Ostatnie słowo - Agnieszka Pietrzyk

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (22,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

 

 

 

Rozdział I

 

 

WILLIAM OBEJRZAŁ SIĘ NA LAS. Nie było nic niepokojącego w drzewach oświetlonych wschodzącym słońcem, on jednak dławił się strachem. Najbardziej bał się wścibskich ludzkich oczu. Nikt go nie powinien teraz widzieć.

Dyszał. Pot ściekał mu po czole. Wytarł się rękawem koszuli. To nie dla niego taki wysiłek. Był wykładowcą hobbistycznie uprawiającym pomidory. Nawet do zrobienia kompostu wynajął człowieka. A teraz wziął się do wykopywania grobu. No cóż, tego zadania nie mógł nikomu zlecić.

Już świtało. Musi się spieszyć. Wbił ostrze łopaty w trawnik. Od dwóch tygodni nie spadła kropla deszczu. Susza zamieniła ziemię w kamienną skorupę. Wykopanie metrowego dołu stało się wyczynem dla mocarza. Pół godziny później zszedł do wykopu. Nie było nawet metra głębokości. Trudno. Tyle musi wystarczyć. Powinien tylko go poszerzyć. Kopał dalej jak w transie, trzęsąc się ze strachu. Nigdy wcześniej tego nie robił. Nigdy nie musiał ukrywać ciała. Nawet nie przypuszczał, że kiedykolwiek znajdzie się w tak przerażającej sytuacji.

Gdzieś z daleka dobiegło pianie koguta. Łopata trafiła na kamień, oddając siłę uderzenia w ramię Williama. Syknął z bólu. Wspierając się na trzonku, wydostał się na górę.

Ruszył w stronę budynku. Szedł skulony, przyciśnięty grozą sytuacji, niespokojnie rozglądając się na boki, z obawą, że zaraz wypatrzy jakiegoś człowieka. Gdy się sprowadził do Dawid pięć lat temu i postawił tu drewniany dom z tarasem, mieszkańcy kręcili się w pobliżu jego posesji. Zagadywali, dopytywali. William niechętnie odpowiadał. Uznali go za odludka i dali spokój. Dzisiaj jednak ktoś mógł się wypuścić na poranny spacer pod las. A on w tej chwili nie potrzebował gości.

Postukał trampkami o pierwszy schodek, pozbywając się grudek ziemi. Wewnątrz domu było duszno. Ta duchota przycisnęła mu płuca, potęgując uczucie trwogi. Czy jeszcze kiedyś zdoła oddychać pełną piersią? Bez tego dławiącego strachu? Wątpił w to.

Hol, salon i kuchnia tworzyły wspólną przestrzeń ze schodami prowadzącymi na piętro. Drżącą ręką wyciągnął z szafy cienki polarowy koc. Nie chciał spoglądać na zwłoki, ale źrenice mimowolnie ich szukały, jak gdyby umysł musiał się utwierdzić w potwornej rzeczywistości. Ciało leżało pod przeciwległą ścianą. Swoją nieruchomością doprowadzało Williama do rozpaczy. Zdawało się pozbawiać go życia, jakie znał i uwielbiał. Odbierało mu przyszłość.

Musi jak najszybciej się tego pozbyć. Wypił dwie szklanki wody i wziął się do pracy. Zawinął trupa w koc, zawiązując rogi, aby ciężka zawartość się nie wysunęła. Otworzył drzwi na taras i wyszedł na zewnątrz. Pod nosem liczył: raz, dwa, trzy. Pomagało mu to wykonywać kolejne czynności. Przestawił leżaki, krzesła i stolik na jedną stronę. Podniósł dwie puszki po piwie. Wydały znajomy zgrzyt, gdy je zgniatał. Rozejrzał się.

Czysty błękit nieba zapowiadał kolejny upalny dzień. Brak deszczu zmienił okolicę w apokaliptyczny krajobraz. Zieleń lasu stała się przybrudzona, jak gdyby ktoś wysypał popiół na drzewa. Grusze i śliwy w sadzie miały pozwijane żółtawe liście, a iglaki wydawały się przykurczone. Dobrze, że miał tak mało drzewek owocowych. Korzenie utrudniłyby mu wykopanie grobu. Wrócił do kuchni i chwycił za związane rogi koca. Pociągnął. Ciężar gładko sunął po deskach tarasu, potem pięć schodków i wysuszony trawnik. Wepchnął zwłoki wraz z kocem do dołu i zaczął go zasypywać. Spieszył się, nie mogąc znieść tego, że w ogóle to robi. Udeptał ziemię na grobie i poprawił gałązki pobliskiej tui. Wreszcie skończył. Już po wszystkim. Koniec koszmaru. A może wcale nie koniec?

Wskazówki zegarka na jego nadgarstku pokazywały szóstą piętnaście. Powlókł się prosto do sypialni i padł na łóżko. Zasnął. To był bardzo głęboki sen i spokojny wbrew tej potworności, która się wydarzyła w jego domu. Gdy po godzinie otworzył oczy, pomyślał, że będzie dobrze, jakoś wszystko się ułoży. Poszedł pod prysznic. Chłodna woda przywróciła mu siły. Założył szorty i koszulkę bez rękawów z nadrukiem ryby zaplątanej w woreczek foliowy. Zrobił sobie kawę i tosty z dżemem. Wyszedł z tym na taras. Jadł powoli, wsłuchując się w bzyczenie os i śpiew skowronka. Zwyczajna codzienna aktywność przywracała go do normalności.

Drugą kawę wypił z kostkami lodu i mlekiem. Wyniósł laptop na taras i zajął się sprawdzaniem poczty. W skrzynce znajdowały się cztery nowe wiadomości. Społeczna Akademia Nauk w Warszawie proponowała mu poprowadzenie cyklu wykładów od października. Wyglądało na to, że jakiś profesor im się wykruszył i na gwałt szukali zastępcy. Drugi mail przyszedł od nauczyciela z Zielonej Góry.

 

Drogi Williamie, długo zastanawiałem się, czy napisać do Ciebie. Od dawna marzę o tym, żeby zostać pisarzem. Wiem, że pisaniem wzbogacę własne życie i życie przyszłych czytelników. Moja wyobraźnia przepełniona jest mnóstwem historii, a każda domaga się opowiedzenia. Mógłbym napisać tysiąc książek, bo tyle pomysłów kotłuje się w mojej głowie. Myślę, że wiesz, o czym mówię, bo też cierpisz na ten nadmiar. Siła twórcza może przytłaczać, gnieść umysł ciężarem kreatywności. Mógłbym nawet jak Ty stać się sprzedawcą początków powieści i zrobić na tym majątek. Wolę jednak być pisarzem. Już dawno zacząłbym pisać, ale nie potrafię poradzić sobie z nadmiarem historii w mojej wyobraźni. Potrzebuję oczyszczenia. Potrzebuję nowego początku, który pomoże mi oderwać się od mojego osobistego rogu obfitości. Proszę cię, Williamie, przyślij mi jak najszybciej początek powieści. Powinien to być początek wyjątkowy, niezwykły, jakich nie wymyślasz wiele. Chciałbym już dzisiaj usiąść do pisania, zanim porwie mnie nurt nauczycielskich obowiązków. Uiściłem już opłatę za początek powieści. Dowód przelewu znajduje się w załączniku.

 

William otworzył plik. Transakcja opiewała na równowartość w złotówkach tysiąca euro. Przeszedł do folderu z początkami powieści. Widniało tutaj kilkaset dokumentów, wszystkie już sprzedane. Wybrał jeden z najstarszych plików i wysłał go do nauczyciela wraz z umową. Dołączył też standardowe życzenia satysfakcjonującej pracy nad tekstem i rychłego sukcesu literackiego. Na swojej stronie zapewniał, że każdy początek powieści jest niepowtarzalny, pisany specjalnie pod zamawiającego autora. No ale niektóre początki wpadły w niebyt czyjegoś komputera, nigdy nie otrzymały ciągu dalszego w postaci pełnoprawnej fabuły, a osoby, które je zakupiły, już dawno zapomniały o własnych aspiracjach literackich i o tym, co od niego dostały. Uznał więc za zupełnie bezpieczne ponowne wykorzystanie najstarszych pomysłów, oczywiście po lekkim ich retuszu.

Kliknął w kolejny mail. Ten swoją prostotą wpisywał się w większość wiadomości, które otrzymywał.

 

Dzień dobry, mam dwadzieścia jeden lat, pracuję w pizzerii. Chciałabym napisać książkę, ale nie wiem, jak zacząć. Interesuje mnie komedia romantyczna. Uprzejmie proszę o super­początek.

 

Uśmiechnął się. Każdy z klientów liczył na to, że otrzyma coś wyjątkowego, że tym razem William Kriger napisze początek, jakiego wcześniej dla nikogo nie napisał. W pewnym sensie spełniał te oczekiwania, bo za każdym razem dbał o jakość narracji i oryginalność pomysłu. Odpisał młodej pracownicy pizzerii, że chętnie przygotuje dla niej początek komedii romantycznej. Wysłał jej umowę i przypomniał, że powinna przekazać mu dowód przelewu.

 

 

 

Rozdział II

 

 

PRZEZ OKNO ZOBACZYŁ KOBIETĘ. Stała na drodze wyłożonej płytami i patrzyła na jego dom. Przy jej nogach leżał plecak. Był pewien, że nigdy wcześniej jej nie widział.

Opuściła lekko okulary przeciwsłoneczne i ponad nimi patrzyła na front domu. To nie budynek wzbudził jej zaciekawienie. Wypatrywała jakiegoś ruchu, sylwetki człowieka, szukała wzrokiem Williama Krigera.

Wyszedł na zewnątrz ze szklanką coli w dłoni. Kostki lodu przyjemnie stukały o szkło. Stali teraz naprzeciwko siebie, a dzieliło ich kilkanaście metrów podwórka. Kobieta rozejrzała się niepewnie i przesunęła stopą plecak.

- Pani do mnie? - zawołał z uśmiechem na twarzy.

Ośmielił ją tym. Podeszła.

- Czy pan jest Williamem Krigerem?

Miała miękki głos. Skojarzył mu się ze stertą poduszek, z hasającymi kotami i z wizytą u pani weterynarz przed kilkunastu laty.

- Jeśli szuka pani gościa, który porzucił stolicę dla wiejskiego życia i nie zamierza tego zmieniać, to dobrze pani trafiła.

Przełożył szklankę do lewej ręki i wyciągnął do niej prawą. Przedstawił się. Podała mu dłoń w cienkiej bawełnianej rękawiczce.

- Wera Kwiatkowska.

- Wera? Ciekawe imię - oznajmił uprzejmie.

- To od Weroniki - wyjaśniła z ironią. Nie spuszczała wzroku z oszronionej szklanki. Przełknęła ciężko ślinę. - Przepraszam, że tak pana nachodzę, ale byłam nad morzem i pomyślałam, że wpadnę w drodze powrotnej. W pensjonacie dali mi na pana namiary. Ale najpierw, gdy podałam pana nazwisko, to nie wiedzieli, o kogo pytam. Dopiero kiedy wspomniałam, że szukam profesora z Warszawy, to skojarzyli.

- Wero, masz do mnie jakąś sprawę?

Była młoda, na pewno przed trzydziestką. Widział w niej ucieleśnienie wszystkich swoich studentek, nieśmiałych, zakompleksionych, ale w głębi ducha wierzących, że cały świat do nich należy.

- Przyjechałam, bo chciałam kupić początek powieści.

Tego się właśnie spodziewał. Kolejna dziewczyna marząca o byciu pisarką.

- Na mojej stronie podałem procedury zakupu. Piszesz do mnie mail, jaki gatunek cię interesuje i temat. Wysyłam ci umowę, a ty wpłacasz pieniądze. Do siedmiu dni przysyłam początek powieści.

- Wiem o tym, ale pomyślałam, że skoro jestem blisko, to wpadnę i osobiście ci opowiem, jaką książkę chciałabym napisać.

- I liczysz na to, że w ten sposób wymusisz na mnie początek powieści lepszy od wszystkich innych, jakie napisałem?

Rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu.

- Aż tak łatwo mnie przejrzeć?

- Wcale nie, po prostu nie różnisz się od pozostałych początkujących pisarzy.

Wskazała na szklankę w jego dłoni.

- Mogłabym dostać coli?

Nie miał ochoty wpuszczać jej do środka. To nie był czas na wizyty, nie po tym, co się wydarzyło w jego domu, nie po tym, jak zakopał trupa w sadzie. Za kilkanaście dni znowu zacznie gościć znajomych. Teraz potrzebował izolacji, żeby wyciszyć w sobie ten lęk i osiągnąć względną równowagę. Nie mógł jednak odmówić dziewczynie szklanki zimnej coli, nie w takim upale.

- Zapraszam do środka. Nie będziemy stać na słońcu.

Wróciła na skraj podwórka po swój plecak i weszła za nim do domu. Rozglądała się uważnie przez ciemne szkła okularów. Spodziewał się, że zaraz z jej ust padną słowa uznania. Każdy, kto go odwiedzał, zachwycał się dużym kominkiem stojącym pośrodku otwartej przestrzeni i przeszklonymi drzwiami prowadzącymi na taras. Wera nie wydawała się urzeczona, raczej zaciekawiona.

Wyciągnął z lodówki colę i wodę mineralną, do miseczki wsypał kostki lodu. Wszystko postawił na wyspie kuchennej, wraz z kilkoma szklankami.

- Mam nadzieję, że będzie mi to zaliczone jako uczynek miłosierdzia. Napoić spragnionego.

- Och, na pewno.

Nalała sobie mineralnej i wypiła. Krople wody zatrzymały się na jej ustach. Oblizała je czubkiem języka. Zerknęła na talerz z gruszkami. Na owocach siedziało kilka os.

- Mogę? - zapytała.

- Częstuj się. To z mojego sadu. Trochę ponadgryzane przez osy, ale za to niepryskane.

Wzięła największą gruszkę, strząsając z niej owady.

- Dasz mi nóż?

Wskazał na szufladę ze sztućcami. Wyjęła nożyk z żółtą rękojeścią. Wykroiła kawałki gruszki nadjedzone przez osy. Resztę przekroiła na cztery części i zaczęła jeść. Wszystko robiła w bawełnianych rękawiczkach, w które obficie wsiąkał sok z owocu.

Spojrzała na taras, na stojący tam laptop.

- Pracujesz?

- Tak, jestem zajęty.

Dyskretnie dał jej do zrozumienia, że nie może jej długo gościć.

- Piszesz początek powieści?

- Tak.

- Powiesz mi, o czym będzie książka?

- O czym? Nie wiem. To od autora zależy, co z niej zrobi.

- No dobra, to powiedz, jak się będzie zaczynać.

- Z młodą Polką kontaktuje się w mediach społecznościowych tajemniczy mężczyzna z Francji i podaje się za jej przyrodniego brata. Proponuje spotkanie. Zaprasza ją do siebie, do swojej winnicy w Alzacji. Wysyła jej pieniądze na podróż. Dziewczyna się pakuje i rusza w drogę.

Wera się zamyśliła.

- Brzmi ciekawie - oznajmiła po dłuższej pauzie. - Ale ja bym chciała coś mocniejszego, coś, od czego przechodzą dreszcze na plecach.

- Planujesz zostać autorką horrorów?

- Nie o to mi chodziło. Chciałabym napisać książkę o największym koszmarze. O tym, czego ludzie najbardziej się boją.

- Musisz sprecyzować. Każdy ma swoje lęki.

Na czole dziewczyny pojawiły się niewielkie zmarszczki świadczące o namyśle. Poważnie traktowała tę rozmowę.

- Jestem matką - oznajmiła. - Każdego dnia boję się o moją córkę.

- Czyli mówimy o koszmarze rodzica?

Przytaknęła.

- Napisałbyś dla mnie taki właśnie początek?

- Oczywiście. Skoro tu już jesteś, podpiszemy umowę. Zaraz ci ją przyniosę.

Wszedł na piętro po lekko skrzypiących stopniach. Te schody nie były nowe. Odkupił je od tutejszego gospodarza, gdy ten odnawiał stary poniemiecki dom. Wziął z drukarki dwa egzemplarze umowy. Zamachał nimi, aby odgonić muchę, i zszedł na dół.

Wera siedziała na stołku barowym przy wyspie kuchennej. Wciąż miała na nosie przeciwsłoneczne okulary, a na dłoniach cienkie rękawiczki. Pod jego nieobecność przygotowała sobie colę z kostkami lodu i teraz ją popijała. Położył przed nią umowę i długopis.

- Moje dane są już wpisane. Ty wpisz swoje, a potem się podpiszemy. Jedna umowa jest twoja, a druga moja.

Usiadł po przeciwnej stronie wyspy i czekał. Dziewczyna szybko sunęła długopisem po papierze.

- Ile zajmie ci napisanie początku dla mnie?

- Już ci mówiłem, do siedmiu dni.

- Zrozumiałam, że do siedmiu dni to dla wszystkich innych. Ja pytam, ile zajmie ci praca dla mnie.

- Zawsze nad jednym początkiem pracuję jak Pan nasz i Stwórca nad całym światem. Siódmego dnia rzucam okiem na dzieło i wysyłam do klienta.

Zdjęła okulary i popatrzyła na niego prosząco dużymi jasnymi oczami. Dopiero teraz dostrzegł jej urodę. Było w niej coś ambiwalentnego. Banalne piegi i zbyt szeroki nos kontrastowały ze szlachetnie zarysowanym czołem i hipnotycznymi tęczówkami.

- Nie wyjadę stąd, dopóki nie dostanę początku powieści - Złożyła dłonie w błagalnym geście.

- Jeśli chcesz siedzieć w Dawidach siedem dni, to proszę bardzo. W pałacu mają podobno fantastyczne warunki.

- Nie stać mnie na pałac, poza tym z czasem u mnie krucho. Naprawdę nie zrobisz wyjątku?

Pokręcił przecząco głową.

- A gdybym obiecała, że umyję ci okna i opielę ogródek? Zajęłoby mi to dwa dni.

- Nie mam ogródka.

- To skoszę trawę w sadzie.

- Trawa uschła.

- To daj mi jakąś inną robotę na dwa dni.

- I ja ze swoją robotą też mam się uwinąć w dwa dni?

Pewna przekora pojawiła się w jasnym spojrzeniu Wery.

- Jeśli uwiniesz się z początkiem powieści w dwa dni, to będziesz lepszy od Pana naszego i Stwórcy.

William już się łamał. Co mu właściwie szkodzi. Przecież jest w stanie napisać ten początek w kilka godzin. Zwykle wysyłał teksty na trzeci, czwarty dzień od zamówienia. Te siedem dni to żadna sztywna zasada, to tylko rezerwa czasowa na wypadek, gdyby pochłonęło go jakieś inne zajęcie. Poza tym przymus pisania mógłby mu pomóc nie myśleć o tamtej potworności, o nieruchomej twarzy, o martwym spojrzeniu dużych ciemnych oczu.

- Sorry, ale bez honorarium nie pracuję. Najpierw kasa, potem robota - oznajmił z pełną powagą.

To akurat była sztywna zasada niepodlegająca dyskusji, choć zamawiający czasami próbowali w tej kwestii negocjować. Zwykle proponowali, że zapłacą wtedy, gdy dostaną zaliczkę od wydawcy.

Wera zsunęła się ze stołka barowego i podeszła do plecaka. Szperała w nim przez chwilę, po czym wróciła z kopertą. Położyła ją na wyspie kuchennej.

- Tu jest tysiąc euro. Przelicz!

Przeliczył. Zgadzało się, dziesięć banknotów po sto euro. Dziewczyna podpisała dwa egzemplarze umowy, po czym mu je podsunęła wraz z długopisem. Też się podpisał.

- To ile zajmie ci napisanie początku dla mnie?

- Za cztery, pięć godzin będziesz miała tekst.

- Naprawdę?

Głos Wery wyrażał zaskoczenie, a twarz wielką satysfakcję.

- Obiecuję, że dłużej to nie potrwa.

- W takim razie za pięć godzin będziesz miał mnie z głowy.

Dopiła colę i zbyt głośno odstawiła szklankę. Wzięła umowę i podeszła z nią do plecaka.

- Teraz pójdę na spacer i wrócę za pięć godzin.

William patrzył na jej pochyloną sylwetkę. Widział umięśnione plecy i wąskie biodra. Cienki materiał spodni przykleił się do atletycznych ud. Dziewczyna musiała często odwiedzać siłownię. Dbała o kondycję bardziej niż o wygląd. Włosy ściśnięte w nieładny kok nie dodawały jej urody. Bluzka przypominająca męski podkoszulek też nie.

- Mam inną propozycję - rzucił William, opierając łokcie o blat.

Wera zamarła z dłonią w plecaku. Wolno obróciła ku niemu twarz. W nieruchomych źrenicach tliła się czujność. Nie zapytała, jaka to propozycja. Czekała, aż on się odezwie.

- Ja będę pisał, a ty przez ten czas usmażysz rybę. Mam pstrąga w zamrażalniku.

Dziewczyna się rozluźniła. Czarne punkty w jasnych tęczówkach drgnęły. Za chwilę przywołała na twarz przesadne oburzenie.

- Mam smażyć w takim upale? Żartujesz?

- Bez obiadu nie będę pracował. No i do ryby musisz jeszcze usmażyć frytki.

Uniosła ręce w geście poddania. Wyglądała dziwnie z dłońmi w białych rękawiczkach nad głową.

- Niech ci będzie. Zrobię rybę i frytki.

Wsunął kopertę z pieniędzmi do kieszeni i wyszedł na taras. Była dwunasta w południe. O siedemnastej znowu zostanie sam. Oby wtedy poczuł się lepiej, bez tego świdrującego niepokoju w duszy i jeszcze mocniejszych wyrzutów sumienia.

 

 

 

Rozdział III

 

 

WILLIAM PISAŁ NA TARASIE. Tutaj też zjadł rybę z frytkami. Wera przyniosła mu talerz i próbowała zagadywać. Pytała, jak mu idzie. Nie szło mu dobrze. Kilka godzin wcześniej w jego domu leżał trup. Świadomość tego nie pomagała w pracy. Ponadto gorące i gęste powietrze oblepiało mu ciało i umysł. I jeszcze te osy i bąki. Chciał się już przenieść do domu, ale tam siedziała Wera, a na piętrze było zbyt duszno.

O szesnastej dopadła go senność. Nic dziwnego, był niewyspany po tym, jak wstał o czwartej, aby w porannym chłodzie zakopać zwłoki. Kawa nie pomogła mu wrócić do lepszej kondycji, zdrzemnął się więc parę minut na leżaku. Obudził się mokry od potu. Zdjął koszulkę i wytarł nią czoło. Był zły na siebie, że obiecał Werze początek powieści w pięć godzin. Wiedział, że nie zdąży. Oby tylko uwinął się dzisiaj. Chciał mieć to z głowy, ten początek i samą dziewczynę. Chciał zostać sam, wziąć zimny prysznic i nago chodzić po domu z kuflem piwa w ręku.

Zbliżała się dziewiętnasta trzydzieści. Świerszcze cykały w pobliskiej trawie. Gorące powietrze wydawało się wibrować od tego dźwięku, a umysł Krigera wpadł w jakiś dziwny trans. Zamknął klapę laptopa i mruknął pod nosem:

- Wystarczy.

Wszedł do domu. Unosiła się tutaj ciężka woń smażonej ryby. Brudne naczynia stały na wyspie kuchennej, a blat świecił się od tłuszczu. W myślach obwinił Werę o ten bałagan. Zalała go niezamierzona fala złości.

Podszedł do kobiety śpiącej na kanapie i potrząsnął ją za ramię. Nie silił się na delikatność. Otworzyła oczy i wycelowała w niego czarne jak smoła źrenice. Miał wrażenie, że ma naprzeciw siebie dwie małe lufy, z których zaraz wystrzelą śmiertelne pociski. Cofnął się pod siłą tego spojrzenia.

- Gdzie mam ci przesłać tekst?

- Przesłać?

Uniosła głowę, podpierając się na łokciu. Senność zalegała w jej gardle. Odchrząknęła.

- Skończyłem pisać początek powieści. Daj mi adres, pod który mam go wysłać.

- Aha! Super. To teraz wydrukuj to i przynieś mi tutaj!

Z powrotem położyła głowę i przymknęła oczy. Nie zobaczyła przekleństwa zatrzymującego się na jego ustach. Poszedł na górę i uruchomił drukarkę. Chwilę później stanął przy kanapie z plikiem kartek.

- Pobudka! - zawołał. - Koniec gościny. Pani już dziękujemy.

Usiadła na brzegu kanapy i złapała się za głowę.

- Ciszej. Nie musisz tak krzyczeć.

Wyciągnął plecak spod kanapy i wcisnął do niego wydruk komputerowy.

- Przepraszam cię, Wero, ale powinnaś już iść. Chciałbym zostać sam. To jest mój dom i mam prawo odpocząć. Może uznasz mnie za buraka, ale właśnie cię wypraszam.

Nie stawiała oporu, gdy prowadził ją do drzwi.

- Wymyśliłeś jakiś tytuł do mojej powieści? - zapytała, stojąc już na zewnątrz w promieniach zachodzącego słońca.

- Tak: Czarna wołga wraca.

- Czarna wołga wraca - powtórzyła powoli, jakby smakowała każdą sylabę. - Fajny tytuł.

- Cieszę się, że ci się podoba. Życzę owocnej pracy nad dalszą częścią książki.

Wszedł do środka i przesunął zasuwkę. Podszedł do okna i wzrokiem odprowadzał Werę. Niosła plecak w ręku i wlokła się noga za nogą. Przypominała mu ucznia, który wraca do domu ze złą oceną i uwagą w dzienniczku. Przystanęła na skraju drogi i wyjęła z plecaka kartki, po czym zarzuciła go na ramiona. Dalej szła, czytając. Nagle się odwróciła i uniosła kciuk. Domyśliła się, że ją obserwuje, i dała mu znak, że podobają się jej pierwsze zdania.

Ogarnęła go satysfakcja z dobrze wykonanej roboty. Bardzo mu zależało, żeby dać tej dziewczynie dobry początek. Może dlatego tak się męczył podczas pisania.

 

 

 

Rozdział 2

 

 

JULIAN WCISNĄŁ DŁONIE W KIESZENIE, a głowę w ramiona. Nie wziął szalika ani rękawiczek, bo miał do przejścia tylko kilka metrów. Jak zwykle na Partyzantów wiało. Nigdy nie kupiłby tu domu, nie w tych przeciągach. Nieważne, że go nie było stać na zamieszkanie na tej ulicy. Nawet gdyby miał kasę, to nie wybrałby tego miejsca. Nerwowo obracał w palcach kluczyki. Był niespokojny jak zawsze, gdy pojawiał się u swojej byłej żony, a raczej u jej drugiego męża, wielce szanowanego w Pasłęku doktora Oskara Kowalika. Nacisnął przycisk dzwonka. Drzwi otworzyła Weronika. Znowu wyglądała elegancko, jak gdyby zaraz miała wychodzić do teatru. Gdy była z nim, nosiła dżinsy i za duże koszule, a teraz te wąskie sukienki.

- Dziewczynki już nie mogą się ciebie doczekać - powiedziała na powitanie.

Głową wskazał na zegar wiszący na końcu obszernego holu.

- Jestem punktualnie.

- Ja to wiem, ale Ania i Matylda nie.

- Aha, czyli mam w ten weekend wyjaśnić im, że jest coś takiego jak zegarek i czas.

- Możesz spróbować, ale one mają dopiero po pięć lat. Mogą jeszcze tego nie ogarnąć. - Weronika obróciła głowę, wyraźnie nasłuchując dziecięcych odgłosów dobiegających z piętra. - Tata już jest! - zawołała.

Rozległ się radosny pisk. Po chwili dziewczynki pojawiły się na schodach. Matylda zbiegała, zdając się frunąć nad stopniami, a Ania schodziła ostrożnie, trzymając się poręczy. Obie ubrane w identyczne ogrodniczki, z włosami podobnie falującymi i tęczówkami o tym samym odcieniu zieleni. Bliźniaczki jednojajowe.

Julian podniósł Matyldę w górę. Radosny śmiech wydobył się z jej ust. Ania wyciągnęła do niego ręce. Też ją podniósł prawie pod sam sufit. Dziewczynki były wniebowzięte, ale nie on. W takich sytuacjach zawsze dopadała go gorycz porażki. Nie sprawdził się jako ojciec i mąż, dlatego teraz widywał córki raz na dwa tygodnie.

Pomógł Ani włożyć buty. Weronika pochylała się nad drugą córką i zapinała jej płaszczyk.

- Dajcie mamie buziaczki i jedziemy.

Dziewczynki posłusznie ułożyły drobne usta w dziubek. Chwilę później Matylda wybiegła z domu. Weronika popatrzyła za nią z niepokojem w oczach.

- Boże, to dziecko sekundy nie ustoi w miejscu.

Ania wyciągnęła rękę do Juliana.

- Tatuś, idziemy?

Weronika poprawiła córce czapkę.

- Uważaj na nie.

Julian się uśmiechnął z przymusem. W tej prośbie usłyszał sugestię, jakoby nienależycie czuwał nad dziećmi. Co prawda ostatnio pod jego opieką Matylda spadła z huśtawki i stłukła oba kolana, ale tak z pięciolatkami już bywa. On w tym wieku rozbił sobie głowę i wybił trzy mleczaki.

- Będę uważał. A jeśli komuś je oddam, to na pewno będzie to ktoś sympatyczny i troskliwy.

- Przestań. Ania to słyszy.

- Dobrze, że słyszy. Niech wie, że tatuś o nią dba i nie odda jej byle komu.

- Ale ona może to komuś powtórzyć.

W oczach żony zobaczył rozbawienie. W nowym związku musiało jej brakować żartów i zwyczajnego małżeńskiego przekomarzania się. Julian parę razy zetknął się z drugim mężem Weroniki. Nie polubił go. Doktor wyglądał na strasznego sztywniaka.

- Idźcie już - ponagliła ich.

Pochylił się i przyłożył wargi do ciepłego policzka byłej żony. Nie planował tego. Podświadomość go skłoniła do gestu, który odtworzyłby czas miniony, gdy oboje cieszyli się wzajemną miłością. Weronika wstrzymała oddech, a potem odsunęła się gwałtownie, poprawiając sukienkę na biodrach.

- Muszę wstawić pstrąga do piekarnika. Oskar zaraz wróci.

Julian mocniej ścisnął drobną dłoń Ani i wyszedł z domu. Śnieg prószył. Cienka warstwa bieli zdołała już pokryć maskę jego wozu. Matylda trafnie rozpoznała zaletę tej powierzchni i teraz z zapałem rysowała palcem po śniegu. Powinien zwrócić jej uwagę, że będzie miała mokre rękawiczki. Nie lubił jednak strofować swoich dzieci. Niech córka się dobrze bawi. To najważniejsze, żeby pod jego opieką obie tryskały radością.

 

 

 

 

 

SPIS TREŚCI

 

 

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział I

Rozdział II

Rozdział III

Rozdział IV

 

CZĘŚĆ DRUGA

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

 

CZĘŚĆ TRZECIA

Rozdział V

Rozdział VI

Rozdział VII

 

CZĘŚĆ CZWARTA. Czarna wołga wraca

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

 

CZĘŚĆ PIĄTA

Rozdział VIII

Rozdział IX

Rozdział X

Rozdział XI

 

CZĘŚĆ SZÓSTA. Czarna wołga wraca

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

 

CZĘŚĆ SIÓDMA

Rozdział XII

Rozdział XIII

Rozdział XIV

 

CZĘŚĆ ÓSMA. Czarna wołga wraca

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

 

CZĘŚĆ DZIEWIĄTA

Rozdział XV

Rozdział XVI

 

CZĘŚĆ DZIESIĄTA. Czarna wołga wraca

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

 

CZĘŚĆ JEDENASTA

Rozdział XVII

Rozdział XVIII

Rozdział XIX

 

CZĘŚĆ DWUNASTA. Czarna wołga wraca

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

 

CZĘŚĆ TRZYNASTA

Rozdział XX

Rozdział XXI

 

CZĘŚĆ CZTERNASTA. Czarna wołga wraca

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

 

CZĘŚĆ PIĘTNASTA

Rozdział XXII

Rozdział XXIII

Rozdział XXIV

 

CZĘŚĆ SZESNASTA. Czarna wołga wraca

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

 

CZĘŚĆ SIEDEMNASTA

Rozdział XXV

Rozdział XXVI

Rozdział XXVII

 

CZĘŚĆ OSIEMNASTA. Czarna wołga wraca

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Rozdział 51

 

CZĘŚĆ DZIEWIĘTNASTA

Rozdział XXVIII