Tytus Kwincjusz Flaminus, trzyimienny patrycjusz rzymski, opuścił
swoją wspaniałą willę i szedł ku miejscu, na którem wznosić dla
niego rozpoczynano pałac przewspaniały. Willa była obszerną, lecz
jego wielkości pomieścić w sobie nie mogła i była pełną bogactw,
lecz nie mieściły się w niej wszystkie jego bogactwa. Skinął tedy,
rozkazał, złotem zadzwonił i już ziemia otwierała się dla przyjęcia
fundamentów budowy, która miała być świątynią, chwale jego
poświęconą.
Wcześnie Flaminus dosięgnął szczytu pomyślności ludzkiej.
Dojrzałym był, lecz bynajmniej nie zestarzałym jeszcze, a z postawy
rosłej i wykwintnej, z orlich rysów twarzy, z dumnego i surowego
czoła wyczytać można było, że należał do rodu zdobywców. Głowę
niósł wysoko, w oczach miał pogodę zadowolonego boga.
Za senatorską szatą jego, zdobną w złote palmy i purpurowe szlaki,
sunął w nieśmiałem oddaleniu liczny, strojny orszak sług i
kljentów. Niedaleka przechadzka przybierać musiała pozór pochodu
triumfalnego, gdyż on to był Tytus Kwincjusz Flaminus, który się
przechadzał...
Sprawiłyż to wpływy cudnej pogody letniej, czy nowych zaszczytów z
Rzymu wczoraj otrzymanych, czy rozpoczęcia się robót około
wznoszenia pałacu upragnionego, lecz nigdy tyle, ile dnia tego,
Flaminus nie czuł się dumnym i szczęśliwym. Od mózgu do palców stóp
napełniały go, przenikały, upajały uczucia dumy i szczęścia.
Świetny orszak ze szmerem cichej rozmowy zdala za nim postępował,
on zaś drogą, przedziwnie przez kunszt rzymski porfirowemi taflami
wyłożoną, wśród mirtów i bukszpanów krocząc, z orlim profilem,
wzniesionym tak wysoko, jakby dumnem czołem samego nieba dosięgnąć
zamierzał - wspominał i myślał.
O możnych i sławnych przodkach swych wspominał i cieszył się, że
możnymi i sławnymi byli, lecz więcej jeszcze tem, że sam ich w
możności i sławie przewyższył. Uczuwał dwie naraz pychy, które mu
dwa razy większą rozkosz sprawiały, niżby to jedna uczynić mogła.
Przeżuwał ucztę, której smak nawskróś przejmował mu duszę.
Myślał o wielkich, o nieporównanych czynach, których dokonał.
Sztuką wojenną, w której był mistrzem, zburzył jedno z państw
ościennych, a drugie tak obietnicami, groźbami, intrygą genjalną
obmotał, że samo rzuciło się w objęcia Rzymu. Poczem, prokonsulem
tu i prokonsulem tam przez wdzięczny Rzym mianowany, deptał po
ludach podbitych, gdy podnosiły głowy, a gdy pochylały, sączył w
nie jad trucizny rozmaitej, aby posnęły i pomarły. Legjony
rzymskie, wojennym jego genjuszem kierowane, jak szkło kruche
rozbijały wszystko, co, broniąc życia swego, opór mu stawiało, a
kędy zaszła potrzeba szczędzenia dzielności legjonów, tam je
zastępowały przebiegłe słowa jego i chytre postępki. On to sprawił
i mała podobnych jemu liczba, że blask i wolność ludów ziemi już do
przeszłości minionej, a teraźniejszość i przyszłość potężna tylko
do Rzymu należą. I sam już nie wie, na których z chwil minionych
dłużej pamięć ma zatrzymać: na tych, które spędził nad polami
bitew, zalanemi krwią i zasłanemi trupami przeciwników
zwyciężonych, czy na tych, gdy przebiegłością jego zwiedzione, ludy
mądre i wykwintne, - ba! od ojczyzny jego mędrsze, wykwintniejsze,
- wieńce triumfalne pod stopy mu rzucały i z hymnem chwalby na
cześć jego wznoszonym - szły do mogiły.
Pamięć jego waha się także pomiędzy temi dziesiątkami tysięcy
funtów złota, któremi, z wypraw wojennych wracając, wzbogacał skarb
publiczny Rzymu, a tem mnóstwem metalu drogocennego i
drogocenniejszych nadeń arcydzieł sztuki, w które się sam wśród
wypraw tych wzbogacił i które teraz od szczytu do dołu napełnić
miały jego pałac. Staną w tym pałacu ściany atrjów i tryklinjów,
rozbiegną się dokoła niego perystyle i ogrody, zabrzmią w nim uczty
i muzyki takie, że w sto trąb Fama rozegrzmi po świecie: Flaminus
wielki! Flaminus potężny! Flaminus niezrównany, niedościgły, boski!
Wzrok upojony, którym dotąd bujał pod błękitami nieba, spuścił ku
ziemi i szeroko po niej spojrzeniem zatoczył.
Niedaleko przed nim czerniała gromada ludzi, która ze stukami
rydlów i młotów, z grzmotem zwalanych kamieni, pod świątynię jego
wielkości przygotowywała grunt i fundament. Dalej nieco ujrzał
tych, którzy około winnic jego pracowali, albo, wspierając się na
pasterskich kijach, z wiernymi psami przy bosych nogach, ku
pastwiskom pędzili jego trzody. Dalej jeszcze, po szerokich jego
niwach, jak biedne, zgarbione cienie posuwali się oracze, a
najdalej, tam, skąd dochodził szum wód, roztrącanych przez wiosła,
powietrzem płynęły, do ptaków wędrownych podobne, liczne żagle jego
okrętów.
Flaminus patrzał, dziwił się, zapytywał siebie samego i bogów:
"czyliż ci, którzy orzą i którzy ziemię kopią, wiosłami fale
morskie roztrącają i, po kamienistych drogach bosemi nogami
krocząc, na pastwiska trzody pędzą, ludźmi są, skoro on jest
człowiekiem". Albo: czyliż on jest człowiekiem, skoro tamci są
ludźmi?
Nie: taka nierówność postaci, rozumu, losu, nie może istnieć wśród
istot jednego rodu! Bogowie żartowali sobie, jedno imię nadając
takim jak on i takim jak oni... Wolno żartować bogom, ale i jemu z
ich żartów śmiać się. Cha, cha, cha! Gdybyż choć jedno
podobieństwo, choć jedna wspólność pomiędzy nim a nimi! Budowa i
członki ciała? Cóż to znaczy? On do Febusa i Merkurego Loquensa,
oni do wychudzonych cyklopów podobni. Konieczność umierania? On,
choć umrze, nie umrze. Czyny jego mieć będą sławę wiekopomną, a
imię, w pamięci uwielbiających je pokoleń, otrzyma trwanie
nieśmiertelne. Nie - mniemać i wierzyć niepodobna mu inaczej, jak
tylko, że na ziemi, zarówno jak w niebie, istnieje ród bogów i że
on tego rodu jest synem.
Tak myślał, roił, cieszył się, samego siebie do rzędu bóstw
podnosił Tytus Kwincjusz Flaminus, wielki, sławny, przebogaty, po
wielekroć konsularny patrycjusz i dostojnik przepotężnego Rzymu.
Wtem, z ciemnej gromady ludzi, do której się zbliżał, wybiegł
dozorca robót i, na spotkanie pana pośpieszywszy, jął z niskim
ukłonem rzecz dość ciekawą opowiadać.
Opowiadał, że rydle kopaczy uderzyły niedawno o jakąś powierzchnię
twardą, ale kruchą, która też skruszyła się pod ich ciosami i
ukazała wejście do podziemia, wrotami z twardego metalu zamknięte.
Czem podziemie to być może? Nikt nie wie, bo nikt do wnętrza jego
wstąpić nie śmie. Może ta czeluść, nagle pod stopami ludzkiemi
rozwarta, jest wejściem do przybytku Snu, albo Nocy? Może tam na
śmiertelnych czyhają genjusze podziemne, aby ich zawlec do
królestwa wiekuistego smutku?
Z drwiącym uśmiechem gminnych przypuszczeń tych wysłuchał Flaminus
i, do orszaku swego obrócony, zawołał:
- Pochodni!
Potem dodał:
- Skrybi i greccy lektorowie moi - do mnie!
A gdy przywołani zbliżyli się, z oczyma błyszczącemi mówił:
- Płonę od ciekawości zbadania tej czeluści podziemnej. Może mi
ona skarby czy piękności jeszcze nieznane ukaże.
- Słusznem jest, najjaśniejszy, - jeden ze skrybów zauważył, - aby
ziemia dla największego z synów swych tajemnic nie miała.
Uczony Grek zaś dodał:
- Jedni tylko Grecy dotąd niebu i ziemi tajemnice ich wydzierali.
Słusznie, o Flaminie, ulubieńcem ojczyzny mojej zostałeś, boś
mądry, ciekawy i śmiały.
Nieśmiałości Flaminus nie znał i od ciekawości płonęło mu oblicze,
gdy pod uderzeniami młotów pękły drzwi cudnie z metalu wykute, a on
z pochodnią w ręku przestąpił próg podziemia.
Jednak, zaledwie go przestąpił, zadrżał, zbladł, pochodnia wypadła
mu z ręki.
- Co to? - Zawołał - Widzieliście? Co to było? Widziadło
piekielne, szybko jak błyskawica zgasłe? czy zmysłów omam, przez
rozgniewane genjusze rzucony? Widzieliście? Co to było? Mówcie!
Widzieli wszyscy, lecz nikt nic nie mówił, bo nikt nie wiedział,
czem mogło być to, co jak błyskawica pole widzenia ich przerznęło i
- znikło. Stali bladzi i drżący, z nogami, zrywającemi się do
ucieczki, lecz nie śmiącemi uciekać, skoro nie uciekał Pan.
Blask kilku pochodni oświetlił był komnatę niedużą, kunsztownie
sklepioną, wspaniałych ozdób pełną i w jej środku, na wysokim
sarkofagu rozciągniętą postać męża, doskonale wypukłą i wyraźną,
wspaniałą, w bogate szaty obleczoną, z profilem orlim, brodą długą
i złotym ogromnym wieńcem na czarnych falach włosów. Przysiądzby
można, że piękny i silny mąż ten, w pełni zdrowia na tem wysokiem
łożu wczoraj zaledwie do snu się położył i że jest jednym z tych,
za którymi kornie i karnie płyną łańcuchy ludzi nieścignione.
Lecz zaledwie na tę uśpioną, wielką postać upadł blask pochodni i
ogarnął ją dech wstępującego tu razem z tym blaskiem powietrza, gdy
nagle, w jednym mgnieniu błyskawicznem zniknęła i u szczytu
sarkofagu leżała już tylko rozsypana garść szarego prochu. Tylko
ogromny złoty wieniec znaczył miejsce, na którem przed mgnieniem
oka, w falach długich włosów leżała głowa z profilem dumnego
zdobywcy.
Przez krótką tylko chwilę Flaminus mógł doświadczać trwogi i
wahania. Wnet na lektorów i skrybów skinął, aby szli za nim i sam
ku sarkofagowi postąpił.
- Dlaczego, - mówił, - mąż ten silny i piękny tak szybko z przed
oczu nam zniknął, nie wiem, i wolę Bogów lub tajemnicze działanie
natury w tem upatruję. Lecz to mgnienie oka, przez które go
ujrzałem, wystarczyło, aby cześć moją dla niego obudzić i płonę
żądzą dowiedzenia się, kim był, co uczynił i jak brzmiało imię
jego.
Na ogromnym wieńcu złotym, w którym róże i laury wdzięczne
mieszały się z postaciami genjuszów zwycięstwa i sławy, szukał
wyrytych zgłosek imienia. Był to wieniec triumfalny, widział to
dobrze, a na wieńcach takich musi znajdować się imię triumfatora.
Znajduje się też wyryte u stóp genjusza sławy, spostrzega je
Flaminus, wzrok wytęża, wyczytać usiłuje, aż po chwili ku orszakowi
swemu obrócony, z wahaniem mówi:
- Pismo-nieznane!
Kilka twarzy zamyślonych pochyla się nad napisem, kilka par oczu w
nim się zatapia i po upływie długich minut usta ze zmieszaniem
szepcą:
- Pismo i język - nieznane!
Z twarzą rozgorzałą Flaminus pilnie powierzchnię sarkofagu dokoła
ogląda.
- Jest i tu napis! - wola. - Pochodnie przybliżyć! Światła!
Światła!
Wysokie łoże śmiertelne staje w pożarze blasków, a pałające oczy
skrybów, lektorów i ich pana toną w wijących się pośród rzeźb
napisach, aż z piersi wszystkich szept wychodzi ciężki, jak
westchnienie.
- Pismo i język - nieznane!
Flaminus porwał się, burza uczuć rumieńce do czoła mu rzuciła.
- Imię męża tego! dziesięć tysięcy sestercji i łaska moja temu,
kto imię to wyczyta!
Teraz blaski pochodni oblały ściany komnaty i ukazały na nich
rzeczy przedziwne, wymowne.
Były to malowania, z których wyczytać można było jak żył, co
posiadał, co miłował, czego używał ten, który teraz na szczycie
sarkofagu garścią rozsypanego prochu leżał. Więc w miejscu jednem
sztukmistrz przedstawił ptaki drogocenne i z wybornego smaku swego
słynne, ryby z oddalonych rzek i mórz pochodzące, kosze owocami
rzadkiemi, dzbany płynami rubinowemi, wazy kwiatami cudnemi
napełnione. Gdzieindziej grajkowie kołom gibkich tancerek
przygrywali, bogate wozy ścigały się na arenach, w niecierpliwem
oczekiwaniu stały świecące od ozdób rumaki, przeciągały pochody
wojenne i triumfalne, kwitły sady, złociły się pola i winnice,
wypływały okręty na szerokie morza. Lecz niedość na tem.
Oprócz malowideł znajdowało się w tym przybytku głuchej śmierci
mnóstwo wszędzie napisów i mnóstwo przedmiotów zadziwiających,
świetnych. U stóp ścian, w niszach, na piedestałach jakieś zbroje
pradawne, z kształtami nikomu z żyjących nieznanemi, jakieś czary i
misy kunsztem rzeźbiarskim do wysokości dzieł sztuki dźwignięte,
sprzęty, na których szyldkret, złoto i kość słoniowa mieszały się z
marmurem i różanem drzewem, klejnoty rzadkie, wieńce, nadewszystko
wieńce, mnóstwo wieńców takich, jakiemi ludzkość zachwycona i
wdzięczna zdobi czoła swoich triumfatorów, wybrańców.
Wszystko to przedstawiało zapewne drobną tylko część bogactwa,
potęgi, szczęśliwości tego, który teraz na szczycie sarkofagu
rozsypaną garścią prochu leżał.
Flaminus patrzał, zdumiewał się, uwielbiał, aż przemówił.
- Bogatym i sławnym był. Jakiemi czynami zdobył bogactwo i sławę?
Pragnę dzieje czynów jego poznać i jego imienia brzmieniem usta
swoje rozradować. Pięćdziesiąt tysięcy sestercji temu, kto dzieje
te i to imię w napisach tych wyczyta!
W wyczytywaniu wszystkich pism świata biegłymi byli skrybi
rzymscy, a jakiejże wiedzy nie posiadali, z pośród najbardziej
uczonych wybrani, lektorzy greccy? Jednak po długich minutach
wszyscy z trwogą przed gniewem pana wyrzekli:
- Niepodobna... Pismo i język - nieznane!
Najpoważniejszy zaś i najśmielszy z pośród Greków mówić zaczął.
- Ziemia, na której, o najdostojniejszy! pałac swój wznieść
zamierzyłeś, była ziemią narodu Etrusków, którzy dopóty nad nią
panowali, dopóki nie podobało się bogom stworzyć prawych panów
świata - Rzymian. Domyślam się tedy, żeśmy wstąpili do jednego z
grobów Etruskich, w których naród ten miał zwyczaj otaczać swych
zmarłych wyobrażeniami tego, z czego chwałę, szczęśliwość i osnowę
życia swojego czerpali. Czy jednak mąż ten, który na mgnienie oka
objawił się przed nami w całej swej sile, piękności i chwale, do
tego narodu należał? Trudno zapewnić, bo na tej ziemi, tak jak na
wszelkiej innej, wiele z kolei narodów żyło, kwitnęło, przemijało i
znikało. Po najdawniej znanych tu Pelazgach nastąpili Kazenowie z
Kecji, których wyrugowali Samnici, z kolei przez Gallów zgnębieni,
a potem w związek obronny złączeni z Etruskami, których z
powierzchni ziemskiej starli Rzymianie; każdy zaś z ludów, którem
wymienił, przemijając, język swój z sobą unosił w krainę minionej i
zapomnianej przeszłości. Nietylko więc imię i czyny męża tu
pogrzebanego są dla nas nieprzeniknioną tajemnicą osłonięte, ale
nawet oznajmić ci nie możemy z jakiego pochodził on rodu. Czy
Pelazgiem był, Samnitą, Gallem, lub Etruskiem, a może z innem
jeszcze plemieniem, zwycięskiem a nam nieznanem, tu przybył, nikt
ze śmiertelnych, ani ty, Flamininie, z pomiędzy nich
najpotężniejszy, dowiedzieć się dziś nie może.
Rzekł słowa te Grek poważny; milczenie wnętrze komnaty grobowej
zaległo i wszystkim się zdało, że płyną po niej dźwięki żałosne,
jakoby ciche żegnanie tych, co odchodzą na wieki.
Po chwili Grek jeszcze przemówił.
- Wszystko na ziemi o Clarissime! jest jako piasek toczący się z
góry, którego jeden tuman, gdy przeleci, zastępuje go drugi, i tak
lecą po przestworzach czasu tumany rzeczy ziemskich w
nieskończoność, w uciszenie wiekuiste, w zapomnienie, w grób tak
ogromny, że niczem są wobec niego ogromy oceanów, a któremu to
grobowi na imię: przeszłość. Na dno tego grobu, razem z imieniem
swem, mową swą i rozgłosem swych czynów zapadł mąż, który w
krótkiej chwili przebywania przed obliczem słońca - tobie samemu -
Clarissime, w sile i chwale zapewne dorównywał. Tak jest. Takie
prawo ustanowili bogowie dla potężnego dębu i dla lichej trawy, dla
orła i dla robaka, dla królów świata i dla pasterzy trzód...
Umilkł Grek, a Flaminus z głową spuszczoną i wzrokiem wbitym w
ziemię słuchał jeszcze. Słuchał ech, któremi, mowa Greka odbijała
się po różnych stronach jego własnego wnętrza. Potem, jak człowiek,
który szereg tajemnych myśli głośno kończy, rzekł:
- A imię jego: Nikt!
Skraj togi na twarz zarzucił i krokiem gwałtownym komnatę grobową
opuścił. Nikt z obecnych iść za nim nie śmiał i wszyscy z podziwem
patrzali, jak zwalniając, to przyśpieszając kroku, szedł w złote
pole, ku morzu, do takiego człowieka podobny, który sam nie wie,
dokąd i po co idzie.
Szedł i co moment stawał, bo zdawało mu się, że ziemia w żywioł
płynny przemieniona pod stopami jego i naokół fale toczy
nieustanne, nieustanne, nieustannie jedne po drugich następujące,
umykające, przepadające w oddaleniach nieścignionych. A gdy tak pod
stopami jego i naokół działo się z ziemią, powietrzem, tumany
piasku leciały, jeden za drugim, nieskończenie po sobie następując,
przelatując, oddalając się, znikając w przestworzach, granic i
końca nie mających...
W takiej fali on był kroplą, w takim tumanie on był ziarnkiem
piasku...
A przed godziną mniemał... Tamten również w krótkiej porze
przebywania przed obliczem słońca, mniemać zapewne musiał... W
błędzie byli, on i tamten... Nie mógł Flaminus znieść myśli o tem,
że w mniemaniu swem pobłądził, a przytem fale nieustannie pod
stopami mu płynące, krokami jego chwiały i nad głową przelatujące
tumany gryzącym pyłem zasypywały oczy, podniebienie, gardło.
Głowę ukrył całą w kraju senatorskiej szaty i od złotych palm,
które ją usiewały, błyszczący, runął w cieniu winnicy, na ziemię.
- Bogowie! - wzdychał, otom jest dąb potężny, który zmalał do
wzrostu lichej trawy, orzeł, który zwinął się w kształt robaka,
król świata, zrównan z pasterzem trzód swoich... Kędyż na ziemi
wielkość?
Prawdę powiedział prostak, z którego słów drwił Flaminus. W
etruskim grobie mieszkały podziemne genjusze i wstępującym do niego
śmiertelnikom ukazywały dwie nagie postacie, z których jedna
mówiła: przeminiesz! a druga: największym z ludzi będąc, małyś jest
i wielkim siebie mniemając - szalonyś!