Ostatnia z rodu - Paweł Jasienica

Kup ebooka

44.90 zł
31.79 zł (31,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Mo­dli­tew­nik

.

W Mu­zeum Bry­tyj­skim znaj­duje się książka na­byta swo­jego czasu za sumę sie­dem­dzie­się­ciu czte­rech fun­tów szter­lin­gów. Otrzy­mały je osoby ra­czej przy­pad­kowe, od­le­gli spad­ko­biercy, wcale nie­bę­dący krew­nymi pier­wot­nego wła­ści­ciela. Ma­larz, który ozdo­bił per­ga­min owej nie­wiel­kiej księgi, nie wziął żad­nej za­płaty. Dzieło ofia­ro­wał swo­jemu mo­nar­sze jako bez­in­te­re­sowny wy­raz hołdu. Był mni­chem z Mo­giły. Na­zy­wał się Sta­ni­sław Sa­mo­strzel­nik. W dzie­jach sztuki pol­skiej za­jął miej­sce za­szczytne.

Mowa tu­taj o mo­dli­tew­niku króla Zyg­munta Sta­rego, któ­rego wier­nie spor­tre­to­wana po­stać dwu­krot­nie wy­stę­puje na mi­nia­tu­rach, wy­ko­na­nych pędz­lem brata Sta­ni­sława. Spe­cja­li­ści, Fe­liks Ko­pera i Sta­ni­sław Do­bro­wol­ski, zwra­cają uwagę przede wszyst­kim na ar­ty­styczne za­lety za­równo ob­ra­zów wła­ści­wych, jak or­na­men­tów. W tym szkicu wolno jed­nak za­in­te­re­so­wać się do­dat­kami, które nie mają nic wspól­nego ze sztuką, a wzbo­ga­ciły książkę już bez wie­dzy jej twórcy.

Wła­ści­ciel, król Zyg­munt I Stary, do­kleił kartkę, na któ­rej wła­sno­ręcz­nie wy­pi­sy­wał coś w ro­dzaju me­tryk ostat­niego po­ko­le­nia rodu Ja­giel­lo­nów. Uwiecz­niał imiona oraz daty na­ro­dzin swych dzieci. Pi­sał po ła­ci­nie. Póź­niej kre­śliły na tejże kar­cie pióra dwóch in­nych osób, uży­wa­ją­cych ję­zyka wło­skiego. Tylko pierw­sza z nich jest znana hi­sto­ry­kom, toż­sa­mo­ści dru­giej wolno się je­dy­nie do­my­ślać. Obie, ko­lejno, no­to­wały dni zgo­nów trzech kró­lo­wych, mał­żo­nek Ja­giel­loń­skich, z któ­rych jedna, naj­star­sza, była rów­nież matką Ja­giel­lona. Kro­ni­kar­ski czy też kan­ce­la­ryjny po­rzą­dek wy­ma­gałby co prawda wy­szcze­gól­nie­nia nie trzech, lecz czte­rech ko­biet. Póź­niej się okaże, dla­czego spis nie jest pełny.

Zyg­munt Stary otrzy­mał wspo­mniany mo­dli­tew­nik w roku 1524. Tylko kró­lewna Ka­ta­rzyna oraz zmarły w dniu swych na­ro­dzin kró­le­wicz Ol­bracht przy­szli na świat póź­niej. Wcze­śniej­sze me­tryki były więc pi­sane z pa­mięci, która nie za­wio­dła mo­nar­chy. Daty są ści­słe, do­dat­kowe wia­do­mo­ści wia­ro­godne.

I ską­d­inąd wiemy, że kró­lewna Anna, ob­da­rzona póź­niej przez hi­sto­rię ty­tu­łem In­fantki, uj­rzała świa­tło dzienne w Kra­ko­wie, 18 paź­dzier­nika 1523 roku. Oj­ciec jej po­wia­do­mił nas po­nadto, iż stało się to, "gdy biła go­dzina trzy­na­sta".

Kon­tury

.

Żadna banda, a snadź i cy­gań­ska, nie jest w ta­kiej nie­dba­ło­ści, a snadź jest w lep­szym opa­trze­niu, niźli sławne a za­cne to pań­stwo na­sze.

Mi­ko­łaj Rej z Na­gło­wic

W roku 1506 hi­sto­ria we­wnętrzna Pol­ski sta­nęła w miej­scu na lat z górą pięć­dzie­siąt.

Zyg­munt Woj­cie­chow­ski

Żyły trzy po­ko­le­nia Ja­giel­lo­nek pol­skich - córki Wła­dy­sława Ja­giełły, Ka­zi­mie­rza Ja­giel­loń­czyka i Zyg­munta Sta­rego. Pięt­na­ście istot, z któ­rych cztery zga­sły w nie­mow­lęc­twie lub w dzie­ciń­stwie. Krótki ra­chu­nek po­mi­nął nie­prawe po­tom­ki­nie Zyg­munta oraz jego bra­ta­nicę. Anna, córka władcy Czech i Wę­gier, Wła­dy­sława Ja­giel­loń­czyka, zro­dzona z Anny de Foix-Gra­illy hra­bianki de Can­dale, do pol­skich kró­le­wien za­li­czona być nie może. Ode­grała znaczną rolę w dzie­jach tych kra­jów, któ­rych ko­rony dźwi­gał jej oj­ciec.

Pierw­sze po­ko­le­nie na­szych Ja­giel­lo­nek było tra­giczne. Elż­bieta Bo­ni­fa­cja, córka Ja­dwigi, żyła trzy dni. Po­da­nie głosi, że świeże jesz­cze zwłoki no­wo­rodka wło­żono do trumny matki. Otwarty w roku 1949 sar­ko­fag kró­lo­wej nie po­twier­dził praw­dzi­wo­ści tej wie­ści - ani jej za­prze­czył. W ciągu pię­ciu i pół stu­leci kru­che szczątki mo­gły scze­znąć bez śladu, zjed­no­czyć się z wy­peł­nia­ją­cym grób pro­chem. Ja­dwiga, córka Anny Cil­lej­skiej, do­żyła w pa­nień­stwie dwu­dzie­stej pierw­szej wio­sny. Po­dej­rze­wano, że zmarła od tru­ci­zny za­da­nej z roz­kazu ma­co­chy. Oj­ciec, król Wła­dy­sław II, nad mo­giłą nie pła­kał. Miał już wtedy sy­nów.

Dru­gie po­ko­le­nie Ja­giel­lo­nek słu­żyło hi­sto­rii ło­nami. Dzięki nim wszyst­kie dzi­siaj pa­nu­jące domy mo­nar­sze w Eu­ro­pie za­li­czają Ka­zi­mie­rza Ja­giel­loń­czyka do swych przod­ków po ką­dzieli. Li­tew­sko-pol­ski ród kró­lów w jed­nej tylko swej oj­czyź­nie wy­gasł przed­wcze­śnie. In­nym dy­na­stiom zna­ko­mi­cie ży­wot prze­dłu­żył.

Dru­gie po­ko­le­nie Ja­giel­lo­nek two­rzyło więc hi­sto­rię ło­nami. Do­piero nie­które przed­sta­wi­cielki trze­ciego, a zwłasz­cza przed­ostat­nia jego la­to­rośl, zy­skały oka­zję za­bły­śnię­cia siłą umy­słów i cha­rak­te­rów. Tak się po pro­stu zło­żyło, oko­licz­no­ści, i to wy­łącz­nie złe oko­licz­no­ści, uchy­liły furtki. Bo uzdol­nień, może na­wet ta­len­tów, i po­przed­nio nie bra­ko­wało. Naj­star­sza córka Ka­zi­mie­rza, Ja­dwiga, była czymś w ro­dzaju li­te­ratki. Spi­sała dzieje rodu swego męża. Do­ko­nała tego po nie­miecku, któ­rego to ję­zyka wcale nie znała, wy­cho­dząc za mąż do Ba­wa­rii.

Pi­sa­nie ksią­żek i sa­mo­dzielna dzia­łal­ność nie za­li­czały się do głów­nych za­dań kró­le­wien. Przede wszyst­kim na­le­żało od­dać rękę temu z więk­szych lub mniej­szych pa­nu­ją­cych, kogo oj­ciec, brat oraz ich do­radcy upa­trzyli, po­mni nie na sen­ty­menta wcale, lecz na zy­ski po­li­tyczne. Nie za­wsze było ła­two wy­sta­rać się o ślubny ko­bie­rzec lub przy­jąć cu­dzą pro­po­zy­cję wstą­pie­nia nań. Przy­sło­wiowe sia­nie rutki nie­raz długo trwało. Naj­le­piej to uzmy­słowi zwy­czajne ze­sta­wie­nie imion oraz wieku ich no­si­cie­lek. Tak więc, je­śli cho­dzi o córki Ka­zi­mie­rza Ja­giel­loń­czyka - Ja­dwiga po­szła za mąż, ma­jąc lat osiem­na­ście, Zo­fia oraz Anna po pięt­na­ście, Bar­bara szes­na­ście, a Elż­bieta trzy­dzie­ści dwa. Zyg­munt Stary wy­swa­tał Ja­dwigę w dwu­dzie­stej dru­giej wio­śnie jej ży­cia, Iza­belę w dwu­dzie­stej, przy­szło­ści po­zo­sta­łych za­bez­pie­czyć nie zdą­żył. Zo­fię wy­dała do Brunsz­wiku Bona. Kró­lewna miała wtedy trzy­dzie­ści cztery lata. Ka­ta­rzyna skoń­czyła trzy­dzie­ści sześć, za­nim Zyg­munt Au­gust zgo­dził się na kan­dy­data o je­de­na­ście zim młod­szego od ob­lu­bie­nicy. O wieku i ma­try­mo­nial­nych przy­go­dach Anny bę­dzie się jesz­cze ob­szer­nie roz­pra­wiać.

Te dwa mał­żeń­stwa Ja­giel­lo­nek, które przy­pa­dły szcze­gól­nie późno, były nie­do­brane, ko­miczne na­wet w spo­sób tra­giczny, wy­warły na dzieje wpływ bez­po­średni i znaczny.

Roz­ma­icie mo­gły się ukła­dać losy kró­le­wien. Przy­rod­nia sio­stra Anny, pier­wotna w tym po­ko­le­niu Ja­dwiga, po­ślu­biw­szy elek­tora bran­den­bur­skiego Jo­achima II, ze­rwała wła­ści­wie z oj­czy­zną. Stała się rządną, za­po­bie­gliwą go­spo­dy­nią nie­miecką. Naj­star­sza z sióstr ro­dzo­nych, wy­dana na Wę­gry Iza­bela, na do­bre za­pi­sała się w rocz­ni­kach hi­sto­rii. Wła­dała w Sied­mio­gro­dzie. Jej osoba oraz po­stępki wiele zna­czyły w ra­chu­bach Pol­ski, ce­sa­rza i suł­tana. Gdyby śmierć nie za­brała przed­wcze­śnie jej syna, może tron pol­ski ob­ję­łaby po Ja­giel­lo­nach ma­dziar­ska dy­na­stia Zápo­lyów. By­łoby lo­giczne, gdyby po bez­dziet­nym wuju, Zyg­mun­cie Au­gu­ście, odzie­dzi­czył ko­ronę ro­dzony sio­strze­niec, Jan Zyg­munt. Ale młod­szy wy­prze­dził star­szego w za­światy. Zo­fia, księżna Brunsz­wiku, snuła się tylko na mar­gi­ne­sach wy­da­rzeń burz­li­wych bez­kró­lewi. Miała w Pol­sce zna­jo­mo­ści i wpływy, wspie­rała sio­strę, po­sia­dała prawo do jed­nej trze­ciej spadku po matce i bra­cie - dla­tego coś zna­czyła.

Była mę­żatką, żoną udziel­nego księ­cia Rze­szy Nie­miec­kiej, lecz w li­stach ty­tu­ło­wano ją stale: Mi­ło­ściwa Kró­lewno. God­ność naj­wyż­sza nie mo­gła ustą­pić miej­sca niż­szej. Na­wet ślub ko­ścielny do­ko­nać tego nie był władny. Po­dob­nie Ka­ta­rzyna, naj­młod­sza z Ja­giel­lo­nek. Po­zo­sta­wała kró­lewną tak długo, aż jej mał­żo­nek - do­tych­czas za­le­d­wie książę Fin­lan­dii - nie wstą­pił na tron Szwe­cji. Wtedy do­piero po­zbyła się - od lat już matka - pa­nień­skiego ty­tułu. Zo­stała kró­lową. Córkę po­ma­zańca do­ży­wot­nio opro­mie­niał blask berła. Mo­gła tylko pójść w górę, sama zo­sta­jąc mo­nar­chi­nią, ni­gdy w dół.

Kwe­stia ty­tu­la­tury feu­dal­nej to jakby klucz do jed­nego z szy­frów hi­sto­rii. Ży­cie kró­le­wien mo­gło się ukła­dać roz­ma­icie, ale moż­li­wo­ści wpływu ich osób na dzieje były za­wsze wiel­kie. Każda z tych ko­biet uro­dziła się prze­cież w za­klę­tym kręgu wła­dzy. Do­ty­czyło ich prawo mo­nar­sze, wsparte ma­je­sta­tem wiary. One były przed­sta­wi­ciel­kami, ba! - sa­mym wcie­le­niem tra­dy­cji państw i na­ro­dów. Dzięki nim trwały dy­na­stie. Uparte, mi­sty­cy­zmem na­ce­cho­wane przy­wią­za­nie tłu­mów do wła­snej krwi kró­lew­skiej na­le­żało do głów­nych czyn­ni­ków two­rzą­cych te stare dzieje. Na scep­ty­cyzm, na­wet na cy­nizm wo­bec owych sen­ty­men­tów po­zwa­lali so­bie tylko naj­moż­niejsi - przy­naj­mniej w Pol­sce. Szla­checki i ple­bej­ski ogół do­cho­wy­wał wier­no­ści swym pa­nom, sa­mej idei mo­nar­szej. Im­pon­de­ra­bi­lia cza­sami prze­wa­żają. Zda­rze­nia, o któ­rych opo­wie ta książka, o nie­jed­nym w tej spra­wie za­świad­czą.

Wraz z kró­lewną ro­dziła się za­gadka losu. Od­po­wie­dzieć na nią mo­gło tylko ży­cie. Nie­na­da­jący się do prze­wi­dze­nia prze­bieg wy­da­rzeń, układ kon­kret­nych oko­licz­no­ści roz­strzy­gał, czy po­ten­cjalne moż­li­wo­ści urze­czy­wist­nią się jak­kol­wiek, na do­bre lub złe.

An­nie Ja­giel­lonce długo przy­szło cze­kać na oka­zję. I wy­zy­skać ją w spo­sób prze­kra­cza­jący gra­nice wy­obraźni. Lecz gdyby jej brat po­stę­po­wał nieco bar­dziej lo­gicz­nie, ko­bieta, którą pe­wien skan­dy­naw­ski dzie­jo­pi­sarz zo­wie Ka­ta­rzyną Me­dy­cej­ską Wschodu Eu­ropy, po­zo­sta­łaby w hi­sto­rii cie­niem. Bla­dym, cier­pięt­ni­czym i nud­nym.

Ba­da­cze, któ­rzy pi­sali o An­nie, zgod­nie stwier­dzają, że jej dzie­ciń­stwo i mło­dość są wła­ści­wie nie­wi­doczne. Wzra­stała na dwo­rze kra­kow­skim, błysz­czą­cym wtedy peł­nią Re­ne­sansu, lecz nie wy­róż­niała się wcale. Zyg­munt Stary po­wie­dział raz o swych cór­kach, że z mowy i oby­czaju są ty­leż Po­lkami, co Włosz­kami. Dy­plo­maci pa­pie­scy za­chwy­cali się póź­niej jej bie­gło­ścią wy­sło­wie­nia w ich oj­czy­stym ję­zyku. Ale i to na­wet nie sta­no­wiło rzad­ko­ści w Pol­sce ów­cze­snej.

Kiedy Zyg­munt Stary żyć prze­stał, syn i na­stępca jego, Zyg­munt Au­gust, otrzy­mał od obec­nych w kraju kró­le­wien list kon­do­len­cyjny i wier­no­pod­dań­czy, za­koń­czony tak: "Wa­szej Kró­lew­skiej Mo­ści po­wolne sługi, sio­stry a sie­roty - Zo­fia, Anna, Ka­ta­rzyna".

Trzy skrom­nie usze­re­go­wane imiona, zbio­rowy, zdy­scy­pli­no­wany - chcia­łoby się rzec - pod­pis. On wła­śnie naj­le­piej ma­luje stan rze­czy pa­nu­jący po żeń­skiej stro­nie dworu kra­kow­skiego. Tak samo po­słusz­nie szły kró­lewny przez ży­cie, rów­nie po­tul­nie i ci­cho za­sia­dały pod­czas na­rad ro­dzin­nych i uro­czy­sto­ści pań­stwo­wych za ple­cami matki... do­póki prze­by­wała w Pol­sce.

Żyły w jej cie­niu.

Bona Sfo­rza, por­tret. Au­tor nie­znany, lata 50. XVI wieku

Przy­ćmie­wał je brat, ko­ro­no­wany już za ży­cia ojca, po­wszech­nie uzna­wany za dzie­dzica i pana. Nie zdo­łałby przy­tłu­mić ich in­dy­wi­du­al­no­ści ro­dzic, który na sta­rość do tego stop­nia ocię­żał, że pod­czas na­rad se­natu głosu mu się na­wet wy­da­wać nie chciało. Ge­stem dłoni ob­ja­wiał mo­nar­cha swą wolę - je­śli nie­ru­cha­wość i bez­wład na­zy­wać tak w ogóle można. Bez­względ­nie gó­ro­wała nad cór­kami ma­cierz.

Gdy za­bra­kło już mę­skich przed­sta­wi­cieli Ja­giel­lo­nów, a oczy ogółu za­częły się ob­ra­cać na Annę, pe­wien szlach­cic pi­sał do Brunsz­wiku, że chęt­nie by uznano kró­lewnę za pa­nią, "by jedno nie była jako matka". Ale - do­da­wał od sie­bie au­tor pi­sma - "kto baczny jedno jest", ten ża­łuje, że kró­lowa Bona "i do tego czasu" kra­jem nie rzą­dzi.

Nie było pew­nie zbyt słodko żyć w cie­niu Bony. Za silną in­dy­wi­du­al­ność miała wielka Włoszka. Zyg­munt Au­gust wy­ła­mał się przy pierw­szej spo­sob­no­ści, a w póź­niej­szych jego po­stęp­kach od­czy­tać wprost można żą­dzę ze­msty mo­ral­nej za dawną przy­mu­sową ule­głość. Syn do­cho­dził jej na matce w spo­sób nie­raz cał­kiem nie­piękny, po­zwa­lał so­bie na grube nik­czem­no­ści. Córka? Ta po­szła w ślady ro­dzi­cielki. Na za­wsze na­uczyła się rze­czy dla Bony naj­waż­niej­szych. Po­znała, co zna­czy wła­dza, jak się jej używa i do niej dąży. Po­korna i ci­cha z po­zoru, z lada po­wodu za­le­wa­jąca się łzami i roz­wo­dząca żale, nie ży­wiła wąt­pli­wo­ści, że dło­nie nie­wie­ście rów­nie do­brze jak mę­skie na­dają się do berła.

Trzy­dzie­ści trzy lata prze­żyła Anna w cie­niu matki. Na­stęp­nych trzy­na­ście obok brata, lecz wcale nie za­wsze w po­słu­chu, nie­raz w ostrym z nim za­targu.

Wię­cej niż dwie trze­cie swego dłu­giego ży­wota spę­dziła Ja­giel­lonka na ustro­niu hi­sto­rii. Gdyby się na­wet dało wy­śle­dzić i opi­sać wszyst­kie jej uczynki z tego okresu, po­wsta­łaby re­la­cja długa, lecz ja­łowa. Ile czasu można słu­chać o wy­ha­fto­wa­nych sza­tach ko­ściel­nych, mi­ło­sier­nych uczyn­kach oraz o po­dró­żach z Kra­kowa do Nie­po­ło­mic, Ra­do­mia, na Ma­zow­sze, a na­wet do sa­mego Wilna? W ar­chi­wach Uni­wer­sy­tetu Ja­giel­loń­skiego prze­cho­wała się no­tatka o tym, jak to w roku 1583 se­nat aka­de­micki za­stą­pił drogę wy­cho­dzą­cej z ko­ścioła św. Anny kró­lo­wej pani i uro­czy­ście za­pro­sił ją w progi uczelni. Wład­czyni obej­rzała so­bie księ­go­zbiór, po czym ją "mar­ce­pany i kon­fekty, i cu­kry czę­sto­wano". Opo­wieść, utkana z tego ro­dzaju szcze­gó­łów, nie by­łaby zbyt­nio atrak­cyjna. Są w hi­sto­rii sprawy wiecz­nie żywe, a obok nich ta­kie, o któ­rych wspo­mi­nać można od czasu do czasu, lecz za­wsze oględ­nie, aby sa­mego dzie­jo­pi­sar­stwa nimi nie utru­pić.

Przez czter­dzie­ści dzie­więć lat była Anna z po­zoru re­kwi­zy­tem, a w isto­cie za­gadką przy­szłych lo­sów, jako osoba zro­dzona w pur­pu­rze mo­nar­szej. Za­miast więc tro­pić jej dzia­ła­nia pod­czas owego pół­wie­cza, rzućmy le­piej okiem na kraj pod­le­gły wła­dzy Ja­giel­lo­nów.

Ustalmy z góry, że nie bę­dziemy się spie­rać i ura­żać o daty po­cho­dze­nia po­szcze­gól­nych wia­do­mo­ści. Cho­dzi prze­cież o wi­ze­ru­nek, ra­czej o kon­tury wi­ze­runku sceny, na któ­rej się ro­ze­grało całe ży­cie Anny. W Rze­czy­po­spo­li­tej nic się w ciągu tych kil­ku­dzie­się­ciu lat ra­dy­kal­nie nie od­mie­niło - oprócz po­rządku dy­na­stycz­nego i upraw­nień mo­nar­szych, ale o tym bę­dzie jesz­cze ob­szer­nie mowa. Kontr­re­for­ma­cja za­częła brać górę do­piero u sa­mego schyłku dni sę­dzi­wej damy, któ­rej dzie­ciń­stwo i mło­dość pa­mię­tały ostre de­krety Zyg­munta Sta­rego, zwró­cone prze­ciwko no­wo­wier­com, a ko­biece lata - okres naj­pięk­niej­szej to­le­ran­cji.

W za­sa­dzie jed­nak doba Anny Ja­giel­lonki to czas wzro­stu. Co kieł­ko­wało, kiedy przy­cho­dziła na świat, to roz­kwi­tło do dnia jej zgonu.

*
Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki