Ostatnie zadanie - Grzegorz Kozera

Kup ebooka

36.90 zł
27.95 zł (27,85 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Sier­pień 1945 rok

W na­szym mia­steczku nie lu­bimy ob­cych.

Tak było za­wsze, jesz­cze za cara, a może i wcze­śniej. Nie­chęć do tych, któ­rzy się tu­taj nie uro­dzili, a byli lub są je­dy­nie przy­by­szami, od po­ko­leń prze­cho­dziła z oj­ców na dzieci. Ale i miej­sce uro­dze­nia cza­sami nie wy­star­czało, by się uchro­nić przed wro­go­ścią miej­sco­wych. Weźmy ta­kich Ży­dów, któ­rych przed wojną było u nas dużo, na­le­żały do nich pra­wie wszyst­kie sklepy. Niby się uro­dzili w Bo­dzy­niu, niby tu­taj miesz­kali, niby się znali z Po­la­kami, ży­czyli im do­brego dnia, lecz prze­cież po­zo­stali ob­cymi. Trudno uwa­żać za swo­jaka ko­goś, któ­rego przod­ko­wie ukrzy­żo­wali Pana Je­zusa, ko­goś, kto śmier­dzi czosn­kiem i ce­bulą, nie cho­dzi do ko­ścioła, pro­wa­dzi z zy­skiem sklep lub karczmę, a przede wszyst­kim po­ży­cza pie­nią­dze na li­chwiar­ski pro­cent. Mó­wiono też, że Ży­dzi po­ry­wają chrze­ści­jań­skie dzieci, aby uto­czyć z nich krew na macę, tyle że w Bo­dzy­niu nikt ni­gdy z czymś ta­kim się nie spo­tkał, cho­ciaż nie­je­den by chciał, bo by­łaby oka­zja do prze­go­nie­nia sta­ro­za­kon­nych. Ży­dów już nie było, z bo­dzy­niow­skich ża­den się po oku­pa­cji nie ostał. W czter­dzie­stym dru­gim Niemcy zgar­nęli ich wszyst­kich - sta­rych, mło­dych i dzieci. Część za­strze­lili na miej­scu, resztę po­gnali do Wierzb­nika, a stam­tąd wy­słali po­cią­giem do gazu. Nie­chęć do Ży­dów jed­nak po­zo­stała, zwłasz­cza u tych, któ­rzy prze­jęli ich domy, sklepy i karczmę.

Tam­tego let­niego dnia, gdy było już po woj­nie, która spu­sto­szyła zie­mię i oka­le­czyła du­sze oca­la­łych... więc tam­tego sierp­nio­wego dnia, przy­je­chał do na­szego mia­steczka czło­wiek zni­kąd. Nikt go nie znał. Ani ksiądz, ani ko­men­dant ko­mi­sa­riatu mi­li­cji, ani po­ste­run­kowi, ani na­uczy­ciel, ani karcz­marz. Na­wet Ku­lawy Ka­zek, który jako je­dyny z nas był kie­dyś w War­sza­wie i Kra­ko­wie, a poza tym jak nikt inny miał ro­ze­zna­nie w tu­tej­szych lu­dziach - na­wet on nie umiał o przy­by­łym nic po­wie­dzieć. Ów bez­i­mienny z pew­no­ścią był obcy dla wszyst­kich w na­szej oko­licy i już z tego po­wodu wzbu­dził u więk­szo­ści z nas nie­po­kój.

Przy­bysz był jesz­cze mło­dym czło­wie­kiem, choć młody jest względ­nym okre­śle­niem - wojna wszyst­kim mło­dym skró­ciła mło­dość i do­dała wieku. Tak na oko mógł mieć nie wię­cej niż trzy­dzie­ści lat. Ubrany był w woj­skowe bry­czesy, miał też na so­bie brą­zową kurtkę ze skóry skro­joną po woj­sko­wemu, która przy­cią­gała wzrok, bo w Pol­sce ta­kich nie no­szono. Wła­śnie z po­wodu tej kurtki pierw­sze, co po­my­śle­li­śmy, to to, że jej wła­ści­ciel mu­siał przy­je­chać z da­leka, naj­pew­niej z za­gra­nicy, może z ja­kiejś An­glii albo Włoch, gdzie­kol­wiek się te kraje znaj­dują. Uwagę zwra­cała także jego lekko śniada skóra - być może na­zna­czyło ją słońce, gdy prze­by­wał da­leko od Pol­ski. Nie­któ­rzy wspo­mnieli, że po­dobną ciemną cerę mieli nie­któ­rzy bo­dzyń­scy Ży­dzi, lecz przy­bysz na Żyda nie wy­glą­dał. Miał ja­sne włosy i pro­sty, na pewno nie­ży­dow­ski, nos.

Do Bo­dzy­nia przy­je­chał woj­skową cię­ża­rówką - pol­ską, nie ru­ską - która za­trzy­mała się na chwilę, żeby mógł wy­siąść, i po­je­chała da­lej w kie­runku Wierzb­nika, zo­sta­wia­jąc za sobą smugę ku­rzu. Mo­ment ten wi­działo kilka osób. Męż­czy­zna otrze­pał z pyłu buty, za­ło­żył na ra­mię nie­wielki ple­cak, który był jego je­dy­nym ba­ga­żem, ro­zej­rzał się do­okoła, jakby chciał się zo­rien­to­wać, w któ­rym kie­runku pójść. An­tek od Klim­cza­ków, dzie­się­cio­letni chło­pak, stał naj­bli­żej, i to jego pierw­szego za­gad­nął przy­bysz.

- Gdzie tu można coś zjeść? - za­py­tał, jakby to była naj­bar­dziej oczy­wi­sta rzecz na świe­cie, że po po­dróży na­leży się po­si­lić.

Bo­so­nogi chło­pak przy­glą­dał mu się z za­cie­ka­wie­niem. W jego od­czu­ciu nie­zna­jomy wy­glą­dem nie pa­so­wał do bo­dzyń­skiego świata. Po chwili An­tek wy­cią­gnął rękę w kie­runku drew­nia­nego par­te­ro­wego bu­dynku sto­ją­cego przy dro­dze kil­ka­set me­trów da­lej.

- U Jam­roza w karcz­mie - po­wie­dział.

Karczmę w Bo­dzy­niu przed wojną pro­wa­dził Szmul, ale po tym, jak roz­strze­lali go pod pło­tem Niemcy, gdy tylko we­szli do na­szego mia­steczka, raz-dwa za­in­te­re­so­wał się nią Jam­roz i wkrótce prze­jął za zgodą nie­miec­kiej wła­dzy. W za­mian mu­siał od­da­wać Szko­pom trzy czwarte zy­sku, ale i tak mu się to opła­cało, po­nie­waż mógł sprze­da­wać wódkę, na któ­rej do­brze za­ra­biał. Jam­roz nie był lu­biany - oczy­wi­ście nie dla­tego, że prze­jął karczmę po za­bi­tym Ży­dzie, tylko z po­wodu zy­sków, które mu przy­no­sił wy­szynk.

Tego wszyst­kiego przy­bysz nie wie­dział i trudno po­wie­dzieć, czy w tam­tym cza­sie ta wie­dza by go za­in­te­re­so­wała i przy­da­łaby mu się do cze­goś. W każ­dym ra­zie udał się tam, gdzie po­ka­zał mu An­tek od Klim­cza­ków. W środku przy sze­ro­kich sto­łach sie­działo sze­ściu czy sied­miu chło­pów, pi­jąc wódkę i za­gry­za­jąc śle­dziem. U po­wały uno­siły się kłęby błę­kit­nego dymu z pa­pie­ro­sów, a za­pach ty­to­niu mie­szał się z wo­nią ka­pu­sty, śle­dzi i wódki. Za kon­tu­arem stał wła­ści­ciel. Spoj­rze­nia, ja­kimi otak­so­wali męż­czy­znę miej­scowi, były mało przy­ja­zne.

- Zjadł­bym coś - po­wie­dział nie­zna­jomy do Jam­roza. Zdjął ple­cak z ra­mie­nia i po­ło­żył na pod­ło­dze.

- Nie­wiele mamy - od­parł karcz­marz to­nem, który był da­leki od życz­li­wo­ści. - Trud­no­ści z apro­wi­za­cją, ro­zu­miesz pan.

- Ale dla głod­nego coś się prze­cież znaj­dzie.

- Ziem­niaki ze sło­niną i go­to­waną ka­pu­stą. - Jam­roz nie od­po­wie­dział od razu.

- Mogą być. A do pi­cia co ma­cie?

- Też nie­wiele. Na ten przy­kład sa­mo­gon.

- A her­batę ma­cie?

- Od her­baty się rdze­wieje - po­wie­dział Jam­roz, a chłopi przy sto­łach za­re­cho­tali z jego dow­cipu. - Mamy her­batę, ciotka Unrra przy­słała, trosz­czy się o bie­da­ków w Pol­sce.

- Bez UNRRY by­łoby jesz­cze go­rzej, niż jest - od­parł przy­bysz. - To po­pro­szę.

- Płatne z góry. Sto zło­tych się na­leży.

- Dużo - za­uwa­żył męż­czy­zna.

- Prze­jezdni płacą wię­cej. Ale w do­la­rach wyj­dzie mniej.

Chłopi znów się za­śmiali.

- Nie mam do­la­rów - po­wie­dział nie­zna­jomy, wy­cią­ga­jąc z kie­szeni kilka bank­no­tów. Jam­roz je obej­rzał.

- Nor­mal­nie jakby wy­szły pro­sto z dru­karni - oce­nił. - Pan to woj­skowy je­steś? - za­py­tał po chwili.

- Kie­dyś tak. Dzi­siaj już cy­wil.

- Bo w tej kurtce i tych spodniach wy­glą­dasz pan na woj­sko­wego. A kurtka ładna, ku­pił­bym ją.

- Nie jest na sprze­daż.

- Do­brze za­płacę.

- Po­wta­rzam: nie jest na sprze­daż - po­wie­dział z na­ci­skiem przy­bysz.

- Le­piej niech mi pan sprzeda, za­nim ktoś ją panu ukrad­nie. - Jam­roz nie ustę­po­wał.

- Czyli kto?

- Ja­cyś źli lu­dzie. Mało to ich na świe­cie? - Karcz­marz wska­zał ręka na okno. - Te­raz jesz­cze wię­cej niż przed wojną.

- Niech się pan o to nie mar­twi.

- Ja tylko uprze­dzam. Wi­dzi mi się, że długo w tej kurtce pan nie po­cho­dzisz.

Nie­zna­jomy nie od­po­wie­dział. Wziął ta­lerz z je­dze­niem i me­ta­lowy ku­bek z her­batą i usiadł w ką­cie karczmy. Jadł nie­śpiesz­nie, a kiedy skoń­czył, znów pod­szedł do kon­tu­aru. Ple­cak prze­wie­sił przez ra­mię.

- Chciał­bym gdzieś prze­no­co­wać - po­wie­dział.

- Naj­bliż­sze ho­tele są w Kiel­cach i Wierzb­niku - od­parł oschle Jam­roz. - Tu­taj ich nie ma, to biedne mia­steczko. Kto by tu chciał no­co­wać? My­śla­łem, że pan prze­jaz­dem je­steś.

- Źle pan my­ślał. Chcia­łem tu zo­stać kilka dni. Oko­lica mi się po­doba. Góry Świę­to­krzy­skie to piękna kra­ina, pusz­cza jo­dłowa i tak da­lej. Można od­po­cząć po wo­jen­nych tru­dach, pan ro­zu­mie.

- Co tu do ro­zu­mie­nia? Ta­try są ład­niej­sze i więk­sze, tam pan jedź, do­brze panu ra­dzę.

- Za da­leko - stwier­dził nie­zna­jomy. - Nie po­trze­buję ho­telu, mogę prze­no­co­wać choćby w sto­dole.

Jam­roz nie­zbyt czy­stą ścierką za­czął prze­cie­rać szklankę z gru­bego szkła. Pod­niósł ją do świa­tła, żeby zo­ba­czyć, czy nie zo­stały smugi.

- Chyba pan ni­czego w Bo­dzy­niu nie znaj­dziesz - po­wie­dział.

- Dla­czego?

- Czasy są nie­bez­pieczne. Nikt ob­cego pod swój dach nie wpu­ści.

- Nie je­stem nie­bez­pieczny.

- Kto pana tam wie - od­parł karcz­marz. - Dzi­siaj po lu­dziach, zwłasz­cza tych nie­zna­jo­mych, można się spo­dzie­wać naj­gor­szego.

- A u pana jest wolny po­kój?

Jam­roz po­krę­cił prze­cząco głową.

- Mó­wię panu, nikt pana w Bo­dzy­niu nie prze­no­cuje.

- Mimo to po­szu­kam.

- Po­wo­dze­nia.

Przy­bysz wy­szedł z karczmy i roz­po­czął wę­drówkę od domu do domu w po­szu­ki­wa­niu noc­legu. Wszę­dzie jed­nak sły­szał sta­now­cze "Nie". Do nie­któ­rych obejść go­spo­da­rze w ogóle nie po­zwo­lili mu wejść, stra­sząc, że zo­sta­nie po­szczuty psami. Po go­dzi­nie, zre­zy­gno­wany, usiadł na przy­droż­nym ka­mie­niu. I wtedy po­now­nie zo­ba­czył bo­sego Antka od Klim­cza­ków, który zda­wał się po­dą­żać za nim jak cień.

- Może ty wiesz, kto w tym mi­łym mie­ście mnie prze­no­cuje? - za­py­tał chło­paka.

- Ku­lawy Ka­zek - od­parł z prze­ko­na­niem An­tek. - On pana pew­ni­kiem przyj­mie.

- Za­pro­wa­dzisz mnie? Dam ci zło­tówkę.

Chło­pa­kowi bły­snęły oczy z za­do­wo­le­nia. Za zło­tówkę mógł ku­pić garść cu­kier­ków, a może i dwie gar­ście. Ski­nął głową, że się zga­dza. Męż­czy­zna wstał i ru­szył za Ant­kiem. Po dzie­się­ciu mi­nu­tach byli na miej­scu. Ku­lawy Ka­zek miesz­kał na sa­mym końcu głów­nej drogi prze­bie­ga­ją­cej przez Bo­dzyń. Więk­szość do­mów w mia­steczku była biedna, ale dom, a w za­sa­dzie cha­łupa, Ku­la­wego Kazka wy­glą­dał wy­jąt­kowo nędz­nie. Kryty słomą dach był prze­krzy­wiony, jakby za chwilę miał się za­wa­lić. Obok cha­łupy stała szopa, bę­dąca w rów­nie fa­tal­nym sta­nie. Po po­dwó­rzu bie­gały dwa wy­chu­dzone kun­dle, które za­częły szcze­kać, gdy zo­ba­czyły męż­czy­znę i chło­paka.

- Ci­cho, do budy! - Z cha­łupy wy­szedł ko­ści­sty sta­rzec z długą siwą brodą. Przy­po­mi­nał któ­re­goś ze świę­tego, chyba Hie­ro­nima. Uty­kał na lewą nogę.

- Kogo mi tu przy­pro­wa­dzi­łeś? - za­py­tał chło­paka, zbli­ża­jąc się do li­chego płotu. - Czego chce? - To py­ta­nie było skie­ro­wane do nie­zna­jo­mego.

- Szu­kam kąta, w któ­rym mógł­bym prze­no­co­wać - po­wie­dział męż­czy­zna. - Za­płacę.

- Na długo?

- Nie wiem. Może ty­dzień, może dwa mie­siące.

- Jak nie wie, to niech się do­wie.

- Za­płacę za ty­dzień, a po­tem zo­ba­czymy.

Ku­lawy Ka­zek dłuż­szą chwilę przy­glą­dał się męż­czyź­nie prze­ni­kli­wym spoj­rze­niem, jakby chciał oce­nić, z kim ma do czy­nie­nia.

- Niech bę­dzie - po­wie­dział w końcu.

- Ile się na­leży?

- Po uwa­ża­niu.

Przy­bysz wy­cią­gnął z kie­szeni kurtki dwie­ście zło­tych.

- Tyle bę­dzie do­brze?

Sta­rzec ski­nął głową i wziął pie­nią­dze.

- Tam bę­dzie spał. - Po­ka­zał na szopę.

- Zgoda.

W szo­pie, do któ­rej przez szpary w ścia­nach wpa­dało świa­tło, było tro­chę po­rdze­wia­łych na­rzę­dzi, mo­tyka, sierp i kosa, prócz tego pu­ste ko­ryto dla świń. Le­żało też kilka de­sek, które miały słu­żyć za łóżko.

- Po­łoży so­bie derkę i bę­dzie do­brze - po­wie­dział Ku­lawy Ka­zek. - Noce są jesz­cze cie­płe, nie zmar­z­nie. Wy­cho­dek jest za do­mem.

Kiedy sta­rzec wy­szedł, męż­czy­zna dał chło­pa­kowi zło­tówkę.

- On za­wsze taki miły?

- Cała jego ro­dzina nie żyje - od­parł An­tek. - Żona zmarła dawno temu, a dwaj sy­no­wie byli le­śnymi i zgi­nęli. Może dla­tego.

- No tak, jest jak Hiob - po­wie­dział ci­cho przy­bysz.

- Kto?

- Hiob z Bi­blii, któ­remu Bóg za­brał całą ro­dzinę, żeby spraw­dzić jego wiarę - wy­ja­śnił męż­czy­zna.

Chło­pak wzru­szył ra­mio­nami.

- Ja tam się nie znam. Wiem tylko, że Ku­lawy Ka­zek do ko­ścioła nie cho­dzi i księ­dza nie przyj­muje. Kie­dyś na­wet po­go­nił pro­bosz­cza, gdy ten przy­szedł do niego z ko­lędą. I krzy­czał za nim, żeby wię­cej razy nie wa­żył się do niego przy­cho­dzić.

- Na­prawdę po­go­nił?

- Nie zmy­ślam. - Chło­pak ude­rzył się ręką w piersi. - Ksiądz sam o tym mó­wił w ka­za­niu. Na­zwał Kazka od­szcze­pień­cem, który bę­dzie się w pie­kle sma­żył.

- Je­śli jest ja­kieś pie­kło - mruk­nął męż­czy­zna.

- Pan nie wie­rzy, że pie­kło ist­nieje?

- Oczy­wi­ście, że wie­rzę. To, co się działo przez ostat­nie sześć lat, można na­zwać pie­kłem. Nie trzeba było wy­bie­rać się w za­światy, żeby go do­świad­czyć. Nie uwa­żasz?

- Ksiądz mówi, że pie­kło czeka po śmierci tych, któ­rzy ciężko grze­szyli - od­parł chło­pak. - I że le­piej umrzeć, niż zgrze­szyć.

- Mam dla cie­bie radę - po­wie­dział męż­czy­zna. - Nie wierz we wszystko, co mó­wią do­ro­śli. Księży też to do­ty­czy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki