Dwa oblicza tej nocy
Bawialnia starego dworu w Chequers, niewielkiej podlondyńskiej
miejscowości, rozbrzmiewała gwarem. Kilka osób w różnym wieku
przechadzało się po salonie, prowadząc ożywioną konwersację, co chwila
ktoś zatrzymywał się przed wiszącym na ścianie naprzeciwko drzwi
prowadzących na werandę dużym olejnym obrazem. Przedstawiał on ubranego
w mundur oficera armii amerykańskiej mężczyznę o czerstwej, ogorzałej
twarzy. Spierano się delikatnie co do wieku oficera w dziewiętnastowiecznym uniformie kawalerii. Domownicy, dumni z uzupełnienia kolekcji tak doskonałym płótnem, nie kwapili się z wyjaśnieniami, kogo ono przedstawia, bawiąc się najwyraźniej domysłami
gości. Każdy w portretowanym widział kogoś innego, na rozwiązanie zaś
tajemnicy należało poczekać.
Gospodyni domu i jej najstarsza córka Sarah siedziały wraz z częścią
gości przy długim stole. Blask świec ustawionych na wysokich lichtarzach
wraz z przyćmionym światłem elektrycznym stwarzał przyjemną i przytulną
atmosferę, refleksy świetlne chybotliwych płomieni świec tańczyły na
srebrze sztućców, cukiernic, półmisków.
Pod chwilową nieobecność gospodarza prowadzono rozmowę o przebiegu jego
choroby, wsłuchując się w każde zdanie lorda Morana, długoletniego
lekarza rodziny. Doktor teraz już z uśmiechem mówił o swym poważnym
zaniepokojeniu sprzed dziesięciu dni, kiedy po pewnej przerwie ponownie
pojawiła się gorączka, trawiąc zmęczony intensywną pracą i dalekimi
podróżami organizm pacjenta. Najbardziej spontanicznie radość z powrotu
do zdrowia po trzytygodniowej chorobie ojca okazywała Anna.
Nie tańczono, ale młodsza część towarzystwa, zebrana wokół gramofonu,
śpiewała piosenki razem z ich płytowymi wykonawcami.
Sierżant Anderson z Intelligence Service wsłuchiwał się w przenikające
mury melodie. Kończył właśnie swój dyżur. Do objęcia posterunku przy
bramie dworu w Chequers przez Davisona pozostało jeszcze półtorej
godziny. A jutro sobota, 6 marca, i dwudniowy weekend, który Anderson
wraz z żoną postanowili spędzić razem z rodzicami Anny w Harwich na
wschodnim wybrzeżu. Sierżant miał nadzieję, że te dwa dni miną
spokojnie, a wizyta nie będzie przerywana ucieczkami do schronów
przeciwlotniczych przed bombami niemieckiej Luftwaffe.
"Ci dranie nie znają żadnego umiaru" -?rozmyślał Anderson o niemieckich
nalotach nocnych. -?Ale jeśli nie będzie mgły, tak częstej nad Kanałem w czasie przedwiośnia, to może nie będzie się im chciało lecieć nad
Anglię. Na razie jednak nic nie zapowiadało pogorszenia pogody. Późny
wieczór, 5 marca 1943 roku, był wyjątkowo ciepły, bezwietrzny, słowem
przyjemny, jeszcze ta muzyka...
Tamci -?sierżant miał oczywiście na myśli mieszkańców i gości dworu w Chequers -?fajnie się zabawiają, no, ale jest rzeczywiście okazja.
"Stary" wrócił do formy, więc dlaczego mają się nie cieszyć, zresztą
wszyscy się po trosze cieszymy.
Anderson spoglądał na czarne kontury rezydencji. Żaden jednak blask nie
rozpraszał mroku. W tym rejonie zarządzeń o zaciemnieniu okien
przestrzegano wyjątkowo skrupulatnie. Mężczyzna dostrzegł tylko ciemny
obrys sylwetki innego funkcjonariusza IS odbywającego dyżurny spacer
wzdłuż oficyny dworu.
Niebawem zaczęły podjeżdżać pod wejście samochody po uczestników
przyjęcia. Odjechało jednak tylko kilka osób i dochodziła już północ, a rozmowy trwały w najlepsze. Nadal też śpiewano ściszonym głosem przeboje
i piosenki wojskowe, a najpopularniejszą z nich -?"It's a Long Way to
Tipperary" -?śpiewali lub nucili prawie wszyscy obecni w bawialni i przylegających do niej pokojach.
Na piętrze, w pokoju, w którym mieściła się biblioteka, przy ustawionym
nieco z boku, obok regałów zapełnionych książkami, okrągłym stole
siedziało czterech mężczyzn. Spowici kłębami dymu z palonych przez nich
cygar rozmawiali z ożywieniem, sięgając niekiedy po kieliszki napełnione
alkoholem. Wprawdzie i tu przeniknęły odgłosy rozmów i dźwięki muzyki,
lecz dyskutujący tak dalece pochłonięci byli omawianymi problemami, że
nie zwracali uwagi na to, co się dzieje na parterze.
-?Jestem szczęśliwy, że wreszcie mogę rozmawiać z wami, panowie, a nie z doktorem Moranem, doktorem Marshallem i tymi wszystkimi panami, którzy
wciąż zadawali mi to samo pytanie: "Jak się pan dziś czuje, sir? Co panu
dolega, sir?". I to tak przez trzy tygodnie. Już od samego odpowiadania
na te "problemowe" pytania można było wyzionąć ducha.
-?Bardzo nam brakowało pana zainteresowania naszymi sprawami i pana
rady, panie premierze -?niejako w odpowiedzi rzekł sir Archibald
Sinclair, minister lotnictwa rządu Jego Królewskiej Mości.
-?Niech się pan nie gniewa, drogi ministrze, ale mówi pan tak samo jak
Eden. Zapewne umówiliście się ze sobą, co? -?Premier ostatnie słowa
wypowiedział ze śmiechem.
-?Mówiłem panom przed chwilą o ustaleniach konferencji w Casablance.
Poza tym, że zdecydowano o inwazji na Sycylię i Włochy, co, jak sądzę,
pozwoli wyprowadzić to państwo z wojny, wraz z prezydentem Rooseveltem
omawialiśmy sposoby skutecznej ochrony naszych szlaków komunikacyjnych
na Atlantyku. Jest to, panowie, sprawa pierwszorzędnej wagi. -?Sir
Winston nagle spoważniał, wkładając do ust grube cygaro. -?A jeszcze
dochodzi bombardowanie Niemiec.
-?Wiemy, panie premierze, że działania nad Niemcami mamy prowadzić nadal
wspólnie z Amerykanami. Oni przejmą akcje lotnicze prowadzone nad Rzeszą
w dzień, my zaś będziemy bombardować Niemcy nocami -?wtrącił wyjaśnienie
minister Sinclair, spoglądając na generała Portala, szefa sztabu
Królewskich Sił Powietrznych.
-?Uznają zasadność tego podziału -?przerwał ministrowi lotnictwa
Churchill. -?Wynika on między innymi z lepszego przygotowania
technicznego Amerykanów do lotów dziennych nad Niemcy, ale niezupełnie
rozumiem przyczyn małej skuteczności naszych akcji bombowych nad Trzecią
Rzeszą. Propaganda niemiecka ma dobry materiał do wykorzystania w postaci lejów naszych bomb w odległości często kilku mil od właściwego
celu.
-?Co na to pan, generale Harris? -?Premier zwrócił się do siedzącego w głębokim klubowym fotelu generała w lotniczym mundurze.
-?W połowie tysiąc dziewięćset czterdziestego pierwszego roku
rozpoznanie lotnicze RAF dostarczyło sztabowi Królewskich Sił
Powietrznych i Bomber Command serię zdjęć lotniczych dokonanych nad
obiektami bombardowań wkrótce po przeprowadzeniu przez nas akcji
bojowych. Większość zdjęć ukazała bardzo małe zniszczenia. W związku z tym powstały trzy hipotezy, które trzeba było kolejno eliminować albo
ich trafność uzasadnić. Pierwsza: Niemcy po mistrzowsku, w sposób
błyskawiczny, kamuflowali uszkodzenia, druga: Niemcy niesłychanie szybko
i po mistrzowsku uszkodzenia naprawiali, wreszcie hipoteza trzecia:
nasze załogi nie trafiały w cele...
-?Wiem coś o tym, drogi generale -?przerwał gwałtownie Harrisowi
Churchill. -?Profesor Lindemann, mój doradca naukowy, i marszałek
Saundby dowiedli wówczas ponad wszelką wątpliwość, że załogi zrzucały
swój ładunek niedbale, byle gdzie. Dochodziło do tego, że tylko jedna na
trzy załogi trafiała w pobliże celu. W Zagłębiu Ruhry zaś wskutek silnej
obrony przeciwlotniczej nieprzyjaciela tylko co dziesiąta załoga
wykonywała swe zadanie właściwie. -?Premier mówił coraz bardziej
emocjonalnie.
-?Istotnie tak było, panie premierze -?spokojnie próbował wyjaśniać
Harris -?lecz mamy już rok tysiąc dziewięćset czterdziesty trzeci. Od
roku stoję na czele Dowództwa Lotnictwa Bombowego. Gdy obejmowałem to
stanowisko, Bomber Command miało do dyspozycji trzysta siedemdziesiąt
osiem sprawnych samolotów z załogami, lecz tylko sześćdziesiąt dziewięć
ciężkich bombowców i to posiadających, niestety, przestarzałe
wyposażenie nawigacyjne i niezbyt sprawne celowniki. W grudniu ubiegłego
roku posiadaliśmy już dwieście sześćdziesiąt jeden ciężkich bombowców i siedemdziesiąt osiem bombowców średnich z nowoczesnym wyposażeniem
radionawigacyjnym. Załóg też nam nie brakuje, chociaż, rzecz jasna,
około trzydziestu siedmiu procent ludzi pochodzi z dominiów i kolonii.
-?Jeśli pan pozwoli, panie premierze -?odezwał się milczący do tej pory
generał Portal -?to pragnę dodać, że bombardowanie celów w nocy i to
często bez widoczności ziemi stwarza załogom wiele trudności, pracujemy
jednak nad zastosowaniem urządzeń radarowych do naprowadzania i do
wykrywania celów. Mogę zapewnić rząd, że zajmujemy się tym zagadnieniem
energicznie.
-?Panowie. -?ponownie odezwał się premier -?Z różnych względów nie
możemy jeszcze stworzyć drugiego frontu, lecz ofensywę bombową na Niemcy
nie tylko możemy, ale musimy rozwinąć. -?Po chwili milczenia Churchill
dodał prawie szeptem: -?Mamy informacje, iż Niemcy szykują Anglii jakąś
niespodziankę związaną z wykorzystaniem atomu. Coś niedobrego dzieje się
w zakładach Norsk-Hydro w Norwegii...
Długo w nocy rozmawiano w bibliotece sir Winstona o podstawowych
sprawach wojny z Hitlerem. Generał Harris, przysłuchując się rozmowie i niekiedy sam coś wtrącając, pochłonięty był jednak głównie własnymi
myślami dotyczącymi spraw bombardowania Niemiec. Zapewne można było
usprawnić organizację operacji bombowych i jeszcze bardziej wzmóc ich
natężenie. Byłoby to dobrą odpowiedzią na nasilające się w Wielkiej
Brytanii żądanie zorganizowania drugiego frontu w Europie, lecz były i realne trudności.
Oto Bomber Command w połowie 1942 roku otrzymało nowe samoloty bombowe -
Manchestery. Zawiodły one jednak oczekiwania. Płatowiec opracowano
nieźle, silniki posiadały jednakże liczne wady, niedopracowania
konstrukcyjne, często odmawiały posłuszeństwa. W dywizjonach zanotowano
wzrost wypadków lotniczych. Ktoś, kto dokonał takiego niezwykłego czynu,
jak przyprowadzenie bombowca na jednym silniku znad Berlina do środkowej
Anglii, otrzymywał DSO1.
Najnowsze bombowce -?Lancastery -?okazały się na szczęście dużo lepsze,
sprawniejsze, bardziej niezawodne. Skąd jednak brać ludzi do
siedmioosobowych załóg tych maszyn? W Anglii już ich nie ma.
Kłopoty dotyczyły nie tylko sprawy sprzętu lotniczego i szkolenia nowych
załóg, lecz i kwestii przebudowy starych lotnisk, chodziło zwłaszcza o wydłużanie pasów startowych. Było to konieczne ze względu na
wprowadzenie do dywizjonów ciężkich czterosilnikowych maszyn. Tylko
dlaczego nie mówił o tym Portal? -?zastanawiał się generał Harris.
Po cichu przyznawał rację Churchillowi domagającemu się większej
skuteczności akcji bojowych. Jeszcze pod koniec 1942 roku można by im
było wiele zarzucić. Lecz jakie jest wyjście? Mała liczba samolotów
uczestniczących w bombardowaniu to odpowiednio niewielka skuteczność
nalotu. Wielka liczba maszyn w jednej akcji bojowej to niebezpieczeństwo
przeszkadzania sobie w powietrzu, a w przypadku pochmurnych nocy
potencjalne niebezpieczeństwo zderzeń własnych samolotów, zwłaszcza nad
celem lub w czasie wykonywania manewru przeciwartyleryjskiego. Harris
wiedział już o niejednym takim wypadku, mimo z góry ustalonych i niby
przestrzeganych ograniczeń wysokości lotu, prędkości, kursu.
Biorąc pod uwagę te niebezpieczeństwa i trudności, dowódca Bomber
Command był jednak za koniecznością nieustannego rozszerzania akcji
bojowych nad Rzeszą. Liczył bardzo na nowe urządzenia.
-?Ej, generale Harris, nad czym zamyślił się pan tak bardzo? -?słowa
premiera wyrwały generała z zadumy. -?Miał pan dla mnie jakąś
niespodziankę -?przypominał Churchill z uśmiechem, spoglądając raz na
generała marszałka Portala, to znów na ministra Sinclaira.
-?Istotnie, panie premierze. Chciałbym zameldować, że wprowadzamy na
wyposażenie naszych maszyn dwa typy urządzeń radionawigacyjnych, które z pewnością pomogą nam zarówno bezbłędnie dolatywać w rejon celu, jak i dokładniej niż dotąd bombardować. Jedno z nich, oznaczone kryptonimem
GEE, służy do naprowadzania maszyn nad rejon celu bez widoczności ziemi
w nocy za pomocą trzech stacji radiowych wysyłających fale
elektromagnetyczne w kierunku samolotu. Odbiornik tych fal,
zainstalowany na stanowisku nawigatora samolotu, rejestruje różnice
czasowe wysyłanych i odbieranych impulsów, a sprzężone urządzenie
automatycznie ocenia odległość samolotu od nadajników i wykreśla kurs
maszyny. Być może przypomina pan sobie, sir, że próby takich urządzeń
były prowadzone jeszcze w tysiąc dziewięćset czterdziestym pierwszym
roku, nadal je doskonalimy. Wydaje się, że jeszcze tej nocy możemy
przekonać się o ich walorach -?kończył swą informację generał Harris.
-?Jak to? To znaczy, chce pan powiedzieć, że dzisiejszej nocy są one
praktycznie sprawdzane?
-?Tak. Nie tylko dziś, ale również dziś i mamy nadzieję, że to wszystko
wypadnie pomyślnie -?spokojnie odpowiedział szef Bomber Command.
-?No więc dobrze, panowie -?Churchill zwrócił się do wszystkich trzech
wojskowych -?mam nadzieję, że wystarczająco jasno potwierdziliśmy swą
wolę rozszerzenia ofensywy bombowej na Niemcy. -?Sir Winston ciężko
wstał z fotela, co oznaczało, że spotkanie dobiegło końca. -?Chciałbym i ja sprawić panom niespodziankę -?ożywił się. -?Przed dwoma tygodniami
Stalin przysłał mi film dokumentalny o bitwie i zwycięstwie pod
Stalingradem. Oglądałem już ten film kilka dni temu i przyznaję, że
wywarł on na mnie wielkie wrażenie. Zapraszam was, panowie, do siebie na
przyszły wtorek, obejrzymy go wspólnie. -?Winston Churchill wraz ze
swymi gośćmi wyszedł z biblioteki. Już na schodach prowadzących do
bawialni informował ich, że przed rozpoczęciem przyjęcia napisał właśnie
list do prezydenta Roosevelta, informując go w nim, że w Londynie
powstał film dokumentalny o bitwie pod El-Alamein.
-?Wydaje mi się -?kontynuował Churchill -?że prezydent obejrzy ten film
z zainteresowaniem, a wiecie dlaczego? -?zwracał się do wszystkich,
którzy już w salonie dołączyli do rozmówców gospodarza -?dlatego, że w akcji uczestniczą amerykańskie Shermany. O, i jeszcze jedna rzecz,
byłbym o niej zupełnie zapomniał. -?Sir Winston ruszył żwawo w kierunku
ściany, na której wisiał portret tajemniczego wojskowego.
-?Wiecie, kto to jest? Oczywiście nie! To jest... to jest amerykański
Churchill! No, czego stoicie tacy zdumieni! Im więcej będzie Churchillów
w Stanach, tym będzie tam lepiej, nieprawdaż, drogi doktorze? -?z szerokim, jowialnym uśmiechem zwrócił się gospodarz w stronę lorda
Morana. -?Otóż jest to generał armii amerykańskiej Sylwester Churchill -
wyjaśniał sir Winston -?mój prapradziadek, który zmarł w Stanach w tysiąc osiemset sześćdziesiątym drugim roku. Portret ten otrzymałem od
prezydenta przed ośmioma miesiącami. Prawda, że to piękny obraz -?dodał
z dumą, odprowadzając gości do obszernego hallu.
Za drzwiami słychać było warkot silników podjeżdżających samochodów.
Było już po północy z 5 na 6 marca, gdy wygaszono światła w rezydencji
brytyjskiego premiera w Chequers, tylko gdzieś na południowy wschód od
tej uroczej miejscowości białe na tle czarnego nieba klingi świateł
reflektorów przeciwlotniczych wymacywały nocnych samolotów z czarnymi
krzyżami na skrzydłach.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki