Ostatnie dziecko lasu.Wydanie 4 - Richard Louv

Kup ebooka

44.90 zł
39.31 zł (37,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Podziękowania

Jak więk­szość ksią­żek, także i ta była pracą zbio­rową. Moja żona, Kathy Fre­de­rick Louv, i syno­wie, Jason oraz Mat­thew, udzie­lali mi logi­stycz­nego, emo­cjo­nal­nego i inte­lek­tu­al­nego wspar­cia. Prze­szli też przez cały pro­ces badaw­czy.

Książka nie uka­za­łaby się bez pomocy wydaw­czyni Eli­sa­beth Schar­latt i agenta lite­rac­kiego Jamesa Levine'a. Eli­sa­beth patrzyła na wszystko życz­li­wym, lecz kry­tycz­nym okiem. Zapew­niała korze­niom prze­strzeń do wzro­stu, ale łagod­nie, acz sta­now­czo przy­ci­nała nie­sforne pędy. Współ­praca z nią to sama radość. Rów­nież Amy Gash z wydaw­nic­twa Algo­nquin udzie­lała mi budu­ją­cego wspar­cia, podob­nie jak Craig Pope­lars, Ina Stern, Brun­son Hoole, Michael Taec­kens, Aimee Bol­len­bach, Kathe­rine Ward i pozo­stali człon­ko­wie zespołu wydaw­ni­czego. Ciężka praca korek­tor­ska przy­pa­dła mojemu uta­len­to­wa­nego przy­ja­cie­lowi, nie­mal już bratu, Deanowi Stah­lowi. Nie do prze­ce­nie­nia jest pomoc redak­tor­ska, jaką zaofe­ro­wali mi John Shore, Lisa Poli­kov, Che­ryl Nic­chitta oraz moi redak­to­rzy w San Diego Union Tri­bune: Bill Osborne, Ber­nie Jones, Lora Cicalo, Jane Clif­ford, Karin Win­ner i Peter Kaye. W odpo­wied­nich momen­tach na zie­mię spro­wa­dzali mnie John Johns, David Boe, Larry Hin­man, Karen Ker­che­lich, Rose­mary Erick­son, R. Larry Schmitt, Melissa Bal­dwin, Jac­kie Green, Jon Funa­biki, Bill Sto­thers, Michael Step­ner, Susan Bales, Michael Gold­stein, Susan White, Bob Lau­rence, Jean­nette De Wyze, Gary Shie­bler, Anne Pearse Hoc­ker, Peter Sebring, Janet Fout, Neal Peirce, LaVonne Misner, Melissa Moriarty, a przede wszyst­kim, jak zawsze świe­cąc przy­kła­dem, Michael Louv.

Choć nie jest przy­jęte, by pisarz dzię­ko­wał auto­rom dzieł cyto­wa­nych w swo­jej książce, sta­ran­ność (skru­pu­lat­ność) oraz sza­cu­nek naka­zują mi wyra­zić wdzięcz­ność trzem gru­pom. Pierw­sza z nich to nauczy­ciele, a zwłasz­cza John Rick, Brady Kelso, Tina Kafka, David Ward i Candy Van­der­hoff, któ­rzy zachę­cali uczniów do dzie­le­nia się ze mną swo­imi prze­my­śle­niami. Druga to sami ucznio­wie (imiona nie­któ­rych zostały przeze mnie zmie­nione). Trze­cia to wielce uży­teczna grupa naukow­ców, któ­rzy w ostat­nich latach roz­po­częli pracę na tym polu. Jestem szcze­gól­nie wdzięczny Louise Chawli, która nie tylko podzie­liła się ze mną wła­snymi odkry­ciami, ale rów­nież wska­zała mi prace innych bada­czy. Prze­pra­szam tych, któ­rych doko­na­nia w tej dzie­dzi­nie są bez­cenne, lecz do któ­rych nie odwo­ły­wa­łem się w spo­sób bez­po­średni.

To już dru­gie wyda­nie tej książki. Mam dług wdzięcz­no­ści wobec Che­ryl Char­les i Ali­cii Senauer, które pod­jęły się aktu­ali­za­cji przy­wo­ły­wa­nych badań. Jestem też wdzięczny Mar­ti­nowi LeBlan­cowi, Amy Per­t­schuk, Marti Erick­so­nowi, Joh­nowi Par­rowi, Ste­phe­nowi Kel­ler­towi, Yusu­fowi Bur­ges­sowi, Chri­sowi Kru­ege­rowi, Mike'owi Per­t­schukowi, Kathy Bau­gh­man McLeod, Nancy Her­ron, Bobowi Pear­towi oraz po raz kolejny Che­ryl Char­les, za zało­że­nie Sieci "Dzieci i przy­roda" (Chil­dren & Nature Network), która pod­trzy­muje dzie­dzic­two tej książki.

Na końcu chciał­bym podzię­ko­wać Ela­ine Bro­oks, która nie­stety ni­gdy nie prze­czyta książki, do napi­sa­nia któ­rej mnie inspi­ro­wała, lecz któ­rej głos sły­chać na jej kar­tach.

Wprowadzenie

Pew­nego wie­czoru, kiedy moi chłopcy byli młodsi, sie­dzie­li­śmy w restau­ra­cji, a dzie­się­cio­letni wtedy Mat­thew spoj­rzał na mnie znad tale­rza i zapy­tał z powagą: "Tato, dla­czego było faj­niej, kiedy ty byłeś dziec­kiem?".

Zapy­ta­łem, co ma na myśli.

"No cią­gle tylko opo­wia­dasz o swo­ich lasach i dom­kach na drze­wie, i jak jeź­dzi­łeś na koniu nie­da­leko tam­tego bagna".

W pierw­szej chwili pomy­śla­łem, że jest na mnie zły. Rze­czy­wi­ście czę­sto opo­wia­da­łem mu, jak uży­wa­li­śmy sznurka i kawał­ków wątróbki do łapa­nia raków w stru­myku, a więc o czymś, czego próżno dziś szu­kać wśród dzie­cię­cych zabaw. Jak wielu rodzi­com, zda­rza mi się ide­ali­zo­wać swoje dzie­ciń­stwo i oba­wiam się, że zbyt czę­sto oka­zuję lek­ce­wa­że­nie dla spo­so­bów zabawy i przy­gód wła­snych dzieci. Mój syn mówił jed­nak cał­kiem poważ­nie, czuł, że omija go coś bar­dzo waż­nego.

I miał rację. Moi rówie­śnicy -?poko­le­nie wyżu demo­gra­ficz­nego -?czy też starsi Ame­ry­ka­nie odda­wali się swego rodzaju nie­skrę­po­wa­nej, bli­skiej natu­rze zaba­wie, która w epoce tele­fo­nów komór­ko­wych, ese­me­so­wa­nia i Nin­tendo wydaje się jakimś oso­bli­wym prze­żyt­kiem.

W ciągu ostat­nich kilku dzie­się­cio­leci rady­kal­nie zmie­nił się spo­sób rozu­mie­nia i doświad­cza­nia przy­rody przez dzieci. Nastą­piło cał­ko­wite odwró­ce­nie sytu­acji. Dzie­ciaki są dziś świa­dome glo­bal­nych zagro­żeń dla śro­do­wi­ska natu­ral­nego, ale ich fizyczny kon­takt i bli­ska rela­cja z przy­rodą powoli odcho­dzą w zapo­mnie­nie. Zupeł­nie ina­czej niż wtedy, kiedy ja byłem dziec­kiem.

Kiedy byłem mały, w ogóle nie zda­wa­łem sobie sprawy, że moje lasy znaj­dują się w eko­lo­gicz­nej łącz­no­ści z innymi lasami. W latach 50. nikt nie mówił o kwa­śnych desz­czach, dziu­rze ozo­no­wej czy glo­bal­nym ocie­ple­niu. Mimo to świet­nie zna­łem swoje lasy i pola, zna­łem każdy zakręt stru­myka i zagłę­bie­nie w piasz­czy­stych ścież­kach. Wędro­wa­łem po nich nawet we śnie. Współ­cze­sne dzie­ciaki z pew­no­ścią opo­wie­dzą nam wszystko o ama­zoń­skich lasach tro­pi­kal­nych, lecz nie o tym, kiedy ostat­nio samot­nie spa­ce­ro­wały po lesie albo leżały na łące, wsłu­chu­jąc się w świst wia­tru i obser­wu­jąc prze­pły­wa­jące nad ich gło­wami chmury.

Ta książka doty­czy rosną­cej prze­pa­ści mię­dzy naszymi dziećmi a świa­tem przy­rody oraz jej śro­do­wi­sko­wych, spo­łecz­nych, psy­cho­lo­gicz­nych i ducho­wych kon­se­kwen­cji. Powo­łuję się w niej na coraz obszer­niej­szy mate­riał badaw­czy, który wska­zuje na to, jak ważny jest kon­takt z przy­rodą dla zdro­wego roz­woju dziecka -?jak rów­nież osoby doro­słej.

Choć sku­piam się tu przede wszyst­kim na dzie­ciach, to sporo miej­sca poświę­cam także tym, któ­rzy uro­dzili się w prze­ciągu ostat­nich dwóch, trzech dzie­się­cio­leci. Zmiana, która nastą­piła w naszym sto­sunku do świata przy­rody, jest pora­ża­jąca nawet w tych oko­licz­no­ściach, które - mogłoby się zda­wać -?z defi­ni­cji sprzy­jają bli­skiemu kon­tak­towi z przy­rodą. Jesz­cze nie tak dawno obóz letni był miej­scem, gdzie spało się pod namio­tami, cho­dziło po lasach, zdo­by­wało wie­dzę o rośli­nach i zwie­rzę­tach oraz opo­wia­dało przy ogni­sku histo­rie o duchach i dra­pież­nych bestiach. Ale dzi­siaj "obóz letni" coraz czę­ściej ozna­cza wczasy odchu­dza­jące albo obóz kom­pu­te­rowy. Dla młod­szego poko­le­nia przy­roda bliż­sza jest abs­trak­cji niż rze­czy­wi­sto­ści. Coraz czę­ściej jest czymś, co się obser­wuje, kon­su­muje, zakłada na sie­bie -?i igno­ruje. Nie­dawno emi­to­wano w tele­wi­zji reklamę przed­sta­wia­jącą samo­chód tere­nowy z napę­dem na cztery koła pędzący wzdłuż osza­ła­mia­jąco pięk­nego gór­skiego potoku. Na tyl­nym sie­dze­niu samo­chodu sie­działo dwoje dzieci i oglą­dało na wysu­wa­nym ekra­nie film, zupeł­nie nie­świa­dome widoku za oknem.

Sto lat temu histo­ryk Fre­de­rick Jack­son Tur­ner oświad­czył, że nastą­pił koniec ame­ry­kań­skiego "efektu pogra­ni­cza". Jego teza na­dal sta­nowi przed­miot debat i dys­ku­sji. Ale dzi­siaj prze­kra­czamy podobną i jesz­cze istot­niej­szą gra­nicę.

Nasze spo­łe­czeń­stwo uczy mło­dych ludzi uni­ka­nia bez­po­śred­niego kon­taktu z przy­rodą. Taką lek­cję dają nam szkoła, rodzina, a nawet orga­ni­za­cje tury­styczno-kra­jo­znaw­cze; została ona wpi­sana w prawne i regu­la­cyjne struk­tury naszych spo­łecz­no­ści. Nasze insty­tu­cje, plany zago­spo­da­ro­wa­nia prze­strzeni miast i przed­mieść oraz postawy kul­tu­rowe nie­świa­do­mie przed­sta­wiają przy­rodę jako źró­dło wszel­kiego nie­szczę­ścia, a otwartą prze­strzeń pozba­wiają jej kono­ta­cji z rado­ścią i samot­no­ścią. Sys­tem szkol­nic­twa, media i rodzice, kie­ro­wani pozy­tyw­nymi pobud­kami, w rze­czy­wi­sto­ści tylko odstra­szają dzieci od zabawy w lasach i na polach. Na uczel­niach, rzą­dzą­cych się zasadą "opa­ten­tuj albo zgiń", jeste­śmy świad­kami śmierci histo­rii natu­ral­nej, która zanika, w miarę jak prak­tyczne dzie­dziny takie jak zoo­lo­gia ustę­pują miej­sca tym bar­dziej teo­re­tycz­nym i opła­cal­nym, jak na przy­kład mikro­bio­lo­gia i inży­nie­ria gene­tyczna. Szybki roz­wój tech­no­lo­gii zaciera gra­nice mię­dzy czło­wie­kiem, zwie­rzę­ciem i maszyną. Post­mo­der­ni­styczne stwier­dze­nie, że rze­czy­wi­stość jest jedy­nie kon­struk­tem -?a my sami tym, co sobie zapro­gra­mu­jemy -?obie­cuje czło­wie­kowi nie­skoń­czone moż­li­wo­ści, lecz w miarę jak mło­dzi ludzie coraz mniej czasu spę­dzają w oto­cze­niu przy­rody, ich zmy­sły ule­gają fizjo­lo­gicz­nemu i psy­cho­lo­gicz­nemu ogra­ni­cze­niu, a to zmniej­sza bogac­two ludz­kiego doświad­cze­nia.

Jed­nak w tym samym cza­sie, gdy więź łącząca mło­dych ludzi ze świa­tem przy­rody zanika, coraz więk­sza liczba badań wska­zuje na bez­po­średni i jed­no­znacz­nie pozy­tywny wpływ przy­rody na nasze zdro­wie psy­chiczne, fizyczne i duchowe. Nie­któ­rzy naukowcy suge­rują nawet, że prze­my­ślany kon­takt mło­dzieży z przy­rodą bywa bar­dzo sku­teczną formą tera­pii zabu­rzeń defi­cytu uwagi i innych scho­rzeń. Jak twier­dzi jeden z bada­czy, można już śmiało powie­dzieć, że dzieci potrze­bują kon­taktu z przy­rodą w takim samym stop­niu, jak nie­zbędne jest im wła­ściwe odży­wia­nie czy odpo­wied­nia ilość snu.

Zmniej­sze­nie tego defi­cytu -?połą­cze­nie zerwa­nej więzi mię­dzy mło­dymi a przy­rodą -?leży w naszym inte­re­sie nie tylko ze względu na wymogi este­tyki czy spra­wie­dli­wo­ści, ale także dla­tego, że od tego zależy nasze zdro­wie psy­chiczne, fizyczne i duchowe. Stawką jest też zdro­wie całej pla­nety. To, w jaki spo­sób mło­dzież reaguje na przy­rodę i jak wychowa swoje dzieci, będzie wpły­wać na kon­fi­gu­ra­cje i warunki panu­jące w naszych mia­stach, domach -?w naszym życiu codzien­nym. Na kolej­nych stro­nach przyj­rzę się alter­na­tyw­nym ścież­kom pro­wa­dzą­cym do przy­szło­ści, włą­cza­jąc w to jedne z naj­bar­dziej inno­wa­cyj­nych eko­lo­gicz­nych pro­gra­mów szkol­nych; rewi­zjom i innym spo­so­bom pro­jek­to­wa­nia śro­do­wisk miej­skich - a więc temu, co pewien teo­re­tyk okre­ślił mia­nem "zoo­po­lii"; spo­so­bom radze­nia sobie z wyzwa­niami, które stoją przed gru­pami eko­lo­gicz­nymi i zaj­mu­ją­cymi się ochroną przy­rody; oraz temu, jak orga­ni­za­cje wyzna­niowe mogą przy­wró­cić bli­ską więź z przy­rodą w ramach ducho­wego kształ­ce­nia dzieci. Na kar­tach tej książki zabie­rają głos rodzice, dzieci, dziad­ko­wie, nauczy­ciele, naukowcy, przy­wódcy reli­gijni, eko­lo­dzy i bada­cze z róż­nych czę­ści kraju. Wszy­scy ci ludzie dostrze­gają, że nad­szedł czas na zmianę. Nie­któ­rzy z nich kre­ślą wizje nowej przy­szło­ści, w któ­rej dzieci zostają na powrót zjed­no­czone z naturą, a śro­do­wisko natu­ralne jest doce­niane i chro­nione.

W cza­sie badań nad tą książką żywi­łem nadzieję, że wielu obec­nym stu­den­tom, nale­żą­cym do pierw­szego poko­le­nia, które dora­stało w ode­rwa­niu od świata przy­rody, udało się zakosz­to­wać jej na tyle dużo, by intu­icyj­nie zdać sobie sprawę z tego, co ich omi­nęło. Ta tęsk­nota jest źró­dłem siły. Ci mło­dzi ludzie opie­rają się postę­pu­ją­cemu odcho­dze­niu od tego, co realne, do tego, co wir­tu­alne, od gór do Matrixa. Oni nie zamie­rzają zostać ostat­nimi dziećmi lasu.

Moi syno­wie mogą jesz­cze doświad­czyć tego, co pisarz Bill McKib­ben nazwał "koń­cem przy­rody" -?to nie­skoń­cze­nie smutny świat, w któ­rym czło­wiek nie ma już dokąd uciec. Ale jest jesz­cze jedna moż­li­wość: wcale nie koniec przy­rody, lecz odro­dze­nie postawy peł­nej zadzi­wie­nia, a nawet rado­ści. Nagro­bek, który Jack­son wysta­wił ame­ry­kań­skiemu pogra­ni­czu, był tylko po czę­ści uza­sad­niony. Choć jedno pogra­ni­cze znik­nęło, poja­wiło się inne, na któ­rym Ame­ry­ka­nie ide­ali­zo­wali, wyko­rzy­sty­wali, chro­nili i nisz­czyli przy­rodę. Teraz i to pogra­ni­cze -?obecne na rodzin­nej far­mie, w lesie na krańcu drogi, w par­kach naro­do­wych i w naszych wła­snych ser­cach -?zaczyna zni­kać albo zmie­nia się nie do pozna­nia.

Ale, tak jak i poprzed­nio, nasza rela­cja z naturą może jesz­cze prze­mie­nić się w coś zupeł­nie innego. Ta książka opo­wiada o końcu pew­nej epoki, ale i o zupeł­nie nowym pogra­ni­czu -?o lep­szym spo­so­bie współ­ży­cia z przy­rodą.

Rozdział 1. Dary natury

Roz­dział 1

Dary natury

Gdy widzę brzozy, w prawo lub w lewo schy­lone, Sko­śne na tle pio­no­wych krech ciem­niej­szych pni, Chęt­nie godzę się z myślą, że to jakiś chło­pak Musiał się na nich huś­tać.

-?Robert Frost Brzozy w tłum. Sta­ni­sława Barań­czaka

Jeśli w dzie­ciń­stwie włó­czy­li­śmy się po lasach topo­lo­wych w sta­nie Nebra­ska, hodo­wa­li­śmy gołę­bie na dachu w Queens, łowi­li­śmy bassy nie­bie­skie w Ozark i czu­li­śmy, jak pod­nosi się fala, która prze­była tysiąc mil, zanim otarła się o naszą łódź, to ze świa­tem przy­rody połą­czyła nas więź, która pozo­staje z nami do dzi­siaj. Przy­roda wciąż wywiera na nas swój wpływ -?pod­rywa nas do lotu, nie­sie na swoim grzbie­cie.

Dla dzieci przy­roda ma wiele twa­rzy. To nowo naro­dzony cie­lak; zwie­rzak domowy, który żyje, a potem umiera; wydep­tana ścieżka w lesie; fort wznie­siony wśród pokrzyw; wil­gotny, tajem­ni­czy skraj pustej działki. Nie­za­leż­nie od tego, jaką przyj­muje formę, otwiera przed każ­dym dziec­kiem sta­ro­dawny, bez­kre­sny świat, poza kon­trolą rodzi­ców. W prze­ci­wień­stwie do tele­wi­zji przy­roda nie zabiera nam czasu, ona go roz­sze­rza. Przy­roda działa jak bal­sam dla duszy dziecka, które żyje w wynisz­cza­ją­cej je rodzi­nie albo nie­bez­piecz­nym oto­cze­niu. Jest jak czy­sta karta, na któ­rej dziecko kre­śli i inter­pre­tuje na nowo fan­ta­zje kul­tury. Przy­roda pobu­dza kre­atyw­ność u dziecka, doma­ga­jąc się wizu­ali­za­cji i wyko­rzy­sta­nia wszyst­kich zmy­słów. Jeśli mu tylko pozwo­lić, dziecko zabie­rze swoje zagu­bie­nie w świe­cie do lasu, opłu­cze je w stru­myku i wywróci na drugą stronę, żeby zoba­czyć, co się tam kryje. Przy­roda może też dziecko prze­stra­szyć i ten strach ma swój cel. W przy­ro­dzie dziecko odnaj­dzie wol­ność, wyobraź­nię i pry­wat­ność: to miej­sce z dala od świata doro­słych, jego wła­sny (s)pokój.

To tylko nie­które z prak­tycz­nych zasto­so­wań przy­rody, ale na pozio­mie głę­bo­kim przy­roda sama ofia­ro­wuje się dzie­ciom -?sama z sie­bie, a nie jako odbi­cie kul­tury. Na tym pozio­mie nie­wy­tłu­ma­czal­ność natury spra­wia, że odczu­wamy pokorę.

Jak pisze jedyny w swoim rodzaju poeta przy­rody Gary Sny­der, odwo­łu­jemy się do dwóch zna­czeń słowa "natura", które pocho­dzi od łaciń­skiego natura -?naro­dziny, istota, cha­rak­ter, bieg rze­czy -?oraz natura, nasci -?naro­dzić się. W swoim naj­szer­szym zna­cze­niu natura-przy­roda obej­muje świat mate­rialny wraz ze wszyst­kimi jego przed­mio­tami i zja­wi­skami, zgod­nie z tą defi­ni­cją czę­ścią natury będzie też maszyna. Oraz tok­syczne odpady. W innym uję­ciu przy­roda to "otwarta prze­strzeń". Według tej kono­ta­cji wytwór czło­wieka nie sta­nowi czę­ści natury, jest od niej osobny. Na pierw­szy rzut oka Nowy Jork nie ma z przy­rodą wiele wspól­nego, ale prze­cież kryje w sobie róż­nego rodzaju tajemne, samo­wy­star­czalne prze­strze­nie dzi­ko­ści, poczy­na­jąc od stwo­rzeń ukry­wa­ją­cych się w próch­nie w Cen­tral Parku, na jastrzę­biach kołu­ją­cych nad Bro­nxem koń­cząc. W tym sen­sie mia­sto żyje w zgo­dzie z sze­roko poj­mo­wa­nymi pra­wami natury, jest natu­ralne (tak jak i maszyna jest czę­ścią przy­rody), ale i cza­sami dzi­kie.

Roz­my­śla­jąc nad rela­cją dzieci z przy­rodą, chcia­łoby się odna­leźć jakąś bogat­szą defi­ni­cję, defi­ni­cję pozo­sta­wia­jącą wię­cej miej­sca na wzię­cie odde­chu -?taką, która nie obej­muje sobą wszyst­kiego, ale też nie ogra­ni­cza natury do dzie­wi­czych lasów. Sny­dera przy­cią­gnęła fraza poety Johna Mil­tona: "cały gąszcz sło­dy­czy". "U Mil­tona słowo gąszcz zawiera w sobie całą tę nie­by­wale realną ener­gię i bogac­two, które czę­sto można odna­leźć w dzi­kich sys­te­mach. "Gąszcz sło­dy­czy" jest jak miliardy mło­dych śle­dzi i makreli w oce­anie, całe metry sze­ścienne krylu, nasiona dzi­kich traw na pre­rii... cała ta nie­by­wała mno­gość małych zwie­rząt i roślin, utrzy­mu­ją­cych przy życiu szer­szą sieć" -?wyja­śnia. "Ale z dru­giej strony gąszcz przy­wo­łuje na myśl chaos, Erosa, nie­znane, prze­strze­nie tabu, sie­dli­sko tego, co zara­zem eks­ta­tyczne i demo­niczne. W obu zna­cze­niach tego słowa jest to miej­sce arche­ty­po­wej mocy, nauki i wyzwa­nia". Roz­my­śla­jąc o dzie­ciach i darach natury, warto pamię­tać o tym trze­cim, peł­nym obfi­to­ści zna­cze­niu. Na potrzeby tej książki, kiedy uży­wam słowa "natura" (lub "przy­roda") w spo­sób ogólny, mam na myśli gąszcz przy­rody: róż­no­rod­ność bio­lo­giczną, nad­miar -?to, co można zna­leźć w nie­upo­rząd­ko­wa­nej prze­strzeni podwórka i na urwi­stym grzbie­cie góry. Ponad wszystko natura znaj­duje swoje odbi­cie w naszej zdol­no­ści do zadzi­wie­nia. Nasci. Naro­dzić się.

Choć czę­sto wyobra­żamy sobie sie­bie w ode­rwa­niu od przy­rody, istoty ludz­kie także są czę­ścią tego gąsz­czu. Moje pierw­sze wspo­mnie­nie, odczu­wane wszyst­kimi zmy­słami i pełne zadzi­wie­nia, to pewien zimny wio­senny pora­nek w Inde­pen­dence w sta­nie Mis­so­uri. Mia­łem wtedy jakieś trzy lata i sie­dzia­łem na wysu­szo­nym na wiór polu za wik­to­riań­skim domem mojej babki, z któ­rego łusz­czyła się farba. Mój ojciec pra­co­wał obok, sadząc rośliny w ogro­dzie. Rzu­cił na zie­mię nie­do­pa­łek papie­rosa -?jak zro­bi­łoby to tylu innych w tam­tych cza­sach, kiedy miesz­kańcy Środ­ko­wego Zachodu bez­tro­sko rzu­cali na zie­mię odpadki albo wyrzu­cali butelki po piwie i napo­jach gazo­wa­nych oraz nie­do­pałki z okien samo­cho­dów, aż iskry latały na wie­trze. Sucha trawa zajęła się ogniem. Pamię­tam dosko­nale ten dźwięk pło­mieni i zapach dymu, i szust! nogi ojca, kiedy zadep­ty­wał ogień, kro­cząc za nim, w miarę jak ten roz­prze­strze­niał się po polu.

Po tym samym polu spa­ce­ro­wa­łem wokół spa­dów z bab­ci­nej gru­szy, zgięty w pół i zaty­ka­jąc nos pal­cami, w ostroż­nej odle­gło­ści od nie­wiel­kich sto­sów fer­men­tu­ją­cej mate­rii, by wresz­cie zdo­być się na eks­pe­ry­men­talny oddech. Sia­da­łem wtedy wśród roz­kła­da­ją­cych się owo­ców, pełen fascy­na­cji i odrazy. Ogień i fer­men­ta­cja...

Spę­dza­łem całe godziny, odkry­wa­jąc lasy i pola na brzegu mia­sta. Rosły tam drzewa żółt­nicy poma­rań­czo­wej ze swo­imi kol­cza­stymi, nie­przy­ja­znymi kona­rami, z któ­rych spa­dały lep­kie, obrzy­dliwe owoce więk­sze od piłki do soft­ballu. Tych nale­żało uni­kać. Ale na kra­wę­dzi lasu rosły drzewa, na które można było się wdra­pać, a ich małe gałę­zie były dla nas jak stop­nie dra­biny. Wspi­na­li­śmy się kil­ka­na­ście metrów nad zie­mię, wysoko nad żółt­ni­co­wym wia­tro­chro­nem, i z tego punktu obser­wa­cyj­nego spo­glą­da­li­śmy na dobrze znane, błę­kitne wstążki Mis­so­uri i na dachy nowych domów na roz­py­cha­ją­cych się jak zawsze przed­mie­ściach.

Czę­sto wspi­na­łem się sam. Cza­sem, zagu­biony w swoim zadzi­wie­niu, wcho­dzi­łem głę­boko w las i wyobra­ża­łem sobie, że jestem Mow­glim z książki Rudy­arda Kiplinga, chłop­cem wycho­wa­nym przez wilki, i wspi­na­jąc się na górę, pozby­wa­łem się więk­szo­ści ubra­nia. Jeśli udało mi się wejść wystar­cza­jąco wysoko, gałę­zie sta­wały się tak cien­kie, że przy każ­dym podmu­chu wia­tru cały świat prze­chy­lał się w dół i w górę, i dookoła, i w górę, i w bok, i znowu w górę. Było to prze­ra­ża­jące i wspa­niałe zara­zem, tak oddać się mocy wia­tru. Moje zmy­sły wypeł­niały odczu­cia towa­rzy­szące spa­da­niu, wzno­sze­niu się, huś­ta­niu, wokół mnie sły­chać było liście trza­ska­jące jak kostki u dłoni, i wes­tchnie­nia oraz szepty wia­tru. Wiatr przy­niósł też ze sobą zapa­chy, a i drzewo szyb­ciej uwal­niało swoją woń chło­stane jego powie­wem. I wresz­cie pozo­sta­wał już tylko wiatr, prze­bi­ja­jący się przez wszyst­kie te dozna­nia.

Dzi­siaj czasy wspi­na­nia się na drzewa mam już za sobą, ale czę­sto roz­my­ślam nad nie­prze­mi­jalną war­to­ścią tych wcze­snych, cudow­nie leni­wych dni. Teraz potra­fię doce­nić ten widok aż po hory­zont otwie­ra­jący się z korony drzewa. Las dzia­łał na mnie rów­nie sty­mu­lu­jąco, jak Rita­lin1. Natura uspo­ka­jała mnie, uła­twiała kon­cen­tra­cję, ale i pobu­dzała zmy­sły.

"Tam, gdzie wszystkie urządzenia elektryczne"

Wielu przed­sta­wi­cieli mojego poko­le­nia dora­stało, nie doce­nia­jąc darów natury. Zakła­da­li­śmy (jeśli w ogóle prze­szło nam to przez myśl), że przy­szłe poko­le­nia też będą miały do nich dostęp. Ale coś się zmie­niło. Nastą­piło to, co nazy­wam zespo­łem defi­cytu natury. Ten ter­min nie ma nic wspól­nego z dia­gnozą medyczną, lecz pozwala się zasta­no­wić nad pro­ble­mem i moż­li­wo­ściami jego roz­wią­za­nia -?dla naszych dzieci, ale także i dla nas samych.

Ja sam zda­łem sobie sprawę z tego, że zaszła podobna prze­miana, pod koniec lat 80., pod­czas badań towa­rzy­szą­cych pisa­niu książki Przy­szłość dzie­ciń­stwa poświę­co­nej życiu rodzin­nemu w cza­sach nowo­cze­snych. Prze­pro­wa­dzi­łem roz­mowy z pra­wie trzema tysią­cami dzieci i rodzi­ców z całego kraju, z tere­nów miej­skich, podmiej­skich i wiej­skich. W kla­sie szkol­nej i w salo­nie od czasu do czasu poja­wiał się temat rela­cji dziecka z przy­rodą. Czę­sto przy­po­mi­nam sobie tę nie­zwy­kle szczerą opi­nię, którą podzie­lił się ze mną Paul, czwar­to­kla­si­sta z San Diego: "Lubię się bawić w środku, bo tam są wszyst­kie urzą­dze­nia elek­tryczne".

Podobne uwagi sły­sza­łem w wielu kla­sach szkol­nych. Oczy­wi­ście dla wielu dzieci natura na­dal jest źró­dłem rado­ści i zadzi­wie­nia. Ale innym zabawa na dwo­rze wydaje się taka... bez­pro­duk­tywna. Zabro­niona. Obca. Uro­cza. Nie­bez­pieczna. Prze­fil­tro­wana przez medium tele­wi­zji.

"To przez to cią­głe oglą­da­nie tele­wi­zji" -?powie­działa mi pewna mama ze Swar­th­more w sta­nie Pen­syl­wa­nia. "Nasze spo­łe­czeń­stwo wie­dzie teraz sie­dzący tryb życia. Kiedy byłam dziec­kiem dora­sta­ją­cym w Detroit, cią­gle bawi­li­śmy się na dwo­rze. Dzieci, które zosta­wały w domu, były jakieś dziwne. Nie mie­li­śmy dostępu do żad­nych wiel­kich prze­strzeni, ale cały czas bawi­li­śmy się na ulicy -?na pustych dział­kach, gra­jąc w gumę albo w base­ball czy w klasy. Ulica była naj­waż­niej­szym miej­scem zabawy nawet dla nasto­lat­ków".

Inny rodzic ze Swar­th­more dodał, że "coś jesz­cze wyglą­dało ina­czej, kiedy byli­śmy dziećmi. Nasi rodzice też sie­dzieli na zewnątrz. Nie żeby od razu zapi­sy­wali się na zaję­cia spor­towe, nic w tym rodzaju, ale prze­by­wali poza domem, sie­dzieli na ganku albo tara­sie, roz­ma­wia­jąc z sąsia­dami. Jeśli cho­dzi o aktyw­ność fizyczną, dzieci mają się dziś naj­go­rzej w całej histo­rii Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Ich rodzice poszli się prze­biec po parku, a dzie­ciaki po pro­stu zostały w domu".

To było jak man­tra wypo­wia­dana przez rodzi­ców, dziad­ków, wuj­ków, cio­cie, nauczy­cieli i innych doro­słych w całym kraju, nawet tam, gdzie spo­dzie­wa­łem się usły­szeć inne głosy. Odwie­dzi­łem na przy­kład przed­mie­ścia Over­land Park w sta­nie Kan­sas, oko­lice zamiesz­ki­wane przez dość zamożną klasę śred­nią, nie­da­leko miej­sca, gdzie sam dora­sta­łem. W mię­dzy­cza­sie wiele lasów i pól znik­nęło, ale pozo­stało na tyle dużo natu­ral­nego kra­jo­brazu, by dostar­czyć oka­zji do zabawy na dwo­rze. Byłem pewien, że dzie­ciaki bawią się tam w oto­cze­niu przy­rody. Nie­zbyt czę­sto się to dzieje, jak uświa­do­mili mnie rodzice, któ­rzy pew­nego wie­czoru spo­tkali się w czy­imś salo­nie, aby poroz­ma­wiać o nowym pej­zażu dzie­ciń­stwa. I choć wielu z nich miesz­kało w tym samym bloku, niektó­rzy z nich ni­gdy wcze­śniej się nie spo­tkali.

"Kiedy dzieci były w trze­ciej lub czwar­tej kla­sie, cią­gle jesz­cze mie­li­śmy ten skwer za domem" -?powie­działa jedna z matek. "Dzie­ciaki maru­dziły, że się nudzą. A ja powie­działam: Jest wam nudno? To jazda na dwór, na skwe­rek za domem, i nie wra­caj­cie wcze­śniej niż za dwie godziny. Znajdź­cie sobie coś do roboty. Zaufaj­cie mi, po pro­stu spró­buj­cie. Może wam się to spodoba. Tak więc nie­chęt­nie wyszli na dwór się poba­wić. I nie wró­cili po dwóch godzi­nach, wró­cili znacz­nie póź­niej. Zapy­ta­łam dla­czego, a one odpo­wie­działy: Było super! Nie wie­dzie­li­śmy, że może być tak faj­nie! Wspi­nali się na drzewa, obser­wo­wali różne rze­czy, ganiali się po polu, bawili się w takie same zabawy, jak my, kiedy byli­śmy mali. Następ­nego dnia mówię więc: Hej, znowu się nudzi­cie -?może znowu wyj­dzie­cie na dwór? A oni na to: E tam, już się tam bawi­li­śmy. I wcale nie mieli ochoty tego znowu spró­bo­wać".

"Nie wiem, czy rozu­miem, o co ci cho­dzi" -?odpo­wie­dział jeden z ojców. "Wydaje mi się, że moje dziew­czynki lubią takie rze­czy jak peł­nia księ­życa, ładny zachód słońca albo kwiaty. Lubią, kiedy drzewa koły­szą się na wie­trze -?i inne takie".

Inna mama tylko potrzą­snęła głową: "Jasne, malu­chy zauwa­żają takie rze­czy" -?powie­działa. "Ale nie potra­fią się na nich sku­pić". Zaczęła nam opo­wia­dać o ostat­nich rodzin­nych waka­cjach na nar­tach w Kolo­rado. "Był taki cudowny, spo­kojny dzień, dzie­ciaki zjeż­dżały po stoku -?ze słu­chaw­kami na uszach. Nie potra­fią się cie­szyć odgło­sami przy­rody ani byciem sam na sam z naturą. Nie potra­fią bawić się same ze sobą. Muszą mieć coś innego".

Męż­czy­zna, który wycho­wał się na far­mie i do tej pory nie zabie­rał głosu, włą­czył się do roz­mowy.

"Tam, gdzie ja dora­sta­łem, natu­ral­nie wszy­scy spę­dza­li­śmy cały czas na dwo­rze" -?powie­dział. "Nie­ważne, w którą stronę się poszło, było się na dwo­rze -?na świeżo zaora­nym polu, w lesie, nad stru­mie­niem. Tutaj jest ina­czej. Over­land Park to teraz mia­sto. Dzieci niczego nie utra­ciły, bo ni­gdy tego nie miały. To, o czym tutaj roz­ma­wiamy, to przej­ście, któ­rego doko­na­li­śmy my sami, któ­rzy dora­sta­li­śmy na łonie natury. Teraz natury po pro­stu tu nie ma".

Zapa­dła cisza. Tak, wiele z daw­nych dzi­kich tere­nów zamie­niło się w tereny zabu­do­wane -?ale z okna domu, w któ­rym sie­dzie­li­śmy, można było dostrzec brzeg lasu. Natura cią­gle tam była. Było jej mniej, bez wąt­pie­nia, ale jed­nak cią­gle tam była.

Następ­nego dnia po roz­mo­wie z rodzi­cami z Over­land Park prze­je­cha­łem przez gra­nicę stanu Kan­sas z Mis­so­uri, aby odwie­dzić szkołę pod­sta­wową South­wood w Ray­ton w sta­nie Mis­so­uri, nie­opo­dal Kan­sas City. Ja sam też do niej cho­dzi­łem. Ku mojemu zdzi­wie­niu nad asfal­tem skrzy­piały dokład­nie te same huś­tawki (albo tak mi się zda­wało), pod­łogi były pokryte iden­tycz­nym lino­leum, a małe drew­niane krze­sła z napi­sami wyry­tymi czar­nym, nie­bie­skim i czer­wo­nym dłu­go­pi­sem cią­gle stały w nie­rów­nych rzę­dach, jakby w ocze­ki­wa­niu.

Pod­czas gdy nauczy­ciele zbie­rali uczniów z klas II-V i odpro­wa­dzali ich do sali, w któ­rej cze­ka­łem, ja odpa­ko­wy­wa­łem swój magne­to­fon i patrzy­łem przez okno na nie­bie­sko­zie­loną ścianę drzew, naj­praw­do­po­dob­niej dębów błot­nych, klo­nów i topól wło­skich, a może i orzesz­ni­ków jadal­nych albo gle­di­czji trój­cier­nio­wych, któ­rych gałę­zie drżały i koły­sały się powoli na let­nim wie­trze. Jakże czę­sto te wła­śnie drzewa inspi­ro­wały mnie do dzie­cię­cych snów na jawie!

W ciągu następ­nej godziny, kiedy wypy­ty­wa­łem mło­dych ludzi o ich rela­cje z przy­rodą, oni opi­sy­wali nie­które spo­śród barier, które powstrzy­my­wały ich przed wycho­dze­niem na dwór: brak czasu, tele­wi­zję, stan­dar­dowe i czę­sto przy­wo­ły­wane przy­czyny. Ale ich ist­nie­nie nie ozna­czało, że dzie­ciom bra­ko­wało cie­ka­wo­ści. Wręcz prze­ciw­nie, mówiły o przy­ro­dzie z dziwną mie­sza­niną zakło­po­ta­nia, ode­rwa­nia i tęsk­noty -?a cza­sem z opo­rem. W przy­szło­ści czę­sto mia­łem spo­tkać się z tym wła­śnie tonem.

"Tak naprawdę moi rodzice nie czują się bez­piecz­nie, kiedy wcho­dzę w głąb lasu" -?mówił jeden chło­piec. "Nie mogę odejść za daleko. Moi rodzice cią­gle się o mnie mar­twią. Ale ja i tak tam cho­dzę, tylko nic im o tym nie mówię -?i wtedy są na mnie wście­kli. Ale ja po pro­stu sie­dzę sobie za drze­wem albo coś w tym rodzaju, albo leżę na polu z kró­li­kami".

Któ­ryś chło­piec powie­dział, że kom­pu­tery są waż­niej­sze od przy­rody, bo to one pozwa­lają zna­leźć pracę. Jesz­cze inni stwier­dzili, że nie mają czasu, żeby wyjść na dwór. Ale jedna uczen­nica pią­tej klasy w pro­stej, wzo­rzy­stej sukience i z bar­dzo poważ­nym wyra­zem twa­rzy wyznała mi, że kiedy doro­śnie, chce zostać poetką.

"Kiedy jestem w lesie" -?powie­działa -?"czuję się jak mama".

Była jed­nym z tych wyjąt­ko­wych dzieci, które cią­gle jesz­cze spę­dzają czas na dwo­rze, w samot­no­ści. Dla niej natura ozna­czała piękno -?i ucieczkę. "Jest tam tak spo­koj­nie i powie­trze tak ład­nie pach­nie. To zna­czy, też jest zanie­czysz­czone, ale nie tak bar­dzo, jak powie­trze w mie­ście. Dla mnie jest tam zupeł­nie ina­czej" -?powie­działa. "Jest tak, jakby się było zupeł­nie wol­nym. To twój wła­sny czas. Cza­sami wycho­dzę na dwór, kiedy jestem strasz­nie zła -?i wtedy, w całym tym spo­koju, nagle zaczy­nam czuć się lepiej. Wra­cam do domu szczę­śliwa, a moja mama nawet nie wie dla­czego".

Potem opi­sała swój wła­sny leśny zaką­tek.

"Mia­łam tam swoje miej­sce. Po jed­nej stro­nie był duży wodo­spad i stru­myk. Wyko­pa­łam tam dużą dziurę i cza­sami zabie­ra­łam ze sobą namiot albo koc, i kła­dłam się w tej dziu­rze, i patrzy­łam w górę na drzewa i niebo. Cza­sami zasy­pia­łam. Czu­łam się wolna, to było takie jakby moje miej­sce i mogłam tam robić to, co chcia­łam, i nikt nie mógł mnie powstrzy­mać. Cho­dzi­łam tam pra­wie każ­dego dnia".

Twarz mło­dej poetki zaru­mie­niła się, zaczęła mówić zdu­szo­nym gło­sem.

"I wtedy po pro­stu wycięli las. Czu­łam się, jakby wycięli kawa­łek mnie samej".

Z cza­sem zaczą­łem rozu­mieć zło­żo­ność, jaką repre­zen­to­wali chło­piec - zwo­len­nik urzą­dzeń elek­trycz­nych, i poetka, która utra­ciła swój uko­chany leśny zaką­tek. Nauczy­łem się też cze­goś jesz­cze. Rodzice, nauczy­ciele, inni doro­śli, insty­tu­cje -?sama kul­tura -?mówi dzie­ciom jedno, jeśli cho­dzi o dary natury, ale nasze dzia­ła­nia i prze­sła­nie -?zwłasz­cza te, któ­rych sami nie sły­szymy -?to coś zupeł­nie innego.

A dzieci mają dosko­nały słuch.

1. Lek sty­mu­lu­jący uży­wany do lecze­nia zespołu nad­po­bu­dli­wo­ści psy­cho­ru­cho­wej z defi­cy­tem uwagi -?ADHD [wszyst­kie przy­pisy pocho­dzą od tłu­maczki]. [wróć]

Rozdział 2. Trzecie pogranicze

Roz­dział 2

Trze­cie pogra­ni­cze

Pogra­ni­cza już nie ma. Umarło w butach.

-?M. R. Mont­go­mery

Mam na półce egzem­plarz Shel­ters, Shacks and Shan­ties [Schro­nie­nia, szopy i sza­łasy], książki napi­sa­nej w 1915 roku przez Daniela C. Bearda, inży­niera budow­nic­twa i póź­niej­szego arty­sty, który jest naj­le­piej znany jako jeden z zało­ży­cieli ruchu skau­tów ame­ry­kań­skich. Przez pół wieku pisał i ilu­stro­wał książki na temat przy­rody. Shel­ters, Shacks and Shan­ties jest jedną z moich ulu­bio­nych ksią­żek, bo Beard uosa­bia dla mnie -?zwłasz­cza za pomocą swo­ich ryso­wa­nych piór­kiem ilu­stra­cji -?epokę, kiedy doświad­cze­nie przy­rody u mło­dzieży było nie­ro­ze­rwal­nie zwią­zane z roman­tycz­nym wize­run­kiem ame­ry­kań­skiego pogra­ni­cza.

Gdyby takie książki opu­bli­ko­wać dzi­siaj na nowo, zosta­łyby uznane za dzi­waczne i -?deli­kat­nie mówiąc -?nie­po­prawne poli­tycz­nie. Ich adre­sa­tami byli chłopcy. Jako gatu­nek lite­racki zda­wały się suge­ro­wać, że żaden porządny chło­piec nie jest w sta­nie cie­szyć się przy­rodą, nie wyci­na­jąc przy tym tylu drzew, ile się tylko da. Ale tym, co naprawdę defi­niuje te książki i czasy, które sobą repre­zen­tują, jest nie­pod­wa­żalne prze­ko­na­nie, że prze­by­wa­nie na łonie natury wiąże się zawsze z postawą aktywną, robie­niem cze­goś, bez­po­śred­nim doświad­cze­niem -?z byciem kimś wię­cej niż tylko widzem.

"Naj­młodsi chłopcy będą w sta­nie zbu­do­wać nie­które z pro­stych sza­ła­sów, a starsi wybu­dują te trud­niej­sze" -?pisał Beard we wstę­pie do książki. "Czy­tel­nik może, jeśli ma taką chęć, zacząć od tej pierw­szej [budy] i wspiąć się na wyż­szy poziom umie­jęt­no­ści, budu­jąc domy z bali; tak czy­niąc, będzie podą­żał za histo­rią rodzaju ludz­kiego, bo odkąd nasi żyjący na drze­wach przod­ko­wie wypo­sa­żeni w chwytne koń­czyny roz­pierz­chali się wśród gałęzi pra­daw­nych drzew i budo­wali na nich przy­po­mi­na­jące gniazda osłony, ludzie zawsze budo­wali sza­łasy, które ofe­ro­wały im tym­cza­sowe schro­nie­nie". Dalej opi­suje za pomocą słów i rysun­ków, w jaki spo­sób chłopcy mogą zbu­do­wać ponad czter­dzie­ści rodza­jów sza­ła­sów, włą­cza­jąc w to domki na drze­wach, sza­łasy otwarte typu Adi­ron­dack, sza­łasy stoż­kowe, tipi z kory, sza­łasy pio­nier­skie i skau­tow­skie. Uczy, jak "wybu­do­wać chatki ze ścia­nami z ple­cionki z kory" i "szopy kryte dar­nią". Poka­zuje, jak "roz­łu­py­wać drewno, robić gonty, szczapy oraz deski sza­lun­kowe" i jak skon­stru­ować dom na balach, sekretny zamek do drzwi, pod­ziemny fort oraz jakże intry­gu­jącą "chatę z bali ukrytą wewnątrz współ­cze­snego domu".

Dzi­siej­szy czy­tel­nik nie posia­dałby się ze zdzi­wie­nia nad pozio­mem wyna­laz­czo­ści i nie­zbęd­nych umie­jęt­no­ści, a także tym, jak ryzy­kowne są nie­które z opi­sy­wa­nych w książce kon­struk­cji. W przy­padku "tra­dy­cyj­nego ame­ry­kań­skiego hoganu dla chłop­ców albo domu pod­ziem­nego" Beard zaleca ostroż­ność. Przy two­rze­niu podob­nych jaskiń, przy­znaje autor, "zawsze ist­nieje poważne ryzyko zawa­le­nia się dachu i zasy­pa­nia mło­dych tro­glo­dy­tów, ale popraw­nie skon­stru­owany pod­ziemny hogan jest cał­ko­wi­cie bez­pieczny".

Uwiel­biam książki Bearda ze względu na ich nie­prze­party urok, czasy, które przy­wo­łują, oraz opi­sy­wane w nich utra­cone rze­mio­sło. Jako dziecko budo­wa­łem pod­sta­wowe wer­sje tych schro­nień, szop i sza­ła­sów, wli­cza­jąc w to pod­ziemne forty pod polami kuku­ry­dzy i wyra­fi­no­wane domki na drze­wach z ukry­tym wej­ściem i wido­kiem na to, co w mojej wyobraźni było pogra­ni­czem roz­cią­ga­ją­cym się od Ral­ston Street hen poza gra­nicę zna­nego, pod­miej­skiego świata.

Koniec jednego pogranicza, początek drugiego

W prze­ciągu jed­nego stu­le­cia ame­ry­kań­skie doświad­cze­nie natury -?które wywarło swój wpływ na kul­turę innych zakąt­ków świata -?poko­nało drogę od bez­po­śred­niego uty­li­ta­ry­zmu poczy­na­jąc, przez roman­tyczne przy­wią­za­nie, na elek­tro­nicz­nym ode­rwa­niu koń­cząc. Ame­ry­ka­nie poko­nali nie jedno, lecz trzy pogra­ni­cza. Przej­ście przez to trze­cie pogra­ni­cze, w któ­rym dora­stają dzi­siaj mło­dzi ludzie, jest taką samą wyprawą w nie­znane, jak za cza­sów Daniela Bearda.

Prze­by­cie i waż­ność pierw­szego pogra­ni­cza zostały opi­sane w 1893 roku pod­czas Kolum­bij­skiej Wystawy Świa­to­wej w Chi­cago, zor­ga­ni­zo­wa­nej dla uczcze­nia przy­by­cia Kolumba do Ame­ryki. Tam, na spo­tka­niu Ame­ry­kań­skiego Towa­rzy­stwa Histo­rycz­nego w Chi­cago, histo­ryk Fre­de­rick Jack­son Tur­ner z Uni­wer­sy­tetu w Wiscon­sin przed­sta­wił swoją "teo­rię pogra­ni­cza". Twier­dził, że przy­glą­da­jąc się takim czyn­ni­kom jak "dostęp­ność pustej, dar­mo­wej prze­strzeni, jej cią­głe kur­cze­nie się oraz postęp ame­ry­kań­skiego osad­nic­twa w kie­runku zachod­nim" można wyja­śnić roz­wój narodu ame­ry­kań­skiego, jego histo­rię oraz cha­rak­ter naro­dowy. Następ­nie powią­zał to stwier­dze­nie z wyni­kami ame­ry­kań­skiego cen­zusu z 1890 roku, który ujaw­nił zanik cią­gło­ści linii ame­ry­kań­skiego pogra­ni­cza - "zamy­ka­nie się pogra­ni­cza". W tym samym roku kie­row­nik zespołu badań nad cen­zu­sem ogło­sił koniec epoki "wol­nego dostępu do ziemi" -?czyli do tere­nów, które osad­nicy mogli swo­bod­nie upra­wiać.

Choć pier­wot­nie nie przy­kła­dano do niej wiel­kiej uwagi, teo­ria Jack­sona stała się jedną z naj­istot­niej­szych tez w histo­rii Ame­ryki. Jack­son twier­dził, że każde poko­le­nie "powra­cało do pry­mi­tyw­nych warun­ków na cią­gle prze­su­wa­ją­cej się linii pogra­ni­cza". Opi­sy­wał pogra­ni­cze jako "miej­sce spo­tka­nia bar­ba­rzyń­stwa z cywi­li­za­cją". Naj­bar­dziej pod­sta­wowe cechy kul­tury ame­ry­kań­skiej można tłu­ma­czyć, jak twier­dził, wpły­wem pogra­ni­cza na oso­bo­wość: "ta szorst­kość w oby­ciu i siła połą­czona z prze­ni­kli­wo­ścią i żądzą posia­da­nia; ten zmysł prak­tyczny, tak łatwo znaj­du­jący roz­wią­za­nia; ta mistrzow­ska umie­jęt­ność obcho­dze­nia się z przed­mio­tami mate­rial­nymi... ta nie­spo­żyta, ner­wowa ener­gia; ten jakże domi­nu­jący indy­wi­du­alizm". Histo­rycy cią­gle pro­wa­dzą dys­ku­sje na temat teo­rii Tur­nera. Wielu z nich, jeśli nie więk­szość, odrzu­ciła klu­czowe zna­cze­nie Tur­ne­row­skiego pogra­ni­cza dla zro­zu­mie­nia histo­rii i cha­rak­teru Ame­ryki. Imi­gra­cja, rewo­lu­cja prze­my­słowa, wojna domowa -?one też wywarły głę­boki, for­ma­tywny wpływ na naszą kul­turę. Zresztą sam Tur­ner też doko­nał w końcu rewi­zji swo­jej teo­rii, uzu­peł­nia­jąc ją o wyda­rze­nia w duchu pogra­ni­cza, jak na przy­kład boom naf­towy w latach 90. XIX wieku.

Nie zmie­nia to jed­nak faktu, że Ame­ry­ka­nie -?od Teddy'ego Roose­velta poczy­na­jąc, na Edwar­dzie Abbeyu1 koń­cząc -?dalej widzieli się w roli pio­nie­rów pogra­ni­cza. W 1905 roku, na inau­gu­ra­cji pre­zy­denc­kiej Roose­velta, przez Pen­n­sy­lva­nia Ave­nue prze­je­chali kow­boje, doko­nał się prze­gląd Siód­mego Regi­mentu Kawa­le­rii, a do uro­czy­sto­ści włą­czyli się też India­nie ame­ry­kań­scy, wli­cza­jąc w to sie­ją­cego nie­gdyś postrach Gero­nimo. Parada zapo­wia­dała koniec dru­giego pogra­ni­cza, które przez pra­wie całe stu­le­cie ist­niało, choć głów­nie w naszej wyobraźni. Dru­gie pogra­ni­cze żyło w sło­wach i ilu­stra­cjach Bearda i na rodzin­nej far­mie, która -?choć coraz mniej licz­nie -?pozo­sta­wała istot­nym wyznacz­ni­kiem kul­tury ame­ry­kań­skiej. W pierw­szych dzie­się­cio­le­ciach XX wieku dru­gie pogra­ni­cze można było odna­leźć także w ame­ry­kań­skich mia­stach, czego przy­kła­dem jest zało­że­nie wiel­kich par­ków miej­skich. Dru­gie pogra­ni­cze to także czas roz­woju przed­mieść, kiedy chłopcy wciąż jesz­cze wyobra­żali sobie sie­bie jako skau­tów i ludzi lasu, a dziew­czynki marzyły tylko o życiu w małym domku na pre­rii -?i cza­sami budo­wały forty lepiej niż chłopcy.

Tak jak pierw­sze pogra­ni­cze odkry­wali nie­na­sy­ceni Lewis i Clark2, tak dru­gie pogra­ni­cze malo­wał roman­tycz­nym pędz­lem Teddy Roose­velt. Jeśli pierw­sze pogra­ni­cze to czasy praw­dzi­wego Davy'ego Croc­ketta3, to dru­gie doko­nało swo­jej kul­mi­na­cji razem z Davym Disneya. Jeśli pierw­sze pogra­ni­cze to czas walki, to dru­gie było epoką bilansu oraz opie­wa­nia darów natury. To wła­śnie wtedy nakre­ślono nową poli­tykę ochrony przy­rody, czyli zanu­rze­nie się Ame­ry­ka­nów w udo­mo­wione i wyide­ali­zo­wane leśne ostępy, pola i oko­liczne stru­mie­nie.

Oświad­cze­nie Tur­nera wygło­szone w 1893 znaj­duje swój odpo­wied­nik w roku 1993. I tak jak jego teo­ria bazo­wała na wyni­kach cen­zusu z 1890 roku, tak nowa linia demar­ka­cyjna została nakre­ślona na pod­sta­wie cen­zusu z roku 1990. To nie­sa­mo­wite, ale dokład­nie sto lat po tym, jak Tur­ner i Ame­ry­kań­skie Biuro Sta­ty­styczne ogło­sili koniec tego, co uważa się powszech­nie za ame­ry­kań­skie pogra­ni­cze, ten sam urząd opu­bli­ko­wał raport stwier­dza­jący koniec dru­giego pogra­ni­cza oraz naro­dziny pogra­ni­cza trze­ciego. Wtedy to wła­śnie, jako "sym­bol ogrom­nej, ogól­no­kra­jo­wej prze­miany" -?jak okre­ślił to Washing­ton Post -?rząd fede­ralny posta­no­wił zre­zy­gno­wać ze swego wie­lo­let­niego, dorocz­nego spisu miesz­kań­ców gospo­darstw rol­nych. Popu­la­cja far­mer­ska skur­czyła się tak bar­dzo -?z 40 pro­cent ame­ry­kań­skich gospo­darstw domo­wych w 1900 roku do 1,9 pro­cent w 1990 -?że spis miesz­kań­ców gospo­darstw rol­nych stał się zbędny. Nie ma cie­nia wąt­pli­wo­ści, że wyniki raportu z 1993 roku były rów­nie istotne jak cen­zus, który zain­spi­ro­wał Tur­nera do napi­sa­nia jego peanu na śmierć pogra­ni­cza. "Jeśli fun­da­men­talne zmiany można uchwy­cić, odwo­łu­jąc się do banal­nych -?wyda­wa­łoby się -?punk­tów odnie­sie­nia, to jed­nym z nich jest bez wąt­pie­nia decy­zja o rezy­gna­cji z corocz­nego spisu" -?pisał Washing­ton Post.

Ta nowa, sym­bo­liczna linia demar­ka­cyjna suge­ruje, że poko­le­nie wyżu demo­gra­ficz­nego -?baby boomers uro­dzeni mię­dzy 1946 a 1964 rokiem -?to być może ostat­nie poko­le­nie Ame­ry­ka­nów, które posiada intymny, swoj­ski zwią­zek z zie­mią i wodą. Wielu z nas -?czter­dzie­sto­lat­ków i star­szych - zetknęło się z życiem na wsi albo z lasem na gra­nicy tere­nów pod­miej­skich, a w rodzi­nie miało miesz­kań­ców farm. Nawet jeśli przy­szło nam miesz­kać w cen­trum mia­sta, nasi dziad­ko­wie albo inni starsi krewni pra­co­wali na far­mie albo sto­sun­kowo nie­dawno prze­nie­śli się ze wsi do miast pod­czas wiel­kiej migra­cji, która miała miej­sce w pierw­szej poło­wie XX wieku. Dzi­siej­szej mło­dzieży takie związki rodzinne i kul­tu­rowe wydają się coraz bar­dziej obce, wyzna­cza­jąc tym samym kres epoki dru­giego pogra­ni­cza.

Trze­cie pogra­ni­cze zamiesz­kują zaś nasze wła­sne dzieci.

Czym charakteryzuje się trzecie pogranicze

Trze­cie pogra­ni­cze okre­śla to, jak obecne i przy­szłe poko­le­nia postrze­gają przy­rodę. Czyni to w spo­sób, jakiego Tur­ner i Beard nie mogliby sobie nawet wyobra­zić.

Choć nie jest ono jesz­cze w pełni ukształ­to­wane ani zba­dane, to nowe pogra­ni­cze można okre­ślić za pomocą pię­ciu pod­sta­wo­wych ten­den­cji: opi­nia publiczna i pry­watna prze­stały się inte­re­so­wać tym, skąd pocho­dzi nasze poży­wie­nie; nastą­piło zerwa­nie łań­cu­cha łączą­cego maszyny, ludzi i inne zwie­rzęta; rozu­mie­nie naszej rela­cji z innymi isto­tami żywymi stało się coraz bar­dziej abs­trak­cyjne; nastą­piła inwa­zja dzi­kich zwie­rząt na mia­sta (cho­ciaż pro­jek­tanci miej­scy i podmiej­scy zamie­niają nie­ujarz­mioną przy­rodę w jej syn­te­tyczną symu­la­cję); i wresz­cie: poja­wił się nowy typ for­ma­cji pod­miej­skiej. Więk­szość z przy­wo­ła­nych cech cha­rak­te­ry­stycz­nych można odna­leźć także i w innych kra­jach o zaawan­so­wa­nej tech­no­lo­gii, ale zmiany te naj­wy­raź­niej widać wła­śnie w Sta­nach Zjed­no­czo­nych (nawet jeśli tylko ze względu na ich kon­trast z naszym wyobra­że­niem o świe­cie pogra­ni­cza). Na pierw­szy rzut oka cechy te nie ukła­dają się w logiczną całość, ale rewo­lu­cja rzadko zacho­dzi w spo­sób logiczny czy line­arny.

Na trze­cim pogra­ni­czu wyide­ali­zo­wane ilu­stra­cje Bearda przed­sta­wia­jące dzieci lasu wydają się rów­nie prze­sta­rzałe, jak dzie­więt­na­sto­wieczne obrazy Ryce­rzy Okrą­głego Stołu. Na trze­cim pogra­ni­czu boha­te­ro­wie dotąd utoż­sa­miani z dziką przy­rodą prze­stają być punk­tem odnie­sie­nia, w siną dal ode­szły i ule­gły zapo­mnie­niu sym­bo­li­zu­jąca pierw­sze pogra­ni­cze postać histo­rycz­nego Davy'ego Croc­ketta i Disney­ow­ski Davy rodem z pogra­ni­cza dru­giego. Poko­le­nie, które dora­stało, ubie­ra­jąc się w skó­rzane kurtki z frędz­lami i bab­cine sukienki, wycho­wuje teraz tych, dla któ­rych moda -?kol­czyki, tatu­aże i cała reszta -?jest jed­no­znacz­nie powią­zana z kul­turą miej­ską.

- Dla młodych ludzi jedzenie jest z Wenus, a uprawa roli z Marsa

Mój zna­jomy, Nick Raven, miesz­ka­niec Puerta de Luna w sta­nie Nowy Mek­syk, przez kilka lat pra­co­wał na far­mie, zanim został cie­ślą i nauczy­cie­lem w wię­zie­niu sta­no­wym. Nick i ja czę­sto jeź­dzimy razem na ryby, ale trudno zna­leźć dwóch męż­czyzn, któ­rzy bar­dziej by się od sie­bie róż­nili. W innym miej­scu opi­sy­wa­łem go jako nie­za­chwia­nego ojca rodziny rodem z XIX wieku; ja sam jestem XXI-wiecz­nym nowo­cze­snym ojcem, któ­rego umysł pełen jest wszel­kiego rodzaju wąt­pli­wo­ści. Nick wie­rzy, że ryby należy samemu zła­pać i zjeść; ja uwa­żam, że rybę należy zła­pać i, w więk­szo­ści wypad­ków, wypu­ścić na wol­ność. Nick sądzi, że prze­moc jest nie­od­łączną czę­ścią naszego życia, że droga do odku­pie­nia pro­wa­dzi przez cier­pie­nie i że jako ojciec musi nauczyć dzieci, że życie jest okrutne, wysta­wia­jąc je na to okru­cień­stwo. Ja z kolei głę­boko wie­rzę, że jako rodzic powi­nie­nem chro­nić swo­ich synów przed okru­cień­stwem tego świata tak długo, jak to tylko moż­liwe.

W mojej poprzed­niej książce, The Web of Life [Sieć życia], tak przed­sta­wi­łem sto­su­nek Nicka i jego dzieci do zwie­rząt i poży­wie­nia:

Kiedy dzieci Nicka były małe, a on i jego rodzina cią­gle jesz­cze miesz­kali na far­mie u kresu piasz­czy­stej drogi w doli­nie wypeł­nio­nej przez topole wło­skie, arau­ka­rie i ściany z gliny suszo­nej na słońcu, jego córka wró­ciła pew­nego dnia do domu i zna­la­zła swoją uko­chaną kozę (która cho­dziła za nią po gospo­dar­stwie, choć nie była w ści­słym tego słowa zna­cze­niu zwie­rzę­ciem domo­wym) w sto­dole, obdartą ze skóry, wypa­tro­szoną i zwi­sa­jącą z belki sufi­to­wej. Rodzina Nicka czę­sto cho­dziła wtedy bez butów, a mięso jadła wtedy, kiedy Nick ustrze­lił je lub wła­sno­ręcz­nie zarżnął. Dla jego córki był to strasz­liwy moment.

Nick upiera się, że niczego nie żałuje, ale nie prze­staje tego wspo­mi­nać. "Ow­szem, zra­niło ją to do głębi" -?opo­wiada -?"ale od tej chwili wie­działa już, i będzie tego świa­doma do końca życia, skąd bie­rze się mięso na jej tale­rzu i że nie rodzi się ono gotowe, w pla­sti­ko­wym opa­ko­wa­niu". Ja sam nie chciał­bym, żeby moje dzieci doświad­czyły cze­goś podob­nego, ale moje życie było inne.

Nie­wielu z nas tęskni za tymi bar­dziej bru­tal­nymi aspek­tami zdo­by­wa­nia poży­wie­nia. Ale ogromna więk­szość mło­dych ludzi nie ma do tego nawet naj­prost­szego punktu odnie­sie­nia w swoim wła­snym życio­wym doświad­cze­niu. Może i czę­ściej decy­dują się oni na wege­ta­ria­nizm albo kupują jedze­nie w skle­pach ze zdrową żyw­no­ścią, ale nie­wielu upra­wia czy hoduje swoje wła­sne poży­wie­nie -?a już zwłasz­cza jeśli cho­dzi o zwie­rzęta. W prze­ciągu nie­ca­łych pięć­dzie­się­ciu lat kul­tura prze­szła od cza­sów, kiedy kra­jo­braz wiej­ski upstrzony był nie­wiel­kimi rodzin­nymi far­mami, przez okres, kiedy uprawa pod­miej­skich, przy­do­mo­wych ogro­dów warzyw­nych stała się zaję­ciem nie­mal wyłącz­nie rekre­acyj­nym, aż do dziś, kiedy jedze­nie przycho­dzi do nas zawi­nięte w folię, pro­sto z labo­ra­to­rium. Do pew­nego stop­nia mło­dzież ma teraz więk­szą świa­do­mość tego, skąd bie­rze się ich poży­wie­nie. Ruch na rzecz praw zwie­rząt poka­zał im warunki panu­jące na - dajmy na to -?kurzych fer­mach. To pew­nie nie przy­pa­dek, że coraz wię­cej uczniów szkół śred­nich i stu­den­tów przecho­dzi na wege­ta­ria­nizm. Ale sama ta wie­dza nie ozna­cza, że mło­dzi sami wcho­dzą w rela­cje ze źró­dłem swo­jego poży­wie­nia.

- Koniec biologicznych praw absolutnych. Czy jesteśmy myszami, czy ludźmi? A może i jednym, i drugim?

Mło­dzież dora­sta dziś w cza­sach pozba­wio­nych bio­lo­gicz­nych praw abso­lut­nych. Defi­ni­cji wymaga nawet sama kate­go­ria życia.

W roku 1997 ludzie na całym świe­cie otwo­rzyli poranną gazetę, aby zna­leźć na jej łamach szo­ku­jące zdję­cie żywej, pozba­wio­nej owło­sie­nia myszy, z któ­rej grzbietu wyra­stało coś, co wyglą­dało zupeł­nie jak ucho ludz­kie. To stwo­rze­nie było wyni­kiem prac zespołu badaw­czego z Uni­wer­sy­tetu Stanu Mas­sa­chus­sets i MIT, który wpro­wa­dził ludz­kie komórki chrząst­kowe do modelu ucha wyko­na­nego z bio­de­gra­do­wal­nego two­rzywa polie­stro­wego, który następ­nie wsz­cze­piono w grzbiet myszy. Model utrzy­my­wał kształt sztucz­nego ucha i zapew­niał mu sub­stan­cje odżyw­cze.

Od tam­tej pory nagłówki gazet bez­u­stan­nie ogła­szają jakieś poten­cjalne połą­cze­nie maszyn, ludzi oraz innych zwie­rząt. Kon­se­kwen­cje tego wymy­kały się nam przez dobre dwa dzie­się­cio­le­cia, jak twier­dzi Mię­dzy­na­ro­dowe Cen­trum ds. Oceny Tech­no­lo­gii -?orga­ni­za­cji non pro­fit, która zaj­muje się oceną wpływu tech­no­lo­gii na spo­łe­czeń­stwo. Ludz­kie geny -?włą­cza­jąc w to te odpo­wie­dzialne za wzrost oraz nerwy - wsz­cze­piano już szczu­rom, myszom oraz ssa­kom naczel­nym, two­rząc tym samym istoty zwane chi­me­rami. Te nowe stwo­rze­nia mają być wyko­rzy­sty­wane przede wszyst­kim w bada­niach medycz­nych, ale nie­któ­rzy naukowcy roz­wa­żają już moż­li­wość egzy­sten­cji chi­mer poza warun­kami labo­ra­to­ryj­nymi. W 2007 roku prze­wod­ni­czący Wydziału Biotech­no­lo­gii Zwie­rząt na Uni­ver­sity of Nevada School of Medi­cine wraz z kole­gami stwo­rzyli pierw­szą krzy­żówkę czło­wieka z owcą, która posiada ciało owcy i poło­wicz­nie ludz­kie organy. Bada­nia tego typu mogą dopro­wa­dzić do roz­po­wszech­nie­nia się wyko­rzy­sta­nia orga­nów zwie­rzę­cych w trans­plan­ta­cjach u ludzi.

Pomyślmy tylko, co to zna­czy być teraz dziec­kiem i jak różne od naszego jest ich doświad­cze­nie przy­rody oraz defi­ni­cja tego, czym jest życie lub czym nie­długo się sta­nie. Kiedy my byli­śmy dziećmi, wia­domo było, że czło­wiek to czło­wiek, a mysz pozosta­nie myszą. Naj­now­sze tech­no­lo­gie dopusz­czają zało­że­nie, że na pozio­mie ato­mo­wym i mole­ku­lar­nym nie ma wiel­kiej róż­nicy mię­dzy mate­rią żywą a nie­oży­wioną. Nie­któ­rzy widzą w tym jesz­cze jeden przy­kład uto­wa­ro­wie­nia naszej egzy­sten­cji -?reduk­cję kul­tu­rową, która zamie­nia żywe ciało w maszynę.

U począt­ków XXI wieku naukowcy z Uni­wer­sy­tetu Cor­nell ogło­sili skon­stru­owa­nie pierw­szej nano­ma­szyny -?robota o nie­mal mikro­sko­pij­nych roz­mia­rach, który posiada zdol­ność ruchu. Maciu­peńki robot wyko­rzy­sty­wał śrubę napę­dową i sil­nik, czer­piąc ener­gię z czą­ste­czek orga­nicz­nych. Jak stwier­dził jeden z bada­czy, to osią­gnię­cie "otwiera drzwi do pro­duk­cji maszyn egzy­stu­ją­cych we wnę­trzu komórki". "Dzięki temu będziemy w sta­nie łączyć urzą­dze­nia mecha­niczne z sys­te­mami żywymi" -?dodał. W Labo­ra­to­riach Kra­jo­wych San­dia w Albu­qu­erque inny badacz prze­po­wie­dział, że sys­tem "masowo roz­po­wszech­nia­nej inte­li­gen­cji" znacz­nie roz­sze­rzy umie­jęt­ność komu­ni­ko­wa­nia się i orga­ni­za­cji u nano­ro­bo­tów. "Razem będą w sta­nie wyko­ny­wać czyn­no­ści, z któ­rymi nie radzą sobie w poje­dynkę, podob­nie do kolo­nii mró­wek" -?powie­dział. Mniej wię­cej w tym samym cza­sie pewien ento­mo­log ze stanu Iowa skon­stru­ował urzą­dze­nie, które łączyło czułki ciem z mikro­pro­ce­so­rami wysy­ła­ją­cymi sygnały o róż­nym pozio­mie inten­syw­no­ści wów­czas, gdy czułki wyła­py­wały zapach mate­ria­łów wybu­cho­wych. Bada­cze na Nor­th­we­stern Uni­ver­sity stwo­rzyli minia­tu­ro­wego robota wypo­sa­żo­nego w pień mózgowy minoga. A firma z Roc­kville w sta­nie Mary­land wyho­do­wała bak­te­rie, które można docze­pić do minia­tu­ro­wych ukła­dów sca­lo­nych, nazy­wa­jąc swoje odkry­cie "stwo­rze­niami na czi­pie" (crit­ters on a chip).

Nie możemy już dalej wyzna­wać klu­czo­wej dla naszej kul­tury wiary w dosko­na­łość natury. Dla poprzed­nich poko­leń nie było nic pięk­niej­szego ani dosko­nal­szego od drzewa. Dzi­siaj naukowcy szpi­kują drzewa mate­ria­łem gene­tycz­nym pocho­dzą­cym od wiru­sów i bak­te­rii, aby spra­wić, by szyb­ciej rosły, wytwa­rzały lep­sze surowce drzewne albo oczysz­czały ska­żoną glebę. W 2003 roku Agen­cja ds. Zaawan­so­wa­nych Obron­nych Pro­jek­tów Badaw­czych Pen­ta­gonu sfi­nan­so­wała bada­nia, które dopro­wa­dziły do wypro­du­ko­wa­nia drzewa zmie­nia­ją­cego kolor w sytu­acji ataku bro­nią che­miczną lub bio­lo­giczną. A inży­nie­ro­wie gene­tyczni z Uni­wer­sy­tetu Kali­for­nij­skiego pro­pa­go­wali "anty­kon­cep­cję dla drzew" -?metodę na sztuczne wyho­do­wa­nie "drzewa-kastrata, które kon­cen­truje swoje siły na pro­duk­cji drewna, a nie repro­duk­cji".

Przed­sta­wi­cie­lom poko­le­nia wyżu demo­gra­ficz­nego takie wie­ści wydają się fascy­nu­jące, dziwne, nie­po­ko­jące. Dla dzieci trze­ciego pogra­ni­cza to naj­oczy­wist­sza oczy­wi­stość -?prze­ko­na­nie, że zło­żo­ność jest nie­unik­niona.

- Przeintelektualizowane postrzeganie innych stworzeń

Jesz­cze ni­gdy od cza­sów łowiec­twa i zbie­rac­twa nie wpa­jano dzie­ciom tyle wie­dzy na temat podo­bieństw ludzi i innych stwo­rzeń, choć dzi­siaj podo­bieństwa te postrzega się w zupeł­nie inny, znacz­nie bar­dziej inte­lek­tu­alny spo­sób.

To nowe rozu­mie­nie opiera się na nauce, a nie na micie czy reli­gii. Na przy­kład nie­dawne bada­nia opu­bli­ko­wane w maga­zy­nie Science opi­sują, jak nie­które zwie­rzęta kom­po­nują utwory muzyczne. Ana­liza śpiewu pta­ków i hum­ba­ków dowo­dzi, że wyko­rzy­stują one te same tech­niki aku­styczne i kie­rują się takimi samymi zasa­dami kom­po­zy­cji, jak muzycy ludzcy. Śpiew waleni zawiera nawet rymu­jące się refreny oraz podobne pauzy, frazy, dłu­gość pie­śni oraz tony. Wie­lo­ryby podob­nie wyko­rzy­stują też rymy, które są dla nich, jak mówią naukowcy, "tech­niką mne­mo­niczną poma­ga­jącą im zapa­mię­tać zło­żoną pio­senkę". Bada­nia waleni dowo­dzą, że sto­jąc przed psy­cho­lo­gicz­nym wybo­rem: wyko­rzy­sta­nie aryt­micz­nych i nie­po­wta­rza­ją­cych się melo­dii albo śpiew, wie­lo­ryby zde­cy­do­wały się na to dru­gie.

Podobne infor­ma­cje nie zastą­pią bez­po­śred­niego kon­taktu z naturą, ale mimo to wywo­łują w nas zadzi­wie­nie. Mam nadzieję, że takie bada­nia zain­spi­rują dzieci do poszu­ki­wa­nia głęb­szego rozu­mie­nia innych, brat­nich istot. Jasne, taka wyide­ali­zo­wana bli­skość -?jak na przy­kład pły­wa­nie z del­fi­nami jako sen­ty­men­talna wer­sja bez­po­śred­niego kon­taktu ze zwie­rzę­tami -?może i łago­dzi nasze poczu­cie samot­no­ści jako gatunku. Ale z dru­giej strony sama natura nie jest tak łagodna i przy­tulna. Łowie­nie ryb i polo­wa­nie albo to, w jaki spo­sób Nick Raven dostar­czał mięso na domowy stół, to paskudna sprawa -?dla nie­któ­rych także pod wzglę­dem moral­nym -?ale wyma­za­nie wszel­kich śla­dów tego doświad­cze­nia z dzie­ciń­stwa nie jest dobre ani dla dzieci, ani dla samej przy­rody.

"Patrzysz na te dzie­ciaki [z ruchu na rzecz praw zwie­rząt] i widzisz przede wszyst­kim ludzi z mia­sta, znie­chę­co­nych, ale jed­nak wciąż uprzy­wi­le­jo­wa­nych" -?mówi Mike Dwa Konie, zało­ży­ciel Koali­cji na rzecz Zakoń­cze­nia Dys­kry­mi­na­cji Raso­wej Ame­ry­kań­skich Indian. Jego orga­ni­za­cja wspiera rdzen­nych miesz­kań­ców Ame­ryki, na przy­kład pół­noc­no­za­chod­nie ple­mię Makah, które od wie­ków utrzy­muje się przy życiu dzięki polo­wa­niu na wie­lo­ryby. "Jedyne zwie­rzęta, z któ­rymi zetknęli się ci mło­dzi akty­wi­ści, to ich zwie­rzęta domowe" -?mówi. "Poza tym napo­ty­kali je w ogro­dach zoo­lo­gicz­nych, oce­ana­riach albo pod­czas wypraw na obser­wo­wa­nie [teraz także doty­ka­nie] wie­lo­ry­bów. Są cał­kiem ode­rwani od źró­deł swo­jego poży­wie­nia -?nawet od soi i innych bia­łek pocho­dze­nia roślin­nego, które kon­su­mują".

Ja sam dostrze­gam wię­cej dobrych stron w ruchu na rzecz praw zwie­rząt niż Dwa Konie, ale jego podej­ście też nie jest bez racji.

- Kontakt z naturą: tak blisko, lecz tak daleko

Nawet jeśli sama kate­go­ria życia jest otwarta na nowe defi­ni­cje, to szansa na kon­takt z co bar­dziej roz­po­wszech­nio­nymi gatun­kami dzi­kich zwie­rząt jest teraz znacz­nie więk­sza, nie­za­leż­nie od tego, co twier­dzi Dwa Konie. W wielu śro­do­wi­skach miej­skich ludzie sty­kają się z dzi­kimi stwo­rze­niami w spo­sób, który jest Ame­ry­ka­nom zupeł­nie obcy przy­naj­mniej od wieku, jeśli nie dłu­żej. Na przy­kład popu­la­cja jeleni jest teraz najwięk­sza od stu lat.

W swo­jej książce Eco­logy of Fear: Los Ange­les and the Ima­gi­na­tion of Disa­ster [Eko­lo­gia stra­chu: Los Ange­les i wizje kata­strofy] histo­ryk spo­łeczny i teo­re­tyk miej­ski Mike Davis opi­suje coś, co nazywa dia­lek­tyką tego, co "dzi­kie", i tego, co "miej­skie": "Okręg admi­ni­stra­cyjny Los Ange­les, któ­rego dzi­siej­szą gra­nicę sta­no­wią przede wszyst­kim tereny gór­skie i pusty­nia, a nie, jak nie­gdyś, zie­mie uprawne, gra­ni­czy z tere­nami dzi­kimi na prze­strzeni więk­szej niż w przy­padku jakie­go­kol­wiek innego mia­sta nie­tro­pi­kal­nego. Ozna­cza to gwał­towne zde­rze­nie obsza­rów zabu­do­wa­nych z dziką przy­rodą... Śmiałe kojoty to teraz stały ele­ment kra­jo­brazu ulicz­nego w Hol­ly­wood i Toluca Lake". A pewien dzien­ni­karz tak pisze o tym w bry­tyj­skiej gaze­cie Obse­rver: "[Ame­ry­kań­scy] osad­nicy i ich potom­ko­wie pod­jęli się ujarz­mia­nia śro­do­wi­ska natu­ral­nego z bojową wręcz zacie­kło­ścią. Doko­naw­szy czystki etnicz­nej na indiań­skich ple­mio­nach, zabrali się za eks­ter­mi­na­cję niedź­wie­dzi, pum, kojo­tów i dzi­kiego ptac­twa... Ale pumom udało się zaadap­to­wać do nowych warun­ków. Los Ange­les to być może jedyne miej­sce na ziemi, które może się pochwa­lić ist­nie­niem grup wspar­cia dla ofiar kugu­arów".

W latach pięć­dzie­sią­tych miliony Ame­ry­ka­nów doko­nało migra­cji na przed­mie­ścia, podą­ża­jąc za marze­niem posia­da­nia wła­snego domu i kawałka ziemi -?swo­jej wła­snej jed­nej czwar­tej akra pogra­ni­cza. Kie­dyś prze­strzeń roz­sze­rzała się. Dzi­siaj roz­bu­dowa tere­nów miej­skich wcale nie gwa­ran­tuje więk­szej prze­strzeni. Nowy, domi­nu­jący obec­nie rodzaj osie­dli -?z cen­trami han­dlo­wymi budo­wa­nymi w rów­nych odstę­pach, sztucz­nymi ele­men­tami wystroju naśla­du­ją­cymi przy­rodę i pod ści­słą kon­trolą umów i sto­wa­rzy­szeń spo­łecz­nych -?wypeł­nia modne, przo­du­jące dziś tereny miej­skie w połu­dnio­wej Kali­for­nii i na Flo­ry­dzie, ota­cza­jąc zara­zem star­sze regiony w naszym kraju. Te gęste oponki inwe­sty­cyjne dostar­czają mniej moż­li­wo­ści kon­taktu z przy­rodą niż dawne tereny podmiej­skie. W nie­któ­rych przy­pad­kach dostar­czają ich jesz­cze rza­dziej niż cen­tra daw­nych miast prze­my­sło­wych.

Oka­zuje się, że nie­które mia­sta w Euro­pie Zachod­niej są bar­dziej zie­lone -?w sen­sie zwięk­sza­nia powierzchni i jako­ści śro­do­wi­ska natu­ral­nego na tere­nach miej­skich -?niż więk­szość Ame­ryki miej­skiej i podmiej­skiej, którą utoż­sa­mia się prze­cież z pogra­ni­czem i kul­tem otwar­tych prze­strzeni. "Ważna lek­cja od wielu spo­śród tych miast euro­pej­skich wiąże się z samym postrze­ga­niem mia­sta" -?pisze Timo­thy Beatley, pro­fe­sor na Wydziale Pla­no­wa­nia Miej­skiego i Śro­do­wi­sko­wego na Uni­wer­sy­te­cie Stanu Vir­gi­nia, w swo­jej książce Green Urba­nism: Lear­ning from Euro­pean Cities [Zie­lona urba­ni­styka. Przy­kłady z miast euro­pej­skich]. Zwłasz­cza w mia­stach skan­dy­naw­skich, gdzie coraz bar­dziej popu­larne staje się pro­jek­to­wa­nie eko­lo­giczne, "panuje prze­świad­cze­nie, że mia­sta są i być powinny miej­scem, w któ­rym funk­cjo­nuje przy­roda. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych głów­nym wyzwa­niem jest wyj­ście poza sztywny podział na to, co miej­skie, i na to, co natu­ralne. Może ze względu na roz­le­głość naszych zaso­bów natu­ral­nych i otwar­tych prze­strzeni uwa­ża­li­śmy dotąd, że naj­waż­niej­sze prze­jawy życia przy­rody zacho­dzą gdzieś daleko -?czę­sto setki mil od ludz­kich osie­dli -?w par­kach naro­do­wych, na dzi­kim wybrzeżu, w rezer­wa­tach przy­rody".

Oto nie­które trendy, które sta­no­wią w Ame­ryce kon­tekst dla dzie­ciń­stwa pozba­wio­nego kon­taktu z naturą -?a więc cze­goś może rów­nie tajem­ni­czego i jesz­cze mniej zba­da­nego niż nadej­ście nano­ro­bo­tów i roz­wój chi­mer.

1. Ame­ry­kań­ski pisarz, myśli­ciel i dzia­łacz na rzecz ochrony śro­do­wi­ska. [wróć]

2. Meri­we­ther Lewis i Wil­liam Clark to ame­ry­kań­scy ofi­ce­ro­wie, któ­rzy w 1804 r. popro­wa­dzili pierw­szą lądową wyprawę na zachód do wybrzeży Pacy­fiku. [wróć]

3. Ame­ry­kań­ski boha­ter ludowy i czło­nek Kon­gresu, Disney nakrę­cił o nim serial, w któ­rym Davy nosi słynną czapkę z ogo­nem szopa. [wróć]

Rozdział 3. Kryminalizacja zabawy w otoczeniu przyrody

Roz­dział 3

Kry­mi­na­li­za­cja zabawy w oto­cze­niu przy­rody

Lata całe byłem samo­zwań­czym inspek­to­rem burz śnież­nych i ulew...

-?Henry David Tho­reau

Przy­pa­trzmy się dokład­niej oko­licy pana Ricka.

Pięt­na­ście lat temu John Rick, gim­na­zjalny nauczy­ciel mate­ma­tyki, prze­niósł się razem z rodziną na Ran­cho Scripps, ponie­waż miało repu­ta­cję miej­sca przy­ja­znego dla dzieci. Scripps znaj­duje się pośrodku buj­nego gaju euka­lip­tu­so­wego w pół­noc­nym San Diego, w oko­licy pocię­tej licz­nymi kanio­nami i z gęstą sie­cią spa­ce­ro­wych ście­żek. Jest jed­nym z nie­wielu osie­dli, gdzie rodzice mogą wyobra­zić sobie, że ich dzieci będą cie­szyć się przy­rodą tak, jak oni kie­dyś. Tablica znaj­du­jąca się koło wjazdu głosi: "Życie na wsi".

"Mamy tu naj­wię­cej w skali kraju grup skau­tów na głowę miesz­kańca" - mówi Rick. "Pla­ni­ści wywal­czyli mnó­stwo otwar­tej prze­strzeni prze­zna­czo­nej na miej­sca zabaw dla dzieci, każde osie­dle ma swój park".

Kilka lat po prze­pro­wadzce Rick zaczął zauwa­żać w lokal­nej pra­sie arty­kuły na temat "nie­le­gal­nego użyt­ko­wa­nia" otwar­tych prze­strzeni. "W prze­ci­wień­stwie do naszej poprzed­niej oko­licy, tutaj dzieci naprawdę spę­dzały czas na świe­żym powie­trzu, bie­ga­jąc wśród drzew, budu­jąc forty i dając upust swo­jej wyobraźni", wspo­mina Rick. "Dzieci budo­wały sobie rampy do sko­ków na rowe­rach. Two­rzyły tamy na stru­mie­niach, żeby móc pły­wać na łód­kach. Innymi słowy, robiły dokład­nie to, co my, kiedy byli­śmy mali. Two­rzyły sobie te same doświad­cze­nia, które my wspo­minamy z tak wielką nostal­gią". Nagle to wszystko zostało zaka­zane. "Z jakie­goś powodu domki na drze­wach oka­zały się zagro­że­niem poża­ro­wym. Tamy mogły gro­zić powo­dzią".

Apo­dyk­tyczni doro­śli ze Sto­wa­rzy­sze­nia Spo­łecz­nego Scripps Ranch prze­go­nili dzieci znad nie­wiel­kiego stawu koło biblio­teki publicz­nej, gdzie dzieci od kil­ku­dzie­się­ciu lat łowiły rybki, jesz­cze gdy na Ran­cho Scripps hodo­wano bydło. W odpo­wie­dzi na te zakazy na pry­wat­nych podwór­kach poja­wiły się kosze do koszy­kówki. Mło­dzi ludzie prze­nie­śli swoje desko­rol­kowe rampy na wła­sne pod­jazdy. Jed­nak Sto­wa­rzy­sze­nie przy­po­mniało miesz­kań­com, że takie dzia­ła­nia łamią warunki umowy, którą miesz­kańcy musieli pod­pi­sać przy kup­nie domu.

Rampy i kosze musiały znik­nąć, a dzieci wró­ciły do domów.

"Kon­sole do gry, jak Game Boy i Sega, stały się jedy­nym ujściem dla ich wyobraźni", mówi Rick. "Rodzice zaczęli się nie­po­koić. Ich dzieci zaczęły przy­bie­rać na wadze, trzeba było coś z tym zro­bić". Dla­tego miej­scowi rodzice pomo­gli utwo­rzyć ska­te­park na mniej restryk­cyj­nym osie­dlu. To osie­dle było odle­głe o 16 km.

Rick mógłby się prze­pro­wa­dzić, ale podobne zakazy stają się regułą na rosną­cych przed­mie­ściach więk­szo­ści ame­ry­kań­skich miast. Nie­zli­czona ilość spo­łecz­no­ści lokal­nych wpro­wa­dziła kom­pletny zakaz swo­bod­nej zabawy w oto­cze­niu przy­rody, czę­sto z powodu obawy przed pozwami sądo­wymi, ale rów­nież przez rosnącą obse­sję na punk­cie porządku. Wielu rodzi­ców i ich dzieci wie­rzy, że zabawa na świe­żym powie­trzu jest zabro­niona nawet wtedy, gdy nie ma żad­nego for­mal­nego zakazu: prze­świad­cze­nie zmie­nia­jące się w fakt.

Jed­nym ze źró­deł tych ogra­ni­czeń są pry­watne zarządy osie­dli. Więk­szość osie­dli miesz­ka­nio­wych i zamknię­tych spo­łecz­no­ści utwo­rzo­nych w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu-trzy­dzie­stu lat pod­lega suro­wym regu­la­mi­nom, które ogra­ni­czają lub wręcz cał­ko­wi­cie zaka­zują zabawy na dwo­rze w spo­sób, jaki my prak­ty­ko­wa­li­śmy jako dzieci. Według Insty­tutu Sto­wa­rzy­szeń Spo­łecz­nych (Com­mu­nity Asso­cia­tions Insti­tute) obec­nie ponad 57 milio­nów Ame­ry­ka­nów mieszka w domach zarzą­dza­nych przez radę osie­dla, spół­dziel­nię miesz­ka­niową lub sto­wa­rzy­sze­nie wła­ści­cieli. Liczba towa­rzystw spo­łecz­nych wzro­sła gwał­tow­nie z 10 000 w 1970 roku do dzi­siej­szych 286 000. Te sto­wa­rzy­sze­nia narzu­cają swoje zasady zarówno dzie­ciom, jak i doro­słym (dzieci zwy­kle nie mają żad­nego głosu w sto­wa­rzy­sze­niach), od nie­wiel­kich ogra­ni­czeń aż po cał­ko­wite zakazy. Sto­wa­rzy­sze­nie zarzą­dza­jące Scripps Ranch jest jed­nym z bar­dziej tole­ran­cyj­nych, ale nawet tam zor­ga­ni­zo­wane grupy doro­słych regu­lar­nie nisz­czą forty i domki na drze­wach budo­wane przez dzieci w zadrze­wio­nych kanio­nach.

Nie­które przy­czyny takich dzia­łań są zro­zu­miałe, na przy­kład obawa przed włó­czę­gami czy poża­rem. Jed­nak głów­nym, nie­za­mie­rzo­nym skut­kiem jest znie­chę­ce­nie do zabawy w oto­cze­niu przy­rody.

Wła­dze lokalne rów­nież ogra­ni­czają dzie­ciom dostęp do przy­rody. W więk­szo­ści przy­pad­ków kry­mi­na­li­za­cja zabawy w oto­cze­niu przy­rody jest bar­dziej suge­ro­wana niż praw­dziwa, ale w nie­któ­rych spo­łecz­no­ściach mło­dzi ludzie pró­bu­jący naśla­do­wać zabawy swo­ich rodzi­ców mogą zostać oskar­żeni o wykro­cze­nie, a ich rodzice pozwani do sądu. W Pen­syl­wa­nii trzech braci w wieku ośmiu, dzie­cię­ciu i dwu­na­stu lat poświę­ciło osiem mie­sięcy i wła­sne kie­szon­kowe, żeby wybu­do­wać za swoim domem domek na drze­wie. Wła­dze dziel­nicy naka­zały im usu­nąć domek, ponie­waż bra­cia nie mieli pozwo­le­nia na budowę. W Clin­ton w sta­nie Mis­si­sipi pewna rodzina wydała 4 tysiące dola­rów na budowę domku na drze­wie -?wyszu­ka­nego, dwu­pię­tro­wego, w stylu wik­to­riań­skim. Zapy­tali wła­dze mia­sta o pozwo­le­nie, a urzęd­nicy odpo­wie­dzieli, że w tym przy­padku nie jest potrzebne. Pięć lat póź­niej miej­skie biuro pla­no­wa­nia prze­strzen­nego ogło­siło, że domek musi zostać wybu­rzony, ponie­waż łamie roz­po­rzą­dze­nie zaka­zu­jące dodat­ko­wej zabu­dowy przed domami.

Inne surowe ogra­ni­cze­nia dla zabawy na dwo­rze wyni­kają z chęci ochrony przy­rody przed wpły­wem ludzi. Dla ochrony zagro­żo­nej połu­dniowo-zachod­niej ropu­chy Arroyo, w Naro­do­wym Lesie Ange­les cał­ko­wi­cie zamknięto obszar ponad tysiąca hek­ta­rów, wcze­śniej masowo wyko­rzy­sty­wany przez biwa­ko­wi­czów i węd­ka­rzy. W kali­for­nij­skim regio­nie Wydm Oce­ano zabro­niono pusz­cza­nia lataw­ców, ponie­waż pło­szyły sie­weczki mor­skie, chro­niony gatu­nek ptaka bro­dzą­cego o bar­dzo ogra­ni­czo­nym sie­dli­sku lęgo­wym. Po wej­ściu zakazu w życie miej­scowy straż­nik parku wyznał jed­nemu z miesz­kań­ców Oce­ano, Ambrose Sima­sowi, że musiał prze­stać pusz­czać latawce (które sie­weczki mylą z jastrzę­biami) ze swoim wnu­kiem na tej samej plaży, na któ­rej przed laty pusz­czał latawce ze swoim ojcem i dziad­kiem. W moim wła­snym mie­ście obo­wią­zuje zakaz "uszko­dze­nia, znisz­cze­nia, cię­cia lub usu­nię­cia drzewa... [lub] rośliny... rosną­cych w miej­skim parku... bez pisem­nej zgody władz mia­sta". Co wła­ści­wie ozna­cza "uszko­dze­nie"? Czy dziecko może uszko­dzić drzewo, wspi­na­jąc się na nie? Nie­któ­rzy ludzie tak wła­śnie uwa­żają. Inne roz­po­rzą­dze­nie zaka­zuje "chwy­ta­nia, zabi­ja­nia, ranie­nia lub pło­sze­nia... pta­ków i zwie­rząt... z wyjąt­kiem gatun­ków uzna­nych przez wła­dze mia­sta za szkod­niki...".

Współ­ist­nie­nie zagro­żo­nych gatun­ków roślin i zwie­rząt z ludźmi wymaga ostroż­nego postę­po­wa­nia zarówno ze strony doro­słych, jak i dzieci. Jed­nak nie­wła­ściwe pla­no­wa­nie prze­strzenne ogra­ni­cza­jące dostęp do przy­rody na tere­nach miej­skich czyni przy­ro­dzie znacz­nie wię­cej szkody niż dzieci. Dwa przy­kłady: w zlewni Zatoki Che­sa­pe­ake co roku zabu­do­wuje się ponad 20 tys. ha grun­tów, czyli pra­wie pół hek­tara co dzie­sięć minut. W tym tem­pie w ciągu naj­bliż­szych dwu­dzie­stu pię­ciu lat w zlewni Zatoki Che­sa­pe­ake zabu­do­wie ule­gnie więk­szy obszar niż przez ostat­nie trzy i pół stu­le­cia (dane Sto­wa­rzy­sze­nia na rzecz Zatoki Che­sa­pe­ake). Tak samo region Char­lotte w Karo­li­nie Pół­noc­nej utra­cił 20 pro­cent powierzchni leśnej w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu lat; w latach 1982-2002 stan ten codzien­nie tra­cił 150 ha obsza­rów rol­ni­czych i leśnych. Ame­ry­kań­skie Mini­ster­stwo Rol­nic­twa sza­cuje utratę powierzchni lasów z 307 tys. ha w 1982 roku do 150 tys. ha w 2022 roku. Co cie­kawe, wzrost powierzchni obsza­rów zabu­do­wa­nych w Karo­li­nie Pół­noc­nej jest dwu­krot­nie szyb­szy niż wzrost liczeb­no­ści popu­la­cji.

Kur­cze­nie się otwar­tych prze­strzeni idzie w parze ze wzro­stem inten­syw­no­ści użyt­ko­wa­nia. To stwier­dze­nie jest praw­dziwe nawet na tych obsza­rach, które są powszech­nie uwa­żane raczej za pod­miej­skie niż miej­skie. Jak na iro­nię, kiedy ludzie prze­pro­wa­dzają się do miast Sun Belt (Pas Słońca, połu­dniowe stany USA), ocze­ku­jąc wię­cej prze­strzeni życio­wej, czę­sto znaj­dują jej znacz­nie mniej. Osiem metro­po­lii o naj­wyż­szej gęsto­ści zalud­nie­nia znaj­duje się wła­śnie na połu­dnio­wym zacho­dzie. W wielu z tych miast normą jest zabu­dowa zni­we­lo­wa­nych wzgórz, sztuczne kształ­to­wa­nie kra­jo­brazu, podwórka wiel­ko­ści nagrob­ków i nie­wiele zie­lo­nych miejsc do zabawy. Im wię­cej ubywa publicz­nie dostęp­nych tere­nów zie­lo­nych, tym bar­dziej rośnie pre­sja na te, które jesz­cze pozo­stały. Miej­scowa flora zostaje zadep­tana, fauna ginie lub migruje gdzie indziej, a ludzie głodni przy­rody kon­ty­nu­ują swe poszu­ki­wa­nia w samo­cho­dach tere­no­wych i na moto­cy­klach. Jed­no­cze­śnie prawo jest jasne: nie­liczne enklawy dzi­kiej przy­rody pozo­sta­wione przez pla­ni­stów są tylko do oglą­da­nia z zewnątrz, a nie doty­ka­nia.

Zbio­rowy wpływ nad­mier­nej eks­pan­sji zabu­dowy, rosną­cej liczby zaka­zów w par­kach, peł­nych dobrych inten­cji (i zwy­kle rze­czy­wi­ście potrzeb­nych) prze­pi­sów ochrony przy­rody, prawa budow­la­nego, restryk­cyj­nych sto­wa­rzy­szeń spo­łecz­nych i obawy przed popeł­nie­niem prze­stęp­stwa spra­wiają, że dzieci czują się znie­chę­cone do bez­tro­skiej zabawy na dwo­rze i mają wra­że­nie, że jedyną dozwo­loną formą rekre­acji są zor­ga­ni­zo­wane sporty upra­wiane na spe­cjal­nie przy­sto­so­wa­nych obiek­tach. "Nasze dzieci sły­szą, że tra­dy­cyjna zabawa na dwo­rze jest łama­niem zasad", mówi Rick. "A potem są stro­fo­wane, kiedy sie­dzą przed tele­wi­zo­rem -?i wysy­łane do zabawy na dwór. Tylko gdzie? W jaki spo­sób? Czy powinny zacząć upra­wiać kolejny zor­ga­ni­zo­wany sport? Nie wszyst­kie dzieci chcą być cały czas zor­ga­ni­zo­wane. One pra­gną dać upust swo­jej wyobraźni; zba­dać, dokąd płyną stru­mie­nie".

Nie każdy młody czło­wiek daje za wygraną. Kiedy Rick popro­sił swo­ich uczniów o opi­sa­nie ich doświad­czeń zwią­za­nych z przy­rodą, dwu­na­sto­let­nia Lorie wyznała, jak bar­dzo lubi wspi­nać się na drzewa, zwłasz­cza te rosnące na skwe­rze na końcu jej ulicy. Pew­nego dnia, gdy Lorie i jej kole­żanka wspi­nały się wśród gałęzi: "Przy­szedł jakiś facet i zaczął krzy­czeć -?Wyno­ście się, złaź­cie z tych drzew! -?Były­śmy prze­ra­żone, pobie­gły­śmy z powro­tem do domu i bały­śmy się znowu wyjść. Mia­łam wtedy sie­dem lat, więc ten doro­sły wyda­wał mi się wyjąt­kowo prze­ra­ża­jący. Sytu­acja powtó­rzyła się w zeszłym roku, tym razem przed moim wła­snym domem -?to był ktoś inny i zupeł­nie go zigno­ro­wa­łam, więc wła­ści­wie nic się nie stało". Według Lorie cała ta sytu­acja jest dosyć głu­pia i ogra­ni­cza jej moż­li­wo­ści, aby "móc zacho­wy­wać się swo­bod­nie, a nie być zawsze czy­sta i schludna jak te dziew­czynki, które oba­wiają się każ­dego zadra­pa­nia i odro­biny błota. Cią­gle jestem dziec­kiem, więc chyba nie pro­szę o zbyt wiele -?powin­ny­śmy mieć takie same prawo do zabawy, jak obecni doro­śli, kiedy byli w naszym wieku".

Ocena od-naturalnionego dzieciństwa

Na prze­strzeni ostat­nich dzie­się­ciu lat nie­wielka grupa naukow­ców zaczęła śle­dzić od-natu­ral­nie­nie dzie­ciń­stwa -?jego zło­żone przy­czyny, zasięg i skutki. W więk­szo­ści było to zupeł­nie nowe pole badań: na przy­kład postę­pu­jąca kry­mi­na­li­za­cja zabawy wśród przy­rody, która jest zarówno przy­czyną, jak i skut­kiem tych zmian, pozo­staje nie­mal nie­zau­wa­żona. Liczne bada­nia poka­zują kur­cze­nie się czasu wol­nego w rodzi­nach, wię­cej czasu spę­dza­nego przed tele­wi­zo­rem i kom­pu­te­rem, rosnącą z powodu nie­wła­ści­wej diety i braku ruchu liczbę oty­łych dzieci i doro­słych. Już to wszystko wiemy. Czy wiemy jed­nak, ile mniej czasu dzieci spę­dzają kon­kret­nie w oto­cze­niu przy­rody? Nie. "Nie wiemy rów­nież, czy geo­gra­ficzne lub kla­sowe podziały wpły­wają w jakiś spo­sób na czas spę­dzany przez dzieci wśród natury", mówi Louise Chawla, pro­fe­sor psy­cho­lo­gii śro­do­wi­sko­wej na Ken­tucky State Uni­ver­sity i nie­zmor­do­wana orę­dow­niczka zwięk­sza­nia stop­nia doświad­cza­nia przy­rody przez dzieci. Bra­kuje porząd­nych, wie­lo­let­nich badań, które obej­mo­wa­łyby całe dzie­się­cio­le­cia. "Nie mamy żad­nych histo­rycz­nych danych do porów­na­nia. Nikt nie zada­wał tych pytań 30 czy 50 lat temu", mówi Chawla.

Podob­nie jak wielu z nas, naukowcy zawsze uzna­wali zwią­zek mię­dzy dziećmi i przy­rodą za oczy­wi­sty. Jak to się stało, że coś tak uni­wer­sal­nego nagle się zmie­niło? Nie­któ­rzy bada­cze zaczęli się nad tym zasta­wiać, ale inni zbyli pro­blem jako kwe­stię nostal­gii za ide­al­nym dzie­ciń­stwem. Jed­nym z powo­dów takiego podej­ścia był brak moty­wa­cji finan­so­wej. James Sal­lis spę­dził wiele lat na bada­niu przy­czyn róż­nic w aktyw­no­ści wśród dzieci i doro­słych. Pra­cuje on dla Robert Wood John­son Foun­da­tion jako dyrek­tor Pro­gramu badań nad aktyw­nym sty­lem życia, wie­lo­let­niego wysiłku badaw­czego w celu zna­le­zie­nia takich metod pro­jek­to­wa­nia obiek­tów rekre­acyj­nych i całych spo­łecz­no­ści, które zachę­ca­łyby wszyst­kie grupy wie­kowe do więk­szej aktyw­no­ści fizycz­nej. Ich bada­nia sku­piają się na obiek­tach takich jak parki miej­skie, ośrodki rekre­acyjne, ulice i pry­watne domy.

"Z naszych wcze­śniej­szych badań wynika, że naj­częst­szą przy­czyną podej­mo­wa­nia aktyw­no­ści fizycz­nej u dzieci w wieku przed­szkol­nym jest po pro­stu prze­by­wa­nie na dwo­rze, a dzie­ciń­stwo spę­dzone w domu, z nie­wielką ilo­ścią ruchu, może pro­wa­dzić do pro­ble­mów ze zdro­wiem psy­chicz­nym" - mówi Sal­lis.

Zapy­ta­łem go, czego dowie­dział się o spo­so­bach użyt­ko­wa­nia przez dzieci lasów, pól, kanio­nów i nie­użyt­ków -?innymi słowy "dzi­kich", nie­za­go­spo­da­ro­wa­nych obsza­rów.

"Nie pytamy o takie miej­sca" -?powie­dział Sal­lis.

Skoro nawet Robert Wood John­son Foun­da­tion nie gro­ma­dzi tego rodzaju danych, trudno się tego spo­dzie­wać po pro­jek­tach badaw­czych finan­so­wa­nych przez kor­po­ra­cje. Jedną z naj­lep­szych stron nie­zor­ga­ni­zo­wa­nej zabawy na świe­żym powie­trzu jest to, że ona nic nie kosz­tuje. Sal­lis tłu­ma­czył: "Ponie­waż taka zabawa jest za darmo, nie da się na niej zaro­bić. Kto będzie chciał zapła­cić za bada­nia? Dzie­ciaki jeż­dżące na rowe­rach i cho­dzące na spa­cery nie zuży­wają paliwa, nie są niczyją widow­nią, nie zara­biają dla nikogo pie­nię­dzy... Spójrz, gdzie są pie­nią­dze".

Pomimo tego zarówno w USA, jak i poza nimi od lat 80. rośnie liczba dowo­dów na mię­dzy­po­ko­le­niową utratę kon­taktu z przy­rodą.

Robin Moore, pro­fe­sor archi­tek­tury kra­jo­brazu na Uni­wer­sy­te­cie Karo­liny Pół­noc­nej, był pierw­szym, który zmie­rzył, jak bar­dzo skur­czyła się powierzch­nia "dzi­kich" miejsc zabawy w mia­stach Anglii. Ta zmiana w kra­jo­bra­zie dzie­ciń­stwa doko­nała się w ciągu pięt­na­stu lat. Inne bry­tyj­skie bada­nie wykryło, że prze­ciętne ośmio­latki radziły sobie lepiej z nazy­wa­niem rodza­jów Poke­mo­nów z japoń­skiej gry kar­cia­nej niż miej­sco­wych gatun­ków roślin i zwie­rząt: Pika­chu i Meta­pod były im lepiej znane niż wydra, żuk i dąb. Rów­nież w Japo­nii kra­jo­braz dzie­ciń­stwa (i tak ogra­ni­czony) jesz­cze się skur­czył. Znany japoń­ski foto­graf Keiki Hagi­noya przez nie­mal dwa­dzie­ścia lat robił zdję­cia dzie­ciom bawią­cym się na uli­cach japoń­skich miast. Ostat­nimi laty "dzieci nagle znik­nęły z jego pola widze­nia, więc musiał zakoń­czyć ten pro­jekt", donosi Moore. "Albo pozo­sta­wa­nie w domu stało się bar­dziej atrak­cyjne, albo na dwo­rze nie pozo­stało nic cie­ka­wego -?albo jedno i dru­gie".

W Izra­elu naukowcy ujaw­nili, że nie­mal wszy­scy badani doro­śli uznali "dzi­kie" miej­sca zabawy za naj­waż­niej­sze oko­lice ich dzie­ciń­stwa; opi­nię tę podzie­liła mniej niż połowa ośmio- do jede­na­sto­lat­ków. Nawet bio­rąc pod uwagę ten­den­cję do upięk­sza­nia wspo­mnień z dzie­ciń­stwa, ta róż­nica jest pora­ża­jąca. Holan­dia, uwa­żana za wyjąt­kowo pro­eko­lo­giczne pań­stwo, jest jed­nak wysoko zur­ba­ni­zo­wana i dzieci mają "nie­wielki kon­takt z przy­rodą", jak wynika z ankiety prze­pro­wa­dzo­nej wśród uczniów sied­miu holen­der­skich gim­na­zjów przez Janę Ver­boom-Vasil­jev z Uni­wer­sy­tetu Wage­nin­gen.

"Nie ma żad­nych dowo­dów na to, że miłość do przy­rody jest zaszcze­piana w domu rodzin­nym. Wręcz prze­ciw­nie, około dwie trze­cie ankie­to­wa­nych uczniów uwa­żało, że w ich domu zain­te­re­so­wa­nie przy­rodą jest nie­wiel­kie, a jede­na­ście pro­cent, że żadne". Ponad połowa z nich ni­gdy nie była w rezer­wa­cie przy­rody, parku, ogro­dzie zoo­lo­gicz­nym czy bota­nicz­nym. Więk­szość uczniów nie była w sta­nie podać nazwy nawet jed­nego zagro­żo­nego gatunku rośliny i tylko kilka zagro­żo­nych gatun­ków zwie­rząt. "Lista gatun­ków roślin i zwie­rząt, któ­rych bra­ko­wa­łoby uczniom, gdyby znik­nęły, była zdo­mi­no­wana przez uro­czo wyglą­da­jące ssaki i zwie­rzęta, które są czę­sto poka­zy­wane w tele­wi­zji... byli­śmy zasko­czeni, widząc na tej liście zwie­rzęta domowe i hodow­lane" stwier­dziła Ver­boom-Vasil­jev we wnio­skach pracy. Bada­nie zostało prze­pro­wa­dzone w Holan­dii, lecz "obraz, który się z niego wyło­nił, może się odno­sić rów­nież do innych wysoko zur­ba­ni­zo­wa­nych obsza­rów Europy, gdzie wystę­pują podobne warunki kul­tu­rowe, eko­no­miczne i socjalne". Potwier­dza to inne bada­nie z Amster­damu, które miało na celu porów­na­nie zabawy dzieci w Holan­dii w latach 50. i 60. z tą na początku XXI wieku. Dzi­siej­sze dzieci bawią się na dwo­rze rza­dziej i kró­cej, mniej odda­lają się od domu, mają mniej­szą liczbę i mniej zróż­ni­co­wa­nych towa­rzy­szy zabaw.

Także w USA dzieci spę­dzają mniej czasu, bawiąc się na zewnątrz, czy w ogóle bawiąc się swo­bod­nie. Według badań San­dry Hof­ferth z Uni­wer­sy­tetu Mary­land w latach 1997-2003 o połowę zma­lała liczba dzieci poświę­ca­ją­cych czas na zaję­cia takie jak wędrówki, spa­cery, węd­ko­wa­nie, zabawy na plaży czy upra­wia­nie ogródka. Hof­ferth odkryła rów­nież, że przez ostat­nie 25 lat czas wolny i poświę­cany przez dzieci na swo­bodną zabawę zma­lał o 9 godzin tygo­dniowo. Poza tym, według Rhondy L. Cle­ments, pro­fe­sor edu­ka­cji z Man­hat­ta­nville Col­lege w sta­nie Nowy Jork, dzieci bawiły się na zewnątrz mniej niż ich matki w dzie­ciń­stwie. Cle­mens i jej współ­pra­cow­nicy zan­kie­to­wali 800 matek, któ­rych odpo­wie­dzi zostały porów­nane z tymi udzie­lo­nymi przez inne matki poko­le­nie wcze­śniej -?71 pro­cent dzi­siej­szych matek pamię­tało codzienną zabawę na dwo­rze jako dzieci, ale tylko 26 pro­cent z nich mogło powie­dzieć to samo o swo­ich dzie­ciach. "Co zaska­ku­jące, nie było dużych róż­nic mię­dzy odpo­wie­dziami kobiet miesz­ka­ją­cych na wsi i w mie­ście. Te wyniki zga­dzają się z innymi bada­niami prze­pro­wa­dzo­nymi w Anglii i Walii" powie­działa Cle­mens. Wyniki tych badań zadały kłam zało­że­niu, że dzieci wiej­skie mają lep­szy dostęp do publicz­nych obsza­rów zabawy i rekre­acji. Oka­zało się, że tereny rol­ni­cze, jako obszary o jed­no­li­tym typie użyt­ko­wa­nia i braku moż­li­wo­ści nad­zoru nad dziećmi, wcale nie ofe­ro­wały wię­cej moż­li­wo­ści do doświad­cza­nia zabawy na świe­żym powie­trzu.

Nie­któ­rzy naukowcy zasu­ge­ro­wali, że zespół defi­cytu natury postę­puje naj­szyb­ciej w kra­jach anglo­ję­zycz­nych. Być może to prawda, ale zja­wi­sko jest obecne we wszyst­kich kra­jach roz­wi­ja­ją­cych się. "Daily Moni­tor", dzien­nik wyda­wany w Addis Abe­bie w Etio­pii, w marcu 2007 zaape­lo­wał do rodzi­ców, aby pozwo­lili swoim dzie­ciom wycho­dzić z domu i bawić się na zewnątrz, zauwa­ża­jąc przy tym, że "wielu Etiop­czy­ków osią­gnie wiek doro­sły bez doświad­cze­nia zabawy na dwo­rze".

Jeden z ame­ry­kań­skich bada­czy zasu­ge­ro­wał, że całe poko­le­nie dzieci nie tylko jest wycho­wy­wane w domu, ale także jest ogra­ni­czane do coraz mniej­szej prze­strzeni. Jane Clark, pro­fe­sor kine­zjo­lo­gii (nauki o poru­sza­niu się czło­wieka) z Uni­wer­sy­tetu Mary­land, nazywa je "dziećmi z pudełka" -?bo spę­dzają coraz wię­cej czasu na sie­dze­niach samo­cho­dów, wyso­kich dzie­cię­cych krze­seł­kach, a nawet spe­cjal­nych krze­seł­kach do oglą­da­nia tele­wi­zji. Dzieci zabie­rane na dwór są umiesz­czane wewnątrz "pude­łek" wóz­ków i popy­chane przez spa­ce­ru­ją­cych lub bie­ga­ją­cych rodzi­ców. Takie postę­po­wa­nie wynika głów­nie z potrzeby bez­pie­czeń­stwa, ale na dłuż­szą metę może nega­tyw­nie wpły­wać na zdro­wie dzieci. Naukowcy z Uni­wer­sy­tetu w Glas­gow w Szko­cji opu­bli­ko­wali w medycz­nym cza­so­pi­śmie "Lan­cet" pracę, w któ­rej badali aktyw­ność dzieci zaczy­na­ją­cych cho­dzić. Przy­cze­pili spe­cjalne czuj­niki w oko­lice talii 78 trzy­lat­kom i zosta­wili je przez tydzień. Oka­zało się, że badane dzieci były aktywne fizycz­nie tylko przez dwa­dzie­ścia minut dzien­nie. Podobne wyniki przy­nio­sły bada­nia wiej­skich dzieci w Irlan­dii. Wydaje się jasne, że roz­łam mię­dzy dzie­ciń­stwem a przy­rodą jest tylko czę­ścią więk­szego zakłó­ce­nia - fizycz­nego ogra­ni­cze­nia dzie­ciń­stwa w zur­ba­ni­zo­wa­nym świe­cie, w któ­rym doświad­cza­nie przy­rody jest tylko jedną z ofiar.

W miarę jak rośnie nie­do­bór przy­rody, poja­wia się coraz wię­cej dowo­dów na nie­odzow­ność bez­po­śred­niego kon­taktu z przy­rodą dla pra­wi­dło­wego fizycz­nego i emo­cjo­nal­nego roz­woju. Na przy­kład poja­wiły się nowe bada­nia suge­ru­jące, że kon­takt z przy­rodą może zmniej­szać objawy zespołu defi­cytu uwagi i nad­po­bu­dli­wo­ści psy­cho­ru­cho­wej, popra­wiać zdol­no­ści poznaw­cze i zwięk­szać odpor­ność na stres i depre­sję.

Zespół Deficytu Natury

Ogromne zna­cze­nie wyni­ków tych badań powią­zane z naszą wie­dzą o innych prze­mia­nach kul­tu­ro­wych spra­wia, że potrzebna jest jakaś krótka nazwa, która by to pod­su­mo­wała. Nazwijmy na razie to zja­wi­sko zespo­łem defi­cytu natury. Waham się tro­chę przy tej nazwie, bo nasza kul­tura jest pełna cięż­kiego, for­mal­nego słow­nic­twa nawią­zu­ją­cego do żar­gonu medycz­nego. Być może inny, lep­szy ter­min pojawi się wraz z postę­pem badań w tej dzie­dzi­nie. Jak już wspo­mnia­łem, by­naj­mniej nie suge­ruję, że ta nazwa doty­czy kon­kret­nej, ist­nie­ją­cej medycz­nej dole­gli­wo­ści. Jed­nak jej zna­cze­nie staje się jasne, gdy roz­ma­wiam o zespole defi­cytu natury z gru­pami rodzi­ców i nauczy­cieli.

Zespół defi­cytu natury opi­suje cenę, jaką ludz­kość płaci za odwró­ce­nie się od przy­rody: zmniej­szone uży­cie zmy­słów, nie­do­bór uwagi, częst­sze wystę­po­wa­nie cho­rób fizycz­nych i psy­chicz­nych. Ten zespół wystę­puje u poje­dyn­czych osób, rodzin i całych spo­łecz­no­ści. Nie­do­bór natury może zmie­niać spo­sób zacho­wa­nia ludzi w mia­stach, a także spo­sób pla­no­wa­nia miast, gdyż dłu­go­ter­mi­nowe bada­nia wyka­zują zwią­zek mię­dzy cał­ko­wi­tym bra­kiem lub nie­do­stęp­no­ścią par­ków i otwar­tych prze­strzeni, a wysoką prze­stęp­czo­ścią, depre­sją i innymi miej­skimi przy­pa­dło­ściami.

Jak wyja­śniają kolejne roz­działy, zespół defi­cytu natury jest moż­liwy do wykry­cia i odwró­ce­nia zarówno w skali jed­nostki, jak i w skali całej kul­tury. Jed­nak ten defi­cyt jest tylko jedną stroną medalu -?drugą jest bogac­two przy­rody. Dzięki temu, że widzimy kon­se­kwen­cje nie­do­boru, możemy dostrzec, jak wiel­kie korzy­ści -?bio­lo­gicz­nie, poznaw­czo, duchowo -?mogą odnieść nasze dzieci przez pozy­tywny, fizyczny kon­takt z przy­rodą. W rze­czy samej, naj­now­sze bada­nia sku­piają się nie na tym, co zostaje utra­cone razem z przy­rodą, ale na tym, co można zyskać w jej obec­no­ści. "To bar­dzo ważne, by edu­ko­wać rodzi­ców na temat tych badań, by roz­bu­dzić w nich chęć do zabawy w oto­cze­niu przy­rody, tak aby spra­wiała im przy­jem­ność -?to nie­zbędny waru­nek utrzy­ma­nia kon­taktu z przy­rodą przez ich dzieci" -?mówi Louise Chawla.

Dzięki tej wie­dzy być może podą­żymy w innym kie­runku -?ku ponow­nemu połą­cze­niu dzieci i przy­rody.