Ostatnie słowo - Andrzej Żuławski, Renata Kim

-
Proszę czekać

 

Od pana ostatniego filmu, czyli "Wierności" z Sophie Marceau, minęło już dziesięć lat. Czemu tak długo pan milczy?

Sam się nad tym zastanawiam. Mój przyjaciel Daniel Olbrychski, z którym w latach 60. startowaliśmy razem u Wajdy w "Popiołach", on jako młody aktor, a ja młody asystent reżysera, zawsze miał mi to za złe. Jak przyjeżdżał do Francji, gdzie pisałem scenariusze dla różnych Francuzów, Amerykanów albo montowałem im filmy, on z prawdziwą złością krzyczał, dlaczego nie robię filmów. Przekonywał, żebym się bardziej starał, wracał do Polski. Obliczyłem sobie kiedyś, że rzeczywiście między rokiem skończenia szkoły filmowej a zrobieniem pierwszego filmu minęło dziesięć lat. W tym czasie wykonywałem różne rzeczy, były różne studia, choć rzeczywiście komuś z zewnątrz te lata mogły się wydawać pustawe. Mi były strasznie potrzebne. I ta ostatnia dekada, która minęła od "Wierności", jest dziwnym odbiciem tamtych dziesięciu lat. I też była mi bardzo, bardzo potrzebna.

Do czego?

Jeszcze tego sam do końca nie wiem. Ale życzę wszystkim moim antagonistom i przyjaciołom, żeby mieli takie okresy w życiu. Żeby reżyser czy pisarz nie był jak fabryka nocników. Bo w moim mniemaniu pisarz, który koniecznie co dwa, trzy lata musi wydać książkę, albo reżyser, który musi robić film za filmem, to są postacie osobliwe. To ludzie, którzy zakładają, że coś jest ważniejsze niż oni sami. To coś to jest ich produkcja, bo oni produkują. A w moim życiu najważniejsza jest zgodność tego, co myślę, z tym, co robię. Zgodność z samym sobą, a nie wytwarzanie tematów. Że raz zrobię film o Żydach, raz o tataraku, a potem o Katyniu. Właściwie nie wiadomo, o czym, ale zrobię. A przecież to nie są zawody, do licha! Robienie filmów to sposób na rozumienie życia i opowiadanie tego ludziom, którzy mogą zrozumieć i wzruszyć się, i przejąć. To nie jest wbijanie gwoździ w buty. Bardzo znam i kocham tych ludzi i się o nich martwię. Nagrody się sypią, a ja widzę w nich czeluść. Nie chciałbym taki być. Nasze drogi się rozeszły. Moja bardzo idiosynkratyczna droga jest czymś, czego oni kompletnie nie rozumieją. Oni chcą być państwowi, chcą Orła Białego. Jestem od takich pragnień jak najdalszy. To nie znaczy oczywiście, że ja mam rację, a oni nie mają. Oni wypełniają życiorys, który jest rozrysowany na kartce papieru. Mieli bardzo unormowane życie, zmierzali krok po kroku do celu. Ja nie mam takiej kartki. Moje życie było strasznie burzliwe i ciekawi mnie bardzo, co będzie dalej.

Na jakim etapie życia jest pan teraz?

Wie pani, moje życie jakoś tak matematycznie dzieli się na trzydziestolecia. Pierwsze to wszystko to, czym gąbka ma nasiąknąć. Czyli dzieciństwo, studia, pierwsze kroki w wybranym zawodzie. Drugie trzydziestolecie to wyciskanie z tej gąbki. Na szczęście mi się udało napełnić ją w sposób interesujący, więc wyciskanie było przyjemne. Teraz od dziesięciu lat jestem w trzecim trzydziestoleciu, kiedy wreszcie mam czas dowiedzieć się, kim to ja właściwie jestem. Zawsze bardzo zawierzałem sobie, swojemu instynktowi, nigdy nie usiłowałem stać się kimś założonym z góry, skoro uważam, że platońska idea Ideału jest totalnie fałszywa. Uważam, że jesteśmy dużo bliżej tego pierwotnego stworu, tego małpoczłowieka na drabinie ewolucji, niż jej końca. Nie ma Ideału, my go sobie w biegu wymyślamy. Ja nie chcę wymyślać Ideału. Poza tym nie analizuję siebie, staram się analizować świat. To jest to, co mnie najbardziej ciekawi w dziennikach: dlaczego człowiek pisze o czymś, a nie o czym innym? Bo ten wybór rzeczy do opisania określa samego piszącego. Więc mogę pani powiedzieć, jak widzę świat, ale nie, kim jestem. Niemcy za Romantyzmu mieli takie pojęcie "powieści stawania się", taką książką był "Wilhelm Meister" Goethego. Bohaterowie starali się zrozumieć, kim są i jak dojrzewają. Ale kiedy już to wiedzieli, uznawali, że oto są mistrzami, mogą przemawiać z marmurowych trybun, bo przecież żyją najlepiej. Takiego poczucia nie chciałbym mieć do końca życia.

Więc co siedemdziesięcioletni, daleki od Ideału Andrzej Żuławski wie o sobie?

Że jest na etapie starzenia się. I odczuwa przykrość z oglądania, jak to ubranko, które hodujemy na sobie od dziecka, po prostu więdnie, robi się brzydkie.

Bo tak naprawdę to, co starałem się całe życie robić, czy to pisząc, czy robiąc filmy, to jest jakaś forma szukania piękna i urody. Czasem było to poszukiwanie urody w czymś, co jest groźne, drapieżne, wydać się może nawet szkaradne, ale na końcu zawsze było światełko. Więc teraz, gdy obserwuję, że skóra się marszczy i więdnie, że zęby już nie są takie jak dawniej, a pod oczami pojawiły się wory, to jest mi przykro. W takim sensie, że przecież to jest nie to, o co szło.

Martwią pana siwe włosy? Znikające ślady dawnej urody?

Siwe włosy zawsze uważałem za szlachetne. A za pięknego długo się nie uważałem. I bardzo mnie zdziwiło, gdy pierwszy raz młoda osoba płci odmiennej powiedziała: "Jesteś przystojny". Zatkało mnie wtedy zupełnie, nie wiedziałem, gdzie się schować, myślałem, że ona mnie oszukuje. Aż mniej więcej do połowy szkoły filmowej miałem poczucie, że jestem niezdarny, nieładny, nie umiem grać w koszykówkę. Więc poczucie, że może jest inaczej, że może jestem, o dziwo, nie taki znowu brzydki, było dla mnie dosyć ważne. A to z tego powodu, że bardzo chciałem robić filmy. Wiedziałem to już bardzo wcześnie, jeszcze w liceum. A potem się okazało, że w zawodzie filmowym rzecz w ogóle zasadza się na umiejętności uwodzenia. Jeżeli reżyser nie uwiedzie producenta, to do niczego nie dojdzie. Brzydkiemu reżyserowi jest trudniej niż urodziwemu, dlatego Hitchcock całe życie potwornie cierpiał, że jest szkaradny. W Anglii, gdzie robił pierwsze filmy, to się nie bardzo liczyło, ale w Ameryce ogromnie. Dlaczego Orson Welles zrobił taką błyskawiczną karierę? Bo był piekielnie przystojnym, w dodatku inteligentnym mężczyzną. Przykłady można mnożyć. Reżyser musi mieć jakiś zapas urody albo coś skrajnie innego. Ma to na przykład Romek Polański, który jest najmniejszym reżyserem w Europie, ale patrzy na wszystkich z góry. Filmy są sztuką uwodzenia, i dlatego angażujemy raczej ładne aktorki i pięknych chłopaków niż starych, garbusów, jednookich. Nie znam przystojnego producenta, przystojne są pieniądze. Ale proszę nie uważać, że uroda i jej przemijanie to naczelny temat mojego życia. Choć niestety bardzo często doznaję szoku, jak widzę, iluż to kobiet nie poznaję na ulicach. A to była taka śliczna dziewczyna. Inteligencja została, wdzięk ciągle jest, ale twarz jest nieznana. I myślę, że robię na innych dokładnie to samo wrażenie. To jest przykre, bo przybliża śmierć.

Często pan o niej myśli?

Bardzo często, właściwie cały czas. Bez przerwy. Zacząłem myśleć o śmierci, jak miałem trzy czy cztery lata. Śmierć jest obecna. Ludzi, którzy uważają, że nie jest, czeka przykra niespodzianka. Trzeba to przetrenować, żeby dojść do tego z pogodnym, jasnym czołem.

Jak się trenuje do śmierci?

Wystarczy myśleć. Choć naprawdę nadal nie wiem, co będzie najważniejsze, kiedy już będę leżał z gromnicą w paluszkach. Co to była za przygoda, to moje życie, na czym ona polegała? Co było w niej koniunkturalne, co przypadkowe, co historycznie uwarunkowane, a za co naprawdę jestem odpowiedzialny? Jestem ze Lwowa, urodziłem się za czasów okupacji sowieckiej, przeżyłem to, co przeżyłem, a jeśli coś z tego powstało i ktoś na świecie ogląda moje filmy i  czyta moje książki, to mogę być tylko rad. Ale to nie był cel. Celem było zrozumienie, po jakiego chuja my tu w ogóle jesteśmy. I co tutaj robimy.

A nikt nie ma odpowiedzi na to pytanie. Na tym polega czarowna nieistotność naszej egzystencji, że jesteśmy skraweczkami w takiej wielkiej zupie, a kto ją gotuje, tego się nie dowiemy nigdy. Kiedyś mój mały synek Wincenty powiedział mi, strasznie zamyślony: "Tato, czy ty wiesz, że wszystko ma początek, środek i koniec?". Ja mówię: "No, to już wszystko wiesz, już nie musisz nic, niech ci nic nie wkładają durnego do głowy, tyś zrozumiał". A dziecko miało wtedy jakieś sześć - siedem lat. Ja się nie boję śmierci, tak jak się nie bałem żyć, a śmierć jest zakończeniem tej przygody, jest rzeczą konieczną. Czy patrząc na siebie, ja muszę starzeć się i wyglądać przerażająco, a może tracić mózg? Nie, nie mam na to cienia ochoty. Śmierć jest naturalnym końcem procesu, który się nazywa życie. To nie jest przygotowywanie się do śmierci, nienawidziłem egzystencjalistów za ich "życie ku śmierci". Gówno prawda, śmierć ku życiu idzie. Ona przyjdzie.

Jest pan na tym trzecim etapie swojego życia szczęśliwym człowiekiem?

Gdyby pani mi zdefiniowała, co to znaczy, to bym umiał odpowiedzieć. Bardzo kocham swoich synów, z wzajemnością, sądzę. Czy to jest definicja szczęścia? Nie. Czy to mnie uszczęśliwia? Nie. To mi daje bardzo dużo radochy i tyle. Ja w ogóle nie bardzo wiem, co to znaczy to całe szczęście. Takie silne uczucie niezwykłego szczęścia miałem tylko parę razy w życiu. Pamiętam, że pierwszy raz to było, jak byliśmy w bardzo młodym związku z Małgosią, która musiała nagle gdzieś wyjechać na parę dni i wracała samolotem, a ja czekałem na jej powrót z jej mamą. Staliśmy na tarasie widokowym, bo wtedy na starym Okęciu patrzyło się z góry na pasażerów. Zobaczyłem, że Małgosia idzie przez ten tłum szarawy taka słoneczna, uśmiechnięta, bo zobaczyła nas. Taka złotowłosa, z uśmiechem pełnym zębów cudownych, białych. I biło z niej takie życie, że poczułem przeszywające szczęście. Pamiętam to do dziś. Ale to trwało dwie minuty. Innym razem przyjechałem nocnym, zamarzniętym, oblodzonym pociągiem do Warszawy, bo robiłem zdjęcia do filmu "Diabeł". Dowiedzieliśmy się, że Małgosia przedwcześnie rodzi dziecko, zadzwoniła jej mądra siostra, żeby mi powiedzieć, że przeżyje albo jedno, albo drugie, bo chłopczyk ma pępowinę owiniętą wokół szyjki. Wtedy nie było telefonów komórkowych, jechałem dwanaście godzin pociągiem z Wałbrzycha, który stawał co chwila, potworna zima. Jak dotarłem do Warszawy, to z automatu zadzwoniłem do dyrektora szpitala, który był naszym bliskim znajomym. Powiedział: "Andrzeju, zapal cygaro, masz syna". Ja w stanie kompletnego amoku, zamiast palić cygaro, pojechałem do szpitala i pielęgniarka przez okienko pokazała mi wcześniaka. Przeżyłem coś takiego, takie "hmmm". To było bardzo intymne przeżycie. Takich chwil miałem w życiu kilka.

A co sprawia panu w życiu radość?

Prawdopodobnie jedyną moją sympatyczną cechą jest to, że się budzę wesoły. To mój naturalny stan, gwiżdżę sobie pod prysznicem. Dopiero potem następuje zderzenie się z jakąś rzeczywistością, przykrością, człowiekiem, przykrym zapachem kogoś czy przerośniętym paznokciem albo głupotą, którą przeczytam w gazecie. I wtedy taka rzecz zaczyna mnie zamulać i psuje ten dobry stan.

Jak wygląda pana zwykły dzień? Taki, gdy siedzi pan w swym wielkim domu w Starej Miłosnej i nie wyjeżdża na żaden zagraniczny festiwal filmowy.

Wstaję rano koło ósmej, myję zęby, ścielę łóżko. Schodzę na dół, piję herbatę, jem twarożek, potem parzę kawę. Idę do swojego pokoju i zaczynam czytać, myśleć, pracować, pisać. Bo choć wszyscy o tym zapominają, ja jestem pisarzem, być może nawet bardziej niż reżyserem. Napisałem ponad dwadzieścia książek. No więc tak pracuję do pierwszej, drugiej. Następnie robię sobie skromny posiłek, karmię psa, wychodzę z nim na spacer. Wracam i czytam albo słucham muzyki, albo oglądam filmy. Potem ktoś wpada i tak jest do wieczora. Spać chodzę koło północy. A rano znowu wstaję, myję zęby, ścielę łóżko.

Czy to jest dobre życie?

Nie wiem, może są lepsze życia. Na przykład jak ktoś mieszka w Abu Dhabi, jest szejkiem i je figi od rana, a złota limuzyna stoi mu pod domem. Ja mam swojego życia aż za dużo. Nie wyrabiam się w ciągu dnia. Czekam na następny, żeby się nachapać. Dziś kupiłem trzy tomy korespondencji Jerzego Stempowskiego z Marią Dąbrowską, nie mogłem się doczekać, żeby to zacząć czytać.

Czeka pan jeszcze na coś?

Nie. Janusz Głowacki całe życie swoje czeka na ten moment, kiedy ludzie uznają, że on jest wspaniały. Myślał, że Jerzy Kosiński to był głupi chuj, a że on jest wspaniały. Januszek się więc niczego nie doczeka, bo nie jest wspaniały. Ale za pomocą parcia i cierpliwego czekania niektórzy nasi trzeciorzędni artyści doszli do czegoś. Ja nie czekam i nie uważam się ani za pierwszorzędnego, ani za trzeciorzędnego. Ja jestem poza. I wiem, że już nie bardzo chcę się pchać do przodu, szukać tematu, potwierdzenia geniuszu czy braku talentu. Człowiek przestaje się pchać i zaczyna myśleć bezinteresownie. A gdy się tak myśli, to wbrew pozorom się myśli wyłącznie o sobie.

Ma pan jeszcze nadzieję na miłość, namiętność, może związek?

Nie.

Dlaczego nie?

No bo nie. Nie czuję w sobie takiej możliwości. Wręcz odwrotnie. To jest swoją drogą interesujący proces, bo przecież w dzisiejszej dobie można seksualność pobudzać sztucznie. Nigdy nie zapomnę, jak pan Hugh Heffner, który ma chyba z dziewięćdziesiąt lat, powiedział, że jemu się bramy raju otworzyły, gdy wymyślono viagrę. Ale gdy się nie używa viagry i nie czuje się potrzeby, żeby chemicznie się pobudzać w sprawach, które są raczej uczuciowe, bo weszło się w okres wygasania seksualności, to ja to traktuję jako rzecz absolutnie naturalną. Nie widzę nic zdrożnego w postawie Heffnera, ale śliniący się starzec, który ledwo co może, a mimo to próbuje, to nie jest stylistyczna figura, która mi się podoba.

Z czego pan żyje, skoro nie robi pan filmów?

A to ciekawe pytanie. Ja nie mam emerytury, nigdy o nią nie zabiegałem, o nic zresztą w życiu nie zabiegałem. To jest dla mnie kwestia zasadnicza, żeby nie zabiegać, choć mało kto to zrozumie. Ja się utrzymuję sam z siebie.

Czyli z czego?

No, parę filmów zrobiłem, parę książek wydałem. I do głowy by mi nie przyszło wyciągnąć rękę do kogokolwiek, państwa czy stowarzyszenia jakiegoś, mówiąc, że coś mi się należy. Tylko dlatego, że byłem. Nie, mi się nic nie należy. W moim życiowym słowniku nie ma takiego słowa. Ja jestem wolny człowiek, nie chcę o nic prosić, żądać, i to mi daje jeszcze dodatkową wolność. W różnych krajach przyznali mi kupę orderów i to jest mi miłe. Ale ja do końca życia, dopóki jestem żywy i nie mam zaawansowanej sklerozy, nikogo o nic nie poproszę.

Robi pan plany na przyszłość?

Tak, ale nie będę o nich mówić, bo jestem przesądny. Po dziesięciu latach takiego dziwnego czasu, co to sam przebiegł, i nie wiem, jak to było, coś mi się majaczy, że może jakiś jeszcze film przydzwonić, nie chcę o tym mówić. To wynika z doświadczeń jeszcze z czasów komuchów, że póki człowiek nie siedział już w samolocie z tym paszportem, to nie wierzył, że poleci. Nawet jak się wzniósł w niebo, to jeszcze mógł zawrócić. Ale ja jestem ogólnie przesądny. Boję się kota, co przebiega przez drogę. Nigdy nie wejdę do samochodu, jeżeli mu przejdę przed maską, muszę wejść od tyłu. Jak zobaczę zakonnicę na motocyklu albo listonosza, to się łapię za guzik. To samo z kominiarzem. A jak sól się wysypie, rzucam ją za lewe ramię, jak czegoś zapomnę z domu i wrócę, to przysiadam na krześle. Kocham te obrzędy. To, co zostało z pogańskich naszych śmiesznych wierzeń, gdzie bożkowie mieszczą się w garstce soli, a zły jest w tym kocie. To jest strasznie kochane i miłe, to jest kino. To jest esencja filmu. Ja w to idę, mnie to bawi, cieszy, bo jest bardzo stare.