Ostatnie życzenie - Igor Adamczyk

Kup ebooka

49.90 zł
38.42 zł (35,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OD AU­TORA

Awięc nad­szedł czas, który na­dejść mu­siał. Trzy­masz w dło­niach książkę pi­saną przeze mnie w wa­ka­cje 2022 roku. De­biut. Po opi­sie na pewno do­my­ślasz się, ja­kie za­wi­ro­wa­nia spo­tkasz mię­dzy kart­kami po­wie­ści, ile do­my­słów po­świę­cisz na roz­wi­kła­nie za­gadki, któ­rej roz­wi­kła­nie w za­sa­dzie spra­wiło mi wiele trud­no­ści. Duma i ra­dość to słowa zbyt lek­kiej wagi - do opi­sa­nia tego uczu­cia po­trzebne są zda­nia, wiele zdań kry­ją­cych się gdzieś da­leko na ję­zyku.

W pew­nym mo­men­cie zwąt­pi­łem, że mie­siące po­świę­cone bęb­nie­niu w kla­wi­sze, za­ry­so­wy­wa­niu fa­buły i two­rze­niu od­ręb­nego świata z po­czątku zna­nego tylko mnie, przy­niosą re­zul­taty. By­łem wręcz prze­ko­nany o rzu­ce­niu tego wszyst­kiego w dia­bły, sku­pie­niu się na czymś in­nym, w czym za­mie­rzony cel osią­gnę dużo szyb­ciej, ale wtedy zro­zu­mia­łem, że to nie na tym po­lega. Cier­pli­wość i wy­trwa­łość to ce­chy, które w głów­nej mie­rze za­gwa­ran­to­wały mi dal­szą walkę o wy­da­nie Ostat­niego ży­cze­nia.

Ze swo­jego miej­sca pra­gnę za­zna­czyć, że wszyst­kie opi­sane w po­wie­ści wy­da­rze­nia są fik­cją. Samo Je­zioro Skrzy­nec­kie jest mi jed­nak bar­dzo bli­skie ze względu na drzewo ge­ne­alo­giczne, a Go­sty­nin to mia­sto, z któ­rego po­cho­dzę. Nie mo­gło się obejść za­tem bez smacz­ków, które na pewno do­ce­nią oko­liczni miesz­kańcy. Poza tym two­rze­nie ca­łej fa­buły w miej­scu od­da­lo­nym o za­le­d­wie dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów od mo­jego domu ro­dzin­nego było czy­stą przy­jem­no­ścią, pi­sar­ską frajdą, która spra­wiła, że czu­łem się tro­chę jak pię­cio­la­tek w do­brze zna­nej mu pia­skow­nicy.

Dzię­kuję Wy­daw­nic­twu Nocą za szansę, za­ufa­nie, a przede wszyst­kim opiekę, ja­kiej na grun­cie pi­sar­skim ni­gdy w ży­ciu nie do­świad­czy­łem. Dzię­kuję ro­dzi­nie za wiarę i wszyst­kim tym, któ­rzy od po­czątku do końca wy­trwale trzy­mali kciuki i da­wali wska­zówki, co ro­bić, a czego uni­kać. Dzię­kuję Kin­dze Au­gu­sty­niak - pierw­szej czy­tel­niczce Ostat­niego ży­cze­nia - któ­rej słowa, bar­dziej niż ko­go­kol­wiek, pod­nio­sły mnie na du­chu.

Mógł­bym roz­pi­sać się jesz­cze na wiele stron, ale z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kam, aż za­nu­rzy­cie się w fa­bule książki i zde­cy­du­je­cie, czy warto po­świę­cić na nią kilka wie­czo­rów. Albo je­den ze spo­rym za­pa­sem her­baty.

Igor Adam­czyk

2.11.2023 r.

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

Dia­gnoza

Dawid Hel­ler nie miał po­ję­cia, że jego trzy­let­nia córka umiera, mimo że przez kilka ty­go­dni było z nią źle. Za­częło się od zwy­kłego osła­bie­nia, które na­stęp­nie prze­ro­dziło się w apa­tię. Da­wid my­ślał, że to zwy­kła cho­roba, ale Zo­sia umie­rała. Umie­rała na jego oczach, gdy go­dziny mi­jały, a dni po­woli prze­cho­dziły w ko­lejne.

Te­raz na­to­miast sie­dział z żoną w ga­bi­ne­cie le­kar­skim i słu­chał wy­wodu dok­tora. Cho­ciaż słowo "słu­chał" było w tym przy­padku zbyt wy­ima­gi­no­wane, gdyż wy­razy naj­zwy­czaj­niej w świe­cie przez niego prze­la­ty­wały, jakby słuch sta­no­wił sito. Le­karz mó­wił, szpe­rał w pa­pie­rach i pod­kre­ślał, że współ­czuje, tyle że Da­wi­dowi na nic zdały się głu­pie współ­czu­cia, bo jego córka i tak umie­rała. Z mi­nuty na mi­nutę po­woli ula­ty­wało z niej ży­cie.

Dłuż­sze mil­cze­nie dok­tora czę­ściowo przy­wró­ciło go do rze­czy­wi­sto­ści.

- Tak jak wspo­mi­na­łem wcze­śniej, wy­ko­na­li­śmy od­po­wied­nie ba­da­nia. Pań­stwa córka cho­ruje na ostrą bia­łaczkę szpi­kową. - Z szu­flady wy­cią­gnął teczkę, po czym oczom Da­wida uka­zała się fo­to­gra­fia Zo­fii wraz z in­nymi in­for­ma­cjami, któ­rych nie po­tra­fił roz­czy­tać. Dok­tor na­chy­lił się nad biur­kiem, spla­ta­jąc dło­nie. Miał mi­zerny wy­raz twa­rzy, z któ­rego nie wró­żyło nic do­brego. - W tym ro­dzaju bia­łaczki roz­ro­stowi ule­gają ko­mórki z li­nii lim­fo­cy­tów, które u zdro­wych lu­dzi za­sie­dlają szpik kostny.

Na chwilę prze­rwał i pod­su­nął skra­wek pa­pieru pod nos mał­żeń­stwa. Da­wid prze­wer­to­wał pod­sta­wowe in­for­ma­cje, a na­stęp­nie prze­niósł wzrok na opi­nię le­ka­rza pro­wa­dzą­cego. Pi­smo było schludne.Dok­tor wes­tchnął głę­boko i dys­kret­nie po­dra­pał się po za­dba­nym za­ro­ście.

- Dia­gnoza cho­roby na­stą­piła zde­cy­do­wa­nie za późno. Che­mio­te­ra­pia jest oczy­wi­ście pla­no­wana oraz za­le­cana. Tuż po niej na­leży wy­ko­nać prze­szczep szpiku, aby ko­mórki mo­gły na nowo za­sie­dlić szpik kostny. Ist­nieje jed­nak ry­zyko, że no­wo­twór zwy­cięży, a ko­mórki ma­cie­rzy­ste nie przyjmą się tak, jak po­winny.

Po­miesz­cze­nie opa­no­wała gro­bowa ci­sza, mą­cona je­dy­nie ty­ka­niem ze­gara. Da­wid miał pustkę w gło­wie. Żadna myśl - na­wet ta pe­sy­mi­styczna, na­cho­dząca ostat­nio co­raz czę­ściej - nie po­ja­wiła się w jego umy­śle.

- Ile jej zo­stało? - spy­tała Ma­ria. W jej oczach krę­ciły się łzy. Da­wid ob­jął ją ra­mie­niem i przy­ci­snął do sie­bie. Drżała.

- Pięć, może sześć lat, w tym brak pew­no­ści, że wszystko prze­bie­gnie po­myśl­nie. Tak jak wspo­mi­na­łem wcze­śniej, im szyb­sza dia­gnoza, tym bar­dziej opty­mi­styczna przy­szłość.

Da­wid nie słu­chał już le­ka­rza. W gło­wie za­częły kłę­bić mu się wi­zje Zosi na łożu śmierci oraz ce­re­mo­nia po­grze­bowa. Wi­dział swoją trzy­let­nią córkę w ma­lut­kiej tru­mience. Wi­dział ro­dzinę i przy­ja­ciół pła­czą­cych pod­czas spusz­cza­nia Zo­fii do kil­ku­me­tro­wego dołu...

W tej chwili za­pra­gnął za­pła­kać, ale z jego gar­dła wy­do­był się je­dy­nie nie­mrawy jęk.

- Wiem, że to jest dla pań­stwa cięż­kie, ale te­raz naj­waż­niej­sze jest ży­cie Zo­fii. We­dle wstęp­nych wy­ni­ków szansa na jej prze­ży­cie wy­nosi pięć­dzie­siąt pięć, może sześć­dzie­siąt pro­cent. Nie wiemy, jak or­ga­nizm za­re­aguje na che­mio­te­ra­pię, więc te liczby mogą ulec zmia­nie. Miejmy na­dzieję, że na lep­sze.

Da­wid przy­wró­cił czę­ściową trzeź­wość umy­słu. Prze­tarł oczy i głę­boko wes­tchnął.

- Co mo­gło spra­wić, że Zo­sia... za­cho­ro­wała? - za­py­tał.

- Wiele czyn­ni­ków, ale naj­bar­dziej praw­do­po­dobny z nich to po­dat­ność od bli­skich krew­nych w li­nii pierw­szego stop­nia.

Ma­ria i Da­wid po­pa­trzyli po so­bie.

- Ale u nas nikt nie cho­ro­wał - rzekł Da­wid i na­chy­lił się nad biur­kiem. - Przy­naj­mniej nic mi o tym nie wia­domo.

- Na ra­zie kon­ty­nu­ujemy ba­da­nia - od­parł le­karz. - Nie­ba­wem prze­pi­szę od­po­wiedni lek, który za­ha­muje wzrost grzy­bów mo­gą­cych po­wo­do­wać za­ka­że­nia.

Da­wid po­ma­so­wał pul­su­jące skro­nie. Zmę­cze­nie ota­czało każdy cen­ty­metr jego ciała. Od do­brych kilku ty­go­dni nie prze­spał peł­nej nocy, a po­wieki z dnia na dzień sta­wały się co­raz cięż­sze.

- Mo­żemy ją zo­ba­czyć? - pod­jęła Ma­ria.

- Na­tu­ral­nie - od­parł le­karz i wstał. - Sala nu­mer dzie­sięć, od­dział dzie­cięcy, tra­fią pań­stwo?

Po­pa­trzył na Da­wida, jakby od razu za­ło­żył, że Ma­ria nie udzieli mu od­po­wie­dzi. Hel­ler ski­nął głową, a na­stęp­nie w trójkę po­de­szli do drzwi. Kiedy zna­leźli się na ko­ry­ta­rzu, Da­wid chwilę stał nie­ru­chomo. Ma­ria ob­jęła go w pa­sie i za­to­piła głowę w sze­ro­kiej klatce.

- Ona... ja my­śla­łam...

- Ćśśś - uci­szył ją, wi­dząc, że żona nie zdoła wy­po­wie­dzieć żad­nego sen­sow­nego zda­nia, a je­dy­nie nie­zro­zu­miały beł­kot. Nie­jed­no­krot­nie na eta­pie mał­żeń­stwa wi­dział ją w po­dob­nym sta­nie, lecz jesz­cze ni­gdy w tak złym. No­wo­twór nie tylko wy­nisz­czał Zo­się, ale rów­nież Ma­rię. Da­wid zda­wał so­bie z tego do­sko­nale sprawę, czę­sto my­śląc, że gdyby za­re­ago­wał wcze­śniej, Zo­sia mia­łaby więk­sze szanse na prze­ży­cie.

- Nie­po­trzeb­nie tyle cze­ka­li­śmy - po­wie­działa, gdy już się uspo­ko­iła. Po ko­ry­ta­rzu szpi­tal­nym krę­ciło się kilka osób. Nie­któ­rzy dys­kret­nie przy­ku­wali wzrok do przy­tu­la­ją­cego Ma­rię Da­wida. Inni, naj­czę­ściej pie­lę­gniarki lub sprzą­taczki, krzą­tali się do­okoła. Obok znaj­do­wały się drzwi do nie­wiel­kiej ka­wiarni, skąd do­bie­gał gwar. Ma­ria od­su­nęła się o krok i prze­tarła dłońmi po­liczki. Z to­rebki wy­cią­gnęła paczkę chu­s­te­czek. Do­pro­wa­dziła się do czę­ścio­wego po­rządku, lecz w ką­ci­kach jej oczu Da­wid wciąż do­strze­gał świeże łzy. Wes­tchnęła głę­boko i do­dała: - Gdy­bym tylko za­wia­do­miła le­ka­rzy wcze­śniej... - Wy­dmu­chała nos, po czym wy­rzu­ciła chu­s­teczkę do ko­sza.

Fak­tycz­nie, gdy­by­śmy byli szybsi, po­my­ślał Da­wid, obej­mu­jąc Ma­rię ra­mie­niem.

- Czasu nie cof­niesz - po­wie­dział, a przy ko­lej­nym zda­niu na­chy­lił się lekko nad jej uchem. - Nie mo­żemy się te­raz pod­dać. Zróbmy wszystko, żeby dać jej siłę i na­dzieję.

Ma­ria za­nio­sła się jesz­cze sil­niej­szym pła­czem i tym ra­zem jej cia­łem wstrzą­snęły drgawki. Przy­warła do męża, a on sam po­my­ślał, że gdyby był da­leko od szpi­tala i lu­dzi, nie blo­ko­wałby łez. Te­raz jed­nak mu­siał być silny, po­ka­zać za­równo jej, jak i Zosi, że wszystko ułoży się tak, jak po­winno. Na płacz przyj­dzie jesz­cze czas...

- Chodźmy do niej - do­dał i de­li­kat­nie zła­pał Ma­rię za dło­nie. Unio­sła wy­żej głowę, spo­glą­da­jąc na niego oczami jak spodki. Chyba do­strze­gła szkli­ste oczy Da­wida, gdyż jej wzrok zmie­nił się na bar­dziej współ­czu­jący. I mimo że wszystko trwało za­le­d­wie uła­mek se­kundy, Da­wid od­niósł wra­że­nie, jakby po­tra­fił wy­czy­tać z tych oczu cały wa­chlarz ne­ga­tyw­nych emo­cji. - Na pewno chcia­łaby nas zo­ba­czyć.

* * *

Sala na od­dziale dzie­cię­cym wy­glą­dała ni­czym szkolna świe­tlica, za wy­jąt­kiem tego, że tu­taj znaj­do­wało się kilka szpi­tal­nych łó­żek. Ściany po­miesz­cze­nia ude­ko­ro­wane były we wszel­kiego ro­dzaju kwiaty, płotki oraz zwie­rzęta. Farba już dawno stra­ciła swoje lata świet­no­ści. Na sali le­żało jesz­cze kilku in­nych pa­cjen­tów w wieku zbli­żo­nym do ich córki, ale to nie na nich sku­piało się mał­żeń­stwo.

Zo­sia spała. Da­wid i Ma­ria sie­dzieli nad jej łóż­kiem, przy­glą­da­jąc się przy­kry­tej nie­mal po sam nos dziew­czynce, z któ­rej twa­rzy cią­gnął się prze­wód od­de­chowy. Obok stał re­spi­ra­tor wska­zu­jący bi­cie serca. Tętno de­li­kat­nie wy­kra­czało poza normę. Zo­sia wy­glą­dała blado ni­czym ściana, a pod jej oczami roz­cią­gały się sine worki. Od­dech miała równy, ale jej usta i nos przy­kry­wała ma­ska tle­nowa. Na gło­wie wid­niała nie­bie­ska chustka, jakby le­ka­rze od razu za­ło­żyli, że Zo­sia straci włosy w ciągu kilku naj­bliż­szych dni. Da­wida fru­stro­wała ta myśl, dla­tego de­li­kat­nie uniósł się znad pla­sti­ko­wego sto­łeczka i za­czął od­wią­zy­wać su­peł.

- Co ro­bisz? - za­gad­nęła Ma­ria, ła­piąc go za nad­gar­stek. Drugą dło­nią obej­mo­wała przed­ra­mię córki. - Do twa­rzy jej w nie­bie­skim. - De­li­katny, kru­chy uśmiech za­wi­tał na jej ustach.

- Chcę wi­dzieć jej włosy, za­nim na do­bre je straci - od­parł i ścią­gnął chu­stę. Za­sta­no­wił się, czy tak bez­po­średni spo­sób mó­wie­nia w pew­nym stop­niu nie do­bije żony, ale do­szedł do wnio­sku, że le­piej tak niż nie­po­trzeb­nie owi­jać w ba­wełnę. To wszystko działo się na­prawdę. Zo­sia za­cho­ro­wała i wy­ma­gała le­cze­nia. Nie było w tym nic fi­lo­zo­ficz­nego.

Przyj­rzał się krót­kim, do­się­ga­ją­cym do szyi blond wło­som Zosi. Pa­trzył na nią, wolno gła­dząc jej twarz i czu­jąc, że dłu­żej nie znie­sie wstrzy­my­wa­nia łez. Wstał z pla­sti­ko­wego krze­sła, po czym wart­kim kro­kiem prze­spa­ce­ro­wał się po sali. Ma­ria ob­ser­wo­wała męża tak­su­ją­cym spoj­rze­niem. Da­wid wzdy­chał głę­boko, pró­bu­jąc unor­mo­wać ko­łu­jące w klatce serce. Co rusz zer­kał na łóżko córki, ale każde spoj­rze­nie koń­czyło się falą wy­rzu­tów su­mie­nia.

- Usiądź, pro­szę - wy­du­kała nie­mal szep­tem Ma­ria. Da­wid po­pa­trzył na żonę. Jej dło­nie swo­bod­nie le­żały na po­dołku. W bla­dym świe­tle worki pod jej oczami zda­wały się roz­cią­gać jesz­cze bar­dziej niż za­zwy­czaj.

Hel­ler sta­nął w miej­scu jak wryty i po­wę­dro­wał wzro­kiem naj­pierw na Zo­fię, a po­tem z po­wro­tem na Ma­rię. Po­krę­cił głową. W ką­ci­kach oczu roz­bły­sły pierw­sze łzy, jakże dawno nie­wi­dziane.

- Mu­szę się prze­wie­trzyć - po­wie­dział. W rogu po­miesz­cze­nia stał wie­szak na ubra­nia. Da­wid pod­szedł do niego, po czym się­gnął po ciem­no­szarą parkę i wy­szedł na ko­ry­tarz. Od­szu­kał ta­bliczkę z na­pi­sem "WYJ­ŚCIE", po dro­dze upew­nia­jąc się, że port­fel oraz te­le­fon znaj­dują się w kie­szeni.

Skrę­cił w stronę wind, klik­nął gu­zik, a gdy drzwi uchy­liły się, zje­chał na par­ter. Po­pra­wił koł­nierz parki i wy­szedł ze szpi­tala. Od razu ude­rzył go po­dmuch do­skwie­ra­ją­cego chłodu. Nic dziw­nego, w końcu był sty­czeń, a Da­wid nie zdą­żył przy­zwy­czaić się jesz­cze do mro­zów. Po­goda w jego ko­mórce wska­zy­wała sie­dem stopni na mi­nu­sie, choć od­czu­walne było zde­cy­do­wa­nie wię­cej. Niebo oka­lały ciem­no­szare, prze­su­wa­jące się le­ni­wie po nie­bie ob­łoki. Ża­den pro­myk zi­mo­wego świa­tła nie zdo­łał się przez nie prze­drzeć, jakby po­goda w pełni od­da­wała na­strój to­wa­rzy­szący wnę­trzu Hel­lera.

Pod­jazd zdą­żył już za­mar­z­nąć, przez co cho­dze­nie po nim wią­zało się z nad­zwy­czaj­nym ry­zy­kiem upadku. Da­wid po­szedł w kie­runku par­kingu i sta­nął przy au­cie. Aku­rat zdą­żyła nad­je­chać ka­retka. Kilku ra­tow­ni­ków wy­sia­dło ze środka i mi­mo­cho­dem prze­trans­por­to­wało cho­rego do środka. Da­wid nie przy­glą­dał się temu długo; miał bo­wiem waż­niej­sze sprawy na gło­wie, a jedna z nich szcze­gól­nie nie cier­piała zwłoki. Mu­siał wy­pła­cić wszyst­kie oszczęd­no­ści na le­cze­nie Zo­fii, lecz wie­dział, że pie­nię­dzy star­czy za­le­d­wie na kilka mie­sięcy, a mak­sy­mal­nie na rok. W swo­jej pracy nie­jed­no­krot­nie otrzy­my­wał zle­ce­nia od cho­rych na no­wo­twory, to­też wie­dział, że le­cze­nie tego typu cho­roby wiąże się z nie­ma­łymi wy­dat­kami.

- Niech to szlag - mruk­nął, wy­grze­bu­jąc z kie­szeni klu­czyki do Nis­sana. Naj­wi­docz­niej do­piero te­raz emo­cje za­częły z niego wy­cho­dzić, bo ręce nie prze­sta­wały drżeć.

Wcze­śniej nie po­zwa­lał so­bie na łzy, lecz te­raz jedna z nich po­pły­nęła strużką po po­liczku i kap­nęła na bruk. Po niej po­ja­wiły się ko­lejne, zu­peł­nie nie­kon­tro­lo­wane. Da­wid wy­cią­gnął z kie­szeni pęk klu­czy i na­tych­miast otwo­rzył drzwi kie­rowcy. Za­siadł przed kie­row­nicą, po czym prze­krę­cił sta­cyjkę. Sil­nik za­war­czał, a Hel­ler pod­krę­cił ogrze­wa­nie. Kiedy po­czuł pierw­sze fale cie­płego po­wie­trza, splótł dło­nie i za­czął je ma­so­wać.

Wię­cej nie blo­ko­wał łez; na­pły­wały do jego oczu ni­czym wo­do­spad. Zde­cy­do­wa­nie zbyt długo je wstrzy­my­wał. Sam nie do końca pa­mię­tał, kiedy ostatni raz pła­kał, ale mu­siało być to dawno temu. Płacz był dla niego ry­tu­ałem za­re­zer­wo­wa­nym tylko dla tych naj­gor­szych chwil w ży­ciu, dla­tego przy obec­nej sy­tu­acji z Zo­sią po­zwo­lił so­bie na to. Wszystko za­częło się psuć, ma­china zła ru­szyła.

Wziął dwa głę­bo­kie od­de­chy i wy­je­chał z par­kingu. Droga świe­ciła pust­kami, a re­flek­tory cięły uno­szącą się de­li­kat­nie mgiełkę. Da­wid po­now­nie po­grą­żył się w ko­lej­nej se­rii my­śli i sce­na­riu­szy. W gło­wie za­ma­ja­czyła mu pe­sy­mi­styczna wi­zja po­grzebu Zo­fii, w któ­rej wi­dział bli­skich pła­czą­cych nad jej gro­bem. Wi­dział pu­sty wy­raz Ma­rii, wy­pra­nej z za­pa­sów łez. Jej szkli­ste, zma­to­wiałe oczy...

Za­par­ko­wał pod skle­pem mo­no­po­lo­wym, sku­tecz­nie wy­ry­wa­jąc się z po­toku my­śli. W skle­pie ku­pił paczkę Che­ster­fiel­dów oraz za­pal­niczkę. Wró­cił za kółko i od­pa­lił jed­nego. Nie był zwo­len­ni­kiem pa­le­nia, mimo że więk­szość swo­jego ży­cia to wła­śnie ro­bił. Rzu­cił przed trzy­dziestką, gdy uro­dziła się Zo­sia. To ona była po­wo­dem jego dba­nia o wła­sne zdro­wie, a te­raz, jak na iro­nię przy­stało, jest tego prze­ci­wień­stwem. Nie­sa­mo­wite, jak ży­cie po­trafi spła­tać fi­gle, po­my­ślał, za­cią­ga­jąc się po raz ko­lejny. Od­chrząk­nął raz a po­rząd­nie, po czym splu­nął gę­stą flegmą na skryty w top­nie­ją­cym śniegu chod­nik.

Ra­dio mil­czało, w prze­ci­wień­stwie do jego my­śli; one sza­lały ni­czym wy­pusz­czona na wol­ność wa­taha psów, nad któ­rymi nie miał żad­nej kon­troli.

Za­cią­gnął się po­now­nie, sły­sząc ci­che po­mru­ki­wa­nie sil­nika i ob­ser­wu­jąc gro­madkę ba­wią­cych się nie­opo­dal dzie­cia­ków. Na­gle te­le­fon w jego kie­szeni za­wi­bro­wał, sku­tecz­nie przy­wo­łu­jąc go do rze­czy­wi­sto­ści. Dzwo­niła Ma­ria.

- Prze­bu­dziła się. - Jej głos brzmiał nieco le­piej, ży­wiej. - Mógł­byś pod­je­chać do domu po ja­kieś ubra­nia? Zo­sta­nie tu jesz­cze tro­chę. Ja zresztą też. Wy­ślę ci ese­me­sem, co kon­kret­nie masz wziąć.

Hel­ler na­chy­lił się nad kie­row­nicą. Kłęby dymu ty­to­nio­wego su­nęły po­woli ku gó­rze.

- Jak się czuje? - za­py­tał z wy­raź­nym znie­cier­pli­wie­niem w gło­sie.

Po dru­giej stro­nie na­stała chwila prze­rwy.

- Le­piej - od­parła Ma­ria i była to szczera, pewna od­po­wiedź. Ka­wa­łek ka­mie­nia spadł mu z serca. - Po­spiesz się, mała chce cię zo­ba­czyć.

Po tych sło­wach do jego wnę­trza na­pły­nęło cie­pło. Wy­rzu­cił pa­pie­rosa przez okno i wy­je­chał na główną ulicę Star­gardu. W te­re­nie za­bu­do­wa­nym prze­kro­czył znacz­nie pręd­kość, ale miał ku temu wy­raźne po­wody.

* * *

Za­par­ko­wał pod blo­kiem i wy­siadł z auta. Deszcz kro­pił de­li­kat­nie, ale z pew­no­ścią wkrótce prze­ro­dzi się w ulewę. Nad Star­gar­dem wi­siały ciemne ob­łoki, zde­cy­do­wa­nie nie­zwia­stu­jące nic do­brego. Da­wid wszedł do klatki, po czym wspiął się po scho­dach. Otwo­rzył drzwi do miesz­ka­nia, a na miej­scu od razu po­wa­lił go za­duch. De­li­kat­nie uchy­lił okna, po czym z szafy w sa­lo­nie wy­cią­gnął torbę spor­tową żony.

Wszedł do sy­pialni, skąd wy­niósł bie­li­znę i ubra­nia na zmianę Ma­rii, a na­stęp­nie wy­szedł z po­koju. Dud­nie­nie bu­tów roz­cho­dziło się echem po ca­łym miesz­ka­niu.

Za­brał naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy z ła­zienki, ale coś na­ka­zało mu sta­nąć przed lu­strem. W od­bi­ciu wi­dział trzy­dzie­sto­dwu­let­niego męż­czy­znę z dwu­ty­go­dnio­wym, za­nie­dba­nym za­ro­stem i nie­chluj­nie uło­żo­nymi wło­sami. Gdzie­nie­gdzie, głę­boko po­ja­wiały się siwe pa­sma, ale Hel­ler dawno przy­wykł do tego wi­doku. Sta­rzał się, to na­tu­ralne, ale przy sy­tu­acji z Zo­fią etap ten po­stę­po­wał nad­zwy­czaj bły­ska­wicz­nie. Pod oczami roz­cią­gały się blade okręgi. Twarz była spięta, a ciemne oczy świ­dro­wały osobę w lu­strze. To już nie był on, ale sko­rupa jego daw­nego sie­bie.

Nie mógł znieść wi­doku wła­snej twa­rzy, dla­tego szyb­kim kro­kiem wy­szedł z ła­zienki i ru­szył do po­koju córki. Za­nim jego dłoń opa­dła na klamce, wes­tchnął. Gdy drzwi sta­nęły otwo­rem, Da­wid prze­kro­czył próg i za­czął grze­bać w ko­mo­dzie. Ze środka wy­cią­gnął ubra­nia na ty­dzień, po czym chwy­cił drugą torbę i spa­ko­wał do niej lalki Bar­bie. Zo­fia na pewno bę­dzie chciała się nimi ba­wić, po­my­ślał, za­su­wa­jąc.

W przed­po­koju sta­nął jak wryty. Za­mknął oczy i wziął dwa głę­bo­kie wde­chy. Za oknem ział wiatr, a w po­wie­trzu od czasu do czasu uno­siły się grzmoty. Da­wid chciał wró­cić do żony oraz córki przed bu­rzą, dla­tego za­rzu­cił torby na ra­miona i wy­szedł z miesz­ka­nia. Kiedy ner­wowo prze­krę­cał za­mek, usły­szał za ple­cami czyiś głos.

- Hej, Da­wid. - To była Be­ata, star­sza o pięć lat są­siadka miesz­ka­jąca na­prze­ciwko. Miała ciemne, krę­cone włosy się­ga­jące jej za ra­miona. Jej ciało oka­lał ciem­no­zie­lony płaszcz, a na gło­wie go­ściła czapka nie­zna­nej Da­wi­dowi firmy. W pra­wej dłoni trzy­mała pu­stą torbę na za­kupy.

Da­wid scho­wał klu­cze do kie­szeni i po­pra­wił torby na ra­mie­niu. Po­sta­rał się uśmiech­nąć, ale nie był pe­wien, czy aby na pewno mu się to udało.

- Hej - od­parł, za­wie­sza­jąc wzrok na bla­dej dłoni Be­aty. - Za­kupy?

Ko­bieta prze­wró­ciła oczami. Da­wid prze­su­nął się o krok w stronę scho­dów i gdyby Be­ata po­tra­fiła czy­tać mowę ciała, zro­zu­mia­łaby, że jej roz­mówca nie jest za­in­te­re­so­wany wy­mianą zdań. By­naj­mniej nie na tę chwilę, gdy Zo­sia się prze­bu­dziła i po­trze­buje obojga ro­dzi­ców bli­sko sie­bie.

- Lecę do Bie­dronki. Wi­dzia­łam w ga­zetce masę wy­prze­daży. Pew­nie to, co nie sprze­dało się przed świę­tami, prze­ce­niają do­piero te­raz. - Wy­pu­ściła po­wie­trze z de­li­kat­nym świ­stem.

Da­wid rzu­cił jej nie­wy­raźny uśmiech.

- To prawda. - Na­stała chwila nie­zręcz­nej ci­szy, po któ­rej Da­wid do­dał: - Po­trze­bu­jesz pod­wózki? I tak jadę w tam­tym kie­runku, więc...

Ski­nęła głową.

- Będę wdzięczna.

Hel­ler po­now­nie od­po­wie­dział jej uśmie­chem, tym ra­zem mi­mo­cho­dem ucie­ka­jąc od kon­taktu wzro­ko­wego. Ru­chem ręki wska­zał schody. Gdy zna­leźli się w sa­mo­cho­dzie, Be­ata za­częła:

- Ma­ria opo­wie­działa mi o wszyst­kim. Tak strasz­nie mi przy­kro. - Po­ło­żyła rękę na jego ra­mie­niu, a on nie czuł po­trzeby jej od­trą­cać. Jej oczy stały się szkli­ste, Da­wid do­strzegł w nich po­je­dyn­cze łzy. - Wy­zdro­wieje, zo­ba­czysz. Moja zna­joma jest le­karką i cza­sami zgła­szali się do niej pa­cjenci z po­dej­rze­niem raka. Mo­głaby rzu­cić okiem na Zo­fię. Może po­le­ci­łaby coś sku­tecz­nego. A je­śli po­trze­bo­wa­li­by­ście pie­nię­dzy...

- Dzię­kuję za tro­skę, ale damy so­bie radę - wszedł jej w śro­dek zda­nia, co ro­bił sto­sun­kowo rzadko.

Chwilę prze­je­chali w mil­cze­niu, kiedy Hel­ler od­pa­lił ci­cho ra­dio. Nie miał ochoty słu­chać ani wy­wo­dów pre­zen­tera ani ka­na­łów z mu­zyką, ale przy­naj­mniej roz­wiało to za­le­ga­jące w po­wie­trzu spię­cie.

Na skrzy­żo­wa­niu skrę­cił w stronę w kie­runku su­per­mar­ketu.

- Bę­dzie bu­rza - oce­niła Ma­ria, przy­glą­da­jąc się nad­cho­dzą­cym z na­prze­ciwka chmu­rom. - Z po­wro­tem za­mó­wię tak­sówkę.

I słusz­nie, od­parł w my­ślach Da­wid, po czym wy­sa­dził ją pod Bie­dronką. Po­dzię­ko­wała i ży­czyła, aby wszystko się po­ukła­dało, tyle że durne ży­cze­nia ni­czego nie zmie­nią.

Wy­łą­czył ra­dio i upew­nił się, że torby z ubra­niami są na tyl­nym sie­dze­niu. Po­tem prze­niósł wzrok na Be­atę. O szybę za­dud­niły pierw­sze kro­ple desz­czu. Da­wid ru­szył z par­kingu. Do celu po­zo­stało mu nie­wiele, za­le­d­wie pół­tora ki­lo­me­tra, ale trasa zda­wała się dłu­żyć w nie­skoń­czo­ność.

Kiedy za­je­chał na par­king, lało jak z ce­bra. Wy­siadł z sa­mo­chodu i na­tych­miast po­czuł po­dmuch sil­nego wia­tru. W po­śpie­chu wy­cią­gnął torby, za­rzu­cił je na ra­mię, po czym szyb­kim kro­kiem ru­szył do szpi­tala. Kro­ple desz­czu ska­py­wały mu po twa­rzy, zna­cząco utrud­nia­jąc wi­docz­ność.

Wszedł pod nie­wiel­kie za­da­sze­nie i już miał otwie­rać drzwi, kiedy za­trzy­mał go wi­bru­jący w kie­szeni te­le­fon. Na ekra­nie po­ja­wił się nie­zna­jomy nu­mer.

- Da­wid Hel­ler przy te­le­fo­nie. Czym mogę słu­żyć? - za­py­tał jak z au­to­matu.

Po dru­giej stro­nie wy­do­by­wało się ci­che, re­gu­larne chra­pa­nie.

- Dzień do­bry, pa­nie Hel­ler. - Była to ko­bieta o zde­cy­do­wa­nie po­de­szłym wieku. Jej głos był nieco znie­kształ­cony. W tle Da­wid sły­szał ci­che pi­ka­nie, przy­wo­dzące na myśl re­spi­ra­tor. - Z tej strony Ma­rianna Kra­jew­ska. Czy­ta­łam o panu w ga­ze­cie.

Da­wid prze­stą­pił z nogi na nogę. Spoj­rzał za szklane drzwi szpi­tala. W po­cze­kalni cze­kało kil­ku­na­stu pa­cjen­tów. Nie­któ­rzy z nich świ­dro­wali Da­wida po­dejrz­li­wym spoj­rze­niem.

- To bar­dzo praw­do­po­dobne - od­parł i ner­wowo ro­zej­rzał się do­okoła. Deszcz za­le­wał rynny i bęb­nił o da­chy sa­mo­cho­dów.

Pani Kra­jew­ska ode­tchnęła głę­boko.

- Chcia­ła­bym, aby speł­nił pan moje ostat­nie ży­cze­nie. Po­dobno ma pan wiele do­brych opi­nii i klienci są za­do­wo­leni, więc nic nie stoi na prze­szko­dzie, bym mo­gła pana wy­na­jąć. Poza tym w mo­jej oko­licy mało kto zaj­muje się czymś ta­kim. - Od­chrząk­nęła, wy­star­cza­jąco gło­śno, by męż­czy­zna mi­mo­wol­nie od­da­lił słu­chawkę od ucha.

Hel­ler za­sta­na­wiał się, czy udzie­le­nie po­zy­tyw­nej od­po­wie­dzi bę­dzie roz­sąd­nym po­my­słem. Nie wie­dział, w co kon­kret­nie się pa­kuje, a w swo­jej ka­rie­rze miał już nie­mały ba­gaż do­świad­czeń i wie­dział, że zga­dza­nie się z góry bywa ry­zy­kowne. Poza tym Zo­sia po­trze­bo­wała ojca, po­trze­bo­wała jego wspar­cia i świa­do­mo­ści, że jest przy niej. Z dru­giej strony jed­nak oni po­trze­bo­wali pie­nię­dzy, któ­rych przy le­cze­niu za­brak­nie po nie­dłu­gim cza­sie. Co prawda mają ubez­pie­cze­nie, to oczy­wi­ste, ale Da­wid wie­dział, że nie zdoła po­kryć ono ca­ło­ści le­cze­nia...

- Halo? - po­na­gliła pani Ma­rianna. - Jest tam pan?

Da­wid po­trzą­sną głową, sku­tecz­nie wy­bi­ja­jąc się z le­targu.

- Tak, tak, pro­szę wy­ba­czyć. Ostat­nio mam dużo na gło­wie, ale my­ślę, że będę skory pod­jąć się pani zle­ce­nia. - Miał na­dzieję, iż w jego gło­sie wy­brzmiały szczere in­ten­cje. - Nie je­stem jed­nak pe­wien, czy aby na pewno zdo­łam osią­gnąć dany re­zul­tat w ocze­ki­wa­nym przez pa­nią cza­sie. W do­datku przez naj­bliż­sze dni mogę być nie­do­stępny, więc...

- Sporo za­płacę - prze­rwała mu na­gle. Da­wid wy­pu­ścił po­wie­trze z ust, ob­ser­wu­jąc, jak para wę­druje ku gó­rze. - Nie zo­stało mi dużo czasu. - Za­nio­sła się do­no­śnym kasz­lem, jakby na do­wód swo­ich słów.

- Na­prawdę nie wiem...

- Pro­szę. - Ko­bieta po dru­giej stro­nie na­le­gała. - Nie umrę w spo­koju, do­póki moje ostat­nie ży­cze­nie się nie spełni. To... to bar­dzo dla mnie ważne, pa­nie Hel­ler.

Da­wid za­sta­no­wił się chwilę. Po­wę­dro­wał wzro­kiem po pa­cjen­tach w po­cze­kalni. Na jed­nym krze­sełku sie­działa na oko ośmio­let­nia dziew­czynka. Ba­wiła się kostką Ru­bika. Hel­ler wy­obra­ził so­bie kilka lat star­szą Zo­się po­zba­wioną wło­sów i brwi. Wy­chu­dzoną, z chu­stą na gło­wie. Gdyby te­raz zgo­dził się wziąć to zle­ce­nie, by­łaby więk­sza szansa na sku­teczne wy­le­cze­nie no­wo­tworu, ale z dru­giej strony po­zba­wi­łoby go to czasu spę­dza­nego z Zo­fią. Jego po­przedni klienci na łożu śmierci za­zwy­czaj pro­sili o coś drob­nego, tak jak prze­ka­za­nie da­nej in­for­ma­cji bli­skim po śmierci czy od­szu­ka­nie za­gi­nio­nych zdjęć. Ta­kie zle­ce­nia koń­czyły się w prze­ciągu mie­siąca. Tyle że Hel­ler jesz­cze ni­gdy nie sły­szał w gło­sie swo­jej klientki tyle de­spe­ra­cji.

- Pani Ma­rianno, po­wiedzmy, że się za­sta­no­wię, po czym dam...

- Sto ty­sięcy. Dwa­dzie­ścia płatne z góry, reszta po wy­ko­na­niu zle­ce­nia.

Hel­ler za­stygł w kom­plet­nym bez­ru­chu. Jego wzrok utkwił gdzieś w mar­twym punk­cie, a słowa pani Kra­jew­skiej obi­jały się echem w gło­wie. Przed oczami po­ja­wiły mu się chwi­lowe mroczki. Od kilku dni zmę­cze­nie przej­mo­wało nad nim kon­trolę, ale te­raz ad­re­na­lina zro­biła swoje. Po­czuł, jak fala cie­pła roz­grzewa jego chłodne ciało.

- Czy mógł­bym naj­pierw po­znać szcze­góły?

- To nie jest roz­mowa na te­le­fon - oznaj­miła.

- Sto ty­sięcy. Jest pani pewna?

Ko­bieta prych­nęła.

- Bar­dziej niż tego, że umrę - skwi­to­wała. - My­ślę, że może być pan za­in­te­re­so­wany, pa­nie Hel­ler, a mnie bar­dzo na tym za­leży. Tak jak wspo­mi­na­łam wcze­śniej, bez tego nie umrę w spo­koju. Pro­szę się za­sta­no­wić i od­dzwo­nić. Naj­le­piej jesz­cze dzi­siaj, na­prawdę nie zo­stało mi zbyt dużo czasu. Wszyst­kie in­for­ma­cje o moim po­by­cie wy­ślę SMS-sem.

Da­wid nie mu­siał się za­sta­na­wiać, bo od­po­wiedź w jego gło­wie była oczy­wi­sta. Pani Ma­rianna za­koń­czyła po­łą­cze­nie, a on tkwił jesz­cze chwilę pod za­da­sze­niem, gdy grzmot przy­wró­cił go do rze­czy­wi­sto­ści. Skie­ro­wał się w stronę od­działu dzie­cię­cego, ale po dro­dze nie mógł sku­pić się na ni­czym kon­kret­nym.

Prze­kro­czył próg drzwi do sali dzie­cię­cej. Przy ostat­nim łóżku sie­działa Ma­ria i gła­skała de­li­kat­nie Zo­się po po­liczku. Dziew­czynka spała twar­dym snem, jak wy­wnio­sko­wał Da­wid. Zbli­żył się i po­pa­trzył na nią chwilę, do­strze­ga­jąc, że wy­gląda nieco le­piej. Ko­lory odro­binę jej wró­ciły, a sińce po­woli zni­kały.

Po­ło­żył torby obok łóżka, cmok­nął w po­lik Ma­rię i po­pro­sił, żeby wy­szli. Sta­nęli w ką­cie ko­ry­ta­rza, pewni, że nikt ich nie pod­słu­chuje. Da­wid opo­wie­dział żo­nie o te­le­fo­nie i pro­po­zy­cji, jaką rzu­ciła pani Kra­jew­ska.

- Sto ty­sięcy?! Mó­wisz po­waż­nie?! - Oczy Ma­rii roz­warły się, a brwi po­szy­bo­wały wy­soko ku gó­rze. Da­wid tak­so­wał ją wzro­kiem, nie do końca wie­dząc, co kon­kret­nie po­wie­dzieć. Od­niósł wra­że­nie, jakby na tę chwilę za­bra­kło mu ję­zyka w gar­dle. - Wiesz, ile to jest pie­nię­dzy?

- Sporo. I na pewno wy­dłuży to ży­cie Zosi. - Ode­tchnął głę­boko, czu­jąc jak ogromny ka­mień za­le­ga­jący mu jego sercu po­woli się kru­szy. - Mamy oka­zję, więc ją wy­ko­rzy­stajmy. Za­pewne nie będę mógł tak czę­sto wi­dy­wać na­szego skarbu, ale za­miast tego może przy­jeż­dżać do niej Be­ata. Lu­bią się, Zo­sia czę­sto o niej wspo­mi­nała.

Na twa­rzy Ma­rii ma­lo­wało się zmie­sza­nie, które z pew­no­ścią było wi­doczne i na twa­rzy Da­wida. Wie­dział, że nie chciała, by brał to zle­ce­nie, ale jed­no­cze­śnie zda­wała so­bie sprawę, jak istotne to było.

Unio­sła wzrok. W jej oczach po­ja­wiły się łzy.

- Boże, Da­wid. - Za­to­piła twarz w klatce Hel­lera i za­częła szlo­chać. - Ja... ja już nie wiem, co my­śleć. - Łkała. Da­wid się­gnął do kie­szeni spodni, po czym spo­śród paczki pa­pie­ro­sów, klu­czy­ków i port­fela wy­grze­bał po­je­dyn­czą chu­s­teczkę. Po­dał ją żo­nie.

Wy­rzu­ciła zu­żytą chu­s­teczkę i sta­nęła z za­ło­żo­nymi na pier­siach rę­kami.

- Tak bę­dzie le­piej - rzekł Da­wid, obej­mu­jąc Ma­rię ra­mie­niem. - Zo­sia roz­pocz­nie che­mio­te­ra­pię, a leki i opieka kosz­tują. Jej po­wrót do zdro­wia nie bę­dzie na­le­żał do naj­tań­szych. Le­piej dmu­chać na zimne.

Przy­tak­nęła. Da­wid uj­rzał, że ko­lejny raz tego dnia za­nio­sła się pła­czem.

* * *

Go­dzinę póź­niej na salę dzie­cięcą żwa­wym kro­kiem we­szła Be­ata. Jej włosy lśniły od desz­czu, a po twa­rzy ście­kały po­je­dyn­cze kro­ple. Koł­nierz jej płasz­czu wy­wi­nięty był na drugą stronę, za­pewne przez wiatr. W pra­wej dłoni ko­bieta trzy­mała torbę z za­baw­kami dla Zo­fii.

- Ba­wi­łam się nimi, gdy by­łam mała - mó­wiła. - Niech Zo­fia je przyj­mie. Le­piej tak, niż­bym miała je wy­rzu­cić.

Ma­ria przy­jęła pre­zent ze szcze­rym en­tu­zja­zmem.

Gdy Da­wid wy­szedł ze szpi­tala, wy­cią­gnął ko­mórkę i od­dzwo­nił. Chwilę póź­niej otrzy­mał wia­do­mość od pani Ma­rianny od­no­śnie ad­resu. Hel­ler wkle­pał w na­wi­ga­cję od­po­wied­nie in­for­ma­cje. Na ekra­niku po­ja­wiła się trasa, li­cząca pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów.

Ode­tchnął głę­boko, po czym wkro­czył na par­king. Po­goda na­dal była pa­skudna, ale gdzie­nie­gdzie przez szare ob­łoki prze­bi­jało się słońce. Pew­nie się roz­po­go­dzi, po­my­ślał Da­wid, wsia­da­jąc do sa­mo­chodu i prze­krę­ca­jąc klu­czyk w sta­cyjce. Sil­nik za­war­czał. Ra­dio wy­brzmiało, ale Hel­ler na­tych­mia­stowo je wy­łą­czył. Któ­re­goś razu po­ja­wiła mu się w gło­wie myśl, że gdyby nie dzie­lił tego auta z Ma­rią, cał­ko­wi­cie po­zbyłby się tych dur­nych ka­na­łów. Pod­czas po­dróży pre­fe­ro­wał słu­cha­nie ksią­żek, ale dziś nie miał na to ochoty. W za­sa­dzie nie miał ochoty na nic prócz spo­koj­nie prze­spa­nej nocy i świa­do­mo­ści, że świat nie wali mu się pod sto­pami.

Wy­je­chał z par­kingu i udał się na główną trasę pro­wa­dzącą do Szcze­cina. Nad mia­stem krą­żyły desz­czowe chmury, wy­cie­raczki dzia­łały na naj­wyż­szych ob­ro­tach, a wi­docz­ność była zni­koma. Przez pół go­dziny je­chał sto­sun­kowo wolno, lecz po na­stęp­nych pięt­na­stu mi­nu­tach deszcz ustał. Nieco się roz­po­go­dziło, jak po­dej­rze­wał, przez co mógł wdep­nąć moc­niej pe­dał gazu.

GPS wska­zy­wał nie­całe dzie­sięć mi­nut do celu. Da­wid przy­spie­szył, wi­dząc jak droga przez chwilę świeci pust­kami. Mi­nuty na ekra­nie po­woli ma­lały, aż w końcu oczom Hel­lera uka­zał się Pu­bliczny Szpi­tal Kli­niczny w Szcze­ci­nie. Bu­dy­nek wy­glą­dał na za­dbany, choć w nie­któ­rych miej­scach zde­cy­do­wa­nie wy­ma­gał re­montu. Nie­wiele róż­nił się od szpi­tala w Star­gar­dzie.

Hel­ler za­par­ko­wał pod wej­ściem, dzię­ku­jąc w du­chu, że ulewa ustała, po czym wy­siadł z auta. Przy­po­mniał so­bie wi­dok Be­aty i in­tu­icyj­nie po­pra­wił koł­nierz płasz­cza.

Ru­szył przed sie­bie i prze­szedł przez próg szpi­tala. W po­cze­kalni cze­kało kil­ku­na­stu pa­cjen­tów. Da­wid pod­szedł do re­cep­cji. Za ladą stała młoda, zgrabna dziew­czyna, któ­rej włosy swo­bod­nie oka­lały smu­kłe ra­miona. Na pla­kietce na­pi­sane miała imię - Pau­lina. Sor­to­wała ja­kieś pa­piery, a gdy do­strze­gła Da­wida, uśmiech­nęła się.

- Dzień do­bry, czym mogę słu­żyć? - za­py­tała, roz­sze­rza­jąc uśmiech jesz­cze bar­dziej.

- Wi­tam, na­zy­wam się Da­wid Hel­ler. Przy­sze­dłem w od­wie­dziny do pani Ma­rianny Kra­jew­skiej...

- Ach tak, pani Kra­jew­ska wspo­mi­nała, że ktoś ją od­wie­dzi. Po­pro­szę o oka­za­nie god­no­ści.

Da­wid po­dał re­cep­cjo­ni­stce do­wód oso­bi­sty i po­cze­kał chwilę. Jego my­śli znów po­wę­dro­wały ku Zosi. Na­wie­dziły go obawy do­ty­czące mgli­stej przy­szło­ści, ale nie miał czasu się nad nimi za­sta­na­wiać. Pie­lę­gniarka od­dała Da­wi­dowi do­wód i za­wo­łała krzą­ta­jącą się nie­opo­dal sprzą­taczkę. Za Hel­le­rem zdą­żyła się już utwo­rzyć nie­mała ko­lejka.

Sprzą­taczka za­pro­wa­dziła go pod od­po­wied­nie drzwi. Da­wid ład­nie po­dzię­ko­wał, ży­cząc ko­bie­cie mi­łego dnia. Jego ręka po­wę­dro­wała na klamkę, ale za­nim wszedł do środka, głę­boko ode­tchnął.

W środku uno­sił się spe­cy­ficzny za­pach le­ków, to­wa­rzy­szący więk­szo­ści szpi­ta­lom. Nie­spo­dzie­wa­nie po ciele prze­biegł go dreszcz. Salę wy­peł­niał dźwięk de­li­kat­nego pi­ka­nia.

Da­wid prze­stą­pił krok do przodu. W po­miesz­cze­niu znaj­do­wały się trzy łóżka, każde za­sło­nięte ko­lo­rową ro­letą.

- Pani Ma­rianno? - za­py­tał, lecz od­po­wie­działa mu ci­sza. - Tu­taj Da­wid Hel­ler, roz­ma­wia­li­śmy przez te­le­fon.

Na­gle jedna z za­słon de­li­kat­nie się po­ru­szyła, a na­stęp­nie oczom Da­wida uka­zała się przy­kryta po piersi sta­ruszka. Miała siwe, rzed­nie­jące włosy oraz pie­go­watą cerę. Na twa­rzy wid­niała spora sieć zmarsz­czek. Długi, szpi­cza­sty nos zde­cy­do­wa­nie nie współ­grał z pro­por­cjami reszty na­rzą­dów zmy­słów. Na oko Da­wida pani Kra­jew­ska miała mi­ni­mum osiem­dzie­siąt lat. Jej po­liczki przy­po­mi­nały wy­schnięte na wiór, po­marsz­czone li­ście. Głę­boko usa­do­wione, ciemne oczy wpa­try­wały się w Da­wida.

- W ga­ze­cie wy­glą­dasz na star­szego - po­wie­działa i wska­zała na krze­sełko sto­jące obok. - Usiądź so­bie.

Pani Kra­jew­ska uśmiech­nęła się, uka­zu­jąc do­brze za­dbaną pro­tezę. Da­wid przez chwilę stał w bez­ru­chu, lu­stru­jąc twarz sta­ruszki, ale w końcu upo­mniał się w my­ślach i za­jął miej­sce.

- W pań­skim wieku... - rze­kła i po­wę­dro­wała wzro­kiem po su­fi­cie, jakby wy­grze­by­wała z pa­mięci naj­waż­niej­sze chwile w swoim ży­ciu. - Mia­łam wra­że­nie, że świat jest mój. A po­tem przy­szła sta­rość i wszystko ze­psuła.

Da­wid zbył tę in­for­ma­cję mil­cze­niem. Wpa­try­wał się w pa­nią Ma­riannę jakby sta­no­wiła ona bo­ski po­sąg. Nie wy­glą­dała naj­le­piej, jej gałki oczne były ma­towe, a sama ko­bieta zda­wała się jedną nogą kro­czyć w za­świa­tach.

- Nie chcę owi­jać w ba­wełnę, więc od razu przejdę do rze­czy. Naj­pierw kwe­stie fi­nan­sowe. Je­śli zgo­dzisz się speł­nić moje ostat­nie ży­cze­nie, umó­wię nam no­ta­riu­sza. Spo­rzą­dzimy umowę tak, aby była ko­rzystna i przej­rzy­sta dla oby­dwu stron. - Jej głos był nieco chra­pliwy, jakby gar­dło do­ma­gało się na­wil­że­nia. - Zgod­nie z tym dwa­dzie­ścia ty­sięcy po­jawi się u pana w prze­ciągu na­stęp­nych kilku dni, a reszta po wy­ko­na­niu zle­ce­nia.

Hel­ler ana­li­zo­wał tę pro­po­zy­cję w gło­wie, kiedy zro­dziło mu się istotne py­ta­nie.

- A je­śli pani... odej­dzie, za­nim speł­nię ży­cze­nie? Sto ty­sięcy, ja­kie mi pani ofe­ruje, nie na­leży do naj­mniej­szych kwot - po­wie­dział i gło­śno prze­łknął ślinę. W swo­jej ka­rie­rze miał parę ta­kich sy­tu­acji, lecz sumy opie­wały w gra­ni­cach kil­ku­set, może kilku ty­sięcy. Ni­gdy kil­ku­na­stu. Gdy zle­ce­nio­dawca umie­rał, za­płatę prze­ka­zy­wała ro­dzina po wcze­śniej­szym prze­czy­ta­niu umowy. Po od­ję­ciu po­dat­ków i opła­ce­niu wszyst­kich opłat zo­sta­wało nie­wiele, ale po­tem po­ja­wiało się ko­lejne zle­ce­nie i tym spo­so­bem Da­wid był w sta­nie utrzy­my­wać ży­cie na ja­kim­kol­wiek po­zio­mie.

Lu­dzie umie­rali, taka była ko­lej rze­czy, ale chcieli też przed tym zre­ali­zo­wać ma­rze­nia, na­wet te mało re­alne.

Sta­ruszka ro­ze­śmiała się.

- Znam swój or­ga­nizm, umrę do­piero po ostat­nim ży­cze­niu.

Przez chwilę Hel­ler czuł się zbity z tropu.

- Do­brze - pod­jął Da­wid, gło­śno wes­tchnął i po­gła­dził koł­nierz płasz­cza. - Pro­szę mi opo­wie­dzieć, o co pani prosi przed śmier­cią.

Tę for­mułkę wy­po­wia­dał śred­nio kilka razy w mie­siącu, za­mie­nia­jąc je­dy­nie za­imek oso­bowy. Ni­gdy nie czuł ta­kiej fa­scy­na­cji i kłę­bią­cego się z tyłu głowy stra­chu jak te­raz. Z we­wnętrz­nej kie­szeni wy­cią­gnął no­tes oraz dłu­go­pis, po czym za­mie­nił się w słuch.

Pani Kra­jew­ska znów po­wę­dro­wała wzro­kiem po su­fi­cie, tym ra­zem mru­żąc de­li­kat­nie oczy.

- Dwa­dzie­ścia cztery lata temu, w 1986 roku, za­gi­nął mój wnuk, An­tek Kra­jew­ski. Miał wtedy za­le­d­wie dwa­na­ście lat. Miesz­ka­li­śmy nad je­zio­rem Skrzy­nec­kim, za­nim stało się modne i miej­scowi za­częli ro­bić z niego atrak­cję. Mie­li­śmy swój dom, który te­raz jest je­dy­nie ru­iną w opła­ka­nym sta­nie. Wie pan, drewno nie jest tak wy­trzy­małe jak be­ton czy ce­gły. An­toś lu­bił ba­wić się nad wodą. Był chyba mi­strzem w pły­wa­niu.

Star­sza pani na chwilę prze­rwała i wes­tchnęła. Po jej po­licz­kach po­pły­nęły łzy. Da­wid no­to­wał skru­pu­lat­nie. Nie za­da­wał py­tań. Po­zwo­lił jej kon­ty­nu­ować.

- Pa­mię­tam ten dzień jak dziś. To było iście upalne lato. Czter­na­sty sierp­nia, wa­ka­cje. Wtedy po raz pierw­szy pu­ści­łam An­to­sia sa­mego nad je­zioro. Co prawda nie było to da­leko, wi­dzia­łam go z okna w kuchni, więc za bar­dzo się nie mar­twi­łam. A po­win­nam... po­win­nam, bo to tam­tego dnia roz­pę­tał się kosz­mar...

W ką­ci­kach jej oczu zgro­ma­dziły się łzy. Za­szlo­chała. Da­wid zła­pał za sto­jącą na szafce paczkę chu­s­te­czek. Wy­tarł pani Ma­rian­nie ście­ka­jące po po­licz­kach słone łzy.

- Co ta­kiego się stało?

- Chcia­łam za­wo­łać go na obiad. Mie­li­śmy go­to­wa­nego kur­czaka z ziem­nia­kami i świe­żymi wa­rzy­wami. Wy­szłam na we­randę, po czym za­czę­łam wy­krzy­ki­wać jego imię. Od­po­wie­działo mi je­dy­nie ćwier­ka­nie pta­ków. Zmar­twi­łam się, więc ze­szłam po scho­dach w dół. Je­zioro le­żało po­nad po­zio­mem bu­dynku, więc mu­sie­li­śmy scho­dzić po scho­dach. Gdy zna­la­złam się przy wo­dzie, ni­g­dzie nie do­strze­głam An­to­sia. Za­wo­ła­łam ko­lejny raz i jesz­cze na­stępny, ale nie od­po­wia­dał. Za­gi­nął.

Hel­ler za­pi­sał na środku kartki datę: 14.08. Ni­żej "za­gi­nię­cie". Za­kre­ślił wy­raz, po czym obok po­sta­wił ogromny znak za­py­ta­nia.

- Co pani zro­biła?

- Po­my­śla­łam, że może po­szedł do lasu, więc ru­szy­łam go szu­kać. Nie pa­mię­tam, jak długo cho­dzi­łam po tym le­sie i krzy­cza­łam, pod­czas gdy łzy stru­mie­niami cie­kły mi po po­licz­kach.

Wzięła dwa głę­bo­kie od­de­chy. W po­miesz­cze­niu uno­siło się dy­sze­nie in­nych pa­cjen­tów. Je­den z nich od­pa­lił wi­szący na ścia­nie te­le­wi­zor. Na ekra­nie po­ja­wiły się wia­do­mo­ści. Hel­ler po­wę­dro­wał wzro­kiem w kie­runku okna, do­strze­ga­jąc ko­lejne kłę­biące się chmury nad mia­stem. Druga tura opa­dów? Praw­do­po­dob­nie tak, ale w tej chwili Da­wid o to nie dbał. Ma­ria z Zo­fią były w bez­piecz­nym miej­scu, w do­datku w to­wa­rzy­stwie Be­aty, o ile jesz­cze nie po­je­chała.

Kiedy na ze­ga­rze wy­biła pięt­na­sta, jedna z pie­lę­gnia­rek we­szła do sali i za­py­tała o sa­mo­po­czu­cie pani Kra­jew­skiej. Sta­ruszka od­parła, że wszystko w po­rządku, po czym pie­lę­gniarka opu­ściła salę.

- Pro­szę kon­ty­nu­ować. Póź­niej za­dam kilka py­tań - po­wie­dział Da­wid, prze­krę­ca­jąc kartkę na pu­stą.

Sta­ruszka od­chrząk­nęła.

- Szłam za śla­dami bu­tów, ale ury­wały się po pierw­szym prze­kro­cze­niu drzew. W le­sie nie było wil­ków, po­dob­nie jak dzi­ków i in­nych zwie­rząt, które mo­głyby zra­nić An­to­sia. A przy­naj­mniej nic mi o tym nie wia­domo, bo ni­gdy ich nie wi­dzia­łam. Wo­ła­łam go jesz­cze i wo­ła­łam, aż w końcu wró­ci­łam do domu i za­dzwo­ni­łam do córki. Pra­co­wała dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów stąd, na re­cep­cji w ho­telu. Po­wie­dzia­łam jej o wszyst­kim i nie­długo po­tem wspól­nie szu­ka­ły­śmy An­to­sia. Upał wcale nam w tym nie po­ma­gał, ale po­szu­ki­wa­nia osta­tecz­nie speł­zły na ni­czym. An­tek po pro­stu roz­pły­nął się w po­wie­trzu...

- Co z naj­bliż­szą ro­dziną? Za­ofe­ro­wali po­moc?

- Oj­ciec Antka uciekł, gdy do­wie­dział się o ciąży. Moja córka strasz­nie to znio­sła, za­ła­mała się psy­chicz­nie, ale ja wie­dzia­łam, że w tam­tej chwili dziecko było naj­waż­niej­sze. Ra­zem z moim świę­tej pa­mięci mę­żem za­bra­li­śmy ją do domu ro­dzin­nego i tam się nię za­opie­ko­wa­li­śmy. An­toś uro­dziło się zdrowy, całe szczę­ście. Był wy­jąt­ko­wym chłop­cem. Już w wieku dwóch lat znał cały al­fa­bet. Na­wet nie wy­obraża pan so­bie zdzi­wie­nia przed­szko­la­nek, gdy się o tym do­wie­działy.

- Czy jest moż­li­wość skon­tak­to­wa­nia się z pani córką?

Sta­ruszka po­ki­wała ze zre­zy­gno­wa­niem głową.

- Nie­stety. Zmarła rok temu. Do­padł ją no­wo­twór piersi.

Da­wid za­no­to­wał. W gło­wie po­woli na­war­stwiały mu się ko­lejne py­ta­nia.

- Co usta­liła po­li­cja?

- Nie­wiele. Zgło­si­li­śmy sprawę za­gi­nię­cia. Naj­pierw prze­słu­chali nas, po­tem są­sia­dów. Prze­cze­sali las i je­zioro. Za­an­ga­żo­wali na­wet nur­ków, ale ni­g­dzie nie zna­leźli Antka. Prze­padł jak ka­mień w wodę. - Znów za­szlo­chała, tym ra­zem gło­śniej. - Gdy szkoła do­wie­działa się o za­gi­nię­ciu, zor­ga­ni­zo­wała grupę po­szu­ki­waw­czą, ale to także oka­zało się bez­sku­teczne. Po mie­siącu sprawa uci­chła. Z córką zo­sta­ły­śmy zdane tylko na sie­bie.

- Jak osta­tecz­nie wszystko się roz­wi­kłało?

- Uzna­ły­śmy, że An­toś umarł i zor­ga­ni­zo­wa­ły­śmy po­grzeb. Po­cho­wali pu­stą trumnę na cmen­ta­rzu w Go­sty­ni­nie. Ale ja za­wsze wie­dzia­łam, że on nie zgi­nął.

Brwi Da­wida po­szy­bo­wały ku gó­rze. Po raz pierw­szy, od­kąd pani Kra­jew­ska za­częła mó­wić o wnuczku, na­wią­zał z nią kon­takt wzro­kowy. Jej wzrok był nie­malże pa­ra­li­żu­jący.

- Co ma pani na my­śli?

- Przy­cho­dził do nas. I tylko ja go wi­dzia­łam, ale nie mo­głam nic zro­bić. Po­ja­wiał się za­zwy­czaj nocą. Stał w drzwiach do mo­jej sy­pialni i coś mó­wił. Prze­pra­szał, że nie przy­szedł na obiad i że "zły pan" go do­padł. - Jej oczy jesz­cze bar­dziej zma­to­wiały, przy­po­mi­nały gałki osoby nie­wi­do­mej. - Ni­gdy nie po­wie­dział mi, kim był "zły pan", ale zda­rzało się, że wsta­wa­łam o świ­cie, szlam do kuchni, a na lo­dówce wid­niał uło­żony z ma­gne­tycz­nych li­te­rek na­pis. "Zły pan".

Po ciele Hel­lera prze­biegł dreszcz. Za­stygł, wcią­gnięty w hi­sto­rię.

- Nie wy­glą­dał jak An­toś, któ­rego za­pa­mię­ta­łam. - Wska­zała pal­cem na pierw­szą szu­fladę w szafce noc­nej. - Od­suń, pro­szę.

Da­wid speł­nił prośbę. W szu­fla­dzie wid­niała krzy­żówka, ze­staw dłu­go­pi­sów oraz mocno wy­tarte zdję­cie por­tre­towe. Hel­ler wziął je do ręki. Przed­sta­wiało mło­dego chłopca o krót­kich, ja­snych wło­sach oraz pie­go­wa­tej twa­rzy. An­toni miał chude po­liczki i długi, od­sta­jący nos. Był wręcz od­zwier­cie­dle­niem pani Kra­jew­skiej.

- An­toś, który do mnie przy­cho­dził, miał inne włosy i inną twarz. Mętną, w ko­lo­rze wody. Nie po­tra­fię wy­grze­bać z pa­mięci wszyst­kich szcze­gó­łów, bo nie mam pew­no­ści, czy wszystko mi się nie przy­wi­działo. Wiem je­dy­nie, że na­pis na lo­dówce był re­alny. Mu­siał być.

- Mógł­bym zro­bić zdję­cie?

Sta­ruszka ski­nęła głową. Da­wid wy­cią­gnął te­le­fon, na­po­ty­ka­jąc na ekra­nie ese­mesa od Ma­rii. "Kiedy wra­casz?" Hel­ler od­pi­sał, po czym wci­snął ikonkę apa­ratu. Zro­bił dwa zdję­cia i scho­wał fo­to­gra­fię z po­wro­tem do szu­flady. Po­pa­trzył jesz­cze na dane z re­spi­ra­tora sto­ją­cego obok. Tętno pani Kra­jew­skiej zde­cy­do­wa­nie prze­kra­czało do­pusz­czalną dla niej normę, a serce biło nie­mia­rowo.

- Chcia­ła­bym, aby udał się pan nad je­zioro Skrzy­nec­kie i do­wie­dział się, co spo­tkało An­to­sia, pa­nie Hel­ler. Od dwu­dzie­stu czte­rech lat to cho­ler­stwo nie daje mi spo­koju, nie je­stem w sta­nie nor­mal­nie spać, bo śnią mi się kosz­mary o "złym pa­nie". Śni mi się, że od­wie­dza mnie An­toś i mam­ro­cze coś pod no­sem... Mówi w nie­zro­zu­mia­łym ję­zyku, wręcz łka. Woła mamę, ale mama już nie żyje...

Pani Kra­jew­ska na do­bre za­lała się łzami. Da­wid wziął ko­lejną chu­s­teczkę i otarł jej twarz. Po­zwo­lił, aby do­szła do sie­bie, a na­stęp­nie za­pro­po­no­wał wody. Nie chciała, więc nie na­le­gał. Za­miast tego za­to­pił się w my­ślach. Nie ukry­wał, hi­sto­ria pani Ma­rianny go po­ru­szyła, wręcz na mo­ment od­trą­ciła od ży­cia pry­wat­nego i obaw z nim zwią­za­nych. Za­sta­na­wiał się, czy brać tę sprawę, dla któ­rej za­pewne bę­dzie mu­siał po­świę­cić wi­zyty w szpi­talu u Zosi.

Gdy pani Kra­jew­ska do­cho­dziła do sie­bie, on od­pa­lił ko­mórkę. Star­gard i je­zioro Skrzy­nec­kie dzie­liło nieco po­nad trzy­sta pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów.

Taka od­le­głość by­łaby de­struk­cyjna dla re­la­cji mię­dzy nim a Zo­sią. Ona po­trze­bo­wała w tej chwili wspar­cia, a on to wspar­cie chciał za­pew­nić. Z dru­giej jed­nak strony nie zdo­łają opła­cić jej le­cze­nia bez do­dat­ko­wych fi­nan­sów, a zle­ce­nie pani Kra­jew­skiej otwo­rzy­łoby wiele moż­li­wo­ści.

Miał mę­tlik w gło­wie, a sy­tu­ację na­le­żało pod­jąć w prze­ciągu dzi­siej­szego dnia.

Pani Ma­rianna do­szła do sie­bie. Jej tętno stop­niowo spa­dało, więc Da­wid nie chciał za­da­wać wię­cej py­tań.

- Pro­szę, pa­nie Da­wi­dzie. Niech się pan do­wie, co spo­tkało mo­jego An­to­sia...

Jej oczy były szkli­ste. Pa­trzyła na niego spode łba, dy­sząc ciężko ni­czym po prze­bie­gnię­ciu ma­ra­tonu. Za­sta­no­wił się chwilę, aż w końcu wstęp­nie pod­jął de­cy­zję.

Nie miał po­ję­cia, co w tam­tej chwili wy­ra­żała jej twarz.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki