Rozdział 2
Toruń, 5 czerwca 2023 roku, poniedziałek
Nienawidziła się spóźniać. Nie mogła jednak przewidzieć, że odrobina deszczu sprawi, że nagle wszyscy zapomną, jak się jeździ. I jak na złość akurat teraz każdy miał oczywiście jakąś niecierpiącą zwłoki sprawę, którą musiał załatwić w centrum. Korki były gigantyczne.
Z Mirkiem umówiła się na dwunastą i zamierzała być punktualnie, choćby nie wiem co. Ostatni fragment na Łaziennej, już po zejściu z Szerokiej, przebiegła. Wpadła do antykwariatu akurat wtedy, gdy stojący w kącie sklepu zegar kończył wybijać pełną godzinę.
- Oho! Wicehrabia, widzę, od rana epistoły jakieś pisze! - Łucja rzuciła lnianą torbę i torebkę na krzesło i usiadła na blacie biurka. Odgarnęła opadające jej na czoło blond włosy, założyła nogę na nogę i zaczęła świdrować wzrokiem chudego, szpakowatego mężczyznę, siedzącego przy drugim biurku w odległym krańcu pokoju.
Mirek jednak nie zareagował. Mozolnie dwoma palcami wystukiwał litery na klawiaturze komputera. W końcu przerwał i zaniepokojony spojrzał w jej kierunku.
- No nie! Błagam! Czy możesz przywołać ją do porządku? Jak ona może mnie tak ignorować?! - Mężczyzna kliknął cztery razy lewym przyciskiem myszki. - No i masz! Teraz jeszcze i ten się zawiesił.
- Moim zdaniem są w zmowie. Porządna chłosta powinna załatwić sprawę! - Łucja podeszła do laptopa antykwariusza i go zrestartowała.
Kiedy ekran rozświetlił się na nowo, nachyliła się nad komputerem.
- A zmieniłeś wi-fi na "Zawisza Czarny priv"?
- Co? - Mirek zmarszczył brwi. - Nic tu nie zmieniałem, daj mi spokój. - Odepchnął się nogami od podłogi, tak że fotel, na którym siedział, odjechał od biurka, i podniósł ręce do góry w geście poddania się.
- Mój drogi, przecież sam kazałeś informatykowi wprowadzić osobne wi-fi dla klientów, a osobne dla nas. Spójrz! - Wskazała palcem na ekran. - Tu masz! "Mirosław Ciołek - Antykwariat". To wi-fi dla klientów. Jeśli chcesz cokolwiek drukować, to musisz przełączyć się tu, na "Zawisza Czarny priv". - Stuknęła w kilka klawiszy i wróciła na swoje miejsce.
Drukarka zapiszczała, zaszumiała i w końcu wypluła z siebie plik kolorowo zadrukowanych kartek. Mirek zebrał je, wyrównał stuknięciem o blat i ponownie zasiadł do klawiatury.
- No więc udało ci się...? - Łucja zeskoczyła z biurka i podeszła do kolegi.
Ten, nie odrywając wzroku od monitora, podniósł wysoko palec, prosząc o chwilę cierpliwości. Podwinął rękawy granatowego swetra, oblizał wargi, wystawił czubek języka i pisał dalej.
"Cierpliwość" to był jej pomysł na pseudonim konspiracyjny, gdyby miała zejść do podziemia. Nikt nigdy by się nie domyślił, że to ona.
Mężczyzna dopisał coś do swojego dokumentu. Ceremonialnie nadusił w tej samej chwili klawisze Ctrl i S, po czym odwrócił głowę w kierunku Łucji.
- No! - Klepnął dłońmi w obydwa kolana. - Aha! No tak! Giorgione! - Wyszarpnął spod sterty papierów dobrze znany kobiecie portret. Poprawił czarne, rogowe oprawki na nosie i założył nogę na nogę. - No więc wyobraź sobie, że ten twój obraz, ten Portret młodzieńca, został namalowany w tysiąc pięćset trzecim roku. Niesamowite, co?
Rokosz zmarszczyła brwi i poprawiła bransoletkę z kuleczek ze szkła Murano uciskającą jej nadgarstek.
Mirek westchnął.
- O Jezu! Przecież w tysiąc pięćset trzecim roku Kopernik był w Padwie. Właśnie wtedy kończył tam studia medyczne. I teraz najlepsze! Uważaj!
W tym momencie leżący na blacie telefon Mirka zawibrował. Mężczyzna porwał go z biurka, otworzył klapkę, zmrużył oczy, coś tam poklikał i odłożył aparat na miejsce.
- O czym to ja? A tak! Ten Giorgione miał wtedy swój warsztat w Wenecji. To jest całkiem niedaleko Padwy... Niesamowite, co? - Antykwariusz uśmiechnął się i zamknął pokrywę laptopa. - Słuchaj, ale właściwie to skąd u ciebie ten temat?
Łucja splotła dłonie i skrzyżowała stopy.
W tej samej chwili telefon Mirka znów zawibrował. Mężczyzna odebrał połączenie.
- Co chce? Aha. Dobra. To mu otwórz. Nie, broń Boże. Nie! Nie o to... Co masz robić? Bo ja wiem? Bylebyś mu nic nie śpiewała, okej? Oj, żartuję. Dobrze... Przepraszam. - Rozłączył się, przymknął klapkę i schował telefon do kieszeni.
- Ciotka! Znaczy się przegląd instalacji mam w mieszkaniu i ciotka... Kto robi przeglądy w środku dnia?! - Znów wyrzucił ręce do góry. - Przepraszam! Słuchaj. Ja wiele więcej ci o tym Giorgionem nie powiem, to nie moja epoka. Mieliśmy kiedyś jakiś album, ale to obraz, to wiesz, jak wygląda. Ale znam kogoś, kto może ci pomóc.
- O! Super. Wyślesz mi wizytówkę? - Łucja wyciągnęła telefon z kieszeni marynarki, gotowa zapisać kontakt.
- Jak mam ci to wysłać? Zresztą mówiłaś, że u ciebie listy na klatce giną.
- Ale... - Kobieta zmarszczyła brwi i puknęła palcem w telefon.
- Po prostu ci zapiszę, okej? - Mirek poklepał się po kieszeniach spodni, a potem rozejrzał się dookoła. - Masz może długopis?
Sięgnęła po torebkę, a rozsunąwszy zamek, potrząsnęła nią energicznie i zaczęła przeglądać jej zawartość. Na biurku wylądowały kolejno: dwie pomadki, stos paragonów, rolka taśmy klejącej, paczka chusteczek, trzy galaretki w cukrze (ananasowe), kombinerki, kilka pendrive'ów i pełna garść kluczy. W końcu z czeluści wynurzył się granatowy długopis z logo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Przez chwilę zapatrzyła się na grafikę, ale w końcu podała długopis Mirkowi wraz z jakimś starym paragonem.
- Tylko powiedz mi, kto to jest.
Antykwariusz pochylił się nad biurkiem i zaczął zapisywać nazwisko i numer. Łucja tymczasem pieczołowicie chowała wszystkie skarby z powrotem do torebki.
- O, to nie byle kto. Krakus od siedmiu pokoleń, i to z rodziny profesorskiej. - Mężczyzna wysunął w stronę kobiety karteczkę i długopis.
- I to ma mnie zachęcić? Może na ten wyjazd wezmę jeden z sygnetów Zygmunta...
- Bardzo śmieszne... - Mirek wstał, poprawił pierścień na małym palcu i wetknął Łucji kartkę. Następnie podszedł do szafy, otworzył ją i wyciągnął z samego jej dna dwie paczki owinięte w szary papier, które położył na stole przed kobietą. Sprawdził, czy są solidnie związane, a adresy odbiorców wypisane wyraźnie kapitalikami niebieskim długopisem. - To widzimy się... - Spojrzał na kalendarz.
Każdego roku Mirek zamawiał kalendarz, w którym ilustracjami poszczególnych miesięcy były zamiast ślicznych piesków, krajobrazów czy choćby przystojnych strażaków herby szlacheckie. Majowi towarzyszył czarny orzeł z szeroko rozpostartymi skrzydłami i żółtym dziobem.
- Pojutrze! - dokończył mężczyzna.
- Dokładnie! - Łucja schowała paczki do torby, a długopis i kartkę z adresem upchnęła w torebce. - No to pa! - rzuciła jeszcze, po czym wyszła na ulicę i ruszyła w kierunku Rynku Nowomiejskiego.
Rozpogodziło się. Na rynku panował spokój. Jedynie obok zboru robotnicy montowali metalową konstrukcję zapewne na jakiś koncert lub festyn. Białe parasole w ogródku przed gospodą Pod Modrym Fartuchem trzepotały lekko na wietrze. Spojrzała na zegarek. Była przed czasem.
Usiadła na zewnątrz, w cieniu. Kelner ściągnął ze stołu kartkę z napisem "REZERWACJA" i przyniósł menu. Poprosiła o wodę gazowaną.
Z Zygmuntem nie za bardzo lubili jeść poza domem, no, chyba że na wyjazdach. Do Modrego Fartucha przychodziła, jak to ona, z pasji do historii. Lubiła sobie wyobrażać, gdzie siedzieli królowie Kazimierz Jagiellończyk albo Jan Olbracht albo przy którym stoliku sączył piwo Napoleon. Zygmunt ciągał ją tutaj dla wątróbki drobiowej.
- O, widzę, że macie nowość w karcie! Placek Napoleona. - Gdy tylko podszedł do niej kelner, wskazała palcem na pozycję numer trzy na liście dań. - Ale poczekam na koleżankę.
Chłopak ukłonił się i wrócił do budynku.
Wyciągnęła z kieszeni marynarki komórkę. Nikt nie dzwonił. Zegarek wskazywał trzynastą trzydzieści pięć. Wydęła wargi. Założyła okulary na nos i postanowiła poszukać w sieci czegoś o tym Giorgionem. Po wpisaniu hasła do wyszukiwarki wyskoczyło kilka wyników, nawet interesujący kobietę portret młodzieńca w różowym wdzianku... a może to był bardziej liliowy? Nie mogła się zdecydować. Może to wina tego zamiennika? No tak, ale Mirek nie był zbyt chętny, by kupować oryginalne tonery do drukarki. Jednak coś z tymi jego krakowskimi korzeniami musiało być na rzeczy. Najlepiej byłoby obejrzeć oryginał, pomyślała.
Gdy tylko kliknęła w jeden z linków, zaczęły wyskakiwać jedno po drugim okna z jakimiś ostrzeżeniami. Nie dość, że ekran mały, ledwo co tam widać, to jeszcze to RODO srodo... Klikała na oślep, nie przeczytawszy komunikatów, ale fala ostrzeżeń i formularzy tylko narastała. W końcu wygasiła ekran i odłożyła telefon.
Przywitały się czule. Zaraz też podszedł do nich kelner, który przyniósł butelkę wody i dwie szklanki.
Beata rzuciła się do przeglądania menu.
- Czy mają tu państwo świeże soki z kapusty i selera?
- Słucham? - Kelner zmarszczył czoło.
- Kochana, daj spokój, to porządna gospoda, nie mają tu takich rzeczy. - Łucja się roześmiała.
Beata zamówiła więc wodę i sałatkę z kurczakiem, prosząc o usunięcie z niej kurczaka i sosu malinowego. Rokosz poprosiła zaś o placek Napoleona.
Łucja z wymienionych składników tolerowała tylko jabłko, i to wyłącznie w szarlotce.
- Jak myślisz, kiedy będą wyniki? - zapytała koleżankę.
- Oby późno. Na pewno oblałam, a dopóki ich nie ma, nie muszę się przed moim tłumaczyć. - Beata nalała wody do obydwu szklanek. - Powinnaś pić bez gazu!
- Jesteś gorsza od inkwizycji. - Łucja, nie zważając na przestrogi, upiła łyk napoju. - A co do wyników, to założę się, że napisałaś najlepiej z grupy.
Beata się skrzywiła.
- Tak, jasne! Moja droga, ja nie miałam ośmiu miesięcy na naukę.
Rokosz spuściła wzrok.
- Przepraszam cię, tak mi się powiedziało. Ja wiem, że w ogóle nie miałaś do tego głowy. - Beata chwyciła dłoń koleżanki i delikatnie ją ścisnęła.
Kelner przyniósł zamówione dania. Beata badawczo przyjrzała się swojej sałatce.
- Ale ten bakłażan to chyba kąpał się w oleju, co? - Kobieta zmierzyła kelnera wzrokiem.
Chłopak nic nie odpowiedział. Odwrócił się na pięcie i wrócił do gospody.
Zaczęły jeść. Po chwili Łucja wróciła do rozmowy.
- Mirek dał mi namiar na jakiegoś profesora w Krakowie. Zamieniłam sobie środowy dyżur w antykwariacie na czwartek i jadę jutro. Nie chce ci się jechać ze mną?
- Wiesz, że uwielbiam Kraków. Ale nie wyrwę się z przychodni. Środek lata, a wszyscy sobie nagle wymyślili, że będą teraz chorować. No, jakaś katastrofa, mówię ci. A jak ty w ogóle sobie dajesz radę z tym Mirkiem, co? Nadal szuka błękitnokrwistych przodków?
Rokosz odłożyła sztućce na talerz i odsunęła się z krzesłem dalej od stolika.
- Wiesz... Jest zakręcony, to fakt. Ale cieszę się z tych dwóch dni z książkami. Jednak nie chciałabym tak całkiem z tego rezygnować.
- No, ale dobrze, że rzuciłaś tę bibliotekę. Widziałam, jak tam więdniesz. - Beata wyłowiła z sałatki kawałek papryki i nadziała ją na widelec.
- Wiesz, gdybym wiedziała, co się wydarzy... - Łucja pociągnęła nosem. Sięgnęła do torebki. Wyciągnęła niemal całą jej zawartość na stolik, nim w końcu dokopała się do chusteczek. Wydmuchała nos.
- Kochana, w końcu spełniasz swoje marzenie, będziesz oprowadzać wycieczki. Kontakt z młodymi ludźmi daje dużego kopa. Zawsze ci to mówiłam...
- Wiem, wiem. Gdybym wcześniej posłuchała koleżanki z ławki, tobym pewnie teraz odbierała już złotą odznakę przewodnika. A tak tkwiłam w tej bibliotece... Nie zrozum mnie źle, ja kocham książki, historię... Tam pracują niezwykle mądrzy ludzie, dokładni, cierpliwi... I gdzie tam ja? Nieumiejąca usiedzieć w miejscu, roztrzepana, uwielbiająca zmiany, ludzi, podróże... No, ale tam też się właśnie poznaliśmy z Zygmuntem - westchnęła.
Beata odsunęła miskę z sałatą i złapała Łucję za obydwie dłonie.
- Zygmunt był cudowny. Wszystkie ci go zazdrościłyśmy. Ale teraz musisz działać bez niego. Ustal, co się stało, i zamknij ten temat. O! Założę się, że i tę ekstramarynarkę masz od niego.
Rokosz spojrzała na srebrne guziki przy rękawie turkusowej marynarki i się uśmiechnęła.
- Ta akurat z Mediolanu.
To była prawda. Wszystkie koleżanki zazdrościły jej męża. Zygmunt z każdego wyjazdu czy z każdej delegacji przywoził jej jakiś cudny drobiazg. Tylko dwa razy przestrzelił z rozmiarem. Nie gniewała się długo. Doskonale pamiętała, że wtedy razem z tą marynarką przywiózł jej pasujące kolorem szpilki.
Dokończyły spokojnie posiłek.
- A wiedziałaś, że Ślusarska - zagadnęła Łucja, wskazując brodą na ulicę, przy której wylocie, na rynku, znajdowała się gospoda - została tak nazwana dopiero pięćdziesiąt lat temu? W szesnastym wieku to była Rycerska.
- Kujon! - Beata założyła opaskę na czoło, z małej, przypiętej do pasa saszetki wyciągnęła kartę i zawołała kelnera. - A ten prokurator powiedział ci coś nowego? - zapytała, unikając spojrzenia koleżanki.
Rokosz pokręciła głową.
- Tyle to trwa... To jakiś koszmar - westchnęła Beata.
Łucja spakowała z powrotem swoje skarby do torebki. Jak zwykle, najtrudniej było znaleźć miejsce dla dużego klucza do domku na działce. Nie była tam chyba ze dwa lata. Nie miała pojęcia, po co ciągle nosiła go ze sobą.