ROZDZIAŁ ІI
NIEZWYKŁE ZĄDANIE
Zgodnie z otrzymanym wezwaniem, Antoni Cielentniewski w następny czwartek punktualnie o godzinie jedenastej zjawił się w prokuraturze. Kiedy sekretarka zameldowała zwierzchnikowi, że wezwany już czeka, prokurator Zygmunt Adamik wyszedł na korytarz, serdecznie przywitał się z emerytem i wprowadził go do swojego gabinetu. Posadził na fotelu przy okrągłym stoliku, sam zajął miejsce naprzeciwko i wyciągnął paczkę "Marlboro".
- Dziękuję, już od piętnastu lat nie palę.
- A ja nie mogę się odzwyczaić. Już dwa razy kupowałem te bułgarskie pigułki, nic nie pomogło.
- Rzuciłem od razu. Z dnia na dzień. Wypaliłem ostatniego papierosa z paczki i następnego do ust nie wziąłem. Żadnych leków nie używałem.
- Gdybym ja tak potrafił! - szczerze zazdrościł prokurator. - Niestety, przy moim nerwowym trybie życia jakoś nie mogę się na to zdobyć. Zwykle się mówi, że prokurator jest jednym z wielu urzędników państwowych. Takim samym jak np. referent w Ministerstwie Finansów czy naczelnik urzędu pocztowego. Ale nie wyobraża pan sobie, drogi panie Antoni, ile nerwów kosztuje mnie każda rozprawa. A cóż dopiero taka, kiedy muszę żądać kary śmierci.
- Jak ta przeciwko Annie Teresie Kowalewskiej.
- Właśnie. Ją także głęboko przeżyłem.
- Ja też - potwierdził emeryt.
- Domyślam się. Nie będę także ukrywał, że zaprosiłem pana w związku z tą sprawą.
- Jeszcze? Myślałem, że wyrok już się uprawomocnił.
- Tak. Jak panu wiadomo, Sąd Najwyższy zatwierdził wyrok Sądu Wojewódzkiego skazujący Annę Teresę na karę śmierci. Wyrok jest ostateczny. Ale na tym sprawa się nie skończyła.
- Rozumiem. Rada Państwa zadecyduje o ułaskawieniu lub o wykonaniu wyroku.
- Niezupełnie tak jest. Pan, nie będąc prawnikiem, nie wie, jakie jest postępowanie w przypadku orzeczenia przez sąd wyroku kary śmierci.
- A jakie?
- Już sąd, który wydaje wyrok śmierci, podejmuje jednocześnie postanowienie w sprawie ułaskawienia. Następnie kolejno sprawę rozpatrują pierwszy prezes Sądu Najwyższego i minister sprawiedliwości. Obaj dokładnie badają, czy istnieje możliwość złożenia rewizji nadzwyczajnej na korzyść oskarżonego. Dopiero kiedy takich możliwości nie stwierdzą, akta wędrują do prokuratora generalnego Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Jeśli on również nie znajdzie podstaw do założenia rewizji nadzwyczajnej, przedstawia niezwłocznie akta sprawy Radzie Państwa wraz ze swoim wnioskiem w kwestii ułaskawienia.
- A ja myślałem, że Rada Państwa samodzielnie podejmuje decyzje.
- Naturalnie, że samodzielnie - podchwycił prokurator Adamik. - Rada Państwa wcale nie jest związana wnioskiem prokuratora generalnego. Może na przykład wniosek o sodrzucenie podania o łaskę uznać za niesłuszny i zmienić wyrok, aż do uwolnienia oskarżonego od winy i kary, chociaż to jedynie teoria. Taki wypadek jeszcze nigdy się nie zdarzył. Rada Państwa jednak bardzo często uchyla wyroki śmierci i zamienia je na dożywotnie lub długoletnie więzienie, kierując się wyłącznie własnym przekonaniem.
- Rada Państwa ułaskawiła Annę Teresę Kowalewską?
- W tej sprawie decyzja jeszcze nie zapadła. Akta były studiowane przez prezesa Sądu Najwyższego i przez ministra sprawiedliwości. Obaj uznali, że brak jest jakichkolwiek podstaw formalnych czy też merytorycznych do wniesienia rewizji nadzwyczajnej. Generalny prokurator nie znalazł żadnych podstaw do skorzystania z prawa łaski ani też założenia rewizji nadzwyczajnej. Za parę dni akta te zostaną przesłane do Rady Państwa.
Antoni Cielentniewski wzdrygnął się.
- Więc ta kobieta będzie stracona?
- To nie my, prokuratura, decydujemy, ostatnie słowo ma Rada Państwa. A tymczasem chciałbym pana zapoznać z treścią listu, jaki otrzymałem przed paru dniami od oskarżonej.
To mówiąc prokurator Adamik podniósł się ze swojego miejsca, podszedł do biurka, otworzył jedną z szuflad i wyjął stamtąd arkusz papieru zapisany granatowym długopisem. Z powrotem zajął miejsce w fotelu i dopiero wtedy odczytał głośno.
Do Rady Państwa
w Warszawie
Zwracam się do Rady Państwa z prośbą o spełnienie mojego ostatniego życzenia. Jestem skazana prawomocnym wyrokiem na karę śmierci. Ale będę umierała niewinna. Dokonuje się na mnie mordu w całym majestacie prawa. Umieram skutkiem spisku moich wrogów. Skazana została na karę śmierci na podstawie fałszywych zeznań jednego człowieka, Antoniego Cielentniewskiego. Nie wiem dlaczego ten człowiek tak chce mojej śmierci, że świadomie kłamał przed sądem. Nigdy mu nic złego nie zrobiłam, a nawet go nie znam.
Nie łudzę się, żeby w ostatnim momencie okazano mi łaskę. Jestem przygotowana na śmierć. Proszę jednak, aby świadkiem egzekucji był ten, który do tego wyroku doprowadził, obywatel Antoni Cielentniewski.
Warszawa, 5 maja 1978 r.
Anna Teresa Kowalewska
- Ten list - ciągnął dalej prokurator - Rada Państwa przesłała prokuratorowi generalnemu, on zaś przekazał go mnie.
- To straszne - emeryt zbladł - ja... ja...
- Niech się pan nie obawia. Nawet gdyby pan chciał być obecny przy egzekucji, prawo na to nie zezwala. Przy wykonywaniu kary śmierci muszą być: kat wraz ze swoim pomocnikiem, naczelnik więzienia, lekarz, prokurator i na prośbę skazanego może być także jego obrońca. Obecności innych osób prawo nie dopuszcza.
Antoni Cielentniewski odetchnął z ulgą.
- Już się bałem...
- Nikt pana do tego nie mógłby zmusić. Ale w tym piśmie jest jedna prawda. Wyrok śmierci, a to ponad wszelką wątpliwość stwierdzają motywy tego wyroku, oparty jest przede wszystkim na pańskich zeznaniach. Pozostałe dowody to tylko poszlaki i w dodatku mało przekonywające.
- Czy to moja wina, że tej kobiety nikt poza mną nie widział w mieszkaniu, w którym popełniono zbrodnię?
- Nie. Naturalnie, że nie pańska wina. Pan spełnił swój obywatelski obowiązek. Zgłosił się pan do milicji i opowiedział o swoim spostrzeżeniu. Na tej podstawie zidentyfikowano zbrodniarkę. Na tej też podstawie sąd wydał wyrok. Prawnie biorąc, wszystko w porządku. Z pana zeznań, jednoznacznych i stanowczych, prokuratura była bardzo zadowolona. Przyznaję, gdyby nie pan, kto wie, czy ta ohydna zbrodnia nie uniknęłaby wymiaru sprawiedliwości.
- W czym więc problem?
- Sprawa dobiega finału. Wszystko wskazuje, że Rada Państwa podzieli stanowisko prokuratora generalnego, iż nie ma żadnych podstaw, aby skorzystać z prawa łaski. Następstwem tej decyzji będzie wykonanie wyroku.
- To w języku prawników nazywa się "sprawiedliwości stało się zadość".
- Mam swoje zdanie o utrzymywaniu w przepisach kodeksu karnego kary śmierci. Nie będę go tutaj wyjawiał. Zresztą na ten temat toczy się dyskusja na całym świecie.
- Ja bym tej kobiety nie posyłał na szubienicę. Długoletnie więzienie to chyba surowsza kara niż śmierć. Kara śmierci ma w sobie, według mojego zdania, więcej motywów zemsty społeczeństwa niż wymiaru sprawiedliwości.
- Nie będziemy o tym dyskutowali, panie Antoni. Są ważniejsze sprawy. Anna Teresa ani razu nie przyznała się do zbrodni. Jej tłumaczenia są bardzo logiczne. A jeśli się pan omylił? Jeżeli wtedy w oknie naprzeciwko widział pan nie twarz Anny Teresy, lecz jakąś inną?
- To niemożliwe.
- To zupełnie możliwe - zaprzeczył prokurator - każdemu zdarzają się różne, czasem najbardziej nieprawdopodobne omyłki. Jeśli pan się omylił, panie Antoni, my dwaj, ja jako prokurator, pan jako koronny świadek oskarżenia, będziemy odpowiedzialni za posłanie niewinnej kobiety na śmierć.
Antoni Cielentniewski spuścił głowę, ale nie powiedział ani słowa.
- Oczywiście - ciągnął dalej prokurator - będziemy odpowiedzialni nie wobec prawa. Świadek może się mylić, tego prawo nie karze. Ale pozostaje ten najgorszy rodzaj odpowiedzialności. Przed własnym sumieniem.
- Pan prokurator chce, abym wycofał zeznania złożone w sądzie i powiedział, że nie poznaję tej kobiety? Mam fałszywie zeznawać?
- Nie, panie Antoni, źle pan zrozumiał. Nie namawiam pana do niczego. Proszę tylko, żeby pan, dopóki nie jest za późno, jeszcze raz dokładnie przemyślał całą sprawę. Żeby z pełnym poczuciem odpowiedzialności mógł pan jeszcze raz powiedzieć: "Tak. Twarz Anny Teresy Kowalewskiej widziałem wtedy w oknie". Nie będę żądał od pana jakiegoś oświadczenia na piśmie. Pańskie ustne "tak" zupełnie mi wystarczy. Chodzi mi jedynie o to, abyśmy obaj mieli spokojne sumienie.
- A gdybym powiedział, że nie jestem pewny?
- Tak tę sprawę przedstawił w rozmowie ze mną pan prokurator generalny. Powiedział, że jeżeli świadek Cielentniewski będzie miał choćby najmniejsze wątpliwości, przedłożę Radzie Państwa wniosek o zamianę wyroku kary śmierci na dwadzieścia pięć lat więzienia. A jednocześnie będziemy szukali podstaw do złożenia rewizji nadzwyczajnej na korzyść oskarżonej.
- To bardzo ładne stanowisko prokuratora generalnego.
- Po prostu ludzkie. My, prokuratorzy, jesteśmy rzecznikami sprawiedliwości. Nie chodzi nam, jak to już pan powiedział, o "zemstę" czy też o uzyskanie jak najwyższego wymiaru kary. Walczymy z obroną, aby przedstawić sądowi możliwie najbardziej prawdziwy obraz sytuacji. Później o wszystkim decyduje sąd. Naprawdę nie zależy nam na tym, aby Anna Teresa umarła. Jeśli istnieje jakikołwiek cień wątpliwości, będziemy go tłumaczyli na korzyść oskarżonej.
- Moja rola jest najgorsza.
- Nie przeczę - przyznał prokurator Adamik - tak sięzłożyło, że jest pan jedynym świadkiem zbrodni. Teraz wszystko zawisło od pańskiego "tak" lub nie". Ale bardzo pana proszę, aby to "tak" czy "nie" nie było dyktowane żadnym uczuciem. Nawet uczuciem litości. Wyłącznie własnym sumieniem.
- Bardzo ciężkie zadanie stawia pan przede mną.
- Wiem o tym. Ale w czasie trwania tego procesu dobrze pana poznałem i dlatego jestem zupełnie spokojny, że stanie pan na wysokości tego zadania.
- Nie mógłbym panu teraz nic powiedzieć. Mam w głowie prawdziwy chaos. Zaskoczył mnie pan prokurator tą propozycją. Dlaczego właśnie ja mam decydować o życiu lub śmierci tej kobiety? A to straszne pismo, które pan mi przed chwilą przeczytał, wstrząsnęło mną do głębi.
- Znowu pan się myli. O niczym pan nie decyduje. Pan jedynie albo powtórnie potwierdzi jednym słowem swoje zeznania, albo też przyzna, że ma pewne wątpliwości co do swoich poprzednich stwierdzeń. Wniosek stawia prokurator generalny, decyduje Rada Państwa, która wcale nie jest związana takim wnioskiem.
- Co mam robić?
- Nie wymagam od pana odpowiedzi ani zaraz, ani jutro. Niech pan się dobrze zastanowi, dokładnie przeanaliżuje i, powiedzmy, za tydzień niech pan znowu do mnie przyjdzie.
- Za tydzień wypada święto. Boże Ciało.
- Więc za sześć albo za osiem dni. Nie chcę pana pilić. Mam tutaj w szafie akta tej sprawy. Nie widzę powodu, aby z nich w takiej sytuacji robić tajemnicę przed panem. Na pewno znajdzie się w prokuraturze jakiś pusty pokój, gdzie mógłby pan spokojnie przestudiować te dokumenty. Dzisiaj, jutro, kiedy panu wygodniej.
- Dziękuję. Akta mi nie są potrzebne. Doskonale pamiętam każde słowo z moich zeznań. Zarówno tych składanych przed sądem, jak i wcześniejszych w milicji, a także w tym gabinecie. A co do samej rozprawy sądowej, to byłem obecny od pierwszej chwili aż do odczytania wyroku. Zeznawałem jako drugi z kolei świadek. Nie słyszałem wprawdzie aktu oskarżenia i zeznającego przede mną oficera milicji. Tego, który prowadził śledztwo. Zapomniałem w tej chwili jego nazwiska...
- Kapitan Marian Polewiński.
- Właśnie. Kapitan Polewiński. Już po złożeniu swoich zeznań siedziałem na sali sądowej i wysłuchałem opinii innych świadków oraz biegłych. Przeczytałem potem także akt oskarżenia. Dał mi go jeden z adwokatów do przejrzenia. Wiem także co zeznał kapitan Polewiński, bo te zeznania były następnie podawane w całej prasie, a przede wszystkim obszernie je streścił pewien tygodnik prawniczy. Nie tylko czytałem, ale nawet mam u siebie w domu ten numer tygodnika. Całą sprawę opisano tam szczegółowo. Łącznie z moimi zeznaniami, które podane są prawie słowo w słowo.
- Jednakże radzę panu odświeżyć te wspomnienia. Pamięć ludzka jest zawodna. Poza tym w aktach sprawy są zdjęcia oskarżonej. Niech się pan przyjrzy tym fotografiom i porówna je z widokiem kobiety, którą pan spostrzegł najpierw nad Wisłą, a później w tamtym dniu w oknie mieszkania Marii Maruszko.
- Jeśli pan prokurator uważa...
- Tak będzie najlepiej.
- Dobrze. Nigdzie się nie śpieszę i jeżeli pan pozwoli od razu wziąłbym się za czytanie.
Prokurator Adamik spojrzał na zegarek.
- Dochodzi dwunasta - stwierdził - właśnie na dwunastą jestem wezwany do Prokuratury Generalnej na konferencję. Potrwa co najmniej ze dwie godziny. Niech pan zostanie w tym pokoju. Nikt tu panu nie przeszkodzi.
Prokurator otworzył stojącą w rogu pokoju metalową szafę i wydobył z niej dwie grube teczki szarego koloru z czerwoną naklejką "areszt". Położył je przed swoim gościem.
- Proszę - powiedział - tu jest całość tych akt. Gdyby pan skończył czytanie przed moim powrotem, proszę oddać akta sekretarce znajdującej się w sąsiednim pokoju. Polecę jej także, aby zrobiła panu kawę.
- Dziękuję. Nie pijam kawy.
- To może herbatę?
- Dziękuję bardzo. Jadłem dzisiaj śniadanie późno i nie chce mi się pić.
Prokurator pożegnał się ze swoim "koronnym świadkiem", zaś pan Antoni pogrążył się w lekturze. Strona po stronie przypominały emerytowi tamte tragiczne zdarzenia. Nie znalazł jednak w tych aktach niczego, co by było dla niego czymś nowym, lub co by w najmniejszej mierze zachwiało jego przekonania.
Po dwóch godzinach Cielentniewski przeczytał i przejrzał protokoły, dokumenty i zeznania zarówno świadków, jak i oskarżonej. Z grubej koperty wydostał cały plik fotografii. Na niektóre nie mógł spokojnie patrzeć. Przedstawiały one dziecięce łóżeczko, a na nim nagą postać dziewczynki zbroczonej krwią. Ślady krwi były też widoczne na kołdrze, na prześcieradle, a nawet na ścianie obok.
Z innych zdjęć uśmiechała się do emeryta przystojna brunetka. Uczesana skromnie z przedziałkiem pośrodku głowy, ubrana w białą bluzkę. Ta twarz wyglądała tak spokojnie i tak niewinnie.
Taką kobietę widział Antoni Cielentniewski na ławie oskarżonych. Przedtem w parku to była zupełnie inna twarz. A jeszcze inną zobaczył emeryt w oknie sąsiadów w dniu dwudziestego pierwszego czerwca ubiegłego roku. Tamta ostatnia twarz była wykrzywiona nienawiścią i żądzą mordu. A jednak to były te same rysy twarzy, którą utrwalił fotograf.
To było zdjęcie Anny Teresy Kowalewskiej.
Antoni Cielentniewski długo wpatrywał się w zdjęcie kobiety o pogodnej twarzy. Wreszcie odłożył je do koperty. Zamknął obie teczki z aktami i tak jak były uprzednio związał je sznurkiem. Odniósł do drugiego pokoju.
- Już pan skończył? - zdziwiła się sekretarka, którą prokurator Adamik wtajemniczył co robi mężczyzna pozostawiony w jego gabinecie.
- Tak, skończyłem i proszę pożegnać ode mnie pana prokuratora.
- A co mam powiedzieć? Kiedy pan przyjedzie?
- Przypuszczam, że w najbliższy poniedziałek.
- To dobrze, bo w poniedziałek pan prokurator nie ma żadnej rozprawy. Proszę przyjść o tej porze co dzisiaj.
Emeryt ukłonił się miłej sekretarce i po cichu zamknął za sobą drzwi. Wolnym krokiem, piechotą, wracał do domu. Dzisiaj nie czuł, czy nogi mu dokuczają. Myśli starszego pana ciągle krążyły koło tej przystojnej brunetki oczekującej w celi dla skazanych na decyzję Rady Państwa. Pamiętał, jakby to było dziś, kiedy ją ujrzał po raz pierwszy.