2
Ciężkie butle i ołowiane obciążniki zostawiłem w samochodzie, ale nawet bez nich taszczenie reszty sprzętu przez dwie przecznice, z parkingu pod budynek, doszczętnie mnie wyczerpało.
W końcu otworzyłem drzwi niewielkiego mieszkania na poddaszu przy ulicy París, odziedziczonego po ukochanej babci. Ciężką, płócienną torbę rzuciłem za próg, a sam, zrzucając po drodze przemoknięte ubrania, wskoczyłem pod prysznic, licząc na to, że strumień gorącej wody wypłucze z kości przeszywający chłód.
Po długim szorowaniu gąbką poczułem, że wreszcie pozbyłem się brudu portowych wód. Zakręciłem kran, owinąłem się ręcznikiem i stanąłem przed lustrem. Z tafli szkła patrzył na mnie ciemnowłosy mężczyzna - ani przystojny, ani brzydki, wciąż w niezłej formie, choć zmęczony, z wyraźnymi cieniami pod oczami i kilkudniowym zarostem, w którym gdzieniegdzie pobłyskiwała siwizna. W jego wzroku dostrzegłem pytanie, na które dzisiaj nie zamierzałem odpowiadać.
Brązowe oczy zdawały się krzyczeć: "Co ty, do cholery, wyprawiasz?".
Zignorowałem to, jak zwykle. Wytarłem się, a potem, z ręcznikiem przewiązanym w pasie, opadłem na łóżko jak rażony piorunem.
- Pięć minut - mruknąłem do siebie, wtulając twarz w poduszkę. - Tylko pięć minut i wstanę, żeby zrobić obiad.
Oczywiście, tak się nie stało.
Dwie godziny później nadal leżałem nieruchomo, pogrążony w fantazjach o tropikalnych nagoskrzelnych, które niosą w pyskach obrączki ślubne.
Dzwonek telefonu - "I'm Yours" Jasona Mraza - rozbrzmiewał przez dłuższą chwilę, zanim wreszcie oddzieliłem go od sennych fantazji.
Ociągając się, wstałem z łóżka. Lekko się chwiejąc, zacząłem szukać telefonu w wodoszczelnej torbie nurkowej, która wciąż leżała na podłodze. Zanim odebrałem, spojrzałem na ekran. Wyświetlało się na nim tylko jedno słowo: "Mama".
Przyznaję, przez chwilę zawahałem się, czy odebrać. Nie miałem ochoty na kolejną z naszych rutynowych rozmów. Szybko jednak dotarło do mnie, że zignorowanie połączenia skończy się nieustannym dzwonieniem, a wyłączenie telefonu - osobistą wizytą, okraszoną teatralnymi gestami i wyrazami przesadnej troski. Taka już po prostu była.
- Cześć, mamo - odezwałem się, naciskając zieloną ikonę i włączając tryb głośnomówiący.
- Gdzie jesteś? - zapytała z nutą pretensji w głosie.
- W domu. Próbuję się trochę przespać - odparłem zirytowany i wróciłem do sypialni.
- O tej porze?
- Miałem okropny dzień i potrzebowałem... nieważne. - Urwałem, odłożyłem telefon na stolik i z powrotem opadłem na łóżko. - Czego chcesz?
Teraz w jej głosie wyraźnie zabrzmiała uraza.
- Jak to, czego chcę? Przeszkadza ci, że dzwonię?
- Nie, mamo... - odparłem, masując skronie. - Dlaczego miałoby mi to przeszkadzać? Po prostu pytam, po co dzwonisz. Nie bądź taka przewrażliwiona.
Po drugiej stronie linii rozległo się ostentacyjne prychnięcie.
- Dzwonię, żeby zapytać, czy uda ci się w tym tygodniu wpaść do nas na kolację.
- No więc...
- Przecież mi obiecałeś.
- Naprawdę? Kiedy?
- W zeszły wtorek.
- Ach, zapomniałem.
- Doprawdy zaskakujące. - W jej głosie znowu zabrzmiał wyrzut.
- Dobrze, obiecuję, że w tym tygodniu na pewno przyjdę.
- Konkretnie, kiedy?
- Pasowałby ci piątek?
- Sobota o ósmej będzie lepsza. I proszę, ubierz się schludnie. Ostatnio wyglądasz jak włóczęga.
- Co ci to przeszkadza...? - zacząłem, domyślając się już, do czego to zmierza. - Zaraz, czy to znowu jakiś podstęp z córką twojej znajomej?
W odpowiedzi usłyszałem tylko wymowne milczenie.
- Kurde, mamo.
- Najwyższy czas, żebyś kogoś poznał - oznajmiła stanowczo. - Zbyt długo żyjesz jak pustelnik. Lara wydaje się sympatyczna i bardzo chce cię poznać. Nawet lubi podróżować, tak jak ty.
- Mamo, przecież obiecałaś, że przestaniesz mnie swatać. Dobrze mi samemu i nie chcę poznawać żadnych kobiet, nieważne, jak wspaniałe by były. Ile razy mam to jeszcze powtarzać?
Z głośnika telefonu dobiegło głośne westchnienie.
- No dobrze... - poddała się zaskakująco łatwo. - Nie zaproszę Lary, ale mimo wszystko przyjdź dobrze ubrany i ogolony. Ostatnio wyglądasz strasznie niechlujnie.
Cmoknąłem z niechęcią i, rezygnując z dalszej dyskusji, przystałem na jej propozycję.
- Będę. Do soboty, mamo.
- Nie zapomnij - ostrzegła, po czym się rozłączyła.
W mieszkaniu znów zapadła cisza.
Wiedziałem, że matka, wbrew obietnicom, i tak zaprosi tę Larę. A może Laurę? Zresztą, co za różnica. Specjalnie na tę kolację założę najbardziej znoszone ciuchy i oczywiście się nie ogolę. Jak zwykle dziewczyna z wyrazem męczeństwa na twarzy dotrwa do deseru, po czym pożegna się słowami "mam nadzieję, że jeszcze się zobaczymy", brzmiącymi fałszywiej niż obietnice każdego polityka.
Jedno było pewne: w skroniach pulsował mi ledwo wyczuwalny, choć uporczywy ból. Próbując przypomnieć sobie, czy w apteczce został jeszcze ibuprofen, usłyszałem, jak z telefonu ponownie wydobywają się chwytliwe dźwięki gitary Jasona Mraza. Zaczynałem mieć go serdecznie dość.
Ponownie sięgnąłem po telefon i z zamkniętymi oczami odebrałem, przygryzając wargę, by powstrzymać się od przekleństw.
- Przecież mówiłem, mamo, że przyjdę - wymamrotałem sennie. - Daj mi jeszcze pospać.
- Och, przepraszam - odezwał się męski głos. - Oddzwonię później.
- Profesorze? - spytałem, natychmiast się rozbudzając. Rozpoznałem Eduarda Castilla, emerytowanego profesora historii średniowiecznej, mojego przyjaciela i dawnego przyjaciela mojego ojca.
- Nie wiedziałem, że śpisz - przeprosił ponownie.
- Już nie śpię, nieważne. O co chodzi?
Zamiast odpowiedzieć na moje pytanie, sam zapytał: - Jak się czujesz?
- Jakoś leci. To pan brzmi dziwnie. Coś się stało?
Cisza w słuchawce tylko utwierdziła mnie w tym przeczuciu.
- Mógłbyś mnie odwiedzić?
- Jasne, psorze. Kiedy?
Znów zapadła długa cisza.
- Może wpadłbyś na kolację... około dziewiątej?
Profesor, choć dawno po pięćdziesiątce i zazwyczaj pełen energii, mówił tym razem tonem, który mnie zaniepokoił. Obawiałem się, że stało się coś poważnego.
- Na pewno wszystko w porządku?
- Tak, spokojnie. Przyjdziesz?
- Oczywiście. Będę.
- Dziękuję - powiedział i się rozłączył.
Przez chwilę oszołomiony wpatrywałem się w ekran telefonu. Nie rozumiałem, co się dzieje - i chyba nigdy wcześniej nie słyszałem profesora mówiącego w ten sposób.
Z burczącym żołądkiem i kompletnym brakiem ochoty na gotowanie, zszedłem do pobliskiej chińskiej restauracji, mając nadzieję na późną kolację.
Ulitowali się nade mną i już po dwudziestu minutach zajadałem solidną porcję makaronu trzy smaki. Bawiłem się widelcem, cicho skrobiąc nim o talerz, myśląc, że choć moje życie jeszcze nie sięgnęło dna, to i tak powoli tonę, jakbym miał u nóg przywiązaną kotwicę.
Zamyślony, spostrzegłem nagle, że jestem ostatnim gościem w restauracji. Pięć chińskich kelnerek stało ze skrzyżowanymi rękami i wyraźnie zniecierpliwionymi minami. Nie chcąc narażać się na ich niełaskę - i potencjalne konsekwencje podczas kolejnej wizyty - zapłaciłem, zostawiając hojny napiwek i czym prędzej ruszyłem do baru Náufrago. Ten lokal ukryty w sercu Dzielnicy Gotyckiej, o jakże trafnej nazwie, wydawał się idealnym miejscem, by umilić sobie czas przed spotkaniem z profesorem tequilą reposado.
Niewielki bar na barcelońskiej starówce, z kilkoma stolikami z ciemnego drewna, sepiami z czasów powojennych wiszącymi na ścianach, zmiętymi papierowymi serwetkami i trocinami w kątach, wciąż należał do Antonia Romána. Ten weteran przemytu, który z pewnością zbliżał się do dziewięćdziesiątki, przekazał ów wymagający biznes gastronomiczny swoim wnukom.
Diego, prawdopodobnie jedyny wnuk, który zgodził się przejąć bar, wycierał blat z wyrazem obojętności na twarzy. Wysoki i niezgrabny, w białej koszuli, z kozią bródką i kucykiem, uniósł brew na mój widok. To krótkie powitanie wystarczyło, bym poczuł się jak dawny znajomy.
- Jak leci, Ulisesie? - zapytał, gdy tylko usiadłem przy barze. Nim zdążyłem odpowiedzieć, sięgnął po butelkę José Cuervo stojącą tuż za nim.
- Mogłoby być lepiej.
Nalewając tequilę do kieliszka, rzucił, nie podnosząc wzroku:
- Nie posłuchałeś mojej rady, co?
- Jakiej?
- Jak to jakiej? Że powinieneś do niej zadzwonić.
- Nie mogę.
- Nie chcesz - odparł, kręcąc głową, po czym odwrócił się do klienta, który dopominał się o piwo.
I oczywiście miał rację.
Wbrew mojej woli - choć przyznaję, niewiele zrobiłem, by temu zapobiec - znów ujrzałem w wyobraźni Cassandrę Brooks. Siedziała naprzeciwko mnie przy jednym ze stolików w naszym barze. Ponownie usłyszałem jej cudowny, meksykański akcent i ujrzałem szmaragdowe oczy, które urzekały mnie od dnia naszego poznania aż po pełne żalu pożegnanie, kiedy odchodziła na zawsze, ciągnąc niewielką, czerwoną walizkę przez korytarz mojego mieszkania.
Od tamtej pory czułem się sparaliżowany. Duchowa niemoc i brak woli sprawiły, że moje serce stało się obojętne, a każdego ranka z trudem zbierałem siły, by otworzyć oczy.
Ironią losu było to, że to przeze mnie doszło do naszego rozstania.
Po wielu latach samotnych wędrówek tak bardzo przywykłem do niezależności - życia bez partnerki, w którym nie musiałem z nikim konsultować decyzji ani z niczego się tłumaczyć - że po kilku miesiącach wspólnego mieszkania poczułem nieodpartą potrzebę wolności. Dlatego postanowiłem wyjechać na jakiś czas jak najdalej, w spokojne miejsce, aby na nowo przemyśleć swoje życie, z dala od codziennych śniadań z Cassie.
Wróciłem z Wietnamu po trzech tygodniach. Cassie wciąż była w Barcelonie, ale czułem, że coś się między nami nieodwracalnie zmieniło. Ogarnął mnie trudny do opisania niepokój, który nie ustępował. Wkrótce oboje doszliśmy do bolesnego, lecz nieuniknionego wniosku: musimy się rozstać.
To bolało.
Najbardziej bolało mnie rozczarowanie Cassie. Miałem wrażenie, że cały wysiłek włożony w nasz związek poszedł na marne. Odcięła się ode mnie bezpowrotnie - usunęła mój numer i zablokowała w mediach społecznościowych, dając jasno do zrozumienia, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego.
Od wspólnych znajomych dowiedziałem się, że odbudowała swoje życie, a przynajmniej karierę. Wróciła do archeologii podwodnej i objęła odpowiedzialne stanowisko na wykopaliskach u wybrzeży Kadyksu, w południowej Hiszpanii.
Ja natomiast tkwiłem w miejscu, niczym stary marynarz patrzący, jak odpływa jego ostatni statek, bez pomysłu na dalsze życie. Przyszłość rysowała się w szarych, ponurych barwach, przypominając deszczowe popołudnie w Barcelonie.
Do niedawna moje dorosłe życie upływało na nieustannych podróżach między zwrotnikami Raka i Koziorożca, bez troski o przyszłość i konsekwencje moich decyzji. W rezultacie niemal zerwałem więzi z przyjaciółmi z rodzinnego miasta. Nieliczni, którzy pozostali, tkwili - tak jak ich zapamiętałem - w małżeństwach i zobowiązaniach, uwięzieni w życiu, którego, jak sądzę, w głębi duszy nie znosili.
Nie miałem ani ochoty, ani cierpliwości, by wysłuchiwać dobrze znanych litanii o problemach małżeńskich, sukcesach synów i złym traktowaniu przez szefów.
Nie chodziło o obojętność. Po prostu sprawy, o których mówili, wydawały mi się tak odległe od mojego życia, że często ich nie rozumiałem, a szczerze mówiąc, rzadko mnie interesowały.
Słysząc nieustannie, jak wielkie mam szczęście, robiąc to, co kocham i żyjąc tak, jak żyję, naiwnie próbowałem przekonać innych, że oni też mogą. Wierzyłem, że wystarczy ustalić priorytety, wyjść poza schematy i sprzeciwić się oczekiwaniom otoczenia, by wybrać to, co naprawdę chcemy robić, i konsekwentnie do tego dążyć. Zachęcałem, by traktować pasję nie jako hobby, lecz jako fundament życia i szukać własnej drogi, zamiast ślepo podążać za tłumem.
Krótko mówiąc, chciałem, żeby żyli pełnią życia.
Niestety, gdy próbowałem zagrzewać innych do działania hasłami w stylu "nie bój się gonić za marzeniami" czy "żyj każdym dniem, jakby był ostatnim", patrzyli na mnie, jak na ogolonego wyznawcę ruchu Hare Kryszna w pomarańczowej szacie, który usiłuje wcisnąć im ulotkę i ciasteczka, nawracając na zasady Bhagawadgity.
Więc to nie miało sensu.
Ironia losu polegała na tym, że w ostatnich miesiącach sam ich nie przestrzegałem.
Nawet wizja powrotu do wędrownego życia - nurkowania i uczenia turystów w egzotycznych miejscach - przestała mnie pociągać. Ten rozdział, choć pełen blasków i cieni, definitywnie się skończył. Musiałem się odnaleźć na nowo i wyznaczyć sobie kolejny cel.
Ale, prawdę mówiąc, nie miałem zielonego pojęcia, jak to zrobić.
Mogłem co najwyżej dopić tequilę i zamówić jeszcze kilka kolejnych.
Zrozumiałem, niestety zbyt późno, że życie bez Cassandry jest trudniejsze niż z nią. Czułem się zagubiony, a usilne namowy matki, bym się pozbierał, i jej bezskuteczne próby znalezienia mi nowej partnerki tylko pogłębiały moją niechęć do szukania zastępstwa dla Meksykanki. Wiedziałem, że nikt nie będzie w stanie jej dorównać.
- Tęsknię za nią - wymamrotałem, wpatrując się bezmyślnie w szklankę.
- Co ty nie powiesz... - odparł ironicznie Diego zza baru.
Z małego głośnika w rogu lokalu sączyło się ciche "Desafinado" Jo?o Gilberta. Jego szept był niczym rytmiczne ukłucia igieł, wbijających się w moje serce w rytmie bossa novy.
- Jestem idiotą - stwierdziłem i jednym haustem opróżniłem szklankę.
- Wszyscy tacy jesteśmy - odparł filozoficznie barman.
Alkohol wypalił mi gardło, więc wziąłem głęboki oddech.
- Ale do niej nie zadzwonię.
- Jak uważasz.
Zapadła cisza.
- Co było, to było - rzuciłem, dopijając drugą tequilę.
Diego wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: "Rób, co chcesz, chłopcze".
Zostawiłem pieniądze na ladzie, pobębniłem palcami po blacie, pożegnałem się i wyszedłem.
Odkąd wróciłem do Barcelony, profesor zapraszał mnie na obiad niemal co tydzień. Przy obficie nalewanym białym winie wspominaliśmy dawne przygody, z rozbawieniem je koloryzując. Tym razem jednak, gdy pchnąłem ciężkie, żelazne drzwi kamienicy w Eixample i wszedłem do mrocznej klatki schodowej, przeszył mnie dreszcz. Ogarnęło mnie złe przeczucie - coś się stało i to coś mogło dotyczyć także mnie.
Stara, drewniana winda z metalową kratą zatrzymała się z szarpnięciem na piątym piętrze. Wyszedłem na słabo oświetlony podest, gdzie w półmroku dostrzegłem wytartą tabliczkę: Profesor Eduardo Castillo Mérida.
Zadzwoniłem, a drzwi otworzyły się niemal natychmiast. W progu stał Eduardo, wierny swojemu stylowi: w kraciastej koszuli, kamizelce i muszce. Tym razem jednak brakowało jego charakterystycznego, szerokiego uśmiechu. Mężczyzna spoglądał na mnie zza staromodnych, rogowych okularów z niepokojem, który malował się w jego przygaszonych, niebieskich oczach.
- Ulises - powiedział, ściskając moją dłoń. - Dziękuję, że mimo wszystko znalazłeś czas. Przepraszam za ten pośpiech.
Wskazał salon i ruszył, więc poszedłem za nim. Usiadłem przy stole, starając się zachować beztroski wyraz twarzy.
Profesor poszedł do kuchni zaparzyć kawę, a mój wzrok powędrował po pomieszczeniu. Natychmiast powróciły wspomnienia o naszych wspólnych przygodach - zwłaszcza tych, które rozegrały się przy tym owalnym, ciemnym stole.
W tym domu, jak zawsze, królowały książki. Wypełniały nie tylko regały, ale piętrzyły się też na krzesłach i zalegały w korytarzach, ułożone w niejasnym porządku. Nasycały mieszkanie aromatem starych księgarni, zapachem historii i literatury. Przez szerokie okno po mojej lewej stronie wpadało skąpe, jesienne światło, które oświetlało wielką mapę świata w odcieniach ochry, zajmującą niemal całą przeciwległą ścianę.
- Z mlekiem i trzy łyżeczki cukru - powiedział profesor, wracając z kuchni z tacą, na której stała filiżanka.
Wziąłem ją i w milczeniu czekałem, aż profesor odezwie się pierwszy.
Ten, zamyślony, powoli sączył napój. Cienie pod oczami i zaczerwienione spojrzenie zdradzały jego skrajne wyczerpanie.
- Jak leci, Ulisesie? - zapytał w końcu.
- Dobrze... chyba - odparłem, zaskoczony tak ogólnikowym pytaniem.
- Cieszę się, cieszę się... - mruknął, wpatrując się w fusy na dnie filiżanki.
- Profesorze... - zacząłem, widząc, że nie kwapi się do dalszych wyjaśnień. - Czy mógłby mi pan powiedzieć wprost, po co zostałem wezwany? Darujmy sobie te konwenanse.
Profesor podniósł wzrok i spojrzał na mnie, jakby nagle sobie o mnie przypomniał.
- Ach, przepraszam - powiedział, po raz pierwszy się uśmiechając. - Czy mógłbyś chwilę zaczekać? Zaraz ktoś powinien tu przyjść. - Spojrzał na zegarek.
- Kto ma przyjść?
Wtem rozległ się dzwonek do drzwi. Profesor wstał, by otworzyć.
Z filiżanką kawy w ręku podszedłem do okna, zastanawiając się, kto to może być i co go tu sprowadza. Za szybą rozciągał się widok na ulicę z dwoma rzędami platanów. Niemal ogołocone z liści drzewa usłały chodniki brązowo-żółtym dywanem, który wyraźnie kontrastował z ciemnymi ubraniami przechodniów i szarością okolicznych budynków.
Chmury zwiastowały deszcz. Właśnie wtedy, gdy zacząłem żałować, że nie wziąłem parasola, usłyszałem trzask zamykanych drzwi. Odwróciłem się w stronę korytarza, z którego dobiegał znajomy głos.
- Ulises? - wyszeptała z niedowierzaniem. - Co ty tu, do diabła, robisz?
Stanąłem twarzą w twarz z osobą, której obecności zupełnie się nie spodziewałem. Serce waliło mi jak oszalałe.
- Cześć, Cassie - wymamrotałem oszołomiony, z trudem przełykając ślinę.