Oświecenie serca. Podróż buddyjska nowoczesnego człowieka - Jack Kornfield

-
Proszę czekać

WPROWADZENIE

KILKA SZCZERYCH PYTAŃ

Gdy ptak i książka nie zgadzają się ze sobą, zawsze wierz ptakowi.

- James Audubon

Oświecenie istnieje. Możemy się przebudzić. Bezgraniczna wolność i radość, zjednoczenie ze Świętością, osiągnięcie stanu ponadczasowej łaski - tego rodzaju doświadczenia są powszechniejsze, niż mogłoby się wydawać, i wcale nie znajdują się gdzieś daleko od nas. Jest jednak również prawdą, że nie trwają one wiecznie. Nasze wglądy i przebudzenia pokazują nam realność świata i wywołują w nas zmiany, ale po jakimś czasie przemijają.

Mogliście oczywiście czytać tradycyjne opowieści o całkowicie oświeconych mędrcach z Azji albo absolutnie nieskazitelnych świętych i mistykach świata zachodniego. Te wyidealizowane historie mogą jednak wprowadzić w błąd. Przebudzone serce nie zna czegoś takiego, jak emerytura po osiągnięciu oświecenia. Proces rozwoju duchowego nie przebiega w taki sposób.

Wszyscy wiemy, że po miesiącu miodowym trzeba stawić czoła problemom życia małżeńskiego, a po wyborach trzeba stawić czoła wyzwaniom związanym z rządzeniem państwem. Z życiem duchowym jest tak samo. Po ekstazie przychodzi czas na pranie.

Większość opowieści o rozwoju duchowym kończy się opisem doświadczenia iluminacji lub oświecenia. Co jednak, jeśli zapytamy, co się dzieje później? Co się dzieje, gdy mistrz zen wraca do domu i spotyka swoją żonę i dzieci? Co się dzieje, gdy chrześcijański mistyk idzie na zakupy? Jak wygląda życie po doświadczeniu ekstazy? Jak możemy całym sercem przeżywać doznawane przez siebie względy?

Aby zgłębić te kwestie, rozmawiałem z wieloma ludźmi, którzy poświęcili na poszukiwania duchowe dwadzieścia pięć, trzydzieści pięć, a nawet czterdzieści lat. W większości byli to zachodni mistrzowie medytacji, opaci, nauczyciele i lamowie naszego pokolenia. Opowiedzieli mi oni o swoich początkowych podróżach i przebudzeniach i o tym, czego nauczyli się w późniejszych latach, gdy próbowali urzeczywistnić prawdziwą ścieżkę współczucia na tej planecie.

Poniżej przytaczam opowieść o pierwszym satori (doświadczeniu oświecenia) pewnego zachodniego mistrza zen i o następstwach tego przeżycia. Tego rodzaju relacje rzadko są upubliczniane. Mogą bowiem rozbudzać błędne poczucie, że osoby doświadczające takich przebudzeń są pod jakimś względem niezwykłe. Choć tego rodzaju przeżycia są wyjątkowe, nie przytrafiają się wyjątkowym osobom. Przytrafiają się każdemu, kto nauczy się odpuszczać i otworzy swoje serce - każdemu, kto jest w stanie doświadczyć świata w zupełnie nowy sposób.

Nauczyciel, którego historię przytaczam poniżej, doznał przebudzenia w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat. Wcześniej przez wiele lat praktykował pod okiem kilku mistrzów medytacji, a jednocześnie realizował się zawodowo i zapewniał byt swojej rodzinie.

Tygodniowe sesshin - okresy intensywnej medytacji zen - zawsze były dla mnie bardzo poruszające. Uwalniały głębokie emocje i przywoływały silne wspomnienia, za sprawą których czułem się tak, jakbym przechodził przez proces narodzin. Doświadczałem silnych bólów i fizycznego katharsis. Stan ten utrzymywał się przez wiele tygodni po powrocie do domu.

Sesshin, które chciałbym tu opisać, zaczęło się w ten sam sposób. Pierwszego dnia zmagałem się z potężnymi emocjami i wyładowaniami energii krążących po moim ciele. Za każdym razem, gdy widziałem swojego mistrza, siedział jak kamień. Jego obecność stabilizowała mnie niczym ster statku płynącego po ciemnych, wzburzonych wodach. Czułem się tak, jakbym umierał lub rozpadał się na kawałki. Mistrz zalecił mi, abym zanurzył się w swoim koanie - abym kompletnie pozwolił mu się pochłonąć. Nie byłem w stanie stwierdzić, kiedy moje życie się rozpoczęło lub zakończyło.

W pewnym momencie wypełniła mnie zaskakująca słodycz. Zobaczyłem za oknem trzy młode brzozy. Były dla mnie jak rodzina. Poczułem, że podchodzę do nich i głaszczę ich gładką korę. Stałem się drzewem, które samo się dotykało. Moja medytacja wypełniła się światłem.

Doświadczałem już wcześniej rozkoszy. Podczas niektórych odosobnień uwalniałem się od bólów w ciele, wskutek czego zalewały mnie wielkie fale błogości. Tym razem czułem się jednak inaczej. Wszelkie walki dobiegły końca, a mój umysł stał się jasny, świetlisty, bezkresny niczym niebo i wypełniony najwspanialszym aromatem wolności i przebudzenia. Czułem się jak Budda, przesiadujący godzina po godzinie bez jakiegokolwiek wysiłku. Miałem wrażenie, że cały wszechświat mnie obejmuje i chroni. Znalazłem się w świecie nieustającego pokoju i niewysłowionej radości.

Wielkie prawdy życia stały się dla mnie oczywiste - zobaczyłem, w jaki sposób przywiązanie prowadzi do cierpienia. Zrozumiałem, że kiedy podążamy za małym poczuciem "ja" - za fałszywym ego - biegamy w kółko niczym małostkowy obszarnik, który sprzecza się o nieistotne rzeczy. Gdy pomyślałem o wszystkich naszych niepotrzebnych smutkach, zacząłem płakać. Przez następne kilka godzin nie mogłem przestać się uśmiechać i śmiać. Zobaczyłem, jak doskonałe jest wszystko wokół nas. Zrozumiałem, że jeśli tylko otworzymy się na chwilę obecną, znajdziemy w niej oświecenie.

Spoczywałem w tym ponadczasowym, absolutnym spokoju przez kilka dni. Moje ciało wydawało się lekkie, a umysł pozostawał pusty. Gdy się budziłem, przez moją świadomość przepływały fale miłości i radosnej energii. Następnie doznawałem wglądów i objawień - jednego za drugim. Zobaczyłem, że strumień życia manifestuje się w formie wzorców, które sami wytwarzamy. W ten sposób wprawiamy w ruch potok swojej karmy. Idea duchowego wyrzeczenia wydała mi się swego rodzaju żartem - próbą uwolnienia się od zwyczajnego życia i przyjemności. Nirwana jest tak naprawdę stanem radości i otwartości. Jest czymś znacznie większym od wszystkich małych rozkoszy, za którymi gonimy. Gdy osiągamy ten stan, nie wyrzekamy się świata, lecz go zdobywamy.

Tego rodzaju opisy wielkiego przebudzenia pojawiają się zazwyczaj na końcu przeróżnych historii o rozwoju duchowym. Bohater opowieści osiąga oświecenie i zasila szeregi mądrych istot, a wszystkie późniejsze wydarzenia w jego życiu następują po sobie w naturalny sposób. W gruncie rzeczy możemy mieć wrażenie, że przebudzone osoby żyją długo i szczęśliwie. Co się jednak stanie, jeżeli zechcemy poznać dalszą część historii i poprosimy o opowiedzenie następnych rozdziałów?

Kilka miesięcy po tej ekstazie wpadłem w depresję i doświadczyłem poważnych rozczarowań w życiu zawodowym. Miałem też bezustanne problemy w kontaktach z dziećmi i rodziną. Nie przestawałem jednak nauczać. Byłem w stanie wygłaszać natchnione wykłady, ale gdyby ktoś porozmawiał z moją żoną, usłyszałby od niej, że wraz z upływem czasu byłem równie zrzędliwy i niecierpliwy, jak wcześniej. Wiedziałem, że ta wspaniała wizja duchowa była prawdziwa i że na głębszym poziomie przez cały czas mi towarzyszy. Dostrzegałem jednak również, że wiele rzeczy w moim życiu nie uległo jakiejkolwiek zmianie. Mówiąc szczerze, mój umysł i osobowość pod wieloma względami wyglądają tak samo, jak wcześniej. Moje neurozy również się nie zmieniły. W pewnym sensie nastąpiło wręcz pogorszenie sytuacji, ponieważ obecnie widzę je znacznie wyraźniej. Choć doświadczyłem kosmicznych objawień, w dalszym ciągu potrzebuję terapii, aby analizować codzienne błędy i lekcje, które przynosi ludzkie życie.

Czego możemy się nauczyć z tego rodzaju historii o przebudzeniu i późniejszych trudnościach? Możemy je potraktować jako coś w rodzaju lustra, które pomaga nam rozumieć siebie. Święte tradycje zawsze w dużej mierze opierały się na opowieściach. Regularnie przytaczamy historie o Noem, Baal Szem Towie, Mahomecie, świętej Teresie, Milarepie, Krysznie i Ardźunie, a także o poszukiwaniach Buddy i o Jezusie. Współcześnie czerpiemy nauki z życiorysów Thomasa Mertona, Suzuki Roshiego, Anne Frank i Martina Luthera Kinga Jr. Gdy poznajemy życie innych uduchowionych osób, możemy dostrzec stojące przed nami możliwości i lepiej zrozumieć, co to znaczy żyć mądrze.

W mojej linii przekazu również przykłada się wagę do obserwowania innych ludzi. Mój nauczyciel Ajahn Chah doskonale wiedział, że nasze usposobienie może być źródłem zarówno cierpienia, jak i wyzwolenia. Osobom zgłaszającym się do niego po poradę przyglądał się więc niczym zegarmistrz, który zdejmuje obudowę zegarka, aby obejrzeć jego wnętrze.

Tak się szczęśliwie złożyło, że jako "profesjonalista w dziedzinie duchowości" miałem okazję nawiązać bliskie kontakty z wieloma ważnymi postaciami współczesnego życia duchowego. Mieszkałem i nauczałem ze świętymi zakonnicami i mądrymi opatami chrześcijańskich klasztorów, z żydowskimi mistykami, z hinduistycznymi, sufickimi i buddyjskimi mistrzami oraz z czołowymi przedstawicielami środowisk jungowskich i transpersonalnych. Rzeczy, które można zaobserwować i usłyszeć w takim towarzystwie, mówią bardzo dużo o współczesnych poszukiwaniach duchowych i trudnościach, jakie napotykają na swojej drodze nawet najbardziej religijni ludzie. Poniższa historia pokazuje, czego można się nauczyć od tego rodzaju osób.

Od początku lat dziewięćdziesiątych pomagam w organizowaniu konferencji, w których biorą udział buddyjscy nauczyciele ze wszystkich wielkich szkół. Jedna z nich odbyła się w pałacu Dalajlamy w Dharamsali. Zachodni i azjatyccy nauczyciele zebrali się tam, aby zająć się napotykanymi przez nas trudnościami i porozmawiać o tym, w jaki sposób praktyka buddyjska może pomóc współczesnemu światu. Sala była pełna dobrodusznych i pełnych współczucia nauczycieli zen, lamów, mnichów i mistrzów medytacji, których mądrość, praca i zaangażowanie w życie wspólnot przynoszą pożytek tysiącom ludzi. Rozmawialiśmy o naszych licznych sukcesach i o radości, jaką sprawia nam bycie częścią nich. Kiedy jednak przyszedł czas na szczerą rozmowę o problemach, stało się jasne, że nasze życie duchowe nie jest w pełni harmonijne i odzwierciedla zarówno nasze kolektywne zmagania, jak i indywidualne neurozy. Nawet w tak czcigodnym i pełnym oddania towarzystwie dawały o sobie znać uprzedzenia i zaślepienie.

Sylvia Wetzel, buddyjska nauczycielka z Niemiec, mówiła o tym, w jak niewielkim stopniu kobiety i żeńska mądrość są uwzględniane w społeczności buddyjskiej. Wskazała na ogromną liczbę złotych figurek Buddy i wyszukanych tybetańskich malowideł znajdujących się w pomieszczeniu i zwróciła uwagę na to, że wszystkie z nich przedstawiają mężczyzn. Następnie poinstruowała Dalajlamę oraz innych lamów i mistrzów, żeby zamknęli oczy i medytowali razem z nią. Poprosiła ich, aby wyobrazili sobie, że pomieszczenie uległo przemianie i że po wejściu do niego składają pokłon czternastej kobiecej inkarnacji Dalajlamy. Wokół owej kobiecej formy Dalajlamy siedziałyby liczne doradczynie, które zawsze były wybierane spośród osób płci żeńskiej, a w całej sali wisiałyby wizerunki Buddów i świętych - na wszystkich z nich byłyby naturalnie przedstawione kobiety. Oczywiście, nikt nie nauczałby, że płeć męska jest pod jakimkolwiek względem gorsza. Mężczyźni musieliby jednak usiąść na końcu sali i zachowywać milczenie, a po spotkaniu pomóc w gotowaniu. W końcu medytacja dobiegła końca. Gdy wszyscy zgromadzeni mężczyźni otworzyli oczy, wyglądali na nieco zaskoczonych.

Następnie Ani Tenzin Palmo - tybetańska mniszka angielskiego pochodzenia, która praktykowała od dwudziestu lat, z czego dwanaście spędziła w jaskiniach na granicy Tybetu - łagodnym głosem opowiedziała o duchowych pragnieniach i niewiarygodnych problemach wytrwałych kobiet, którym pozwolono zamieszkać co najwyżej na obrzeżach klasztorów. Wiele z nich nie może liczyć na nauki, jedzenie ani wsparcie. Kiedy skończyła mówić, Dalajlama oparł głowę na rękach i się rozpłakał. Następnie przyrzekł, że zrobi wszystko, co w jego mocy, aby jego wspólnota zrewidowała swoje podejście do kobiet i zwróciła się ku większej równości. Choć od tamtego spotkania minęły całe lata, wielu starszych nauczycieli w każdym buddyjskim kraju przez cały czas sprzeciwia się tym zmianom i próbuje z nimi walczyć - czasem w imię tradycji, a kiedy indziej z powodu swoich uwarunkowań psychologicznych i kulturowych. Podczas spotkania z Dalajlamą pewien starszy opat klasztoru zen wyznał, że za sprawą bolesnej relacji z matką niemalże nie był w stanie prowadzić zajęć z grupą kobiet, które zostały wyświęcone na kapłanki w jego świątyni. Kilku innych mężczyzn opowiedziało o podobnych problemach.

Nasza dyskusja zeszła następnie na inne formy zaślepienia. Rozmawialiśmy o sekciarstwie i destrukcyjnych walkach o władzę między niektórymi buddyjskimi mistrzami i wspólnotami, a także o izolacji i osamotnieniu nauczycieli oraz o mentorach, którzy wykorzystują swoich uczniów poprzez nadużycia związane z władzą, pieniędzmi i seksualnością. Podczas nieformalnych dyskusji poruszyliśmy również bardziej osobiste kwestie. Nauczyciele opisywali swoje bolesne rozwody, okresy strachu i przygnębienia oraz konflikty z rodziną lub członkami swojej wspólnoty. Mistrzowie medytacji opowiadali o stresie i chorobach, a także o swoich kilkunastoletnich dzieciach, które grożą, że popełnią samobójstwo. Mówili o zbuntowanych nastolatkach, którzy chcą spędzać noce poza domem i podczas kłótni z rodzicami stwierdzają: "Jesteś mistrzem zen, a nie widzisz swojego przywiązania". Każdy z nas miewa jakieś problemy z ciałem, osobowością, rodziną i wspólnotą. Podczas spotkania zobaczyliśmy, że wszyscy jesteśmy zwykłymi ludźmi.

Na szczęście mogliśmy również porozmawiać o zadziwiających umiejętnościach, które rozwinęliśmy w sobie dzięki praktyce duchowej - o tym, że podczas konfrontacji z trudnymi i zmiennymi okolicznościami nauczyliśmy się zachowywać radość i wolność.

Niezwykłym i nowym elementem była szczerość, z jaką ze sobą rozmawialiśmy. Inspirowaliśmy się skromnością i współczuciem Dalajlamy, który zawsze chętnie się uczy, nawet na błędach. Zaczęliśmy widzieć, że możemy się czegoś od siebie nawzajem nauczyć - że możemy wspólnie szukać sposobów, za pomocą których unikniemy odtwarzania bolesnych błędów, a nasze ideały uwzględnią również nasze ludzkie słabości. Dotarło do nas, że kwiat naszej indywidualnej mądrości i wiedzy może pełniej rozkwitnąć w ramach zbiorowości - w ramach większej całości.

Problem ze znalezieniem rozsądnego sposobu wyrażania życia duchowego we współczesnym świecie nie dotyczy wyłącznie tradycji wschodnich. Pewna matka przełożona - ukochana przeorysza istniejącego od stulecia katolickiego zakonu żeńskiego w Maine - od siedemnastego roku życia rozwijała się w ciszy swojego klasztoru. Sytuacja zmieniła się w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku, kiedy papież Jan XXIII w reformatorskim duchu zastąpił msze po łacinie mszami w językach narodowych i zniósł obowiązek całkowitego milczenia w zakonach. Zmiany te były niesamowicie trudne dla ludzi, którzy od dziesięcioleci żyli w świętym milczeniu, poświęcając całe dnie na modlitwy i rozmyślania. Osoby te po prostu nie umiały ze sobą rozmawiać, a kiedy próbowały to robić, dochodziło czasem do zaskakujących konfliktów. Zaczęły one bowiem wyrażać nie tylko miłość, lecz także wiele niewyrażonych opinii, nagromadzone urazy, małostkowość i obawy, które przez długi czas pozostawały ukryte pod powierzchnią modlitw i milczenia. Siostry zakonne zostały zmuszone do opowiadania o swoim życiu duchowym, choć nikt nie nauczył ich używać języka w mądry sposób. Wiele z nich opuściło klasztor. Dopiero po kilku latach wspólnota nauczyła się znajdować w ludzkiej mowie tę samą łaskę, którą wcześniej zapewniało jej milczenie. Życie duchowe potrzebuje jednak obu tych elementów. Tak jak powietrze wypełnia i opuszcza nasze płuca, powinniśmy zintegrować wewnętrzną wiedzę z zewnętrznymi sposobami jej wyrażania. Nie wystarczy doświadczyć przebudzenia. Musimy znaleźć metody, za pomocą których zaczniemy wcielać je w życie.

O idealnym oświeceniu jest mowa w wielu tekstach. Owa najwyższa doskonałość nie cechuje jednak żadnego ze znanych mi zachodnich mistrzów i nauczycieli. Okresy wielkiej mądrości, głębokiego współczucia i prawdziwej wolności występują w ich życiu na przemian z okresami strachu, pomieszania, neuroz i zmagań. Większość nauczycieli od razu przyznaje, że tak jest. Niestety, niektórzy zachodni mistrzowie twierdzą, że osiągnęli doskonałość i wolność i w pełni uwolnili się od swojego cienia. Sytuacja w prowadzonych przez nich grupach nie wygląda najlepiej. Ich rozdęte ego sprawia, że tworzone przez nich wspólnoty duchowe często są skupione na władzy i mają destrukcyjny wpływ na swoich członków.

Najmądrzejszych ludzi cechuje znacznie większa pokora. Dla przykładu, tacy opaci, jak ojciec Thomas Keating z klasztoru w Snowmass albo Norman Fischer z San Francisco Zen Center, regularnie mawiają: "Uczę się" i "Nie wiem". Podobnie jak Gandhi, Matka Teresa, Dorothy Day czy Dalajlama, osoby te zdają sobie sprawę, że doskonałość duchowa nie powstaje samoistnie, lecz rodzi się z cierpliwości i miłości, które rozwijają się w nas za sprawą mądrości wspólnoty - że elementem duchowego spełnienia i wolności jest współczucie dla wszystkich, którzy pojawiają się w ludzkiej formie.

Ktoś mógłby zapytać: "A co ze starymi mistrzami w Azji? Czy nie jest tak, że zachodni mistrzowie zen i lamowie są po prostu zbyt młodzi i za mało rozwinięci, aby dać wyraz prawdziwemu oświeceniu?". Wielu zachodnich nauczycieli przyznałoby zapewne, że tak jest. Wyobrażamy sobie, że gdzieś w odległych krajach żyją osoby, które pasują do wyobrażeń o idealnym oświeceniu. Źródłem takich wyobrażeń jest skłonność do mylenia poziomu archetypowego z poziomem ludzkim. W Tybecie mawia się, że twój guru powinien mieszkać co najmniej trzy doliny od ciebie. Owe doliny są oddzielone wysokimi górami, więc jeżeli chcesz się zobaczyć ze swoim nauczycielem, musisz odbyć trudną i wielodniową podróż. Tylko z takiej odległości uczniowie mogą zostać zainspirowani doskonałością guru.

Kiedy poskarżyłem się mojemu opatowi Ajahnowi Chahowi - którego miliony ludzi uważały za wielkiego świętego - że nie zawsze zachowuje się tak, jakby był w pełni oświecony, roześmiał się i powiedział mi: "To dobrze, ponieważ w dalszym ciągu wyobrażałbyś sobie, że możesz znaleźć Buddę gdzieś na zewnątrz siebie. A jego tutaj nie ma!".

Wielu najbardziej urzekających i cenionych azjatyckich mistrzów mawiało, że w dalszym ciągu uważają się za uczniów i że przez cały czas uczą się na błędach. Niektórzy z nich - na przykład mistrz zen Shunryu Suzuki - nie twierdzili, że udało im się osiągnąć oświecenie. Suzuki Roshi powiedział wręcz kiedyś: "Ściśle mówiąc, nie istnieją oświecone osoby. Istnieją jedynie oświecone czynności". To niezwykłe stwierdzenie uczy nas, że nikt nie może posiąść oświecenia. Oświecenie istnieje po prostu w chwilach wolności.

Pir Vilayat Khan, siedemdziesięciopięcioletni przywódca Zakonu Sufich na Zachodzie, wyraził swój punkt widzenia w następujący sposób:

Gdyby przywieźć do Ameryki któregoś z wielu wspaniałych nauczycieli, których spotkałem w Indiach i innych częściach Azji, a następnie dać mu dom, dwa samochody, żonę, trójkę dzieci, pracę, ubezpieczenie i podatki do zapłacenia (...), bardzo by się męczył.

Aby nasze życie duchowe było autentyczne, musimy je urzeczywistniać tu i teraz - tam, gdzie żyjemy. Nie ma znaczenia, jakie są nasze początkowe wyobrażenia na jego temat. Jak wygląda wewnętrzna podróż człowieka Zachodu żyjącego w samym środku skomplikowanego społeczeństwa? Jak wygląda życie tych, którzy poświęcili na praktykę duchową dwadzieścia pięć, trzydzieści lub czterdzieści lat? Tego rodzaju pytania zadawałem zachodnim mistrzom zen, lamom, rabinom, opatom, mniszkom, joginom i nauczycielom oraz ich najstarszym uczniom.

Aby zrozumieć życie duchowe, postanowiłem zacząć od początku. Pytałem o to, co nas przyciąga do duchowości i jakie trudności musimy pokonać na swojej drodze. Pytałem o to, jakie zdolności zyskujemy, co odkrywamy i czego możemy się dowiedzieć o oświeceniu. Następnie pytałem o to, co się dzieje po doświadczeniu ekstazy - co się dzieje, gdy dojrzewamy i przechodzimy przez kolejne cykle życia duchowego. Czy istnieje mądrość, która obejmuje zarówno ekstazę, jak i pranie?

UKŁON

Gdy ponad trzydzieści lat temu postanowiłem zostać buddyjskim mnichem i wstąpiłem do położonego w lesie klasztoru w Tajlandii, musiałem nauczyć się kłaniać. Początkowo sprawiało mi to pewne trudności. Ilekroć wchodziliśmy do sali medytacyjnej, musieliśmy paść na kolana i trzy razy z szacunkiem przyłożyć głowę do kamiennej podłogi znajdującej się pod naszymi dłońmi. Była to praktyka rewerencji i uważności - sposób pozwalający cielesnym gestem wyrazić nasze oddanie dla mniszej ścieżki opartej na prostocie, współczuciu i świadomości. W taki sam sposób kłanialiśmy się również za każdym razem, gdy siadaliśmy na swoich miejscach przed treningami z mistrzem.

Po tygodniu lub dwóch od mojego przyjazdu do klasztoru jeden ze starszych mnichów wziął mnie na stronę, aby udzielić mi dalszych instrukcji. "W tym klasztorze musisz się kłaniać nie tylko przed wejściem do sali medytacyjnej i otrzymaniem nauk od mistrza, lecz także wtedy, gdy spotykasz któregoś członka swojej starszyzny". Ponieważ byłem jedynym człowiekiem Zachodu w klasztorze i chciałem zachowywać się właściwie, postanowiłem zapytać, kogo powinienem uważać za swoją starszyznę. "Zgodnie z tradycją, twoją starszyzną są wszyscy, którzy zostali wyświęceni przed tobą - którzy są mnichami dłużej od ciebie", usłyszałem w odpowiedzi. Bardzo szybko zrozumiałem, że starszyzną są dla mnie wszyscy otaczający mnie mnisi.

Zacząłem więc kłaniać się każdemu. Czasami nie miałem z tym żadnych problemów - we wspólnocie mieszkało kilku mądrych i godnych szacunku starszych mnichów. W niektórych sytuacjach wydawało mi się to jednak niedorzeczne. Zdarzało się bowiem, że spotykałem dwudziestojednoletniego pyszałkowatego mnicha, który trafił do klasztoru tylko po to, żeby sprawić przyjemność rodzicom lub móc jeść lepsze jedzenie niż w swoim domu, i musiałem mu się pokłonić, ponieważ został wyświęcony tydzień przede mną. Kiedy indziej musiałem się kłaniać przed starym i zaniedbanym plantatorem ryżu, który bezustannie żuł betel i nigdy w życiu nie medytował, ale sezon wcześniej zamieszkał w klasztorze dzięki programowi emerytalnemu dla rolników. Trudno mi było okazywać szacunek tego rodzaju osobom i traktować je tak, jakby były wielkimi mistrzami.

Kłaniałem się jednak każdemu. Ponieważ wywoływało to we mnie wewnętrzny konflikt, szukałem sposobu, dzięki któremu przestałbym mieć z tym problem. W końcu - gdy po raz kolejny przygotowywałem się na to, że przez cały dzień będę się kłaniać swojej "starszyźnie" - postanowiłem, że zacznę szukać wartościowych aspektów w każdej osobie, której składam pokłon. Kłaniałem się zmarszczkom wokół oczu emerytowanego rolnika i wszystkim trudnościom, które ten mężczyzna napotkał, przecierpiał i pokonał. Kłaniałem się witalności i swawolności młodych mnichów oraz niesamowitym możliwościom, jakie każdemu z nich dawało życie.

Zacząłem czerpać radość z wykonywania pokłonów. Kłaniałem się członkom mojej starszyzny. Kłaniałem się przed wejściem do jadalni i po wyjściu z niej. Kłaniałem się, gdy wchodziłem do mojej położonej w lesie chatki. Kłaniałem się również przed wejściem do sadzawki, w której się myłem. Po jakimś czasie wykonywanie pokłonów weszło mi w krew - po prostu to robiłem. Kłaniałem się wszystkiemu, co się porusza.

Całą tę książkę przenika duch wykonywania pokłonów. Prawdziwy cel życia duchowego nie znajduje się w odległych miejscach ani w niezwykłych stanach świadomości. Znajduje się w "tu i teraz". Wymaga od nas otwartości, dzięki której wszystko, co przynosi nam życie, będziemy umieli przywitać z sercem pełnym mądrości, szacunku i życzliwości. Możemy się kłaniać zarówno pięknu, jak i cierpieniu. Możemy się kłaniać naszym trudnościom i naszemu pomieszaniu, naszym obawom i niesprawiedliwościom otaczającego świata. Honorowanie prawdy w ten sposób jest ścieżką prowadzącą do wolności. Kłanianie się przed tym, co jest, a nie przed jakimiś ideałami, nie zawsze jest łatwe. Niezależnie jednak od tego, jak trudne by nie było, jest to jedna z najbardziej użytecznych i szlachetnych praktyk.

Gdy kłaniamy się smutkom i zdradom życia, uczymy się je akceptować. Dzięki temu głębokiemu gestowi odkrywamy, że wszelkie istnienie ma wartość. Gdy uczymy się wykonywać pokłony, zaczynamy dostrzegać, że w naszym sercu znajduje się znacznie więcej wolności i współczucia, niż sądziliśmy.

Perski poeta Rumi pisał o tym w następujący sposób:

Istota ludzka jest domem gościnnym.

Każdego ranka nowi przybysze.

Radość, przygnębienie, podłość,

chwilowa świadomość pojawiają się

niczym niespodziewani goście.

Witaj i przyjmuj ich wszystkich,

nawet jeśli są tłumem smutków,

które gwałtownie opróżniają twój dom

ze wszystkich mebli.

Traktuj jednak wszystkich gości z szacunkiem,

albowiem mogą cię oni oczyścić

i stworzyć przestrzeń dla nowej radości.

Ciemne myśli, wstyd, złośliwość -

witaj je w drzwiach ze śmiechem

i zapraszaj do środka.

Bądź wdzięczny za wszystkich gości, którzy się pojawiają,

ponieważ każdy z nich jest przewodnikiem

przysłanym z wymiaru duchowego.

1

BABA JAGA I NASZE ŚWIĘTE PRAGNIENIE

W chwili, gdy usłyszałem swoją pierwszą opowieść, zacząłem cię szukać...

- Rumi

W życia wędrówce, na połowie czasu,

w głębi ciemnego znalazłem się lasu*.

- Dante Alighieri

Co przyciąga ludzi do życia duchowego? Odkąd sięgamy pamięcią, zawsze mogliśmy poczuć tajemniczość istnienia. Kiedy patrzymy na nowo narodzone niemowlę albo musimy stawić czoła śmierci ukochanej osoby, owa tajemniczość staje się namacalna. Czujemy się wtedy tak, jakbyśmy obserwowali olśniewający zachód słońca albo odnaleźli cichy bezruch chwili w strumieniu kolejnych etapów swojego życia. Chęć nawiązania kontaktu ze świętością jest bodaj naszą najgłębszą potrzebą i najgłębszym pragnieniem.

Przebudzenie próbuje do nas dotrzeć na tysiące różnych sposobów. Jak śpiewał poeta Rumi: "Winogrona chcą się zmienić w wino". Coś nas ciągnie do poczucia jedności i do życia w pełni, nawet jeśli o tym nie myślimy. Hinduiści mawiają, że dziecko w łonie matki śpiewa: "Nie pozwól mi zapomnieć, kim jestem". Po narodzinach jego pieśń brzmi natomiast: "Och, już zapomniałem".

Powinniśmy jednak pamiętać, że choć opuściliśmy swój duchowy dom, możemy do niego powrócić.

Na całym świecie znajdujemy opowieści o tej podróży powrotnej - o pragnieniu przebudzenia; o kolejnych etapach ścieżki, którą wszyscy kroczymy; o głosach, które nas wołają; o intensywności inicjacji, którą możemy napotkać na swojej drodze; a także o odwadze, której potrzebujemy. Głównym motywem każdej z tych historii jest ogromna szczerość poszukiwaczy prawdy duchowej, którzy muszą otwarcie przyznać, że nasza wiedza o wszechświecie jest niewielka - że o wielu rzeczach nie mamy najmniejszego pojęcia.

O autentyczności, której wymaga od nas wewnętrzna podróż, jest mowa w rosyjskich opowieściach inicjacyjnych o Babie Jadze. Baba Jaga to stara kobieta o dzikim, wiedźmowatym obliczu, która miesza w swoim kotle i wie o wszystkim. Mieszka w głębi lasu. Kiedy ją spotykamy, jesteśmy przerażeni, ponieważ zostajemy przez nią zmuszeni do wkroczenia w mrok, postawienia niebezpiecznych pytań i opuszczenia świata logiki i wygody.

Gdy młody mężczyzna poszukujący prawdy duchowej staje roztrzęsiony przed drzwiami jej chaty, Baba Jaga pyta go: "Czy przyszedłeś tu z własnej woli, czy zostałeś przez kogoś przysłany?". Młodzieniec, którego do poszukiwań duchowych zachęciła rodzina, odpowiada: "Przysłał mnie mój ojciec". Baba Jaga natychmiast wrzuca go do kotła i gotuje. Nieco później przed drzwiami chaty pojawia się młoda kobieta. Widzi tlący się ogień i słyszy chichot staruchy. Baba Jaga pyta ją: "Czy przyszłaś tu z własnej woli, czy zostałaś przez kogoś przysłana?". Młoda kobieta udała się do lasu, ponieważ chciała sprawdzić, co można tam znaleźć. "Przyszłam tu z własnej woli" - odpowiada. Baba Jaga ją również wrzuca do kotła i gotuje.

Po jakimś czasie przed drzwiami położonej w głębi lasu chaty pojawia się trzeci gość. Jest to młoda kobieta, która czuje się zagubiona w świecie. Widzi dym i wie, że nie jest bezpieczna. Baba Jaga pyta ją: "Czy przyszłaś tu z własnej woli, czy zostałaś przez kogoś przysłana?". Młoda kobieta odpowiada szczerze: "W pewnym stopniu przyszłam tu z własnej woli, a w pewnym stopniu zachęcili mnie do tego inni. Przyszłam tu, aby z tobą porozmawiać, ale także dlatego, że chciałam zobaczyć las. Przyszłam tu również z powodów, o których zdążyłam już zapomnieć. W pewnym stopniu nie wiem, po co w ogóle tu jestem". Baba Jaga przygląda się przez chwilę młodej kobiecie, po czym mówi: "Możesz wejść" i zaprasza ją do swojej chaty.

W lesie

Nie znamy wszystkich powodów, dla których rozpoczynamy podróż duchową, ale w jakiś sposób życie zmusza nas do wewnętrznych poszukiwań. Coś w naszym wnętrzu wie, że nie jesteśmy tutaj tylko po to, żeby ciężko pracować. Jakaś tajemnicza siła próbuje sprawić, że przypomnimy sobie prawdę duchową. Bodźcem, za sprawą którego wychodzimy z domu i wkraczamy w mrok lasu Baby Jagi, jest niekiedy zbieg okoliczności. Kiedy indziej jest to odczuwane w dzieciństwie pragnienie albo "przypadkowe" zetknięcie z jakąś uduchowioną książką lub osobą. Czasami coś się w nas budzi, gdy wyruszamy w podróż i obcujemy z inną kulturą. Egzotyczny świat nowych rytmów, zapachów, kolorów i działań wyrzuca nas wtedy poza granice codziennego poczucia rzeczywistości. Owym bodźcem bywa niekiedy coś bardzo prostego, na przykład spacer wśród niebiesko-zielonych gór lub słuchanie muzyki chóralnej, która jest tak piękna, że wydaje się zainspirowana przez bogów. Może nim być również tajemnicza przemiana, która zachodzi w nas, gdy siedzimy przy łożu śmierci i widzimy, jak druga "osoba" przestaje istnieć, pozostawiając po sobie martwe ciało czekające na pochówek. Przed duchem pozostają otwarte tysiące bram. Niezależnie od tego, czy doświadczamy blasku piękna, czy przemierzamy ciemny las pomieszania i smutku, jakaś siła - która jest równie namacalna jak grawitacja - sprowadza nas z powrotem do serca. Przydarza się to wszystkim ludziom.

Posłańcy cierpienia

Bramą do świętości jest najczęściej nasze własne cierpienie i niezadowolenie. Niezliczone osoby rozpoczęły poszukiwania duchowe za sprawą konfrontacji z trudnościami egzystencji. Większość zachodnich mistrzów zainteresowała się rozwojem wewnętrznym z powodu cierpienia doznanego w młodości w kontaktach z rodziną. Kiedy opowiadają o swoim życiu, zazwyczaj wspominają o agresywnych lub uzależnionych od alkoholu opiekunach, poważnej chorobie kogoś bliskiego, śmierci ukochanego krewnego, chłodnych i nieobecnych rodzicach albo kłótniach rodzinnych. Pewien mądry i szanowany mistrz medytacji rozpoczął swoją podróż duchową za sprawą poczucia izolacji i braku kontaktu z własną osobą.

Kiedy byłem dzieckiem, nasze życie rodzinne pełne było niezadowolenia. Wszyscy na siebie wrzeszczeli i miałem poczucie, że moje miejsce jest gdzieś indziej. Czułem się jak przybysz z kosmosu. Nieco później, gdy miałem mniej więcej dziewięć lat, zacząłem się poważnie interesować latającymi spodkami. Przez wiele lat fantazjowałem po nocach, że przyleci po mnie UFO - że zostanę uprowadzony i zabrany na inną planetę. Naprawdę chciałem uciec od alienacji i samotności. Wydaje mi się, że to właśnie wtedy rozpocząłem poszukiwania duchowe, które prowadzę od czterech dekad.

Wszyscy wiemy, jak bardzo serce pragnie duchowego pokarmu w trudnych chwilach. "Uszanuj to pragnienie" - mówi Rumi. "Bądźcie wdzięczni tym, którzy w jakikolwiek sposób sprawiają, że powracacie do ducha. Obawiajcie się zaś tych, którzy zapewniają wam wspaniałe wygody odrywające was od modlitw".

A oto opowieść pewnego nauczyciela duchowego, lekarza i uzdrowiciela, którego trzydziestoletni okres pracy wewnętrznej również rozpoczął się od zmartwień związanych z rodziną:

Gdy byłem mały, moi rodzice bardzo się ze sobą kłócili, a następnie w dość gwałtowny sposób się rozwiedli. Zostałem wysłany do okropnej szkoły z internatem. Moje życie rodzinne było niezwykle bolesne. Za jego sprawą stałem się samotny, pełen gniewu, nerwowy i niezadowolony ze wszystkiego. Nie wiedziałem, jak żyć.

Pewnego dnia zobaczyłem na jednym z placów mężczyznę ubranego w pomarańczowe szaty. Miał ogoloną głowę i śpiewał "Hare Kryszna". Naiwnie pomyślałem sobie, że jest to jakiś mądry indyjski święty. Mężczyzna opowiedział mi o karmie, reinkarnacji, medytacji i możliwości wyzwolenia. Całym ciałem czułem, że wszystko, o czym mówi, jest prawdą. Byłem tak podekscytowany, że zadzwoniłem do swojej mamy i powiedziałem: "Rzucam szkołę. Chcę być mnichem Hare Kryszna". Moja mama zaczęła trochę histeryzować, więc zawarliśmy kompromis odnośnie do tego, gdzie będę się uczyć medytacji. Medytacja otworzyła mnie na inny świat. Dzięki niej nauczyłem się uwalniać od swojej przeszłości i mieć dla siebie współczucie. Ocaliła mi życie.

Kryzysy pozwalają nam nawiązać kontakt ze sferą duchową nie tylko w dzieciństwie, lecz także w każdej sytuacji, w której doświadczamy bólu. Wielu mistrzów mówi o tym, że brama do wymiaru sacrum otworzyła się przed nimi, gdy za sprawą rozterek, rozpaczy, cierpienia lub pomieszania zaczęli szukać pociechy we własnym sercu i dążyć do stanu niewidocznej pełni. Pewien nauczyciel rozpoczął swoje długie poszukiwania w dojrzałym wieku, podczas pobytu za granicą.

Byłem w Hong Kongu. Nie układało mi się w małżeństwie, moja najmłodsza córeczka dwa lata wcześniej odeszła z tego świata w wyniku nagłej śmierci łóżeczkowej i w żadnej dziedzinie życia nie byłem szczęśliwy. Po powrocie do Ameryki zobaczyłem w Szkole Biznesu Stanford University informację o zajęciach tai chi i postanowiłem się na nie zapisać. Regularne ćwiczenia uspokajały moje ciało, ale moje serce pozostawało smutne i pomieszane. Rozstałem się z żoną i próbowałem się wyciszyć za pomocą przeróżnych form medytacji. Moja przyjaciółka poznała mnie wtedy ze swoim mistrzem medytacji, który zaprosił mnie na jedno z prowadzonych przez siebie odosobnień. W pomieszczeniu panowała oficjalna atmosfera i cisza, a my całymi godzinami po prostu siedzieliśmy. Rankiem drugiego dnia niespodziewanie zobaczyłem w wizji samego siebie. Stałem nad grobem mojej córeczki i patrzyłem, jak jest zasypywany czerwoną ziemią. Zacząłem płakać i łkać. Siedzący w pobliżu uczniowie posykiwali i szeptali: "Zamknij się". Mistrz powiedział im jednak, żeby się uspokoili. Następnie podszedł do mnie i mnie przytulił. Szlochałem i zawodziłem. Przez cały ranek wypełniał mnie żal. W taki właśnie sposób zacząłem swoje poszukiwania duchowe. Obecnie, trzydzieści lat później, to ja przytulam płaczące osoby.

Wielu ludzi zaczyna szukać odpowiedzi na dręczące ich pytania w wyniku konfrontacji z cierpieniem. Podobnie było w przypadku księcia Siddharthy, znanego później jako Budda. Był on celowo chroniony przed problemami świata przez swojego ojca i pierwsze lata życia spędził samotnie w pięknych pałacach. W końcu młody książę zapragnął wyjść na zewnątrz i przyjrzeć się światu. Gdy jeździł rydwanem po królestwie ze swoim woźnicą o imieniu Channa, zobaczył cztery sceny, które głęboko go poruszyły. Najpierw ujrzał bardzo starego, słabego i zgarbionego człowieka idącego chwiejnym krokiem. Następnie ujrzał ciężko chorego mężczyznę, którym opiekowali się przyjaciele. Później ujrzał martwe ciało. Za każdym razem pytał swojego woźnicę: "Komu przydarzają się takie rzeczy?". Channa odpowiadał natomiast: "Wszystkim ludziom, mój panie".

Te sceny są nazywane "niebiańskimi posłańcami", ponieważ pomogły Buddzie się przebudzić i przypominają nam, że powinniśmy dążyć do wyzwolenia - że powinniśmy szukać duchowej wolności w tym życiu.

Czy pamiętacie, kiedy po raz pierwszy zobaczyliście martwe ciało lub ciężko chorą osobę? Pierwsze bliskie spotkanie z chorobą i śmiercią było szokiem dla całego jestestwa Siddharthy. "Jak najlepiej przeżyć życie nawiedzane przez choroby i śmierć?" - zastanawiał się. Czwarty posłaniec przybył do niego pod postacią mnicha stojącego na skraju lasu - pustelnika, który wiódł proste życie i starał się położyć kres smutkom świata. Kiedy Budda go zobaczył, zdał sobie sprawę, że również musi podążać tą ścieżką - stanąć twarzą w twarz ze smutkami życia i spróbować wyzwolić się z ich uścisku.

Niczym współczesna wersja Siddharthy, pewna nauczycielka odnalazła swoją ścieżkę duchową za sprawą jeżdżenia po miastach i wsiach.

Po ukończeniu studiów pracowałam w agencji zajmującej się opieką społeczną w Filadelfii. Próbowałam pomóc wielu zrozpaczonym rodzinom. Brak pracy, mnóstwo dzieci, zaniedbane domy, problemy z narkotykami. W niektóre dni po prostu wracałam z agencji do domu i płakałam. Nieco później pracowałam wraz z przyjaciółką w Ameryce Środkowej - a dokładniej w Salwadorze i Gwatemali. To miejsce wydawało się być oceanem problemów dla biednych chłopów. Pracowali tylko po to, żeby zarobić na jedzenie i lekarstwa dla swoich dzieci. Musieli też znosić regularne działania wojskowe. Było to dla nich bardzo trudne. Kiedy wróciłam do Stanów, na cztery lata wstąpiłam do klasztoru. Nie zrobiłam tego, żeby przed czymś uciec, lecz by znaleźć siebie - by odkryć, co tak naprawdę mogę zrobić, aby mieć korzystny wpływ na ten świat.

Niebiańscy posłańcy w jakiejś formie przychodzą do każdego człowieka i zachęcają nas do poszukiwania pełni, której brakuje w naszym życiu. Czasami są nimi nasze osobiste problemy, a kiedy indziej smutki tego świata. Otaczający ból miewa na nas tak silny wpływ, że niekiedy nawet obejrzenie programu informacyjnego jest w stanie otworzyć nam serce. Regularne powodzie w Bangladeszu; głód i wojny w Afryce, Europie i Azji; ogólnoświatowy kryzys ekologiczny; rasizm, ubóstwo i przemoc panujące w amerykańskich miastach - wszystkie te rzeczy również są posłańcami. Są wezwaniem. Domagają się od nas, abyśmy tak jak Budda doznali przebudzenia.

Powrót do niewinności

Wszystko to może się wydawać trudne. Należy jednak pamiętać o zupełnie innym aspekcie sił, za sprawą których tak wielu ludzi udaje się do lasu. Niekiedy przyciąga nas piękno i poczucie pełni. Sufi nazywają ten sygnał "głosem ukochanego". Przychodzimy na ten świat z pieśnią w uszach. Czasami jednak uświadamiamy to sobie dopiero wtedy, gdy przestajemy ją słyszeć.

Gdy żyjemy bez połączenia ze światem i nie widzimy duchowego światła, możemy nosić w sobie głęboką tęsknotę zagubionego dziecka. Za sprawą tego subtelnego pragnienia czujemy, że brakuje nam czegoś ważnego - czegoś, co bezustannie tańczy na krawędzi naszego pola widzenia. To coś jest jak powietrze, o którym przypominamy sobie dopiero wtedy, gdy zaczyna wiać wiatr. Ów nieuchwytny duch nas wspiera, odżywia nasze serce i zachęca nas do poszukiwania sensu istnienia. Coś sprawia, że chcemy powrócić do swojej prawdziwej natury - do swojego mądrego i roztropnego serca.

To święte pragnienie może się w nas pojawić w dzieciństwie, jak miało to miejsce w przypadku pewnego znanego mistrza zen z dużej wspólnoty w Europie.

Pamiętam, że w dzieciństwie doświadczałem zachwytu i poczucia jedności ze światem. Utożsamiałem się z górami i patrzyłem, jak tańczą. Utożsamiałem się również z płynącymi pomiędzy nimi rzekami. Pewnego dnia wyobraziłem sobie, że jestem częścią wielkiej letniej burzy, która rozszalała się nad naszym miastem. Kiedy miałem jakieś dwanaście lat, zdałem sobie sprawę, jak niesamowitą grą jest życie. Zrozumiałem, że jest ono czymś znacznie większym od wszystkiego, co zdążyłem poznać. Po jakimś czasie o tym zapomniałem i wróciłem do gry w piłkę i zabaw z kolegami. Wkrótce jednak ponownie doświadczyłem tego prostodusznego, uroczego otwarcia. Byłem na uniwersytecie i słuchałem wykładu indyjskiego swamiego, który opowiadał o świecie natury i tajemnicy. W trakcie przemówienia prelegent płakał i w żaden sposób nie próbował tego ukryć. Byłem bardzo poruszony. Czułem się tak, jakbym słuchał przemówienia Jezusa, i zacząłem sobie przypominać to niewinne połączenie z moim dzieciństwem. Gdy człowiek uświadamia sobie, jak dużo stracił, musi zacząć szukać tych chwil, w których jego dusza po raz pierwszy ożyła.

Wraz z upływem lat praktyczne i materialistyczne społeczeństwo przywłaszcza sobie pierwotną tajemniczość naszego dzieciństwa. Szybko zostajemy wysłani do szkoły, aby "dorosnąć" i "spoważnieć". Jeżeli nie chcemy się wyzbyć swojej dziecięcej niewinności, otaczający nas świat zbyt często próbuje ją z nas wyrwać siłą. Sto lat temu amerykański malarz James McNeill Whistler przekonał się o tym podczas zajęć z inżynierii w West Point Military Academy. Pewnego razu studenci zostali poproszeni o przygotowanie dokładnego szkicu mostu. Whistler narysował wtedy piękny i szczegółowy obraz przedstawiający malowniczy kamienny łuk, na którym siedziały dzieci łowiące ryby. Porucznik prowadzący zajęcia zalecił mu: "To są zajęcia wojskowe. Pozbądź się tych dzieci z mostu". Whistler przygotował więc kolejny rysunek, na którym owa dwójka dzieci siedziała z wędkami na brzegu rzeki. "Chodziło mi o to, żebyś zupełnie pozbył się tych dzieci z rysunku", powiedział wściekły porucznik. Ostatnia wersja rysunku Whistlera przedstawiała więc rzekę, most i dwa małe nagrobki.

Pisarz reprezentujący egzystencjalizm, Albert Camus, stwierdził kiedyś:

Życie człowieka jest niczym więcej, jak tylko długą wędrówką przez okrężne drogi sztuki, podczas której próbuje on ponownie uchwycić tę jedną lub dwie chwile, gdy jego serce otworzyło się po raz pierwszy.

W tradycji zen podróż ta została przedstawiona w opowieści o świętym wole. W starożytnych Indiach wół był symbolem cudownych i potężnych jakości, które znajdują się w każdej istocie i budzą się, gdy odkrywamy swoją prawdziwą naturę. Zenistyczna opowieść o wole zaczyna się od rysunku przedstawiającego mężczyznę, który idzie wśród górskich zarośli. Obraz ten nosi tytuł "Poszukiwanie wołu". Za mężczyzną widać labirynt krzyżujących się dróg: starych szos ambicji i strachu, pomieszania i poczucia straty, pochwał i krytyki. Przez długi czas ów mężczyzna nie pamiętał o płynących rzekach i górskich widokach. Pewnego dnia wreszcie sobie o nich przypomina i wyrusza na poszukiwania śladów świętego wołu. W głębi serca wie, że choćby miał szukać tego zwierzęcia w najgłębszych wąwozach i na szczytach najwyższych gór, prędzej czy później je znajdzie. Postanawia odpocząć w pięknym lesie. Gdy spogląda na ziemię, widzi pierwsze ślady.

Pewna sześćdziesięciokilkuletnia nauczycielka rozpoczęła swoje poszukiwania wołu w średnim wieku, po odchowaniu trójki dzieci.

Kiedy byłam małą dziewczynką, dorastałam w otoczeniu intelektualistów, w którym nigdy nie mówiło się o życiu duchowym - być może z wyjątkiem świąt Bożego Narodzenia. Moi rodzice wydawali się sądzić, że jesteśmy powyżej tego wszystkiego, co wiąże się z religią. Bardzo zazdrościłam przyjaciołom, którzy chodzili do kościoła. Gdy miałam siedem lat, zaczęłam wycinać z bożonarodzeniowych kartek wizerunki Maryi, aniołów i Jezusa. Ukrywałam je na dnie szuflady mojej komody. Stworzyłam tam sekretny ołtarz. Wyjmowałam te wizerunki w każdą niedzielę i odprawiałam swoją własną mszę.

Znacznie później - w wieku czterdziestu trzech lat - pojechałam w podróż służbową, podczas której znalazłam czas na obejrzenie pewnej słynnej katedry. Weszłam do wielkiego chłodnego wnętrza i zobaczyłam promienie słoneczne przesączające się przez szkło witrażowe. Rozpoczęła się późnowieczorna msza i chór zaczął śpiewać pieśni gregoriańskie. Na ołtarzu znajdowała się figura pięknej Maryi, która wyglądała dokładnie tak, jak postacie z moich bożonarodzeniowych kartek. Musiałam usiąść. Czułam się tak, jakbym znów miała siedem lat. Oczy zaszły mi łzami i miałam wrażenie, że moje serce za chwilę wybuchnie. Ta biedna mała dziewczynka była wygłodniała duchowo. Tydzień później poszłam na zajęcia z jogi, a następnie zapisałam się na odosobnienie medytacyjne.

Święte pytanie

Moment, w którym po raz pierwszy widzimy ślady wołu, jest przez Josepha Campbella opisywany jako wezwanie do przebudzenia - jako wewnętrzny impuls. Wraz z nim pojawia się w nas święte pytanie. W przypadku każdego człowieka brzmi ono inaczej. Niektórzy zmagają się z bólem, a inni chcą się po prostu dowiedzieć, jak najlepiej przeżyć swoje życie. Jeszcze inni zastanawiają się nad tym, co jest naprawdę ważne albo jaki jest cel istnienia. Są również tacy, którzy pytają o to, jak należy kochać, kim jesteśmy albo w jaki sposób możemy osiągnąć wolność. Część z nas rozmyśla o szybkim tempie naszego życia i zadaje sobie pytanie: "Po co nam cały ten pośpiech?".

Niektórzy mistrzowie, z którymi rozmawiałem, poszukiwali odpowiedzi na swoje pytania w filozofii, a inni zwracali się ku poezji i sztuce. Święte pytania są źródłem wielu wierszy. "Retoryka to spór toczony z innym człowiekiem, a poezja to spór toczony z samym sobą", napisał kiedyś Yeats. Wezwanie do wyruszenia w wewnętrzną podróż przypomina na wpół uformowany wiersz, który czeka na ukończenie. Kabir, indyjski poeta mistyczny, pytał: "Czy możecie mi powiedzieć, kto zbudował ten nasz dom? I dokąd się tak spieszycie przed swoją śmiercią? Czy potraficie znaleźć w tym świecie coś naprawdę wartościowego?".

Bez względu na to, co jest źródłem tych głębokich pytań, musimy podążać we wskazywanym przez nie kierunku. Pewna buddyjska nauczycielka zaczęła je sobie zadawać, gdy ukończyła studia z zakresu psychologii klinicznej.

Zrobiłam doktorat z psychologii, po czym zaczęłam pracować na oddziale pomocy psychiatrycznej dla młodzieży i w organizacji zajmującej się zapobieganiem samobójstwom. Przez wiele lat wierzyłam, że psychologia udziela wszystkich odpowiedzi, których szukałam. Im dłużej jednak pracowałam, tym słabsza stawała się ta wiara. Jako że każdego dnia stykałam się z ogromem niesłabnącego cierpienia, myśl o tym, że psychologia dostarczy mi wszystkich odpowiedzi, wydawała mi się coraz bardziej niedorzeczna. Ku czemu mogłam się zwrócić, by zrozumieć sens tego życia?

Pewnego dnia w 1972 roku odwiedziłam przyjaciółkę w Berkeley. Podczas jednego ze spacerów spotkałyśmy radosnego i błyskotliwego obcokrajowca i zaczęłyśmy z nim rozmawiać. Przyjaciółka wyjaśniła mi później, że był to tybetański lama, i zaprosiła mnie na jego zajęcia dotyczące snów. Nie zrozumiałam ani słowa z jego wykładu. W pewnym momencie jedna z uczestniczek zapytała jednak lamę o działania płynące ze współczucia. Kiedy wysłuchałam odpowiedzi, współczucie przestało być dla mnie wyłącznie słowem. W jego słowach było zawarte miłosierdzie, które mocno poruszyło moje serce. Byłam zdumiona. Do tej pory postrzegałam współczucie jako ładne prezbiteriańskie słowo, które nie ma żadnego związku z rzeczywistością. Uważałam je po prostu za piękną ideę. Podczas spotkania z lamą stało się dla mnie natomiast żywą siłą. Byłam tym bardzo zaintrygowana. Chciałam się dowiedzieć, czego dokładnie doświadczyłam. W ten sposób otworzyła się przede mną brama do wymiaru duchowego.

Pewna bizneswoman z Chicago została wychowana w zżytej rodzinie i żyła zgodnie z tradycyjnymi wartościami. W pewnym momencie jej sukcesy zawodowe stały się jednak trudne i puste. Kobieta zaczęła wtedy kwestionować całe swoje dotychczasowe życie.

Byłam środkowym z pięciorga dzieci, które darzyły się miłością. Każdego dnia uczestniczyłam w mszy świętej i przez całe życie uczęszczałam do katolickich szkół dla dziewcząt. W dzieciństwie modliłam się często i żarliwie. Składałam w ofierze różne rzeczy, aby w ten sposób pomóc duszom przebywającym w czyśćcu. Wymyślałam również przeróżne dobroczynne rytuały, które miały mi przypominać o Jezusie i o tym, jak mocno mnie kocha. Nieco później wyszłam za mąż. Wydarzyło się to w burzliwych latach sześćdziesiątych, w związku z czym moje małżeństwo nie trwało zbyt długo. Zrozumiałam wtedy, że życie jest poważniejsze, mniej przewidywalne i bardziej przerażające, niż mi się wydawało. Ukończyłam szkołę handlową w Chicago i miałam za sobą kilka lat terapii. Po trzydziestce moje życie stało się koszmarem (...), zmagałam się z długą i głęboką depresją. Nie wiedziałam, kim jestem i czego mogę oczekiwać od życia. Całymi dniami i nocami oddawałam się pracy. Dziesięć lat później dostałam awans i zostałam pierwszą kobietą, która objęła stanowisko wiceprezesa w naszej firmie. Uroczystość odbyła się w sali balowej Carlton Hotel. Ten sukces początkowo uderzył mi do głowy, ponieważ wynagrodził mi straty poniesione w pozostałych dziedzinach życia. Ostatecznie jednak czar prysł, a ja zaczęłam się uważać za kompletną egoistkę. Zdałam sobie sprawę, w jaki sposób bogaci coraz bardziej się bogacą, a biedni spadają na coraz niższe szczeble drabiny społecznej. Dotarło do mnie, że jestem częścią tego problemu i że nawet nie sprawia mi to przyjemności.

Dwójka moich najbliższych przyjaciół zmarła. Moja matka również zbliżała się do śmierci. Zwolniłam się więc z pracy, aby móc się nią opiekować. Odkryłam, że spędzanie czasu z moimi rodzicami, gdy przechodzili przez etap szoku i zaprzeczenia i próbowali pogodzić się z sytuacją, było najbardziej satysfakcjonującym zadaniem mojego życia. Zaczęłam pracować w hospicjum jako wolontariuszka i zainteresowałam się medytacją. Kiedy po raz pierwszy zmagałam się z nieustępliwym demonem pustki, miałam wrażenie, jakbym wróciła do domu. Nigdy nie sądziłam, że coś takiego jest możliwe, ale obecnie najbardziej czuję się sobą wtedy, gdy siedzę w milczeniu i słucham. Po wszystkich tych latach udało mi się odzyskać kontakt z własnym sercem, a dzięki ogromnemu wsparciu ze strony przyjaciół znalazłam w sobie również odwagę, by za nim podążać.

Wezwania duchowe

Gdy doświadczamy otwarcia umysłu i serca, możemy się poczuć tak, jakbyśmy byli wzywani przez bogów - jakby oddziaływała na nas siła pochodząca spoza naszego codziennego życia. Mamy wrażenie, że jakaś moc, której nie jesteśmy w stanie zrozumieć, zmusza nas do wejścia w las i szukania Baby Jagi. W przytoczonym wcześniej wierszu o domu gościnnym Rumi radzi nam, abyśmy byli wdzięczni za wszystko, co pojawia się w naszym życiu, ponieważ każde wydarzenie jest "przewodnikiem przysłanym z wymiaru duchowego".

Tysiące Amerykanów doznało duchowego otwarcia za sprawą silnego szoku towarzyszącego doświadczeniom z pogranicza śmierci. W książce Bliżej światła dr Melvin Morse, lekarz, udokumentował historie dzieci, którym przydarzyły się tego rodzaju przeżycia. Opowiada na przykład o pewnej dziewczynce, która prawie się utopiła, po czym zapadła w śpiączkę. Kiedy odzyskała świadomość, opowiedziała swojemu zdumionemu lekarzowi o złotej istocie - aniele, który wyciągnął ją spod powierzchni ciemnej wody i przeniósł przez tunel. Dziewczynka spotkała tam swojego zmarłego wiele lat wcześniej dziadka, a następnie Ojca Niebieskiego. Wiele dzieci, z którymi rozmawiał dr Morse, opowiadało o "znajdowaniu światła, które tworzy nas wszystkich i zawiera w sobie wszystko, co dobre". Mówiły, że po tym doświadczeniu przestały się bać jakichkolwiek przeżyć.

Pewien mistrz suficki w następujący sposób opowiedział o wypadku motocyklowym, który miał jako dziewiętnastolatek.

Byłem w stanie krytycznym. Miałem połamane kości i uszkodzenia narządów wewnętrznych. Gdy mój umysł stał się jaśniejszy, przypomniałem sobie, że po wypadku przez sekundę patrzyłem z bliskiej odległości na swoje ciało i ulicę. Znajdowałem się nad nimi. Widziałem świat, ale moje jestestwo było w pełni niefizyczne. Byłem spokojny i wyciszony. Czułem ulgę. Wiedziałem, że mogę wrócić do swojego ciała albo odejść w tę cudowną, spokojną ciemność. Kiedy spojrzałem na scenę rozgrywającą się pode mną, pojawiło się we mnie przemożne uczucie miłości do mojego ciała i życia. Miłość i radość sprawiły, że wróciłem. Powiedziano mi później, że w karetce śmiałem się i płakałem. Poczułem wolność wykraczającą ponad świat fizyczny - ogromną radość i szczęście, które od trzydziestu pięciu lat napędzają moje życie duchowe. Kocham tę rzeczywistość. Postanowiłem odpowiedzieć na jej wezwanie.

Każde wezwanie duchowe sprawia, że wykraczamy poza nasze normalne poczucie rzeczywistości. Pewna nauczycielka kundalini jogi poczuła tego rodzaju sygnał w ostatnim etapie porodu.

Mój oddech coraz bardziej przyspieszał. Moje ciało zaczęło się trząść pomiędzy skurczami i wypełniło się jasnym światłem. Każda część mnie próbowała się otworzyć - nie tylko miednica, ale także serce i głowa. Miałam wrażenie, że moje dziecko i ja się rozszerzamy - że zawieramy w sobie całą energię świata. Mój lekarz powiedział mi później, że moje zachowanie go przeraziło i próbował podać mi środek uspokajający. Moje oczy były szeroko otwarte z zachwytu. Od tamtej pory staram się wnosić tę energię do swojego życia.

Choć materialistyczny i naukowy światopogląd naszej kultury próbuje nas ukryć przed bezkresnymi źródłami naszego istnienia, nie możemy zaprzeczyć ich istnieniu. Regularnie słyszymy opowieści - zarówno długie, jak i krótkie - o tym, jak czyjeś serce, duch, dusza na nowo się budzi i przypomina sobie szerszą wizję rzeczywistości.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

* Przełożył Edward Porębowicz (przyp. tłum.).

4

SERCE JAKO MATKA ŚWIATA

Brama smutku

Wyzbądź się wszelkiego rozgoryczenia spowodowanego tym, że nie zawsze radzisz sobie z bezmiarem powierzonego ci bólu. Niczym matka świata nosisz w swoim sercu całe jego cierpienie.

- Nauka suficka

Bramy przebudzenia przekraczamy za sprawą tych samych melodii - tych samych pieśni radości i rozpaczy - które wcześniej wezwały nas do wymiaru ducha. Ocean życia przynosi nam fale narodzin i śmierci, szczęścia i smutku. Podobnie jak w przypadku początków naszych poszukiwań, świętymi wrotami, które otwierają nas na wielkie serce współczucia, często są bolesne prawdy egzystencji. Cios tragedii i wstrząs po poniesionej stracie sprawiają czasem, że zaczynamy wracać do ducha. Ów wymiar przebudzenia manifestuje się wtedy w wyższej oktawie i otwiera nasze jestestwo na ból całego świata. Wejście w ten stan jest nazywane "przebudzeniem przez bramę smutku".

Mawia się, że kiedy Budda osiągnął oświecenie i spojrzał na bezkresny wszechświat nowo przebudzonymi oczami mądrości, po jego policzkach zaczęły płynąć łzy. Zobaczył istoty dążące do szczęścia we wszystkich możliwych sytuacjach. Z powodu swojej niewiedzy podejmowały one jednak działania, które sprowadzały na nie cierpienie i sprawiały ból innym. Niektórzy mówią, że kiedy łzy Buddy spadły na ziemię, ożyły i stały się Tarą - Boginią Współczucia.

Gdy stoi się przy Ścianie Płaczu w Jerozolimie, można zobaczyć te same łzy współczucia. Ludzie płaczą tam nie tylko z powodu utraty świątyni Izraela, ale także z powodu smutków wszystkich ludzi, którzy nie mają kontaktu z Boskością.

Rano i wieczorem serce wykrzykuje podczas modlitwy:

Odpowiedz nam, Boże, albowiem bardzo cierpimy. Prosimy, wysłuchaj naszych błagań. Niechaj Twoja dobroć dodaje nam otuchy. Odpowiedz nam, zanim zawołamy, jako że nawet prorok Izajasz powiedział: "I będzie tak, iż zanim zawołają, Ja im odpowiem; oni jeszcze mówić będą, a Ja już wysłucham".

Jeżeli nie rozumiemy, co jest źródłem cierpienia, próbujemy dążyć do szczęścia poprzez zaborczość, chciwość, przemoc i nienawiść. Podejmowane przez nas działania opierają się na złudzeniach i ignorancji, wskutek czego nieuchronnie wytwarzają cierpienie. Nasze przywiązanie i agresywne lgnięcie do świata pociągają za sobą nieuniknione zmagania i straty. Wydaje nam się jednak, że robimy wszystko, co w naszej mocy, aby poczuć się bezpiecznie i odnaleźć szczęście.

Budda zrozumiał to, co w pewnym momencie odkrywa każde mądre serce, a mianowicie, że życie na Ziemi jest zarówno piękne, jak i bolesne. Nasze bezładne reakcje potęgują ten fundamentalny ból i zmieniają go w jeszcze większe cierpienie. W chwili gdy piszę te słowa, ludzkie decyzje wywołują wojny w dwudziestu ośmiu krajach. Miliony ludzi głodują, mimo że dysponujemy mnóstwem jedzenia. Miliony ludzi marnieją w szpitalach i izolatkach, cierpiąc z powodu chorób, na które mamy lekarstwa i którym moglibyśmy zapobiec za pomocą szczepionek. Nie jesteśmy oddzieleni od całego tego cierpienia. Buddyjska nauczycielka Sylvia Boorstein pisze, że pewnego razu poszła do synagogi, gdy była tam odmawiana modlitwa żałobna w intencji tych, którzy stracili bliskich podczas Holokaustu. Wiele osób recytowało tekst modlitwy na stojąco. "Zwróciłam uwagę na to, jak wiele osób stoi, i pomyślałam sobie: "Czy to możliwe, że wszystkie te osoby przeszły przez piekło Holokaustu?". Po chwili zdałam sobie sprawę, że wszyscy przez nie przeszliśmy, i również wstałam".

W życiu duchowym zdarzają się momenty, gdy czujemy się tak, jakby rozpadły się wszystkie bariery, które zbudowaliśmy, aby osłonić się przed bólami świata. Serce staje się wrażliwe i odsłonięte. W umyśle rozbrzmiewają krzyki dzieci ulicy, a naszą świadomość wypełniają obrazy przedstawiające terroryzm, rasizm, niszczenie środowiska, biedę i niewolnictwo. Czujemy naturalną więź ze wszystkim, co żyje. Mamy wrażenie, że nasza świadomość otworzyła się na zmagania ludzkości i całej naszej planety. Możemy zobaczyć cierpienia niezliczonych pokoleń i poczuć się tak, jakbyśmy stali na wielkim cmentarzysku. Dociera do nas, że nie da się przed tym wszystkim uciec.

Tylko wtedy, gdy otworzymy oczy i serca na cierpienie świata, będziemy mogli odnaleźć wolność i spokój. Każdy człowiek - jako przyszły Budda - na swój własny sposób musi się zastanowić nad niezwykle ważnym pytaniem: "Jaka jest prawda o cierpieniu w ludzkim życiu i co jest przyczyną tego cierpienia?".

W "Kazaniu o ogniu" Budda omówił sposób powstawania smutków świata.

Wszystko płonie. Płoną oczy i widziane przez nie obrazy. Płoną uszy i docierające do nich dźwięki. Płoną nos, język, ciało i umysł. Jakimi ogniami płoną? Płoną ogniami chciwości, nienawiści, ignorancji. Płoną lękiem, zazdrością, poczuciem straty, zepsuciem i żalem. Osoba podążająca ścieżką rozmyśla o całym tym cierpieniu i w pewnym momencie zaczyna być zmęczona ogniami - zmęczona chciwością i nienawiścią, które podsycają przywiązanie do obrazów, dźwięków, zapachów, smaków, ciała lub umysłu. Gdy człowiek staje się zmęczony, wyzbywa się tego przywiązania, wskutek czego staje się wolny.

Gdy odkrywamy całą prawdę o bólu istnienia, przechodzimy przez bramę cierpienia i osiągamy wolność. Nigdy nie będziemy w stanie okiełznać ani kontrolować zmieniających się okoliczności życiowych. Nie możemy posiąść swojego kochanka, swojego małżonka, swojego domu, swojej pracy. Nie możemy nawet zawładnąć swoimi dziećmi. Możemy je oczywiście kochać i troszczyć się o nie, ale kiedy próbujemy je kontrolować, wytwarzamy cierpienie. Przyjemność i ból, pochwały i krytyka, sukcesy i porażki występują naprzemiennie dzień w dzień. Rozkosz i cierpienie są wplecione w samą strukturę naszego świata, tak jak noc jest spleciona z dniem. Jeżeli nie zaakceptujemy tego faktu, nieuchronnie będziemy doświadczać cierpienia.

Pozwolę sobie opowiedzieć pewną historię o Ramakrysznie - hinduskim mędrcu, którego wizje i religijność w ciągu minionego stulecia stały się legendarne w całych Indiach. Przez wiele dni siedział on na brzegu Gangesu. Oddawał się modlitwom i próbował ujrzeć twarz Świętej Matki, stwórczyni życia. W pewnym momencie na powierzchni wody pojawiły się zmarszczki. Po chwili z rzeki wyłoniła się wielka i piękna bogini. Jej lśniące włosy ociekały wodą, a oczy wyglądały jak sadzawki zawierające w sobie cały wszechświat. Bogini rozchyliła nogi, a z jej ciała zaczęły się wyłaniać istoty - zarówno dzieci, jak i zwierzęta. Oczom Ramakryszny ukazała się fontanna wszelkiego rodzaju stworzeń. Chwilę później stało się jednak coś strasznego. Bogini sięgnęła ręką w dół, po czym włożyła sobie do ust nowo narodzone dziecko i zaczęła je pożerać. Po jej twarzy i piersiach spływały strugi krwi. Ta, która tworzy, jest bowiem również tą, która niszczy - jest źródłem, kontynuacją i końcem wszelkiego życia. Następnie bogini powoli zanurzyła się z powrotem pod wodę, pozwalając Ramakrysznie rozmyślać o posiadanej przez nią mocy.

Kiedy otwieramy serce dzięki bramie smutku, zdajemy sobie sprawę, że ból i niezadowolenie są wplecione w tkaninę naszych doświadczeń. Gdy czujemy przyjemność, martwimy się, że w pewnym momencie przestaniemy jej doświadczać. Gdy coś posiadamy, martwimy się, że możemy to coś stracić. Nawet najpiękniejszym narodzinom i najspokojniejszej śmierci towarzyszy cierpienie, ponieważ wchodzenie do ciała i jego opuszczanie zawsze jest bolesnym procesem. Doskonale wiemy, że w ciągu dnia nasze doświadczenia przez cały czas się zmieniają. Niektóre z nich są przyjemne, inne neutralne, a jeszcze inne przykre. Ten nieustający proces zmian sam w sobie jest źródłem bólu. Nasze nawykowe reakcje na niego mogą w nas dodatkowo wywoływać poczucie, że wciąż musimy się z czymś zmagać.

Jedną ze strategii pozwalających osiągnąć wyzwolenie jest skupianie uwagi na tym nieodłącznym, bezustannym doświadczeniu niezadowolenia i bólu. Musimy je poczuć bardzo wyraźnie i odnaleźć w nim wolność, dzięki której pozbędziemy się przywiązania i wszelkich utożsamień.

Maha Naeb z Tajlandii uczy podopiecznych, że mogą zrozumieć swoje niezadowolenie za sprawą uważnego obserwowania motywów leżących u podstaw wszystkich działań i ruchów wykonywanych w ciągu dnia. Instruuje ich, aby pozostawali w absolutnym bezruchu i nie zmieniali ułożenia ciała ani nie wykonywali żadnych czynności, dopóki nie uda im się odkryć, jakie doświadczenie w ciele i umyśle wymaga zmiany. Zaleca im również, żeby tuż po obudzeniu przez jakiś czas leżeli nieruchomo w łóżku i medytowali. Uczniowie szybko odkrywają jednak, że gdy leżą długo w jednej pozycji, ich ciało staje się sztywne lub obolałe. Wykonują więc jakiś ruch, aby poczuć się lepiej. Chwilę później mogą spostrzec, że ich pęcherz moczowy jest pełny. Idą więc do ubikacji, aby uwolnić się od tego dyskomfortu. Okazuje się jednak, że deska sedesowa jest twarda, a w pomieszczeniu jest zimno. Aby uciec przed tymi niewygodami, uczniowie wychodzą z toalety i siadają na wygodnym krześle. W ich żołądku pojawia się wtedy poranny głód. Aby go zaspokoić, wstają i idą coś zjeść. Po śniadaniu muszą natomiast po sobie posprzątać, ponieważ jeżeli tego nie zrobią, resztki jedzenia zaczną się psuć i brzydko pachnieć. Następnie powracają do medytacji i przez jakiś czas siedzą spokojnie. W pewnym momencie kolejny ból lub dyskomfort sprawia jednak, że znów wykonują jakiś ruch. Proces ten wydaje się nie mieć końca.

Dzięki uważnemu obserwowaniu źródeł wszystkich swoich działań zaczynamy widzieć, że bezustannie wykonujemy jakieś ruchy, aby złagodzić odczuwane przez siebie cierpienie. Dla osób, które zdają sobie z tego sprawę, nie jest to jednak powód do rozpaczy, lecz brama wiodąca do współczucia. Nosimy bowiem w swoich sercach wolność i miłość. W pewnym momencie odkrywamy, że są one znacznie potężniejsze od cierpienia. Gdy stajemy twarzą w twarz z bólem świata, budzimy odważne i miłosierne serce, które ma w sobie każdy człowiek.

Suficki poeta Rumi wychwala mądrość, która jest gotowa zanurzyć się w płomieniach życia.

Naprzeciwko nas znajduje się Bóg,

po lewej stronie ogień,

po prawej stronie piękny potok (...).

Każdy, kto wchodzi w ogień,

pojawia się nagle w chłodnym strumieniu,

a wszystkie głowy, które znikają pod powierzchnią wody,

wysuwają się z płomieni.

Większość ludzi wystrzega się ognia,

ale ostatecznie w niego wchodzi (...).

Jeżeli jesteś przyjacielem Boga,

ogień jest twoją wodą.

Powinieneś chcieć mieć setki tysięcy

par ćmich skrzydeł,

abyś mógł je spalać - jedną parę co noc.

Pewien nauczyciel medytacji opowiedział mi o tym, w jaki sposób cierpienie stało się jego bramą do przebudzenia. Opisał także, co musiał zrobić, aby otworzyć się na ten ogień - aby usiąść nieruchomo w samym jego środku.

Sesje medytacyjne zawsze były dla mnie bardzo trudne. Zazwyczaj wyraźnie czułem podczas nich napięcie i ból, które nosiłem w swoim ciele i sercu. Jako działacz na rzecz ochrony środowiska przez wiele lat zmagałem się z cierpieniem świata. Gdy tylko siadałem w bezruchu, zalewały mnie obrazy i smutki. Czułem się tak, jakbym siedział w samym środku wypalanych i niszczonych buldożerami lasów deszczowych. Widziałem działania wojenne, zanieczyszczenia i szkody, które wyrządzamy naszej planecie. Siedziałem i płakałem. Nie przestałem jednak praktykować nawet wtedy, gdy cały ten proces przybrał na sile. Nie miałem zamiaru uciekać od świata. Chciałem stanąć z nim twarzą w twarz i wejść w niego. W pewnym momencie zaszła we mnie zmiana.

Byłem w aśramie i praktykowałem wraz z niewielką grupką starszych uczniów. Od kilku tygodni czułem silny ból w swoim ciele, ale w dalszym ciągu przesiadywałem w bezruchu. W pewnym momencie mój umysł stał się bardzo skupiony i bardzo spokojny. Myśli pojawiały się w nim coraz rzadziej, aż w końcu niemal zupełnie zniknęły. Cała moja świadomość przeniosła się do środka klatki piersiowej. Gdy zwracałem uwagę na jakiekolwiek dźwięki, doznania lub myśli, natychmiast doświadczałem ich w formie subtelnych wibracji przechodzących przez przestrzeń mojego serca. Nie czułem nic innego. Miałem wrażenie, że spokój mojego serca zaczął się rozprzestrzeniać, aż w końcu stał się światem. Wszystkie moje doświadczenia przybrały postać niewielkich wibracji. Zmieniły się w fale, które delikatnie przepływały przez moje bezkresne, spokojne serce.

Po chwili udało mi się pójść nieco dalej. Wypełnił mnie najgłębszy spokój, jaki można sobie wyobrazić. Nie docierały do mnie nawet najsubtelniejsze dźwięki i doznania. Byłem kompletnie wyciszony i pusty. W ogóle nie czułem swojego ciała ani umysłu. Doświadczałem wyłącznie czystej świadomości. Cała moja tożsamość się rozpadła. To było coś zdumiewającego, fantastycznego i niewyobrażalnie błogiego. Wiedziałem, że po czymś takim nie będę się już bać śmierci. Zdałem sobie bowiem sprawę, że tylko ta wieczna, nienarodzona świadomość jest prawdziwa.

Miałem poczucie, że nic na świecie nie może się równać z tym spokojem. Nawet najprzyjemniejsze obrazy, dźwięki i myśli postrzegałem jako zakłócenia. Były wręcz bolesne w porównaniu z wypełniającą mnie ciszą. Kiedy wróciłem do codziennego stanu świadomości, doskonale rozumiałem nauki Buddy dotyczące cierpienia. Wyraźnie widziałem, że każde narodziny prowadzą do śmierci i że walka przeciwieństw - nocy i dnia, radości i smutku, wszystkiego, co się pojawia i co odchodzi - jest z natury bolesna.

Niedługo po tym doświadczeniu szedłem drogą gdzieś w Indiach. W pewnym momencie spostrzegłem owcę, która rodziła jagniątko. Byłem wstrząśnięty tym widokiem. Gdy patrzyłem na jagniątko, które przychodziło na świat, dotarło do mnie, jak trudny jest proces narodzin. Zdałem sobie sprawę, że identyfikowanie się z tym życiem - trzymanie się procesu narodzin, starzenia się i śmierci - jest źródłem cierpienia. Po prostu stałem i płakałem nad cierpieniem świata. Wypełniło mnie głębokie współczucie. Wiedziałem, że nigdy nie zapomnę tego doświadczenia.

Zdumiewające jest jednak to, jak potężna potrafi być również siła pragnienia. To za jej sprawą poszukujemy przyjemności i stymulacji. Kilka miesięcy później wróciłem na Zachód w poszukiwaniu muzyki i dobrego wina. Siła pożądania i rozpusty powróciła do mojego życia w niemal szokujący sposób, niczym przeciwwaga dla tego, co zobaczyłem w Indiach. W dalszym ciągu pozostawałem jednak wierny swojej praktyce duchowej, ponieważ pewna część naszego jestestwa zawsze wie, co jest prawdziwe. Z jakiegoś powodu nie jesteśmy w stanie o tym zapomnieć.

Kiedy z szacunkiem przechodzimy przez bramę cierpienia, pojawia się w nas cudowna moc współczucia. Owo współczucie jest opisywane jako drżenie serca na widok bólu doświadczanego przez innych. Za jego sprawą z rozrzewnieniem myślimy o wszystkich formach życia - o wszystkim, co przychodzi na świat i umiera; o wszystkich stworzeniach, które obserwują narodziny i śmierć innych istot. Czasami odczuwamy współczucie dla nas samych. Potrzeba jego doświadczania pojawia się w każdej podróży wewnętrznej. Nie ma znaczenia, czy ktoś jest buddystą, hinduistą, judaistą czy chrześcijaninem. Kwestia ludzkiego cierpienia ma kluczowe znaczenie dla wszystkich osób kroczących ścieżką łaski i odkupienia.

Pewna zakonnica opowiedziała mi następującą historię:

W naszym klasztorze przygotowania do świąt Wielkiej Nocy trwały zazwyczaj przez miesiąc. W tym okresie mieliśmy dodatkowe czuwania i odmawialiśmy więcej modlitw. Którejś wiosny postanowiłam, że zaangażuję się w praktykę bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Przez wiele godzin kontemplowałam misterium śmierci Chrystusa na krzyżu. Kiedy obchody Wielkanocy dobiegły końca, doświadczyliśmy radości zmartwychwstania. Wszyscy członkowie wspólnoty mieli poczucie, że coś się w nich otworzyło.

Pewnego wieczoru - jakiś tydzień później - siedziałam w swoim pokoju i wpatrywałam się w wiszący przede mną krzyż. Na ścianach naszych cel nie znajdowało się nic oprócz niego. W pewnym momencie wypełniły mnie smutek i ból. Po chwili poczułam również dyskomfort w ciele, więc położyłam się na łóżku. Przeżywałam prawdziwe katusze. Czułam się tak, jakbym umierała. Było to niezwykle realistyczne doświadczenie. W pewnym momencie straciłam nad sobą panowanie i zaczęłam opłakiwać ukrzyżowanego Jezusa. Opłakiwałam jego cierpienie i śmierć. Następnie stałam się Maryją przytulającą swojego ukrzyżowanego syna. Po chwili zdałam sobie jednak sprawę, że ukrzyżowanie nie dobiegło końca. Stałam się wszystkimi matkami, które straciły swoje ukochane dzieci podczas wojen, w wyniku wypadków albo z powodu chorób. Stałam się wszystkimi kobietami, które nawet w dzisiejszych czasach nie mogą nakarmić swojego głodnego potomstwa. Stałam się Armenką, która podczas trzęsienia ziemi rozpaczliwie próbowała uratować swoje dziecko, ale nie była w stanie tego zrobić. Stałam się wszystkimi młodymi mężczyznami biorącymi udział w bezsensownych wojnach. Stałam się krowami i świniami wiezionymi do rzeźni. Stałam się współczesnymi generałami, rzymskimi żołnierzami, matkami korzystającymi z zasiłku i właścicielami domów w dzielnicach nędzy. Stałam się ofiarami przemocy i ich oprawcami. Stałam się wszystkimi umierającymi i wszystkimi, którzy doświadczają cierpienia. Leżałam na łóżku i czułam nad sobą ból świata - ogromny ból. Nie byłam w stanie go znieść. Moje serce po prostu płakało.

W pewnym momencie w moim ciele pojawił się Jezus. Wraz z nim objęłam ból świata. Zrozumiałam, że obejmowanie całego tego cierpienia z miłosierdziem jest drogą do świętości. Ból otworzył mi serce. Stał się świętym bólem. Zdałam sobie sprawę, że Bóg sprowadza na nas smutki, aby połączyć nasze serca. Na świecie istnieje tak dużo miłosierdzia. Miłosierdzia w miłosierdziu.

Czasami odkrywamy to miłosierdzie, gdy siedzimy samotnie w swojej klasztornej celi. Kiedy indziej nie jesteśmy w stanie znaleźć go samodzielnie. Potrzebujemy wtedy pomocy drugiego człowieka, który spojrzy na nasze smutki z boku i dotknie zamkniętych obszarów naszego jestestwa.

Jednym z darów, które dostajemy od wszystkich mądrych nauczycieli, jest możliwość spojrzenia w zwierciadło współczucia. Nasze serca przypominają sobie wtedy, jak mogą się otworzyć. Pewien mistrz zen w następujący sposób wspomina pierwsze lata swojej praktyki:

Początkowo praktyka była dla mnie bardzo trudna. Doświadczałem niezwykle silnego żalu i smutku. Dotarłem do granic swoich możliwości. Myślałem nawet o tym, żeby dać sobie spokój. Postanowiłem porozmawiać o tym ze swoją mistrzynią, która ujrzała głębię moich zmagań i w mgnieniu oka przestała być wobec mnie surową i wymagającą roshi. Miałem wrażenie, że zmieniła się w Boginię Miłosierdzia. "Bardzo dobrze, bardzo dobrze". Poczułem się tak, jakby we mnie wniknęła i dotknęła swoim współczuciem i głosem najdelikatniejszej części mojego serca.

Dipama Barua - święta buddyjska nestorka i babcia - pracowała w ten sposób podczas spotkań z uczniami w Kalkucie i w trakcie swoich wizyt na Zachodzie. Podopieczni zadawali jej pytania dotyczące medytacji, a ona cierpliwie na nie odpowiadała. Następnie proponowała zgromadzonym osobom herbatę i jedzenie. Z troską wypytywała o ich zdrowie lub rodzinę. Pewnego razu jeden z uczniów powiedział, że jego rodzicom nie podoba się to, że uczy się medytacji w Indiach. Nauczycielka sięgnęła wtedy ręką pod swój materac, wyciągnęła część swoich oszczędności i powiedziała: "Kup swojej mamie prezent z Indii". Gdy podopieczni opowiadali jej o swoich największych problemach lub o tym, że ich serca rozpaczają nad smutkami świata, zachęcała ich do praktyki. "To również musisz zobaczyć", mówiła, po czym błogosławiła i przytulała swoich uczniów. Głaskała ich i łagodnie powtarzała słowa pełne miłującej dobroci, dopóki się nie uspokajali. Uczniowie wyglądali wtedy tak, jakby objęła ich łaska wielkiej matki.

Tak właśnie wygląda droga do wolności wiodąca przez bramę smutku. Gdy nią kroczymy, odkrywamy w sobie wystarczająco dużo miłosierdzia i współczucia, aby ujrzeć i bez żadnych oporów zaakceptować całą prawdę o życiu i o swojej obecnej inkarnacji - o towarzyszącym istnieniu tańcu cierpienia i piękna.

Gdy otwieramy się na to, co mistrz zen John Tarrant nazywa "Łzami Drogi", pojawia się w nas mądrość. W książce pt. The Light Inside the Dark nauczyciel ten przytacza słowa pewnej starszej uczennicy, która została przytłoczona falą niespodziewanego żalu i dzień w dzień zalewała się łzami. W pewnym momencie jej płacz zaczął jednak zmieniać swój charakter.

W pewnym momencie poczułam, że się otwieram, a następnie zostałam zalana przez wspomnienia związane z moim ojcem. Wypełnił mnie ból spowodowany jego nieobecnością i tym, że musiałam się tułać po rodzinach zastępczych, niedoceniana i lekceważona. Ten gęsty, osobisty materiał zupełnie mną zawładnął. Czułam się bezsilna. Bezustannie płakałam. Wszystko, co widziałam, wydawało się być kolejnym powodem do łez. Po kilku dniach mój nastrój zaczął się jednak zmieniać, a moje łzy stały się bardziej bezosobowe. Wydawały się nie mieć żadnej konkretnej przyczyny. Były to łzy wzruszenia całym życiem. Z rozrzewnieniem myślałam o wszystkim, co niedostrzegane, zaniedbywane i porzucone - o kolorze nieba o świcie, o kościach myszy upuszczanych przez sowy. Te późniejsze łzy były łzami inicjacji, dzięki którym zaczynamy dostrzegać swoją duchową wielkość.

Kiedy docieramy do najgłębszych zakamarków serca i uwalniamy się od wszelkich zmagań i pragnień, możemy odkryć to, co wieczne.

Pewien nauczyciel powiedział mi:

Po tym, jak się otworzyłem i wykroczyłem poza jakiekolwiek poczucie "ja", poczułem, że odczuwany przeze mnie ból staje się uniwersalnym bólem - bólem całego świata. Ujrzałem ruch wszechświata i cierpienie całej naszej planety. Dotarło do mnie, jak dużo bólu istnieje na tym świecie. Zrozumiałem jednak również, że całe to cierpienie tak naprawdę nie ma na nas wpływu i możemy wziąć je w objęcia. Spocząłem w głębokim spokoju.

Gdy przekraczamy bramę smutku, uwalniamy się od złudzeń, przywiązania i fałszywego poczucia oddzielenia od całości życia, a następnie obejmujemy wszystko, co istnieje. Możemy wtedy spocząć w bezkresnym sercu Buddy, w sercu Jezusa, w sercu "Tego, Który Wie".