Ostatnie wyznanie. Josie Quinn. Tom 4 - Lisa Regan

Kup ebooka

35.90 zł
27.79 zł (28,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
Za­pra­szamy na www.pu­bli­cat.pl
Ty­tuł ory­gi­nałuHer Fi­nal Con­fes­sion
Pro­jekt okładki? GHO­ST­DE­SIGN
Fo­to­gra­fie na okładce ? Amy Jo­hans­son/Shut­ter­stock ? gy­n9037/Shut­ter­stock ? Ser­ghei Sta­rus/Shut­ter­stock ? Vio­letta Pi­vo­va­rova/Shut­ter­stock
Ko­or­dy­na­cja pro­jektuNA­TA­LIA STECKA-KU­BA­NEK
Re­dak­cjaUR­SZULA ŚMIE­TANA
Ko­rektaALEK­SAN­DRA WIĘK-RUT­KOW­SKA
Re­dak­cja tech­nicznaLO­REM IP­SUM - RA­DO­SŁAW FIE­DO­SI­CHIN
Co­py­ri­ght ? Lisa Re­gan, 2018 First pu­bli­shed in Great Bri­tain in 2018 by Sto­ry­fire Ltd tra­ding as Bo­oko­uture.
Po­lish edi­tion ? Pu­bli­cat S.A. MMXXIII (wy­da­nie elek­tro­niczne)
Wy­ko­rzy­sty­wa­nie e-bo­oka nie­zgodne z re­gu­la­mi­nem dys­try­bu­tora, w tym nie­le­galne jego ko­pio­wa­nie i roz­po­wszech­nia­nie, jest za­bro­nione.
All ri­ghts re­se­rved.
ISBN 978-83-271-6419-3
Kon­wer­sja: eLi­tera s.c.
jest zna­kiem to­wa­ro­wym Pu­bli­cat S.A.
PU­BLI­CAT S.A.
61-003 Po­znań, ul. Chle­bowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: of­fice@pu­bli­cat.pl, www.pu­bli­cat.pl
Od­dział we Wro­cła­wiu 50-010 Wro­cław, ul. Pod­wale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: wy­daw­nic­two­dol­no­sla­skie@pu­bli­cat.pl

ROZ­DZIAŁ 2

Den­ton, Pen­syl­wa­nia

CZASY OBECNE

Jo­sie sie­działa przy ku­chen­nym stole, na któ­rym le­żał sze­roki wa­chlarz bro­szur re­kla­mu­ją­cych do­mowe sys­temy alar­mowe. Od czasu gdy ko­bieta, którą uwa­żała za matkę, wy­wró­ciła jej ży­cie do góry no­gami, mi­nęło sześć mie­sięcy. Jed­nym z ele­men­tów ataku na ży­cie i zdro­wie psy­chiczne Jo­sie było wła­ma­nie, więc od kilku mie­sięcy szu­kała sys­temu za­bez­pie­czeń na tyle za­awan­so­wa­nego, by po­zwo­lił jej opa­no­wać lęki. Dwu­krot­nie do jej domu przy­cho­dzili pra­cow­nicy, by za­in­sta­lo­wać od­po­wied­nie urzą­dze­nia, ale w ostat­niej chwili zmie­niała zda­nie z po­wodu ukry­tego de­fektu lub nie­do­rzecz­nie wy­so­kich opłat do­dat­ko­wych.

Wzięła do ręki ko­lo­rową bro­szurkę firmy Aegis Home Se­cu­rity: "Od po­nad dwu­dzie­stu lat spe­cja­li­zu­jemy się w bez­pie­czeń­stwie do­mo­wym". To była jedna z nie­licz­nych firm na tyle trans­pa­rent­nych, by umiesz­czać w ma­te­ria­łach pro­mo­cyj­nych pełny cen­nik. Jo­sie spoj­rzała na opcje na od­wro­cie. Za­częła się za­sta­na­wiać, czy lep­szym roz­wią­za­niem nie byłby pies. Duży pies. Pro­blem w tym, że zda­rzało jej się pra­co­wać o dziw­nych go­dzi­nach. Jako śled­cza w ma­łym mia­steczku Den­ton w Pen­syl­wa­nii czę­sto zaj­mo­wała się spra­wami, które po­chła­niały ją przez całe dnie, a na­wet noce. Cza­sami przy­cho­dziła do domu tylko po to, by wziąć prysz­nic i się prze­brać, a po­tem wra­cała do pracy. Gdyby miała psa, mu­sia­łaby za­trud­nić ko­goś do wy­pro­wa­dza­nia go na spa­cery. A wtedy mar­twi­łaby się, czy ten ktoś jest godny za­ufa­nia. Wes­tchnęła. Za dużo kom­pli­ka­cji. Do­szła do wnio­sku, że je­śli jesz­cze kie­dyś ma się po­czuć bez­piecz­nie we wła­snym domu, musi za­ci­snąć zęby i wy­dać for­tunę na sys­tem an­tyw­ła­ma­niowy. Się­gnęła po mniej­szą bro­szurkę - firmy Sum­mors Se­cu­rity.

Z za­my­śle­nia wy­rwało ją pu­ka­nie do drzwi. Ru­szyła do holu. Przez wi­zjer zo­ba­czyła, że to po­rucz­nik Noah Fra­ley. Otwo­rzyła, zmie­rzyła go wzro­kiem od stóp do głów i gwizd­nęła ci­cho.

- No, no. Gdy­bym wie­działa, że tak się od­sta­wisz...

Miał na so­bie ide­al­nie skro­jony gra­fi­towy gar­ni­tur i gu­stowny kra­wat w żółte i szare pa­ski, pod­kre­śla­jący orze­chowy ko­lor jego oczu. Kiedy się do niej uśmiech­nął, po­czuła lekki trze­pot w klatce pier­sio­wej.

- Bar­dzo za­bawne - od­parł i wy­mi­nąw­szy ją, wszedł do kuchni. - Nie je­steś go­towa. Na­wet się nie prze­bra­łaś.

Spoj­rzała na swoje dżinsy i wy­bla­kłą ko­szulkę z Lu­kiem Bry­anem.

- To zaj­mie mi tylko chwilkę.

- Czy nie wszyst­kie ko­biety tak mó­wią, by po­tem spę­dzić go­dzinę na ukła­da­niu wło­sów i ro­bie­niu ma­ki­jażu?

Jo­sie unio­sła brwi.

- Le­piej uwa­żaj. Nie mu­szę przy­cho­dzić na tę ko­la­cję z osobą to­wa­rzy­szącą.

- Żar­to­wa­łem - rzu­cił Noah. Ro­zej­rzał się po kuchni. Na­stęp­nie wró­cił do holu i zaj­rzał do sa­lonu. - Gdzie są wszy­scy? - za­py­tał.

Jo­sie nie­dawno po­znała swoją bio­lo­giczną ro­dzinę. Do tej pory na­wet nie zda­wała so­bie sprawy, że po na­ro­dzi­nach zo­stała z nią roz­dzie­lona. Wciąż się przy­zwy­cza­jała do na­zy­wa­nia Shan­non i Chri­stana Payne'ów mamą i tatą. Zgi­na­jąc palce, za­częła wy­li­czać:

- Shan­non i Tri­nity wy­szły po za­kupy. Spo­tkają się z nami w re­stau­ra­cji. Mój tata i brat przy­jadą z Cal­lo­whill. Też do­łą­czą do nas na miej­scu. Bab­cia wró­ciła do Roc­kview, bo po­trze­bo­wa­łam po­koju dla Shan­non, a pani Qu­inn w tym ty­go­dniu opie­kuje się ma­łym Har­ri­sem.

Noah okrą­żył stół, był co­raz bli­żej, aż w końcu Jo­sie po­czuła, że jej łydki do­ty­kają kra­wę­dzi stołu. Na­chy­lił się i na nią na­parł, dłońmi błą­dząc w kie­runku jej ud i mu­ska­jąc ustami jej wargi.

- Chcesz mi po­wie­dzieć, że ten je­den raz je­ste­śmy sami? Na­prawdę sami?

Jo­sie wy­buch­nęła śmie­chem, za­rzu­ciła mu ręce na szyję, przy­cią­gnęła go do sie­bie i po­ca­ło­wała. Rze­czy­wi­ście od za­koń­cze­nia sprawy Be­lindy Rose nie spę­dzali czasu tylko we dwoje. Wciąż albo pra­co­wali, albo byli zbyt wy­koń­czeni, by co­kol­wiek im się chciało. Przez ostat­nie sześć mie­sięcy, od­kąd w jej ży­ciu po­ja­wiła się nowa ro­dzina, wciąż miała go­ści. Jej bio­lo­giczna matka, Shan­non, zo­stała u niej na kilka ty­go­dni, a kiedy mu­siała wró­cić do sie­bie, do pracy, za­mie­niła się z jej bab­cią, Li­sette. Po wy­padku przez pra­wie dwa mie­siące Jo­sie miała rękę w gip­sie, więc wszelka po­moc była mile wi­dziana. Cza­sem na week­endy przy­jeż­dżała z No­wego Jorku jej sio­stra Tri­nity - pre­zen­terka wia­do­mo­ści w ogól­no­kra­jo­wej sieci te­le­wi­zyj­nej. Kilka razy zo­stali z nią jej na­sto­letni brat i Chri­stian.

Daw­niej przez pe­wien czas Jo­sie miesz­kała sama. Po­cząt­kowo więc było jej trudno się przy­zwy­czaić do cią­głej obec­no­ści lu­dzi. Kiedy po raz pierw­szy nie zna­la­zła w lo­dówce swo­jej śmie­tanki do kawy, oka­zało się to tak fru­stru­jące jak od­kry­cie, że w ła­zience nie ma ręcz­ni­ków i mat, bo Shan­non aku­rat je pie­rze. Pie­czo­ło­wi­cie upo­rząd­ko­wany świat, sank­tu­arium jej do­mo­stwa - wszystko to zo­stało po­sta­wione na gło­wie. Pró­bo­wała jed­nak so­bie tłu­ma­czyć, że ro­dzina jest waż­niej­sza niż ja­ka­kol­wiek rzecz czy czyn­ność, do któ­rej przez lata zdą­żyła się przy­zwy­czaić. Payne'owie po wkro­cze­niu w jej ży­cie w kilka mie­sięcy chcieli od­zy­skać ostat­nie trzy­dzie­ści lat, ale Jo­sie czuła, że u niej po­trwa to dłu­żej.

Była jesz­cze Mi­sty De­rossi - ko­bieta, z którą przed śmier­cią spo­ty­kał się mąż Jo­sie, Ray. Nie­długo po­tem Mi­sty uro­dziła jego syna, a one nie­spo­dzie­wa­nie za­częły się przy­jaź­nić. Mały Har­ris miał pra­wie rok, a Mi­sty skoń­czyła z pracą strip­ti­zerki i zna­la­zła za­trud­nie­nie u bur­mi­strza, w no­wym cen­trum wspar­cia ko­biet, gdzie przyj­mo­wano ofiary prze­mocy do­mo­wej. To ozna­czało, że Jo­sie opie­ko­wała się dziec­kiem nie oka­zjo­nal­nie jak daw­niej, lecz re­gu­lar­nie. Ślady obec­no­ści Har­risa w jej ży­ciu były w ca­łym domu - wy­so­kie krze­sło na końcu stołu, bramki za­bez­pie­cza­jące, kubki nie­kapki, kosz z za­baw­kami czy fo­tel bu­jany w sa­lo­nie. Jo­sie ła­twiej było zo­sta­wić te przed­mioty u sie­bie, niż pro­sić Mi­sty, by tasz­czyła wszystko tam i z po­wro­tem za każ­dym ra­zem, gdy zo­sta­wia synka pod jej opieką.

Usta No­aha zbli­żyły się do szyi Jo­sie. Zła­pał ją za po­śladki, pod­niósł i po­sa­dził na stole. Od­ru­chowo oplo­tła go no­gami w pa­sie. Od­rzu­ciła głowę do tyłu.

- Twój gar­ni­tur - wy­dy­szała.

Jego ręce po­wę­dro­wały w górę, pod ko­szulą Jo­sie, do za­pię­cia sta­nika.

- Nie ob­cho­dzi mnie gar­ni­tur - oświad­czył.

Czuła w po­wie­trzu na­ra­sta­jącą go­rącz­kową ener­gię i wie­działa, że je­śli jej ule­gnie, nie bę­dzie już od­wrotu. Na­pię­cie mię­dzy nimi bu­do­wało się tak długo, że było jak wul­kan, który w każ­dej chwili może wy­buch­nąć. Po za­koń­cze­niu sprawy Be­lindy Rose - i po ich pierw­szym po­ca­łunku - po­wie­działa mu, że nie chce się spie­szyć, a on to usza­no­wał. Miała kiep­ską hi­sto­rię związ­ków i nie chciała, by Noah stał się ko­lejną ofiarą jej okrop­nego okresu do­ra­sta­nia i ca­łego ba­gażu do­świad­czeń. Za­le­żało jej na zro­bie­niu wszyst­kiego jak na­leży. A może po pro­stu się bała...

- Tak ma wy­glą­dać pierw­szy raz? - za­py­tała. - Na stole w mo­jej kuchni?

Zdjął ją ze stołu, jakby nic nie wa­żyła.

- No to pój­dziemy na górę.

Otwo­rzyła usta, żeby za­pro­te­sto­wać, ale kiedy ich ciała się złą­czyły, każ­dym cen­ty­me­trem skóry po­czuła, że nie po­trafi już dłu­żej cze­kać na to, co jest skryte pod gar­ni­tu­rem.

Do­tarli tylko do szczytu scho­dów, gdy roz­legł się stłu­miony, pul­su­jący sy­gnał ko­mórki - naj­pierw w jego kie­szeni, a po chwili do­łą­czył też jej te­le­fon, znaj­du­jący się gdzieś po dru­giej stro­nie domu.

Oboje za­marli. Jo­sie prze­rwała ich po­ca­łu­nek pierw­sza, od­wra­ca­jąc głowę w kie­runku, z któ­rego do­bie­gał dźwięk. Zo­rien­to­wała się, że jej te­le­fon zo­stał w sa­lo­nie. Żadne z nich nie po­wie­działo tego na głos, ale oboje wie­dzieli, że jest tylko je­den po­wód, dla któ­rego ich te­le­fony mo­gły za­dzwo­nić je­den po dru­gim. Mu­siało cho­dzić o coś zwią­za­nego z pracą i po­waż­nego. Choć znaczną część li­czą­cej dwa­dzie­ścia pięć mil kwa­dra­to­wych po­wierzchni Den­ton zaj­mo­wały dzi­kie góry środ­ko­wej Pen­syl­wa­nii, po­pu­la­cja była na tyle duża, że prze­kła­dało się to na mniej wię­cej sześć za­bójstw rocz­nie i tyle in­nych prze­stępstw, że tu­tej­sza po­li­cja, w skła­dzie po­nad pięć­dzie­się­ciu funk­cjo­na­riu­szy, miała co ro­bić. W ostat­nich la­tach to małe mia­sto wi­działo sprawy tak szo­ku­jące, że przy­cią­gnęły uwagę ca­łego kraju. Od­ci­snęły na nich silne piętno i Jo­sie wie­działa, że Noah zmaga się z ta­kim sa­mym lę­kiem jak ona. Skoro oboje zo­stali we­zwani w dzień wolny od pracy, sprawa mu­siała być po­ważna.

Po­woli Jo­sie od­su­nęła nogi, któ­rymi obej­mo­wała No­aha w pa­sie, a on opu­ścił ją na zie­mię. Jego te­le­fon prze­stał dzwo­nić, a te­le­fon Jo­sie znowu za­czął. Po­pra­wiła na so­bie ubra­nie i we­szła do sa­lonu, żeby ode­brać. Szef po­li­cji z Den­ton nie tra­cił czasu i od razu prze­szedł do rze­czy.

- Qu­inn. Po­trze­buję cie­bie i Fra­leya w te­re­nie, na­tych­miast. Mamy za­bój­stwo.

- Tak jest - od­parła Jo­sie. - By­li­śmy... Ja...

- Wiem. Nie in­te­re­suje mnie to. Ru­szaj­cie tyłki - od­parł i wy­re­cy­to­wał ad­res, który wy­da­wał się jej zna­jomy.

Głos Chi­two­oda był tak do­no­śny, że do­tarł aż do drzwi, w któ­rych stał Noah. W wy­mię­tym gar­ni­tu­rze, z unie­sioną jedną brwią. Bez­gło­śnie wy­po­wie­dział py­ta­nie: "Gret­chen?".

Gret­chen Pal­mer też pra­co­wała w po­li­cji w Den­ton.

- De­tek­tyw Pa­mer jest dziś na służ­bie. Po­ra­dzi so­bie.

Chi­twood prych­nął z iry­ta­cją.

- Wiem, kto jest na służ­bie, Qu­inn. Nie mogę się skon­tak­to­wać z de­tek­tyw Pal­mer.

- Pró­bo­wał pan...

Prze­ło­żony prze­rwał jej krzy­kiem.

- Qu­inn, cho­lera ja­sna! Nie mam czasu na grę w dwa­dzie­ścia py­tań. Jest ciało, jest miej­sce zbrodni, a de­tek­tywa brak. Za chwilę chcę tu wi­dzieć jedno z was. - Po­now­nie wy­szcze­kał ad­res i wtedy Jo­sie zro­zu­miała, dla­czego brzmiał zna­jomo.

To był ad­res do­mowy Gret­chen.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

ROZ­DZIAŁ 1

Se­at­tle, Wa­szyng­ton

CZER­WIEC 1992

Billy wy­szedł ze sklepu z dwoma ku­beł­kami lo­dów w tor­bie za­wie­szo­nej na nad­garstku. Przy­sta­nął, wziął głę­boki wdech i spoj­rzał na ze­ga­rek - zdąży wy­pa­lić dwa pa­pie­rosy, za­nim do­trze do domu na obiad. Jego żona nie lu­biła, gdy pa­lił.

Ką­tem oka zo­ba­czył idącą par­kin­giem ko­bietę. Za­re­je­stro­wał błysk słońca w jej si­wych wło­sach. Ob­ser­wo­wał, jak star­sza pani pod­cho­dzi do mi­ni­vana, a po­tem, za­ta­cza­jąc się na no­gach, pró­buje się upo­rać z klu­czy­kami. Może była chora albo pi­jana. Może tylko stara lub sza­lona. Albo to wszystko na­raz. Kiedy już wsia­dła i uru­cho­miła sil­nik, od­wró­cił wzrok, bo jego uwagę przy­cią­gnął ryk mo­to­cy­kla.

Nie mógł uwie­rzyć we wła­sne szczę­ście - przed skle­pem za­par­ko­wał Lin­coln Shore. Oka­zuje się, że na­wet zbun­to­wani mo­to­cy­kli­ści mu­szą jeść. Tak na­prawdę Billy wie­dział, że Linc czę­sto bywa w tym spo­żyw­czaku i kilku in­nych miej­scach w oko­licy, i li­czył na to, że go spo­tka. Był już do­brze znany kilku człon­kom De­vil's Blade, ale sam Linc jesz­cze nie za­szczy­cił go swoim za­in­te­re­so­wa­niem. Kiedy zsia­dał z mo­toru, Billy od­pa­lił dru­giego pa­pie­rosa od pierw­szego i rzu­cił nie­do­pa­łek na zie­mię. Od spoj­rze­nia mo­to­cy­kli­sty zro­biło mu się go­rąco. Po­tem usły­szał jego ni­ski głos:

- Ty je­steś tym pę­ta­kiem, prawda? I ostat­nio prze­sia­du­jesz przy ba­rze.

- No tak - od­parł za­gad­nięty. - Ja... - za­czął, ale słowa zo­stały za­głu­szone przez dźwięki, któ­rych jego mózg nie po­tra­fił od razu prze­two­rzyć. Po­dmuch po­wie­trza, pisk opon, zgrzyt me­talu trą­cego o me­tal i wy­cie sil­nika pra­cu­ją­cego na mak­sy­mal­nych ob­ro­tach.

Na re­ak­cję miał uła­mek se­kundy. Za­dzia­łał in­stynkt. Billy zo­ba­czył ką­tem oka, że mi­ni­van prze­wraca wózki skle­powe i ude­rza w za­par­ko­wany sa­mo­chód. Klienci od­ska­ki­wali przed roz­pę­dzo­nym au­tem.

Billy wpadł na Linca. Ude­rzył w tę­giego mo­to­cy­kli­stę ca­łym swoim cię­ża­rem, aż obaj stra­cili rów­no­wagę. Grzmot­nęli o be­ton. Ciało Linca za­mor­ty­zo­wało upa­dek Billy'ego, a skó­rzana kurtka męż­czy­zny uchro­niła go przed zdar­ciem skóry z ple­ców, gdy prze­je­chali po twar­dym pod­łożu. Tym­cza­sem mi­ni­van wbił się w za­par­ko­wany sa­mo­chód, ze­pchnął go na dwa ko­lejne auta i wresz­cie się za­trzy­mał. Sil­nik w dal­szym ciągu pra­co­wał, opony pisz­czały na as­fal­cie. Ko­bieta opa­dła na kie­row­nicę. Na jej srebr­nych wło­sach za­lśniła krew. Do mi­ni­vana za­częli pod­bie­gać świad­ko­wie kraksy. Billy się pod­niósł, wy­cią­gnął rękę do Linca i po­mógł mu wstać.

W mil­cze­niu przy­glą­dali się znisz­cze­niom, któ­rych do­ko­nała kie­row­czyni mi­ni­vana.

- Dzięki, stary - po­wie­dział Linc.

- Nie ma za co - od­parł z uśmie­chem Billy, a po­nie­waż nie chciał dłu­żej ku­sić losu, za­czął się od­da­lać.

- Hej! - za­wo­łał za nim Linc. - Jak się na­zy­wasz, pę­taku?

Billy się od­wró­cił.

- Benji. - Po­dał przy­brane na­zwi­sko. - Benji Stone.