Ostrożnie z marzeniami (#4) - Jeffrey Archer

Reflow text when sidebars are open.
- Tym razem postarajcie się skończyć robotę. - Don Pedro Martinez prawie krzyczał. - To nie powinno być za trudne - dodał, wychylając się do przodu na krześle. - Wczoraj rano mogłem bez przeszkód wejść do szpitala, a wieczorem to powinno być o wiele łatwiejsze.
- Jak mamy go ukatrupić? - spytał rzeczowo Karl.
- Poderżnij mu gardło - odparł Martinez. - Wystarczy ci biały kitel, stetoskop i skalpel chirurgiczny. Upewnij się tylko, żeby był ostry.
- To może nie być rozsądne - ocenił Karl. - Lepiej udusić chłopca poduszką, żeby uznali, że umarł z powodu obrażeń.
- Nie, chcę, żeby ten młody Clifton umierał powolną i bolesną śmiercią. Im wolniej, tym lepiej.
- Rozumiem, co pan czuje, szefie, ale lepiej nie dawać temu inspektorowi policji więcej powodów do wznowienia śledztwa.
Martinez miał rozczarowaną minę.
- No dobrze, to go uduś - powiedział niechętnie. - Ale postaraj się, żeby to trwało jak najdłużej.
- Czy pan chce, żeby Diego i Luis mi pomagali?
- Nie. Chcę, żeby byli na pogrzebie jako przyjaciele Sebastiana i żeby zdali mi relację. Chcę usłyszeć, że oni cierpią tak bardzo, jak ja cierpiałem, kiedy pierwszy raz uświadomiłem sobie, że to nie Bruno przeżył.
- Ale co z...
Zaczął dzwonić telefon na biurku. Don Pedro schwycił słuchawkę.
- Tak? - zapytał.
- Dzwoni pułkownik Scott-Hopkins - oznajmiła sekretarka. - Chce z panem omówić pewną sprawę prywatną. Mówi, że to pilne.
Wszyscy czworo przesunęli w swoich kalendarzach terminy spotkań, żeby się stawić nazajutrz o dziewiątej rano w biurze rządowym na Downing Street.
Sir Alan Redmayne, sekretarz Gabinetu rządowego, odwołał spotkanie z ambasadorem francuskim, panem Chauvelem, z którym zamierzał porozmawiać o konsekwencjach prawdopodobnego powrotu Charles'a de Gaulle'a do Pałacu Elizejskiego.
Sir Giles Barrington, członek parlamentu, nie weźmie udziału w cotygodniowym spotkaniu gabinetu cieni, ponieważ, jak wyjaśnił przywódcy opozycji panu Gaitskellowi, wynikła poważna sprawa rodzinna.
Harry Clifton nie będzie podpisywał egzemplarzy swojej najnowszej książki zatytułowanej Krew gęstsza od wody w księgarni Hatcharda na Piccadilly. Podpisał zawczasu sto egzemplarzy, żeby udobruchać kierownika, który nie krył zawodu, szczególnie gdy się dowiedział, że Harry znajdzie się na szczycie listy bestsellerów w niedzielę.
Emma Barrington przesunęła spotkanie z Rossem Buchananem, podczas którego mieli rozmawiać o jego pomyśle budowy nowego luksusowego statku pasażerskiego, który, jeżeli rada nadzorcza wyrazi poparcie, miałby powiększyć flotę Linii Żeglugowej Barringtona.
Wszyscy czworo zajęli miejsca wokół owalnego stołu w biurze sekretarza gabinetu rządowego.
- To uprzejmie z pana strony, że zgodził się pan spotkać z nami tak szybko - powiedział Giles, który siedział na drugim końcu stołu.
Sir Alan odpowiedział skinieniem głowy.
- Jestem jednak pewien, że pan rozumie obawy państwa Clifton, że życie ich syna nadal jest w niebezpieczeństwie.
- Podzielam ich obawy - przyznał Redmayne - i pragnę powiedzieć, że było mi bardzo przykro, kiedy się dowiedziałem o wypadku pani syna, pani Clifton. Zwłaszcza że czuję się po części winien temu, co się stało. Jednak zapewniam panią, że nie pozostaję bezczynny. W czasie weekendu rozmawiałem z panem Owenem, nadinspektorem Milesem i miejscowym koronerem. Okazali się nadzwyczaj chętni do współpracy. I muszę się zgodzić z Milesem, że nie ma dostatecznych dowodów, aby uznać, że Don Pedro Martinez był w jakikolwiek sposób odpowiedzialny za ten wypadek.
Na widok irytacji malującej się na twarzy Emmy sir Alan prędko dodał:
- Niemniej jednak inną rzeczą jest móc czegoś dowieść, inną nie mieć żadnych wątpliwości, i kiedy się dowiedziałem, że Martinez nie zdawał sobie sprawy, że jego syn był wtedy w samochodzie, doszedłem do wniosku, że może zechce znowu uderzyć, mimo że wydaje się to irracjonalne.
- Oko za oko - wtrącił Harry.
- Może pan mieć rację - powiedział sekretarz Gabinetu. - Najwyraźniej nie darował nam tego, co uważa za kradzież ośmiu milionów funtów, nawet jeśli były fałszywe, i wprawdzie może jeszcze się nie połapał, że rząd stał za tą operacją, lecz nie ulega wątpliwości, że wierzy, iż to państwa syn jest osobiście odpowiedzialny za to, co się stało w Southampton, i jest mi przykro, że w swoim czasie nie potraktowałem dość poważnie pani obaw.
- Przynajmniej za to jestem panu wdzięczna - zareagowała Emma. - Ale to nie pan bezustannie zastanawia się, kiedy i gdzie Martinez znów zaatakuje. A przecież każdy może wejść do szpitala i wyjść z niego tak łatwo, jakby to był dworzec autobusowy.
- Nie mogę się nie zgodzić - rzekł Redmayne. - Sam tam byłem wczoraj po południu.
Ta nowina na moment wszystkich uciszyła, dzięki czemu Redmayne mógł kontynuować.
- Jednak zapewniam panią, pani Clifton, że tym razem podjąłem konieczne kroki, aby pani synowi nie groziło więcej żadne niebezpieczeństwo.
- Czy może pan powiedzieć państwu Clifton, skąd ta pewność? - zapytał Giles.
- Nie, sir Gilesie, nie mogę.
- Dlaczego? - spytała Emma.
- Ponieważ tym razem muszę zaangażować w tę sprawę ministra spraw wewnętrznych, jak również ministra obrony, zatem jestem związany poufnością wymaganą przez Tajną Radę Królewską.
- A cóż to znowu za brednie? - zirytowała się Emma. - Proszę nie zapominać, że mówimy o życiu mojego syna.
- Gdyby ta sprawa dostała się kiedyś do wiadomości publicznej - rzekł Giles, zwracając się do siostry - nawet za pięćdziesiąt lat, ważną rzeczą byłoby dowieść, że ani ty, ani Harry nie byliście świadomi, że zaangażowali się w nią członkowie Gabinetu.
- Jestem panu wdzięczny, sir Giles - powiedział sir Alan.
- Z trudem przełknę te pompatyczne, zaszyfrowane wiadomości, którymi panowie się wymieniacie - odezwał się Harry - jeżeli mogę mieć pewność, że życie mojego syna nie jest zagrożone, bo gdyby coś miało się stać Sebastianowi, to wtedy, sir Alanie, tylko jeden człowiek będzie temu winien.
- Przyjmuję tę przestrogę, panie Clifton. Jednak mogę potwierdzić, że Martinez już nie zagraża Sebastianowi ani nikomu z państwa rodziny. Prawdę powiedziawszy, nagiąłem zasady do granic możliwości, co jest warte znacznie więcej niż życie Martineza.
Harry wciąż miał sceptyczną minę i wprawdzie Giles zdawał się aprobować słowa sir Alana, to wiedział, że musiałby zostać premierem, żeby sekretarz Gabinetu wyjawił powód swojej pewności, a może i wtedy by tego nie zrobił.
- Mimo to - ciągnął sir Alan - nie wolno zapominać, że Martinez jest pozbawionym skrupułów, zdradliwym człowiekiem, i nie wątpię, że nadal będzie szukał jakiegoś sposobu, żeby się zemścić. Póki jednak trzyma się litery prawa, niewiele możemy na to poradzić.
- Przynajmniej tym razem będziemy przygotowani - powiedziała Emma, aż za dobrze zdając sobie sprawę, co ma na myśli sekretarz Gabinetu.
Pułkownik Scott-Hopkins zastukał do drzwi domu numer 44 przy Eaton Square minutę przed dziesiątą. Po kilku chwilach drzwi otworzył olbrzymi mężczyzna, przy którym dowódca jednostki do zadań specjalnych wydawał się karzełkiem.
- Nazywam się Scott-Hopkins. Jestem umówiony z panem Martinezem.
Karl lekko się skłonił i uchylił drzwi na tyle tylko, żeby gość Martineza mógł się przez nie przecisnąć. Towarzyszył pułkownikowi w holu, a potem zapukał do drzwi gabinetu.
- Wejść.
Kiedy pułkownik wkroczył do pokoju, Don Pedro wstał zza biurka i rzucił na przybysza podejrzliwe spojrzenie. Nie miał pojęcia, dlaczego funkcjonariusz jednostki do zadań specjalnych chce się z nim pilnie zobaczyć.
- Napije się pan kawy, panie pułkowniku? - zapytał Don Pedro, gdy mężczyźni uścisnęli sobie ręce. - A może czegoś mocniejszego?
- Nie, dziękuję panu. Dla mnie jest trochę za wcześnie.
- To niech pan siada i mówi, dlaczego chciał mnie pan pilnie widzieć. - Milczał chwilę. - Jestem pewien, że pan rozumie, że jestem zapracowanym człowiekiem.
- Aż za dobrze wiem, jaki był pan ostatnio zapracowany, więc przejdę od razu do rzeczy.
Don Pedro usiłował nic po sobie nie pokazać, rozsiadając się w fotelu i wbijając wzrok w pułkownika.
- Po prostu moim celem jest zapewnić, żeby Sebastian Clifton miał długie i spokojne życie.
Maska aroganckiej pewności siebie opadła z twarzy Martineza. Szybko odzyskał animusz i usiadł prosto.
- Co pan sugeruje? - krzyknął, ściskając poręcze fotela.
- Myślę, że pan dobrze wie, panie Martinez. Powiem jednak bez ogródek. Jestem tutaj, żeby zapewnić, że nikomu z rodziny Cliftonów nie stanie się krzywda.
Don Pedro zerwał się z fotela i wycelował palec w pułkownika.
- Sebastian Clifton był najbliższym przyjacielem mojego syna.
- Nie wątpię w to, panie Martinez. Ale ja mam wyraźne instrukcje: mam po prostu pana ostrzec, że gdyby Sebastian albo ktoś inny z jego rodziny uległ następnemu wypadkowi, wtedy pańscy synowie Diego i Luis znajdą się w pierwszym samolocie odlatującym do Argentyny, i to nie w pierwszej klasie, ale w luku towarowym, w dwu drewnianych skrzynkach.
- Kim ja jestem według pana, że mi pan grozi? - ryknął Martinez, zaciskając pięści.
- Tuzinkowym południowoamerykańskim gangsterem, któremu się wydaje, że skoro ma trochę forsy i mieszka na Eaton Square, to może uchodzić za dżentelmena.
Don Pedro wcisnął guzik pod blatem biurka. Po chwili otworzyły się drzwi i do pokoju wpadł Karl.
- Wyrzuć stąd tego faceta - rozkazał Don Pedro, wskazując pułkownika - a ja dzwonię do mojego adwokata.
- Dzień dobry, poruczniku Lunsdorf - powiedział pułkownik, gdy Karl zrobił krok w jego stronę. - Jako były członek SS, rozumie pan, w jak słabej pozycji znalazł się pański szef.
Karl stanął jak wryty.
- Udzielę panu jednej rady. Gdyby pan Martinez nie spełnił moich warunków, nasze plany wobec pana nie zakładałyby deportacji do Buenos Aires, gdzie tak liczni dawni pańscy koledzy wegetują; nie, myślimy o innym miejscu przeznaczenia, gdzie spotka pan kilku obywateli, którzy z wielką radością zeznają, jaką rolę pan pełnił jako jeden z zaufanych przybocznych doktora Goebbelsa i do czego się pan posuwał, żeby wydobyć od nich informacje.
- Pan blefuje - rzucił Martinez. - Nigdy nie uszłoby to panu na sucho.
- Jak mało pan zna Brytyjczyków, panie Martinez - powiedział pułkownik. Podniósł się z fotela i skierował się wprost do okna. - Pozwolę sobie przedstawić panom kilku typowych przedstawicieli naszego wyspiarskiego szczepu.
Martinez i Karl podeszli do niego i wyjrzeli przez okno. Po drugiej stronie ulicy stało trzech mężczyzn, w których nie chciałoby się mieć wrogów.
- To trzej z moich najbardziej zaufanych kolegów - wyjaśnił pułkownik. - Jeden z nich będzie obserwował pana dzień i noc, licząc na to, że popełni pan fałszywy ruch. Po lewej stoi kapitan Hartley, którego pechowo wyrzucono z Gwardii Dragonów za to, że oblał benzyną żonę i jej kochanka, którzy słodko spali, dopóki nie zapalił zapałki. Co zrozumiałe, po wyjściu z więzienia było mu trudno znaleźć jakieś zatrudnienie. Po jakimś czasie zabrałem go z ulicy i przywróciłem do życia.
Hartley serdecznie się do nich uśmiechnął, jakby wiedział, że o nim mowa.
- W środku stoi kapral Crann, z zawodu stolarz. Bardzo lubi piłować, wszystko jedno drewno czy kości.
Crann spoglądał na nich obojętnie.
- Ale przyznaję - ciągnął pułkownik - że moim ulubieńcem jest sierżant Roberts, notowany socjopata. Na ogół nieszkodliwy, ale boję się, że po wojnie nie przywykł do życia w cywilu. - Pułkownik zwrócił się do Martineza. - Może nie powinienem mu mówić, że doszedł pan do majątku, kolaborując z nazistami, ale oczywiście w ten sposób spotkał pan porucznika Lunsdorfa. Tą ciekawostką nie podzielę się z Robertsem, jeśli mnie pan naprawdę nie zirytuje, bo widzi pan, matka sierżanta była Żydówką.
Don Pedro odwrócił się od okna i ujrzał, że Karl wpatruje się w pułkownika, jakby miał ochotę go udusić, ale wie, że to nie miejsce ani czas.
- Jestem zadowolony, że wzbudziłem zainteresowanie panów - powiedział Scott-Hopkins - bo ono daje mi pewność, że zrozumieliście, co jest w waszym najlepszym interesie. Miłego dnia. Teraz znikam.
- Nasz dzisiejszy porządek obrad jest bardzo wypełniony - powiedział prezes. - Byłbym więc wdzięczny, gdyby wypowiedzi kolegów były zwięzłe i na temat.
Rzeczowy sposób prowadzenia przez Rossa Buchanana posiedzeń rady nadzorczej Spółki Żeglugowej Barringtona z czasem wzbudził podziw Emmy. Buchanan nigdy nie faworyzował żadnego członka rady nadzorczej i zawsze słuchał uważnie każdego, kto prezentował pogląd przeciwny niż jego własny. Czasami, ale tylko czasami, można go nawet było nakłonić do zmiany zdania. Potrafił też podsumować skomplikowaną dyskusję, eksponując przy tym każdy poszczególny pogląd. Emma wiedziała, że niektórzy członkowie rady uważali jego szkockie maniery za dość szorstkie, ale uznała, że to wynika tylko ze względów praktycznych, i czasem się zastanawiała, jak jej sposób podejścia różniłby się od stylu Buchanana, gdyby kiedyś zajęła stanowisko prezesa. Szybko odrzuciła tę myśl i skupiła się na najważniejszym punkcie porządku obrad. Poprzedniego wieczoru Emma przećwiczyła sobie, co zamierza powiedzieć w obecności Harry'ego, który wystąpił w roli prezesa.
Gdy Philip Webster, główny księgowy, odczytał protokół z ostatniego spotkania rady i uporał się z wszelkimi kwestiami, jakie się wyłoniły, prezes przeszedł do pierwszego punktu porządku obrad: propozycji, aby rada nadzorcza ogłosiła przetarg na budowę MV Buckinghama, luksusowego statku pasażerskiego, który wszedłby w skład floty Barringtona.
Buchanan wyraźnie stwierdził, że uważa, iż jest to jedyna droga rozwoju, jeśli spółka chce nadal zachować pozycję jednej z najlepszych linii żeglugowych w kraju. Kilku członków rady skinieniem głowy okazało, że się zgadzają.
Po prezentacji swoich argumentów Buchanan wezwał Emmę, żeby przedstawiła pogląd przeciwny. Zaczęła od stwierdzenia, że skoro oprocentowanie kredytu bankowego jest obecnie na rekordowo wysokim poziomie, to spółka powinna skonsolidować swoją pozycję i nie ryzykować tak wielkich nakładów finansowych na coś, co ma jej zdaniem najwyżej pięćdziesiąt procent szans powodzenia.
Pan Anscott, który został powołany do rady jeszcze przez jej nieżyjącego ojca, sir Hugona Barringtona, zasugerował, że nadszedł czas, żeby zaszaleć. Nikt się nie zaśmiał. Kontradmirał Summers był zdania, że nie powinni podejmować tak radykalnej decyzji bez aprobaty udziałowców.
- To my jesteśmy na mostku kapitańskim - przypomniał Buchanan admirałowi - toteż my powinniśmy podjąć decyzję.
Admirał spochmurniał, ale nic nie powiedział. W końcu odda głos, który będzie mówił sam za siebie.
Emma uważnie przysłuchiwała się opiniom każdego z członków rady i szybko zdała sobie sprawę, że są podzieleni równo na pół. Jeden czy dwóch było niezdecydowanych, ale Emma przypuszczała, że gdy przyjdzie do głosowania, to wygra prezes.
Godzinę później rada nadzorcza nie była bliższa podjęcia decyzji, a niektórzy jej członkowie tylko powtarzali poprzednie argumenty, co wyraźnie irytowało Buchanana. Emma jednak wiedziała, że w końcu będzie musiał przejść do następnego punktu, ponieważ była jeszcze inna ważna sprawa, którą należało przedyskutować.
- Muszę powiedzieć - stwierdził prezes w podsumowaniu - że nie możemy zbyt długo odkładać podjęcia decyzji, zatem proponuję, żebyśmy się poważnie zastanowili, jakie zająć stanowisko w tej poważnej kwestii. Prawdę mówiąc, chodzi o przyszłość naszej firmy. Proponuję, żebyśmy podczas spotkania w następnym miesiącu zagłosowali, czy zlecić przetarg, czy zarzucić ten projekt.
- Albo przynajmniej poczekać na bardziej sprzyjające wiatry - zasugerowała Emma.
Prezes niechętnie podjął kolejne tematy, a ponieważ były one o wiele mniej kontrowersyjne, kiedy w końcu zapytał, czy są jeszcze jakieś sprawy, po wcześniejszej burzliwej dyskusji zapanowała o wiele spokojniejsza atmosfera.
- Posiadam pewną informację, którą mam obowiązek przekazać radzie - odezwał się główny księgowy. - Nie mogliście państwo nie zauważyć, że w ostatnich tygodniach kurs naszych akcji stale szedł w górę, i zapewne zastanawialiście się dlaczego, skoro nie wydaliśmy żadnego ważnego obwieszczenia ani nie ogłosiliśmy przewidywań co do zysków. Otrzymałem list od dyrektora Midland Banku z St James w Mayfair z wiadomością, że jeden z jego klientów posiada siedem i pół procent udziałów naszej spółki, a zatem mianuje osobę, która będzie go reprezentowała w radzie nadzorczej.
- Niech zgadnę - powiedziała Emma. - Ani chybi majora Aleksa Fishera.
- Obawiam się, że tak - rzucił prezes, odsłaniając przyłbicę, co rzadko mu się zdarzało.
- A jeżeli zgadnę, kogo zacny major będzie reprezentował, to czy dostanę jakąś nagrodę? - zagadnął kontradmirał.
- Nie - odparł Buchanan - bo nie zgadnie pan. Chociaż muszę przyznać, że kiedy pierwszy raz usłyszałem tę wiadomość, to pomyślałem, jak pan, że to będzie nasza stara przyjaciółka, lady Virginia Fenwick. Jednak dyrektor Midland Banku zapewnił mnie, że jaśnie pani nie jest jego klientką. Kiedy naciskałem, żeby się dowiedzieć, kto posiada te akcje, grzecznie odpowiedział, że nie może wyjawić tej informacji, co w mowie bankowców oznacza - pilnuj pan własnego nosa.
- Nie mogę się doczekać, żeby się dowiedzieć, jak major zagłosuje w sprawie budowy Buckinghama - powiedziała Emma z drwiącym uśmiechem - bo jednego możemy być pewni. Człowiekowi, którego on reprezentuje, na pewno interes firmy Barringtona nie leży na sercu.
- Bądź pewna, Emmo, że nie chciałbym, aby ten gnojek przeważył szalę na jedną albo drugą stronę.
Emmę zamurowało.
Jedną z godnych podziwu cech prezesa była jego zdolność pomijania wszelkich różnic zdań, nawet poważnych, po zakończeniu spotkania rady nadzorczej.
- Co ostatnio słychać u Sebastiana? - zapytał Emmę, kiedy dołączył do niej na drinka przed lunchem.
- Siostra przełożona mówi, że jest bardzo zadowolona z jego postępów. Z radością mogę powiedzieć, że z każdą wizytą w szpitalu widzę wyraźną poprawę. Zdjęto mu gips z lewej nogi i teraz patrzy na świat obojgiem oczu i ma zdanie na każdy temat: od wujka Gilesa, który według niego jest odpowiednim człowiekiem, żeby zastąpić Gaitskella na stanowisku przywódcy Partii Pracy, po parkometry, które uważa za kolejną sztuczkę rządu, żeby wyciągnąć od nas ciężko zarobione pieniądze.
- Zgadzam się z nim w obu sprawach - powiedział Ross. - Miejmy nadzieję, że ta jego żywiołowość zwiastuje całkowity powrót do zdrowia.
- Jego lekarz tak uważa. Pan Owen mi powiedział, że współczesna chirurgia poczyniła gwałtowne postępy w czasie wojny, bo trzeba było operować tak licznych żołnierzy, kiedy brakowało czasu na zasięganie dodatkowych opinii. Trzydzieści lat temu Seb by skończył na wózku inwalidzkim i tkwił tam do końca życia, ale dzisiaj już mu to nie grozi.
- Czy wciąż ma nadzieję zacząć studia w Cambridge w trymestrze świętego Michała?
- Myślę, że tak. Niedawno odwiedził go jego opiekun naukowy, który mu powiedział, że powinien stawić się w Peterhouse we wrześniu. Dał mu nawet jakieś książki do czytania.
- Cóż, nie może udawać, że mnóstwo rzeczy go rozprasza.
- Zabawne, że o tym wspominasz - zauważyła Emma - bo ostatnio zaczęła go bardzo interesować sytuacja naszej spółki, co jest dość zaskakujące. Prawdę mówiąc, czyta od początku do końca protokoły każdego posiedzenia rady nadzorczej. Nawet kupił dziesięć akcji, co daje mu prawo śledzić każde nasze posunięcie, i mówię ci, Ross, on się nie krępuje z wyrażaniem swoich poglądów, przynajmniej w sprawie propozycji budowy Buckinghama.
- Niewątpliwie pod wpływem dobrze znanej opinii swojej matki w tej kwestii - powiedział z uśmiechem Buchanan.
- Nie, to dziwne - zaprzeczyła Emma - ale ktoś inny doradza mu w tej sprawie.
Emma wybuchnęła śmiechem.
Harry spojrzał na nią z drugiego końca stołu i odłożył gazetę.
- Nie mogę znaleźć niczego ani trochę śmiesznego w dzisiejszym "Timesie", podziel się ze mną tym żartem.
Emma upiła łyk kawy, po czym znów wzięła do ręki "Daily Express".
- Zdaje się, że lady Virginia Fenwick, jedyna córka dziewiątego hrabiego Fenwick, wystąpiła o rozwód z hrabią Mediolanu. William Hickey sugeruje, że Virginia dostanie w ramach ugody około dwustu pięćdziesięciu tysięcy funtów plus mieszkanie przy Lowndes Square oraz posiadłość ziemską w Berkshire.
- Niezły zysk jak na dwa lata małżeńskich wysiłków.
- I oczywiście jest też wzmianka o Gilesie.
- Zawsze tak będzie, ilekroć Virginia znajdzie się na pierwszych stronach gazet.
- Tak, ale tym razem komentarz jest pochlebny - Emma znowu spojrzała w gazetę. - "Pierwszy mąż lady Virginii, sir Giles Barrington, poseł do parlamentu z ramienia Bristol Docklands, jest powszechnie typowany na ministra, jeżeli laburzyści wygrają następne wybory".
- Myślę, że to mało prawdopodobne.
- Że Giles zostanie ministrem?
- Nie, że laburzyści wygrają następne wybory.
- "Okazał się budzącym respekt rzecznikiem przywództwa opozycji - czytała dalej Emma - i niedawno zaręczył się z doktor Gwyneth Hughes, wykładowczynią w Królewskim Kolegium w Londynie". Piękna fotografia Gwyneth i okropna Virginii.
- To się nie spodoba Virginii - rzekł Harry, wracając do swojego "Timesa". - Ale teraz niewiele może na to poradzić.
- Nie bądź tego taki pewien - powiedziała Emma. - Odnoszę wrażenie, że ten skorpion może jeszcze boleśnie ukąsić.
Harry i Emma co niedziela jechali z Gloucestershire do Harlow w odwiedziny do Sebastiana, zawsze w towarzystwie Jessiki, która nigdy nie pominęła okazji zobaczenia swojego wspaniałego brata. Za każdym razem, gdy Emma skręcała na lewo za bramą Manor House, wyruszając w daleką drogę do Princess Alexandra Hospital, nie mogła opędzić się od wspomnień o pierwszej podróży, kiedy myślała, że jej syn zginął w wypadku samochodowym. Dziękowała Bogu, że nie zatelefonowała wtedy do Grace i do Gilesa i nie podzieliła się z nimi tą wiadomością i że Jessica była na obozie skautek w Quantocks, kiedy dzwonił tutor. Tylko biedny Harry przez dwadzieścia cztery godziny tkwił w przekonaniu, że nigdy już nie zobaczy syna.
Dla Jessiki wizyty u Sebastiana były najważniejszym wydarzeniem tygodnia. Obdarowywała brata swoją ostatnią pracą, a po pokryciu całej powierzchni opatrunków gipsowych wizerunkami Manor House, rodziny i przyjaciół zabierała się do ścian szpitalnych. Przełożona wieszała każdy nowy obraz w korytarzu poza oddziałem, ale przyznała, że niebawem będzie musiała zejść z nimi piętro niżej. Emma miała tylko nadzieję, że Sebastian wyjdzie ze szpitala, zanim podarunki Jessiki sięgną recepcji. Zawsze czuła się trochę zakłopotana, kiedy córka wręczała przełożonej swoje najnowsze dzieło.
- Niechże się pani nie krępuje - pocieszała ją panna Puddicombe. - Powinna pani zobaczyć te bohomazy, którymi mnie obdarowują rodzice zakochani w swoich pociechach, spodziewając się, że powieszę je w biurze. W każdym razie, kiedy Jessica zostanie przyjęta w poczet członków Akademii Królewskiej, sprzedam jej obrazy i zbuduję za to nowy oddział.
Emmie nie trzeba było przypominać, jak utalentowana jest jej córka, gdyż wiedziała, że panna Fielding, która prowadziła zajęcia plastyczne w Red Maids', zamierzała zgłosić kandydaturę Jessiki do komisji stypendialnej w Szkole Sztuk Pięknych Slade'a i była pewna pozytywnego wyniku.
- To wyzwanie, proszę pani, uczyć kogoś, kto jest ode mnie bardziej utalentowany - wyznała kiedyś Emmie nauczycielka.
- Proszę jej nigdy tego nie mówić - powiedziała Emma.
- Każdy to wie - odparła panna Fielding - i wszyscy spodziewamy się wielkich wydarzeń w przyszłości. Nikt się nie zdziwi, kiedy Jessica dostanie się do Akademii Królewskiej, pierwsza uczennica Red Maids'.
Jessica zdawała się trwać w błogiej nieświadomości co do swojego wyjątkowego talentu, jak zresztą i co do wielu innych spraw, myślała Emma. Wielokrotnie ostrzegała Harry'ego, że jest tylko kwestią czasu, kiedy ich adoptowana córka przypadkiem się dowie, kto był jej ojcem, i że lepiej, żeby usłyszała o tym od kogoś z rodziny niż od obcego człowieka. Harry miał dziwne opory przed odkryciem Jessice prawdziwego powodu, dla którego przed laty zabrali ją z Domu Doktora Barnardo, pomijając kilka innych bardziej odpowiednich kandydatek. Giles i Grace zaofiarowali się, że wytłumaczą Jessice, jak doszło do tego, że mają wspólnego ojca, sir Hugona Barringtona, i dlaczego jej matka przyczyniła się do jego przedwczesnej śmierci.
W chwili gdy Emma zajechała swoim austinem A30 na parking szpitalny, Jessica wyskoczyła z samochodu z najnowszym malowidłem pod pachą, tabliczką mlecznej czekolady Cadbury'ego w ręce i biegła cały czas, aż dopadła łóżka Sebastiana. Emma nie sądziła, że ktoś może bardziej od niej kochać jej syna, ale jeśli istniał ktoś taki, to była to Jessica.
Kiedy Emma kilka minut później wkroczyła na oddział, z zaskoczeniem i radością ujrzała, że pierwszy raz Sebastian nie leży w łóżku, ale siedzi w fotelu. Gdy zobaczył matkę, podniósł się, chwycił równowagę, a potem pocałował Emmę w oba policzki; znów coś, co się zdarzyło pierwszy raz. Kiedy nadchodzi ten moment, pomyślała Emma, gdy matki przestają całować swoje dzieci, a młodzi mężczyźni zaczynają całować swoje matki?
Jessica szczegółowo opowiadała bratu o tym, co się wydarzyło podczas tygodnia, więc Emma przycupnęła na brzegu łóżka i zadowolona drugi raz słuchała o wyczynach córeczki. Kiedy Jessica wreszcie skończyła swój monolog, Sebastian odwrócił się do matki i powiedział:
- Dziś rano jeszcze raz przeczytałem protokół z ostatniego posiedzenia rady nadzorczej. Zdajesz sobie sprawę, że na następnym spotkaniu prezes zarządzi głosowanie i tym razem nie będziesz mogła uniknąć powzięcia decyzji w sprawie budowy Buckinghama?
Emma nie zareagowała, a tymczasem Jessica obróciła się i zaczęła szkicować portret starego mężczyzny, który spał na sąsiednim łóżku.
- Na jego miejscu postąpiłbym tak samo - ciągnął Sebastian. - Jak myślisz, kto wygra?
- Nikt nie wygra - powiedziała Emma - bo niezależnie od wyniku rada będzie podzielona do czasu, kiedy się okaże, kto miał rację.
- Miejmy nadzieję, że nie, bo myślę, że czeka was o wiele poważniejszy problem, i to taki, który będzie wymagał, żebyś działała w zgodzie razem z prezesem.
- Fisher?
Sebastian skinął głową.
- Bóg jeden wie, jak on zagłosuje, kiedy trzeba będzie zdecydować, czy podjąć czy nie budowę Buckinghama.
- Fisher będzie głosował tak, jak mu każe Don Pedro Martinez.
- Skąd możesz być pewna, że to nie lady Virginia, lecz Martinez kupił akcje?
- Według tego, co pisze William Hickey w "Daily Expressie", Virginia jest w trakcie kolejnego trudnego rozwodu, więc zapewne jest skupiona na tym, jakie alimenty wyciągnie od hrabiego Mediolanu, a dopiero potem pomyśli, jak je wydawać. Zresztą mam swoje powody, żeby uważać, że to Martinez stoi za ostatnim zakupem akcji.
- Sam już doszedłem do tego wniosku - przyznał Sebastian - bo jedną z ostatnich rzeczy, którą usłyszałem od Brunona, kiedy jechaliśmy samochodem do Cambridge, była wiadomość, że jego ojciec miał spotkanie z majorem i że podczas ich rozmowy padło nazwisko Barrington.
- Jeżeli to prawda - powiedziała Emma - to Fisher poprze prezesa, bodaj dlatego, żeby zemścić się na Gilesie za to, że uniemożliwił mu wejście do parlamentu.
- Nawet jeśli tak, to nie będzie chciał, żeby budowa Buckinghama przebiegała bez przeszkód. Co to, to nie. Zmieni stanowisko, jak tylko będzie miał okazję narazić na szwank finanse firmy na krótką metę albo jej reputację na dalszą metę. Wybacz banał, ale natura ciągnie wilka do lasu. Pamiętaj, że jego cel jest przeciwny do twojego. Ty chcesz sukcesu przedsiębiorstwa, on pragnie jego upadku.
- Ale dlaczego miałby tego chcieć?
- Mamo, przypuszczam, że znasz aż za dobrze odpowiedź na to pytanie.
Sebastian czekał, jak Emma zareaguje, ale ona po prostu zmieniła temat.
- Skąd nagle masz tyle wiadomości?
- Co dzień pobieram lekcje u pewnego eksperta. Co więcej, jestem jego jedynym uczniem - Sebastian dodał bez dalszych szczegółów.
- A co zdaniem twojego eksperta powinnam zrobić, gdybym chciała, żeby rada nadzorcza mnie poparła i głosowała przeciwko budowie Buckinghama?
- Obmyślił plan, który ci zapewni wygraną na następnym posiedzeniu rady nadzorczej.
- To niemożliwe, ponieważ rada jest podzielona równo pół na pół.
- Och, to jest możliwe - powiedział Sebastian - ale tylko jeśli zechcesz grać jak Martinez.
- O czym myślisz?
- Dopóki rodzina posiada dwadzieścia dwa procent udziałów spółki - ciągnął Sebastian - masz prawo mianować do rady nadzorczej jeszcze dwóch członków. Wystarczy więc, jeżeli dokooptujesz wujka Gilesa i ciotkę Grace, którzy cię poprą, kiedy dojdzie do decydującego głosowania. Wtedy nie przegrasz.
- Nigdy bym tego nie zrobiła - rzuciła Emma.
- Dlaczego, skoro gra idzie o tak wysoką stawkę?
- Ponieważ to by podkopało pozycję Rossa Buchanana jako prezesa. Gdyby przegrał tak ważne głosowanie, bo rodzina zmówiła się przeciw niemu, nie miałby wyboru i musiałby ustąpić. I podejrzewam, że inni członkowie rady nadzorczej poszliby jego śladem.
- Ale to mogłoby być najlepsze na dalszą metę dla przedsiębiorstwa.
- Być może, ale ja powinnam dowieść, że do mnie należy ostatnie słowo, a nie manipulować głosowaniem. To tani trik, do którego mógłby się zniżyć Fisher.
- Moja kochana mamo, nikt cię nie podziwia bardziej niż ja za to, że zawsze wybierasz wysoce moralny sposób postępowania, ale kiedy ma się do czynienia z Martinezami tego świata, to musisz zrozumieć, że oni nie mają żadnych zasad moralnych i zawsze wybiorą drogę występku. Przecież on by wpełzł do najbliższego rynsztoka, gdyby uznał, że to mu zapewni zwycięstwo w głosowaniu.
Zapanowało długie milczenie, aż wreszcie Sebastian bardzo cicho powiedział:
- Mamo, kiedy obudziłem się pierwszy raz po wypadku, zobaczyłem Don Pedra stojącego w nogach łóżka.
Emma zadrżała.
- Uśmiechał się i rzekł: Jak się czujesz, mój chłopcze? Potrząsnąłem głową i dopiero w tym momencie on pojął, że nie jestem Brunonem. Spojrzenia, które mi rzucił, odchodząc, nie zapomnę do końca życia.
Emma nadal milczała.
- Mamo, nie uważasz, że czas, żebyś mi powiedziała, dlaczego Martinez jest tak zdeterminowany, żeby rzucić naszą rodzinę na kolana? Bo nietrudno zgadnąć, że na A1 on chciał zabić mnie, a nie własnego syna.
"Pan jest zawsze taki niecierpliwy, sierżancie Warwick - powiedział patolog, bliżej przyjrzawszy się ciału.
Ale czy chociaż może pan tylko powiedzieć, jak długo ciało leży w wodzie? - spytał detektyw".
Harry wykreślał słowo "tylko" i zmieniał "leży" na "leżało", kiedy zadzwonił telefon. Odłożył pióro i schwycił słuchawkę.
- Tak - powiedział trochę opryskliwie.
- Harry, tu Harold Guinzburg. Gratuluję, jesteś w tym tygodniu ósmy. - Harold dzwonił w każde czwartkowe popołudnie, żeby zawiadomić Harry'ego, na którym miejscu listy bestsellerów figurował ostatniej niedzieli. - To już dziewiąty tydzień z rzędu w pierwszej piętnastce.
Książka Harry'ego znalazła się na czwartym miejscu miesiąc wcześniej, co było jego najwyższą lokatą, i chociaż nie przyznawał się do tego nawet Emmie, wciąż miał nadzieję, że dołączy do doborowej grupy pisarzy brytyjskich, którzy dotarli na szczyt listy po obydwu stronach Atlantyku. Dwie ostatnie powieści kryminalne z bohaterem Williamem Warwickiem trafiły na pierwsze miejsce w Anglii, ale w Stanach wciąż się to nie udawało.
- Tak naprawdę liczy się wielkość sprzedaży - powiedział Guinzburg, niemal jakby czytał w myślach Harry'ego. - Tak czy owak, jestem przekonany, że zajdziesz jeszcze wyżej, kiedy w marcu książka ukaże się w miękkiej oprawie.
Harry'emu nie umknęło, że wydawca użył słów "jeszcze wyżej", a nie "na pierwsze miejsce".
- Co słychać u Emmy?
- Pracuje nad mową, w której dowodzi, dlaczego przedsiębiorstwo nie powinno budować nowego luksusowego statku pasażerskiego w obecnym czasie.
- To mi nie wygląda na bestseller - zauważył Harold. - Powiedz, jakie postępy robi Sebastian?
- Porusza się teraz na wózku. Ale lekarz zapewnia, że to nie potrwa długo i w przyszłym tygodniu pozwolą mu pierwszy raz wyjść ze szpitala.
- Brawo. Czy to znaczy, że pojedzie do domu?
- Nie, siostra przełożona nie pozwoli mu na tak daleką podróż; przypuszczalnie będzie to wycieczka do Cambridge na wizytę u tutora i podwieczorek z ciotką.
- To gorzej niż w szkole. No, ale już wkrótce stamtąd ucieknie.
- Albo go wyrzucą. Nie jestem pewien, co będzie pierwsze.
- Dlaczego mieliby go wyrzucić?
- Kilka pielęgniarek w miarę zdejmowania kolejnych warstw bandaży zaczęło się bardziej interesować Sebem, a obawiam się, że on ich nie zniechęca.
- Taniec siedmiu zasłon - powiedział Harold.
Harry się roześmiał.
- Czy on nadal ma nadzieję we wrześniu zacząć studia w Cambridge?
- Z tego, co wiem, to tak. Ale on tak bardzo się zmienił od tego wypadku, że nic mnie nie zdziwi.
- Jak się zmienił?
- Nie potrafię określić tego dokładnie. Po prostu tak dojrzał, że rok temu bym nie przypuszczał, że to możliwe. I myślę, że odkryłem dlaczego.
- To intrygujące.
- Na pewno. Opowiem ci szczegółowo, kiedy następnym razem przyjadę do Nowego Jorku.
- Czy muszę tak długo czekać?
- Tak, bo to jest jak moje pisanie. Nie mam pojęcia, co się wydarzy, kiedy odwrócę stronę.
- To powiedz mi o tej niezwykłej dziewczynie.
- Co? Ty też?
- Proszę, powiedz Jessice, że powiesiłem jej rysunek przedstawiający Manor House jesienią w moim gabinecie, obok Roya Lichtensteina.
- Kto to taki?
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Taksówka zajechała pod szpital i Harry zdziwił się na widok Emmy, która stała przy wejściu i najwyraźniej na niego czekała. Jeszcze bardziej się zdumiał, kiedy puściła się ku niemu biegiem; na jej twarzy malowała się ulga.
- Seb żyje! - zawołała, zanim do niego dobiegła.
- Przecież mi mówiłaś... - zaczął, ale ona zarzuciła mu ręce na szyję.
- Policja się pomyliła. Uznali, że prowadził właściciel samochodu i że Seb siedział na miejscu pasażera.
- Więc to Bruno był pasażerem? - spytał cicho Harry.
- Tak - odparła Emma. Czuła się trochę winna.
- Zdajesz sobie sprawę, co to znaczy? - zapytał Harry, uwalniając się z objęć.
- Nie. Co masz na myśli?
- Policja musiała powiedzieć Martinezowi, że jego syn przeżył, a tymczasem później się okaże, że to Bruno zginął, nie Sebastian.
Emma pochyliła głowę.
- Biedny człowiek - powiedziała, gdy wchodzili do szpitala.
- Chyba że... - zaczął Harry, ale nie skończył zdania. - A jak się czuje Seb? - spytał cicho. - W jakim jest stanie?
- Bardzo złym. Pan Owen mi powiedział, że nie ma prawie żadnej całej kości. Zdaje się, że zostanie w szpitalu przez kilka miesięcy i może do końca życia będzie musiał poruszać się na wózku.
- Cieszmy się, że żyje - powiedział Harry, obejmując żonę ramieniem. - Czy pozwolą mi się z nim widzieć?
- Tak, ale tylko przez parę minut. I uprzedzam, kochanie, że cały jest w gipsie i w bandażach, tak że możesz nawet go nie poznać.
Emma wzięła Harry'ego za rękę i poprowadziła go na pierwsze piętro, gdzie natknęli się na kobietę w granatowym uniformie, która się krzątała, pilnując pacjentów, i od czasu do czasu wydawała polecenie pielęgniarkom.
- Panna Puddicombe - przedstawiła się, wyciągając rękę na powitanie.
- Dla ciebie to siostra przełożona - szepnęła Emma.
Harry uścisnął podaną dłoń i powiedział:
- Dzień dobry, siostro przełożona.
Drobna kobietka bez słowa zaprowadziła ich na oddział Bevana, gdzie ciągnęły się łóżka ustawione w dwóch równych rzędach, wszystkie zajęte. Panna Puddicombe sunęła przed siebie, aż dotarła do pacjenta na końcu sali. Zaciągnęła zasłonę wokół Sebastiana Arthura Cliftona, a potem odeszła. Harry spojrzał na syna. Jego lewa noga spoczywała na wyciągu, prawa, też w gipsie, leżała płasko na łóżku. Głowę Sebastiana spowijały bandaże, w szparze widać było jedno oko, które utkwił w rodzicach, ale nie poruszył ustami.
Gdy Harry się schylił, żeby pocałować syna w czoło, pierwsze słowa, jakie wydobył z siebie Sebastian, brzmiały:
- Co z Brunonem?
- Przykro mi, że muszę państwa przesłuchać po tym, co przeszliście oboje - powiedział nadinspektor Miles. - Nie robiłbym tego, gdyby to nie było absolutnie konieczne.
- A dlaczego jest to konieczne? - spytał Harry, któremu nie były obce metody detektywów ani ich sposoby wydobywania informacji.
- Muszę się upewnić, czy to, co się wydarzyło na Al, to był wypadek.
- Co pan sugeruje? - zagadnął Harry, patrząc prosto na oficera.
- Niczego nie sugeruję, proszę pana, ale nasi chłopcy z zaplecza przeprowadzili dokładne oględziny samochodu i uważają, że parę rzeczy się nie zgadza.
- Na przykład? - spytała Emma.
- Po pierwsze - powiedział Miles - nie możemy zrozumieć, dlaczego państwa syn przeciął pas pomiędzy jezdniami, skoro ryzykował niechybne zderzenie z jakimś nadjeżdżającym samochodem.
- Może samochód miał jakąś mechaniczną wadę? - podsunął Harry.
- To była nasza pierwsza myśl - odparł Miles. - Ale mimo że samochód został poważnie uszkodzony, żadna opona nie pękła i kolumna kierownicy była nienaruszona, co się prawie nie zdarza przy takich wypadkach.
- To żaden dowód, że popełniono przestępstwo - zauważył Harry.
- Nie, proszę pana - rzekł Miles - i tylko na tej podstawie nie mógłbym żądać, żeby koroner skierował sprawę do dyrektora prokuratury Korony. Jednak zgłosił się świadek, który złożył dość niepokojące zeznanie.
- Co on powiedział?
- To ona - sprostował Miles, zajrzawszy do notatek. - Pani Challis oświadczyła, że wyprzedził ją mg z odkrytym dachem, który chciał wyprzedzić trzy ciężarówki jadące w konwoju na wewnętrznym pasie, gdy nagle pierwsza ciężarówka zjechała na zewnętrzny pas, chociaż przed nią nie było żadnego pojazdu. W rezultacie kierowca mg musiał nagle zahamować. Trzecia ciężarówka też bez widocznego powodu przejechała na zewnętrzny pas, natomiast środkowa ciężarówka jechała swoją prędkością, co nie pozwalało mg na wyprzedzenie jej ani zmianę pasa na wewnętrzny. Pani Challis powiedziała jeszcze, że te trzy ciężarówki blokowały mg w ten sposób przez dłuższy czas, aż jego kierowca, ni stąd, ni zowąd, przeciął na pełnym gazie pas zieleni i wpadł prosto pod nadjeżdżające samochody.
- Czy udało się panu przesłuchać któregoś z kierowców tych trzech ciężarówek? - zapytała Emma.
- Nie. Nie udało się nam wytropić żadnego z nich. I proszę nie myśleć, że się nie staraliśmy.
- Ale to, co pan sugeruje, jest wręcz nieprawdopodobne - zauważył Harry. - Kto by chciał zabić dwóch niewinnych chłopców?
- Zgodziłbym się z panem, gdybyśmy się ostatnio nie dowiedzieli, że Bruno Martinez początkowo nie zamierzał towarzyszyć pana synowi do Cambridge.
- Skąd pan to może wiedzieć?
- Bo zgłosiła się jego dziewczyna, panna Thornton, i poinformowała nas, że tego dnia planowała pójść z Brunonem do kina, ale w ostatniej chwili odwołała spotkanie, bo się zaziębiła. - Nadinspektor wyjął z kieszeni pióro, przewrócił kartkę w notesie i wbił wzrok w rodziców Sebastiana, a potem zapytał: - Czy któreś z was ma powód, żeby sądzić, że ktoś chciał zrobić krzywdę waszemu synowi?
- Nie - rzucił Harry.
- Tak - powiedziała Emma.
Harry Clifton zbudził się na dźwięk telefonu.
Coś mu się śniło, ale nie pamiętał co. Może uporczywy metaliczny dźwięk też mu się śnił? Niechętnie się obrócił i spojrzał na zielone fosforyzujące wskazówki zegarka na nocnym stoliku: 6.43. Uśmiechnął się. Tylko jedna osoba może do niego telefonować tak wcześnie rano. Podniósł słuchawkę i wymamrotał przesadnie zaspanym głosem:
- Dzień dobry, kochanie.
Nie było odpowiedzi i przez moment Harry się zastanawiał, czy telefonistka w hotelu nie pomyliła pokoju. Już chciał odłożyć słuchawkę, kiedy usłyszał płacz.
- Czy to ty, Emmo?
- Tak - padła odpowiedź.
- Co się stało? - spytał uspokajającym tonem.
- Sebastian nie żyje.
Harry nie od razu odpowiedział, bo teraz chciał wierzyć, że wciąż śni.
- Jak to możliwe? - powiedział w końcu. - Nie dalej jak wczoraj z nim rozmawiałem.
- Zginął dziś rano - oznajmiła Emma. Widać mogła wypowiedzieć tylko kilka słów naraz.
Harry usiadł, nagle całkowicie przebudzony.
- W wypadku samochodowym - ciągnęła Emma, łkając.
Harry usiłował zachować spokój, czekając, aż żona mu powie, co dokładnie się wydarzyło.
- Jechali razem do Cambridge.
- Jechali? - powtórzył Harry.
- Sebastian i Bruno.
- Czy Bruno żyje?
- Tak. Leży w szpitalu w Harlow i lekarze nie wiedzą, czy dożyje do rana.
Harry odrzucił koc i postawił stopy na dywanie. Drżał z zimna i ogarnęły go mdłości.
- Natychmiast pojadę taksówką na lotnisko i złapię pierwszy samolot do Londynu.
- Jadę prosto do szpitala - powiedziała Emma. Nic więcej nie dodała i Harry już myślał, że przerwało się połączenie, gdy usłyszał jej szept: - Potrzebują kogoś, kto zidentyfikuje ciało.
Emma odłożyła słuchawkę, ale upłynęło trochę czasu, zanim zebrała siły i zdołała wstać. W końcu przeszła chwiejnie przez pokój, czepiając się mebli, niczym marynarz w czas burzy. Otworzyła drzwi salonu i ujrzała stojącego w holu Marsdena z opuszczoną głową. Nigdy nie widziała, żeby ten stary sługa okazał choćby ślad wzruszenia w obliczu kogoś z rodziny, i z trudem rozpoznała skurczoną figurkę trzymającą się kurczowo gzymsu kominka; zwykła maska opanowania opadła wobec okrutnej obecności śmierci.
- Mabel spakowała pani torbę podróżną - wyjąkał - i jeśli pani pozwoli, odwiozę panią do szpitala.
- Dziękuję ci, Marsden, to bardzo uprzejmie z twojej strony - powiedziała Emma, kiedy otworzył przed nią frontowe drzwi.
Marsden wziął ją pod rękę, gdy schodzili razem schodami do samochodu; nigdy dotychczas jej nie dotknął. Otworzył drzwi samochodu, ona wsiadła i klapnęła na skórzaną kanapę, jakby była starą kobietą. Marsden włączył silnik, wrzucił pierwszy bieg i wyruszył w długą podróż z Manor House do Princess Alexandra Hospital w Harlow.
Emma nagle sobie uświadomiła, że nie zatelefonowała do brata ani do siostry, żeby ich zawiadomić, co się stało. Zadzwoni do Grace i Gilesa wieczorem, kiedy prawdopodobnie będą sami. To nie było coś, czym chciałaby się podzielić w obecności obcych. Wtem poczuła przeszywający ból żołądka, jak dźgnięcie nożem. Kto powie Jessice, że nigdy więcej nie zobaczy brata? Czy jeszcze kiedyś będzie tą radosną dziewczynką, która biegała dokoła Seba niczym posłuszne szczenię machające ogonkiem z bezgraniczną adoracją? Jessica nie może usłyszeć tej wiadomości od nikogo innego, a to znaczyło, że Emma będzie musiała jak najszybciej powrócić do Manor House.
Marsden zajechał na miejscową stację benzynową, gdzie zwykle tankował benzynę w piątek po południu. Gdy chłopak obsługujący pompę spostrzegł panią Clifton na tylnym siedzeniu zielonego austina A30, przytknął palce do czapki. Emma nie zareagowała i młody człowiek pomyślał, że może zrobił coś nie tak. Napełnił bak, a potem podniósł maskę samochodu, żeby sprawdzić poziom oleju. Opuścił maskę i znów przytknął rękę do czapki, ale Marsden odjechał bez słowa, nie zostawiwszy zwyczajowej sześciopensówki.
- Co w nich wstąpiło? - mruknął młody człowiek, kiedy samochód się oddalił.
Gdy z powrotem znaleźli się na drodze, Emma usiłowała sobie przypomnieć, jakich dokładnie słów użył tutor do spraw rekrutacji w Kolegium Peterhouse, gdy łamiącym się głosem powiedział: "Z przykrością muszę panią zawiadomić, że pani syn zginął w wypadku samochodowym". Poza tym gołym stwierdzeniem pan Padgett nie potrafił nic dodać - ale przecież, jak wyjaśnił, był tylko posłańcem przekazującym wiadomość.
Pytania kłębiły się w umyśle Emmy. Dlaczego syn jechał do Cambridge samochodem, kiedy kupiła mu bilet na pociąg zaledwie dwa dni wcześniej? Kto prowadził - Sebastian czy Bruno? Czy jechali za szybko? Czy pękła opona? Czy zderzyli się z innym samochodem? Tyle pytań, ale wątpiła, czy ktoś zna wszystkie odpowiedzi.
Kilka minut po telefonie tutora zadzwoniła policja z pytaniem, czy pan Clifton mógłby przyjechać do szpitala, żeby zidentyfikować zwłoki. Emma wytłumaczyła, że jej mąż jest w Nowym Jorku w związku z promocją książki. Mogłaby się nie zgodzić, żeby go zastąpić, gdyby zdawała sobie sprawę, że mąż wróci do Anglii nazajutrz. Dzięki Bogu przylatywał samolotem i nie musiał spędzić pięciu dni na przepłynięcie Atlantyku, samotnie opłakując śmierć Seba.
Kiedy Marsden przejeżdżał przez nieznane miasta, Chippenham, Newbury, Slough, Emma kilkakrotnie wracała myślami do Don Pedra Martineza. Czy możliwe, że szukał zemsty za to, co się zdarzyło w Southampton kilka tygodni temu? Ale skoro drugą osobą w samochodzie był syn Martineza, Bruno, to nie było logiczne. Emma znowu zaczęła myśleć o Sebastianie, gdy Marsden zjechał z Great West Road i zwrócił się na północ w kierunku A1; tę drogę zaledwie kilka godzin temu przemierzał Sebastian. Emma kiedyś czytała, że gdy kogoś dotyka tragedia osobista, to jedynym jego pragnieniem jest cofnąć zegar. Ona czuła podobnie.
Podróż przebiegła szybko, gdyż Emma prawie cały czas rozmyślała o Sebastianie. Wspominała, jak przyszedł na świat, kiedy Harry był w więzieniu na drugim końcu świata, jak stawiał pierwsze kroki, gdy miał osiem miesięcy i cztery dni, jego pierwsze słowo "daj" i jego pierwszy dzień w szkole, kiedy wyskoczył z samochodu, zanim Harry zdążył zahamować, potem znów czas w Beechcroft Abbey, gdy dyrektor szkoły chciał go wyrzucić, ale zmienił decyzję, kiedy Sebastian zdobył stypendium na studia w Cambridge. Tak wiele oczekiwań, tak wiele do urzeczywistnienia, i wszystko unicestwione w jednej chwili. I w końcu jej straszny błąd, kiedy dała się przekonać sekretarzowi gabinetu, że Seb powinien się włączyć w plany rządu, które miały oddać Don Pedra Martineza w ręce sprawiedliwości. Gdyby odmówiła prośbie sir Alana Redmayne'a, jej jedyny syn by żył. Gdyby, gdyby...
Kiedy dotarli na przedmieścia Harlow, Emma spojrzała przez boczne okienko i zobaczyła drogowskaz do Princess Alexandra Hospital. Usiłowała skupić się nad tym, czego będą tam po niej oczekiwać. Kilka minut później Marsden przejechał przez kute żelazne wrota, które nigdy się nie zamykały, i zahamował przed głównym wejściem. Emma wysiadła z samochodu i skierowała się do wejścia, a Marsden wyruszył na poszukiwanie miejsca do parkowania.
Emma podała młodej recepcjonistce swoje nazwisko i mina dziewczyny z radosnej zmieniła się w pełną współczucia.
- Zechce pani chwilę poczekać - powiedziała, sięgając po słuchawkę telefonu - a ja dam znać panu Owenowi, że pani tu jest.
- Panu Owenowi?
- On był na dyżurze, kiedy rano przywieziono pani syna.
Emma potaknęła i zaczęła niespokojnie przemierzać tam i z powrotem korytarz. Bezładne myśli kłębiły się jej w głowie: kto, dlaczego, kiedy... Przystanęła dopiero wtedy, gdy zagadnęła ją szykownie ubrana pielęgniarka w wykrochmalonym czepku:
- Czy pani Clifton?
Emma skinęła głową.
- Proszę za mną.
Pielęgniarka poprowadziła Emmę korytarzem o zielonych ścianach. Nie padło ani jedno słowo. Ale cóż tu było do powiedzenia? Zatrzymały się przed drzwiami z napisem: William Owen, członek Królewskiego Kolegium Chirurgów. Pielęgniarka zapukała, otworzyła drzwi i usunęła się na bok, żeby wpuścić Emmę.
Wysoki, szczupły, łysiejący mężczyzna o smętnym obliczu przedsiębiorcy pogrzebowego wstał zza biurka. Emma chciałaby wiedzieć, czy na tej twarzy pojawiał się kiedy uśmiech.
- Dzień dobry pani - powiedział mężczyzna, wskazując jej jedyne wygodne krzesło w pokoju. - Niezmiernie mi przykro, że musimy się spotkać w tak smutnych okolicznościach - dodał.
Emmie zrobiło się żal tego biedaka. Ile razy dziennie musiał wypowiadać te słowa? Sądząc po jego minie, nie przychodziło mu to łatwo.
- Obawiam się, że trzeba będzie wypełnić mnóstwo papierów, ale najpierw koroner wymaga przeprowadzenia formalnej identyfikacji zwłok.
Emma schyliła głowę i rozpłakała się, żałując, że nie zgodziła się na sugestię Harry'ego, żeby to on podjął się tego zadania ponad siły. Owen zerwał się, przykucnął koło niej i powiedział:
- Tak bardzo mi przykro, proszę pani.
Harold Guinzburg okazał się nadzwyczaj taktowny i pomocny.
Wydawca Harry'ego zarezerwował pisarzowi miejsce w pierwszym samolocie odlatującym do Londynu, w pierwszej klasie. Przynajmniej będzie mu wygodnie, pomyślał Harold, chociaż nie wyobrażał sobie, żeby biedak mógł zasnąć. Uznał, że to nie jest odpowiednia chwila, żeby podzielić się z Harrym dobrą nowiną, poprosił go tylko, żeby przekazał od niego Emmie płynące z serca kondolencje.
Kiedy czterdzieści minut później Harry opuścił hotel Pierre, zobaczył, że na chodniku stoi szofer Harolda i czeka, żeby go zawieźć na lotnisko Idlewild. Harry usiadł z tyłu limuzyny, bo nie miał ochoty na rozmowę. Instynktownie pomyślał o Emmie i o tym, co ona musi przeżywać. Nie odpowiadało mu, że Emma ma zidentyfikować zwłoki syna. Może personel szpitalny zasugeruje, żeby poczekała do jego powrotu?
Harry nie pomyślał o tym, że będzie jednym z pierwszych pasażerów, którzy przemierzą Atlantyk non stop, gdyż mógł myśleć tylko o synu i o tym, jak bardzo chłopak pragnął znaleźć się w Cambridge i rozpocząć pierwszy rok studiów. A potem... Harry uważał, że ze swoim talentem do języków Sebastian zechce wstąpić do służby zagranicznej albo zostać tłumaczem, albo może uczyć, czy też...
Kiedy Comet wzniósł się w powietrze, Harry nie przyjął kieliszka szampana od uśmiechniętej stewardesy, ale skąd ona miała wiedzieć, że jemu było nie do śmiechu? Nie wytłumaczył, czemu nie będzie jadł ani spał. Podczas wojny, kiedy był za liniami wroga, Harry nauczył się nie spać przez trzydzieści sześć godzin, pobudzany tylko strachem. Wiedział, że nie będzie mógł zasnąć, dopóki nie spojrzy na syna ostatni raz, i podejrzewał, że również przez dłuższy czas potem: tym razem pobudzany rozpaczą.
Lekarz w milczeniu prowadził Emmę przygnębiającym korytarzem, aż stanęli przed hermetycznie zamkniętymi drzwiami z jednym słowem: "Kostnica" wypisanym stosownie czarnymi literami na marmurkowej szybie. Pan Owen otworzył drzwi i przepuścił Emmę. Drzwi zamknęły się za nią z plaśnięciem. Zadrżała pod wpływem nagłej zmiany temperatury, a po chwili jej wzrok spoczął na wózku stojącym w środku pomieszczenia. Pod płachtą widniał niewyraźny zarys ciała jej syna.
Pracownik w białym kitlu stał przy wózku, ale nic nie mówił.
- Czy jest pani gotowa? - spytał łagodnie Owen.
- Tak - odpowiedziała zdecydowanie Emma, wbijając paznokcie w zaciśnięte dłonie.
Owen skinął głową i człowiek w białym kitlu odrzucił płachtę, odsłoniwszy okaleczoną i zmiażdżoną twarz, którą Emma od razu poznała. Krzyknęła, upadła na kolana i zaniosła się niepowstrzymanym płaczem.
Lekarza i pracownika kostnicy nie zaskoczyła ta dająca się przewidzieć reakcja matki na widok martwego syna, ale zaszokowały ich jej słowa:
- To nie Sebastian - powiedziała cicho.