Ostatnia zielarka. Duch Gór. Tom 2 - Aleksandra Seliga

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Kropla wody powoli spływała po zimnej, wilgotnej ścianie.

Bronka śledziła jej ruch, najpierw nieco zadzierając głowę, by uchwycić początek wędrówki tuż pod brudnym kamiennym sufitem, potem stopniowo przerzucając wzrok w kierunku podłogi, kiedy kropla pęczniała, stawała się coraz cięższa. Wreszcie spływała na sam dół, a dziewczyna mogła omieść spojrzeniem zakurzone, poczerniałe wiekowe deski, po których dreptały szczury i karaluchy.

Od kilku tygodni była uwięziona w pałacu Ducha Gór, choć zważywszy na to, że znajdowała się w śmierdzących, zimnych lochach, należałoby powiedzieć: uwięziona pod pałacem, w dodatku nienależącym już do Ducha Gór, tylko do Boruty, który zawiadywał nim na czas nieobecności Leśnej Baby, samozwańczej Królowej Karkonoszy.

Bronka pogładziła się po lekko wypiętym brzuchu. Dla innych ciąża nie była jeszcze specjalnie widoczna, ale jej niewątpliwie dawała się już we znaki. Na szczęście od dzieciństwa była zaznajomiona z tym wyjątkowym stanem dzięki mnogości kobiet w rodzinie, a szczególnie dzięki Antoninie, która przecież całą ciążę mieszkała z Rzepiórkami w jednej chacie. Bronka dobrze pamiętała (niekoniecznie poranne) wymioty siostry, naprzemienne okresy niebywałej energii i kompletnego wypompowania, nieadekwatne do sytuacji wybuchy złości lub płaczu, a przede wszystkim - ogromny apetyt.

Ten wilczy głód doskwierał teraz Bronce. Tylko raz dziennie dostawała miskę wypełnioną jakąś obrzydliwą papką, którą przynosił jej milczący kudłaty strażnik, jeden z biesów na usługach Boruty. Nie była pewna, czy wiedział, że jest w ciąży. Biesy chyba się na tym nie znały. Co innego Leśna Baba - ona wiedziała, musiała wiedzieć! Bronka poczuła, jak na wspomnienie porwanego Miłosza po policzku cieknie jej pojedyncza łza, podobna do tych kropel wody, które spływały po wilgotnych ścianach, a które czasem zlizywała w akcie desperacji, kiedy doskwierało jej pragnienie.

Na początku starała się odliczać dni za pomocą wydrapywanych na brudnej podłodze kreseczek, potem jednak wszystko jej się pomieszało. Przez zakratowane okienko w ciężkich drzwiach celi sączył się jednostajny blask kaganka umieszczonego po drugiej stronie, w korytarzu, gdzie przechadzali się milczący strażnicy. Ich chrapliwe oddechy i miarowy stukot kopyt doprowadzały Bronkę do szału. Przez pierwsze dni krzyczała do nich, błagała, drapała w drzwi i ściany. Potem poddała się, popadła w apatię. Jeszcze później - wraz ze świadomością tego, że rośnie w niej dziecko - wróciła do opracowywania planu. Była już raz w niewoli u Leśnej Baby i zdołała stamtąd uciec. Tym razem też jej ktoś pomoże!

A jednak mijały kolejne dni. A może tygodnie? Albo miesiące? W tej celi czas lubił płatać figle. Odmierzała go bardziej poprzez obserwację rosnącego brzucha niż upływających godzin.

Teraz patrzyła na spływającą powoli kroplę, myśląc o Miłoszu. Czy jeszcze żył? Dlaczego Leśna Baba nie zabiła ich od razu? Czy miała wobec nich jakiś plan, jakiś niecny zamysł, w którym odgrywali znaczącą rolę - żywi? A może Miłosz już od dawna był martwy, może zrzuciła go ze skały jak zakochanego górala z tej legendy o Wodospadzie Kamieńczyka - i jego bezładnie rozrzucone, powykrzywiane pod nienaturalnymi kątami ręce i nogi były teraz rozszarpywane przez kruki?

Musi stąd wyjść. Pomóc Miłoszowi, upewnić się, że tamtej feralnej nocy letniego przesilenia Stasinek i Kaziula zdołali uciec, niezauważeni przez kotłujące się stwory. Odnaleźć w sobie siłę, by uwolnić siebie i swoje dziecko - a potem Ducha Gór. Kiedy Karkonosz odzyska wolność i władzę, Leśna Baba już nie będzie jej zagrażać!

Bronka powoli podniosła się na nogi i choć poczuła znajome, nieprzyjemne drżenie osłabionych z niedożywienia mięśni - zacisnęła zęby i zaczęła przechadzać się po celi. Macała zimne, mokre cegły, przykładała ucho do desek w podłodze, a nawet usiłowała którąś wyciągnąć, łamiąc sobie przy tym paznokcie. Gdziekolwiek kryła się w niej teraz zmora, nie pomagała. Bronka była pewna, że musiał już nastąpić czas przemiany, lecz z jakiegoś powodu to więzienie powstrzymywało zmorę przed transformacją. We śnie czy na jawie - Bronka pozostawała sobą i nie mogła uciec przez dziurkę od klucza ani zakratowane okienko.

Teraz podeszła do drzwi, postawiła pod nimi pustą miskę, stanęła na niej i ostrożnie wspięła się na palce, by wyjrzeć na korytarz. Nie z powodu niskiego wzrostu - po prostu drzwi były ogromne, a okienko usytuowane na tyle wysoko, by więźniowie nie mogli swobodnie przez nie wyglądać.

Najpierw zauważyła kosmate plecy biesa stojącego nieco z boku, nieruchomo i tępo niczym zastygły posąg. Potem omiotła wzrokiem kamienny korytarz o łukowatym sklepieniu oświetlony pochodnią wetkniętą w metalową obręcz w ścianie. Starała się policzyć w myślach kroki potrzebne do tego, by znaleźć się przy prowadzących w górę spiralnych schodach. Powinna dobiec tam w kilka sekund. Wystarczyłoby tylko zwabić strażnika do celi... Może trzeba by się zranić? Poharatać twarz jakimś gwoździem i rozpaczliwie wołać o pomoc?

Drzwi uchylały się raz dziennie, kiedy strażnik zabierał pustą miskę i z brzękiem stawiał na podłodze nową porcję brei. Widziała wtedy tylko wsuwającą się na moment kosmatą dłoń - nic więcej. Gdyby jednak strażnik wcisnął łeb, a jej udałoby się wyciągnąć jedną z desek, mogłaby zdzielić go w głowę i uciec. Ale co dalej? W pałacu Ducha Gór roiło się teraz od czartów, które od razu pochwyciłyby ją i zaciągnęły z powrotem do celi, by jeszcze lepiej strzec. Może więc powinna wysłać komuś wiadomość? Spróbować skontaktować się poprzez świat snów z babcią, Dusiołkiem albo samym Karkonoszem? Ale jak, skoro ta przeklęta cela najwyraźniej w jakiś sposób blokowała jej magiczne zdolności?

Strażnik drgnął, poruszył się i powoli obrócił głowę w stronę drzwi. Jego żółte oczy znalazły się bezpośrednio na wysokości okienka. Syknął nieprzyjemnie, szczerząc kły.

- Czego się gapisz? Pod ścianę i czekać!

- Dyć na co mam czekać? - prychnęła ironicznie Bronka. - Aż tu spleśnieję jako ta słoma, co mi służy za posłanie? Nie boję się ciebie. Chcę gadać z Borutą.

Diabeł roześmiał się, cofnął o krok i teraz Bronka widziała całą jego twarz, sterczące w kędzierzawych włosach różki i spiczaste uszy.

- Czemu mnie więzicie? Jak długo tu będę? Dajecie mi żreć, więc nie chcecie, bym pomarła z głodu... ale kiedy rozmówię się z Borutą albo Leśną Babą?

- Na gadanie ci się zebrało - zauważył bies. - Przez ostatnie tygodnie byłaś milcząca ino trusia, a teraz mielesz tym ozorem kiej krowa.

- Kiej krowa to ty masz rozumu - odburknęła, czym znów rozbawiła biesa.

- Ja tam nie wiem - rzekł, kiedy wreszcie przestał rechotać. - Mnie ino każą cię pilnować i tyla. Siedź cicho i czekaj, a może Boruta zejdzie tu do ciebie, kiedy wróci.

- Wróci? Nie ma go teraz w pałacu? - Uchwyciła się tej informacji, bo mogła okazać się ważna.

- Aaaj! Schluss mit lustig!1 - Bies machnął łapskiem. - Nie powiem nic więcej. Idę spać. - To stwierdziwszy, istotnie zniknął z pola widzenia, by po chwili rozłożyć się wzdłuż korytarza wprost na ziemi, głowę podpierając rozwartą dłonią.

"Idzie spać - pomyślała Bronka. - To musi być noc albo wieczór. Chociaż... kto by tam rozumiał zwyczaje biesów. A jeśli one właśnie kładą się spać rankiem?"

Znów dreptała po celi, po raz setny szukając czegoś, co posłużyłoby za broń. Nie znalazłszy niczego takiego, z frustracją kopnęła ścianę, syknęła z bólu i rzuciła się z powrotem na spleśniałą słomę, by tępo wpatrywać się w spływające krople.

- Wstawaj, księżniczko. - Ostry, złośliwy głos wyrwał ją z letargu. Bies postawił miskę z rozpaćkaną kaszą i natychmiast zatrzasnął ciężkie drzwi.

Minęło kolejnych kilka, a może kilkanaście dni, w trakcie których Bronka naprzemiennie szalała z wściekłości i popadała w stan podobny do katatonii. W celi czuć było intensywny smród nieczystości wydobywający się ze stojącego w kącie blaszanego wiadra - oraz mocny, gryzący zapach wymiocin, od kiedy jej poranne torsje przybrały na sile. Bronka zdawała sobie sprawę, że jeśli wkrótce coś się nie zmieni, straci dziec­ko; widziała zbyt wiele przerwanych ciąż, gdy była mała. Widziała, jak kobiety zaczynają krzyczeć i padają na kolana podczas letnich żniw, a krew ścieka im po nogach na żółtą pszenicę. Ciężka praca nie była dobra dla przyszłej matki, ale takie warunki jak te - również. Zimno, wilgoć i smród utrzymywały Bronkę w stanie permanentnego przeziębienia. Wkrótce do kaszlu i zatkanego nosa doszły dreszcze, bóle w mięśniach i rozpalone policzki. Ktoś musiał jej pomóc!

Kiedy już traciła nadzieję, usiłując okryć się lichutką, dziurawą sukienką - tą samą, którą ofiarowała jej jeszcze Apolonia, gdy zajrzeli do niej z Miłoszem przed Johannistag - jednego dnia usłyszała krzyki od strony korytarza.

Zmrużyła oczy i uniosła się lekko na łokciach. A może tylko jej się wydawało? Może majaczyła w gorączce? Ale nie, krzyki powtórzyły się, bliższe, wyraźniejsze, jak gdyby bardziej natarczywe. Teraz już była pewna, że dochodzą z niedaleka, o, zbliżają się, dobiegają tuż-tuż zza drzwi...

Wstała, ale zakręciło jej się w głowie, więc podparła się rękami o ścianę. Próbowała skupić wzrok, zmusić rozgorączkowany umysł do posłuszeństwa, lecz wszystko dochodziło do niej z opóźnieniem, jak gdyby pływała w gęstej smole. Jak gdyby smoła zalepiła jej uszy.

Nagle drzwi wystrzeliły z zawiasów, po czym przefrunęły przez pół celi i z hukiem spadły na podłogę, wzbijając kłęby pyłu. Przerażona Bronka z całych sił starała się wcisnąć w najdalszy kącik pomieszczenia. Wtedy w rozświetlonym pochodnią przejściu pojawiła się czarna sylwetka - wydawała się ogromna. Gdy jednak dziewczyna skupiła wzrok, a postać wpadła do środka, okazało się, że to Leszy. Znajomy Leszy, który bronił jej podczas spotkania stworów przy Kotle Wielkiego Stawu, nim została uwięziona przez Leśną Babę!

Oplotły ją sękate ręce o wydłużonych palcach, w rzeczywistości będących cienkimi gałązkami, z których wyrastały młode dębowe listki. Zawinęły się wokół jej kibici i delikatnie uniosły. Leszy wsadził ją sobie na barana. Gdzieś na jego głowie, w plątaninie konarów układających się w kształt poroża, siedział Szarlej - mały skarbnik w czapeczce.

- Rzepiórówna! Przybylim na ratunek! - wrzasnął piskliwym głosikiem.

- Jest rozpalona. - Do uszu Bronki dotarł niski głos Leszego.

Stwór pochylił się i przeszedł przez otwór powstały po wywalonych drzwiach. Gdy tylko znaleźli się na korytarzu, ze schodów zbiegło kilka diabłów. Pędziły tak szybko, że plątały im się nogi i wpadały na siebie, nieporadnie wyciągając w ich kierunku widły, toporki i krótkie miecze.

- Stać! Oddawać więźnia! - wrzasnął jeden z nich, wyjątkowo knurowaty i obleśny.

Bronka poczuła, że ze strachu bezwładnie osuwa się z pleców Leszego. Na szczęście ten w porę zareagował, wypuszczając kilka gałęzi, które dały jej podparcie i podtrzymały, by zapobiec upadkowi.

- Więzicie laborantkę wbrew jej woli - usłyszała znajomy głos, który sprawił, że serce zaczęło jej bić mocniej i chwilowo odzyskała część sił.

To był Dusiołek! Dusiołek, jej chowaniec! Przybył wraz z Leszym i Szarlejem, by ją uratować!

- Odsuń się, diable, nie chcemy cię skrzywdzić - warknął świniowaty bies.

- Wystarczy, że ty i twoja kompania pogruchotaliście kości Makusiowi! - Drugi z gromady, czerwonoskóry czart o błoniastych skrzydłach i rozwidlonym jęzorze, wskazał łapą rozciągniętego pod ścianą strażnika celi, który teraz leżał nieprzytomny z rozbitą głową.

- Stał mi na drodze, jako i wy stoicie, panowie. Odstąpcie. Dziewczyna chora, a jest przy nadziei. Trza mi ją zabrać do wioski, do innych Rzepiórek - zagrzmiał Leszy.

- Boruta kazał strzec i nie wypuszczać! Leśna Baba kazała! - Przywódca biesów pokręcił głową i wzniósł topór, którego ostrze błysnęło w świetle pochodni.

- Odstąp, panie von Schweinichen, mamy Leszego - wyszeptał jeszcze Dusiołek, zwracając się w stronę diabła o świńskiej twarzy, tamten jednak tylko zmrużył małe oczka i zakwiczał:

- Na nich!

Bronka starała się z całych sił trzymać Leszego za rozgałęzione, porośnięte mchem i zielonymi listkami poroże, ale była okropnie słaba, a spocone, rozgorączkowane dłonie co chwilę ześlizgiwały się w dół, nie znajdując oparcia. Leszy pieklił się i wierzgał w wąskim korytarzu, usiłując się przebić przez wojujące diabły, które co rusz dźgały go widłami, rąbały siekierami i cięły mieczami pomniejsze wiotkie gałązki. Olbrzym był jednak mocarny, zdawał się nie tracić sił, unosił kosmate potworki na pół metra, a potem ciskał nimi o ściany korytarza.

Wreszcie jakoś dobrnęli do schodów, z trudem torując sobie drogę przez rozwrzeszczane diabły. Gdy tylko znaleźli się na górze i wybiegli wprost na znajomy dziedziniec pałacu porośnięty kolczastymi, splątanymi zaroślami, Bronka odetchnęła z ulgą. Udało się! Wyglądało na to, że chyba naprawdę się udało! Uwolni...

Nagle od strony studni, stojącej na samym środku placu, przez który teraz pędzili, dobiegł ich dźwięk przypominający trzask. Bronka miała wrażenie, jakby przez sekundę rzeczywistość się wykrzywiła. Świat zafalował niczym odbicie obserwowane na tafli jeziora, do którego ktoś nagle wrzucił ciężki kamień. Naraz na placu zaczęły się pojawiać kolejne postaci: Boruta w sobolowym królewskim płaszczu, odziany na zielono Rokita, Łańcucki o podkręconym jasnym wąsiku. Na tym się jednak nie skończyło. W krok za nimi zaczęli przybywać inni - przerażające, kolosalne sylwetki, potężne i obezwładniające swą mocą. Warszawska Syrena. Rybi Król. Waligóra i Wyrwidąb. Jurata. Król Węży. Smok Wawelski. Wielu, wielu innych, których imiona zostały zapomniane, zatarte w mroku dziejów.

Teraz Bronka i jej kompani byli otoczeni przez krąg złowrogich postaci, które podchodziły coraz bliżej. Wreszcie, na koniec, pojawiła się Leśna Baba. Monstrualna, gruba, pokryta mchem i liśćmi, ale nie w taki sposób jak Leszy - brudniejsza, odstręczająca, ubłocona, o czarnych, tłustych robalach wysypujących się ze splątanych włosów. Bronka zauważyła ze zgrozą, że Leśna Baba dzierży w dłoniach kostur Ducha Gór.

- Jak miło, że wyszłaś z celi - zaskrzeczała jadowicie. - Zdążyłaś akurat na wielką naradę Tych Ze Starego Świata. Zapraszam! - To mówiąc, stuknęła kosturem o ziemię, a Bronka spadła z Leszego, który momentalnie wsunął w głąb chropowatego, drzewnego cielska wszystkie gałęzie i złapał się za głowę, krzycząc z bólu.

- Ty nie jesteś zaproszony - zwróciła się do Dusiołka. - Do celi z nimi!

- Pani, drzwi do celi... - jęknął von Schweinichen, trzymając się za zakrwawiony nos, gdyż oberwał w starciu z Leszym.

- Ach, przymknijże się, Świński! Rozumu tyle, ile u knura! A bo to jedną mamy pod pałacem celę? Ot, wrzuć go i choćby do tej po nim, rozumiesz?

- A on...? - zapowietrzył się Świński, łapiąc i unieruchamiając wyrywającego się i złorzeczącego Dusiołka.

- On już grzecznie czeka nieopodal wielkiej sali, gdzie za moment rozpocznie się narada. - Leśna Baba się uśmiechnęła, prezentując czarne braki w uzębieniu. - Zapraszam wszystkich! Za mną, do pałacu!

1 Koniec tego dobrego!

Rozdział 2

Wielka sala w pałacu Ducha Gór urządzona była z przepychem, który teraz zniknął gdzieś pod warstwą kurzu i pajęczyn. Gdy Ci Ze Starego Świata kolejno zajmowali miejsca przy stole (na czas narady zmniejszając nieco swe rozmiary), podnosili z niesmakiem brwi na widok lepiącego się od brudu drewna, kichali, gdy unoszący się w zatęchłym powietrzu pyłek wpadał im do nosa, skonsternowani zerkali na ciężkie, ciemnozielone portiery w oknach i nieprane od dawna draperie, fikuśnie rozrzucone między rzeźbami przedstawiającymi niedźwiedzie, jelenie, rogatych mężczyzn lub kobiety zbierające zioła. "Laborantki", pomyślała na widok tych figurek Bronka. Stała oparta o zakurzoną ścianę, obserwując zasiadających do stołu gości Leśnej Baby. Ze wszystkich sił starała się nadążać za tym, co się dzieje, i zachować skupienie, ale w gorączce trudno było zebrać myśli. Sylwetki przybyłych postaci, o których dotychczas słyszała tylko z opowiadanych przez babcię legend, zdawały się falować jej przed oczami, rozmywać się, na zmianę monstrualnie pęcznieć i kurczyć. Przetarła czoło ręką, czując pod palcami zimny pot. W brzuchu coś się poruszyło, delikatnie niczym trzepoczący skrzydełkami motyl.

Leśna Baba zajęła miejsce u szczytu stołu. Położyła rozczapierzone łapska na zakurzonym blacie i rozejrzała się po przybyłych. Kilka krzeseł pozostało pustych, co nie uszło jej uwadze.

- Już drugi raz spotykamy się na naradzie, o wielcy, prastarzy, wszechpotężni! - zaczęła niby przymilnie, ale w jej głosie było coś podszytego kpiną.

Warszawska Syrena chrząknęła, nerwowo machając ogonem.

- Poprzednim razem zdołaliśmy niemal jednogłośnie zadecydować, że czas zakończyć panowanie Ducha Gór w Karkonoszach. Z waszą pomocą, o wielcy władcy swych krain, udało się wtrącić tego krnąbrnego przecherę do lochu.

- Tak, bo obiecałaś złote jaja! - warknął Waligóra, brodaty, czarnowłosy olbrzym, a siedząca naprzeciw Złota Kaczka zszokowana otworzyła dziób.

- Zgadza się! - Wyrwidąb walnął pięścią w stół i wznoszący się chwilę później kurz wywołał nagły atak kichnięć. Co więcej, kichnięcia olbrzymów sprawiały, że pałac trząsł się w posadach, przez co w powietrzu tylko przybywało nowych kłębów kurzu, spadających z żyrandoli, z bogato zdobionych sufitów i z krepowych zasłon.

- Cicho! - zarządziła Leśna Baba. - Przerywacie mi! Owszem, obiecałam poprawę waszego losu i czyż nie dotrzymałam słowa? Jurato - zwróciła się do bladej, zimnej bogini z północy - czyż bałtyccy rybacy nie wspominają twego imienia, gdy rozpoczynają połów?

- Obiecałaś mi kurort nazwany na moją cześć - odparła chmurnie, marszcząc jasne brwi nad oczami koloru wzburzonego morza. - Setki plażowiczów, hotele, restauracje, wszystko wychwalające moje imię...

- I dostaniesz to, spokojnie. Musisz jeszcze trochę poczekać - odparła Leśna Baba, wytrzymując spojrzenie bogini. - Królu Węży. - Po chwili odwróciła twarz ku Żmijowi, który dla dobra narady skurczył się do rozmiarów odpowiadających dorosłemu człowiekowi i wznosił teraz łeb nad stołem, raz po raz wysuwając długi, rozdwojony język. - Czyż i ty nie miałeś dosyć Karkonosza, z którym od wieków walczyłeś o tytuł Króla Gór? Czyż nie pragnąłeś jego śmierci? Wszyscy pamiętamy, kiedy stanęliście ze sobą w szranki, ten wielki pojedynek!

Władca Tatr zasyczał złowrogo i pokiwał łbem na znak zgody, zaraz się jednak odezwał:

- A mimo to nie sssposssób zaprzeczyć, że w Tatrach jessst coraz więcej, tfu! Turyssstów... Mówiłaś, że ludzie będą się nasss bać...

- I będą. Znów będziemy znaczyć tyle, co kiedyś. - Urwała. - Tylko że sytuacja trochę się skomplikowała.

Nastąpił chwilowy wybuch złorzeczeń, nerwowych dopytywań, bicia pięściami w stół lub trzepotania ogonami. Leśna Baba przeczekała go cierpliwie, jak opiekunka, która z dystansem obserwuje niesforne dzieci. Mimo gorączki Bronka szybko zauważyła, że wśród zebranych przy stole legendarnych stworów tylko kilka dorównuje starej intelektem i opanowaniem. Jednym z nich był Boruta, który obserwował dyskusję z paskudnym półuśmieszkiem. Siedział po prawicy Leśnej Baby niby najbardziej zaufany wspólnik, a jednak z jakiegoś powodu zadowolony z tego, że narada nie do końca przebiega po jej myśli.

- Kiedy uknułam plan, by uwięzić starego Liczyrzepę, nie wzięłam czegoś pod uwagę. To właśnie powód, dla którego ludzie wciąż panoszą się w Tatrach, Karkonoszach, w Puszczy Białowieskiej... Powód, dla którego to oni zdają się władać, nie my. Nie rozumiałam tego. Ale teraz wszystko się zmieni. - Uśmiechnęła się zagadkowo. Wyprostowała się na krześle, pstryknęła palcami i krzyknęła: - Von Schweinichen! Łańcuc­ki! Wprowadzić go!

Drzwi zdobione wijącymi się ornamentami, nieco podobnymi do tych w Świątyni Wang, otworzyły się na oścież. Knurowaty diabeł w asyście Stadnickiego z trudem wnieśli do sali powłóczącą nogami, wychudłą postać, na której widok Bronce ścisnęło się serce.

Duch Gór.

Wyglądał jak staruszek z tą długą, siwą brodą. Prosty, zielonoszary, rozerwany w paru miejscach płaszcz wisiał na nim jak na wędrownym dziadzie. Charakterystyczna spiczasta czapka, w której lubił ukazywać się ludziom na szlakach, zwisała smętnie ze splątanych, tłustych włosów. Jeśli kiedykolwiek Bronka widziała go w jego najbardziej pierwotnej, boskiej wręcz postaci - teraz stał się całkowitym przeciwieństwem tamtej formy. Przez ułamek sekundy wydawało się, że część zebranych przy stole gości współczuje Karkonoszowi, być może w przerażeniu konstatując, że nawet bóg Starego Świata pozbawiony swych mocy staje się bezsilny.

Gdy diabły przechodziły obok Bronki, przytrzymywany Duch Gór rzucił jej przelotne spojrzenie. Trwało to niedłużej niż uderzenie serca, ale zdołał zawrzeć w zapadniętych oczach wszystko, co chciała od niego usłyszeć przez ostatnie lata. "Nie mogłem ci pomóc, uwięzili mnie. Uratuję nas, nie obawiaj się. Ktoś na pewno nam pomoże".

Stadnicki puścił Karkonosza i pchnął go brutalnie do przodu, a ten poleciał na stół i oparł się o niego sękatymi dłońmi.

- Siadaj - warknęła Leśna Baba, wskazując puste miejsce.

Świński natychmiast odsunął krzesło, siłą usadził na nim Ducha Gór i stanął zaraz za oparciem, by uniemożliwić ucieczkę. Niepotrzebnie - wszyscy doskonale widzieli, że właściciel pałacu jest zbyt słaby, by samodzielnie wstać, a co dopiero walczyć.

Leśna Baba złożyła dłonie w trójkącik i z łokciami na stole przybrała pozę, jaką Bronka widziała u niej wiele razy, gdy w postaci Madam Kubátovej robiła interesy z Żydami, czeskimi handlarzami i wszelkiej maści geszefciarzami w swojej karczmie w Spindlermühle.

- No więc - chrząknęła - Guten Abend, Rübezahl. Napijesz się czegoś?

Podniósł się i rzucił jej nienawistne spojrzenie. Sił starczyło mu jednak tylko na kilka sekund, po których znów zwiesił głowę, przygarbiony, skurczony, trzęsący się jak staruszek. Gdy opadł, z jednej ze ścian pałacu posypał się tynk.

- No właśnie. Oto, w istocie, sedno problemu. Widzicie, moi drodzy, tego nie wzięłam pod uwagę, gdy knułam przeciw Liczyrzepie. Nikt z nas nie wziął. My, legendarni władcy Starego Świata, pomiędzy których podzielona jest Rzeczpospolita, nierozerwalnie związani jesteśmy ze swymi krainami.

- To znaczy? - Warszawska Syrena drgnęła niespokojnie, trącając opuszkami palców swą tarczę, która teraz stała oparta o nogę krzesła.

Waligóra i Wyrwidąb nie odrywali wzroku od jej nagich piersi sterczących niczym dwie świeżo wypieczone bułeczki.

- Zauważyłam niepokojące sygnały po tym, jak wtrąciłam go do więzienia... - Leśna Baba westchnęła, prześlizgując się wzrokiem po gościach. - Najpierw nie mogłam zrozumieć, dlaczego ludzie nie odeszli, skoro stracił władzę, a demony Starego Świata znów powróciły na karkonoskie szlaki. Dlaczego wciąż powstawały nowe schroniska, nowe hotele? Potem zauważyłam, że pałac, którym chcę władać, powoli niszczeje... Wreszcie same góry zaczęły się kruszyć. Rozpadać. - Zamilkła efektownie.

Wszyscy siedzący przy stole patrzyli na nią wyczekująco, wstrzymując oddech.

- Wtedy zrozumiałam. Duch Gór to Karkonosze, a Karkonosze to Duch Gór. Nie istnieje jedno bez drugiego. Jeśli pozwolę mu umrzeć, całe królestwo zniknie. To legendy o nim utrzymują to miejsce przy życiu.

- Duch... - wyszeptał Smok Wawelski, zielony, skrzydlaty gad siedzący przy stole w pokracznej pozycji, gdyż cielsko nieprzystosowane miał do ludzkich krzeseł. Przy każdym oddechu buchały z jego nozdrzy kłęby dymu. - Nie istnieje ciało bez ducha. Gdy duch opuszcza materię, następuje śmierć!

- Otóż to. - Leśna Baba zaklaskała brudnymi, omszałymi dłońmi. - Jak się okazuje, nazwa "Duch Gór" jest więcej niż adekwatna. Wygląda na to, że właśnie w naszym drogim Liczyrzepie skumulowało się wszystko to, co Karkonosze czyni Karkonoszami.

- Innymi sssłowy - wysyczał Król Węży - nie możeszszsz go zabić?

- Nie mogę - przyznała z przekąsem Leśna Baba. - I więcej nawet: podania i bajki o nim, jego harcach z niedźwiedziami, przejażdżkach na dziku, przeklętym kredensie z pogodą i tańcu z nimfami w świetle księżyca już na zawsze przynależeć będą do Karkonoszy.

- A ona? - Goplana pokazała zimnym, galaretowatym palcem na Bronkę.

W tym momencie oczy wszystkich gości skierowały się wprost na dziewczynę. Przełknęła ślinę i zaczęła dygotać, instynktownie łapiąc się za brzuch.

- Och, to jeszcze dziecko! W dodatku chore! Czy ktoś z was może ją uzdrowić? - zakwakała troskliwym głosem Złota Kaczka.

- W pałacu Liczyrzepy nie działa żadna magia oprócz jego własnej. Położony jest w przedsionku zaświatów, gdzieś pomiędzy królestwem ludzi i bogów. Nikt z was nie może ani uzdrowić, ani przekląć dziewczyny - wyjaśniła spokojnie Leśna Baba.

- Ale jeśli działa tylko jego magia... - zawahał się Smok Wawelski, zerkając na pozbawionego sił Karkonosza.

- Drenuję go z niej za pomocą tego. - Starucha pokazała na kostur, który teraz oparty był o bok jej krzesła. - Broń Ducha Gór, którą miał mnie pokonać, wpadła w moje ręce.

- Dlaczego więc nie zabijesz dziewczyny? - Warszawska Syrena obrzuciła Bronkę spojrzeniem twardym i bezlitosnym jak głaz. Sama zresztą przypominała posągową piękność, jak postać, która właśnie zeszła z pomnika, zostawiając po sobie tylko pusty postument.

Po raz kolejny tego wieczora Leśna Baba westchnęła przeciągle, chrapliwie, z rezygnacją podszytą rodzącym się poirytowaniem.

- Z ogromną niechęcią, jednak muszę przyznać, że teraz i ona jest częścią karkonoskich legend, co czyni ją w zasadzie nietykalną...

Król Tatr niespokojnie zwinął swe wężowe cielsko, wciąż wsuwając i wysuwając język.

- Co maszszsz na myśśśli? - wysyczał.

- Teofila Rzepiór odeszła z tego świata. W czasie pełni wyzionęła ducha. A ponieważ jej córka, Tekla, wyrzekła się starych nauk i została luteranką, to czyni z obecnej tu Bronisławy ostatnią żyjącą laborantkę, spadkobierczynię nauk Rzepiórów. A laboranci to taka sama tradycja Karkonoszy jak Duch Gór. Nie mogę podnieść na nią ręki - wytłumaczyła zgryźliwie, jakby chciała przyznać wbrew sobie, że istnieją stare i niepodważalne prawa, których nawet jej nie wolno złamać. - Oczywiście do czasu, aż przekaże swe nauki dziecku, które w niej rośnie... Zresztą bardzo wyjątkowemu dziecku. Na tyle wyjątkowemu, że zdecydowałam się pozostawić je przy życiu.

- Jak to jedyną spadkobierczynią? A Kaziula? - wychrypiała Bronka, ale Leśna Baba popatrzyła na nią z niezrozumieniem i zmarszczyła brwi.

W tym samym momencie Karkonosz uczynił ledwie dostrzegalny ruch głową, jakby chciał powstrzymać dziewczynę przed mówieniem.

"Ona nie wie - pomyślała spanikowana Bronka. - Nic nie wie o tym, że kiedy byłam jej więźniem, babka po cichu przyuczała Kazię. Myśli, że tylko ja znam sekrety laborantek..."

- Laboranci, Walończycy, Liczyrzepa. - Goplana wyliczała na palcach. - Kto jeszcze, jak się okazuje, jest taki istotny w tej układance? Chcesz nam powiedzieć, że nagle musimy chronić wszystkich, których wcześniej poprzysięgłaś zgładzić? Gubisz się we własnych planach, stara. Może nasz sojusz z tobą był niepotrzebny? Naobiecywałaś nam gruszek na wierzbie!

- A czy ty nie przechodzisz przypadkiem swojej drugiej młodości, Goplano? Z tego, co mi wiadomo, najprzedniejsi polscy poeci wychwalają twoją urodę w poematach i balladach! Słyszałam, że Gopło stało się wielką atrakcją! Może nawet doczekasz się własnej czekolady...

Galaretowata nimfa prychnęła obrażona i odrzuciła na bok długie włosy, w których tkwiły szczeżuje i wodorosty.

- Akurat to, o czym mówisz, było jeszcze za czasów Liczyrzepy. Dziś, zamiast przyjmować ofiary z pięknych Grabców, muszę patrzeć, jak z roku na rok wody Gopła mętnieją, zaśmiecane przez ludzi. Sojusz z tobą nie przyniósł mi jak dotąd nic dobrego.

- A mnie owszem - mlasnął Bazyliszek. - Mogę teraz bezkarnie pożerać tych głupców i nikt mnie z tego nie rozlicza!

Znów podniosły się głosy, przekrzykiwania, wzajemne syknięcia i kuksańce. Atmosfera gęstniała z każdą chwilą.

- Najwyraźniej odebranie komuś władztwa nad krainą, którą zawiadywał od czasu, gdy po ziemi chadzali Starzy Bogowie, okazało się trudniejsze, niż sądziłaś, Leśna Babo - zauważyła Jurata.

- Ssstary porządek musi zossstać przywrócony - rzucił Król Węży.

- Stary porządek nic mi nie dał! - Leśna Baba, rozsierdzona, walnęła pięścią w stół. Podniosła się tak szybko, aż krzesło spadło na podłogę, i wykrzyknęła: - Kiedy rozdzielano pomiędzy was krainy tej słowiańskiej ziemi, co mi przypadło w udziale?! Wstrętne bagniska i moczary, obrzydliwe, cuchnące jary, zarośnięte pokrzywami gawry! Przeklęty Liczyrzepa rozsiadł się w pałacu godnym pruskiego księcia, a mnie kazał siedzieć w jamie! Już nawet ruska Baba Jaga ma lepiej ode mnie, toć jej przynajmniej dostała się chata na kurzej stopie! A ja? Wszystko, co mam teraz, wydarłam siłą lub podstępem! Nie odbierzecie mi tego!

Chwyciła za kostur i wymierzyła w kierunku gości. Do sali rozmaitymi drzwiami zaczęły wpadać diabły na jej usługach. Złapały Karkonosza, podniosły go i wyprowadziły z powrotem w kierunku lochów.

- Niełatwo obalić Stary Porządek? No to patrzcie na mnie. Obalę Stary Porządek i wprowadzę własny! Lepszy! Póki jesteście tutaj, nic mi nie możecie zrobić! Wynoście się z powrotem do swoich królestw! Nie odbierzecie mi Karkonoszy!

- Oszalałaś! - wycedził przez zęby Waligóra. - A co z twoją obietnicą? Z tym, że ludzie znów zaczną nas szanować?

- Bracie. - Wyrwidąb położył mu rękę na ramieniu i także wstał od stołu. - Chodźmy stąd, zanim ta szalona starucha zdzieli nas swoim kosturem. Wszystko jej się pomieszało.

Potem sprawy potoczyły się szybko. Zanim diabły złapały ją za ręce i siłą wywlekły na korytarz, a następnie spiralnymi schodami w dół, do celi, Bronka zauważyła jeszcze, jak goście Leśnej Baby zaczynają wrzeszczeć na siebie nawzajem, zażarcie gestykulując, a ona młóci czarodziejską laską na lewo i prawo, sypiąc czerwone skry. Wszystko to jednak szybko zniknęło za ogromnymi, zdobionymi drzwiami wielkiej sali, a wkrótce potem Bronka poczuła, jak robi jej się ciemno przed oczami - z nadmiaru wrażeń, wyczerpania, a może z gorączki.

Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła nad sobą kamienny sufit pokryty pajęczynami, łudząco podobny do tego, który oglądała w swojej celi przez ostatnie miesiące, ale jednak odrobinę inny. Tamten znała już na pamięć, potrafiła rozpoznać każdą jego plamkę, każdą pajęczynę. Ten oglądała po raz pierwszy.

Z trudem dźwignęła się na łokcie i rozejrzała po pomieszczeniu. W przeciwległym kącie, tuż obok misy wypełnionej wodą, siedział Duch Gór. Kolana podciągnięte miał pod brodę i wyglądał jak jeden z tych żebraków, którzy czasem wysuwali dłonie po drobny datek pod Świątynią Wang. Nieopodal, oparty o ścianę, siedział milczący Dusiołek.

Bronka wytrzeszczyła oczy i przeczołgała się w ich stronę. Nie mogła uwierzyć, że oto po raz pierwszy widzi wielkiego Karkonosza w rzeczywistym świecie, a nie w sennych marzeniach! Chociaż... chociaż... Może to ona właśnie przebywała teraz po tej drugiej stronie? W świecie marzeń, legend, w czarodziejskim pałacu?

- Moja babcia... - jęknęła Bronka, gdyż naraz przypomniała sobie słowa Leśnej Baby. - Jak to się stało, Dusiołku?

- Wszystko ci powiem, ino się naprzód napij. O dzieciątku pomyśl.

- Dziecko. - Duch Gór poruszył się niespokojnie. - Ja też mam dziecko. Chłopca. Przyjdzie po mnie, uratuje mnie.

Bronka popatrzyła na niego zagadkowo. Przypomniało jej się, że przecież spotkała już Karkonosza w człowieczej formie - wiele lat temu, gdy jako siedmiolatka uciekła z wioski i w czasie burzy trafiła do schroniska Hampelbaude. Udając Carla, niemieckiego literata, uwiódł jej siostrę.

- Chodzi ci o syna, co to go Celka urodziła? Jam sądziła, że ona go ma z Jędrzejem...

Niespodziewanie Duch Gór się roześmiał. Gdzieś w tle, za warstwą ochrypłego, zmęczonego głosu, wciąż jeszcze ukrywała się ta pierwotna siła, którą górscy wędrowcy słyszeli w burzowym grzmocie lub huku wody spływającej z Wodospadu Kamieńczyka.

- Twoja siostra spłodziła córeczkę z ziemskim mężczyzną, nie ze mną. To następne dziecko należało do mnie - westchnął.

Bronka popatrzyła na niego uważnie. Wzrok miał zamglony, jakby patrzył gdzieś w przeszłość, w szczęśliwe, dalekie czasy. Szare, pełne plam i wybrzuszonych żył dłonie opierał teraz na kolanach. Jeśli skupić wzrok, można było jeszcze zauważyć na nich wyblakłe, spiralne tatuaże, dziś jednak ledwie widoczne.

- A więc naprawdę żeś ją przygarnął? Wtedy, gdy musiała uchodzić z Krummhübel2, kiedy za nieślubne dziecko ją przeklęli? - wyszeptała z wdzięcznością. - Czemu?

- Mam słabość do Rzepiórek - powtórzył to, co już kiedyś mówił jej na temat romansu z Celką. - Dziecinka była słodka, rumiana. Urodziła się tutaj, w pałacu. Wkrótce potem przyszedł na świat mój synek. Widzisz, Bronko, czas tutaj płynie inaczej. Nie bądź zdziwiona, gdy po wyjściu stąd zrozumiesz, że w ludzkim świecie minęło dużo więcej czasu, niż ci się wydawało. Jesteśmy w Pomiędzy. Postaw jeszcze krok, zjedz granat, a na zawsze znajdziesz się w zaświatach. - Uśmiechnął się do swojego konceptu.

- Nie pojmuję. Gdzie tera jest Celka z dziećmi? - spytała czujnie Bronka, obawiając się najgorszego.

- Uciekli... - wyszeptał Karkonosz. - Gdy zrozumiałem, że zostałem zdradzony, a Leśna Baba zyskała sojuszników, którzy ją wzmocnili, kazałem Cäcilii się ukryć. Są jeszcze w Karkonoszach siły mi sprzyjające, lojalne.

- Gdzie oni teraz są, panie mój? Czemu nie przyszli? - spytał Dusiołek. - Wielka Teofila pomarła, Leśna Baba dzierży twój kostur, a wszytkie biesy gną kark przed Borutą. - Smutno pokręcił kędzierzawą głową.

- Nie wiem, dlaczego to trwa tak długo - przyznał. - Ale mój syn na pewno ma plan.

Dusiołek westchnął, podniósł się i podszedł do drzwi, by wyjrzeć przez okienko.

- Oby się pospieszył, bo źle się dzieje. Leszego i Szarleja gdzieś zabrali... Boję się, że już po nich.

Przerażona Bronka zasłoniła usta dłonią.

- Och! Myślisz, że ona ich zabije?

Dusiołek odwrócił się i popatrzył na nią smutno.

- Może. Leszy potężny, ale ona ma kostur...

- Dusiołek, ile lat przeszło poza tym pałacem? - Bronka zerwała się i złapała chowańca za ręce, patrząc mu prosto w oczy. - Ino nie ukrywaj przede mną niczego, mów wszystko!

Diabeł ścisnął jej dłonie, delikatnie usadził ją z powrotem na podłodze i pokazał, by znów się napiła. Klapnął obok, zerkając na Ducha Gór, który ponownie wpatrywał się tępo w ścianę, jakby zatracił się we własnych myślach. Potem diabeł rozpoczął opowieść.

- Jakeśmy się ostatni raz widzieli i przekazałem ci smoczą krew do tego eliksiru, co go Varujan warzył, wpadłem w sidła rusałek. Tropiły mnie po tym, jak pomogłem ci wyrwać się z łap Leśnej Baby. Wiedziałem o pożarze i wściekałem się, że nie mogę cię uratować. Potem dostałaś się w jej magiczną niewolę, a wszyscyśmy myśleli, że nie żyjesz. Zrobiła coś takiego, że przestałem wyczuwać, gdzie jesteś, nawet jako twój chowaniec! Udałem się do wioski, by wysłuchać ostatnich rozkazów Teofili. Ona jedyna wierzyła jeszcze, że gdzieś jesteś, ino nie było wiadomo gdzie. Czuła, że tak. Kazała mi strzec laboranckiej groty Rzepiórek, więc żem strzegł. Zbierałem też sojuszników dla Ducha Gór, bo wieści się rozniosły, że uwięziony, więc pytałem u krasnali w Breslau, pytałem i dalej, na Śląsku u skarbników, a nawet w pruskich landach i czeskich Morawach, czy by kto nie przybył pomóc wielkiemu Karkonoszowi. Jakem powrócił z dalekich stron, znalazłem twą babkę umierającą, a Stasinek z Kazią powiedzieli mi, że Leśna Baba cię porwała, na lichyju wysyłając do pałacu.

- Nie na tę stronę źródła, co trzeba... - zamyśliła się Bronka, gładząc delikatnie brzuch. - To pewnikiem miała na myśli babka, jak mi przekazała, czemu nie mogę znaleźć Ducha Gór. Karkonoszu - zwróciła się do starca, który teraz mamrotał coś niezrozumiale pod nosem. - Czemu nie mogłam wtedy wejść do twego królestwa? Byłam przy źródle Łaby, a nie widziałam pałacu!

- Miłość... - odparł zagadkowo Duch Gór, ale nie dodał nic więcej.

- Teofila nie żyje. - Dusiołek pogłaskał Bronkę po włosach. - My przyszli z Leszym i Szarlejem, coby cię uratować. Ale jak my nie wrócim, to przyjdą jeszcze inni, którym twój los nie jest obojętny.

- I tego właśnie się boję! - Bronka poczuła, jak wstrząsa nią dreszcz. Rosła jej gorączka. - Nie chcę, by ktokolwiek się dla mnie narażał! Kaziula i Stasinek muszą być bezpieczni. Miłosz... A on? Co z nim, Dusiołku?

- Niestety nie wiem, kochana. Twa siostra i Staszek uciekli znad Kotła Wielkiego Stawu, kiedy wpadłaś w łapska Leśnej Baby. Nie widzieli, co zrobiła z Walończykiem.

- Walończycy, właśnie, Dusiołku! Może oni nam pomogą? Varujan? Lup? Mistrz Laurentius?

Na dźwięk tych imion Karkonosz podniósł głowę, chwilowo wyrwany z letargu.

- To do nich kazałem uciekać Cäcilii. Miała skryć się między mymi największymi wyznawcami.

- I na nich Leśna Baba położyła już swe łapska. - Dusiołek się skrzywił. - Pożar zniszczył obóz, zdrada, wewnętrzne rozdarcie. Varujana spotkałem w Pradze. Twej żony nie widziałem, panie. - Skłonił głowę.

Kiedy Bronka spojrzała w zafrasowaną twarz Karkonosza, naraz uderzyła ją pewna myśl, której wcześniej nie była w stanie pojąć.

- Tyś naprawdę ją pokochał! Moją siostrę. To nie był jakiś figiel, to przebranie za Carla. Ale... czyś wyznał jej, kim jesteś? Pewnikiem nie była twoją pierwszą kochanką, nie po tak długim czasie...

Duch Gór obrzucił ją takim spojrzeniem, że Bronka poczuła skurcz pożądania gdzieś w podbrzuszu. Przez ułamek sekundy znów przypominał jej długowłosego wojownika ze snów, odzianego jeno w przepaskę z jeleniej skóry, o smagłym ciele pokrytym tatuażami. Wrażenie jednak szybko prysnęło. Miała przed sobą tylko umęczonego starca.

- Czy ją kochałem? Uczyniłem ją panią mego pałacu i to mnie zgubiło. Zapatrzony byłem w córeczkę, Kunigunde, która, choć spłodzona przez innego mężczyznę, przyszła na świat w moim królestwie jako wielka czarodziejka. - Przerwał, by przełknąć ślinę. Po pomarszczonej twarzy spływały łzy. Najprawdziwsze ludzkie łzy. - I w synka, mojego synka, Siegfrieda, mającego zostać moim spadkobiercą...

Coś zaszurało pod ścianą, ale gdy Bronka spojrzała w tamtym kierunku, zobaczyła tylko szczura szukającego pożywienia pośród brudnej słomy i pajęczyn. Za drzwiami słychać było sapanie strażników. Ponieważ w celi więziono samego Rübezahla, pilnowało jej kilka diabłów.

- Straciłem czujność. Przestałem sprawdzać, co dzieje się w górach. Nie ochroniłem cię - dodał, patrząc teraz wprost na Bronkę. - Kiedy ty tak wyrosłaś, Bronisławo Porębówno, po babce Rzepiórko?

- Boisz się o swoją rodzinę, tak jak ja o swoją - wyszeptała. - Nie mogłeś mi pomóc, miałeś na głowie więcej trosk, niżem sądziła. Ja... byłam na ciebie taka wściekła! Nie przybyłeś na Śnieżkę, nie przybyłeś na Łabski Szczyt, nie uwolniłeś mnie ze Szpindlerowego Młyna. Przeklinałam cię, złorzeczyłam! A tyś był uwięziony, zdradzony... Ale Celka jest silna, nie obawiaj się! Jestem pewna, że gdzieś uciekła i obmyśla, jak ci pomóc.

- Cäcilia, Kunigunde i Siegfried - powtórzył cicho, jak modlitwę. - Cäcilia, Kunigunde i Siegfried...

"On pragnie się z nimi zjednoczyć, tak jak ja marzę o spotkaniu z Miłoszem - pomyślała Bronka. - Czyż można go winić za to, że stracił czujność, gdy założył rodzinę? Za to, że Ci Ze Starego Świata wykorzystali moment jego słabości? Zaprosił ich na naradę, a oni go zdradzili?"

- To wszystko przez Leśną Babę - powiedziała, zaciskając pięści.

- Na szczęście więcej ma wrogów niźli przyjaciół - prychnął Dusiołek. - Gadają diabły po piekłach, że Boruta już knuje, jak by jej władzę nad Karkonoszami odebrać.

- Po ostatniej naradzie chyba też zyskała kilkoro nowych wrogów - przyznała Bronka. - Kto wie, może wkrótce uwolnią Ducha Gór?

- A wraz z nim nas - podsumował Dusiołek.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

2 Krummhübel - obecnie Karpacz.