Rozdział II
PRZEZ OKNO ZOBACZYŁ KOBIETĘ. Stała na drodze wyłożonej płytami i patrzyła na jego dom. Przy jej nogach leżał plecak. Był pewien, że nigdy wcześniej jej nie widział.
Opuściła lekko okulary przeciwsłoneczne i ponad nimi patrzyła na front domu. To nie budynek wzbudził jej zaciekawienie. Wypatrywała jakiegoś ruchu, sylwetki człowieka, szukała wzrokiem Williama Krigera.
Wyszedł na zewnątrz ze szklanką coli w dłoni. Kostki lodu przyjemnie stukały o szkło. Stali teraz naprzeciwko siebie, a dzieliło ich kilkanaście metrów podwórka. Kobieta rozejrzała się niepewnie i przesunęła stopą plecak.
- Pani do mnie? - zawołał z uśmiechem na twarzy.
Ośmielił ją tym. Podeszła.
- Czy pan jest Williamem Krigerem?
Miała miękki głos. Skojarzył mu się ze stertą poduszek, z hasającymi kotami i z wizytą u pani weterynarz przed kilkunastu laty.
- Jeśli szuka pani gościa, który porzucił stolicę dla wiejskiego życia i nie zamierza tego zmieniać, to dobrze pani trafiła.
Przełożył szklankę do lewej ręki i wyciągnął do niej prawą. Przedstawił się. Podała mu dłoń w cienkiej bawełnianej rękawiczce.
- Wera Kwiatkowska.
- Wera? Ciekawe imię - oznajmił uprzejmie.
- To od Weroniki - wyjaśniła z ironią. Nie spuszczała wzroku z oszronionej szklanki. Przełknęła ciężko ślinę. - Przepraszam, że tak pana nachodzę, ale byłam nad morzem i pomyślałam, że wpadnę w drodze powrotnej. W pensjonacie dali mi na pana namiary. Ale najpierw, gdy podałam pana nazwisko, to nie wiedzieli, o kogo pytam. Dopiero kiedy wspomniałam, że szukam profesora z Warszawy, to skojarzyli.
- Wero, masz do mnie jakąś sprawę?
Była młoda, na pewno przed trzydziestką. Widział w niej ucieleśnienie wszystkich swoich studentek, nieśmiałych, zakompleksionych, ale w głębi ducha wierzących, że cały świat do nich należy.
- Przyjechałam, bo chciałam kupić początek powieści.
Tego się właśnie spodziewał. Kolejna dziewczyna marząca o byciu pisarką.
- Na mojej stronie podałem procedury zakupu. Piszesz do mnie mail, jaki gatunek cię interesuje i temat. Wysyłam ci umowę, a ty wpłacasz pieniądze. Do siedmiu dni przysyłam początek powieści.
- Wiem o tym, ale pomyślałam, że skoro jestem blisko, to wpadnę i osobiście ci opowiem, jaką książkę chciałabym napisać.
- I liczysz na to, że w ten sposób wymusisz na mnie początek powieści lepszy od wszystkich innych, jakie napisałem?
Rozciągnęła usta w szerokim uśmiechu.
- Aż tak łatwo mnie przejrzeć?
- Wcale nie, po prostu nie różnisz się od pozostałych początkujących pisarzy.
Wskazała na szklankę w jego dłoni.
- Mogłabym dostać coli?
Nie miał ochoty wpuszczać jej do środka. To nie był czas na wizyty, nie po tym, co się wydarzyło w jego domu, nie po tym, jak zakopał trupa w sadzie. Za kilkanaście dni znowu zacznie gościć znajomych. Teraz potrzebował izolacji, żeby wyciszyć w sobie ten lęk i osiągnąć względną równowagę. Nie mógł jednak odmówić dziewczynie szklanki zimnej coli, nie w takim upale.
- Zapraszam do środka. Nie będziemy stać na słońcu.
Wróciła na skraj podwórka po swój plecak i weszła za nim do domu. Rozglądała się uważnie przez ciemne szkła okularów. Spodziewał się, że zaraz z jej ust padną słowa uznania. Każdy, kto go odwiedzał, zachwycał się dużym kominkiem stojącym pośrodku otwartej przestrzeni i przeszklonymi drzwiami prowadzącymi na taras. Wera nie wydawała się urzeczona, raczej zaciekawiona.
Wyciągnął z lodówki colę i wodę mineralną, do miseczki wsypał kostki lodu. Wszystko postawił na wyspie kuchennej, wraz z kilkoma szklankami.
- Mam nadzieję, że będzie mi to zaliczone jako uczynek miłosierdzia. Napoić spragnionego.
- Och, na pewno.
Nalała sobie mineralnej i wypiła. Krople wody zatrzymały się na jej ustach. Oblizała je czubkiem języka. Zerknęła na talerz z gruszkami. Na owocach siedziało kilka os.
- Mogę? - zapytała.
- Częstuj się. To z mojego sadu. Trochę ponadgryzane przez osy, ale za to niepryskane.
Wzięła największą gruszkę, strząsając z niej owady.
- Dasz mi nóż?
Wskazał na szufladę ze sztućcami. Wyjęła nożyk z żółtą rękojeścią. Wykroiła kawałki gruszki nadjedzone przez osy. Resztę przekroiła na cztery części i zaczęła jeść. Wszystko robiła w bawełnianych rękawiczkach, w które obficie wsiąkał sok z owocu.
Spojrzała na taras, na stojący tam laptop.
- Pracujesz?
- Tak, jestem zajęty.
Dyskretnie dał jej do zrozumienia, że nie może jej długo gościć.
- Piszesz początek powieści?
- Tak.
- Powiesz mi, o czym będzie książka?
- O czym? Nie wiem. To od autora zależy, co z niej zrobi.
- No dobra, to powiedz, jak się będzie zaczynać.
- Z młodą Polką kontaktuje się w mediach społecznościowych tajemniczy mężczyzna z Francji i podaje się za jej przyrodniego brata. Proponuje spotkanie. Zaprasza ją do siebie, do swojej winnicy w Alzacji. Wysyła jej pieniądze na podróż. Dziewczyna się pakuje i rusza w drogę.
Wera się zamyśliła.
- Brzmi ciekawie - oznajmiła po dłuższej pauzie. - Ale ja bym chciała coś mocniejszego, coś, od czego przechodzą dreszcze na plecach.
- Planujesz zostać autorką horrorów?
- Nie o to mi chodziło. Chciałabym napisać książkę o największym koszmarze. O tym, czego ludzie najbardziej się boją.
- Musisz sprecyzować. Każdy ma swoje lęki.
Na czole dziewczyny pojawiły się niewielkie zmarszczki świadczące o namyśle. Poważnie traktowała tę rozmowę.
- Jestem matką - oznajmiła. - Każdego dnia boję się o moją córkę.
- Czyli mówimy o koszmarze rodzica?
Przytaknęła.
- Napisałbyś dla mnie taki właśnie początek?
- Oczywiście. Skoro tu już jesteś, podpiszemy umowę. Zaraz ci ją przyniosę.
Wszedł na piętro po lekko skrzypiących stopniach. Te schody nie były nowe. Odkupił je od tutejszego gospodarza, gdy ten odnawiał stary poniemiecki dom. Wziął z drukarki dwa egzemplarze umowy. Zamachał nimi, aby odgonić muchę, i zszedł na dół.
Wera siedziała na stołku barowym przy wyspie kuchennej. Wciąż miała na nosie przeciwsłoneczne okulary, a na dłoniach cienkie rękawiczki. Pod jego nieobecność przygotowała sobie colę z kostkami lodu i teraz ją popijała. Położył przed nią umowę i długopis.
- Moje dane są już wpisane. Ty wpisz swoje, a potem się podpiszemy. Jedna umowa jest twoja, a druga moja.
Usiadł po przeciwnej stronie wyspy i czekał. Dziewczyna szybko sunęła długopisem po papierze.
- Ile zajmie ci napisanie początku dla mnie?
- Już ci mówiłem, do siedmiu dni.
- Zrozumiałam, że do siedmiu dni to dla wszystkich innych. Ja pytam, ile zajmie ci praca dla mnie.
- Zawsze nad jednym początkiem pracuję jak Pan nasz i Stwórca nad całym światem. Siódmego dnia rzucam okiem na dzieło i wysyłam do klienta.
Zdjęła okulary i popatrzyła na niego prosząco dużymi jasnymi oczami. Dopiero teraz dostrzegł jej urodę. Było w niej coś ambiwalentnego. Banalne piegi i zbyt szeroki nos kontrastowały ze szlachetnie zarysowanym czołem i hipnotycznymi tęczówkami.
- Nie wyjadę stąd, dopóki nie dostanę początku powieści - Złożyła dłonie w błagalnym geście.
- Jeśli chcesz siedzieć w Dawidach siedem dni, to proszę bardzo. W pałacu mają podobno fantastyczne warunki.
- Nie stać mnie na pałac, poza tym z czasem u mnie krucho. Naprawdę nie zrobisz wyjątku?
Pokręcił przecząco głową.
- A gdybym obiecała, że umyję ci okna i opielę ogródek? Zajęłoby mi to dwa dni.
- Nie mam ogródka.
- To skoszę trawę w sadzie.
- Trawa uschła.
- To daj mi jakąś inną robotę na dwa dni.
- I ja ze swoją robotą też mam się uwinąć w dwa dni?
Pewna przekora pojawiła się w jasnym spojrzeniu Wery.
- Jeśli uwiniesz się z początkiem powieści w dwa dni, to będziesz lepszy od Pana naszego i Stwórcy.
William już się łamał. Co mu właściwie szkodzi. Przecież jest w stanie napisać ten początek w kilka godzin. Zwykle wysyłał teksty na trzeci, czwarty dzień od zamówienia. Te siedem dni to żadna sztywna zasada, to tylko rezerwa czasowa na wypadek, gdyby pochłonęło go jakieś inne zajęcie. Poza tym przymus pisania mógłby mu pomóc nie myśleć o tamtej potworności, o nieruchomej twarzy, o martwym spojrzeniu dużych ciemnych oczu.
- Sorry, ale bez honorarium nie pracuję. Najpierw kasa, potem robota - oznajmił z pełną powagą.
To akurat była sztywna zasada niepodlegająca dyskusji, choć zamawiający czasami próbowali w tej kwestii negocjować. Zwykle proponowali, że zapłacą wtedy, gdy dostaną zaliczkę od wydawcy.
Wera zsunęła się ze stołka barowego i podeszła do plecaka. Szperała w nim przez chwilę, po czym wróciła z kopertą. Położyła ją na wyspie kuchennej.
- Tu jest tysiąc euro. Przelicz!
Przeliczył. Zgadzało się, dziesięć banknotów po sto euro. Dziewczyna podpisała dwa egzemplarze umowy, po czym mu je podsunęła wraz z długopisem. Też się podpisał.
- To ile zajmie ci napisanie początku dla mnie?
- Za cztery, pięć godzin będziesz miała tekst.
- Naprawdę?
Głos Wery wyrażał zaskoczenie, a twarz wielką satysfakcję.
- Obiecuję, że dłużej to nie potrwa.
- W takim razie za pięć godzin będziesz miał mnie z głowy.
Dopiła colę i zbyt głośno odstawiła szklankę. Wzięła umowę i podeszła z nią do plecaka.
- Teraz pójdę na spacer i wrócę za pięć godzin.
William patrzył na jej pochyloną sylwetkę. Widział umięśnione plecy i wąskie biodra. Cienki materiał spodni przykleił się do atletycznych ud. Dziewczyna musiała często odwiedzać siłownię. Dbała o kondycję bardziej niż o wygląd. Włosy ściśnięte w nieładny kok nie dodawały jej urody. Bluzka przypominająca męski podkoszulek też nie.
- Mam inną propozycję - rzucił William, opierając łokcie o blat.
Wera zamarła z dłonią w plecaku. Wolno obróciła ku niemu twarz. W nieruchomych źrenicach tliła się czujność. Nie zapytała, jaka to propozycja. Czekała, aż on się odezwie.
- Ja będę pisał, a ty przez ten czas usmażysz rybę. Mam pstrąga w zamrażalniku.
Dziewczyna się rozluźniła. Czarne punkty w jasnych tęczówkach drgnęły. Za chwilę przywołała na twarz przesadne oburzenie.
- Mam smażyć w takim upale? Żartujesz?
- Bez obiadu nie będę pracował. No i do ryby musisz jeszcze usmażyć frytki.
Uniosła ręce w geście poddania. Wyglądała dziwnie z dłońmi w białych rękawiczkach nad głową.
- Niech ci będzie. Zrobię rybę i frytki.
Wsunął kopertę z pieniędzmi do kieszeni i wyszedł na taras. Była dwunasta w południe. O siedemnastej znowu zostanie sam. Oby wtedy poczuł się lepiej, bez tego świdrującego niepokoju w duszy i jeszcze mocniejszych wyrzutów sumienia.