Ostatnie wakacje - Anna Łacina

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ I - PATRYCJA
Środa, 1 lipca 2015
1.
Patrycja spojrzała w lustro. Poprawiła włosy, wygładziła sukienkę. Jest OK. Może iść.
"Pamiętaj, koteńku, że wchodzisz na egzamin jako magister - przypomniały jej się słowa ulubionej pani profesor. - Pracowałaś na ten tytuł pięć lat. Teraz masz go tylko obronić".
Czuła się spokojna, może dlatego, że zadbała, by niczego nie zostawić przypadkowi. Elegancka granatowa sukienka. Patrycja wybrała fason z rozkloszowanym dołem, więc nie obawiała się, że zbyt wąska spódnica zrobi jej psikusa, jak koleżance na licencjacie.
Nie musiała się śpieszyć. Mogłaby nawet pójść pieszo na uczelnię, ale nowe eleganckie szpilki wybiły jej z głowy ten pomysł. Podjedzie autobusem. A gdyby wypadło coś niespodziewanego, weźmie taksówkę. Raz jeszcze skontrolowała zawartość torebki, tej najbardziej pakownej. Czy nie wzięła za dużo rzeczy? Dodatkowa para rajstop, notatki, pendrive z prezentacją i zapasowy. Zabrała też netbook, na wszelki wypadek. Kwiaty zamówiła niedaleko wydziału, odbierze po drodze. Pani z portierni obiecała pożyczyć wiadro.
- Będzie dobrze. - Uśmiechnęła się do lustra. - Powodzenia, pani magister.
Ojciec kilkakrotnie ponawiał propozycję zawiezienia jej na uczelnię, ale odmówiła. Potrzebowała chwili samotności przed egzaminem. Nawet Erykowi powiedziała, żeby jechał do pracy. Już dawno się przekonała, że o wiele lepiej zdaje egzaminy, gdy nie rozprasza jej niczyje towarzystwo.
Dochodziła do przystanku, kiedy rozdzwoniła się jej komórka. Eryk? Dopiero co się pożegnali.
- Pati... - Głos chłopaka brzmiał inaczej niż zwykle i już wiedziała, że wydarzyło się coś złego. - Miałem... wypadek. Drobny, ale...
- Gdzie jesteś? - przerwała. Eryk dojeżdżał do pracy rowerem. Przecież tam są ścieżki rowerowe! Co się mogło stać? - Wezwać pogotowie?
- Już... wezwane. Dasz radę... przywieźć mi...
- Czynnik! - Zawróciła i przyśpieszyła kroku. Racja, pogotowie nie będzie miało takich rzeczy. - Zaraz u ciebie będę! Gdzie cię szukać?
- Na Długiej. Koło... Translasu.
To w połowie jego drogi do pracy. Co on tam robi o tej porze? Od siódmej powinien doglądać miejskiej sieci teleinformatycznej! Patrycja zaczęła biec, przeklinając w duchu wysokie obcasy.
- Będę za pięć minut - rzuciła do słuchawki. - Jest ktoś przy tobie?
- Pani... która wezwała... pogotowie.
Nie podobał się jej ten urywany głos, ale nie traciła czasu na wypytywanie, co się stało. Najważniejsze zjawić się u niego jak najszybciej. Zanim będzie za późno.
- Dochodzę do domu. Zaraz będę z czynnikiem. Wytrzymaj.
Rozłączyła się i nie zwalniając biegu, gorączkowo przetrząsała torebkę w poszukiwaniu kluczy do mieszkania Eryka. Są! Auć! Złamała obcas! Wyrżnęłaby o chodnik, gdyby nie złapała się płotu.
Pchnęła furtkę i wpadła na podjazd. Kulejąc, dotarła do "chatki Robinsona", dawnego mieszkania Romka, które od siedmiu lat wynajmował Eryk. Patrycja poczuła wdzięczność do ojca, że ilekroć Eryk przymierzał się do wyprowadzki, ten zawsze znajdował mankamenty nowego lokum: odległość, metraż, cenę, otoczenie. Całe szczęście! Gdyby miała gnać po czynnik na drugi koniec Torunia, straciłaby mnóstwo czasu.
Przez chwilę szarpała się z zamkiem, w końcu drzwi stanęły otworem.
Zrzuciła z nóg szpilki, dopadła lodówki i wygarnęła cały zapas czynnika. Nie, nie może zabrać wszystkiego. Cztery tysiące jednostek chyba wystarczy? W razie czego dowiezie, reszta niech się chłodzi. Dobra, co dalej? Boso nie dobiegnie. Włożyła klapki chłopaka, przekręciła ciągle tkwiący w zamku klucz i pognała w stronę ulicy Długiej. Z oddali dobiegł ją sygnał karetki.
2.
Rower, z kołem wygiętym w ósemkę, leżał na trawniku przy ścieżce rowerowej. Obok kask. Ratownicy właśnie zamykali drzwi ambulansu, kiedy ich dopadła.
Szarpnęła za klamkę, a gdy to nie pomogło, załomotała w szybę. Otworzyli.
- Przyniosłam... jego... czynnik - wydyszała. - Proszę mu podać!
- Słucham? - Facet w czerwonym uniformie spojrzał na nią jak na wariatkę.
- Czynnik krzepnięcia. On ma hemofilię!
- Jedziemy na SOR, tam lekarz zdecyduje. Proszę tu nie wchodzić! - Podniósł głos.
- Czynnik trzeba podać jak najszybciej! - wrzasnęła. - Eryk, pokazałeś im kartę? Przecież tam jest napisane: "najpierw czynnik"!
- Nie słuchają - powiedział bezgłośnie. Był bardzo blady, na czole perliły mu się krople potu. Widziała powiększający się krwiak pod okiem. Czyżby uderzył głową o chodnik? A jeśli to wylew krwi do mózgu? Czemu rano tak długo się żegnali? Pewnie jechał za szybko i...
- Proszę się odsunąć i nie utrudniać! - Ratownik usiłował wypchnąć Patrycję z karetki.
- To pan utrudnia! - Próbowała wcisnąć mu w ręce pudełko z czynnikiem. - Proszę mu to podać! Natychmiast! Ja mogę przygotować, jeśli pan nie wie jak, ale tam jest instruk...
Tego było już za wiele.
- Zmiataj, tu nie ma żartów! - Chwycił ją za ramiona i wystawił na zewnątrz.
- Nam nie wolno podawać leków przyniesionych przez pacjenta - dorzucił drugi łagodniej. - Takie procedury. Ale na SOR-ze pewnie zaordynują. Będzie dobrze!
Zanim Patrycja zdążyła odpowiedzieć, tamci zamknęli drzwi i samochód ruszył z piskiem opon.
Wyjęła telefon i wezwała taksówkę. Musi tam pojechać! I to szybko.
Przez chwilę stała pochylona, z rękami na kolanach, usiłując wyrównać oddech i opanować zawrót głowy. Spokojnie, spokojnie...
Ktoś dotknął jej ramienia.
- Wszystko w porządku?
Siwa pani uczesana w koczek. Patrycja wcześniej zarejestrowała jej obecność, ale całą uwagę skupiła na Eryku.
- To pani wezwała pogotowie?
Tamta skinęła głową.
- Dobrze, że akurat przechodziłam.
- Dziękuję - szepnęła Patrycja. Podniosła walający się po ziemi kask. Delikatnie przejechała dłonią po zakurzonej powierzchni. - Jak to się... - urwała, widząc zatrzymującą się przy krawężniku taksówkę. Później dopyta. Podbiegła, chwyciła za klamkę i nagle uświadomiła sobie, że rower Eryka ciągle leży na trawniku. Przecież nie może go zostawić! Ale przypiąć też nie ma czym.
Spojrzała błagalnie na starszą panią. Jeśli mieszka gdzieś blisko, chyba zdołałaby zataszczyć go do domu?
- Mogłaby pani zaopiekować się rowerem? Albo chociaż jakoś może - rozejrzała się - może przechowaliby na stacji? - Wskazała tablicę z napisem "Okręgowa stacja kontroli pojazdów". - Bo ja muszę...
- Oczywiście. Zajmę się tym. - Kobieta posłała jej krzepiący uśmiech. - Ty masz ważniejsze sprawy na głowie. Zapisz sobie mój numer telefonu.
3.
"Jak dobrze, że są tacy ludzie" - myślała Patrycja, jadąc w kierunku szpitala. Od szybkiego biegu ciągle jeszcze kręciło jej się w głowie, z nerwów bolał ją brzuch i nadal brakowało jej powietrza. Przymknęła oczy. Musi wziąć się w garść! Nie ułatwiało tego wspomnienie, które wylazło z najciemniejszego kąta i kąsało raz za razem. "Nie zdążysz - szeptało. - Nie zdążysz".
Wtedy popędzała taksówkarza w irracjonalnym przekonaniu, że jeśli się pośpieszy, może będzie mogła chociaż się pożegnać. Do ostatniej chwili nie chciała uwierzyć, że naprawdę stało się najgorsze. Może ojciec coś źle usłyszał? Coś przekręcił? Może to nie mama zginęła w tamtym wypadku? Może jest tylko ranna? Niestety...
Ale wtedy przynajmniej był przy niej Eryk.
Patrycja z trudem odsunęła natrętne obrazy i pomyślała o starszej pani, takiej miłej i pomocnej. Spotkanie z nią, chociaż krótkie, było jak parasol podany podczas ulewy. Szkoda, że tylko na chwilę. Następnym wydarzeniom będzie musiała stawić czoła samotnie. A może powinna zawiadomić rodziców Eryka? Lubiła ich, ale trochę się ich bała. Zwłaszcza Rudowłosej, jak w myślach nazywała jego matkę. Chociaż zawsze byli dla niej mili, w ich obecności czuła się trochę na cenzurowanym.
Taksówka zatrzymała się przed szpitalnym szlabanem. Patrycja zapłaciła za kurs i pobiegła w kierunku SOR-u.
- Halo! Proszę pani! - Taksówkarz wychylał się z samochodu, machając rowerowym kaskiem. Zawróciła, nie rozumiejąc, jakim cudem zabrała kask ze sobą. Poklepała się po wypchanej torbie, żeby sprawdzić, czy na pewno tkwią w niej opakowania czynnika. Tego by tylko brakowało, gdyby w zdenerwowaniu zabrała kask, a zgubiła to, co najważniejsze. Jej palce wymacały kształt netbooka. Egzamin!
- Dziękuję! - Odebrała kask od kierowcy. - Nie wie pan, która godzina?
- Ósma trzydzieści siedem.
Patrycja jęknęła. O dziesiątej zaczyna się egzamin. Biegnąc w kierunku szpitala, przeczesywała kontakty w telefonie. Musi uprzedzić promotora, że może się spóźnić. Spóźnić?! Będzie cud, jeśli w ogóle dzisiaj dotrze na uczelnię!
Zatrzymała się, by przepuścić wyjeżdżającą karetkę, i weszła do budynku.
- Dzień dobry, mówi Patrycja Adler, panie profesorze, bardzo przepraszam, ale nie wiem, czy dam radę zjawić się dzisiaj na egzaminie - wysapała do słuchawki. - Sytuacja losowa, jestem na SOR-ze.
- A co się pani stało?!
Sygnał pogotowia rozległ się całkiem blisko, jakby chciał potwierdzić prawdziwość jej słów. Czuła wielką pokusę, by nie wyprowadzać promotora z błędu. Gdyby to ona była poszkodowana, przełożenie egzaminu z pewnością okazałoby się prostsze.
- Mnie nic. - Głos jej zadrżał i nie mogła już dłużej powstrzymywać łez. - Przepraszam, nie dam rady... dotrzeć na czas.
Profesor coś mówił, ale nagle przestała go rozumieć. Wpatrzyła się w mężczyznę w czerwonym uniformie, wymieniającego z rejestratorką jakieś papiery. Tak, to na pewno jeden z tych, którzy zabrali Eryka. Ten mniej uprzejmy.
- Zadzwonię później - wychlipała do słuchawki i rozłączyła się.
Podbiegła do mężczyzny.
- Czy podano mu czynnik? Najpierw powinien dostać czynnik, a dopiero potem...
Spojrzał na nią jak na natrętną muchę.
- Wszelkich informacji udziela lekarz. - Wyminął Patrycję i szybkim krokiem ruszył do wyjścia. Nawet nie zdążyła go zapytać, gdzie znajdzie Eryka.
W poczekalni kłębił się tłum. Ktoś awanturował się przy okienku. Przebiegły dwie kobiety w białych fartuchach, a potem zespół ratowniczy z pacjentem na wózku.
- Szukam Eryka Kynerta - zaczepiła pielęgniarkę śpieszącą korytarzem. - Czy może pani...
- Proszę zapytać w informacji. - Wskazała kierunek i popędziła przed siebie.
Patrycja podeszła do okienka i powtórzyła pytanie.
- Tak, pacjent jest w trakcie badań diagnostycznych - usłyszała. - Jest pani krewną?
- A czynnik? On musi w pierwszej kolejności dostać czynnik krzepnięcia! Przywiozłam!
- Chwilkę, powiadomię lekarza. Na co choruje?
Kobieta sięgnęła po telefon, przez chwilę czekała na połączenie, w końcu przekazała informację.
- Proszę im powiedzieć, że mam go ze sobą - dorzuciła Patrycja, zanim tamta zakończyła rozmowę. - Gdzie mam go zanieść?
- Oni już wiedzą - odparła. - Pacjent też zgłaszał hemofilię. Już mu pewnie pobrali krew na układ krzepnięcia i biochemię oraz morfologię, to zawsze jest podstawa. Proszę się nie martwić.
- Ale po co mają go badać?! - Patrycja miała ochotę tupnąć nogą. - Wiadomo, że ma problem z krzepnięciem! Jemu trzeba podać czynnik! Natychmiast!
- Co miałam przekazać, przekazałam. Jak będzie trzeba, to podadzą - rzuciła kobieta zmęczonym głosem i zwróciła się do kolejnej osoby: - Słucham pana.
Patrycja powoli odeszła od okienka, tuląc do siebie kask Eryka. Poczuła się jak nic nieznaczące ziarnko piasku, które dostało się między tryby wielkiej machiny mielącej ludzki strach, ból i cierpienie. Bezduszny system jednakowo wsysał i chorych, i zdrowych, tych, którzy potrzebowali pomocy, i tych, którzy mieli im pomagać. Mieszał ich w wielkim kotle, rozgniatał i wypluwał. Nikt nikogo nie słuchał, nikt nikogo nie rozumiał. Jedni biegali tam i z powrotem, domagali się natychmiastowej pomocy dla kogoś albo dla siebie, awanturowali się lub zadawali pytania... Inni siedzieli skuleni, zmęczeni, zrezygnowani. Co jakiś czas otwierały się wielkie rozsuwane drzwi, ktoś wchodził, ktoś wychodził, czasem pielęgniarka o poszarzałej twarzy wybierała z ludzkiej masy kolejnego szczęśliwca. Zawsze razem z nim podrywało się kilkoro innych. Patrycja też podeszła, ale pielęgniarka zabrała pacjenta i zniknęła za drzwiami.
Co robić? Co robić?! Miała ochotę krzyczeć, walić pięściami, a najbardziej chciała teraz być przy Eryku. I mieć pewność, że wszystko dobrze się skończy.
Przypomniała sobie bezsensowną śmierć, jak to on nazywał, "brata krwi", chociaż nawet nie znał go osobiście. Tamten człowiek umarł tylko dlatego, że lekarka na SOR-ze mimo próśb rodziny nie podała mu czynnika i nie zleciła zrobienia tomografii. Eryk mówił o tym Patrycji w zeszłym roku, a teraz ta historia przypłynęła do niej świeża, jakby wydarzyła się wczoraj. I jeszcze o innym mężczyźnie, który zmarł, bo czynnik podano mu po dwóch godzinach, zamiast od razu. Patrycja poczuła, że robi jej się niedobrze ze strachu. Co z tego, że tamto działo się w małej miejscowości na drugim końcu Polski? Ludzie wszędzie są tacy sami. Tak samo popełniają błędy. I umierają też tak samo.
Stanęła pod drzwiami. Kiedy tylko się otworzą, wepchnie się do środka. I nie da się łatwo wyprosić!
4.
- Gdzie mi pani tu wchodzi? - zirytowała się pielęgniarka. - Proszę czekać na swoją kolej!
- Przyniosłam lekarstwo. Lekarz jest poinformowany! Muszę przekazać!
- Co za lekarstwo? Mamy wszystko, co potrzeba.
- A gdyby chory potrzebował insuliny, to też macie?
- On jest cukrzykiem? Nazwisko pacjenta! A w ogóle kim pani jest?!
- Szukam lekarza, który zajmuje się Erykiem Kynertem - powiedziała spokojnie Patrycja, chociaż wszystko w niej się trzęsło. Głos też jej drżał. - Przywiozłam jego lekarstwa.
- To chyba ten we wstrząsie z podejrze... - zaczęła młoda dziewczyna, może praktykantka, i umilkła zgromiona wzrokiem przełożonej.
- Proszę poczekać, pan doktor jest zajęty. - Pielęgniarka usiłowała delikatnie wypchnąć Patrycję na korytarz, ale ta stała jak przyrośnięta do podłogi.
- Co tu się dzieje? - Zza parawanu wynurzył się mężczyzna o szarej, zmęczonej twarzy. Zdjął rękawiczki i rzucił je do kosza. Zmierzył Patrycję spojrzeniem i nieoczekiwanie się uśmiechnął. - Słucham panią - rzekł przyjaznym tonem. - Co za bieda?
Podszedł do zlewu i zaczął myć ręce.
- Pani z informacji już dzwoniła, chodzi o czynnik krzepnięcia, który trzeba podać jak najszybciej. Przyniosłam.
- Dobrze, proszę zostawić. Pani Madziu - zwrócił się do jednej z pielęgniarek - pani wpisze do Zeszytu leków chorych.
- A kiedy czynnik zostanie podany? - Patrycja miała wielką ochotę zaufać lekarzowi, uwierzyć, że teraz wszystko będzie dobrze, ale strach nadal walczył z budzącą się nadzieją. - Bo on musi dostać jak najszybciej!
Mężczyzna wyrzucił papierowy ręcznik do kosza i podszedł do Patrycji.
- Na twoim miejscu nie zaprzątałbym tej ślicznej główki sprawami, na których się nie zna. - Poklepał ją po ramieniu. - Zobaczymy, jakie są obrażenia, i wtedy zdecydujemy o dalszym leczeniu. Może...
- On ma napisane: "NAJPIERW czynnik"! - przerwała.
- My się tu nie zajmujemy leczeniem hemofilii. Od tego jest hematolog. Naszym zadaniem jest udzielić mu pomocy...
- Nikt panu nie każe leczyć hemofilii - syknęła. - Zresztą tego się nie leczy. Ja tylko proszę o podanie mu...
- Pozwolisz, że to ja będę decydował o sposobie...
- Nie! - Tupnęła. - Proszę zadzwonić do hematologa, jeśli pan nie wierzy. Tu nie ma co czekać!
- Może jeszcze mi powiesz, ile mu zaordynować tego twojego... czynnika. - Wydął pogardliwie wargi, a jego głos z każdą sekundą stawał się coraz bardziej lodowaty. - Rozumiem, że skończyłaś studia medyczne, masz dwie specjalizacje, a w oczach rentgen i tomograf? Może jeszcze rezonans w palcach? A w ogóle kim jesteś dla pacjenta? - Przelotnym spojrzeniem omiótł jej dłonie. - Bo chyba nie krewną?
Chciała skłamać, że siostrą, ale uświadomiła sobie, że to i tak niczego nie zmieni. Nie posłuchają jej. A kiedy skończą tę całą diagnostykę, będzie za późno.
- Zwykle bierze dwa tysiące jednostek. Proszę spytać hematologa - wyszeptała. - Bo pewnie trzeba więcej...
- No? I sama widzisz, że nie wiesz ile. Spytamy. - Otoczył ją ramieniem i skierował w kierunku drzwi. - Niech każdy zajmuje się tym, na czym się zna.
- Proszę mnie nie dotykać! - Odskoczyła od niego. Zacisnęła ręce w pięści. - Nie wyjdę stąd, póki nie podacie mu czynnika! Teraz!
- Pani Zosiu, pani wezwie ochronę. Ja się muszę zająć pacjentami, a nie tracić czas na histeryczki - burknął i zniknął za kolejnym parawanem. Słyszała, jak rozmawia z pacjentem, pyta o imię, wiek...
- Lepiej od razu policję! - Było jej już wszystko jedno. - To usiłowanie zabójstwa!
- Chodź, dziecko. - Łagodny głos pielęgniarki sprawił, że Patrycja nagle się rozkleiła. - Nie rób scen.
Pozwoliła się wyprowadzić na korytarz.
- Ale czynnik - wyszeptała, walcząc z napływającymi łzami. - On musi dostać czynnik. Bez tego się wykrwawi.
Kobieta przytuliła ją do obfitej piersi.
- Dostanie. - Pogłaskała ją po głowie. - A także inne potrzebne leki. Czekamy tylko na wyniki. Chcesz coś na uspokojenie?
"Nie rozumieją - pomyślała z rozpaczą. - Nie dociera!".
- Czy mogę go zobaczyć?
Pielęgniarka pokręciła głową.
- Tylko najbliższa rodzina. Usiądź tu i poczekaj. Dam ci znać, kiedy lekarz coś zdecyduje. A może obrażenia okażą się nie takie poważne i jeszcze dziś wypiszą go do domu?
Patrycja wiedziała, że to miało zabrzmieć pocieszająco i dodać jej otuchy. Zagryzła wargi, by nie wybuchnąć głośnym płaczem.
5.
Krzesła były zajęte, więc oparła się o ścianę. Kręciło jej się w głowie, czuła się, jakby miała za chwilę zemdleć.
"Spokojnie, to tylko nerwy" - powiedziała do siebie. Poczłapała do automatu z napojami. Może kawa postawi ją na nogi?
Cappuccino okazało się lurowate i obrzydliwe w smaku, jednak szukanie monet i wybieranie napoju pomogło Patrycji się uspokoić. Nadal trzęsła się wewnętrznie, ale zaczęła jasno myśleć.
Znalazła numer rodziców Eryka. Może mają telefon do lekarki, która go prowadzi?
- Postaraj się, by dostał czynnik - powiedziała jego mama, gdy usłyszała, co się stało. - Za wszelką cenę. Co dzisiaj jest? Środa? Czyli profilaktykę miał wczoraj. Podaj mu cztery tysiące. I żadnych operacji bez konsultacji z hematologami!
- Oni nie chcą ze mną rozmawiać.
- To nie rozmawiaj! Sama podaj, jeśli Eryk nie może! Będziemy najszybciej, jak się da.
"Czyli za jakąś godzinę - pomyślała. Tyle zwykle jechało się z Golubia do Torunia. - To o wiele za długo".
- Zabrali go na diagnostykę, nie dam rady tam wejść. Może pani do nich zadzwoni i im wytłumaczy?
- Oczywiście! Obdzwonię, kogo tylko będę mogła - zapewniła Rudowłosa. - Miej włączony telefon i zdawaj nam relację na bieżąco. Już do was jedziemy!
Niby nic wielkiego, ale Patrycja nabrała otuchy. Może wszystko dobrze się skończy?
Przypomniała sobie bliskich tamtego mężczyzny, który zmarł. Też walczyli o jego życie, a jednak nie zdołali się przebić przez bezduszne procedury.
Kto by jeszcze mógł pomóc?
"Jaśmina! - przebiegło jej przez głowę. Brat i jego żona od kilkunastu miesięcy mieszkali w Sanoku, bo Romek dostał pracę w Muzeum Budownictwa Ludowego, a Jaśminie udało się zaczepić w szpitalu i otworzyć specjalizację. Patrycja nie widziała ich od Bożego Narodzenia. - Czy Jaśmina ma tu jeszcze jakichś znajomych? Przecież właśnie w Toruniu odbywała staż!".
Pięć długich sygnałów i "po sygnale zostaw wiadomość".
- Tu Patrycja. Zadzwoń, jak tylko będziesz mogła! Pilne.
Wybrała numer brata.
- No cześć, pani magister! - usłyszała jego wesoły głos. - Już po wszystkim? Szybko. Ja zdawałem chyba ze trzy godziny, nie pamiętam. - Roześmiał się. - Jak było? Opowiadaj! O co cię pytali?
- Pilnie potrzebuję skontaktować się z Jaśminą - przerwała. - Nie odbiera telefonu.
- Co się stało? - Spoważniał natychmiast.
- Eryk jest na SOR-ze. Miał wypadek. Nie chcą mnie do niego wpuścić.
- A do czego ci Jaśmina?
Wytłumaczyła.
- Czekaj, spróbuję urwać się z pracy i do niej podskoczyć. Zadzwonimy do ciebie, jak tylko ją złapię. Uszy do góry! Będzie dobrze!
Ledwo się rozłączyła, telefon zawibrował jej w ręku.
- Jan Kynert - usłyszała głos ojca Eryka. - Udało ci się coś zdziałać? Na SOR-ze telefon ciągle zajęty, ale próbujemy uruchomić inne kontakty.
- Nie. Nawet nie wiem, co się z nim dzieje. - Zęby zaczęły jej dzwonić, z trudem wymawiała słowa. - Nikt mi nie chce niczego powiedzieć.
- Nie wdawaj się z nimi w dyskusje. Poszukaj lekarza koordynatora, który odpowiada za cały zespół. Jeśli i on odmówi podania czynnika, poproś, żeby dał ci to na piśmie. To czasem pomaga. A gdyby powiedział, że nie ma obowiązku pisać takiego oświadczenia, to zażądaj wpisu do dokumentacji medycznej. To MUSI zrobić. I nie zgadzaj się na żadne operacje czy inwazyjne badania! Powodzenia!
Rozłączył się.
Patrycja ruszyła wzdłuż korytarza z zamiarem znalezienia gabinetu koordynatora, ale jej telefon znowu zawibrował. Jaśmina! Jak dobrze!
Bratowa jak zwykle była szybka i konkretna. Zadała jej tylko kilka pytań i obiecała zrobić, co się da.
Po Jaśminie zatelefonował promotor z pytaniem, ile Patrycja spóźni się na egzamin.
- Czy mogłabym przełożyć? Nawet jeśli przyjadę, to... to ktoś bardzo bliski, panie profesorze. Nie jestem w stanie dzisiaj odpowiadać.
- No właśnie rozmawiałem z komisją. Problem w tym, że pierwszy możliwy termin to koniec września lub nawet październik, ze względu na wyjazd profeso...
- Dziękuję! Dziękuję bardzo! Zadzwonię później, przepraszam.
Rozłączyła się i z niepokojem spojrzała na wyświetlacz. Trzydzieści siedem procent, a ona nie ma ładowarki!
- Gdzie tu jest ktoś od tego hemofilityka? - usłyszała.
"Hemofilika!" - poprawiła w myślach. Podbiegła do drzwi sali R.
- Ty jesteś Patrycja? - zapytał młody chłopak w niebieskim fartuchu. - Tomek. - Wyciągnął do niej rękę. - Jaśmina dzwoniła. To nie moja działka, ale ona mówi, że trzeba podać mu czynnik krzepnięcia i że go masz?
- Tak, przywiozłam. Część oddałam w sali zabiegowej, miał być wpisany do jakiegoś zeszytu. Jeszcze mu nie podali?!
- Zaraz się dowiem, chodź. - Przeciągnął kartą wzdłuż czytnika, rozległ się pisk i drzwi stanęły otworem.
- Co jest, Tomek? - Krępy blondynek oderwał się od studiowania zdjęć rentgenowskich i podszedł do nich szybkim krokiem. - Chcesz sobie zabrać jakiegoś pacjenta? Świetnie, bo nie wiem, w co ręce włożyć.
- Eryk Kunert, z hemofilią. Macie takiego?
- A jakże. Z krwotokiem i we wstrząsie. Wojtek chciał go przekazać do Warszawy, tylko nie może się do nich dodzwonić. Miejski też go nie chce. Myśleliśmy, że może Bydzia by go wzięła, ale zasłaniają się tym, że nie przeżyje transportu. A ja myślę, że...
- Czy dostał w końcu czynnik? - włączyła się Patrycja.
- Coś ty taka niecierpliwa? Dostanie. Czekamy tylko na hematologa.
- Ja mogę mu podać. Wiem ile i wiem jak.
- Czekaj. - Blondynek wertował papiery. - Jednak dostał. "Podano 500 jednostek", "drogą dożylną", "numer serii blablabla i tak dalej". Czyli załatwione!
- Pięćset jednostek?! To tyle co nic! On musi dostać cztery tysiące, żeby zadziałało! Mogę mu podać?
- Hej, zaraz! - zreflektował się tamten. - Jesteś hematologiem?
- To mój chłopak. Od siedmiu lat.
Lekarz machnął ręką. "Co ty tam wiesz!" - mówiła jego mina.
- Studia medyczne trwają sześć lat - zauważyła.
- Czyli jesteś jak lekarz po stażu, ale przed specjalizacją. - Tomek się uśmiechnął. - Bruno, ona się na tym trochę zna. Skoro mówi, że mu poda, to ja bym pozwolił.
- A bo ja wiem, co ty przywiozłaś? W jakich warunkach to było przechowywane? - Blondynek podrapał się w głowę. - Potem będę miał prokuratora na karku.
- Ja będę miała - przerwała Patrycja - bo na moją odpowiedzialność! W razie czego zeznam, że podałam ukradkiem, kiedy nikt nie widział.
- Taa... Każdy tak mówi, a jak przyjdzie co do czego, to kto winien? Lekarz!
- Złożymy skargę, że nie dostał czynnika na czas!
- Dobra - westchnął blondyn. - Gorzej już chyba nie będzie. Dawno powinien być na bloku, tylko nikt nie... - urwał, jakby uświadomił sobie, że powiedział za dużo. - Do tego co chwilę ktoś wydzwania w jego sprawie i przeszkadza nam w pracy - dodał z pretensją w głosie, ale Patrycja już nie słuchała.
Przypadła do łóżka, na którym leżał Eryk. Wyglądał żałośnie, opleciony rurkami i kablami, z zaklejoną plastrami twarzą i rurką intubacyjną wystającą z ust. Oczy miał półotwarte, ale nie była pewna, czy w ogóle zdaje sobie sprawę z jej obecności.
- Jestem przy tobie - szepnęła mu do ucha i delikatnie dotknęła dłoni chłopaka. Nie pozwoliła sobie na nic więcej. Czas uciekał.
Podeszła do zastawionej lekami szafki, stojącej u wezgłowia i zaczęła wykładać na nią fiolki, buteleczki, strzykawki...
- Poradzisz sobie? - zapytał chłopak przysłany przez Jaśminę. - Bo ja muszę na oddział.
- Gdybyś jeszcze sprawił, że wróci do mnie ten czynnik, który zostawiłam lekarzowi... Powinny być trzy opakowania. Bardzo ich potrzebujemy.
- Zobaczę, co da się zrobić.
Chłopak zniknął. Patrycja skupiła się na rozpuszczaniu kolejnych dawek. Jak to dobrze, że Eryk nakłaniał ją, by czasem właśnie ona podała mu lek. Na początku strasznie się bała, ale stopniowo oswoiła się na tyle, że nawet kilka razy odważyła się go ukłuć. Teraz na szczęście miał założony wenflon, więc chociaż to zostanie jej oszczędzone.
Wsłuchana w monotonne sapanie respiratora pracowała szybko i sprawnie. Nie było czasu na użalanie się ani nad sobą, ani nad Erykiem.
- Warszawa mówi, że już mają nadwykonania i nie wezmą - usłyszała zirytowany głos lekarza. Tego samego, który wcześniej wyprosił ją z sali. - A co ona tu robi?!
Ostrożnie napełniła pierwszą strzykawkę zawartością pierwszej rozpuszczonej fiolki. Nie da się stąd wypędzić!
Rozległy się szybkie kroki i do Patrycji podszedł Tomek.
- Twój czynnik. - Położył na szafce trzy pudełka. - Na pewno nie za dużo mu podajesz? - szepnął. Omiótł wzrokiem buteleczki. - To razem będzie pięć, bo jedno opakowanie już dostał!
- Jedno to za mało. Musi dostać wszystkie.
- Serio? Nie zaszkodzi mu?
- Co tu się dzieje, kto jej pozwolił?! - ryknął lekarz. - Proszę stąd wyjść i się nie wtrącać! Pacjent już otrzymał leki! Nie wolno samowolnie...
- Pięćset jednostek to za mało. Równie dobrze mógłby pan wylać czynnik do zlewu, efekt ten sam.
- Przestań się mądrzyć! Jak pacjent zacznie się wykrzepiać albo dostanie zatoru, to kto będzie odpowiadał?
- Jeśli się wykrwawi, złożymy skargę do NFZ, Ministerstwa Zdrowia i Izby Lekarskiej! - odpaliła. - Oraz z powództwa cywilnego. I proszę mi dać na piśmie, że odmawia pan podania czynnika!
- Nie będę dyskutował z osobą postronną. Proszę wyjść!!!
- Panie doktorze, w sprawie tego chłopaka był telefon... - Blondynek nachylił się do ucha lekarza i odprowadzając go na bok, coś mu półgłosem tłumaczył.
Patrycja chwyciła Tomka za rękaw fartucha.
- Czy możesz mi pomóc? - spytała szeptem. - Nie wiem, jak podłączyć strzykawkę do wenflonu. I ręce mi się trzęsą...
- Ale ty będziesz podawać? - upewnił się. - Bo wiesz...
Rozejrzał się na boki, delikatnie przytrzymał wenflon i wprawnym ruchem zdjął nakrętkę.
Patrycja wsunęła koniec strzykawki, ostrożnie nacisnęła tłok.
- Nie idzie! - przestraszyła się.
- Bo źle to robisz. Jakby co, mnie tu nie było. Usiądź. I luźniutko. Denerwować będziesz się w domu. - Jedną ręką przytrzymał strzykawkę, a drugą dłoń Patrycji, spoczywającą na tłoku. - Uciśnij palcem tutaj, żeby się wenflon nie ruszał. I teraz powolutku podawaj. To trzeba spokojnie, z wyczuciem - szepnął jej do ucha. - Na szczęście jeszcze pamiętam z ćwiczeń.
Tłok powoli ruszył do przodu. Odetchnęła z ulgą.
- Który to jest ten z hemofilią?
Patrycja przez skórę poczuła, jak cały personel odruchowo staje na baczność. Mimo to ani drgnęła, skupiona na powolnym podawaniu leku.
Słyszała ciche mamrotanie, kiedy lekarze wyjaśniali przybyszowi sytuację.
- A to kolega nie zna procedur, które jednoznacznie nakazują wziąć od rodziny lek i go natychmiast podać? Diagnostyka i tak dalej - wszystko czeka! Proszę słuchać rodziny. Oni wiedzą lepiej od nas, czy, kiedy i jak podać czynnik... Nie musimy być omnibusami, którzy znają się na wszystkim. Hematolog gdzie?
Znowu ciche mamrotanie. Patrycja sięgnęła po kolejną strzykawkę.
- To po jaką cholerę jeszcze czekacie? Brać go na blok, bo nam zejdzie! Gdzie ten hematolog? Ty wiesz, kto przed chwilą do mnie dzwonił?!
- Ale panie profesorze... - Głos znowu zniżony do szeptu, zagłuszany szumem aparatury.
- Mam w dupie, że on jest od białaczek i szpiczaków! Niech znajdą takiego od hemostazy! Ja też jestem na urlopie, a przyszedłem! A Warszawa co mówi?
- Szukam syna. - Głos pani Kynert dobiegający od strony drzwi sprawił, że Patrycja musiała przerwać podawanie leku, bo za bardzo drżały jej ręce. Nareszcie! Wzięła głęboki oddech, by się uspokoić. Jeszcze dwie pełne strzykawki czekają. I półtora tysiąca do rozpuszczenia.
Słyszała, jak Rudowłosa podaje personalia syna, jak profesor grzecznie ją wita i prowadzi w kierunku łóżka Eryka.
- Dlaczego on jest zaintubowany? Nie dało się mniej inwazyjnie?
- Ratownicy założyli, bo był niestabilny - usprawiedliwił się profesor. - Ale i tak zaraz jedzie na blok. TK wykazało masywny krwotok zaotrzewnowy. Do tego trzy duże wylewy dostawowe, ale tym zajmiemy się później.
- Ile dostał czynnika? - To pytanie było chyba skierowane do Patrycji, więc odpowiedziała. Rudowłosa, nie przerywając rozmowy z profesorem, otworzyła trzy pozostałe opakowania i zaczęła przygotowywać lek. - Świetnie sobie poradziłaś - pochwaliła Patrycję. Jej opanowanie i spokój były aż nienaturalne. Ale chyba skuteczne, bo profesor zaczął ją traktować jak koleżankę po fachu. Rozmawiali, przerzucając się specjalistycznymi terminami i planując dalsze leczenie.
- Ja bym się wstrzymała z otwieraniem pacjenta, póki się nie ustabilizuje - powiedziała uprzejmie pani Kynert, zupełnie jakby prowadziła niezobowiązującą konwersację przy kawie. - Przed chwilą rozmawiałam z lekarką, która go prowadzi. Przy ciężkiej hemofilii masywne krwotoki często spowodowane są drobnymi rzeczami. To nie musi być pęknięcie dużego naczynia. Tak naprawdę czasem wystarczy sam czynnik, żeby zatrzymać krwawienie. - Napełniła strzykawkę i podała Patrycji. - Oczywiście trzeba cały czas kontrolować przebieg procesu krzepnięcia, stan pacjenta, morfologię, poziom czynnika ósmego, wyrównywać parametry i tak dalej. Bo jeśli jest mocno wykrwawiony, to taka interwencja zabiłaby go, zamiast pomóc.
- Pacjent jest ciągle niewyrównany - potwierdził profesor. Zaszeleścił papier, kiedy zaczął przeglądać wyniki badań. - Nie ma sensu robić remontu całej łazienki - mówił trochę do siebie, a trochę do Rudowłosej - jeśli trzeba tylko wymienić uszczelkę w zepsutym kranie.
- Bardzo adekwatne porównanie. Może się jednak okazać, że to pęknięta rura. I wtedy musimy kuć ściany.
- Przepraszam! - Pielęgniarka dotknęła ramienia Patrycji. - Przy chorym może znajdować się tylko jedna bliska osoba, a skoro pojawiła się rodzina, proszę panią o przejście na korytarz.
6.
Kiedy Patrycja znalazła się na korytarzu, natychmiast podbiegł do niej ojciec Eryka.
- Co z nim? Jak on się czuje?
Zrelacjonowała minione godziny, zaczynając od ostatniej. Zwierzyła się ze swoich obaw. W miarę opowiadania robiło się jej coraz zimniej i ostatnie zdania ledwo wymamrotała.
Pan Kynert narzucił na nią swoją marynarkę.
- Cała jesteś sina, za lekko się ubrałaś - powiedział z troską. Odebrał od niej kask Eryka. Obejrzał. - Dobrze, że chociaż o tym pamiętał. - Westchnął i popatrzył na zamknięte drzwi sali R. - Chciałbym tam być.
- Ja też.
Telefon Patrycji znowu zaczął wibrować. Romek!
- No i jak tam? Uruchomiłem kontakty ojca, pomogło coś?
Ojciec! A jej w ogóle nie przyszło do głowy, że mógłby użyć swoich wpływów! Wprawdzie chwilowo nie zajmował się polityką, ale stare znajomości pozostały.
- Dzwoniłeś do ojca? - zdziwiła się. Miała wrażenie, że Romek go unika, zwłaszcza po śmierci mamy oddalili się od siebie. Praca w Sanoku była tylko pretekstem, by uciec jak najdalej od domu.
- Nie musiałem. Zadzwoniłem do paru jego wysoko postawionych kumpli, przedstawiłem się i odciąłem kupony od faktu, że jestem synem "tego Adlera". Ojciec się wścieknie, ale dla ciebie wszystko. Teraz on ma u nich dług wdzięczności - zaśmiał się. - No i jak Eryk? Co z nim?
- Nie wiem. Nie wygląda to dobrze. Spytaj Jaśminę, co to znaczy "niestabilny oddechowo", nie, czekaj, on jakoś inaczej powie... - urwała, bo drzwi sali R zaczęły się otwierać, a jej mignęły rude włosy matki Eryka. - Zadzwonię później!
Pan Jan, przemierzający nerwowo korytarz tam i z powrotem, natychmiast skierował się w stronę sali. Patrycja zrobiła to samo.
Ruda wyszła spokojnym, dystyngowanym krokiem. Z kamienną twarzą.
- Teraz ja. Można wejść? - spytał pan Kynert.
Potrząsnęła głową.
- Jego już tam nie ma.
Wtuliła się w męża i wybuchnęła płaczem.
ROZDZIAŁ II
Czwartek, 2 lipca
1.
Cmentarz przy Wybickiego jest niewielki i zatłoczony. Nagrobek przy nagrobku, w równych szeregach. Patrycja przeszła labiryntem alejek i zatrzymała się przy pomniku bijącym w oczy nowobogackim rozmachem. Czarny granit, rzeźbiona tablica...
"Wszystko błyszczące jak psi nos" - skwitował Romek, kiedy zobaczył projekt.
- Nikt mi nie powie, że nie dbałem o żonę - warknął wtedy tata. - Dbałem! W życiu i po śmierci! Nawet teściowa ma swoje pięć minut.
- Babcia się pewnie w grobie przewraca, kiedy widzi te złote litery, które dla niej szykujesz - odpalił. - Pieniędzmi wyrzutów sumienia nie zagłuszysz!
I znowu zaczęli się kłócić, a Patrycja zatkała sobie uszy i uciekła do Eryka. Czy chociaż przez pamięć mamy nie mogliby się powstrzymać? Chyba jednak dobrze, że Romek przeprowadził się do Sanoka.
Przysiadła na płycie, pogłaskała zimny kamień.
- Mamo - szepnęła. - Potrzebuję go!
Od wczoraj nie mogła znaleźć sobie miejsca. Wszystko się w niej wyrywało, by biec do szpitala i zostać tam, choćby pod zamkniętymi drzwiami, byle bliżej Eryka. Wiedziała jednak, że nie pomoże mu, robiąc tłok na oddziale. Zresztą i tak jej nie wpuszczą.
"Chyba żeby umierał - przybiegła do niej niechciana myśl, którą natychmiast zdusiła. - Wyjdzie z tego, na pewno z tego wyjdzie! Walcz, Eryk, walcz, proszę!".
Najważniejsze, że ciągle żył, na pewno żył, bo telefon milczał, a tata Eryka obiecał, że zawiadomi, gdyby było gorzej.
"Gdyby od razu podano mu czynnik... Jeśli umrze - przemknęło jej przez głowę - pochowają go w Golubiu, razem z braćmi".
Nawet na cmentarz nie będzie mogła przychodzić, tak jak może przyjść na grób mamy, niecałe dziesięć minut drogi od domu.
- Nie umrze, wyjdzie z tego - szepnęła do siebie. Łzy napłynęły jej do oczu. - Mamo, proszę, zrób coś!
Cisza. Żadnej odpowiedzi, znikąd pocieszenia.
Poczuła budzący się w niej gniew. Wstała.
- Skoro sama tak głupio i bez sensu odeszłaś - syknęła - to przynajmniej z TAMTEJ strony zrób wszystko, co tylko możliwe, żeby on do ciebie nie dołączył!
Gdyby na cmentarzu były drzwi, trzasnęłaby nimi i poszła. Miała ochotę kopnąć ten pieprzony, wymuskany grobowiec. Przedtem był zwykły, jak setki innych obok. "Grób rodziny Piotrowskich. Jadwiga. Aleksander". Przy każdym imieniu rok urodzenia i śmierci. Tyle.
Tata zmienił wszystko. Teraz rzeźbiona w fantazyjne zawijasy tablica krzyczała złotymi literami:
ś. ? p.
dr Jadwiga Olak-Piotrowska
stomatolog
*5.06.1934 ?15.05.2005
mgr inż. Aleksander Piotrowski
*6.05.1932 ?14.11.2003
dr hab. Grażyna Adler
*13.02.1963 ?12.02.2013
Ojciec ciągle dokuczał mamie z powodu habilitacji, starał się pomniejszyć jej wartość, a jednak na nagrobku zażądał umieszczenia wszystkich tytułów. O to też pożarli się z Romkiem. Wypomniał ojcu każde przykre słowo skierowane do mamy.
- Ty po prostu masz kompleksy - wytknął mu. - Ale czy naprawdę musiałeś je leczyć naszym kosztem? Próbujesz obrazić każdego, kto jest bardziej wykształcony od ciebie, nawet po jego śmierci.
- Nikogo nie obrażam - wycedził ojciec, czerwieniejąc. - Zapracowali na te wszystkie literki przed nazwiskiem, niech mają!
- I to właśnie jest obraźliwe! Zupełnie jakbyś rzucił im je w twarz: "Udławcie się, skoro wam zależy"! Nie możesz żyć bez poniżania innych, prawda? Bo wydaje ci się, że gdy innych ściągniesz w dół, sam będziesz mniej żałosny!
Kłócili się jeszcze długo, a Patrycja znowu uciekła do chatki.
Potem Romek odjechał do domu teściów i nie pokazał się przez kilka następnych tygodni. Jak zwykle. Ojciec, ponieważ zawsze stawiał na swoim, więc i nagrobek postawił, jaki chciał. I tylko Patrycja wiedziała, że nocami demoluje sypialnię rodziców, klnie, rzuca butelkami, a rano wynosi potłuczone szkło, przeprasza i płacze.
2.
Patrycja wyszła z cmentarza i skierowała się w stronę szpitala. Do wpół do drugiej brakowało trzech kwadransów, ale pójdzie powoli i najwyżej posiedzi przed wejściem. Zawsze to bliżej. Rodzice Eryka wywalczyli sobie prawo zjawiania się przed południem, ale ona, jako osoba postronna, mogła ich zmienić dopiero w porze odwiedzin.
"Będzie dobrze - przekonywała samą siebie po raz nie wiadomo który. - Obiecali, że gdyby było gorzej, natychmiast zadzwonią. Brak wiadomości to dobre wiadomości".
Kiedy wczoraj jego matka wyszła z sali R i tak strasznie się rozpłakała, Patrycja poczuła się, jakby ktoś ją nagle wrzucił do ciekłego azotu. Oglądali kiedyś na festiwalu nauki, ona i Eryk, pokaz "kuchni molekularnej": prowadzący zanurzył w ciekłym azocie główkę sałaty. Kiedy ją wyjął, wyglądała dokładnie tak samo jak przedtem. Ale wystarczyło, że lekko uderzył ją dłonią, a rozsypała się na kawałeczki.
Patrycja widziała, jak tata Eryka przytula żonę, głaszcze, bezskutecznie próbując uspokoić, aż w końcu wyprowadza ją na zewnątrz. Patrzyła za nimi i nie była w stanie się ruszyć.
Wszystko w niej zamarzło, nawet myśli.
Stała, czekając na ostateczny cios, po którym rozsypie się jak tamta sałata i już nigdy nie zdoła się posklejać w dawną Patrycję.
Na szczęście pan Kynert wrócił i wytłumaczył, że jeszcze nie stało się nic nieodwracalnego. Jego żonie zwyczajnie puściły nerwy, kiedy już nie musiała udawać profesjonalnej i opanowanej, a co do Eryka, to owszem, jest źle, ale teraz, kiedy wreszcie dostał czynnik, ma realne szanse, żeby z tego wyjść.
A potem poprosił, by Patrycja pojechała z nimi do chatki.
- Boję się zostawiać Krysię samą, a do Eryka, jeśli w ogóle dzisiaj wpuszczą, to tylko pojedynczo. Leży na intensywnej terapii. Niewykluczone, że zaraz wezmą go na stół, ale może uda się bez tego?
"To może ja przy nim zostanę?" - chciała zaproponować, ale ugryzła się w język. Pan Kynert nie miał okazji zobaczyć syna. Teraz jego kolej.
- Muszę dopilnować, by monitorowali poziom czynnika - wyjaśnił - i by wieczorem dostał kolejną dawkę.
- W lodówce jeszcze trochę jest - wymamrotała. Ciągle nie mogła opanować dreszczy.
- Miałem taką nadzieję, chociaż wreszcie zgłosili zapotrzebowanie do RCKiK. Uwierzysz, że nie zamawiali, bo się bali, że szpital za dużo zapłaci? A przecież czynnik wydawany jest szpitalom za darmo. To jak? Zostaniesz z Krysią? To znaczy z moją żoną.
Skinęła głową. Mama Eryka chorowała chyba... na depresję. Patrycja nie wiedziała dokładnie, a nie wypadało się dopytywać. Cokolwiek jej dolegało, rzeczywiście nie powinna teraz być sama.
Telefon, który nagle zawibrował w kieszeni, wyrwał Patrycję ze wspomnień i sprawił, że serce skoczyło jej do gardła. "Zadzwonimy, gdyby coś się działo" - obiecał rano pan Jan, ale miała nadzieję, że nie będzie musiał spełnić tej obietnicy.
Spojrzała na wyświetlacz. Obraz rozmazywał się, drgał.
"Uspokój się, głupia, to Magdzik!". Patrycja oparła się o drzewo, bo nagle zrobiło jej się słabo. Powinna ustawić specjalny sygnał na rodziców Eryka.
Wpatrywała się w świecący i wibrujący telefon, w migające na ekranie zdjęcie Magdzika, w końcu odrzuciła połączenie. Nie czuła się na siłach, by rozmawiać z kimkolwiek. Nawet z najlepszą przyjaciółką.
Z matką Eryka też wczoraj nie rozmawiała. Po prostu siedziały w ciężkim milczeniu, póki tamta nie zasnęła. Zadziałały leki, które podał jej mąż, zanim odjechał do szpitala. Patrycja żałowała, że sama nie może połknąć kilku tabletek, po których chociaż na chwilę przestanie się bać.
Posiedziała w chatce jeszcze przez parę minut, a potem powlokła się do domu. Pan Jan zapewnił, że kiedy żona zaśnie, można ją zostawić, byle tylko zaglądać od czasu do czasu.
- Co tak długo? - powitał ją ojciec. - Ja rozumiem, że młodość ma swoje prawa, a egzamin trzeba oblać, ale mogłaś chociaż zadzwonić, że już po wszystkim. Zdałaś oczywiście na piątkę?
Potrząsnęła głową.
- Niemożliwe! Czwórka? U mojej córki? - roześmiał się.
- Nie zdawałam.
- Nie zdałaś? No i bardzo dobrze! - Poklepał ją po plecach. - Nic nie mówiłem, bo Grażynie bardzo zależało, ale uważam, że te studia w ogóle nie były ci potrzebne! Nic się nie martw! - Znowu poklepał ją po plecach. - Chociaż bez sensu, to jednak ciężko pracowałaś, a ja doceniam ciężką pracę. Należą ci się wakacje. Zabiorę cię na jakąś Majorkę albo Ibizę. Czy może wolisz luksusowe spa? Masz ochotę?
Zaprzeczyła gestem. Usiadła ciężko przy kuchennym stole, walcząc ze łzami.
- Maryna! - rozdarł się ojciec. - Gotuj pierogi! - dośpiewał i zaśmiał się z własnego żartu.
Zatupotały szybkie kroki i z pięterka zbiegła ich nowa pomoc domowa.
- Obiad! - rzucił, a kiedy Maryna przechodziła w kierunku kuchenki, klepnął ją w pośladek. Kobieta zachichotała.
Patrycja chciała wstać, wyjść z kuchni i zamknąć się w swoim pokoju, na obiad też nie miała ochoty, ale opanowała ją dziwna niemoc. Czuła narastający ból głowy.
- Eryk jest w szpitalu - wyszeptała.
- A co mu się stało?
- Wypadek.
- Samochodowy? - zdziwił się ojciec.
- Na rowerze.
- Na rowerze? - Machnął ręką. - Ja tam zasypywałem ranę piaskiem i jechałem dalej. - Przysiadł koło Patrycji i przygarnął ją ramieniem. - Zacznij się pakować - szepnął jej do ucha. - Musisz odpocząć po całym roku, a nerwy, widzę, masz kompletnie zszargane. Mam dla ciebie propozycję zawodową, ale to dopiero po wakacjach.
Nie zareagowała. Maryna postawiła przed nimi dwa talerze i wazę z zupą.
- Kazałem zrobić twoje ulubione dania - pochwalił się ojciec. - Należy ci się po egzaminie. Zwłaszcza niezdanym. A chłopakiem się nie martw. Za dużo się nad sobą lituje.
3.
Wreszcie mogła znowu go zobaczyć! Czekała na to całą noc, którą przeleżała z chłodnym okładem na głowie, to zapadając w płytki sen, to się budząc, a potem przez pół dłużącego się koszmarnie dnia.
Eryk leżał przykryty zielonym prześcieradłem, spod którego wychodziły rurki, kable i wężyki. Dobrze, że w końcu wyjęli mu tę straszną rurę z tchawicy! Elektrody przyklejone do klatki piersiowej. Prawy łokieć i bark luźno owinięte wilgotnym bandażem. Pewnie zadziałali państwo Kynertowie. Patrycja nie podejrzewała, by personel oddziału znał ten patent, przynoszący ulgę podczas wchłaniania się wylewu. Kolano chyba też ucierpiało, bo widziała, mimo przykrycia, że noga jest lekko ugięta i wsparta na poduszkach.
Na palcu szary czujnik. Na ramieniu mankiet do mierzenia ciśnienia, który co jakiś czas napełniał się z cichym mruczeniem, a potem opróżniał, sycząc. Pikanie aparatury, cichy szum materaca. Do lewej ręki, w której Eryk miał wenflon, powoli skapywała kroplówka.
Patrycja pogłaskała chłopaka po policzku. Otworzył oczy, uśmiechnął się, a potem znowu je zamknął.
Wyłączyła telefon i usiadła na krześle obok łóżka.
"Będzie dobrze, Eryk, prawda, że tak?".
Poniedziałek, 6 lipca
1.
- Cześć! Jak się czujesz? - Patrycja przysiadła przy łóżku Eryka i delikatnie go pocałowała.
Uśmiechnął się.
- Ale jesteś poobijany. - Odgarnęła mu włosy z czoła, pogłaskała po policzku, omijając zielonożółty siniak pod okiem.
- Nic dziwnego - wyszeptał. Po intubacji mówienie jeszcze sprawiało mu trudność. - Skoro teraz tylko leżę i się obijam.
Wzięła go za rękę. Tę zdrową, za to z wenflonem. Przez chwilę oboje milczeli. Od prawie tygodnia tak właśnie wyglądały jej odwiedziny. Siadała przy jego łóżku, trzymała w dłoniach jego dłoń i albo patrzyła, jak zasypia, albo jak się budzi. Nic więcej nie mogła dla niego zrobić. Chętnie by go chociaż ogoliła, ale ten przywilej zaanektowała jego mama. Jednak dziś nawet ona nie mogła zjawić się przed południem. Lekarz powiedział, że już nie widzi powodu do dodatkowych odwiedzin. Patrycja i rodzice Eryka musieli się podzielić krótkim czasem między trzynastą trzydzieści a szesnastą.
Właściwie była to dobra wiadomość. Oznaczała, że najgorsze minęło. Zresztą gołym okiem było widać, że Eryk powoli zdrowieje.
- Nie chcę już nigdy więcej przeżywać czegoś takiego! - wyrwało się Patrycji.
- Nie mogę ci tego obiecać - odparł tak cicho, że musiała się nachylić, by go usłyszeć.
- Możesz!
Uśmiechnął się smutno.
- Byłaby to obietnica bez pokrycia.
- Nie rozumiesz. - Potrząsnęła głową. - Nic nie mogłam zrobić, żeby ci pomóc. Bałam się, że umrzesz, zanim wreszcie zajmą się tobą, jak należy, ale nikt mnie nie słuchał! Zignorowali mnie, kiedy mówiłam, że najpierw czynnik. Jedna pielęgniara nie chciała mnie do ciebie wpuścić, bo "tylko najbliższa rodzina". - Słowa wylewały się z niej coraz szybciej. Wszystkie te straszne chwile, kiedy czuła się tak bardzo bezsilna. - Nie mogłam nawet walczyć o ciebie, bo nie uznano mnie za uprawnioną do walki, rozumiesz?! Osoba postronna! Wyprosili mnie! Potraktowali jak wariatkę! Trochę pomogła Jaśmina, Romek też zadziałał, ale gdyby nie pojawiła się twoja mama, to... - Głos jej się załamał. - A gdybyś umarł, pochowaliby cię czterdzieści kilometrów ode mnie!!!
- Przepraszam.
- Przepraszam?! - zapalała się coraz bardziej. - Tylko tyle?!
Nabrał powietrza, jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował.
- Eryk - szepnęła. - Ja tak nie mogę. To mnie niszczy i zabija.
- Rozumiem.
- Co rozumiesz? - zaperzyła się. - Co rozumiesz?! Nic nie rozumiesz! Wyjdź za mnie!
Zielonozłote oczy Eryka otworzyły się szeroko ze zdumienia. Sprzęt zapikał ostrzegawczo.
- To znaczy ożeń się ze mną - poprawiła się.
Wypuścił z płuc całe nagromadzone powietrze. Zamknął oczy.
Patrycji zrobiło się głupio. Chciała wstać i odejść, ale nie puszczał jej ręki.
- Pati - wychrypiał. Słyszała jego przyśpieszony oddech. - Pati.
- Co się dzieje? - Pielęgniarka szybkim krokiem podeszła do łóżka. Omiotła wzrokiem monitory, sprawdziła, czy nie odłączył się któryś kabelek. - Proszę wyjść na korytarz! - zwróciła się do Patrycji. Ta posłusznie wstała. Strach znowu ścisnął ją za gardło. Usiadła na krześle przed salą i objęła głowę rękami.
Nie wiedziała, jak długo tak siedzi. Pięć godzin? Pięć minut?
Ktoś dotknął jej ramienia. Podniosła głowę.
"Co z nim?" - chciała zapytać, ale pielęgniarka odezwała się pierwsza.
- Możesz wejść.
Patrycja zerwała się z miejsca.
- Ale naprawdę na chwileczkę. Za dziesięć minut kończymy odwiedziny! - dorzuciła tamta i skierowała się w stronę dyżurki.
- Jesteś - szepnął, gdy znów usiadła przy jego łóżku. Uśmiechnął się z wysiłkiem. - Naprawdę tego chcesz?
- Czego?
- Wyjść za mnie.
- A ty?
- Tak.
- To czemu mi tego dotąd nie zaproponowałeś?!
Wziął głęboki oddech, a potem powoli wypuścił powietrze.
- Boli cię?
- Ostatnio... miałaś... próbkę tego... jak może wyglądać... życie ze mną. Nadal... tego chcesz?
- Eryk! - jęknęła. - Ja naprawdę cię kiedyś zabiję! Od prawie siedmiu lat upewniasz się, czy chcę z tobą być. I ja od siedmiu lat tłumaczę, że chcę. Mam dość! Albo się odważysz, albo kończymy tę znajomość.
- Chciałem...
- Mniejsza o to! - Wstała. - Masz teraz dużo czasu na myślenie. Zdecyduj się w końcu! Bo to nie jest troska o moją wolność, tylko zwyczajne tchórzostwo! - Ruszyła w stronę drzwi, ale zawróciła. Pochyliła się nad chłopakiem. - Jeśli chodzi o mnie, to wiesz, że cię kocham - powiedziała śmiało. - Ale jeśli chodzi o ciebie, to czasem mam wątpliwości. Przemyśl to i zdecyduj raz na zawsze. A potem do mnie zadzwoń, napisz, wyślij maila, cokolwiek. Jestem pewna, że nawet z tym wszystkim - pokazała ręką aparaturę - dasz radę obsłużyć telefon! Albo komputer. Mamusia na pewno ci przyniesie.
I wyszła.
2.
Właściwie dlaczego tak na niego naskoczyła? Chyba cały stres ostatnich dni domagał się natychmiastowego ujścia, ale dlaczego musiała go wyładować akurat na Bogu ducha winnym chłopaku? I jeszcze wyzwała go od tchórzy! Poza tym nie powiedziała prawdy. Przecież już raz przymierzali się do wspólnej przyszłości. I to ona stchórzyła, nie Eryk. Gdyby wtedy zdecydowała się wyjechać razem z nim, tak jak mu to obiecała... Nie dotrzymała słowa. To PRZEZ NIĄ teraz o mało nie umarł! I jeszcze miała czelność twierdzić, że ma wątpliwości, czy Eryk ją kocha?!
Telefon piknął SMS-em.
"Kiedy tylko chcesz. Wyznacz datę ślubu".
Łzy napłynęły jej do oczu. Jak on zdołał to napisać, obolały, z niesprawną prawą ręką i lewą unieruchomioną przez kroplówkę? I jak w ogóle mogła czegoś podobnego zażądać?!
Zawróciła. Przedtem szła szybkim krokiem, ale teraz zaczęła biec.
Wjechała windą na górę. Drzwi zastała otwarte, bo akurat ktoś wychodził. Wpadła na oddział.
- Już po godzinach odwiedzin - zatrzymała ją pielęgniarka. - Proszę wyjść.
- Oliwia, wpuść ją - powiedziała inna. Ta, którą najczęściej widywała w sali Eryka. - Ale dosłownie na minutę! - Pogroziła jej palcem. - I żeby cię żaden lekarz nie zobaczył!
- Eryk, przepraszam! - Przypadła do jego łóżka. - Tak strasznie się o ciebie bałam, że kiedy wreszcie jest dobrze, puściły mi nerwy. Przepraszam! Cofam wszystko, co powiedziałam.
- Już... nie chcesz?
- Chcę! Ale byłam niesprawiedliwa.
- Byłaś. Przeprosiny... przyjęte. To kiedy... ślub?
Weszła pielęgniarka. Zaczęła ustawiać pompę infuzyjną u sąsiedniego pacjenta, rzucając Patrycji wymowne spojrzenia. Trochę groźne, a trochę rozbawione.
- Muszę iść.
- Zrobisz... coś... dla mnie?
- Oczywiście.
- W moim pokoju. - Przymknął oczy i przez chwile głęboko oddychał, jakby próbował opanować ból.
Patrycja spojrzała na pielęgniarkę, szukając u niej pomocy.
- Znikaj już - powiedziała tamta, podchodząc.
Eryk pokręcił głową.
- Jeszcze... chwilka. Dałoby się... na lewy bok?
- Nie. - Sięgnęła po pilota i obniżyła oparcie łóżka. - Lepiej?
- Tak, dziękuję - odetchnął z ulgą. - Minutka, dobrze?
- Ale ani sekundy dłużej, bo jak doktor Niewczas zobaczy, to będzie awantura!
Wyszła. Patrycja pochyliła się nad Erykiem.
- W szufladzie biurka - wyszeptał. - Pudełko na pendrive'y. Przyniesiesz?
- Jakiś konkretny pendrive?
- Wszystkie. Całe pudełko. I laptop.
- Przyniosę, odpoczywaj. - Pocałowała go. - Do jutra.
3.
Usiadła na ławce przed szpitalem. Czuła się jak po jeździe kolejką górską. Albo jak po pokonaniu kilku okrążeń szkolnego boiska.
Czy naprawdę przed chwilą oświadczyła się Erykowi?
Przypomniała sobie tamten lutowy wieczór, kiedy to on o mało jej się nie oświadczył. Właśnie zdała ostatni egzamin w sesji zimowej, za pół roku czekał ją licencjat. Umówiła się z Erykiem na wspólne świętowanie rozpoczęcia ferii, ale zjawiła się u niego dobrą godzinę za wcześnie.
Spojrzał zdziwiony, gdy weszła, i trochę się speszył.
- Umawialiśmy się na czwartą? - spytał.
Potrząsnęła głową. Powiesiła płaszcz na wieszaku.
- W domu znowu sajgon. - Opadła na kanapę. - Nie wiem, co w ojca wstąpiło, ale odwaliło mu totalnie. Znów się pokłócił z mamą. Mogę posiedzieć u ciebie?
Uśmiechnął się.
- Wiesz, że to jedno z najczęstszych pytań, jakie mi zadajesz od - zawahał się, licząc szybko w myślach - od ponad czterech lat? "Mogę posiedzieć u ciebie?". Może po prostu przeniesiesz się do mnie?
Rozejrzała się po chatce, jakby widziała ją po raz pierwszy w życiu. Podążył za jej wzrokiem.
- Masz rację, trochę tu ciasno, mieszkanie w Szkocji jest nieco większe. Właśnie chciałem ci zaproponować, żebyśmy wybrali się tam w ferie. Nic specjalnego, dwa pokoje z kuchnią w starej kamienicy, ale za to jak blisko do morza!
- Brrr... - Wzdrygnęła się i potarła rękami ramiona, wyobrażając sobie szkocką plażę w lutym. Eryk się roześmiał.
- Idzie przywyknąć. Morze zimą ma swój urok, opowiadałem ci. Poza tym to zatoka, więc jest spokojniej. To co? Masz ochotę zobaczyć wreszcie miejsce, w którym się wychowałem? Bo tych pierwszych sześciu lat w Polsce nie liczę.
- Tęsknisz za Edynburgiem?
Zamyślił się.
- Chyba tak. Nie zrozum mnie źle, nie żałuję, że studiowałem w Polsce. To JEST mój kraj, mimo że nie zawsze dobrze mnie traktował, ale - potarł policzek - czasem sam nie wiem, kim jestem. Kiedy mieszkam w Szkocji, czuję się Polakiem, kiedy w Polsce - tęsknię za Szkocją. Chciałbym żyć równocześnie i tu, i tam, a tak się nie da. Przychodzi moment, gdy będę musiał wybrać.
Ostatnie zdanie wypowiedział dziwnie uroczyście. Patrycja poczuła niepokój, którego nie umiała jeszcze nazwać.
- To znaczy?
- Kiedy skończę studia, będę musiał wrócić do UK, przynajmniej na jakiś czas. Tak zgłosiłem w ubezpieczeniu. Zresztą, wiesz, tata już ma dosyć życia na Wyspach, chciałby pomieszkać wreszcie z mamą jak mąż, a nie jak gość. Mógłbym zająć jego miejsce w firmie. Na okres próbny, ale jednak. Już mnie tam znają, a ja znam zakres obowiązków taty. Dorabiałem przecież w wakacje. To okazja i dla niego, i dla mnie. Mogę się starać o tamtą pracę?
- Dlaczego mnie o to pytasz?
Popatrzył na nią z namysłem.
- Wygrałem walkę z HCV - zaczął wyliczać. - Już nie jestem dla ciebie zagrożeniem. Ty za pół roku zdajesz licencjat, ja mam nadzieję zmieścić się z pracą magisterską do września. Czy - zawahał się - czy gdybym cię poprosił o rękę, pojechałabyś ze mną?
Serce zabiło jej mocniej. Przytuliła się do chłopaka.
- Tak - szepnęła w jego koszulę, bo głos odmówił jej posłuszeństwa. Inaczej wyobrażała sobie oświadczyny, ale właściwie takie zwyczajne, znienacka, bardziej jej się spodobały niż te wszystkie oglądane w internecie. Bo to chyba były oświadczyny?
- Nie będzie ci żal? - Pocałował ją we włosy. - Wybrałaś studia... no... takie mało zagraniczne. Po ochronie dóbr kultury raczej szuka się pracy w Polsce.
Westchnęła.
- Miałam nadzieję, że u nas coś się zmieni i nie będziesz musiał wyjeżdżać - wyznała szczerze. - Pewnie, że byłoby fajnie chronić NASZE zabytki. Ale mogę też pracować w muzeach, galeriach sztuki, różnych instytucjach PR czy fundacjach, które zajmują się kulturą. Od początku liczyłam się z wyjazdem. I... jestem gotowa.
- Jesteś cudowna! - Pocałował ją. - Wiesz - dodał po chwili - gdybyś bardzo chciała, to mógłbym zostać w Polsce. Rozmawiałem z tymi, którzy wrócili. Nie jest już tak tragicznie. Musiałbym wprawdzie przejść na czynnik osoczopochodny, ale oni twierdzą, że teraz jest bezpieczny. Więc... możemy zostać. Chociaż taka oferta pracy szybko się nie...
Nieludzki ryk przerwał mu w pół słowa. Patrycja zerwała się, przestraszona. To zabrzmiało... to brzmiało jak...
- Zgaś światło! - Podeszła do okna i odsunęła roletę.
Nic, cisza. Wszystko jak zawsze. A potem znowu ryk przechodzący w łkanie. Nigdy nie słyszała czegoś podobnego.
- To chyba nie u mnie? - powiedziała niepewnie. Spojrzała na chłopaka.
- Idziemy!
Podał jej płaszcz, zdjął z wieszaka kurtkę. Wyszli.
Dźwięk rozległ się znowu, jeszcze bardziej rozdzierający. Patrycja zaczęła biec. Już nie miała wątpliwości, że słyszy głos ojca. Wpadła do domu.
Ojciec klęczał na podłodze, waląc głową o ziemię.
Poczułaby się zażenowana, gdyby nie to, że w jego głosie słyszała rzeczywistą rozpacz.
- Co się stało? - Przypadła do niego, szukając jakiejś strasznej rany. Może wylał na siebie gar wrzątku?
- Patrycja! Masz telefon? - wybełkotał. - Zepsułem telefon!
I znowu zaniósł się łkaniem.
Patrycja potrząsnęła głową. Nie! Nie będzie tego wspominać. Nie dziś!
Sięgnęła po komórkę, wybrała numer Magdzika.
Była to winna przyjaciółce, w czwartek zdobyła się tylko na wysłanie do niej SMS-a: "Nie mogę rozmawiać, nie dzwoń, oddzwonię".
"Co się stało? Jak egzamin?" - spytała Magdzik następnego ranka, gdy nie doczekała się telefonu.
Patrycja naprawdę chciała jej wszystko opowiedzieć. Od tego ma się przyjaciół. Ale kiedy tylko wybierała jej numer, natychmiast czuła, że zaczyna się rozklejać. Nie da rady rozmawiać. Rozpłacze się i tyle.
Zresztą Magda nie mogłaby się teraz ruszyć z Poznania. Jej promotorka okazała się perfekcjonistką. Oficjalny termin składania prac już minął, a prawie cała grupa seminaryjna musiała pisać wnioski o przedłużenie. Patrycja nie chciała rozpraszać przyjaciółki swoimi problemami.
"OK - wystukała w końcu. - Nie dzwoń, odezwę się za parę dni".
Teraz wreszcie miała konkret, którym mogła się podzielić. A nawet dwa konkrety.
- No! Przypomniałaś sobie o moim istnieniu, szczęściaro! - usłyszała w słuchawce głos Magdzika. - Jak było? Opowiadaj! I czemu się nie odzywałaś? Wyjechaliście gdzieś z Drakulą czy co?
- Tak, do szpitala. - Nie mogła oduczyć Magdzika nazywania Eryka Drakulą.
- Jak to do szpitala?! Co ci się stało?! I jak egzamin?
- Przełożyłam.
- Co?! Dlaczego?!
Zaczęła wyjaśniać i nagle dotarło do niej, że przecież rower Eryka ciągle znajduje się u starszej pani! A obiecała odebrać go w środę wieczorem! Pięć dni temu!!!
- Ale już wszystko dobrze, chociaż co przeżyłam, to moje - zakończyła. - Słuchaj, zadzwonię później, bo mi się nagle przypomniało, że mam coś ważnego do zrobienia, OK?
- To lepiej jutro, ale po południu, rano mam spotkanie z promotorką. O dziewiątej! Przecież to środek nocy! Trzymaj kciuki, żeby znowu się do czegoś nie przyczepiła.
- Nie może się czepiać w nieskończoność. Jej też zależy, żeby egzamin się odbył w terminie.
- Obyś miała rację - rzuciła Magdzik zmęczonym głosem. - Jesteśmy jej pierwszymi magistrantami i chyba za bardzo się przejęła. No, to do jutra. Cześć!
- Do jutra, nic się nie martw, będzie dobrze! - zapewniła ją Patrycja i wybrała numer starszej pani.
4.
- I jak tam amant? - zapytał ojciec, kiedy tylko Patrycja zjawiła się w domu. - Wypisują go?
- Jeszcze nie.
- Partacze! - Huknął pięścią w stół. Stojące na nim butelki zabrzęczały. - Niczego nie umieją porządnie zrobić!
Wstał i wyszedł z kuchni, zanim Patrycja zdążyła odpowiedzieć.
"A jednak się przejął - pomyślała. - Ojciec ma trudny charakter, ale nie jest złym człowiekiem".
Zapaliła gaz pod zupą, starła stół, odcisnęła ścierkę i rozwiesiła na suszarce. Wyrzuciła do kosza pustą butelkę. Drugą, ledwie napoczętą, schowała do barku.
Poczuła się nagle zupełnie bezsilna. Kiedyś myślała, że póki ojciec się nie pozbiera, powinna z nim zostać. Jak potoczyłoby się życie jej i Eryka, gdyby wyjechała, jak Romek?
Zaszurały ciężkie kroki, ojciec ponownie wszedł do kuchni. Nalał sobie brandy na dno szklanki i usiadł przy stole.
- On ci się naprawdę podoba czy jesteś z nim raczej z przyzwyczajenia? - zapytał.
Zdziwiła się. Dotąd nie pytał jej o takie rzeczy.
- Strasznie długo ze sobą chodzicie - doprecyzował. - Nigdy nie myślałaś, by popróbować czegoś innego?
Żachnęła się, a ojciec się roześmiał.
- Jesteś piękną dziewczyną. Do tego MOJĄ córką. Możesz mieć każdego. Dlaczego właśnie on?
Wzruszyła ramionami.
- A dlaczego nie?
Milczał przez chwilę.
- Czy ktoś, kto od upadku z roweru ląduje w szpitalu, i to na tyle dni, będzie w stanie zatroszczyć się o ciebie, jak należy? Stanąć w twojej obronie, gdyby ktoś chciał cię skrzywdzić? Zarobić na ciebie i na wasze dzieci?
Zastanawiała się, czy powiedzieć mu o hemofilii Eryka. Wiedzieli tylko brat i Jaśmina. Coś jednak powstrzymywało Patrycję przed zdradzeniem tego rodzicom.
- Przecież sam mówiłeś, że to dobra partia - przypomniała. - Protegowany Witaszka. - Pamiętała jeszcze, jak ojciec nadskakiwał tamtemu, licząc na korzystne kontrakty. - Czy nawet jego rodzina?
Tata wybuchnął śmiechem.
- Witaszek już dawno się skończył. Zresztą... - Machnął ręką. - To, co było dobre parę lat temu, nie musi być dobre dzisiaj. Trzeba iść z postępem. Wyczuwać koniunkturę. Zmieniać branżę! Ten, kto robi ciągle to samo, wypada z gry. Nasz sublokator - uparcie unikał używania jego imienia - był dobry na czasy szczenięcej, licealnej miłości. Już nie jesteś podlotkiem. Powinnaś się rozejrzeć za prawdziwym mężczyzną. Takim, który zapewni ci byt i bezpieczeństwo. Wtedy nawet mogłabyś się bawić w tę... jak to się nazywało? Ochronę dóbr kultury.
- Zapewni mi byt i bezpieczeństwo? - syknęła. - Jak ty mamie?!
- Miała wszystko! Mogła nawet pracować na tym swoim uniwersytecie, chociaż wcale nie musiała! Niczego jej nie brakowało!
- Niczego?! - zaperzyła się. - A miłość? A szacunek? A czułość, uprzejmość, docenianie?
Wstał.
- Co ty tam wiesz! - warknął. I poszedł do swojego gabinetu. Usłyszała zgrzyt przekręcanego klucza.
Znowu to samo: wielki dom, a jedyną krzątającą się po nim osobą jest Maryna. I ojciec, i ona żyją zamknięci, każde w swoim świecie. Dlaczego nie potrafią się porozumieć? Dlaczego nie ma takiego ojca jak Eryk?
Ciąg dalszy w wersji pełnej