1946 ROK - SORKWITY, ZIEMIE ODZYSKANE
Kiedy Tamara była jeszcze młodą dziewczyną, wschód słońca nad jeziorem wydawał jej się magiczny. Tafla wody kojarzyła się z lustrem, w którym niebo podziwiało swoje najpiękniejsze stroje, a kolorowe wstęgi chmur unoszące się ponad ciemnymi koronami drzew wzbudzały w niej zachwyt i napawały nadzieją, że nadchodzący dzień będzie dobry.
Teraz pomarańczowa łuna znów rozświetlała niebo. Czerwień zabarwiła nieliczne obłoki nad lasem, lecz przypatrująca się im Tamara nie potrafiła się już tym cieszyć. Stała przy oknie w salonie rodzinnego domu i tępo patrzyła na krwistoczerwoną kulę słońca. Gdyby nie wojna, pewnie zachwycałaby się tym widokiem.
Gdyby nie wojna...
Od sześciu lat te słowa pojawiały się w jej myślach niemal codziennie.
Gdyby nie wojna, nadal mieszkałaby na Pomorzu, zapewne złoszcząc się na kapryśną pogodę i niemrawe relacje rodzinne. Gdyby nie wojna, jej noce byłyby wypełnione barwnymi snami, a nie litanią koszmarów pojawiających się raz za razem, gdy tylko przymykała powieki. Gdyby nie wojna, nie musiałaby uciekać przed podejrzliwymi spojrzeniami w obawie, że ktoś ją rozpozna. I w końcu, gdyby nie wojna, nadal wierzyłaby w ludzi, w ich dobroć i w sens swojego życia na tej ziemi.
Od kilkunastu miesięcy słyszała zewsząd, że już po wszystkim. Polacy nareszcie byli wolni i bezpieczni. Ale ona wcale się tak nie czuła. Nadal obracała się przez ramię, gdy ktoś za nią szedł. Nerwowo przeczesywała wzrokiem okolicę, lękając się, że gdzieś w polu dojrzy sylwetkę czerwonoarmisty. A gdy tylko musiała wyjść z domu, robiła wszystko, by jak najszybciej doń wrócić, ponieważ pod jej nieobecność mogło dojść do kradzieży lub, co gorsza, do zajęcia domu przez nieznajomego repatrianta, który upierałby się, że ma do tej nieruchomości większe prawo niż ona - Tamara Mathuszewska, pruska dziewczyna, Mazurka i jedyna spadkobierczyni ojcowizny.
W ostatnich miesiącach repatrianci szturmem wdzierali się do byłych Prus Wschodnich i jeśli coś jeszcze zostało po sowieckich grabieżach, brali to sobie, tłumacząc, że Niemcom nic się już nie należy... A Tamara wiedziała, że mają rację. Według przedstawicieli jaśnie panującej nowej władzy tak właśnie należało postępować z Niemcami.
Od siódmego maja Prusy Wschodnie oficjalnie stały się domem dla tych, którzy mieli budować Warmię i Mazury - województwo bez dawnych nazw, autochtonów i niemieckiej ludności. Bez Tamary, która na rodzinnej ziemi czuła się obca. Niechciana. Odepchnięta przez los, który raz po raz nakazywał jej rozpoczynać wszystko od nowa.
Mimo polskich korzeni Tamara nie otrzymała polskiego obywatelstwa. Mieszkała sama i nikt nie mógł poświadczyć, że mówi prawdę; zamiast tego znalazł się ktoś, kto doniósł, że jej nazwisko widniało na niemieckiej liście narodowościowej. A dla potwierdzenia odmowy wskazywano fakt, iż łatwiej przychodzi jej mówienie po niemiecku niż po polsku. Tamara została więc zaliczona do tych, którzy mają zapłacić za wojenne szkody własnym mieniem, a następnie iść tam, gdzie ich miejsce, choć przecież od wieków tu toczyło się ich życie. Decyzją władzy za kilka tygodni miało jej tu nie być. I choć przerażała ją ta wizja, Tamara wiedziała, że będzie musiała to zrobić. Tak jak miliony Polaków, którzy na nowo zaczną odbudowywać to państwo.
Tylko jak?
Jak po tym wszystkim miałaby odnaleźć się w Polsce, skoro przez ostatnie lata balansowała na granicy nielojalności wobec kraju i jego najlepszego interesu, byleby tylko zagwarantować bezpieczeństwo synowi?
Odetchnęła ciężko, pragnąc, by zimne powietrze ugasiło żarzące się w głowie myśli.
Obraz przed oczami bladł, a dzień powszedniał, szarzał i stawał się kolejnym ciągiem godzin, które musiała przetrwać. Na szczęście już bez tego wściekle pomarańczowego nieba, które zawsze będzie jej się kojarzyć z wystrzałem armat artyleryjskich.
* * *
Kurt Hofflein wrócił do domu tego samego dnia, kiedy jego rodzina, spakowawszy dobytek na wóz drabiniasty, miała opuścić dawne Sorquitten i wyruszyć w daleką podróż na zachód. Był to też dzień, w którym Tamara Mathuszewska przyszła po jajka do Frau Wachmann - babuski[1], której jakimś cudem udało się do tej pory zachować kilka kur.
Widok wyjeżdżających Niemców nie był Tamarze obcy. Kiedy przeszło rok wcześniej wydano dekret umożliwiający ewakuację, mnóstwo ludzi stąd uciekało. Nim Sowieci odcięli drogę cywilom, Prusy zdołało opuścić setki tysięcy Niemców. Nieszczęśliwcy, którzy nie zdążyli na czas wyjechać, znaleźli się w potrzasku, w pułapce ostrzałów i bombardowań. A jeśli jakimś cudem udało im się przetrwać, wracali do domu zgarbieni i zrozpaczeni. I tylko czasem ktoś z nich drżącym głosem opowiadał o tragediach, jakich był świadkiem podczas tej morderczej przeprawy.
Tamara sądziła, że naprawdę przywykła już do tych obrazów, ale kiedy zobaczyła rodzinę Hoffleinów, zatrzymała się i nie mogła ruszyć dalej. Oparła się o płot opuszczonej chaty Assmanów, nie dbając o to, czy zasiedlił ją już jakiś kolonizator, który skłonny byłby przepędzić ją lub pobić za to, że dotyka "jego" mienia. Czuła, jak nogi drżą jej niczym galareta i że jeśli się nie wesprze na czymś, padnie na ziemię. Serce boleśnie łomotało jej w piersi, a na gardle zaciskały się niewidzialne palce strachu, choć przecież powinna nie czuć nic na widok Niemców. Powinna zdusić w sobie te emocje i pokazać, że jest ponad to, ale... nie potrafiła odwrócić wzroku od pełnego czułości powitania sąsiadów, którzy w potrzebie i jej podawali pomocną dłoń.
Mały Hans nie chciał opuścić ramion Kurta, a trzy starsze córki otoczyły ciasnym wianuszkiem ojca, spragnione bliskości i jednako szczęśliwe, że wrócił do domu. Na ich twarzach malowały się ulga oraz wiara, że Kurt uchroni je od niebezpieczeństwa, że dzięki jego obecności nic już im nie grozi. Ojciec starał się przytulać ich wszystkich, ale nie zamykał ich już w szczelnym uścisku, jak jeszcze kilka lat wcześniej. Jego wątłe ręce spoczywały teraz na barkach dzieci, jakby mężczyzna ledwo trzymał się na nogach ze zmęczenia. Twarz miał bladą, siną, a policzki zapadnięte. Jego włosy były bielutkie, jakby w ostatnich tygodniach stał się staruszkiem, a miał przecież dopiero czterdzieści pięć lat. I płakał... Płakał, choć niegdyś zawsze wzbraniał się przed okazywaniem słabości. W zbyt obszernych, brudnych i dziurawych łachmanach wyglądał jak żebrak. A gdyby nie fakt, że jeszcze niedawno Tamara widziała go w dobrze skrojonym mundurze SS, nie uwierzyłaby, że podczas wojny piastował wysokie stanowisko.
Zresztą cała rodzina Hoffleinów nie wyglądała już tak dobrze jak dawniej. Marita, żona Kurta, stała z boku, nie mogąc chyba uwierzyć, że mąż wrócił do domu. W oczach błyszczały jej łzy, a porcelanowa cera, kontrastująca z burą, prostą sukienką, była niemal biała jak prześcieradło. Tamara zastanawiała się, czy kobieta celowo na podróż wybrała starą odzież, czy był to skutek ostatniej napaści rozkradających dobytek czerwonoarmistów.
Od tych też roiło się wszędzie. A ostatni żołnierze, jeśli wierzyć plotkom, w trakcie powrotu do swojej ojczyzny ponad dwa tygodnie wcześniej, niczym odpływ niszczycielskiej fali napadli na dom Hoffleinów. Tamara słyszała od Frau Wachmann o brutalności, z jaką Rosjanie pozbawili niewinności córki Kurta. Najmłodsza ledwie uszła z życiem po tym, jak wzięło ją sobie kilku mężczyzn.
Tamara nie miała odwagi pytać o to Marity. Poza tym kobieta chyba miała jej za złe fakt, iż jakaś niepojęta siła rok temu uchroniła Tamarę przed nieludzkimi gwałtami. Wtedy Rosjanie napadli większość kobiet w Sorquitten, uznawszy, że żyją tu tylko Niemki, którym należy się brutalnie odwdzięczyć za działania wojenne ich mężów i ojców. Ale córki Hoffleinów... One były najmłodsze w tutejszej żeńskiej części społeczności. I to wydarzenie odcisnęło piętno na wszystkich kobietach.
Jednak mimo to Tamara nie potrafiła teraz patrzeć na tę rodzinę ze współczuciem, lecz robiła to z zazdrością i ukłuciem zawodu. Powroty mężczyzn były rzadkością. Zwłaszcza tu, we wschodniopruskiej kolebce nazizmu. Tamara na razie nie traciła wiary, że ów cud przydarzy się również jej, choć nikła była szansa na to, że ukochani powrócą w te strony.
Bo i dlaczego mieliby wracać?
Daniel nienawidził Prus Wschodnich. Od dawna postrzegał je jako teren wroga, a po tym wszystkim, co tu zaszło, pewnie też za źródło tego całego koszmaru. Choć Tamara miała nadzieję, że dla niego to jednak nie był koniec, ale szansa na przetrwanie.
Hugo prawdopodobnie nie żył. Takie miała przeczucie i tego w zasadzie można było się spodziewać, gdy znało się jego zuchwałość oraz śmiałość, z jaką szedł na pierwszą linię ognia. Z tym swoim maniakalnym uporem nie mógłby wyjść z tego cało. A jeśli jakimś cudem, dzięki jakiejś ostatniej iskierce Bożej opatrzności udało mu się przetrwać, nigdy nie postawi nogi na tej ziemi. Tak postanowił prawie trzydzieści lat temu. Nawet wybuch wojny nie był w stanie zmienić jego decyzji.
Natomiast Olaf... Olaf pewnie jest w drodze na daleki zachód. Jeśli oczywiście nie gnije w jakimś obozie jenieckim lub nie został rozstrzelany jak inni, którzy piastowali wysokie stanowiska w Wehrmachcie.
Kurt spojrzał na Tamarę, a ona, choć pochwyciła spojrzenie, nie zdołała go utrzymać. Nie potrafiła patrzeć na niego tak, jak dawniej. Nie po tym wszystkim, co wydarzyło się przez ostatnie lata i co ujawniano teraz na łamach gazet. Wreszcie wychodziła na jaw brutalność Niemców.
Gdyby jednak Tamara schowała pamięć i dumę do kieszeni, mogłaby podejść, tak po sąsiedzku, i zapytać, czy Kurt coś wie o którymś z tak bardzo dla niej ważnych mężczyzn. Może powiedziałby coś, co wróciłoby jej chęci do życia. Zawsze przecież był jej przychylny. Jednak po tych wszystkich zbrodniach, których naziści dopuścili się własnymi rękami, jakże mogłaby rozmawiać z nim bez potykających się o wspomnienia wyrzutów? Bez pamięci o tych wszystkich fotografiach, które oglądała w gazetach, a które wyświetlały się przed jej oczyma za każdym razem, gdy widziała swoich sąsiadów - Niemców, którzy przez wiele lat byli jej bliscy, a których drugie oblicze okazało się tak niewyobrażalnie barbarzyńskie.
Nie mogłaby.
Nie potrafiłaby się na to odważyć.
Obróciła się i szybko ruszyła w stronę domu, czując, że dłużej nie zniesie widoku szczęśliwych sąsiadów, kiedy w niej ledwie tliła się iskierka nadziei na lepsze jutro...
Długo szła wzdłuż linii brzegowej Jeziora Lampackiego znanymi na pamięć ścieżkami. Zwracała twarz ku słońcu, próbując odwrócić myśli i uwagę od Hoffleinów oraz pałacu Bernarda von Paleske, którego mury wznoszące się po jej prawicy przywoływały bolesne wspomnienia.
W końcu westchnęła ciężko i z rezygnacją spojrzała na czerwone ściany widoczne wysoko ponad koronami drzew. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że ten widok już na zawsze będzie kojarzył jej się z Olafem Limperem.
To na tle tej czerwieni zobaczyła go pierwszy raz po latach i to tu ostatni raz mu zaufała, tym samym skazując Daniela na tułaczkę. Może nawet na śmierć.
Myślała o tym, co dokonało się na przestrzeni lat, a gdy ruszyła przed siebie, jej kroki stawały się coraz cięższe, jakby wraz z napływem kolejnych wspomnień jej ciało przybierało na wadze.
Las powoli rzedniał, aż w końcu całkiem ustąpił i przed Tamarą widniała jedynie czysta tafla wody. Jezioro było spokojne, a nieopodal płynęła kaczka z kaczętami, prowadząc swoje małe stado w bezpieczne miejsce. Tamara niegdyś też tak robiła. A przynajmniej sądziła, że sprowadzenie rodziny do Prus będzie niczym wpłynięcie do bezpiecznej przystani. Tak przecież wyobrażała sobie to miejsce wiele lat temu. Ale wojna odarła ją ze złudzeń; nawet najbardziej ukryty azyl nie gwarantował, że zło nie wśliźnie się pod jego strzechę.
Dębowy las u szczytu jej drogi mienił się od kolorów. Czerwień liści przeplatała się z żółcią i zielenią. Tamara znów poczuła gorycz w ustach i pomyślała, że te krwawe oraz pełne bolesnych wspomnień kolory ponownie ją prześladują. Jakby natura za wszelką cenę próbowała besztać ją, by nawet na moment nie zapomniała o koszmarach. Jednak to, co Tamara uważała teraz za zgubę, przez lata było jej błogosławieństwem. Drewniany dom z niewielkim podcieniem wspartym na prostych kolumnach i ceglaną podmurówką wtapiał się w krajobraz. O tej porze roku tylko wprawne oko mogło wypatrzyć go wśród kolorowego listowia. Ojciec Tamary, Władysław Kilian, zaczął budowę domu w 1933 roku, kiedy to Hitler doszedł do władzy i został kanclerzem Niemiec, a zakończył ją kilka lat później, kiedy w Sensburgu[2] rozpoczęła się wojna z komunistami, Żydami i Polakami.
Tamara podziękowała teraz w myślach ojcu, że swego czasu uparł się na takie właśnie wykończenie, odrzucając pomysły żony i sąsiadów, by wznieść bielony mur pruski, którym szczyciły się niemal wszystkie budynki w okolicy. Ojciec nie chciał, by jego dom widać było z oddali. Jakby przeczuwał, że w przyszłości będzie trzeba się ukrywać. Tamary nie opuszczało wrażenie, że to właśnie dzięki niepobielonym ścianom i ryglom z drewna dębowego jej domu nie wypatrzyli Rosjanie, którzy przetoczyli się przez wieś, i że właśnie dzięki uporowi ojca ona sama uniknęła grabieży oraz pogwałcenia kobiecości.
Teraz jednak, im bliżej była rodzinnej posiadłości, tym większy rósł w niej strach, że ktoś jednak wtargnął do jej bezpiecznej przystani.
Kiedy znalazła się na skraju lasku, od razu zauważyła, że furtka w płocie, który systematycznie maskowała dębowymi gałęziami, jest odkryta i lekko uchylona. A przecież Tamara była pewna, że jak zawsze zostawiła ją zasłoniętą. Dbała przecież o to z największą starannością, wierząc, że w ten sposób uchroni się przed włamaniem.
Wiatr przyniósł do jej uszu szept i cichy płacz. Wytężyła słuch, lecz po kilku chwilach nie była już pewna, czy te dźwięki są prawdziwe, czy raczej stanowiły wytwór jej wyobraźni. Zmrużyła oczy, intensywnie lustrując okolicę domu i... zamarła, gdy za winklem dojrzała coś niebieskiego; jakąś tkaninę czy szmatkę, która po chwili skryła się za ścianą budynku.
Tamara poczuła, jak zasycha jej w ustach. Nie miała przecież nic niebieskiego w swojej garderobie, dawno już uznawszy, że w tym kolorze nie jest jej do twarzy.
Nabrała powietrza w płuca i niemal nie oddychając, najciszej, jak umiała, przedarła się przez krzaki. Następnie wyciągnęła z pieńka siekierę, którą rozbijała drewno na opał, po czym postanowiła obejść dom dookoła, by złapać intruza na gorącym uczynku. Przycisnęła siekierę do ciemnej pluszowej spódnicy, starając się ukryć ją w fałdach, i przedarła się przez zarośla z drugiej strony domu.
Jej uszu znów dobiegło kwilenie.
Przywarła plecami do południowej ściany chaty i przez chwilę oddychała powoli, próbując uspokoić szalejące w jej piersi serce. A kiedy już poczuła się gotowa, wyskoczyła zza rogu.
Naostrzony rant siekiery błysnął w promieniach słońca, a z małego ciałka wydobył się przeraźliwy krzyk, który przeszedł w głośny płacz dziecka trzymanego na rękach przez młodą dziewczynę.
- O mój Boże - wyszeptała Tamara i momentalnie wypuściła z dłoni siekierę.
Kobieta z dzieckiem na ręku obróciła się. Była wystraszona, trupio blada i zaniedbana. Włosy miała przystrzyżone bardzo krótko, nierówno, jakby ktoś kępkami wyrywał je z głowy. Usta popękały, a na dolnej wardze widoczne było częściowo zabliźnione rozcięcie. Ale oczy dziewczyny wciąż były takie jak dawniej, choć ich blask przesłaniała mglista otoczka.
- Joasia...! - Tamara poczuła skurcz w piersi i wzruszenie, którego nie potrafiła powstrzymać.
Na dźwięk swojego imienia dziewczyna rozpłakała się i padła Mathuszewskiej w ramiona.
Stały tak przez dłuższą chwilę, zawodząc, ściskając się i całując swoje policzki.
W końcu, przygniecione ciężarem tego spotkania, weszły do domu.
* * *
Kiedy Tamara i Joasia z kubkami ciepłej herbaty usiadły przed domem, patrząc na drzewa, dzień chylił się ku końcowi. Kobiety milczały, zatopione we wspomnieniach i traumach. Dźwięki lasu nieco koiły ich zszargane nerwy, a cisza zaległa między nimi pozwalała na to, by lekki wiatr raz na jakiś czas niósł do ich uszu rytmiczne rechotanie żab i szum wody.
Dziecko spało za ścianą, ale Tamara i tak co chwila obracała się przez ramię, zerkając w okno, by upewnić się, czy nie spadło z łóżka.
Dziewczynka przez niemal cały dzień kurczowo trzymała się ramion Joasi, nie dając jej ani momentu wytchnienia. Była przeraźliwie chuda i brudna. W jej szarych oczach błyszczały strach i smutek, przez co nie wyglądały one jak oczy dziecka, ale dorosłego człowieka, który w życiu widział już zbyt wiele zła. Tamara domyślała się, że mała jest córką Joasi, bo miały podobne rysy - lecz kto był jej ojcem? O to Tamara nie śmiała zapytać. Zresztą marne szanse, by otrzymała odpowiedź. Asia ciągle milczała. Jakby ostatnie wydarzenia odjęły jej mowę. Co jakiś czas tylko zanosiła się płaczem, choć im bliżej wieczoru, tym stawał się coraz cichszy i mniej dramatyczny.
Mathuszewska skupiła się więc na tym, by jak najcieplej ugościć i ją, i dziecko, i w ten sposób choć na chwilę odsunąć od nich dramatyczne wspomnienia. Bo tego, że przeżyły piekło, była pewna.
Joasia prócz wypicia herbaty nic nie tknęła, za to dziewczynka dopiero przy kolacji odważyła się wziąć od Tamary jedzenie i łapczywie pochłonęła kromkę świeżego chleba z jagodową konfiturą.
W tamtej chwili, widząc, jak głodne jest to dziecko, Tamara pożałowała, że rankiem nie dotarła do Frau Wachmann po jajka, ponieważ w domu miała już mało jedzenia. Dla niej samej wystarczyłoby jeszcze na dwa dni, ponieważ z powodu targających nią wyrzutów sumienia i tak dziobała jedzenie jak wróbelek, ale teraz, kiedy była tu Joasia z dzieckiem, Tamara czuła się w obowiązku, by o nie zadbać. Musiała to zrobić. Była to winna Danielowi.
- Chodźmy spać. Na pewno jesteś już zmęczona - zagaiła, ale Joasia zdawała się jej nie słyszeć.
Tamara dotknęła ramienia dziewczyny, a ta wzdrygnęła się, jakby nagle przeszły po jej ręce elektryzujące dreszcze.
- Chodź, malutka śpi. Przygotuję ci kąpiel i położysz się do łóżka - dodała miękko Tamara, patrząc w puste oczy dziewczyny.
Po chwili Joasia nawiązała z nią kontakt wzrokowy, jakby słowa dotarły do niej z opóźnieniem i dopiero teraz pojęła, co się dzieje. Westchnęła ciężko i skinęła głową. Tamara podniosła się z ławki, a następnie wzięła Joasię za rękę i pomogła jej wstać. Twarz dziewczyny wykrzywiła się w jakimś dojmującym cierpieniu. Widać było, że zmiana pozycji sprawiła jej ogromny ból, a mimo to Joasia nie wydała z siebie żadnego dźwięku.
Kiedy weszły do domu, Tamara posadziła ją przy stole, a sama poszła do pokoju po cynkowaną balię i ustawiła ją w kuchni. Wodę naszykowała już wcześniej, ulewając z niej tylko trochę, by zaparzyć herbaty i namoczyć chusteczkę, którą Joasia przetarła twarz dziewczynki, nim ta wtuliła się w jej wychudzone ciało i zasnęła.
Przez tę chwilę, gdy siedziały razem przed domem, woda zostawiona w garze na piecu podgrzała się i teraz Tamara, sprawdziwszy łokciem jej temperaturę, uznała, że jest idealna do kąpieli. Przelała wodę do balii, po czym dotarło do niej, że nie ma mydła. Od dawna nie uświadczyła tego luksusowego towaru i w zasadzie nawet go nie potrzebowała, ale Joasia była tak brudna, obolała i pokryta krwią, którą Tamara dojrzała pod podartą sukienką, że sama woda mogła nie wystarczyć. Niewiele myśląc, sięgnęła do szafki kuchennej i wyjęła worek z resztkami skrobi ziemniaczanej, po czym rozpuściła dwie łyżki w wodzie, licząc na to, że lekki kleik poradzi sobie z zabrudzeniami, odpręży skórę i przyspieszy regenerację ran, które pokrywały ciało dziewczyny.
- Przyniosę ręcznik - rzuciła przez ramię do Joasi. - A ty śmiało możesz zacząć się myć.
Tamta popatrzyła na Tamarę, a w jej oczach znów pojawił się bezmiar smutku. Mathuszewską na ten widok coś ścisnęło za gardło i z trudem przełknęła ślinę. Bez słowa podeszła do szafy, wyjęła z niej ręcznik, a następnie pomogła Joasi wstać i jak dziecko podprowadziła ją do balii. Dziewczyna drżącymi dłońmi zaczęła rozpinać guziki podartej, brudnej od krwi sukienki. Tamara czuła, że nie powinna na nią patrzeć, a mimo to nie potrafiła powstrzymać ciekawości. Intymność winna być świętością, ale Tamara była przecież dla Joasi jak matka, a matki powinny wiedzieć, jak się sprawy mają, by móc zaopiekować się dzieckiem, kiedy sytuacja tego wymaga. A ta sytuacja wymagała stanowczych działań.
Kiedy sukienka opadła na podłogę, Tamara aż jęknęła na widok zmaltretowanego ciała Joasi. Łzy zakołysały się w jej oczach i rozmyły obraz. Mimo to kobieta dobrze widziała ukochaną Daniela i jej liczne siniaki oraz szramy. Skóra Joasi wyglądała, jakby ktoś ponacinał ją nożem; część pręg skrzyło się na tle blizn, łudząco podobnych kształtem do tych zupełnie świeżych.
- Pomogę ci - szepnęła i wyciągnęła w stronę Joasi dłoń, by ta mogła wesprzeć się na niej i wejść do wysokiej balii.
Dziewczyna zrobiła to z trudem, a Tamara miała wrażenie, że każdy jej ruch jest mechaniczny, sztywny. Jakby jej ciało było starą, nienaoliwioną maszyną.
Podczas kąpieli płakały obie, choć Tamara starała się ukrywać łzy. Delikatnie przemywała rany mokrym skrawkiem podartego prześcieradła, a później umyła dziewczynie włosy, a raczej to, co z nich zostało po wizycie u jakiegoś nieudolnego fryzjera... Albo torturach oprawcy.
Kiedy skończyły, Joasia ubrała się w podarowaną przez Tamarę sukienkę. Topiła się w niej, ale nie wyglądała już przynajmniej jak ofiara napaści. Usiadła na krześle, nie podziękowawszy za podarek; spuściła ramiona, być może pod ciężarem wspomnień albo wstydu, jak gdyby dopiero teraz dotarło do niej, że odkryła przed Tamarą obraz swojego nędznego życia.
Joasia zdawała się trwać w nieskończonym otępieniu, a Tamara próbowała odciąć się od tragedii, która została utrwalona na ciele dziewczyny. Nie potrafiła jednak przerwać tej paraliżującej ciszy, by ofiarować im obu tego wieczoru choć chwilę normalności. Obraz zmizerniałego ciała Joasi był tak wymowny, że nie zdołała znaleźć słów, by o tym mówić. Natomiast wszelkie inne sprawy w obliczu tragedii Joasi wydawały się błahe i niewarte rozmowy. Tamara siedziała więc obok dziewczyny, tępo patrząc na siniaki na jej łydkach, i nie wiedziała, co jeszcze mogłaby zrobić, by pomóc Joasi okiełznać traumę. Jednocześnie paraliżowała ją myśl, że wszystko to wydarzyło się przez nią.
Było przecież oczywiste, że dziewczyna przeżyła piekło, ale... czy mogłaby go uniknąć, gdyby podczas wojny Tamara zachowała się inaczej? Czy gdyby wiedziała wtedy to, co wie teraz, nie posłuchałaby głosu serca i zatroszczyła się o nią?
- Pójdę się położyć - odezwała się w końcu Tamara, lecz odpowiedziała jej cisza.
Joasia zdawała się kompletnie nie słyszeć tych słów, więc Tamara wstała, położyła dłoń na ramieniu dziewczyny i czując, że dłużej nie zniesie widoku zmaltretowanego ciała, poszła do swojej sypialni.
Musiała zaprowadzić spokój w swojej głowie i sercu. Skupić się na tym, by wymyślić plan na kolejne dni. Plan na odratowanie Joasi, ukojenie jej zapewne chaotycznych myśli i uzdrowienie nie tylko zmizerniałego ciała, ale i poranionej duszy. Musiała to zrobić. Była to winna Danielowi.
Najpierw jednak musiała rozprawić się z własnymi wspomnieniami i wyrzutami sumienia. Wiedziała, że musi zrobić to jak najszybciej, bo jeśli nie zdoła pomóc sobie, nie będzie też potrafiła pomóc Joasi i dziecku. Nadchodziła noc, podczas której Tamara zamierzała poskładać się w całość. W jej życiu brakowało już miejsca na kolejny błąd, bo miała świadomość, jak wielką cenę się za nie płaci. A w tej materii była już bankrutem.
Usiadła na łóżku i zatopiła twarz w dłoniach. Myśli powiodły ją do samego początku tej historii, która na przestrzeni lat obróciła w proch jej marzenia o dobrym życiu. Tamara wiedziała, że musi zabić każde wspomnienie i każdą z tych myśli. Musi pogrzebać iskierki tamtego uczucia, nim żar kolejny raz przemieni się w płomień w jej sercu i zawładnie umysłem. Musi zapomnieć, ponieważ tylko wtedy zacznie racjonalnie myśleć, a decyzje, jakie wówczas podejmie, będą odpowiedzią na oczekiwania ludzi, których skrzywdziła.
Westchnęła ciężko, czując, jak łzy napływają jej do oczu. Przez chwilę próbowała zdusić je w sobie i kiedy już zaczęła wierzyć, że może być na tyle silna, by sobie poradzić, pod jej powiekami zajaśniały obrazy, które tak ukochała, a których teraz musiała się wyrzec - raz na zawsze. Gdyby tylko w porę potrafiła zagłuszyć melodię serca, za którą tak ślepo w życiu podążała i która nadal wybijała rytm w jej żyłach!
Ale czy wtedy, dawno temu, naprawdę byłaby w stanie dokonać innych wyborów?