Prolog
Uczestniczki konkursu piękności Miss Chinatown zgromadziły się właśnie za parawanem przy scenie. Nie było ich tam jeszcze, gdy Lily Hu mijała to miejsce piętnaście minut wcześniej w drodze do toalety. Ich nagłe pojawienie się wywołało w niej lekkie zmieszanie.
Lily miała trzynaście lat. Nie pamiętała, czy kiedykolwiek wcześniej widziała taką grupę dziewcząt chińskiego pochodzenia: ubranych w stroje kąpielowe, na wysokich obcasach, z wymyślnymi fryzurami i perfekcyjnymi makijażami. Wyglądały tak amerykańsko.
Dziewczyna zwolniła. Konkurs piękności miał się wkrótce rozpocząć, a gdyby dłużej zabawiła w tym miejscu, mogłaby przegapić początek imprezy. Powinna wrócić na koc, gdzie na trawniku przed sceną piknikowała jej rodzina, a mimo to się ociągała, starając się jednak nie patrzeć zbyt natarczywie na scenę.
Dziewcząt było dwanaście, a ich stroje kąpielowe miały kolory czerni i bieli, morskiej albo leśnej zieleni, bywały jedno- lub dwuczęściowe. Obnażone ramiona i nogi modelek łapały promienie upalnego południowego słońca, a ich lśniące czarne włosy połyskiwały upięte lub poskręcane w sprężynki. Na ustach modelki nosiły jaskrawą czerwień szminki, a na paznokciach szkarłat lakieru. Skórę miały gładką i opaloną. Każda z nich na swój sposób uosabiała wzór idealnej kobiety.
Obcasy wysokich szpilek zapadały im się w trawę. Co chwilę któraś podnosiła nogę, upewniając się, czy but nie utknął jej w mokrym gruncie, przez co przypominały smukłonogiego źrebaka z Bambiego, który uczy się stawiać pierwsze kroki. Uczestniczka konkursu w dwuczęściowym czarnym kostiumie miała wyjątkowo wysokie obcasy, a kiedy zmieniała pozycję, prawy but utknął jej w ziemi. Zaczęła się z nim szarpać, a wtedy wysunął się z niego fragment stopy, ukazując wszystkim brzydki czerwony ślad w miejscu, w którym obuwie obtarło jej ścięgno Achillesa. Dziewczyna zmarszczyła brwi, próbując palcami u nóg wydobyć but, ale tym razem wymknęła się z niego cała stopa. Okrągła różowa pięta. Dyskretny łuk stopy. Przebierające w powietrzu palce. Lily musiała odwrócić wzrok, zupełnie jakby przyglądała się kobiecie zdejmującej publicznie sukienkę.
Rozległ się pisk mikrofonu, po którym jakiś mężczyzna mówiący po angielsku oznajmił:
- Witamy na trzecim dorocznym pikniku Stowarzyszenia Chińskich Obywateli Amerykańskich oraz na konkursie Miss Chinatown, zorganizowanych z okazji corocznego Dnia Niepodległości!
Rozbrzmiały oklaski i zachęcające okrzyki wydawane przez zgromadzoną na trawie publiczność. Starsza kobieta z kartkami ułożonymi na podkładce poczęła zbierać dziewczęta w szeregu za ekranem, szykując je do wejścia po schodkach na scenę. Wtedy Lily się odwróciła i pospiesznie ruszyła w stronę trawnika.
Zauważyła swoją rodzinę gdzieś pośrodku tłumu, skupioną na starym i podniszczonym wojskowym kocu z nazwiskiem jej ojca - kapitana Josepha Hu - wypisanym białą farbą. Otaczały ją inne rodziny, wszystkie rozleniwione pod bezchmurnym błękitnym niebem, każda zwrócona w stronę sceny ustawionej przed lożą jurorów.
Lily zauważyła matkę, gdy ta akurat stała i stawiała do pionu czteroletniego Frankiego. Ojciec, nadal siedzący na kocu, podał jej torebkę, a potem mama wraz z Frankiem poczęli sobie torować drogę na skraj trawnika. Wujek Francis i ciocia Judy, siedzący obok ojca Lily, spoglądali na scenę z różnymi minami. Wuj wydawał się pochłonięty tym widokiem, ale ciotka raczej była sceptycznie nastawiona do tego przedsięwzięcia. Lily nigdzie nie widziała swojego starszego brata, Eddiego. Domyśliła się, że pewnie wciąż się gdzieś bawi z przyjaciółmi.
Na matkę wpadła na ścieżce.
- Idę z Frankiem do łazienki - powiedziała do córki. - Zostało jeszcze trochę smażonego kurczaka.
Kiedy Lily szła trawnikiem, ktoś odpalił fajerwerki. Letnie słońce, gorące i suche, wnikało w jej czarne włosy. Tu, w Los Altos, panowała prawdziwie letnia pogoda - idealna na lody, nie to co w zimnym i mglistym San Francisco. Przez cały dzień Lily pozbywała się kolejnych warstw ubrań, które rano narzuciła na siebie w mieszkaniu w Chinatown, tak że teraz miała na sobie tylko bluzkę z krótkim rękawkiem i bawełnianą spódnicę. Żałowała, że nie założyła sandałów zamiast półbutów ze skarpetami.
Gdy dotarła do rodziny, kucnęła, by zgarnąć ostatni kawałek kurczaka, jaki pozostał w koszyku. Jej przyjaciółka, Shirley Lum, przysiadła ze swoimi bliskimi w pobliżu. Gestem zaprosiła Lily na swój koc.
- Mogę pójść do Shirley? - zapytała Lily, kierując pytanie do ojca. Ten skinął głową. Tymczasem konferansjer zaczął przedstawiać uczestniczki konkursu piękności. Przy akompaniamencie donośnie rozbrzmiewających nazwisk Lily wstała z pałką kurczaka w dłoni.
- Panna Elizabeth Ding!
- Panna May Chinn Eng!
Lily dosiadła się do Shirley na kocu jej rodziny - zrobionym ze starego białego obrusu - i podkurczyła nogi, wygładzając spódnicę na kolanach jak prawdziwa dama.
Shirley nachyliła się do niej, mówiąc:
- Moja ulubiona to ta trzecia, ta w żółtym dwuczęściowym kostiumie.
- Panna Violet Toy!
- Panna Naomi Woo!
Lily odgryzła kawałek kurczaka. Jego skórka wciąż była chrupiąca, a wnętrze soczyste i słone. Ułożyła pod nim dłoń, tak by uchwycić spadające okruszki. W międzyczasie dziewczęta na scenie kroczyły jedna za drugą na szpilkach, kołysząc biodrami w przód i w tył. Od strony publiczności dobiegło kilka gwizdów, a potem śmiech.
- Myślę, że dziewczyna w czarnym trochę za bardzo gwiazdorzy - oceniła Shirley.
- Co masz na myśli? - zapytała Lily.
- Tylko spójrz na nią! Zachowuje się jak jakaś gwiazda filmowa czy coś w tym stylu. Jak ona w ogóle stoi!
- Przecież wszystkie tak stoją.
- Ale ona stoi raczej tak, jakby myślała, że taki z niej ideał.
Lily nie widziała, by dziewczyna w czerni wyglądała choć trochę inaczej od reszty. Pamiętała jednak widok jej obnażonej, uniesionej stopy i czuła zażenowanie w imieniu uczestniczki. Wszystkie dziewczyny na scenie się uśmiechały, trzymały dłonie na biodrach i ściągały łopatki. Konferansjer wyjaśnił, że muszą jeszcze raz przejść się dookoła sceny, by jurorzy mogli ocenić ich twarze oraz sylwetki. Publiczność znowu zaklaskała.
Jury zasiadało przy stole postawionym na trawie tuż przed sceną. Lily nie widziała, kto wchodził w jego skład, ale zdążyła się o nim nasłuchać. Dwoje spośród osób jurorskich należało do władz Chinatown: jedna była mężczyzną - prominentnym białym biznesmenem, a druga kobietą - Królową Narcyzów z hawajskiego Honolulu. Wcześniej Lily widziała, jak robi sobie zdjęcia z fanami; nosiła piękną sukienkę w kwiecisty wzór, a we włosy wpięła sobie duży różowy kwiat.
- Patrz. Teraz idzie moja! - odezwała się Shirley.
Dziewczyna w żółtym dwuczęściowym kostiumie była wyższa od reszty, a jej kształty bardziej zaokrąglone niż u pozostałych rywalek. Miała falujące czarne włosy, które z tyłu utrzymywały grzebienie, uwydatniając lśniące kolczyki łezki. Gdy wyszła na przód sceny, gwizdy poczęły narastać. Kiedy zaś dotarła na jej drugą stronę, przystanęła na chwilę, ugięła kolano i spojrzała kokieteryjnie przez ramię. Publicznością wstrząsnęła fala braw, do których entuzjastycznie przyłączyła się również Shirley.
Lily, wciąż z na wpół zjedzonym kurczakiem w dłoni, niespokojnie odwróciła wzrok od sceny. Nie rozumiała tego ucisku w brzuchu, jakby uważała, że nikt nie powinien jej przyłapać na patrzeniu na te dziewczęta. Nieopodal spostrzegła grupkę starszych mężczyzn z Chinatown, którzy jak gdyby nigdy nic siedzieli i palili papierosy, lustrując uczestniczki konkursu spojrzeniami. Jeden z nich uśmiechnął się do innego, a w jego minie można było dostrzec coś odrażającego. Lewą ręką wykonał dziwny gest, jakby coś ściskał, a drugi mężczyzna zachichotał. Lily opuściła wzrok na kurczaka. Jego kość nasuwała skojarzenia ze ścięgnem Achillesa dziewczyny w czerni, poczerwieniałym od twardej krawędzi buta.
- Chodźmy na scenę - rzuciła konspiracyjnym tonem Shirley. Wzięła Lily za rękę i pociągnęła ją przez trawnik.
- Nie powinnyśmy...
- Nie chcesz się przekonać, jak to jest?
Brzmiało to niebezpiecznie i buntowniczo - ale tylko trochę. Popołudniowe słońce zdawało się teraz złote i ciężkie. Impreza dobiegała końca, a widzowie zbierali rzeczy, szykując się do powrotu do domu.
- Dobra - zgodziła się Lily. W odpowiedzi Shirley pisnęła.
Ostatnich kilka metrów właściwie przebiegły, a gdy znalazły się u stóp schodków, Shirley gwałtownie przystanęła, przez co Lily wpadła na jej plecy.
- Pomyśl tylko - odezwała się rozmarzona przyjaciółka - jakie to musi być uczucie, zostać Miss Chinatown!
Kiedy jury ogłosiło werdykt, pojawiło się wokół tego sporo kontrowersji. Lily usłyszała kilka gwizdów pośród aplauzu, a twarz zwyciężczyni spąsowiała zarówno z dumy, jak i konsternacji. Jakiś mężczyzna krzyknął po angielsku w kierunku sceny:
- Ona wygląda jak laska pin-up, a nie chińska dziewczyna!
Lily spojrzała na niego ukradkiem. Siedział w pobliżu mężczyzny od dziwnego gestu, a ten pochylił się ku niemu i poklepał go po ramieniu. Zaczęli z ożywieniem dyskutować i choć Lily nie całkiem rozumiała ich konwersację - mówili po tajszańsku[1] - wyłapała słowa oznaczające piękno i kobietę.
- Lily, idziesz czy nie?
Shirley weszła już na scenę. Do Lily dotarło, że odstaje od przyjaciółki. Oparła dłoń na poręczy - ta się zachwiała - i szybko wbiegła po schodach. Ze sceny zniknął już mikrofon i statyw, przez co wydawała się ona niemal całkiem pusta. Shirley wyszła na środek krokiem przypominającym chód uczestniczek konkursu, jak gdyby odgrywała rolę królowej piękności.
Lily się zawahała, patrząc, jak przyjaciółka odwraca się do rozległego, pustoszejącego trawnika. Ktoś zagwizdał, a Shirley, zarumieniona z radości, dygnęła.
- Następny raz będzie twój! - rozległ się czyjś głos.
Shirley zachichotała, po czym zerknęła przez ramię na Lily.
- No, chodź! Chodź zobaczyć widok!
Ta dołączyła do niej na scenie w chwili, gdy gdzieś daleko fajerwerki rozdarły powietrze. Popołudniowe słońce znajdowało się za ich plecami, przez co rzucały cienie na podest. Gdy Shirley uniosła rękę i pomachała na królewską modłę, Lily spostrzegła, jak cień przyjaciółki wyciąga się i pada na trawę. Ziemia była naznaczona pustymi szklanymi butelkami i zgniecionymi papierowymi torebkami, a sama trawa została ugnieciona, tworząc nieregularne wspomnienie koców i ciał.
- Lily!
Głos dobiegł ją z lewej, zza sceny. Zrobiła krok w tył, by się rozejrzeć, dzięki czemu zobaczyła ciocię Judy nadchodzącą od strony parkingu i machającą do niej.
- Musimy się zbierać! - zawołała ciocia.
Lily odmachała jej i złapała Shirley za ramię.
- Czas na nas.
- Jeszcze chwilę - odparła przyjaciółka.
Lily podeszła do schodów, a kiedy się odwróciła, zobaczyła, że Shirley wciąż stoi na skraju sceny i patrzy na trawnik. Promienie słoneczne otaczały tył jej głowy niczym korona, skrywając w cieniu twarz dziewczyny. Nos i usta wciąż miała słodkie, dziewczęce, lecz na jej klatce piersiowej zaczęła się już pojawiać skromna wypukłość. Sukienka była z kolei ściągnięta w talii, uwidaczniając lekką krągłość bioder. Lily zaczęła się zastanawiać, czy właśnie tak powinna wyglądać chińska dziewczyna.
[1] Nazwa języka pochodzi od miasta Taishan (Nowe Tajpej) i nie jest notowana w polskich słownikach (przyp. red.).