki ona straciła ojca.
Podszedł do niej i spytał:
- Kate Linville? - Po czym się zawahał. Nie byli sobie aż tak bliscy, poprawił się więc: - Sierżant Kate Linville?
Podała mu rękę i odrzekła natychmiast:
- Kate.
Ani śladu uśmiechu na twarzy. Wyglądała jak ktoś, kto nie za bardzo wie, jak podnosić kąciki ust.
- Caleb - odparł, potrząsając jej ręką, wziął od niej torbę i walizkę i dodał: - Chodźmy, mam samochód na miejscu z ograniczonym czasem parkowania. Lot był w porządku?
- Żadnych problemów - odpowiedziała.
Zastanawiał się, czy zawsze miała tak skamieniałą twarz. Nie pamiętał. Była w lutym w Yorkshire, zaraz po zamordowaniu ojca, ale wówczas nie było go tutaj. Wyszedł z kliniki dopiero na początku marca. Oficjalnie było to dłuższe leczenie i rehabilitacja po wszczepieniu bajpasów. Tak przynajmniej ustalił ze swoimi przełożonymi. Tylko najbliżsi współpracownicy Caleba wiedzieli, że nie było żadnych bajpasów, lecz w grudniu Caleb po ciężkim załamaniu usłyszał wyraźną diagnozę od swojego lekarza: albo całkowita rezygnacja z alkoholu, albo jego dni w najbliższej przyszłości będą policzone. I po raz pierwszy zrozumiał, że sprawa była poważna. Stał po prostu nad przepaścią i wiedział, że jeśli natychmiast nie zawróci, to poleci w dół. Mógł mówić o szczęściu, że lekarz był tak brutalnie szczery i że jego przełożeni dali mu drugą szansę. Wiedział, że zawdzięczał to dużej liczbie śledztw zakończonych sukcesem. Zaliczał się do najlepszych śledczych, dlatego też próbowano go zatrzymać za wszelką cenę. Ale Caleb funkcjonował znakomicie właśnie pod wpływem alkoholu. Pytanie, czy udałoby mu się to także bez alkoholu.
W czasie rozmów telefonicznych z Kate, które prowadził mniej więcej co tydzień od chwili swego powrotu do pracy i zajęcia się sprawą Linville'a, wyraźne wyczuwał zastrzeżenia tej kobiety wobec swojej osoby. Kate wcale nie była szczęśliwa, że właśnie temu mężczyźnie, który zaledwie przed dwoma tygodniami wrócił do czynnej służby, powierzono prowadzenie dochodzenia. Caleb zapewnił ją, że dwoje jego najlepszych współpracowników, funkcjonariuszka śledcza Jane Scapin i sierżant śledczy Robert Stewart, których Kate poznała w związku z tą zbrodnią, pracowało doskonale i dotarło tymczasem do wszystkich niezbędnych wiadomości, które były istotne dla śledztwa. Mógł dzięki temu bez problemu przystąpić do pracy, jak gdyby jeszcze wczoraj zajmował się wszystkim, co miało z tym związek.
Ona jednak widziała to zupełnie inaczej. I przypuszczalnie nie ufała stanowi jego zdrowia - jej zdaniem tylko pozornie dobremu. Z pewnością nie życzyłaby sobie, aby wyjaśnieniem zbrodni dokonanej na jej ojcu zajmował się ktoś, kto - zgodnie z jej informacjami - właśnie wyszedł ze szpitala po ciężkiej operacji i zapewne usłyszał od lekarzy, że ma się oszczędzać oraz unikać stresu i zdenerwowania.
Choć chyba prawda zaniepokoiłaby ją o wiele bardziej.
Caleb włożył jej walizkę i torbę do bagażnika i ruszył, gdy tylko wsiedli. Kiedy powoli wyjeżdżał z parkingu, zapytał:
- Jak długo zamierza pani zostać?
- Wzięłam cały urlop z tego roku i jeszcze dodatkowo bezpłatny. Prawdopodobnie zostanę sześć tygodni, zobaczymy. A może nawet dłużej.
- Pani szef zgodził się na sześć tygodni urlopu?
Skinęła głową w odpowiedzi.
- Rozumie moją szczególną sytuację. I tak jestem... od kiedy to się stało... no, jestem dość rozkojarzona. Myślę, że moi koledzy się cieszą, że mogli się mnie na jakiś czas pozbyć.
- Wie pani już, co będzie z domem? Jest pani teraz jego właścicielką.
- Nie wiem jeszcze. Także z tego powodu chcę sobie dać trochę czasu. Muszę pomyśleć, co robić dalej. To wszystko jest... jak jakiś koszmarny sen.
Ostatnie słowa wypowiedziała bardzo cicho. Caleb spojrzał na nią przelotnie. Jej twarz była teraz tak blada, że niemal biała. Rzeczywiście Kate sprawiała wrażenie wynędzniałej i chorej - w jakiś przerażający sposób.
- Czy jest pani pewna, że...? - spytał ostrożnie. - To znaczy, czy rzeczywiście chce pani zamieszkać w tym domu? Wszystkie wspomnienia z nim związane, no i jest to miejsce, w którym... W którym to się stało.
- Ale to mój dom rodzinny. Oczywiście, że chcę tam zamieszkać.
Nie uważał tego za zbyt mądre, ale nie odpowiedział. Przez chwilę milczeli oboje, a Caleb skierował samochód na drogę prowadzącą z Leeds w kierunku wybrzeża.
- Czy są jakieś nowe ustalenia? - zapytała po chwili Kate.
To pytanie zadawała mu jako pierwsze w czasie każdej rozmowy telefonicznej. Właściwie dręczyło ją kilka kwestii: kim był sprawca? A może było ich kilku? Dlaczego ktoś popełnił tę zbrodnię? Dlaczego Richard Linville musiał umrzeć w tak straszny sposób? Znaleźć winnego czy też winnych - to zadanie właściwie podtrzymywało jej energię i pomagało nie wpaść w depresję. I przynajmniej przejściowo ratowało zdrowie psychiczne.
Caleb jednak nie mógł jej przekazać żadnej wiadomości, która stanowiłaby jakiś przełom w śledztwie, choć co prawda był jeden punkt zaczepienia.
- Nie możemy jeszcze nic powiedzieć na temat jego znaczenia w śledztwie - uściślił od razu.
- Tak?
- Śledcza Scapin zleciła w swoim czasie rozpytanie mieszkańców, co jednak nic nie wniosło do śledztwa. Ale zgłosiła się kobieta, która może być świadkiem. To przyjaciółka jednego z mieszkańców, która kilka dni przed dwudziestym drugim lutego była w kościele Church Close. I ta kobieta powiedziała, że późnym popołudniem dziewiętnastego lutego widziała zielonego peugeota, który ją zaintrygował.
- Zaintrygował? W jakim sensie?
- Ten samochód kilka razy podjeżdżał pod kościół i odjeżdżał. I nie był to ktoś, kto mieszka w tamtej okolicy, sprawdziliśmy to. Nikt tam nie jeździ peugeotem ani też żadnym ciemnozielonym autem - to na wypadek gdyby ta kobieta pomyliła markę samochodu. I ona miała wrażenie, że ktoś szuka jakiegoś adresu, co jeszcze nie wydało jej się niczym szczególnym. Ale osobliwe wydało jej się to dopiero wtedy, kiedy samochód po raz trzeci skręcił w stronę Church Close, po czym pojechał na zawrotkę i znów wrócił pod kościół. Kobieta była zdania, że kierowca musiał się już chyba zorientować, czy jest na właściwej ulicy czy nie. I znowu wydało jej się to nie aż na tyle podejrzane, żeby od razu o tym opowiedzieć.
- Dlaczego powiedziała o tym dopiero teraz? Dlaczego dopiero teraz?
- To kwestia dość problematycznych uwarunkowań. Ta kobieta jest mężatką i ma romans z pewnym samotnym mężczyzną, który mieszka koło kościoła w Scalby. Długo nie ważyła się mówić ze strachu, że przy okazji wyjdzie na jaw co innego. I wreszcie sumienie ją ruszyło i razem ze swoim przyjacielem skontaktowała się z nami. Odpowiednio późno oczywiście.
- Rozmawiał pan z nią?
Caleb skinął głową.
- Tak. Ale nie mogłem się dowiedzieć niczego ponad to, co pani powiedziałem. Ona jest zupełnie pewna tego, co widziała. Na nieszczęście nie zapamiętała choćby fragmentu numeru rejestracyjnego.
Kate zacisnęła kurczowo ręce.
- Za późno. Wszystko za późno! Gdyby można było tę kobietę przesłuchać od razu dwudziestego drugiego lutego, może wówczas pamiętałaby o wiele więcej, ale tak...
- Kate! Przecież pani ojciec został znaleziony dopiero dwudziestego trzeciego lutego. Przedtem... i tak nie można było wszcząć śledztwa.
Kate umilkła, odwróciła głowę i wpatrzyła się w krajobraz za oknem. Caleb zdawał sobie sprawę, że rozmyślała o okrutnych chwilach sprzed dziesięciu tygodni. Sąsiadka Richarda Linville'a dziwiła się, kiedy w niedzielę w południe dwudziestego trzeciego lutego przed drzwiami domu Richarda ciągle stała butelka z mlekiem wystawiona poprzedniego dnia. Kiedy Linville wyjeżdżał, zawsze jej o tym mówił i przekazywał jej klucz do domu, aby w czasie jego nieobecności mogła podlać kwiaty. Sąsiadka miała numer Kate w Londynie, na wypadek gdyby coś się stało, i w końcu zadzwoniła do niej. Później powiedziała policji, że Kate zareagowała przerażeniem, i poprosiła ją, aby zastukała do Richarda albo przynajmniej zajrzała przez okno, czy jest w domu. Kate obawiała się czegoś już w tej chwili, bo ojciec wbrew swojemu zwyczajowi nie zadzwonił do niej ani w sobotę, ani też w ten niedzielny poranek. Ona sama próbowała to zrobić wielokrotnie, ale zawsze odpowiadała automatyczna sekretarka. Sąsiadka zadzwoniła więc do drzwi, potem waliła w nie pięścią, ale nie było żadnej reakcji. Poszła do ogrodu, okrążyła dom i zanim jeszcze odkryła wyważone drzwi do jadalni, zajrzała przez kuchenne okno i cofnęła się przerażona na widok tego, co zobaczyła: krzesło stojące pośrodku pomieszczenia, na nim skrępowana postać, której tułów był przechylony mocno do przodu. Dostrzegła też plastikową torbę zawiązaną wokół głowy. Trzy kroki dalej kobieta zauważyła wyważone drzwi, ale w tej chwili już tylko przeraźliwie krzyczała. Wezwany lekarz stwierdził później, że Richard Linville udusił się w męczarniach.
- Czy ta kobieta, która widziała peugeota, była w stanie opisać bliżej samochód? - spytała Kate po chwili. Miała wyraźnie znużony, choć mimo to opanowany głos.
Caleb chciałby, aby choć tu zyskała odrobinę nadziei, nie mógł jednak zaprzeczać faktom.
- Niestety nie. Sądzi jedynie, że kierowcą był mężczyzna.
Kate westchnęła cicho.
- To prawie tyle co nic.
- Tak, ale oczywiście nie wiemy, czy ten samochód w ogóle ma jakiś związek ze sprawą. Dlatego nie powinniśmy się za bardzo zadręczać, że także w tym punkcie nie możemy się posunąć dalej.
- Możliwe, że mojego ojca śledzono. Napad na niego był prawdopodobnie zaplanowany i starannie przygotowany.
- I coś takiego zakładamy. Tu nie chodziło o zwykłe włamanie, podczas którego pani ojciec miał po prostu pecha i wszedł włamywaczom w drogę. Gdyby tak było... - Caleb urwał i nie dokończył zdania, ale Kate wiedziała doskonale, co chciał powiedzieć.
- Gdyby tak było, to nie zostałby zamordowany w tak okrutny sposób. Sprawcą kierowały nienawiść i wściekłość. A przy tym niczego nie ukradziono.
- Zgadza się. Dokładnie tak, jak zeznała pani moim kolegom. W domu niczego nie brakowało, w dodatku w portfelu pani ojca znaleźliśmy dużą ilość gotówki, która najwyraźniej nie interesowała sprawcy czy też sprawców.
- Ale tu nasuwa się tylko jeden wniosek - powiedziała Kate. Nie robiła tego po raz pierwszy. - Wobec zawodu mojego ojca może chodzić tylko o akt zemsty. To oczywiste, że miał wrogów, zbrodniarzy, kryminalistów. Trzeba sprawdzić każdą sprawę z jego przeszłości zawodowej i...
- Dokładnie to właśnie robimy, i to bardzo skrupulatnie - przerwał jej Caleb. - Proszę mi wierzyć, podchodzimy do tego naprawdę bardzo poważnie. Powołaliśmy specjalną komisję i wszyscy, którzy w niej pracują, angażują się całym sercem. Richard był przecież jednym z nas. Chcemy wyjaśnić tę sprawę i zrobimy to.
- Czy próbował pan porozmawiać z Normanen Dowrickiem?
Sierżant śledczy Norman Dowrick był przez wiele lat najbliższym współpracownikiem Richarda Linville'a, a także jego serdecznym przyjacielem. Kate pamiętała go jeszcze z lat swojej młodości, bo i on, i jego żona często gościli w domu u Linville'ów. Rana postrzałowa, w wyniku której Dowrick doznał porażenia poprzecznego, była bezpośrednią przyczyną zakończenia jego kariery zawodowej dziesięć lat temu. W następstwie wypadku Norman zgorzkniał i stronił od wszystkiego i wszystkich - także od dawnych kolegów i przyjaciół, łącznie z Richardem. Kate często słyszała, jak jej ojciec mówił o tym ze smutkiem i rezygnacją. Ale tak czy owak - obaj mężczyźni pracowali ze sobą tak długo i byli sobie tak bliscy, że możliwość uzyskania od Dowricka interesujących informacji była zdaniem Kate z pewnością duża.
Jednak i tu Caleb musiał ją rozczarować.
- Jeden z moich pracowników był u niego, ale zastał tylko Mrs Dowrick. Norman rozstał się z żoną kilka lat wcześniej i przeprowadził się do Liverpoolu. Wiedzie tam smutne, samotne i pełne goryczy życie. Sądzę, że nie ma sensu go niepokoić. Nie wierzę, że powie nam coś, czego nie wiemy. W końcu on i Richard nie pracowali ot tak sobie. Wszystko jest udokumentowane.
- I czego dowiedział się pan dotychczas z tej dokumentacji?
Tymczasem dotarli do Scalby. Caleb wjechał na parking przed supermarketem znajdującym się na obrzeżu miasteczka i zatrzymał samochód.
- Kate, proszę teraz spokojnie odetchnąć. Nie musimy przecież omawiać wszystkiego zaraz w czasie pierwszej godziny pani pobytu tutaj. I tak będzie to trudne. Wejdzie pani do tego domu, będzie pani miała przed oczami obrazy z przeszłości i tego, co się ostatnio wydarzyło... Nie będę prowadził dochodzenia bez pani udziału. Ale nie jest konieczne, abyśmy już teraz mówili o wszystkim.
Patrzyła na niego oczami, w których widać było aż nadto wyraźnie mieszaninę beznadziei i ogromnego niepokoju.
- Nic pan więc nie ustalił. Niczego się pan nie dowiedział. Ponad dwa miesiące po zbrodni nie natrafił pan na żaden ślad i dochodzenie nie posunęło się do przodu ani o krok.
- Oczywiście wiemy już sporo. Ale sama pani wie, ile skrupulatnej i wykańczającej nerwy pracy to czasem wymaga.
- Czas pracuje przeciwko nam.
- Nie w przypadku aktu zemsty, który wiąże się z funkcją Richarda jako policjanta. To też jeszcze ustalimy, wcześniej czy później. Bez obaw, pracujemy nad tym.
Kate była w tej chwili ucieleśnieniem wszelkich wątpliwości co do tego ostatniego, ale nie powiedziała ani słowa. Caleb wskazał ręką supermarket.
- Powinna pani kupić sobie coś do jedzenia. Nie sądzę, że znajdzie pani cokolwiek w domu ojca. Funkcjonariuszka Scapin w swoim czasie opróżniła lodówkę i wyrzuciła wszystko, co się zepsuło. Zastanie pani także i pod tym względem zupełną pustkę.
- Dziękuję, poradzę sobie.
- Nie chce pani niczego kupować? Jutro jest niedziela i...
- Nie, nie chcę niczego kupować.
- Musi pani coś jeść.
- Coś na pewno się znajdzie.
Więcej nie mógł zrobić. Włączył silnik. Miał przed oczami Kate, jak będzie siedziała sama w pustym cichym domu, w którym niegdyś mieszkała z rodzicami, a jedynym dźwiękiem będzie tykanie zegara i brzęczenie much na szybie. Niemal widział ją, jak będzie stała w kuchni i wpatrywała się w krzesło, na którym, przywiązany za kostki i nadgarstki, umarł jej ojciec. Caleb na jej miejscu próbowałby szukać zapomnienia w dobrym jedzeniu i... No tak, ten dawny Caleb szukałby też zapomnienia w przynajmniej dwóch butelkach whisky. W takiej sytuacji pomóc mogły tylko kalorie i alkohol. Ale Kate nie wyglądała na kogoś, kto sięga po jedno czy drugie. Najwyraźniej już dawno nie zjadła porządnego obiadu i prawdopodobnie niewiele by jej pomogło, gdyby się od czasu do czasu upiła. Sprawiała wrażenie kogoś, kto nie sądzi, że cokolwiek czy też ktokolwiek jest w stanie jej pomóc - poza schwytaniem i ukaraniem mordercy. Ale zdaniem Caleba także i to nie uwolniłoby jej od ciągłego wewnętrznego bólu.
Caleb jechał teraz w kierunku Church Close.
Do domu nieżyjącego nadkomisarza Richarda Linville'a.
2
Siedzieli przy stole w salonie, pijąc kawę, i za wszelką cenę starali się podtrzymywać rozmowę. A dokładniej mówiąc, starali się o to Stella i Jonas. Goście robili niewiele, aby to popołudnie nie było tak niemiłe i przykre. Terry Malyan w zasadzie niemal wyłącznie wpatrywała się z zachwytem w swojego przyjaciela i jak zauważyła Stella, próbowała z pewnym niepokojem, albo przynajmniej zdenerwowaniem, wybadać jego nastrój.
Neil Courtney. Ten nowy.
Stelli rzadko zdarzało się spotykać ludzi, którzy na pierwszy rzut oka od razu wydaliby jej się tak niesympatyczni jak ten człowiek. Kogoś, kto obudziłby w niej wręcz jakiś odruch obrony i uczucie lęku, co nakazywało największą ostrożność w kontaktach. Gdyby miała opisać Neila Courtneya w kilku słowach, to użyłaby przede wszystkim określenia "arogancki". Zarozumiały pyszałek. Absolutnie zimny uczuciowo. Bez śladu empatii. Typ, któremu najchętniej nie podałaby w ogóle ręki. Choć ten raczej wyglądał dobrze, był wysoki i dobrze zbudowany. Miał włosy zgolone dosłownie na długość milimetra, a w jego prawym uchu połyskiwał kolczyk. Biały T-shirt, dżinsy, kurtka dżinsowa. Mężczyzna, który z pewnością robił wrażenie na kobietach. A już z pewnością na Terry. Terry bardzo się zmieniła w ciągu tych pięciu lat, a może stało się to, jak przypuszczała Stella, dopiero wtedy, kiedy poznała Neila. Bo w pamięci Stelli zachował się obraz młodziutkiej, nieco egzaltowanej dziewczyny, praktycznie dziecka, które całkiem nieoczekiwanie miało zostać matką i nie mogło się odnaleźć w chaosie własnych uczuć. Stella wprawdzie nie była nią zachwycona, ale uważała ją za całkiem sympatyczną.
A teraz pomyślała, że Terry uległa złym wpływom. I nie była już sobą.
Już sam jej wygląd o tym świadczył: dawniej była typem dziewczyny noszącej T-shirty, dżinsy i adidasy. Ubierała się sportowo, a brązowe włosy wiązała z tyłu głowy.
Była wtedy lekko, nieprzesadnie umalowana.
Teraz wybrała wariant kobiety seksownej i ekstrawaganckiej, a jednego i drugiego było zbyt dużo. Za dużo szminki, tuszu i pudru, farbowane włosy o nienaturalnie czarnym kolorze, także na czarno pomalowane paznokcie. Spódniczka mini ledwo zasłaniająca uda. Rajstopy we wzorki. Buty na obcasach tak wysokich, że dziewczyna sprawiała wrażenie wyższej niemal o głowę. Dekolt sięgający prawie do pępka.
Taki strój na spotkanie u adopcyjnych rodziców jej własnego dziecka? Tak dalece niestosowny? A przede wszystkim ona sama sprawiała wrażenie kogoś, kto sam nie czuje się zbyt dobrze we własnej skórze. Nie wydawała się pewną siebie młodą kobietą, która działa świadomie, znajduje w tym przyjemność i której nie obchodzi, co myślą o tym inni. Raczej wyglądała jak ktoś niepewny siebie i zestresowany. Nie była sobą. Patrząc na nią, można było przypuszczać, że w jej życiu jest teraz jeden cel, któremu całkowicie podporządkowała wszystko, a przede wszystkim siebie samą: przypodobać się temu facetowi, którego gdzieś dorwała, albo który dorwał ją.
"Ale - pomyślała Stella - może ja to źle interpretuję? Może niewłaściwie odbieram ich oboje, dlatego że ta sytuacja wydaje mi się tak okropna?"
Już w czasie rozmowy telefonicznej powiedziała, że na planowanym party urodzinowym Sammy'ego dorośli tylko by przeszkadzali, ale Terry i Neil w odpowiedzi oświadczyli natychmiast, że wobec tego przyjadą dzień później, i teraz, w sobotę, oboje siedzieli w salonie i działali Stelli na nerwy. Dla Sammy'ego przynieśli komplet klocków, jakimi chłopiec był zafascynowany w wieku dwóch lat. Teraz były one dla niego nudne. Oczywiście Terry i Neil nie potrafili tego przewidzieć, ale Stella zastanawiała się, czy naprawdę tak trudno było w sklepie zapytać sprzedawczynię o stosowny prezent dla pięcioletniego chłopca. Stella miała wrażenie, że po prostu wzięli z półki pierwszą lepszą zabawkę. Kiedy zjawili się w domu i w korytarzu natychmiast stanął Sammy, Terry odwróciła się do Neila i powiedziała z dumą:
- To właśnie on! To mój syn!
Stella z trudem powstrzymała się przed wygłoszeniem ostrego komentarza, zaskoczony Sammy przenosił wzrok z jednego dorosłego na drugiego, a Neil spojrzał na dziecko przelotnie, nawet nie próbując ukryć kompletnego braku zainteresowania. W mieszkaniu panował bałagan po dopiero co zakończonym party - dmuchane baloniki wiszące na poręczy schodów, ale także w ogrodzie na krzewach, powoli traciły powietrze, a w kątach leżały jeszcze nieposprzątane resztki serpentyn i papierowe kubki. Stella przeprosiła za nieporządek, ale goście nie zareagowali. Nie pytali też, jak wypadło party, ile dzieci wzięło w nim udział ani czy Sammy ma dobrych przyjaciół. Nic nie wskazywało na to, że są ciekawi informacji na temat małego chłopca, jego życia i otoczenia. "Czy ma mnie to uspokoić czy raczej nie?" - zastanawiała się Stella.
Po przyjęciu zostało mnóstwo ciasta i lodów, dlatego przynajmniej było czym poczęstować gości. Terry chciała herbatę, Neil kawę. Sammy przeniósł się do ogrodu i bawił się tam z dzieckiem sąsiada, które przyszło w odwiedziny, po prostu wspiąwszy się na płot.
Miłe, spokojne sobotnie popołudnie.
Tak to przynajmniej wyglądało z zewnątrz.
- Neil chciał koniecznie poznać Sammy'ego - oświadczyła Terry. - I oczywiście także państwa oboje. W jakiś sposób jesteście państwo częścią mojego życia.
Stella wcale nie czuła, że jest częścią życia Terry, ani też nie chciała nią być. Zauważyła, że Neil wpatruje się w nią intensywnie. Miała wrażenie, że dostrzegł jej zakłopotanie i że w jakiś sposób go to cieszy.
- Nie powinniśmy wymagać zbyt wiele od Sammy'ego - powiedziała. - Oczywiście nie będziemy ukrywać przed nim faktu, że jest dzieckiem adoptowanym, ale w tej chwili on tego jeszcze nie jest w stanie zrozumieć. Uważa siebie za nasze dziecko.
- Nie można temu niczego zarzucić, jeśli jest pani wobec niego szczera - odparł Neil.
Po tych słowach zapadło nieprzyjemne, pełne zakłopotania milczenie. Zarówno Stella, jak i Jonas mieli uczucie naruszenia pewnych granic, ale oboje byli zdecydowani przetrwać ten dzień bez eskalacji konfliktu. Jonas dał znak Stelli, aby nie dała się wyprowadzić z równowagi.
- Jeszcze przed adopcją Urząd do spraw Młodzieży bardzo dokładnie nas poinstruował, Mr Courtney - odpowiedział Jonas uprzejmie. - Doskonale wiemy, co i kiedy mamy robić, aby oswoić Sammy'ego z jego specyficzną sytuacją. Proszę się nie obawiać.
- Zawsze mówiłam Neilowi, że jesteście państwo wspaniałymi ludźmi - powiedziała Terry. - Zachwycałam się państwem zawsze, prawda, Neil? Jesteście tak sympatyczni, pełni ciepła i tak zaangażowani... A poza tym nie byłabym w stanie zapewnić mojemu małemu takich warunków. To wszystko tutaj... - rozejrzała się po obszernym wnętrzu ze słonecznym wykuszem - to wszystko musiało kosztować dużo pieniędzy.
- No, takich domów nie spłaca się od razu - wyjaśnił Jonas i roześmiał się, co zabrzmiało trochę nieszczerze. - To trzeba robić mozolnie całymi latami.
- Pan jest autorem scenariuszy? - dopytywał się Neil. - Terry wspominała coś o tym...
- Tak. Pracuję na własny rachunek dla kilku telewizji i wytwórni filmowych. Taka praca sprawia dużo przyjemności, jest interesująca, bo zawsze robi się coś nowego, ale trzeba mieć duże zaufanie do swojej kreatywności.
Dom spłaca się mozolnie całymi latami... Zaufanie do własnej kreatywności... Stella potrzebowała dłuższej chwili, aby zrozumieć, dlaczego Jonas zniżał się do takiej otwartości wobec tych zupełnie obcych ludzi. Jonas najwyraźniej rozumiał albo przypuszczał, że ci dwoje nie zjawili się tutaj z powodu Sammy'ego. Sammy był im całkowicie obojętny. Terry opowiadała Neilowi bajki o dobrobycie Crane'ów, a to popołudnie nie było niczym innym jak przyjazdem na zwiady. Neil chciał się dokładnie rozejrzeć. I z pewnością snuł już plany, jak poprzez osobę małego Sammy'ego będzie można tu zdobyć trochę pieniędzy. Strategia Jonasa polegała zaś na tym, aby tej parce już teraz wybić z głowy przekonanie, że mają do czynienia z bogatymi, dobrze sytuowanymi ludźmi.
- A czym się pan zajmuje zawodowo, Mr Courtney? - zapytał z kolei Jonas.
Neil w odpowiedzi uniósł brwi.
- A czy trzeba się czymś zajmować zawodowo? - odparł.
- Trzeba z czegoś żyć - odrzekła na to Stella.
Neil spojrzał na nią wręcz pogardliwie, jeśli nie lekceważąco.
- Żyć można z wielu rzeczy. I trzeba dać sobie tyle czasu, żeby móc znaleźć właściwą drogę.
Stella oceniła, że mógł mieć około dwudziestu dziewięciu lat, najwyżej trzydzieści. Czy w tym wieku nie powinien był już znaleźć takiej drogi?
- Neil odziedziczył trochę pieniędzy - pośpieszyła z wyjaśnieniem Terry. - I dlatego w tej chwili nie musi myśleć o zawodzie, pracy i w ogóle. A ja pracowałam w pubie, ale dwa tygodnie temu straciłam tę pracę. Zobaczymy, czy znajdę coś innego.
Tego jeszcze brakowało. Stella cieszyłaby się, gdyby oboje, odpowiednio do swojego wieku, byli tak zapracowani, że intensyfikacja kontaktów z rodziną Crane'ów stanowiłaby przynajmniej problem czasowy. Ale wszystko wskazywało na to, że Terry i Neil żyli z dnia na dzień, a ich największym zmartwieniem było wymyślanie strategii zapełnienia pustki codziennego dnia i grożącej nudy. Stella widziała samochód, którym przyjechali: stary i zniszczony. Neil nie mógł odziedziczyć zbyt dużego majątku; był typem człowieka, który chętnie szafowałby symbolami statusu, gdyby go było na to stać.
Teraz chodziło zapewne o stawkę, która pozwoliłaby mu żyć jakiś czas bez pracy i szukać własnej drogi, co jednak nie wystarczyłoby na całe życie. Stella z biciem serca pomyślała, że Jonas najprawdopodobniej ma rację: Neil właśnie rozglądał się za nowym źródłem pieniędzy, a oni oboje stanowili jedną z opcji.
"Nigdy nie powinnam była się zgodzić na to spotkanie" - pomyślała.
Ale jednocześnie wiedziała, że nie miała wielkiego wyboru: Terry dowiedziała się już kilka lat temu, pod jakim adresem mieszkają. Neil i ona za tydzień lub dwa i tak sprawiliby im radosną niespodziankę, stukając po prostu do drzwi bez zapowiedzi. "Bo byliśmy tu przejazdem i pomyśleliśmy..."
Nieznośne popołudnie wlokło się w nieskończoność. Jonas opowiadał o swojej pracy, a Stella od czasu do czasu wychodziła do ogrodu, aby zobaczyć, co robią Sammy i jego mały przyjaciel. Ale u dzieci wszystko było w porządku. Wczesnym wieczorem Neil spytał, czy mógłby dostać szklankę soku pomarańczowego, a Stella natychmiast uciekła do kuchni, ciesząc się, że choć przez chwilę nie będzie się męczyć w tej przygniatającej, niemiłej atmosferze. Pół minuty później zjawił się Jonas, zamknął drzwi za sobą i najciszej jak mógł, syknął:
- Tylko nie proponuj im kolacji! Chcę, żeby stąd zaraz znikli!
Stella właśnie wyjmowała sok z lodówki.
- Na pewno niczego nie zaproponuję. Ale jak się ich pozbędziemy?
- Właśnie w ten sposób: niczego nie proponując. Nie dostaną nic więcej oprócz tego soku. Od tej chwili niczego nie podamy. Ani wina, ani soku, ani piwa czy krakersów. Nic. Może w końcu zrozumieją.
- Jonas, sądzisz, że są niebezpieczni?
Zawahał się przez sekundę.
- Nie. Ale ten Neil to bardzo niesympatyczny facet. I przez całe popołudnie rozmyśla, pod jakim pretekstem będzie mógł do nas co rusz zaglądać. A Terry jest mu całkowicie podporządkowana i nic nie rozumie. Ona ciągle sądzi, że Neil chciał poznać jej syna.
- Jonas, czy oni oboje...
Położył jej rękę na ramieniu.
- Nie martw się. Nie mogą nam odebrać Sammy'ego, nie mają żadnej podstawy prawnej, aby żądać zezwolenia na kontakty. To, że oni dzisiaj tutaj są, wynika wyłącznie z naszej skłonności do ustępstw. Ale muszą pojąć, że na tej wizycie się skończy.
Stella skinęła głową. Kiedy oboje wrócili do pokoju, Terry i Neil nie siedzieli przy stole. Terry stała w wykuszu i patrzyła na ulicę, a Neil był przed małym sekretarzykiem Stelli koło kominka i trzymał coś w ręce. Stella podeszła bliżej i zauważyła, że był to prospekt z North York Mors, w którym jeszcze rankiem oglądali miejscowość leżącą w pobliżu ich domu do wynajęcia. Jonas dostrzegł to w tej samej chwili. Natychmiast podszedł do Neila i zdecydowanym ruchem wyjął mu prospekt z ręki.
- Nie lubimy, kiedy ktoś patrzy, co mamy na biurku - wyjaśnił.
Neil podniósł obie ręce, ale w najmniejszym stopniu nie sprawiał wrażenia zakłopotanego.
- Sorry. Chciałem sobie tylko obejrzeć ten sekretarzyk. Piękna rzecz. Naprawdę jest taki stary?
- Tak.
Neil wskazał na prospekt.
- North York Moors. Spędzacie tam letnie wakacje?
- Jeszcze nie wiemy - odparł Jonas. - Termin mojego urlopu nie jest na razie ustalony.
- Cudowna okolica. No w każdym razie dla kogoś, kto naprawdę lubi przyrodę. Oprócz wrzosów i owiec nie ma tam niczego więcej.
- Jak mówiłem, jeszcze się nie zdecydowaliśmy.
Stella podała mu sok.
- Proszę, pański sok.
Razem z Jonasem stali na środku pokoju, jak gdyby na coś wyczekując. Żadne z nich nie proponowało gościom zajęcia miejsca.
Neil spokojnie, jak gdyby nigdy nic pił swój sok.
- No tak - powiedział wreszcie - powinniśmy się powoli zbierać.
- Jedziecie państwo jeszcze dziś do Truro? - spytał Jonas.
Neil zrobił taką minę, jak gdyby Jonas powiedział coś zabawnego, po czym odrzekł:
- Ja przecież nie mieszkam w Truro! Dobry Boże! Terry wprawdzie stamtąd pochodzi, ale mnie do tej dziury nie zaciągnęłaby nawet parą koni!
Terry się roześmiała, ale raczej z przymusem i z pewnym udręczeniem w głosie.
- My mieszkamy w Leeds - oświadczył Neil, po czym wskazał na prospekt, który Jonas trzymał w dłoni. - Dlatego tak dobrze znam tamtą okolicę. Jeśli zamierzacie państwo spędzić tam wakacje, mogę dać wam parę wskazówek.
- Dziękuję. Ale jak mówiłem, nic jeszcze nie jest zdecydowane - odparł Jonas, czując przez chwilę nagły strach.
Trwało to jeszcze dobre dwadzieścia minut, zanim oboje wreszcie wyszli, bo Terry celebrowała tkliwe pożegnanie z Sammym, co chłopiec przyjmował z pewną niechęcią. Kiedy wreszcie zamknęły się za obojgiem drzwi i rozległ się odgłos włączanego silnika, Stella oświadczyła:
- Tego tylko brakowało. Yorkshire już nie wchodzi w grę jako miejsce twojego odosobnienia. Dobry Boże, Leeds! To przecież tuż obok!
- Nie tak całkiem obok - odparł Jonas - choć rzeczywiście nie na drugim końcu kraju, to prawda.
Wszedł do salonu i wyraźnie wyczerpany osunął się na jedną z kanap.
- Boże, Leeds! Też o niczym nie wiedziałaś?
Stella poszła za nim i zatrzymała się w wejściu, opierając się o drzwi.
- Nie. Po prostu zakładałam, że oboje mieszkają w Truro, bo Terry kiedyś tam mieszkała. To oczywiście było naiwne. Minęło przecież pięć lat. Dlaczego wszystko miałoby być takie jak wtedy?
- Terry bardzo się zmieniła.
- Jeśli o mnie chodzi, to uważam, że jest mu całkowicie podporządkowana.
Stella wyjrzała przez okno. Neil właśnie zawrócił i niebieski renault ruszył, opuszczając - oby na zawsze - Kingston-upon-Thames.
- Ona wpatruje się w jego usta. Błaga, nawet nie mówiąc, o odrobinę akceptacji z jego strony, i zrobi wszystko, czego on zażąda. A on to wstrętny typ.
- Tak, to prawda. - Jonas wstał gwałtownie. - Ale ja nie pozwolę na to, aby ta parka wtrącała się do naszego życia. I ty także nie. Ten dom gdzieś na pustkowiu to doskonała oferta i wynajmiemy go.
Stellę nagle ogarnęły lęk i poczucie zagrożenia - a wraz z nimi jakieś niedobre przeczucia.
- Powinniśmy z tego zrezygnować - oświadczyła.
- Stella, a cóż może się stać? Oni oboje nie mają pojęcia, gdzie dokładnie mamy zamiar się zatrzymać. Nie wiedzą też, kiedy to będzie. A w ogóle dlaczego mieliby nas tam tropić? Raczej nie z powodu tęsknoty za Sammym, o tym już się dziś przekonaliśmy. Nie są nim zbyt zainteresowani.
- Właśnie. I o to chodzi. To dlaczego dziś tutaj byli?
Oboje patrzyli na siebie, rozmyślając.
Po chwili Stella sama odpowiedziała na swoje pytanie:
- Ty wiesz, dlaczego opowiadałeś im, jak mozolnie spłaca się domy kupowane na raty i jak niepewny jest los autora scenariuszy pracującego na własny rachunek. To, co chciałeś im powiedzieć, brzmi: nie jesteśmy bogaci. Nic od nas nie wyciągnięcie. Bo czułeś, że to właśnie kryje się za tą historią. Terry opowiedziała mu, że ma syna, który został adoptowany i wiedzie teraz dostatnie życie na jednym z lepszych londyńskich przedmieść. W jej przekonaniu jesteśmy zapewne dość bogaci, i to także powiedziała Neilowi. Te odziedziczone pieniądze mają się chyba ku końcowi, wobec tego on postanowił tu wpaść i rozejrzeć się, czy da się tu coś uskubać.
- Okay. Tak, rzeczywiście tak myślałem. Ale jeśli zastanowisz się do końca, Stella, to też zadasz sobie pytanie: co on mógłby tu zrobić? Może wyobrażał sobie, że dzięki Sammy'emu staniemy się czymś rodzaju wielkiej szczęśliwej rodziny albo przynajmniej dobrymi przyjaciółmi i że dzięki takiej okoliczności on odniesie jakieś mniej lub bardziej nieokreślone korzyści? A przecież od nas zależy, czy sobie na to pozwolimy. I nie mamy tego zamiaru. To było pierwsze i ostatnie spotkanie, następnych nie będzie. Sądzę też, że Neil to zrozumiał. Terry jest beznadziejnie naiwna, ale on jest naprawdę przebiegły. Przypuszczam, że jeśli miał jakieś plany, to już nas skreślił.
- A jeśli nie?
- Gdyby przeszło to w coś w rodzaju stalkingu, zwrócimy się do policji. I jeśli będzie to konieczne, postaramy się o odpowiedni nakaz sądu. Ale oni tak daleko się nie posuną. Nie sądzę więc, że będziemy do tego zmuszeni.
Stella miała przed oczami dom, o którym marzył Jonas. Jonas, któremu groziło wypalenie zawodowe i który dlatego powinien przynajmniej na dwa tygodnie całkowicie odizolować się od świata. Następna miejscowość nazywała się Bridge i była położona dość centralnie w Hochmoor, ale była także oddalona o dziesięć mil jazdy samotną wiejską drogą od dawnej farmy, którą kiedyś kupił i przebudował kolega Jonasa, urządzając tam swoją samotnię.
"Tam można naprawdę pracować i pisać - mówił ów kolega. - Jest się zupełnie odizolowanym od Boga i świata. Nie ma telewizora, nie ma telefonu ani nawet radia. Żeby złapać zasięg komórki, trzeba się wspiąć na najbliższe wzgórze. Jedyne istoty, które zobaczysz, to owce i ptaki. A one na pewno nie będą zamęczać cię gadaniem. Możesz się tam całkiem odizolować od świata. Jeśli będę miał dość presji czasu i terminów, a będę potrzebował koncentracji, to się tam wyniosę, bo to jest akurat to, czego potrzebuję. A jeśli w dodatku twój lekarz sądzi, że powinieneś koniecznie się wyłączyć, to jest odpowiednie miejsce. Absolutnie nudne!"
Jonas opowiadał o tym Stelli z zachwytem. Ale jej nie podobało się to, co mówił o swojej wizycie u lekarza i o rozwiązaniu, które się od razu pojawiło. W głębi ducha zastanawiała się, czy nie byłoby lepiej, gdyby Jonas wyjechał dokądś sam, a ona w tym czasie została w domu albo pojechała z Sammym do krewnych w odwiedziny, przesuwane od lat.
Ale teraz wszystko wyglądało inaczej. I chociaż wiedziała, że Jonas ma rację, uspokajając ją i przedstawiając tyle argumentów, to nie mogła uwolnić się od owego osobliwego przeczucia, które męczyło ją przez całe popołudnie, a nawet od chwili pierwszego telefonu Terry: uczucia grożącego niebezpieczeństwa. A przy tym sama nie wiedziała, co to właściwie miało być, nie potrafiła tego zdefiniować ani choćby bliżej opisać. Jedyne, co sobie wobec tego uświadamiała, brzmiało: nie powinniśmy się teraz pod żadnym pozorem rozstawać.
- Nie powinniśmy tam jechać - powiedziała głośno. - Do Egton Bridge. Jonas, znajdźmy jakieś inne miejsce.
- Prześpijmy się z tym pomysłem - odparł.
Choć właściwie podjął już decyzję.
Niedziela, 4 maja
Spała w łóżku swojego zamordowanego ojca, bo miała nadzieję, że będzie mu w ten sposób bliższa. Że jakoś poczuje jego bliskość. Byli przecież ludzie, którzy po utracie swoich krewnych mówili, że ciągle czują ich obecność. On nie odszedł, nawet jeśli go nie widzę. On jest ze mną.
Kate po śmierci Richarda ani przez chwilę nie odczuwała czegoś podobnego. Ojciec odszedł gdzieś daleko, i ona czuła się teraz zupełnie opuszczona. Pamiętała go, ale to było jedynie wspomnienie, i miała wrażenie, że to wspomnienie szepcze do niej: wszystko minęło, minęło, minęło... Pościel nie była zmieniona od tamtej nocy, w czasie której został zamordowany. Kate wtedy, w lutym, nie była w stanie tego zrobić, a teraz prawdopodobnie też by nie mogła. Wydawało jej się, że czuje jeszcze zapach żelu, którego używał pod prysznicem Richard, ale może sobie to tylko wmawiała.
Tego ranka po obudzeniu leżała jeszcze chwilę w łóżku, a blade światło dnia powoli rozjaśniało pokój. Łóżko, szafa, komoda. Więcej mebli tu nie było. Na komodzie fotografia w ramkach przedstawiająca matkę Kate. Zdjęcie jeszcze z czasów przed chorobą. Matka była wtedy kobietą o różowych policzkach i błyszczących, pełnych radości oczach. A później zmizerniała i zbladła, jej oczy zapadły się głęboko i widać w nich było jedynie ból i rozpacz.
Kate wstała o ósmej, wzięła prysznic w znajdującej się obok łazience, ubrała się i zeszła na dół. Wyważone drzwi, które prowadziły z jadalni do ogrodu, naprawiono już w lutym, ale tych między ogrodem a kuchnią ciągle nie dawało się porządnie zamknąć. Kate czuła ciąg chłodnego powietrza, które płynęło do kuchni przez szparę szerokości palca. Te drzwi to była prawdziwa katastrofa, pożeracz ciepła i zagrożenie, ale jednak nie tędy wiodła droga mordercy. Kate wnioskowała, że sprawca, czy też sprawcy, nie znał pomieszczeń i rozkładu domu, w którym mieszkał Richard. Wybicie szyby w drzwiach jadalni było o wiele bardziej ryzykowne, głośne i trudniejsze; za to drzwi kuchenne można było praktycznie bez żadnego hałasu po prostu wyjąć z zawiasów. I choć sprawca interesował się wyłącznie osobą Richarda, to jednak nie należał do kręgu jego bliższych znajomych, bo wówczas wiedziałby o tym. Z kręgu podejrzanych należało chyba także wykluczyć rzemieślników, którzy prawdopodobnie jeszcze przed kilkoma tygodniami pracowali w domu, jak też ludzi z otoczenia przychodzącej tu sprzątaczki. Kate wiedziała, że także i te możliwości zostały natychmiast sprawdzone, ale tak jak się spodziewano, nie przyniosły one rezultatu. Była więc przekonana, że zbrodnia miała coś wspólnego z przeszłością ojca. Czyli to szukanie igły w stogu siana, którym było ponad czterdzieści lat pracy zawodowej Richarda.
Poprzedniego dnia Kate podgrzała sobie puszkę fasoli w pomidorach, którą znalazła w jednej z kuchennych szafek, ale perspektywa śniadania była raczej beznadziejna. Chyba powinna była zaakceptować propozycję Caleba Hale'a i zrobić jakieś zapasy w supermarkecie. Kromka tostowego pieczywa z dżemem byłaby teraz jak najbardziej wskazana, ale niczego podobnego nie mogła znaleźć w kuchni. W szafce były tylko kolejne puszki fasoli w pomidorach. Kate uśmiechnęła się mimowolnie. Po śmierci żony Richard odżywiał się bardzo monotonnie.
Ale ona, jeśli miała być szczera, też postępowała podobnie. Już od dawna nie jadała starannie i smacznie przyrządzonych posiłków. Ostatni raz było to na Gwiazdkę. Całe święta oraz sylwestra spędziła tutaj, u ojca, razem gotowali, a dwa razy Richard zaprosił ją do eleganckiej restauracji. I jak zawsze rozmawiali o wszystkim, tylko nie o problemach, z którymi każde musiało się uporać. Kate przypuszczała, że ojciec czuł się bardzo samotny, ale nigdy jej o tym nie mówił, a ona, podobnie jak on, nie zdobyła się na odwagę, aby mu powiedzieć, jak jej jest źle. Trochę bagatelizując sprawę, wmówiła sobie, że po prostu nie chce go zadręczać i że on nie powinien się martwić o swoje jedyne dziecko. Ale w głębi ducha wiedziała, że kryło się za tym co innego: za nic nie chciała go rozczarować. Nie mógł się dowiedzieć, że tak naprawdę była życiowym bankrutem. A tak bardzo chciała być córką, z której on mógł być dumny.
Stała w kuchni i grzała palce, trzymając w dłoniach kubek z gorącą kawą. Kawy przynajmniej było tutaj dość. Z całej siły starała się nie patrzeć na krzesło, do którego przywiązano tamtej nocy jej ojca i na którym on zmarł. Ktoś wsunął je głęboko pod stół, może sprzątaczka, która usunęła wszystkie ślady, kiedy policja przekazała jej miejsce zbrodni. Wtedy, jeszcze w lutym, zaraz po jej przyjeździe, na podłodze były plamy krwi i Kate pamiętała, że na ten widok zrobiło jej się słabo i jedna z policjantek wyprowadziła ją z kuchni do salonu. Wszyscy byli dla niej bardzo serdeczni i troskliwi.
Teraz plamy krwi znikły. Kuchnia była idealnie wysprzątana i czysta, nigdzie nie było ani śladu dramatu, który się tu rozegrał.
"Powinnam otworzyć drzwi i okna - pomyślała. - Tu wewnątrz jest po prostu zimno i czuć stęchlizną".
Zadygotała i potarła ramiona. Był wczesny ranek, a mimo to miała wrażenie, że chłód panujący w domu nie ma nic wspólnego z temperaturą na zewnątrz. Było to raczej związane z tym, że nikt tu już nie mieszkał i że dom od ponad dwóch miesięcy był niemal hermetycznie zamknięty, a ogrzewanie ustawione na najniższy stopień. Kate przypomniała sobie, że dawniej ten dom tętnił życiem i radością, mimo że ich rodzina składała się tylko z trzech osób. Ale jej matka była kobietą pełną radości i ciepła, a ojciec nawet w czasie najgorszych dni w pracy miał zawsze dobry humor. Kate miała szczęśliwe i bezpieczne dzieciństwo. I aż do dzisiaj nie potrafiła zrozumieć, dlaczego potem nie potrafiła ułożyć sobie życia. Bo właściwie nie było po temu żadnego wyraźnego powodu.
A bilans wyglądał tak: miała trzydzieści dziewięć lat, była kobietą samotną, bez męża, bez dzieci, bez choćby towarzysza życia, także bez przyjaciół. Policjantka w Metropolitan Police, jeszcze rok temu ciągle w stopniu funkcjonariusza śledczego, co było raczej niezwykłe i dość nieprzyjemne, jeśli wziąć pod uwagę jej wiek i wszystkie lata, które spędziła w Scotland Yardzie. We wrześniu ubiegłego roku wreszcie zdała egzamin i dostała awans na sierżanta śledczego. Nic to jednak nie zmieniło. Koledzy zachowywali w stosunku do niej dystans, nikt jej też nie szukał, jeśli nie było to naprawdę konieczne. Jej uwadze nie umknął fakt, że plotkowano na jej temat i wręcz przewracano oczami, kiedy zabierała głos w czasie zebrań. W jakiś sposób wydawała się zawsze nie mieć racji, a może formułowała wypowiedzi tak, że nikt się z nimi nie zgadzał. W rezultacie tak dalece straciła pewność siebie, że często w ogóle się nie odzywała i próbowała nie podejmować żadnych decyzji z obawy, że powinno być dokładnie odwrotnie, niż mówiła czy robiła. Dlatego też była odbierana negatywnie przez wszystkich, bo od policjantki, która pełniła służbę w najsłynniejszej i najbardziej renomowanej instytucji Zjednoczonego Królestwa, oczekiwano właśnie zdolności podejmowania szybkich i trafnych decyzji oraz konsekwentnego działania. I domyślała się, że każdy zadawał sobie pytanie, jakim cudem właśnie jej udało się dostać do Scotland Yardu, i że przypuszczano, jakoby wykorzystała w tym celu znajomości swego ojca. A to akurat nie było prawdą. Kate udało się tego dokonać zupełnie samej. I teraz wydawało jej się, że minęły tysiące lat od czasu, kiedy była bardziej pewna siebie i nawet odnosiła jakieś sukcesy. A potem było jedno czy dwa niepowodzenia, które ją wprost sparaliżowały. Rozsądek podpowiadał jej, że błędy nie są niczym niezwykłym i że nie była jedyną osobą, która to czy owo zawaliła, ale to niewiele pomagało. Jej pewność siebie zachwiała się bezpowrotnie, a spirala raz popełnionych błędów ściągała ją jeszcze bardziej w dół. A bez wiary w siebie nie była w stanie radzić sobie ze swoją pracą. I niemal codziennie czekała, aż ktoś da jej do zrozumienia, że powinna poszukać czegoś innego. Nieco lepiej poczuła się wtedy, kiedy po śmierci ojca zaczęto ją traktować trochę łagodniej i nawet ci koledzy, których najbardziej irytowała, bardzo jej współczuli. Ale za to szef nie ukrywał zadowolenia, kiedy poprosiła o przedłużony urlop - aby uregulować sprawy spadkowe po ojcu i uporać się z samą sobą. Przypuszczalnie miał nadzieję, że ona nie wróci do pracy.
Rozmyślała tak długo, wpatrując się w ogród za oknem, że trzymany w rękach kubek stał się zupełnie zimny. Spróbowała wypić łyk kawy i skrzywiła się: płyn był letni i gorzki. Wylała kawę do zlewu i spojrzała na zegarek. Tuż po dziewiątej. Trochę wcześnie jak na niedzielę, ale postanowiła zaryzykować i kogoś odwiedzić.
Godzinę później wiedziała niewiele więcej. Udała się do Robina Spencera, mężczyzny, którego przyjaciółka widziała dziwnie zachowującego się kierowcę zielonego peugeota. Choć Caleb Hale w trakcie opowiadania o tym nie wymienił żadnego nazwiska, Kate doskonale wiedziała, o kogo chodziło. W końcu wychowała się w Scalby, w dodatku tu, w Church Close, i dzięki ojcu nawet dwadzieścia lat po przeprowadzce do Londynu była dobrze poinformowana o wszystkich ludziach i wydarzeniach w okolicy. Robin Spencer zawsze uchodził za flirciarza, kogoś, kto lubił zawierać nowe znajomości z kobietami i bardzo się przy tym starał unikać wszelkich zobowiązań. A romans z zamężną kobietą wskazywał właśnie na niego, bo była to najmniej ryzykowna forma związku.
Ale Kate nie udało się wydobyć z niego więcej niż to, co wiedziała. Robin nie był też zachwycony, kiedy w niedzielę wczesnym rankiem zobaczył ją przed drzwiami, ale zaprosił Kate do środka, z zakłopotaniem złożył jej kondolencje i zaoferował kawę. Na szczęście był sam. Nie, nie zamierza jej ujawnić nazwiska swojej przyjaciółki, bo jak powiedział, ona biedna i tak miała już dostatecznie dużo problemów związanych z tą sprawą. Przede wszystkim była u niej policja i samo to wystarczyło. I powiedziała policji wszystko, co wiedziała. I nie, ona nie wie na pewno, czy to był peugeot, ale przypuszcza, że tak było. Tak, to na pewno był ciemnozielony samochód. Kierowca? Wysokie prawdopodobieństwo, że to był mężczyzna. Nie, nie ma szans, jeśli chodzi o numer rejestracyjny, bo ona w ogóle nie zwróciła na to uwagi. Kto mógłby w ogóle przypuszczać, że w tej kołtuńskiej okolicy może się zdarzyć coś tak okropnego?
Kiedy Kate pożegnała się i wyszła, zakręciło jej się w głowie z nadmiaru kofeiny. A także z powodu pustego żołądka. Poza tym na dworze zrobiło się dość ciepło i stwierdziła, że była zupełnie niestosownie ubrana: miała na sobie długie spodnie, wełniany sweter i kurtkę. Czuła, że po plecach cieknie jej pot, kiedy szła ulicą w stronę domu. Była zmęczona i sfrustrowana.
"A czego się spodziewałaś - myślała - ty, najbardziej nieudolna policjantka w całym Scotland Yardzie? Że pójdziesz tam, zadasz kilka odpowiednich pytań i hop! - wyciągniesz z niego właściwą odpowiedź, która będzie prowadziła niemal wprost do sprawcy? Przyjaciółka Spencera powiedziała wszystko, co wiedziała. Na rozkaz nie przyjdzie jej do głowy już nic więcej".
Kate już z daleka zauważyła, że przed jej domem zaparkował jakiś samochód, a kiedy podeszła bliżej, dostrzegła, że było to auto Caleba Hale'a. On sam stał przed drzwiami i trzymał w ręku papierową torbę z nadrukiem indyjskiego sklepu typu take-away, na wynos.
Caleb uśmiechnął się z ulgą na widok Kate.
- Co za szczęście! Myślałem już, że będę musiał odejść z kwitkiem. Proszę. - Zakołysał lekko torbą. - Już sama myśl o tym, że będzie pani głodować, nie dawała mi spokoju. Mam nadzieję, że lubi pani curry?
Kate, idąc w jego stronę ogrodową ścieżką, miała nadzieję, że nie wygląda tak okropnie, jak się czuła. Włosy kleiły jej się do karku i czuła, że twarz ma mokrą od potu.
- Jeszcze nie ma nawet dziesiątej - odpowiedziała zamiast powitania. - Trochę za wcześnie na obiad, prawda?
- Możemy to odłożyć i potem podgrzać. Ma pani kuchenkę mikrofalową, tak?
Otworzyła drzwi do domu, lekko wzdychając. Wszystko wskazywało na to, że nie tylko przyniósł jej coś do jedzenia, ale postanowił zostać, żeby nie jadła w samotności. Wiedziała, że zachowywała się nieuprzejmie, ale czuła, że on jej współczuł, a to uczucie powodowało, że niemal mimowolnie budził się w niej jakiś wewnętrzny sprzeciw. Potrafiła ocenić siebie samą realnie i wiedziała, że ani nie jest pięknością, ani też nie ma w niej nic, co określano jako osobowość silną i pełną uroku. Na nikim nie robiła żadnego wrażenia. Całe życie mężczyźni nie zwracali na nią żadnej uwagi. Z wyjątkiem tych, którym było jej żal. A współczucie było dla niej gorsze niż niezwracanie na nią żadnej uwagi. Niż niedostrzeganie jej, jak gdyby była przezroczysta. Bo z tym potrafiła sobie jakoś poradzić, a teraz wszystko wskazywało na to, że Caleb chce dołączyć do grupy miłosiernych samarytan. Miała ogromną ochotę poprosić go, aby zostawił ją samą, ale to on prowadził dochodzenie w sprawie morderstwa jej ojca. Był dla niej ważną osobą. Był też istotnym źródłem informacji. Głupio byłoby go irytować.
Zmusiła się więc do uśmiechu.
- Przykro mi, przepraszam. Nie chciałam być nieuprzejma. Miło, że pan o mnie pomyślał. Tylko... to jest... być tutaj...
Nie dokończyła, ale Caleb skinął głową ze zrozumieniem.
- Doskonale mogę sobie to wyobrazić. Dlatego też pomyślałem, że nie powinna pani zbyt długo być sama. A na pewno powinna pani zjeść coś smacznego.
Wszedł za nią na korytarz.
- A poza tym chciałbym coś z panią omówić.
W kuchni odstawił torbę na stół i rozejrzał się badawczo. Także on natychmiast odwrócił wzrok, kiedy dostrzegł krzesło, na którym siedział Richard. Caleb nie był wprawdzie na miejscu zbrodni razem z kolegami, ale widział fotografie. I patrząc na nie, doznał wstrząsu, mimo że widział już niejedno.
Kate zatrzymała się pośrodku pomieszczenia.
- Jak długo pracował pan z moim ojcem? - spytała wprost.
- Niezbyt długo - odparł Caleb. - Znalazłem się u niego w zespole zaledwie rok przed jego przejściem na emeryturę. Dlatego nie zdążyliśmy się naprawdę dobrze poznać czy też zbudować wspólnego wizerunku zawodowego. Ale bardzo go ceniłem i żałowałem, że odszedł z pracy w policji. Był dobrym i doświadczonym policjantem i bardzo sympatycznym kolegą.
- Był też wspaniałym ojcem - powiedziała Kate cicho - i cudownym mężem dla mojej matki. Małżeństwo moich rodziców było naprawdę szczęśliwe. W ogóle byliśmy szczęśliwą rodziną.
Caleb skinął głową. Chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował. Oboje milczeli przez chwilę. Odezwał się po upływie kilkudziesięciu sekund.
- Nie chcę się wtrącać, ale myślę, że powinna pani coś zrobić, aby poprawić atmosferę tego domu. Tu od miesięcy nie były otwierane okna, powietrze jest zimne i zatęchłe i nawet gdyby nie doszło do tego... okropnego wydarzenia, to sam wpadłbym tu w depresję. Proszę spojrzeć, jak pięknie kwitną kwiaty w ogrodzie. I tam jest ciepło! Może chociaż tu otworzylibyśmy drzwi?
Kate skinęła głową i otworzyła stare drzwi, Caleb zaś, widząc ich stan, zmarszczył czoło. Wyszli oboje na taras. Kate natychmiast poczuła intensywny zapach trawy i bzów, a tuż koło jej twarzy przeleciał gruby futrzasty trzmiel.
Życie. Ale mimo wszystko nie miała w sobie ufności ani radości, za to nieprzyjemny ucisk w gardle był coraz silniejszy. Jak miało teraz wyglądać jej życie?
- Czy ma pani... czy pani ojciec miał jakieś meble ogrodowe? - spytał Caleb.
Skinęła głową.
- Tak, są w szopie. Tam trzymał je zimą.
- Rozstawmy je na tarasie i potem zjemy tu, na dworze - zaproponował Caleb.
Czuła się zdenerwowana, poirytowana, niemal tak, jakby ktoś próbował poddać ją jakiejś terapii wbrew jej woli, ale znów powstrzymała się od wygłoszenia ostrej uwagi. Chciała wiedzieć o każdym kroku w śledztwie, a Caleb był jedyną możliwością. Skinęła więc głową.
- Dobrze, chodźmy - powiedziała.
Razem przynieśli na taras stół i cztery krzesła, które Richard starannie poukładał w szopie i dodatkowo przykrył plandeką. Kate nalała ciepłej wody do wiadra i dokładnie zmyła z nich kurz i zimowy brud, a Caleb ustawił w tym czasie stojak na parasol. Położyli na krzesłach poduszki, rozłożyli parasol. Wprawdzie słońce skryło się za chmurami, ale ciemnoczerwony kolor materiału parasola rozświetlił swą ciepłą barwą taras.
Ponieważ ciągle jeszcze było za wcześnie na obiad, Kate zrobiła kawę i oboje usiedli przy stole. W głębi ducha musiała przyznać, że pomysł Caleba nie był zły. Tu, w ogrodzie, było o wiele przyjemniej niż w kuchni, gdzie powietrze było ciężkie i stęchłe.
- Byłam dziś rano u Robina Spencera - powiedziała Kate. - Wie pan, to ten człowiek, którego przyjaciółka...
- Wiem. - Caleb westchnął. - Kate, pani nie prowadzi śledztwa w tej sprawie. Tak, jest pani policjantką, jeszcze w dodatku ze Scotland Yardu. Ale pani kompetencje...
- Wiem, nie mam żadnych kompetencji. Nie poszłam też do Robina Spencera jako policjantka, tylko jako córka mojego ojca.
- Mogę to zrozumieć. I oczywiście domyślam się, z jakiego powodu pani tu przyjechała. Nie chodzi tylko o to, aby pani zajęła się domem i mogła się zastanowić, jak będzie wyglądać pani przyszłość, prawda? Uważa pani, że nasze śledztwo się wlecze i wobec tego przyjechała pani, aby patrzeć nam na ręce i, jeśli to będzie możliwe, sama... no, nie zamierza pani siedzieć tutaj bezczynnie. Czy mam rację?
Milczała. Ujął to wszystko bardzo trafnie i zwięźle, dlaczego miałaby mu zaprzeczać? Miał rację.
Caleb pochylił się do przodu na swoim krześle.
- Sądzę, Kate, że nie mogę przeszkodzić pani w spotykaniu się z ludźmi, rozmawianiu z nimi, wysłuchaniu wszelkich pogłosek i tak dalej. Choć mógłbym skutecznie odciąć panią od wszelkich informacji, ale o tym pani wie. Nie miałem obowiązku opowiadać pani o tym podejrzanym samochodzie. Mógłbym też wszystkie pozostałe informacje zatrzymać dla siebie.
- Ale? - spytała, bo miała wrażenie, że ton jego głosu sugeruje to słowo.
- Ale, po pierwsze, dzięki pani stosunkom w Scotland Yardzie przypuszczalnie znalazłaby pani sposoby, aby dotrzeć do wszystkich informacji - odparł zrezygnowanym głosem. - A po drugie, współpraca z panią może być dla mnie bardzo korzystna. Nikt nie znał pani ojca tak jak pani. Jeśli w jego przeszłości było coś, co być może ma związek z tą zbrodnią, to właśnie pani może być tą osobą, dzięki której to ustalę.