Podziękowania
Jak większość książek, także i ta była pracą zbiorową. Moja żona, Kathy
Frederick Louv, i synowie, Jason oraz Matthew, udzielali mi
logistycznego, emocjonalnego i intelektualnego wsparcia. Przeszli też
przez cały proces badawczy.
Książka nie ukazałaby się bez pomocy wydawczyni Elisabeth Scharlatt i agenta literackiego Jamesa Levine'a. Elisabeth patrzyła na wszystko
życzliwym, lecz krytycznym okiem. Zapewniała korzeniom przestrzeń do
wzrostu, ale łagodnie, acz stanowczo przycinała niesforne pędy.
Współpraca z nią to sama radość. Również Amy Gash z wydawnictwa
Algonquin udzielała mi budującego wsparcia, podobnie jak Craig Popelars,
Ina Stern, Brunson Hoole, Michael Taeckens, Aimee Bollenbach, Katherine
Ward i pozostali członkowie zespołu wydawniczego. Ciężka praca
korektorska przypadła mojemu utalentowanego przyjacielowi, niemal już
bratu, Deanowi Stahlowi. Nie do przecenienia jest pomoc redaktorska,
jaką zaoferowali mi John Shore, Lisa Polikov, Cheryl Nicchitta oraz moi
redaktorzy w San Diego Union Tribune: Bill Osborne, Bernie Jones, Lora
Cicalo, Jane Clifford, Karin Winner i Peter Kaye. W odpowiednich
momentach na ziemię sprowadzali mnie John Johns, David Boe, Larry
Hinman, Karen Kerchelich, Rosemary Erickson, R. Larry Schmitt, Melissa
Baldwin, Jackie Green, Jon Funabiki, Bill Stothers, Michael Stepner,
Susan Bales, Michael Goldstein, Susan White, Bob Laurence, Jeannette De
Wyze, Gary Shiebler, Anne Pearse Hocker, Peter Sebring, Janet Fout, Neal
Peirce, LaVonne Misner, Melissa Moriarty, a przede wszystkim, jak zawsze
świecąc przykładem, Michael Louv.
Choć nie jest przyjęte, by pisarz dziękował autorom dzieł cytowanych w swojej książce, staranność (skrupulatność) oraz szacunek nakazują mi
wyrazić wdzięczność trzem grupom. Pierwsza z nich to nauczyciele, a zwłaszcza John Rick, Brady Kelso, Tina Kafka, David Ward i Candy
Vanderhoff, którzy zachęcali uczniów do dzielenia się ze mną swoimi
przemyśleniami. Druga to sami uczniowie (imiona niektórych zostały
przeze mnie zmienione). Trzecia to wielce użyteczna grupa naukowców,
którzy w ostatnich latach rozpoczęli pracę na tym polu. Jestem
szczególnie wdzięczny Louise Chawli, która nie tylko podzieliła się ze
mną własnymi odkryciami, ale również wskazała mi prace innych badaczy.
Przepraszam tych, których dokonania w tej dziedzinie są bezcenne, lecz
do których nie odwoływałem się w sposób bezpośredni.
To już drugie wydanie tej książki. Mam dług wdzięczności wobec Cheryl
Charles i Alicii Senauer, które podjęły się aktualizacji przywoływanych
badań. Jestem też wdzięczny Martinowi LeBlancowi, Amy Pertschuk, Marti
Ericksonowi, Johnowi Parrowi, Stephenowi Kellertowi, Yusufowi
Burgessowi, Chrisowi Kruegerowi, Mike'owi Pertschukowi, Kathy Baughman
McLeod, Nancy Herron, Bobowi Peartowi oraz po raz kolejny Cheryl
Charles, za założenie Sieci "Dzieci i przyroda" (Children & Nature
Network), która podtrzymuje dziedzictwo tej książki.
Na końcu chciałbym podziękować Elaine Brooks, która niestety nigdy nie
przeczyta książki, do napisania której mnie inspirowała, lecz której
głos słychać na jej kartach.
Wprowadzenie
Pewnego wieczoru, kiedy moi chłopcy byli młodsi, siedzieliśmy w restauracji, a dziesięcioletni wtedy Matthew spojrzał na mnie znad
talerza i zapytał z powagą: "Tato, dlaczego było fajniej, kiedy ty byłeś
dzieckiem?".
Zapytałem, co ma na myśli.
"No ciągle tylko opowiadasz o swoich lasach i domkach na drzewie, i jak
jeździłeś na koniu niedaleko tamtego bagna".
W pierwszej chwili pomyślałem, że jest na mnie zły. Rzeczywiście często
opowiadałem mu, jak używaliśmy sznurka i kawałków wątróbki do łapania
raków w strumyku, a więc o czymś, czego próżno dziś szukać wśród
dziecięcych zabaw. Jak wielu rodzicom, zdarza mi się idealizować swoje
dzieciństwo i obawiam się, że zbyt często okazuję lekceważenie dla
sposobów zabawy i przygód własnych dzieci. Mój syn mówił jednak całkiem
poważnie, czuł, że omija go coś bardzo ważnego.
I miał rację. Moi rówieśnicy -?pokolenie wyżu demograficznego -?czy też
starsi Amerykanie oddawali się swego rodzaju nieskrępowanej, bliskiej
naturze zabawie, która w epoce telefonów komórkowych, esemesowania i Nintendo wydaje się jakimś osobliwym przeżytkiem.
W ciągu ostatnich kilku dziesięcioleci radykalnie zmienił się sposób
rozumienia i doświadczania przyrody przez dzieci. Nastąpiło całkowite
odwrócenie sytuacji. Dzieciaki są dziś świadome globalnych zagrożeń dla
środowiska naturalnego, ale ich fizyczny kontakt i bliska relacja z przyrodą powoli odchodzą w zapomnienie. Zupełnie inaczej niż wtedy,
kiedy ja byłem dzieckiem.
Kiedy byłem mały, w ogóle nie zdawałem sobie sprawy, że moje lasy
znajdują się w ekologicznej łączności z innymi lasami. W latach 50. nikt
nie mówił o kwaśnych deszczach, dziurze ozonowej czy globalnym
ociepleniu. Mimo to świetnie znałem swoje lasy i pola, znałem każdy
zakręt strumyka i zagłębienie w piaszczystych ścieżkach. Wędrowałem po
nich nawet we śnie. Współczesne dzieciaki z pewnością opowiedzą nam
wszystko o amazońskich lasach tropikalnych, lecz nie o tym, kiedy
ostatnio samotnie spacerowały po lesie albo leżały na łące, wsłuchując
się w świst wiatru i obserwując przepływające nad ich głowami chmury.
Ta książka dotyczy rosnącej przepaści między naszymi dziećmi a światem
przyrody oraz jej środowiskowych, społecznych, psychologicznych i duchowych konsekwencji. Powołuję się w niej na coraz obszerniejszy
materiał badawczy, który wskazuje na to, jak ważny jest kontakt z przyrodą dla zdrowego rozwoju dziecka -?jak również osoby dorosłej.
Choć skupiam się tu przede wszystkim na dzieciach, to sporo miejsca
poświęcam także tym, którzy urodzili się w przeciągu ostatnich dwóch,
trzech dziesięcioleci. Zmiana, która nastąpiła w naszym stosunku do
świata przyrody, jest porażająca nawet w tych okolicznościach, które -
mogłoby się zdawać -?z definicji sprzyjają bliskiemu kontaktowi z przyrodą. Jeszcze nie tak dawno obóz letni był miejscem, gdzie spało się
pod namiotami, chodziło po lasach, zdobywało wiedzę o roślinach i zwierzętach oraz opowiadało przy ognisku historie o duchach i drapieżnych bestiach. Ale dzisiaj "obóz letni" coraz częściej oznacza
wczasy odchudzające albo obóz komputerowy. Dla młodszego pokolenia
przyroda bliższa jest abstrakcji niż rzeczywistości. Coraz częściej jest
czymś, co się obserwuje, konsumuje, zakłada na siebie -?i ignoruje.
Niedawno emitowano w telewizji reklamę przedstawiającą samochód terenowy
z napędem na cztery koła pędzący wzdłuż oszałamiająco pięknego górskiego
potoku. Na tylnym siedzeniu samochodu siedziało dwoje dzieci i oglądało
na wysuwanym ekranie film, zupełnie nieświadome widoku za oknem.
Sto lat temu historyk Frederick Jackson Turner oświadczył, że nastąpił
koniec amerykańskiego "efektu pogranicza". Jego teza nadal stanowi
przedmiot debat i dyskusji. Ale dzisiaj przekraczamy podobną i jeszcze
istotniejszą granicę.
Nasze społeczeństwo uczy młodych ludzi unikania bezpośredniego kontaktu
z przyrodą. Taką lekcję dają nam szkoła, rodzina, a nawet organizacje
turystyczno-krajoznawcze; została ona wpisana w prawne i regulacyjne
struktury naszych społeczności. Nasze instytucje, plany zagospodarowania
przestrzeni miast i przedmieść oraz postawy kulturowe nieświadomie
przedstawiają przyrodę jako źródło wszelkiego nieszczęścia, a otwartą
przestrzeń pozbawiają jej konotacji z radością i samotnością. System
szkolnictwa, media i rodzice, kierowani pozytywnymi pobudkami, w rzeczywistości tylko odstraszają dzieci od zabawy w lasach i na polach.
Na uczelniach, rządzących się zasadą "opatentuj albo zgiń", jesteśmy
świadkami śmierci historii naturalnej, która zanika, w miarę jak
praktyczne dziedziny takie jak zoologia ustępują miejsca tym bardziej
teoretycznym i opłacalnym, jak na przykład mikrobiologia i inżynieria
genetyczna. Szybki rozwój technologii zaciera granice między
człowiekiem, zwierzęciem i maszyną. Postmodernistyczne stwierdzenie, że
rzeczywistość jest jedynie konstruktem -?a my sami tym, co sobie
zaprogramujemy -?obiecuje człowiekowi nieskończone możliwości, lecz w miarę jak młodzi ludzie coraz mniej czasu spędzają w otoczeniu przyrody,
ich zmysły ulegają fizjologicznemu i psychologicznemu ograniczeniu, a to
zmniejsza bogactwo ludzkiego doświadczenia.
Jednak w tym samym czasie, gdy więź łącząca młodych ludzi ze światem
przyrody zanika, coraz większa liczba badań wskazuje na bezpośredni i jednoznacznie pozytywny wpływ przyrody na nasze zdrowie psychiczne,
fizyczne i duchowe. Niektórzy naukowcy sugerują nawet, że przemyślany
kontakt młodzieży z przyrodą bywa bardzo skuteczną formą terapii
zaburzeń deficytu uwagi i innych schorzeń. Jak twierdzi jeden z badaczy,
można już śmiało powiedzieć, że dzieci potrzebują kontaktu z przyrodą w takim samym stopniu, jak niezbędne jest im właściwe odżywianie czy
odpowiednia ilość snu.
Zmniejszenie tego deficytu -?połączenie zerwanej więzi między młodymi a przyrodą -?leży w naszym interesie nie tylko ze względu na wymogi
estetyki czy sprawiedliwości, ale także dlatego, że od tego zależy nasze
zdrowie psychiczne, fizyczne i duchowe. Stawką jest też zdrowie całej
planety. To, w jaki sposób młodzież reaguje na przyrodę i jak wychowa
swoje dzieci, będzie wpływać na konfiguracje i warunki panujące w naszych miastach, domach -?w naszym życiu codziennym. Na kolejnych
stronach przyjrzę się alternatywnym ścieżkom prowadzącym do przyszłości,
włączając w to jedne z najbardziej innowacyjnych ekologicznych programów
szkolnych; rewizjom i innym sposobom projektowania środowisk miejskich -
a więc temu, co pewien teoretyk określił mianem "zoopolii"; sposobom
radzenia sobie z wyzwaniami, które stoją przed grupami ekologicznymi i zajmującymi się ochroną przyrody; oraz temu, jak organizacje wyznaniowe
mogą przywrócić bliską więź z przyrodą w ramach duchowego kształcenia
dzieci. Na kartach tej książki zabierają głos rodzice, dzieci,
dziadkowie, nauczyciele, naukowcy, przywódcy religijni, ekolodzy i badacze z różnych części kraju. Wszyscy ci ludzie dostrzegają, że
nadszedł czas na zmianę. Niektórzy z nich kreślą wizje nowej
przyszłości, w której dzieci zostają na powrót zjednoczone z naturą, a środowisko naturalne jest doceniane i chronione.
W czasie badań nad tą książką żywiłem nadzieję, że wielu obecnym
studentom, należącym do pierwszego pokolenia, które dorastało w oderwaniu od świata przyrody, udało się zakosztować jej na tyle dużo, by
intuicyjnie zdać sobie sprawę z tego, co ich ominęło. Ta tęsknota jest
źródłem siły. Ci młodzi ludzie opierają się postępującemu odchodzeniu od
tego, co realne, do tego, co wirtualne, od gór do Matrixa. Oni nie
zamierzają zostać ostatnimi dziećmi lasu.
Moi synowie mogą jeszcze doświadczyć tego, co pisarz Bill McKibben
nazwał "końcem przyrody" -?to nieskończenie smutny świat, w którym
człowiek nie ma już dokąd uciec. Ale jest jeszcze jedna możliwość: wcale
nie koniec przyrody, lecz odrodzenie postawy pełnej zadziwienia, a nawet
radości. Nagrobek, który Jackson wystawił amerykańskiemu pograniczu, był
tylko po części uzasadniony. Choć jedno pogranicze zniknęło, pojawiło
się inne, na którym Amerykanie idealizowali, wykorzystywali, chronili i niszczyli przyrodę. Teraz i to pogranicze -?obecne na rodzinnej farmie,
w lesie na krańcu drogi, w parkach narodowych i w naszych własnych
sercach -?zaczyna znikać albo zmienia się nie do poznania.
Ale, tak jak i poprzednio, nasza relacja z naturą może jeszcze
przemienić się w coś zupełnie innego. Ta książka opowiada o końcu pewnej
epoki, ale i o zupełnie nowym pograniczu -?o lepszym sposobie współżycia
z przyrodą.
Rozdział 1. Dary natury
Rozdział 1
Dary natury
Gdy widzę brzozy, w prawo lub w lewo schylone, Skośne na tle pionowych
krech ciemniejszych pni, Chętnie godzę się z myślą, że to jakiś chłopak
Musiał się na nich huśtać.
-?Robert Frost
Brzozy w tłum. Stanisława Barańczaka
Jeśli w dzieciństwie włóczyliśmy się po lasach topolowych w stanie
Nebraska, hodowaliśmy gołębie na dachu w Queens, łowiliśmy bassy
niebieskie w Ozark i czuliśmy, jak podnosi się fala, która przebyła
tysiąc mil, zanim otarła się o naszą łódź, to ze światem przyrody
połączyła nas więź, która pozostaje z nami do dzisiaj. Przyroda wciąż
wywiera na nas swój wpływ -?podrywa nas do lotu, niesie na swoim
grzbiecie.
Dla dzieci przyroda ma wiele twarzy. To nowo narodzony cielak; zwierzak
domowy, który żyje, a potem umiera; wydeptana ścieżka w lesie; fort
wzniesiony wśród pokrzyw; wilgotny, tajemniczy skraj pustej działki.
Niezależnie od tego, jaką przyjmuje formę, otwiera przed każdym
dzieckiem starodawny, bezkresny świat, poza kontrolą rodziców. W przeciwieństwie do telewizji przyroda nie zabiera nam czasu, ona go
rozszerza. Przyroda działa jak balsam dla duszy dziecka, które żyje w wyniszczającej je rodzinie albo niebezpiecznym otoczeniu. Jest jak
czysta karta, na której dziecko kreśli i interpretuje na nowo fantazje
kultury. Przyroda pobudza kreatywność u dziecka, domagając się
wizualizacji i wykorzystania wszystkich zmysłów. Jeśli mu tylko
pozwolić, dziecko zabierze swoje zagubienie w świecie do lasu, opłucze
je w strumyku i wywróci na drugą stronę, żeby zobaczyć, co się tam
kryje. Przyroda może też dziecko przestraszyć i ten strach ma swój cel.
W przyrodzie dziecko odnajdzie wolność, wyobraźnię i prywatność: to
miejsce z dala od świata dorosłych, jego własny (s)pokój.
To tylko niektóre z praktycznych zastosowań przyrody, ale na poziomie
głębokim przyroda sama ofiarowuje się dzieciom -?sama z siebie, a nie
jako odbicie kultury. Na tym poziomie niewytłumaczalność natury sprawia,
że odczuwamy pokorę.
Jak pisze jedyny w swoim rodzaju poeta przyrody Gary Snyder, odwołujemy
się do dwóch znaczeń słowa "natura", które pochodzi od łacińskiego
natura -?narodziny, istota, charakter, bieg rzeczy -?oraz natura,
nasci -?narodzić się. W swoim najszerszym znaczeniu natura-przyroda
obejmuje świat materialny wraz ze wszystkimi jego przedmiotami i zjawiskami, zgodnie z tą definicją częścią natury będzie też maszyna.
Oraz toksyczne odpady. W innym ujęciu przyroda to "otwarta przestrzeń".
Według tej konotacji wytwór człowieka nie stanowi części natury, jest od
niej osobny. Na pierwszy rzut oka Nowy Jork nie ma z przyrodą wiele
wspólnego, ale przecież kryje w sobie różnego rodzaju tajemne,
samowystarczalne przestrzenie dzikości, poczynając od stworzeń
ukrywających się w próchnie w Central Parku, na jastrzębiach kołujących
nad Bronxem kończąc. W tym sensie miasto żyje w zgodzie z szeroko
pojmowanymi prawami natury, jest naturalne (tak jak i maszyna jest
częścią przyrody), ale i czasami dzikie.
Rozmyślając nad relacją dzieci z przyrodą, chciałoby się odnaleźć jakąś
bogatszą definicję, definicję pozostawiającą więcej miejsca na wzięcie
oddechu -?taką, która nie obejmuje sobą wszystkiego, ale też nie
ogranicza natury do dziewiczych lasów. Snydera przyciągnęła fraza poety
Johna Miltona: "cały gąszcz słodyczy". "U Miltona słowo gąszcz zawiera
w sobie całą tę niebywale realną energię i bogactwo, które często można
odnaleźć w dzikich systemach. "Gąszcz słodyczy" jest jak miliardy
młodych śledzi i makreli w oceanie, całe metry sześcienne krylu, nasiona
dzikich traw na prerii... cała ta niebywała mnogość małych zwierząt i roślin, utrzymujących przy życiu szerszą sieć" -?wyjaśnia. "Ale z drugiej strony gąszcz przywołuje na myśl chaos, Erosa, nieznane,
przestrzenie tabu, siedlisko tego, co zarazem ekstatyczne i demoniczne.
W obu znaczeniach tego słowa jest to miejsce archetypowej mocy, nauki i wyzwania". Rozmyślając o dzieciach i darach natury, warto pamiętać o tym
trzecim, pełnym obfitości znaczeniu. Na potrzeby tej książki, kiedy
używam słowa "natura" (lub "przyroda") w sposób ogólny, mam na myśli
gąszcz przyrody: różnorodność biologiczną, nadmiar -?to, co można
znaleźć w nieuporządkowanej przestrzeni podwórka i na urwistym grzbiecie
góry. Ponad wszystko natura znajduje swoje odbicie w naszej zdolności do
zadziwienia. Nasci. Narodzić się.
Choć często wyobrażamy sobie siebie w oderwaniu od przyrody, istoty
ludzkie także są częścią tego gąszczu. Moje pierwsze wspomnienie,
odczuwane wszystkimi zmysłami i pełne zadziwienia, to pewien zimny
wiosenny poranek w Independence w stanie Missouri. Miałem wtedy jakieś
trzy lata i siedziałem na wysuszonym na wiór polu za wiktoriańskim domem
mojej babki, z którego łuszczyła się farba. Mój ojciec pracował obok,
sadząc rośliny w ogrodzie. Rzucił na ziemię niedopałek papierosa -?jak
zrobiłoby to tylu innych w tamtych czasach, kiedy mieszkańcy Środkowego
Zachodu beztrosko rzucali na ziemię odpadki albo wyrzucali butelki po
piwie i napojach gazowanych oraz niedopałki z okien samochodów, aż iskry
latały na wietrze. Sucha trawa zajęła się ogniem. Pamiętam doskonale ten
dźwięk płomieni i zapach dymu, i szust! nogi ojca, kiedy zadeptywał
ogień, krocząc za nim, w miarę jak ten rozprzestrzeniał się po polu.
Po tym samym polu spacerowałem wokół spadów z babcinej gruszy, zgięty w pół i zatykając nos palcami, w ostrożnej odległości od niewielkich
stosów fermentującej materii, by wreszcie zdobyć się na eksperymentalny
oddech. Siadałem wtedy wśród rozkładających się owoców, pełen fascynacji
i odrazy. Ogień i fermentacja...
Spędzałem całe godziny, odkrywając lasy i pola na brzegu miasta. Rosły
tam drzewa żółtnicy pomarańczowej ze swoimi kolczastymi, nieprzyjaznymi
konarami, z których spadały lepkie, obrzydliwe owoce większe od piłki do
softballu. Tych należało unikać. Ale na krawędzi lasu rosły drzewa, na
które można było się wdrapać, a ich małe gałęzie były dla nas jak
stopnie drabiny. Wspinaliśmy się kilkanaście metrów nad ziemię, wysoko
nad żółtnicowym wiatrochronem, i z tego punktu obserwacyjnego
spoglądaliśmy na dobrze znane, błękitne wstążki Missouri i na dachy
nowych domów na rozpychających się jak zawsze przedmieściach.
Często wspinałem się sam. Czasem, zagubiony w swoim zadziwieniu,
wchodziłem głęboko w las i wyobrażałem sobie, że jestem Mowglim z książki Rudyarda Kiplinga, chłopcem wychowanym przez wilki, i wspinając
się na górę, pozbywałem się większości ubrania. Jeśli udało mi się wejść
wystarczająco wysoko, gałęzie stawały się tak cienkie, że przy każdym
podmuchu wiatru cały świat przechylał się w dół i w górę, i dookoła, i w górę, i w bok, i znowu w górę. Było to przerażające i wspaniałe zarazem,
tak oddać się mocy wiatru. Moje zmysły wypełniały odczucia towarzyszące
spadaniu, wznoszeniu się, huśtaniu, wokół mnie słychać było liście
trzaskające jak kostki u dłoni, i westchnienia oraz szepty wiatru. Wiatr
przyniósł też ze sobą zapachy, a i drzewo szybciej uwalniało swoją woń
chłostane jego powiewem. I wreszcie pozostawał już tylko wiatr,
przebijający się przez wszystkie te doznania.
Dzisiaj czasy wspinania się na drzewa mam już za sobą, ale często
rozmyślam nad nieprzemijalną wartością tych wczesnych, cudownie leniwych
dni. Teraz potrafię docenić ten widok aż po horyzont otwierający się z korony drzewa. Las działał na mnie równie stymulująco, jak
Ritalin1. Natura uspokajała mnie, ułatwiała koncentrację, ale i pobudzała zmysły.
"Tam, gdzie wszystkie urządzenia elektryczne"
Wielu przedstawicieli mojego pokolenia dorastało, nie doceniając darów
natury. Zakładaliśmy (jeśli w ogóle przeszło nam to przez myśl), że
przyszłe pokolenia też będą miały do nich dostęp. Ale coś się zmieniło.
Nastąpiło to, co nazywam zespołem deficytu natury. Ten termin nie ma nic
wspólnego z diagnozą medyczną, lecz pozwala się zastanowić nad problemem
i możliwościami jego rozwiązania -?dla naszych dzieci, ale także i dla
nas samych.
Ja sam zdałem sobie sprawę z tego, że zaszła podobna przemiana, pod
koniec lat 80., podczas badań towarzyszących pisaniu książki Przyszłość
dzieciństwa poświęconej życiu rodzinnemu w czasach nowoczesnych.
Przeprowadziłem rozmowy z prawie trzema tysiącami dzieci i rodziców z całego kraju, z terenów miejskich, podmiejskich i wiejskich. W klasie
szkolnej i w salonie od czasu do czasu pojawiał się temat relacji
dziecka z przyrodą. Często przypominam sobie tę niezwykle szczerą
opinię, którą podzielił się ze mną Paul, czwartoklasista z San Diego:
"Lubię się bawić w środku, bo tam są wszystkie urządzenia elektryczne".
Podobne uwagi słyszałem w wielu klasach szkolnych. Oczywiście dla wielu
dzieci natura nadal jest źródłem radości i zadziwienia. Ale innym zabawa
na dworze wydaje się taka... bezproduktywna. Zabroniona. Obca. Urocza.
Niebezpieczna. Przefiltrowana przez medium telewizji.
"To przez to ciągłe oglądanie telewizji" -?powiedziała mi pewna mama ze
Swarthmore w stanie Pensylwania. "Nasze społeczeństwo wiedzie teraz
siedzący tryb życia. Kiedy byłam dzieckiem dorastającym w Detroit,
ciągle bawiliśmy się na dworze. Dzieci, które zostawały w domu, były
jakieś dziwne. Nie mieliśmy dostępu do żadnych wielkich przestrzeni, ale
cały czas bawiliśmy się na ulicy -?na pustych działkach, grając w gumę
albo w baseball czy w klasy. Ulica była najważniejszym miejscem zabawy
nawet dla nastolatków".
Inny rodzic ze Swarthmore dodał, że "coś jeszcze wyglądało inaczej,
kiedy byliśmy dziećmi. Nasi rodzice też siedzieli na zewnątrz. Nie żeby
od razu zapisywali się na zajęcia sportowe, nic w tym rodzaju, ale
przebywali poza domem, siedzieli na ganku albo tarasie, rozmawiając z sąsiadami. Jeśli chodzi o aktywność fizyczną, dzieci mają się dziś
najgorzej w całej historii Stanów Zjednoczonych. Ich rodzice poszli się
przebiec po parku, a dzieciaki po prostu zostały w domu".
To było jak mantra wypowiadana przez rodziców, dziadków, wujków, ciocie,
nauczycieli i innych dorosłych w całym kraju, nawet tam, gdzie
spodziewałem się usłyszeć inne głosy. Odwiedziłem na przykład
przedmieścia Overland Park w stanie Kansas, okolice zamieszkiwane przez
dość zamożną klasę średnią, niedaleko miejsca, gdzie sam dorastałem. W międzyczasie wiele lasów i pól zniknęło, ale pozostało na tyle dużo
naturalnego krajobrazu, by dostarczyć okazji do zabawy na dworze. Byłem
pewien, że dzieciaki bawią się tam w otoczeniu przyrody. Niezbyt często
się to dzieje, jak uświadomili mnie rodzice, którzy pewnego wieczoru
spotkali się w czyimś salonie, aby porozmawiać o nowym pejzażu
dzieciństwa. I choć wielu z nich mieszkało w tym samym bloku, niektórzy
z nich nigdy wcześniej się nie spotkali.
"Kiedy dzieci były w trzeciej lub czwartej klasie, ciągle jeszcze
mieliśmy ten skwer za domem" -?powiedziała jedna z matek. "Dzieciaki
marudziły, że się nudzą. A ja powiedziałam: Jest wam nudno? To jazda na
dwór, na skwerek za domem, i nie wracajcie wcześniej niż za dwie
godziny. Znajdźcie sobie coś do roboty. Zaufajcie mi, po prostu
spróbujcie. Może wam się to spodoba. Tak więc niechętnie wyszli na dwór
się pobawić. I nie wrócili po dwóch godzinach, wrócili znacznie później.
Zapytałam dlaczego, a one odpowiedziały: Było super! Nie wiedzieliśmy,
że może być tak fajnie! Wspinali się na drzewa, obserwowali różne
rzeczy, ganiali się po polu, bawili się w takie same zabawy, jak my,
kiedy byliśmy mali. Następnego dnia mówię więc: Hej, znowu się nudzicie
-?może znowu wyjdziecie na dwór? A oni na to: E tam, już się tam
bawiliśmy. I wcale nie mieli ochoty tego znowu spróbować".
"Nie wiem, czy rozumiem, o co ci chodzi" -?odpowiedział jeden z ojców.
"Wydaje mi się, że moje dziewczynki lubią takie rzeczy jak pełnia
księżyca, ładny zachód słońca albo kwiaty. Lubią, kiedy drzewa kołyszą
się na wietrze -?i inne takie".
Inna mama tylko potrząsnęła głową: "Jasne, maluchy zauważają takie
rzeczy" -?powiedziała. "Ale nie potrafią się na nich skupić". Zaczęła
nam opowiadać o ostatnich rodzinnych wakacjach na nartach w Kolorado.
"Był taki cudowny, spokojny dzień, dzieciaki zjeżdżały po stoku -?ze
słuchawkami na uszach. Nie potrafią się cieszyć odgłosami przyrody ani
byciem sam na sam z naturą. Nie potrafią bawić się same ze sobą. Muszą
mieć coś innego".
Mężczyzna, który wychował się na farmie i do tej pory nie zabierał
głosu, włączył się do rozmowy.
"Tam, gdzie ja dorastałem, naturalnie wszyscy spędzaliśmy cały czas na
dworze" -?powiedział. "Nieważne, w którą stronę się poszło, było się na
dworze -?na świeżo zaoranym polu, w lesie, nad strumieniem. Tutaj jest
inaczej. Overland Park to teraz miasto. Dzieci niczego nie utraciły, bo
nigdy tego nie miały. To, o czym tutaj rozmawiamy, to przejście, którego
dokonaliśmy my sami, którzy dorastaliśmy na łonie natury. Teraz natury
po prostu tu nie ma".
Zapadła cisza. Tak, wiele z dawnych dzikich terenów zamieniło się w tereny zabudowane -?ale z okna domu, w którym siedzieliśmy, można było
dostrzec brzeg lasu. Natura ciągle tam była. Było jej mniej, bez
wątpienia, ale jednak ciągle tam była.
Następnego dnia po rozmowie z rodzicami z Overland Park przejechałem
przez granicę stanu Kansas z Missouri, aby odwiedzić szkołę podstawową
Southwood w Rayton w stanie Missouri, nieopodal Kansas City. Ja sam też
do niej chodziłem. Ku mojemu zdziwieniu nad asfaltem skrzypiały
dokładnie te same huśtawki (albo tak mi się zdawało), podłogi były
pokryte identycznym linoleum, a małe drewniane krzesła z napisami
wyrytymi czarnym, niebieskim i czerwonym długopisem ciągle stały w nierównych rzędach, jakby w oczekiwaniu.
Podczas gdy nauczyciele zbierali uczniów z klas II-V i odprowadzali ich
do sali, w której czekałem, ja odpakowywałem swój magnetofon i patrzyłem
przez okno na niebieskozieloną ścianę drzew, najprawdopodobniej dębów
błotnych, klonów i topól włoskich, a może i orzeszników jadalnych albo
glediczji trójcierniowych, których gałęzie drżały i kołysały się powoli
na letnim wietrze. Jakże często te właśnie drzewa inspirowały mnie do
dziecięcych snów na jawie!
W ciągu następnej godziny, kiedy wypytywałem młodych ludzi o ich relacje
z przyrodą, oni opisywali niektóre spośród barier, które powstrzymywały
ich przed wychodzeniem na dwór: brak czasu, telewizję, standardowe i często przywoływane przyczyny. Ale ich istnienie nie oznaczało, że
dzieciom brakowało ciekawości. Wręcz przeciwnie, mówiły o przyrodzie z dziwną mieszaniną zakłopotania, oderwania i tęsknoty -?a czasem z oporem. W przyszłości często miałem spotkać się z tym właśnie tonem.
"Tak naprawdę moi rodzice nie czują się bezpiecznie, kiedy wchodzę w głąb lasu" -?mówił jeden chłopiec. "Nie mogę odejść za daleko. Moi
rodzice ciągle się o mnie martwią. Ale ja i tak tam chodzę, tylko nic im
o tym nie mówię -?i wtedy są na mnie wściekli. Ale ja po prostu siedzę
sobie za drzewem albo coś w tym rodzaju, albo leżę na polu z królikami".
Któryś chłopiec powiedział, że komputery są ważniejsze od przyrody, bo
to one pozwalają znaleźć pracę. Jeszcze inni stwierdzili, że nie mają
czasu, żeby wyjść na dwór. Ale jedna uczennica piątej klasy w prostej,
wzorzystej sukience i z bardzo poważnym wyrazem twarzy wyznała mi, że
kiedy dorośnie, chce zostać poetką.
"Kiedy jestem w lesie" -?powiedziała -?"czuję się jak mama".
Była jednym z tych wyjątkowych dzieci, które ciągle jeszcze spędzają
czas na dworze, w samotności. Dla niej natura oznaczała piękno -?i ucieczkę. "Jest tam tak spokojnie i powietrze tak ładnie pachnie. To
znaczy, też jest zanieczyszczone, ale nie tak bardzo, jak powietrze w mieście. Dla mnie jest tam zupełnie inaczej" -?powiedziała. "Jest tak,
jakby się było zupełnie wolnym. To twój własny czas. Czasami wychodzę na
dwór, kiedy jestem strasznie zła -?i wtedy, w całym tym spokoju, nagle
zaczynam czuć się lepiej. Wracam do domu szczęśliwa, a moja mama nawet
nie wie dlaczego".
Potem opisała swój własny leśny zakątek.
"Miałam tam swoje miejsce. Po jednej stronie był duży wodospad i strumyk. Wykopałam tam dużą dziurę i czasami zabierałam ze sobą namiot
albo koc, i kładłam się w tej dziurze, i patrzyłam w górę na drzewa i niebo. Czasami zasypiałam. Czułam się wolna, to było takie jakby moje
miejsce i mogłam tam robić to, co chciałam, i nikt nie mógł mnie
powstrzymać. Chodziłam tam prawie każdego dnia".
Twarz młodej poetki zarumieniła się, zaczęła mówić zduszonym głosem.
"I wtedy po prostu wycięli las. Czułam się, jakby wycięli kawałek mnie
samej".
Z czasem zacząłem rozumieć złożoność, jaką reprezentowali chłopiec -
zwolennik urządzeń elektrycznych, i poetka, która utraciła swój ukochany
leśny zakątek. Nauczyłem się też czegoś jeszcze. Rodzice, nauczyciele,
inni dorośli, instytucje -?sama kultura -?mówi dzieciom jedno, jeśli
chodzi o dary natury, ale nasze działania i przesłanie -?zwłaszcza te,
których sami nie słyszymy -?to coś zupełnie innego.
A dzieci mają doskonały słuch.
1. Lek stymulujący używany do leczenia zespołu nadpobudliwości psychoruchowej z deficytem uwagi -?ADHD [wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki]. [wróć]
Rozdział 2. Trzecie pogranicze
Rozdział 2
Trzecie pogranicze
Pogranicza już nie ma. Umarło w butach.
-?M. R. Montgomery
Mam na półce egzemplarz Shelters, Shacks and Shanties [Schronienia,
szopy i szałasy], książki napisanej w 1915 roku przez Daniela C.
Bearda, inżyniera budownictwa i późniejszego artysty, który jest
najlepiej znany jako jeden z założycieli ruchu skautów amerykańskich.
Przez pół wieku pisał i ilustrował książki na temat przyrody. Shelters,
Shacks and Shanties jest jedną z moich ulubionych książek, bo Beard
uosabia dla mnie -?zwłaszcza za pomocą swoich rysowanych piórkiem
ilustracji -?epokę, kiedy doświadczenie przyrody u młodzieży było
nierozerwalnie związane z romantycznym wizerunkiem amerykańskiego
pogranicza.
Gdyby takie książki opublikować dzisiaj na nowo, zostałyby uznane za
dziwaczne i -?delikatnie mówiąc -?niepoprawne politycznie. Ich
adresatami byli chłopcy. Jako gatunek literacki zdawały się sugerować,
że żaden porządny chłopiec nie jest w stanie cieszyć się przyrodą, nie
wycinając przy tym tylu drzew, ile się tylko da. Ale tym, co naprawdę
definiuje te książki i czasy, które sobą reprezentują, jest
niepodważalne przekonanie, że przebywanie na łonie natury wiąże się
zawsze z postawą aktywną, robieniem czegoś, bezpośrednim doświadczeniem
-?z byciem kimś więcej niż tylko widzem.
"Najmłodsi chłopcy będą w stanie zbudować niektóre z prostych szałasów,
a starsi wybudują te trudniejsze" -?pisał Beard we wstępie do książki.
"Czytelnik może, jeśli ma taką chęć, zacząć od tej pierwszej [budy] i wspiąć się na wyższy poziom umiejętności, budując domy z bali; tak
czyniąc, będzie podążał za historią rodzaju ludzkiego, bo odkąd nasi
żyjący na drzewach przodkowie wyposażeni w chwytne kończyny
rozpierzchali się wśród gałęzi pradawnych drzew i budowali na nich
przypominające gniazda osłony, ludzie zawsze budowali szałasy, które
oferowały im tymczasowe schronienie". Dalej opisuje za pomocą słów i rysunków, w jaki sposób chłopcy mogą zbudować ponad czterdzieści
rodzajów szałasów, włączając w to domki na drzewach, szałasy otwarte
typu Adirondack, szałasy stożkowe, tipi z kory, szałasy pionierskie i skautowskie. Uczy, jak "wybudować chatki ze ścianami z plecionki z kory"
i "szopy kryte darnią". Pokazuje, jak "rozłupywać drewno, robić gonty,
szczapy oraz deski szalunkowe" i jak skonstruować dom na balach,
sekretny zamek do drzwi, podziemny fort oraz jakże intrygującą "chatę z bali ukrytą wewnątrz współczesnego domu".
Dzisiejszy czytelnik nie posiadałby się ze zdziwienia nad poziomem
wynalazczości i niezbędnych umiejętności, a także tym, jak ryzykowne są
niektóre z opisywanych w książce konstrukcji. W przypadku "tradycyjnego
amerykańskiego hoganu dla chłopców albo domu podziemnego" Beard zaleca
ostrożność. Przy tworzeniu podobnych jaskiń, przyznaje autor, "zawsze
istnieje poważne ryzyko zawalenia się dachu i zasypania młodych
troglodytów, ale poprawnie skonstruowany podziemny hogan jest całkowicie
bezpieczny".
Uwielbiam książki Bearda ze względu na ich nieprzeparty urok, czasy,
które przywołują, oraz opisywane w nich utracone rzemiosło. Jako dziecko
budowałem podstawowe wersje tych schronień, szop i szałasów, wliczając w to podziemne forty pod polami kukurydzy i wyrafinowane domki na drzewach
z ukrytym wejściem i widokiem na to, co w mojej wyobraźni było
pograniczem rozciągającym się od Ralston Street hen poza granicę
znanego, podmiejskiego świata.
Koniec jednego pogranicza, początek drugiego
W przeciągu jednego stulecia amerykańskie doświadczenie natury -?które
wywarło swój wpływ na kulturę innych zakątków świata -?pokonało drogę od
bezpośredniego utylitaryzmu poczynając, przez romantyczne przywiązanie,
na elektronicznym oderwaniu kończąc. Amerykanie pokonali nie jedno, lecz
trzy pogranicza. Przejście przez to trzecie pogranicze, w którym
dorastają dzisiaj młodzi ludzie, jest taką samą wyprawą w nieznane, jak
za czasów Daniela Bearda.
Przebycie i ważność pierwszego pogranicza zostały opisane w 1893 roku
podczas Kolumbijskiej Wystawy Światowej w Chicago, zorganizowanej dla
uczczenia przybycia Kolumba do Ameryki. Tam, na spotkaniu Amerykańskiego
Towarzystwa Historycznego w Chicago, historyk Frederick Jackson Turner z Uniwersytetu w Wisconsin przedstawił swoją "teorię pogranicza".
Twierdził, że przyglądając się takim czynnikom jak "dostępność pustej,
darmowej przestrzeni, jej ciągłe kurczenie się oraz postęp
amerykańskiego osadnictwa w kierunku zachodnim" można wyjaśnić rozwój
narodu amerykańskiego, jego historię oraz charakter narodowy. Następnie
powiązał to stwierdzenie z wynikami amerykańskiego cenzusu z 1890 roku,
który ujawnił zanik ciągłości linii amerykańskiego pogranicza -
"zamykanie się pogranicza". W tym samym roku kierownik zespołu badań nad
cenzusem ogłosił koniec epoki "wolnego dostępu do ziemi" -?czyli do
terenów, które osadnicy mogli swobodnie uprawiać.
Choć pierwotnie nie przykładano do niej wielkiej uwagi, teoria Jacksona
stała się jedną z najistotniejszych tez w historii Ameryki. Jackson
twierdził, że każde pokolenie "powracało do prymitywnych warunków na
ciągle przesuwającej się linii pogranicza". Opisywał pogranicze jako
"miejsce spotkania barbarzyństwa z cywilizacją". Najbardziej podstawowe
cechy kultury amerykańskiej można tłumaczyć, jak twierdził, wpływem
pogranicza na osobowość: "ta szorstkość w obyciu i siła połączona z przenikliwością i żądzą posiadania; ten zmysł praktyczny, tak łatwo
znajdujący rozwiązania; ta mistrzowska umiejętność obchodzenia się z przedmiotami materialnymi... ta niespożyta, nerwowa energia; ten jakże
dominujący indywidualizm". Historycy ciągle prowadzą dyskusje na temat
teorii Turnera. Wielu z nich, jeśli nie większość, odrzuciła kluczowe
znaczenie Turnerowskiego pogranicza dla zrozumienia historii i charakteru Ameryki. Imigracja, rewolucja przemysłowa, wojna domowa -?one
też wywarły głęboki, formatywny wpływ na naszą kulturę. Zresztą sam
Turner też dokonał w końcu rewizji swojej teorii, uzupełniając ją o wydarzenia w duchu pogranicza, jak na przykład boom naftowy w latach 90.
XIX wieku.
Nie zmienia to jednak faktu, że Amerykanie -?od Teddy'ego Roosevelta
poczynając, na Edwardzie Abbeyu1 kończąc -?dalej widzieli się w roli pionierów pogranicza. W 1905 roku, na inauguracji prezydenckiej
Roosevelta, przez Pennsylvania Avenue przejechali kowboje, dokonał się
przegląd Siódmego Regimentu Kawalerii, a do uroczystości włączyli się
też Indianie amerykańscy, wliczając w to siejącego niegdyś postrach
Geronimo. Parada zapowiadała koniec drugiego pogranicza, które przez
prawie całe stulecie istniało, choć głównie w naszej wyobraźni. Drugie
pogranicze żyło w słowach i ilustracjach Bearda i na rodzinnej farmie,
która -?choć coraz mniej licznie -?pozostawała istotnym wyznacznikiem
kultury amerykańskiej. W pierwszych dziesięcioleciach XX wieku drugie
pogranicze można było odnaleźć także w amerykańskich miastach, czego
przykładem jest założenie wielkich parków miejskich. Drugie pogranicze
to także czas rozwoju przedmieść, kiedy chłopcy wciąż jeszcze wyobrażali
sobie siebie jako skautów i ludzi lasu, a dziewczynki marzyły tylko o życiu w małym domku na prerii -?i czasami budowały forty lepiej niż
chłopcy.
Tak jak pierwsze pogranicze odkrywali nienasyceni Lewis i Clark2,
tak drugie pogranicze malował romantycznym pędzlem Teddy Roosevelt.
Jeśli pierwsze pogranicze to czasy prawdziwego Davy'ego
Crocketta3, to drugie dokonało swojej kulminacji razem z Davym Disneya. Jeśli pierwsze pogranicze to czas walki, to drugie było
epoką bilansu oraz opiewania darów natury. To właśnie wtedy nakreślono
nową politykę ochrony przyrody, czyli zanurzenie się Amerykanów w udomowione i wyidealizowane leśne ostępy, pola i okoliczne strumienie.
Oświadczenie Turnera wygłoszone w 1893 znajduje swój odpowiednik w roku
1993. I tak jak jego teoria bazowała na wynikach cenzusu z 1890 roku,
tak nowa linia demarkacyjna została nakreślona na podstawie cenzusu z roku 1990. To niesamowite, ale dokładnie sto lat po tym, jak Turner i Amerykańskie Biuro Statystyczne ogłosili koniec tego, co uważa się
powszechnie za amerykańskie pogranicze, ten sam urząd opublikował raport
stwierdzający koniec drugiego pogranicza oraz narodziny pogranicza
trzeciego. Wtedy to właśnie, jako "symbol ogromnej, ogólnokrajowej
przemiany" -?jak określił to Washington Post -?rząd federalny
postanowił zrezygnować ze swego wieloletniego, dorocznego spisu
mieszkańców gospodarstw rolnych. Populacja farmerska skurczyła się tak
bardzo -?z 40 procent amerykańskich gospodarstw domowych w 1900 roku do
1,9 procent w 1990 -?że spis mieszkańców gospodarstw rolnych stał się
zbędny. Nie ma cienia wątpliwości, że wyniki raportu z 1993 roku były
równie istotne jak cenzus, który zainspirował Turnera do napisania jego
peanu na śmierć pogranicza. "Jeśli fundamentalne zmiany można uchwycić,
odwołując się do banalnych -?wydawałoby się -?punktów odniesienia, to
jednym z nich jest bez wątpienia decyzja o rezygnacji z corocznego
spisu" -?pisał Washington Post.
Ta nowa, symboliczna linia demarkacyjna sugeruje, że pokolenie wyżu
demograficznego -?baby boomers urodzeni między 1946 a 1964 rokiem -?to
być może ostatnie pokolenie Amerykanów, które posiada intymny, swojski
związek z ziemią i wodą. Wielu z nas -?czterdziestolatków i starszych -
zetknęło się z życiem na wsi albo z lasem na granicy terenów
podmiejskich, a w rodzinie miało mieszkańców farm. Nawet jeśli przyszło
nam mieszkać w centrum miasta, nasi dziadkowie albo inni starsi krewni
pracowali na farmie albo stosunkowo niedawno przenieśli się ze wsi do
miast podczas wielkiej migracji, która miała miejsce w pierwszej połowie
XX wieku. Dzisiejszej młodzieży takie związki rodzinne i kulturowe
wydają się coraz bardziej obce, wyznaczając tym samym kres epoki
drugiego pogranicza.
Trzecie pogranicze zamieszkują zaś nasze własne dzieci.
Czym charakteryzuje się trzecie pogranicze
Trzecie pogranicze określa to, jak obecne i przyszłe pokolenia
postrzegają przyrodę. Czyni to w sposób, jakiego Turner i Beard nie
mogliby sobie nawet wyobrazić.
Choć nie jest ono jeszcze w pełni ukształtowane ani zbadane, to nowe
pogranicze można określić za pomocą pięciu podstawowych tendencji:
opinia publiczna i prywatna przestały się interesować tym, skąd pochodzi
nasze pożywienie; nastąpiło zerwanie łańcucha łączącego maszyny, ludzi i inne zwierzęta; rozumienie naszej relacji z innymi istotami żywymi stało
się coraz bardziej abstrakcyjne; nastąpiła inwazja dzikich zwierząt na
miasta (chociaż projektanci miejscy i podmiejscy zamieniają
nieujarzmioną przyrodę w jej syntetyczną symulację); i wreszcie: pojawił
się nowy typ formacji podmiejskiej. Większość z przywołanych cech
charakterystycznych można odnaleźć także i w innych krajach o zaawansowanej technologii, ale zmiany te najwyraźniej widać właśnie w Stanach Zjednoczonych (nawet jeśli tylko ze względu na ich kontrast z naszym wyobrażeniem o świecie pogranicza). Na pierwszy rzut oka cechy te
nie układają się w logiczną całość, ale rewolucja rzadko zachodzi w sposób logiczny czy linearny.
Na trzecim pograniczu wyidealizowane ilustracje Bearda przedstawiające
dzieci lasu wydają się równie przestarzałe, jak dziewiętnastowieczne
obrazy Rycerzy Okrągłego Stołu. Na trzecim pograniczu bohaterowie dotąd
utożsamiani z dziką przyrodą przestają być punktem odniesienia, w siną
dal odeszły i uległy zapomnieniu symbolizująca pierwsze pogranicze
postać historycznego Davy'ego Crocketta i Disneyowski Davy rodem z pogranicza drugiego. Pokolenie, które dorastało, ubierając się w skórzane kurtki z frędzlami i babcine sukienki, wychowuje teraz tych,
dla których moda -?kolczyki, tatuaże i cała reszta -?jest jednoznacznie
powiązana z kulturą miejską.
- Dla młodych ludzi jedzenie jest z Wenus, a uprawa roli z Marsa
Mój znajomy, Nick Raven, mieszkaniec Puerta de Luna w stanie Nowy
Meksyk, przez kilka lat pracował na farmie, zanim został cieślą i nauczycielem w więzieniu stanowym. Nick i ja często jeździmy razem na
ryby, ale trudno znaleźć dwóch mężczyzn, którzy bardziej by się od
siebie różnili. W innym miejscu opisywałem go jako niezachwianego ojca
rodziny rodem z XIX wieku; ja sam jestem XXI-wiecznym nowoczesnym ojcem,
którego umysł pełen jest wszelkiego rodzaju wątpliwości. Nick wierzy, że
ryby należy samemu złapać i zjeść; ja uważam, że rybę należy złapać i, w większości wypadków, wypuścić na wolność. Nick sądzi, że przemoc jest
nieodłączną częścią naszego życia, że droga do odkupienia prowadzi przez
cierpienie i że jako ojciec musi nauczyć dzieci, że życie jest okrutne,
wystawiając je na to okrucieństwo. Ja z kolei głęboko wierzę, że jako
rodzic powinienem chronić swoich synów przed okrucieństwem tego świata
tak długo, jak to tylko możliwe.
W mojej poprzedniej książce, The Web of Life [Sieć życia], tak
przedstawiłem stosunek Nicka i jego dzieci do zwierząt i pożywienia:
Kiedy dzieci Nicka były małe, a on i jego rodzina ciągle jeszcze
mieszkali na farmie u kresu piaszczystej drogi w dolinie wypełnionej
przez topole włoskie, araukarie i ściany z gliny suszonej na słońcu,
jego córka wróciła pewnego dnia do domu i znalazła swoją ukochaną kozę
(która chodziła za nią po gospodarstwie, choć nie była w ścisłym tego
słowa znaczeniu zwierzęciem domowym) w stodole, obdartą ze skóry,
wypatroszoną i zwisającą z belki sufitowej. Rodzina Nicka często
chodziła wtedy bez butów, a mięso jadła wtedy, kiedy Nick ustrzelił je
lub własnoręcznie zarżnął. Dla jego córki był to straszliwy moment.
Nick upiera się, że niczego nie żałuje, ale nie przestaje tego
wspominać. "Owszem, zraniło ją to do głębi" -?opowiada -?"ale od tej
chwili wiedziała już, i będzie tego świadoma do końca życia, skąd bierze
się mięso na jej talerzu i że nie rodzi się ono gotowe, w plastikowym
opakowaniu". Ja sam nie chciałbym, żeby moje dzieci doświadczyły czegoś
podobnego, ale moje życie było inne.
Niewielu z nas tęskni za tymi bardziej brutalnymi aspektami zdobywania
pożywienia. Ale ogromna większość młodych ludzi nie ma do tego nawet
najprostszego punktu odniesienia w swoim własnym życiowym doświadczeniu.
Może i częściej decydują się oni na wegetarianizm albo kupują jedzenie w sklepach ze zdrową żywnością, ale niewielu uprawia czy hoduje swoje
własne pożywienie -?a już zwłaszcza jeśli chodzi o zwierzęta. W przeciągu niecałych pięćdziesięciu lat kultura przeszła od czasów, kiedy
krajobraz wiejski upstrzony był niewielkimi rodzinnymi farmami, przez
okres, kiedy uprawa podmiejskich, przydomowych ogrodów warzywnych stała
się zajęciem niemal wyłącznie rekreacyjnym, aż do dziś, kiedy jedzenie
przychodzi do nas zawinięte w folię, prosto z laboratorium. Do pewnego
stopnia młodzież ma teraz większą świadomość tego, skąd bierze się ich
pożywienie. Ruch na rzecz praw zwierząt pokazał im warunki panujące na -
dajmy na to -?kurzych fermach. To pewnie nie przypadek, że coraz więcej
uczniów szkół średnich i studentów przechodzi na wegetarianizm. Ale sama
ta wiedza nie oznacza, że młodzi sami wchodzą w relacje ze źródłem
swojego pożywienia.
- Koniec biologicznych praw absolutnych. Czy jesteśmy myszami, czy ludźmi? A może i jednym, i drugim?
Młodzież dorasta dziś w czasach pozbawionych biologicznych praw
absolutnych. Definicji wymaga nawet sama kategoria życia.
W roku 1997 ludzie na całym świecie otworzyli poranną gazetę, aby
znaleźć na jej łamach szokujące zdjęcie żywej, pozbawionej owłosienia
myszy, z której grzbietu wyrastało coś, co wyglądało zupełnie jak ucho
ludzkie. To stworzenie było wynikiem prac zespołu badawczego z Uniwersytetu Stanu Massachussets i MIT, który wprowadził ludzkie komórki
chrząstkowe do modelu ucha wykonanego z biodegradowalnego tworzywa
poliestrowego, który następnie wszczepiono w grzbiet myszy. Model
utrzymywał kształt sztucznego ucha i zapewniał mu substancje odżywcze.
Od tamtej pory nagłówki gazet bezustannie ogłaszają jakieś potencjalne
połączenie maszyn, ludzi oraz innych zwierząt. Konsekwencje tego
wymykały się nam przez dobre dwa dziesięciolecia, jak twierdzi
Międzynarodowe Centrum ds. Oceny Technologii -?organizacji non profit,
która zajmuje się oceną wpływu technologii na społeczeństwo. Ludzkie
geny -?włączając w to te odpowiedzialne za wzrost oraz nerwy -
wszczepiano już szczurom, myszom oraz ssakom naczelnym, tworząc tym
samym istoty zwane chimerami. Te nowe stworzenia mają być wykorzystywane
przede wszystkim w badaniach medycznych, ale niektórzy naukowcy
rozważają już możliwość egzystencji chimer poza warunkami
laboratoryjnymi. W 2007 roku przewodniczący Wydziału Biotechnologii
Zwierząt na University of Nevada School of Medicine wraz z kolegami
stworzyli pierwszą krzyżówkę człowieka z owcą, która posiada ciało owcy
i połowicznie ludzkie organy. Badania tego typu mogą doprowadzić do
rozpowszechnienia się wykorzystania organów zwierzęcych w transplantacjach u ludzi.
Pomyślmy tylko, co to znaczy być teraz dzieckiem i jak różne od naszego
jest ich doświadczenie przyrody oraz definicja tego, czym jest życie lub
czym niedługo się stanie. Kiedy my byliśmy dziećmi, wiadomo było, że
człowiek to człowiek, a mysz pozostanie myszą. Najnowsze technologie
dopuszczają założenie, że na poziomie atomowym i molekularnym nie ma
wielkiej różnicy między materią żywą a nieożywioną. Niektórzy widzą w tym jeszcze jeden przykład utowarowienia naszej egzystencji -?redukcję
kulturową, która zamienia żywe ciało w maszynę.
U początków XXI wieku naukowcy z Uniwersytetu Cornell ogłosili
skonstruowanie pierwszej nanomaszyny -?robota o niemal mikroskopijnych
rozmiarach, który posiada zdolność ruchu. Maciupeńki robot wykorzystywał
śrubę napędową i silnik, czerpiąc energię z cząsteczek organicznych. Jak
stwierdził jeden z badaczy, to osiągnięcie "otwiera drzwi do produkcji
maszyn egzystujących we wnętrzu komórki". "Dzięki temu będziemy w stanie
łączyć urządzenia mechaniczne z systemami żywymi" -?dodał. W Laboratoriach Krajowych Sandia w Albuquerque inny badacz przepowiedział,
że system "masowo rozpowszechnianej inteligencji" znacznie rozszerzy
umiejętność komunikowania się i organizacji u nanorobotów. "Razem będą w stanie wykonywać czynności, z którymi nie radzą sobie w pojedynkę,
podobnie do kolonii mrówek" -?powiedział. Mniej więcej w tym samym
czasie pewien entomolog ze stanu Iowa skonstruował urządzenie, które
łączyło czułki ciem z mikroprocesorami wysyłającymi sygnały o różnym
poziomie intensywności wówczas, gdy czułki wyłapywały zapach materiałów
wybuchowych. Badacze na Northwestern University stworzyli miniaturowego
robota wyposażonego w pień mózgowy minoga. A firma z Rockville w stanie
Maryland wyhodowała bakterie, które można doczepić do miniaturowych
układów scalonych, nazywając swoje odkrycie "stworzeniami na czipie"
(critters on a chip).
Nie możemy już dalej wyznawać kluczowej dla naszej kultury wiary w doskonałość natury. Dla poprzednich pokoleń nie było nic piękniejszego
ani doskonalszego od drzewa. Dzisiaj naukowcy szpikują drzewa materiałem
genetycznym pochodzącym od wirusów i bakterii, aby sprawić, by szybciej
rosły, wytwarzały lepsze surowce drzewne albo oczyszczały skażoną glebę.
W 2003 roku Agencja ds. Zaawansowanych Obronnych Projektów Badawczych
Pentagonu sfinansowała badania, które doprowadziły do wyprodukowania
drzewa zmieniającego kolor w sytuacji ataku bronią chemiczną lub
biologiczną. A inżynierowie genetyczni z Uniwersytetu Kalifornijskiego
propagowali "antykoncepcję dla drzew" -?metodę na sztuczne wyhodowanie
"drzewa-kastrata, które koncentruje swoje siły na produkcji drewna, a nie reprodukcji".
Przedstawicielom pokolenia wyżu demograficznego takie wieści wydają się
fascynujące, dziwne, niepokojące. Dla dzieci trzeciego pogranicza to
najoczywistsza oczywistość -?przekonanie, że złożoność jest
nieunikniona.
- Przeintelektualizowane postrzeganie innych stworzeń
Jeszcze nigdy od czasów łowiectwa i zbieractwa nie wpajano dzieciom tyle
wiedzy na temat podobieństw ludzi i innych stworzeń, choć dzisiaj
podobieństwa te postrzega się w zupełnie inny, znacznie bardziej
intelektualny sposób.
To nowe rozumienie opiera się na nauce, a nie na micie czy religii. Na
przykład niedawne badania opublikowane w magazynie Science opisują,
jak niektóre zwierzęta komponują utwory muzyczne. Analiza śpiewu ptaków
i humbaków dowodzi, że wykorzystują one te same techniki akustyczne i kierują się takimi samymi zasadami kompozycji, jak muzycy ludzcy. Śpiew
waleni zawiera nawet rymujące się refreny oraz podobne pauzy, frazy,
długość pieśni oraz tony. Wieloryby podobnie wykorzystują też rymy,
które są dla nich, jak mówią naukowcy, "techniką mnemoniczną pomagającą
im zapamiętać złożoną piosenkę". Badania waleni dowodzą, że stojąc przed
psychologicznym wyborem: wykorzystanie arytmicznych i niepowtarzających
się melodii albo śpiew, wieloryby zdecydowały się na to drugie.
Podobne informacje nie zastąpią bezpośredniego kontaktu z naturą, ale
mimo to wywołują w nas zadziwienie. Mam nadzieję, że takie badania
zainspirują dzieci do poszukiwania głębszego rozumienia innych, bratnich
istot. Jasne, taka wyidealizowana bliskość -?jak na przykład pływanie z delfinami jako sentymentalna wersja bezpośredniego kontaktu ze
zwierzętami -?może i łagodzi nasze poczucie samotności jako gatunku. Ale
z drugiej strony sama natura nie jest tak łagodna i przytulna. Łowienie
ryb i polowanie albo to, w jaki sposób Nick Raven dostarczał mięso na
domowy stół, to paskudna sprawa -?dla niektórych także pod względem
moralnym -?ale wymazanie wszelkich śladów tego doświadczenia z dzieciństwa nie jest dobre ani dla dzieci, ani dla samej przyrody.
"Patrzysz na te dzieciaki [z ruchu na rzecz praw zwierząt] i widzisz
przede wszystkim ludzi z miasta, zniechęconych, ale jednak wciąż
uprzywilejowanych" -?mówi Mike Dwa Konie, założyciel Koalicji na rzecz
Zakończenia Dyskryminacji Rasowej Amerykańskich Indian. Jego organizacja
wspiera rdzennych mieszkańców Ameryki, na przykład północnozachodnie
plemię Makah, które od wieków utrzymuje się przy życiu dzięki polowaniu
na wieloryby. "Jedyne zwierzęta, z którymi zetknęli się ci młodzi
aktywiści, to ich zwierzęta domowe" -?mówi. "Poza tym napotykali je w ogrodach zoologicznych, oceanariach albo podczas wypraw na obserwowanie
[teraz także dotykanie] wielorybów. Są całkiem oderwani od źródeł
swojego pożywienia -?nawet od soi i innych białek pochodzenia
roślinnego, które konsumują".
Ja sam dostrzegam więcej dobrych stron w ruchu na rzecz praw zwierząt
niż Dwa Konie, ale jego podejście też nie jest bez racji.
- Kontakt z naturą: tak blisko, lecz tak daleko
Nawet jeśli sama kategoria życia jest otwarta na nowe definicje, to
szansa na kontakt z co bardziej rozpowszechnionymi gatunkami dzikich
zwierząt jest teraz znacznie większa, niezależnie od tego, co twierdzi
Dwa Konie. W wielu środowiskach miejskich ludzie stykają się z dzikimi
stworzeniami w sposób, który jest Amerykanom zupełnie obcy przynajmniej
od wieku, jeśli nie dłużej. Na przykład populacja jeleni jest teraz
największa od stu lat.
W swojej książce Ecology of Fear: Los Angeles and the Imagination of
Disaster [Ekologia strachu: Los Angeles i wizje katastrofy] historyk
społeczny i teoretyk miejski Mike Davis opisuje coś, co nazywa
dialektyką tego, co "dzikie", i tego, co "miejskie": "Okręg
administracyjny Los Angeles, którego dzisiejszą granicę stanowią przede
wszystkim tereny górskie i pustynia, a nie, jak niegdyś, ziemie uprawne,
graniczy z terenami dzikimi na przestrzeni większej niż w przypadku
jakiegokolwiek innego miasta nietropikalnego. Oznacza to gwałtowne
zderzenie obszarów zabudowanych z dziką przyrodą... Śmiałe kojoty to teraz
stały element krajobrazu ulicznego w Hollywood i Toluca Lake". A pewien
dziennikarz tak pisze o tym w brytyjskiej gazecie Observer:
"[Amerykańscy] osadnicy i ich potomkowie podjęli się ujarzmiania
środowiska naturalnego z bojową wręcz zaciekłością. Dokonawszy czystki
etnicznej na indiańskich plemionach, zabrali się za eksterminację
niedźwiedzi, pum, kojotów i dzikiego ptactwa... Ale pumom udało się
zaadaptować do nowych warunków. Los Angeles to być może jedyne miejsce
na ziemi, które może się pochwalić istnieniem grup wsparcia dla ofiar
kuguarów".
W latach pięćdziesiątych miliony Amerykanów dokonało migracji na
przedmieścia, podążając za marzeniem posiadania własnego domu i kawałka
ziemi -?swojej własnej jednej czwartej akra pogranicza. Kiedyś
przestrzeń rozszerzała się. Dzisiaj rozbudowa terenów miejskich wcale
nie gwarantuje większej przestrzeni. Nowy, dominujący obecnie rodzaj
osiedli -?z centrami handlowymi budowanymi w równych odstępach,
sztucznymi elementami wystroju naśladującymi przyrodę i pod ścisłą
kontrolą umów i stowarzyszeń społecznych -?wypełnia modne, przodujące
dziś tereny miejskie w południowej Kalifornii i na Florydzie, otaczając
zarazem starsze regiony w naszym kraju. Te gęste oponki inwestycyjne
dostarczają mniej możliwości kontaktu z przyrodą niż dawne tereny
podmiejskie. W niektórych przypadkach dostarczają ich jeszcze rzadziej
niż centra dawnych miast przemysłowych.
Okazuje się, że niektóre miasta w Europie Zachodniej są bardziej zielone
-?w sensie zwiększania powierzchni i jakości środowiska naturalnego na
terenach miejskich -?niż większość Ameryki miejskiej i podmiejskiej,
którą utożsamia się przecież z pograniczem i kultem otwartych
przestrzeni. "Ważna lekcja od wielu spośród tych miast europejskich
wiąże się z samym postrzeganiem miasta" -?pisze Timothy Beatley,
profesor na Wydziale Planowania Miejskiego i Środowiskowego na
Uniwersytecie Stanu Virginia, w swojej książce Green Urbanism: Learning
from European Cities [Zielona urbanistyka. Przykłady z miast
europejskich]. Zwłaszcza w miastach skandynawskich, gdzie coraz
bardziej popularne staje się projektowanie ekologiczne, "panuje
przeświadczenie, że miasta są i być powinny miejscem, w którym
funkcjonuje przyroda. W Stanach Zjednoczonych głównym wyzwaniem jest
wyjście poza sztywny podział na to, co miejskie, i na to, co naturalne.
Może ze względu na rozległość naszych zasobów naturalnych i otwartych
przestrzeni uważaliśmy dotąd, że najważniejsze przejawy życia przyrody
zachodzą gdzieś daleko -?często setki mil od ludzkich osiedli -?w parkach narodowych, na dzikim wybrzeżu, w rezerwatach przyrody".
Oto niektóre trendy, które stanowią w Ameryce kontekst dla dzieciństwa
pozbawionego kontaktu z naturą -?a więc czegoś może równie tajemniczego
i jeszcze mniej zbadanego niż nadejście nanorobotów i rozwój chimer.
1. Amerykański pisarz, myśliciel i działacz na rzecz ochrony środowiska. [wróć]
2. Meriwether Lewis i William Clark to amerykańscy oficerowie, którzy w 1804 r. poprowadzili pierwszą lądową wyprawę na zachód do wybrzeży Pacyfiku. [wróć]
3. Amerykański bohater ludowy i członek Kongresu, Disney nakręcił o nim serial, w którym Davy nosi słynną czapkę z ogonem szopa. [wróć]
Rozdział 3. Kryminalizacja zabawy w otoczeniu przyrody
Rozdział 3
Kryminalizacja zabawy w otoczeniu przyrody
Lata całe byłem samozwańczym inspektorem burz śnieżnych i ulew...
-?Henry David Thoreau
Przypatrzmy się dokładniej okolicy pana Ricka.
Piętnaście lat temu John Rick, gimnazjalny nauczyciel matematyki,
przeniósł się razem z rodziną na Rancho Scripps, ponieważ miało
reputację miejsca przyjaznego dla dzieci. Scripps znajduje się pośrodku
bujnego gaju eukaliptusowego w północnym San Diego, w okolicy pociętej
licznymi kanionami i z gęstą siecią spacerowych ścieżek. Jest jednym z niewielu osiedli, gdzie rodzice mogą wyobrazić sobie, że ich dzieci będą
cieszyć się przyrodą tak, jak oni kiedyś. Tablica znajdująca się koło
wjazdu głosi: "Życie na wsi".
"Mamy tu najwięcej w skali kraju grup skautów na głowę mieszkańca" -
mówi Rick. "Planiści wywalczyli mnóstwo otwartej przestrzeni
przeznaczonej na miejsca zabaw dla dzieci, każde osiedle ma swój park".
Kilka lat po przeprowadzce Rick zaczął zauważać w lokalnej prasie
artykuły na temat "nielegalnego użytkowania" otwartych przestrzeni. "W przeciwieństwie do naszej poprzedniej okolicy, tutaj dzieci naprawdę
spędzały czas na świeżym powietrzu, biegając wśród drzew, budując forty
i dając upust swojej wyobraźni", wspomina Rick. "Dzieci budowały sobie
rampy do skoków na rowerach. Tworzyły tamy na strumieniach, żeby móc
pływać na łódkach. Innymi słowy, robiły dokładnie to, co my, kiedy
byliśmy mali. Tworzyły sobie te same doświadczenia, które my wspominamy
z tak wielką nostalgią". Nagle to wszystko zostało zakazane. "Z jakiegoś
powodu domki na drzewach okazały się zagrożeniem pożarowym. Tamy mogły
grozić powodzią".
Apodyktyczni dorośli ze Stowarzyszenia Społecznego Scripps Ranch
przegonili dzieci znad niewielkiego stawu koło biblioteki publicznej,
gdzie dzieci od kilkudziesięciu lat łowiły rybki, jeszcze gdy na Rancho
Scripps hodowano bydło. W odpowiedzi na te zakazy na prywatnych
podwórkach pojawiły się kosze do koszykówki. Młodzi ludzie przenieśli
swoje deskorolkowe rampy na własne podjazdy. Jednak Stowarzyszenie
przypomniało mieszkańcom, że takie działania łamią warunki umowy, którą
mieszkańcy musieli podpisać przy kupnie domu.
Rampy i kosze musiały zniknąć, a dzieci wróciły do domów.
"Konsole do gry, jak Game Boy i Sega, stały się jedynym ujściem dla ich
wyobraźni", mówi Rick. "Rodzice zaczęli się niepokoić. Ich dzieci
zaczęły przybierać na wadze, trzeba było coś z tym zrobić". Dlatego
miejscowi rodzice pomogli utworzyć skatepark na mniej restrykcyjnym
osiedlu. To osiedle było odległe o 16 km.
Rick mógłby się przeprowadzić, ale podobne zakazy stają się regułą na
rosnących przedmieściach większości amerykańskich miast. Niezliczona
ilość społeczności lokalnych wprowadziła kompletny zakaz swobodnej
zabawy w otoczeniu przyrody, często z powodu obawy przed pozwami
sądowymi, ale również przez rosnącą obsesję na punkcie porządku. Wielu
rodziców i ich dzieci wierzy, że zabawa na świeżym powietrzu jest
zabroniona nawet wtedy, gdy nie ma żadnego formalnego zakazu:
przeświadczenie zmieniające się w fakt.
Jednym ze źródeł tych ograniczeń są prywatne zarządy osiedli. Większość
osiedli mieszkaniowych i zamkniętych społeczności utworzonych w ciągu
ostatnich dwudziestu-trzydziestu lat podlega surowym regulaminom, które
ograniczają lub wręcz całkowicie zakazują zabawy na dworze w sposób,
jaki my praktykowaliśmy jako dzieci. Według Instytutu Stowarzyszeń
Społecznych (Community Associations Institute) obecnie ponad 57 milionów
Amerykanów mieszka w domach zarządzanych przez radę osiedla,
spółdzielnię mieszkaniową lub stowarzyszenie właścicieli. Liczba
towarzystw społecznych wzrosła gwałtownie z 10 000 w 1970 roku do
dzisiejszych 286 000. Te stowarzyszenia narzucają swoje zasady zarówno
dzieciom, jak i dorosłym (dzieci zwykle nie mają żadnego głosu w stowarzyszeniach), od niewielkich ograniczeń aż po całkowite zakazy.
Stowarzyszenie zarządzające Scripps Ranch jest jednym z bardziej
tolerancyjnych, ale nawet tam zorganizowane grupy dorosłych regularnie
niszczą forty i domki na drzewach budowane przez dzieci w zadrzewionych
kanionach.
Niektóre przyczyny takich działań są zrozumiałe, na przykład obawa przed
włóczęgami czy pożarem. Jednak głównym, niezamierzonym skutkiem jest
zniechęcenie do zabawy w otoczeniu przyrody.
Władze lokalne również ograniczają dzieciom dostęp do przyrody. W większości przypadków kryminalizacja zabawy w otoczeniu przyrody jest
bardziej sugerowana niż prawdziwa, ale w niektórych społecznościach
młodzi ludzie próbujący naśladować zabawy swoich rodziców mogą zostać
oskarżeni o wykroczenie, a ich rodzice pozwani do sądu. W Pensylwanii
trzech braci w wieku ośmiu, dziecięciu i dwunastu lat poświęciło osiem
miesięcy i własne kieszonkowe, żeby wybudować za swoim domem domek na
drzewie. Władze dzielnicy nakazały im usunąć domek, ponieważ bracia nie
mieli pozwolenia na budowę. W Clinton w stanie Missisipi pewna rodzina
wydała 4 tysiące dolarów na budowę domku na drzewie -?wyszukanego,
dwupiętrowego, w stylu wiktoriańskim. Zapytali władze miasta o pozwolenie, a urzędnicy odpowiedzieli, że w tym przypadku nie jest
potrzebne. Pięć lat później miejskie biuro planowania przestrzennego
ogłosiło, że domek musi zostać wyburzony, ponieważ łamie rozporządzenie
zakazujące dodatkowej zabudowy przed domami.
Inne surowe ograniczenia dla zabawy na dworze wynikają z chęci ochrony
przyrody przed wpływem ludzi. Dla ochrony zagrożonej
południowo-zachodniej ropuchy Arroyo, w Narodowym Lesie Angeles
całkowicie zamknięto obszar ponad tysiąca hektarów, wcześniej masowo
wykorzystywany przez biwakowiczów i wędkarzy. W kalifornijskim regionie
Wydm Oceano zabroniono puszczania latawców, ponieważ płoszyły sieweczki
morskie, chroniony gatunek ptaka brodzącego o bardzo ograniczonym
siedlisku lęgowym. Po wejściu zakazu w życie miejscowy strażnik parku
wyznał jednemu z mieszkańców Oceano, Ambrose Simasowi, że musiał
przestać puszczać latawce (które sieweczki mylą z jastrzębiami) ze swoim
wnukiem na tej samej plaży, na której przed laty puszczał latawce ze
swoim ojcem i dziadkiem. W moim własnym mieście obowiązuje zakaz
"uszkodzenia, zniszczenia, cięcia lub usunięcia drzewa... [lub] rośliny...
rosnących w miejskim parku... bez pisemnej zgody władz miasta". Co
właściwie oznacza "uszkodzenie"? Czy dziecko może uszkodzić drzewo,
wspinając się na nie? Niektórzy ludzie tak właśnie uważają. Inne
rozporządzenie zakazuje "chwytania, zabijania, ranienia lub płoszenia...
ptaków i zwierząt... z wyjątkiem gatunków uznanych przez władze miasta za
szkodniki...".
Współistnienie zagrożonych gatunków roślin i zwierząt z ludźmi wymaga
ostrożnego postępowania zarówno ze strony dorosłych, jak i dzieci.
Jednak niewłaściwe planowanie przestrzenne ograniczające dostęp do
przyrody na terenach miejskich czyni przyrodzie znacznie więcej szkody
niż dzieci. Dwa przykłady: w zlewni Zatoki Chesapeake co roku zabudowuje
się ponad 20 tys. ha gruntów, czyli prawie pół hektara co dziesięć
minut. W tym tempie w ciągu najbliższych dwudziestu pięciu lat w zlewni
Zatoki Chesapeake zabudowie ulegnie większy obszar niż przez ostatnie
trzy i pół stulecia (dane Stowarzyszenia na rzecz Zatoki Chesapeake).
Tak samo region Charlotte w Karolinie Północnej utracił 20 procent
powierzchni leśnej w ciągu ostatnich dwudziestu lat; w latach 1982-2002
stan ten codziennie tracił 150 ha obszarów rolniczych i leśnych.
Amerykańskie Ministerstwo Rolnictwa szacuje utratę powierzchni lasów z 307 tys. ha w 1982 roku do 150 tys. ha w 2022 roku. Co ciekawe, wzrost
powierzchni obszarów zabudowanych w Karolinie Północnej jest dwukrotnie
szybszy niż wzrost liczebności populacji.
Kurczenie się otwartych przestrzeni idzie w parze ze wzrostem
intensywności użytkowania. To stwierdzenie jest prawdziwe nawet na tych
obszarach, które są powszechnie uważane raczej za podmiejskie niż
miejskie. Jak na ironię, kiedy ludzie przeprowadzają się do miast Sun
Belt (Pas Słońca, południowe stany USA), oczekując więcej przestrzeni
życiowej, często znajdują jej znacznie mniej. Osiem metropolii o najwyższej gęstości zaludnienia znajduje się właśnie na południowym
zachodzie. W wielu z tych miast normą jest zabudowa zniwelowanych
wzgórz, sztuczne kształtowanie krajobrazu, podwórka wielkości nagrobków
i niewiele zielonych miejsc do zabawy. Im więcej ubywa publicznie
dostępnych terenów zielonych, tym bardziej rośnie presja na te, które
jeszcze pozostały. Miejscowa flora zostaje zadeptana, fauna ginie lub
migruje gdzie indziej, a ludzie głodni przyrody kontynuują swe
poszukiwania w samochodach terenowych i na motocyklach. Jednocześnie
prawo jest jasne: nieliczne enklawy dzikiej przyrody pozostawione przez
planistów są tylko do oglądania z zewnątrz, a nie dotykania.
Zbiorowy wpływ nadmiernej ekspansji zabudowy, rosnącej liczby zakazów w parkach, pełnych dobrych intencji (i zwykle rzeczywiście potrzebnych)
przepisów ochrony przyrody, prawa budowlanego, restrykcyjnych
stowarzyszeń społecznych i obawy przed popełnieniem przestępstwa
sprawiają, że dzieci czują się zniechęcone do beztroskiej zabawy na
dworze i mają wrażenie, że jedyną dozwoloną formą rekreacji są
zorganizowane sporty uprawiane na specjalnie przystosowanych obiektach.
"Nasze dzieci słyszą, że tradycyjna zabawa na dworze jest łamaniem
zasad", mówi Rick. "A potem są strofowane, kiedy siedzą przed
telewizorem -?i wysyłane do zabawy na dwór. Tylko gdzie? W jaki sposób?
Czy powinny zacząć uprawiać kolejny zorganizowany sport? Nie wszystkie
dzieci chcą być cały czas zorganizowane. One pragną dać upust swojej
wyobraźni; zbadać, dokąd płyną strumienie".
Nie każdy młody człowiek daje za wygraną. Kiedy Rick poprosił swoich
uczniów o opisanie ich doświadczeń związanych z przyrodą, dwunastoletnia
Lorie wyznała, jak bardzo lubi wspinać się na drzewa, zwłaszcza te
rosnące na skwerze na końcu jej ulicy. Pewnego dnia, gdy Lorie i jej
koleżanka wspinały się wśród gałęzi: "Przyszedł jakiś facet i zaczął
krzyczeć -?Wynoście się, złaźcie z tych drzew! -?Byłyśmy przerażone,
pobiegłyśmy z powrotem do domu i bałyśmy się znowu wyjść. Miałam wtedy
siedem lat, więc ten dorosły wydawał mi się wyjątkowo przerażający.
Sytuacja powtórzyła się w zeszłym roku, tym razem przed moim własnym
domem -?to był ktoś inny i zupełnie go zignorowałam, więc właściwie nic
się nie stało". Według Lorie cała ta sytuacja jest dosyć głupia i ogranicza jej możliwości, aby "móc zachowywać się swobodnie, a nie być
zawsze czysta i schludna jak te dziewczynki, które obawiają się każdego
zadrapania i odrobiny błota. Ciągle jestem dzieckiem, więc chyba nie
proszę o zbyt wiele -?powinnyśmy mieć takie same prawo do zabawy, jak
obecni dorośli, kiedy byli w naszym wieku".
Ocena od-naturalnionego dzieciństwa
Na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat niewielka grupa naukowców
zaczęła śledzić od-naturalnienie dzieciństwa -?jego złożone przyczyny,
zasięg i skutki. W większości było to zupełnie nowe pole badań: na
przykład postępująca kryminalizacja zabawy wśród przyrody, która jest
zarówno przyczyną, jak i skutkiem tych zmian, pozostaje niemal
niezauważona. Liczne badania pokazują kurczenie się czasu wolnego w rodzinach, więcej czasu spędzanego przed telewizorem i komputerem,
rosnącą z powodu niewłaściwej diety i braku ruchu liczbę otyłych dzieci
i dorosłych. Już to wszystko wiemy. Czy wiemy jednak, ile mniej czasu
dzieci spędzają konkretnie w otoczeniu przyrody? Nie. "Nie wiemy
również, czy geograficzne lub klasowe podziały wpływają w jakiś sposób
na czas spędzany przez dzieci wśród natury", mówi Louise Chawla,
profesor psychologii środowiskowej na Kentucky State University i niezmordowana orędowniczka zwiększania stopnia doświadczania przyrody
przez dzieci. Brakuje porządnych, wieloletnich badań, które obejmowałyby
całe dziesięciolecia. "Nie mamy żadnych historycznych danych do
porównania. Nikt nie zadawał tych pytań 30 czy 50 lat temu", mówi
Chawla.
Podobnie jak wielu z nas, naukowcy zawsze uznawali związek między
dziećmi i przyrodą za oczywisty. Jak to się stało, że coś tak
uniwersalnego nagle się zmieniło? Niektórzy badacze zaczęli się nad tym
zastawiać, ale inni zbyli problem jako kwestię nostalgii za idealnym
dzieciństwem. Jednym z powodów takiego podejścia był brak motywacji
finansowej. James Sallis spędził wiele lat na badaniu przyczyn różnic w aktywności wśród dzieci i dorosłych. Pracuje on dla Robert Wood Johnson
Foundation jako dyrektor Programu badań nad aktywnym stylem życia,
wieloletniego wysiłku badawczego w celu znalezienia takich metod
projektowania obiektów rekreacyjnych i całych społeczności, które
zachęcałyby wszystkie grupy wiekowe do większej aktywności fizycznej.
Ich badania skupiają się na obiektach takich jak parki miejskie, ośrodki
rekreacyjne, ulice i prywatne domy.
"Z naszych wcześniejszych badań wynika, że najczęstszą przyczyną
podejmowania aktywności fizycznej u dzieci w wieku przedszkolnym jest po
prostu przebywanie na dworze, a dzieciństwo spędzone w domu, z niewielką
ilością ruchu, może prowadzić do problemów ze zdrowiem psychicznym" -
mówi Sallis.
Zapytałem go, czego dowiedział się o sposobach użytkowania przez dzieci
lasów, pól, kanionów i nieużytków -?innymi słowy "dzikich",
niezagospodarowanych obszarów.
"Nie pytamy o takie miejsca" -?powiedział Sallis.
Skoro nawet Robert Wood Johnson Foundation nie gromadzi tego rodzaju
danych, trudno się tego spodziewać po projektach badawczych
finansowanych przez korporacje. Jedną z najlepszych stron
niezorganizowanej zabawy na świeżym powietrzu jest to, że ona nic nie
kosztuje. Sallis tłumaczył: "Ponieważ taka zabawa jest za darmo, nie da
się na niej zarobić. Kto będzie chciał zapłacić za badania? Dzieciaki
jeżdżące na rowerach i chodzące na spacery nie zużywają paliwa, nie są
niczyją widownią, nie zarabiają dla nikogo pieniędzy... Spójrz, gdzie są
pieniądze".
Pomimo tego zarówno w USA, jak i poza nimi od lat 80. rośnie liczba
dowodów na międzypokoleniową utratę kontaktu z przyrodą.
Robin Moore, profesor architektury krajobrazu na Uniwersytecie Karoliny
Północnej, był pierwszym, który zmierzył, jak bardzo skurczyła się
powierzchnia "dzikich" miejsc zabawy w miastach Anglii. Ta zmiana w krajobrazie dzieciństwa dokonała się w ciągu piętnastu lat. Inne
brytyjskie badanie wykryło, że przeciętne ośmiolatki radziły sobie
lepiej z nazywaniem rodzajów Pokemonów z japońskiej gry karcianej niż
miejscowych gatunków roślin i zwierząt: Pikachu i Metapod były im lepiej
znane niż wydra, żuk i dąb. Również w Japonii krajobraz dzieciństwa (i tak ograniczony) jeszcze się skurczył. Znany japoński fotograf Keiki
Haginoya przez niemal dwadzieścia lat robił zdjęcia dzieciom bawiącym
się na ulicach japońskich miast. Ostatnimi laty "dzieci nagle zniknęły z jego pola widzenia, więc musiał zakończyć ten projekt", donosi Moore.
"Albo pozostawanie w domu stało się bardziej atrakcyjne, albo na dworze
nie pozostało nic ciekawego -?albo jedno i drugie".
W Izraelu naukowcy ujawnili, że niemal wszyscy badani dorośli uznali
"dzikie" miejsca zabawy za najważniejsze okolice ich dzieciństwa; opinię
tę podzieliła mniej niż połowa ośmio- do jedenastolatków. Nawet biorąc
pod uwagę tendencję do upiększania wspomnień z dzieciństwa, ta różnica
jest porażająca. Holandia, uważana za wyjątkowo proekologiczne państwo,
jest jednak wysoko zurbanizowana i dzieci mają "niewielki kontakt z przyrodą", jak wynika z ankiety przeprowadzonej wśród uczniów siedmiu
holenderskich gimnazjów przez Janę Verboom-Vasiljev z Uniwersytetu
Wageningen.
"Nie ma żadnych dowodów na to, że miłość do przyrody jest zaszczepiana w domu rodzinnym. Wręcz przeciwnie, około dwie trzecie ankietowanych
uczniów uważało, że w ich domu zainteresowanie przyrodą jest niewielkie,
a jedenaście procent, że żadne". Ponad połowa z nich nigdy nie była w rezerwacie przyrody, parku, ogrodzie zoologicznym czy botanicznym.
Większość uczniów nie była w stanie podać nazwy nawet jednego
zagrożonego gatunku rośliny i tylko kilka zagrożonych gatunków zwierząt.
"Lista gatunków roślin i zwierząt, których brakowałoby uczniom, gdyby
zniknęły, była zdominowana przez uroczo wyglądające ssaki i zwierzęta,
które są często pokazywane w telewizji... byliśmy zaskoczeni, widząc na
tej liście zwierzęta domowe i hodowlane" stwierdziła Verboom-Vasiljev we
wnioskach pracy. Badanie zostało przeprowadzone w Holandii, lecz "obraz,
który się z niego wyłonił, może się odnosić również do innych wysoko
zurbanizowanych obszarów Europy, gdzie występują podobne warunki
kulturowe, ekonomiczne i socjalne". Potwierdza to inne badanie z Amsterdamu, które miało na celu porównanie zabawy dzieci w Holandii w latach 50. i 60. z tą na początku XXI wieku. Dzisiejsze dzieci bawią się
na dworze rzadziej i krócej, mniej oddalają się od domu, mają mniejszą
liczbę i mniej zróżnicowanych towarzyszy zabaw.
Także w USA dzieci spędzają mniej czasu, bawiąc się na zewnątrz, czy w ogóle bawiąc się swobodnie. Według badań Sandry Hofferth z Uniwersytetu
Maryland w latach 1997-2003 o połowę zmalała liczba dzieci
poświęcających czas na zajęcia takie jak wędrówki, spacery, wędkowanie,
zabawy na plaży czy uprawianie ogródka. Hofferth odkryła również, że
przez ostatnie 25 lat czas wolny i poświęcany przez dzieci na swobodną
zabawę zmalał o 9 godzin tygodniowo. Poza tym, według Rhondy L.
Clements, profesor edukacji z Manhattanville College w stanie Nowy Jork,
dzieci bawiły się na zewnątrz mniej niż ich matki w dzieciństwie.
Clemens i jej współpracownicy zankietowali 800 matek, których odpowiedzi
zostały porównane z tymi udzielonymi przez inne matki pokolenie
wcześniej -?71 procent dzisiejszych matek pamiętało codzienną zabawę na
dworze jako dzieci, ale tylko 26 procent z nich mogło powiedzieć to samo
o swoich dzieciach. "Co zaskakujące, nie było dużych różnic między
odpowiedziami kobiet mieszkających na wsi i w mieście. Te wyniki
zgadzają się z innymi badaniami przeprowadzonymi w Anglii i Walii"
powiedziała Clemens. Wyniki tych badań zadały kłam założeniu, że dzieci
wiejskie mają lepszy dostęp do publicznych obszarów zabawy i rekreacji.
Okazało się, że tereny rolnicze, jako obszary o jednolitym typie
użytkowania i braku możliwości nadzoru nad dziećmi, wcale nie oferowały
więcej możliwości do doświadczania zabawy na świeżym powietrzu.
Niektórzy naukowcy zasugerowali, że zespół deficytu natury postępuje
najszybciej w krajach anglojęzycznych. Być może to prawda, ale zjawisko
jest obecne we wszystkich krajach rozwijających się. "Daily Monitor",
dziennik wydawany w Addis Abebie w Etiopii, w marcu 2007 zaapelował do
rodziców, aby pozwolili swoim dzieciom wychodzić z domu i bawić się na
zewnątrz, zauważając przy tym, że "wielu Etiopczyków osiągnie wiek
dorosły bez doświadczenia zabawy na dworze".
Jeden z amerykańskich badaczy zasugerował, że całe pokolenie dzieci nie
tylko jest wychowywane w domu, ale także jest ograniczane do coraz
mniejszej przestrzeni. Jane Clark, profesor kinezjologii (nauki o poruszaniu się człowieka) z Uniwersytetu Maryland, nazywa je "dziećmi z pudełka" -?bo spędzają coraz więcej czasu na siedzeniach samochodów,
wysokich dziecięcych krzesełkach, a nawet specjalnych krzesełkach do
oglądania telewizji. Dzieci zabierane na dwór są umieszczane wewnątrz
"pudełek" wózków i popychane przez spacerujących lub biegających
rodziców. Takie postępowanie wynika głównie z potrzeby bezpieczeństwa,
ale na dłuższą metę może negatywnie wpływać na zdrowie dzieci. Naukowcy
z Uniwersytetu w Glasgow w Szkocji opublikowali w medycznym czasopiśmie
"Lancet" pracę, w której badali aktywność dzieci zaczynających chodzić.
Przyczepili specjalne czujniki w okolice talii 78 trzylatkom i zostawili
je przez tydzień. Okazało się, że badane dzieci były aktywne fizycznie
tylko przez dwadzieścia minut dziennie. Podobne wyniki przyniosły
badania wiejskich dzieci w Irlandii. Wydaje się jasne, że rozłam między
dzieciństwem a przyrodą jest tylko częścią większego zakłócenia -
fizycznego ograniczenia dzieciństwa w zurbanizowanym świecie, w którym
doświadczanie przyrody jest tylko jedną z ofiar.
W miarę jak rośnie niedobór przyrody, pojawia się coraz więcej dowodów
na nieodzowność bezpośredniego kontaktu z przyrodą dla prawidłowego
fizycznego i emocjonalnego rozwoju. Na przykład pojawiły się nowe
badania sugerujące, że kontakt z przyrodą może zmniejszać objawy zespołu
deficytu uwagi i nadpobudliwości psychoruchowej, poprawiać zdolności
poznawcze i zwiększać odporność na stres i depresję.
Zespół Deficytu Natury
Ogromne znaczenie wyników tych badań powiązane z naszą wiedzą o innych
przemianach kulturowych sprawia, że potrzebna jest jakaś krótka nazwa,
która by to podsumowała. Nazwijmy na razie to zjawisko zespołem
deficytu natury. Waham się trochę przy tej nazwie, bo nasza kultura
jest pełna ciężkiego, formalnego słownictwa nawiązującego do żargonu
medycznego. Być może inny, lepszy termin pojawi się wraz z postępem
badań w tej dziedzinie. Jak już wspomniałem, bynajmniej nie sugeruję, że
ta nazwa dotyczy konkretnej, istniejącej medycznej dolegliwości. Jednak
jej znaczenie staje się jasne, gdy rozmawiam o zespole deficytu natury z grupami rodziców i nauczycieli.
Zespół deficytu natury opisuje cenę, jaką ludzkość płaci za odwrócenie
się od przyrody: zmniejszone użycie zmysłów, niedobór uwagi, częstsze
występowanie chorób fizycznych i psychicznych. Ten zespół występuje u pojedynczych osób, rodzin i całych społeczności. Niedobór natury może
zmieniać sposób zachowania ludzi w miastach, a także sposób planowania
miast, gdyż długoterminowe badania wykazują związek między całkowitym
brakiem lub niedostępnością parków i otwartych przestrzeni, a wysoką
przestępczością, depresją i innymi miejskimi przypadłościami.
Jak wyjaśniają kolejne rozdziały, zespół deficytu natury jest możliwy do
wykrycia i odwrócenia zarówno w skali jednostki, jak i w skali całej
kultury. Jednak ten deficyt jest tylko jedną stroną medalu -?drugą jest
bogactwo przyrody. Dzięki temu, że widzimy konsekwencje niedoboru,
możemy dostrzec, jak wielkie korzyści -?biologicznie, poznawczo, duchowo
-?mogą odnieść nasze dzieci przez pozytywny, fizyczny kontakt z przyrodą. W rzeczy samej, najnowsze badania skupiają się nie na tym, co
zostaje utracone razem z przyrodą, ale na tym, co można zyskać w jej
obecności. "To bardzo ważne, by edukować rodziców na temat tych badań,
by rozbudzić w nich chęć do zabawy w otoczeniu przyrody, tak aby
sprawiała im przyjemność -?to niezbędny warunek utrzymania kontaktu z przyrodą przez ich dzieci" -?mówi Louise Chawla.
Dzięki tej wiedzy być może podążymy w innym kierunku -?ku ponownemu
połączeniu dzieci i przyrody.