Ostatnia z dzikich. Księga II. Era pięciorga - Trudi Canavan

-
Proszę czekać

PROLOG

Reivan wykryła zmianę przed innymi. Z początku było to raczej instynktowne uczucie niż wiedza. Dopiero potem zauważyła, że w powietrzu pojawiła się pewna chropowatość, a zapach jest przytępiony. Patrząc na nierówne ściany tunelu, dostrzegła ślady sypkiej substancji pokrywającej jedną stronę każdej wypukłości i każdego wgłębienia. Całkiem jakby wiatr przywiał pył z ciemności przed nimi.

Dreszcz przebiegł jej po plecach, gdy pomyślała, co to może oznaczać. Milczała jednak. Mogła się mylić, a przecież wszyscy byli jeszcze głęboko wstrząśnięci porażką, wszyscy starali się pogodzić ze śmiercią krewnych, przyjaciół i towarzyszy, których ciała pozostały za nimi, pochowane w żyznej ziemi nieprzyjaciela. Nie potrzebowali dodatkowych powodów do zmartwień.

Ale nawet gdyby nie wracali do domu w najgorszym z możliwych nastrojów, i tak by się nie odezwała. Łatwo było urazić mężczyzn z jej grupy. Podobnie jak ona, chowali w sobie żal, że nie mieli wystarczających Talentów, by zostać Sługami Bogów. Dlatego pielęgnowali jedyne pozostałe im źródło poczucia wyższości.

Byli inteligentniejsi niż przeciętni ludzie. Byli Myślicielami. Od zwyczajnie wykształconych odróżniała ich zdolność obliczania, wymyślania, filozofii i rozumowania. A to powodowało, że gwałtownie ze sobą współzawodniczyli. Dawno temu ­stworzyli wewnętrzną hierarchię. Starsi mieli pierwszeństwo przed młodszymi. Słowo mężczyzny znaczyło więcej niż kobiety.

To oczywiście śmieszne. Reivan zaobserwowała, że ich umysły stają się z wiekiem nieelastyczne i powolne, tak jak ciała, w których spoczywały. To, że wśród Myślicieli jest więcej mężczyzn niż kobiet, nie oznacza przecież, że mężczyźni są mądrzejsi. Reivan lubiła dowodzić tej tezy, ale w tej chwili pora nie była odpowiednia.

No i mogę się mylić.

Zapach kurzu był teraz silniejszy.

Na bogów, mam nadzieję, że się mylę.

Nagle przypomniała sobie, że Głosy potrafią czytać w myślach. Obejrzała się przez ramię i poczuła się przez chwilę zdezorientowana. Spodziewała się zobaczyć tam Kuara. Zamiast niego za Myślicielami szła wysoka, elegancka kobieta - Imenja, Drugi Głos Bogów. Reivan posmutniała, gdy przypomniała sobie, dlaczego teraz ona prowadzi armię.

Kuar był martwy, zabity przez pogańskich cyrklian.

Imenja podniosła wzrok i skinęła na Reivan. Dziewczynie zamarło serce - nigdy nie rozmawiała z Głosami, mimo że była częścią zespołu Myślicieli, którzy wytyczyli trasę przez góry. Grauer, przywódca grupy, do rozmów z Głosami wyznaczył siebie.

Zatrzymała się. Rzut oka na mężczyzn przed nią zdradził, że nie zauważyli tego wezwania ani faktu, że zostaje z tyłu. A już z pewnością nie dostrzegł tego Grauer, który całą uwagę poświęcał swoim mapom. Kiedy Imenja do niej dotarła, Reivan znów ruszyła naprzód, o krok za Głosem.

- Jak mogę ci służyć, świątobliwa?

Imenja wciąż marszczyła czoło, spoglądając na Myślicieli.

- Czego się obawiasz? - zapytała cicho.

Reivan przygryzła wargę.

- To prawdopodobnie podziemny obłęd, ciemność niepokojąca mój umysł - odpowiedziała pospiesznie. - Ale... ­podczas naszej poprzedniej wędrówki powietrze nigdy nie było tak zanieczyszczone. I nie było tyle pyłu na ścianach. Układ wyraźnie sugeruje szybki ruch powietrza gdzieś od przodu. Przychodzi mi do głowy kilka powodów...

- Obawiasz się, że nastąpił zawał - stwierdziła Imenja.

- Tak. - Reivan kiwnęła głową. - I dalsza niestabilność.

- Naturalna czy nie?

Pytanie Imenji i to, co sugerowało, sprawiło, że Reivan znieruchomiała zaszokowana i przerażona.

- Nie wiem. Kto mógłby to zrobić? I po co?

Drugi Głos zmarszczyła czoło.

- Otrzymałam właśnie raporty, że kiedy tylko do Sennończyków dotarły wieści o porażce, zaczęli sprawiać kłopoty naszym ludziom. A może to miejscowi wieśniacy szukają zemsty...

Reivan odwróciła wzrok. Przypomniały jej się vorny z pyskami ociekającymi krwią po ostatniej myśliwskiej wyprawie, w nocy, zanim wkroczyli do tuneli. Dobre stosunki z okolicznymi wioskami nie były dla armii istotne - nie wtedy, kiedy zwycięstwo było tak pewne.

I przecież nie mieliśmy wracać tą drogą... Mieliśmy przepędzić pogan z Ithanii Północnej, przejąć władzę dla bogów i potem wrócić do domu przez przełęcz.

Imenja westchnęła.

- Wróć do swojej grupy, ale nic nie mów. Poradzimy sobie z przeszkodami, kiedy już się pojawią.

Reivan udała się na swoje miejsce na końcu grupy Myślicieli. Pamiętając, że Imenja może czytać w jej myślach, czujnie wypatrywała oznak zaburzeń. Nie musiała na nie długo czekać.

Zabawnie było patrzeć, jak inni Myśliciele z wolna uświadamiają sobie znaczenie wciąż rosnącej ilości gruzu w tunelu. Pierwszą przeszkodą, na którą się natknęli, była niewielka część zawalonego stropu. Nie zasypał całego tunelu, więc wystarczyło wspiąć się na zwał odłamków, by iść dalej. Potem ­przeszkody zaczęły się piętrzyć i były trudniejsze do pokonania. Imenja wykorzystywała magię, by ostrożnie odtoczyć jakiś głaz czy przesunąć kopiec ziemi. Nikt nie sugerował żadnej przyczyny tych zaburzeń. Wszyscy zachowywali przezorne milczenie.

Tunel dotarł do jednej z wielkich naturalnych grot, często spotykanych w kopalniach. Reivan popatrzyła w pustkę - tam gdzie powinna być tylko czerń, pojawiły się blade kształty słabo oświetlone lampami Myślicieli.

Imenja wystąpiła naprzód. Gdy wkroczyła do groty, uniosła swoje magiczne światło, które rozbłysło jaśniej i ukazało ścianę skał. Myśliciele patrzyli na to z przestrachem. Tutaj także zawalił się strop, ale nie było sposobu na obejście osypiska. Gruz wypełniał całą grotę.

Reivan wpatrywała się w stos kamieni. Niektóre z głazów były ogromne. Gdyby człowiek znalazł się pod czymś takim... Wątpiła, czy zdołałby zrozumieć, co się stało. Huk i plask.

Lepsze niż pchnięcie w brzuch, a potem długa i bolesna agonia, pomyślała. Choć mam wrażenie, że nagła śmierć coś człowiekowi odbiera. Przecież to doświadczenie jedyne w życiu. Umiera się tylko raz. Chciałabym wiedzieć, co się ze mną dzieje, nawet jeśli oznaczałoby to odczuwanie bólu i strachu.

Jej uwagę zwróciły słowa Grauera.

- To nie powinno się zdarzyć - wykrzyknął, a jego głos odbił się echem w zmniejszonej grocie. - Sprawdziliśmy wszystko. Ta jaskinia była stabilna.

- Nie mów tak głośno - warknęła Imenja.

Podskoczył i spuścił wzrok.

- Wybacz mi, świątobliwa.

- Znajdź nam inne wyjście.

- Tak, świątobliwa.

Wzrokiem wezwał do siebie swych faworytów spośród Myślicieli. Zebrali się w krąg wokół niego. Przez chwilę mruczeli coś między sobą, a potem rozdzielili się i przepuścili go.

- Proszę za mną, świątobliwa - rzekł pokornie.

Imenja skinęła na pozostałych Myślicieli, wskazując, że powinni ruszyć za nim. Gdy armia zawróciła, w tunelu zrobiło się ciasno. Czuć było stęchliznę, mimo wysiłku Sług, by ściągać świeże powietrze przez tunele i szczeliny w masywie góry nad nimi. Słudzy, żołnierze i niewolnicy - wszyscy milczeli zaniepokojeni.

Pod ziemią trudno było ocenić upływ czasu. Te miesiące, które Reivan tu spędziła, pomagając Myślicielom kreślić mapy kopalni, naturalnych systemów jaskiń i górskich szlaków, dały jej umiejętność wyczuwania czasu. Minęła prawie godzina, zanim Grauer dotarł do bocznego tunelu, którego szukał. Niemal skoczył w tę nową trasę, chcąc jak najszybciej udowodnić swoją wartość.

- Tędy - powiedział, raz po raz spoglądając to na mapę, to na otaczające go ściany. - Tym tunelem. - Myśliciele pospieszyli za nim, kiedy skręcił za róg. - A potem długi marsz...

Nastąpiła chwila milczenia, a następnie głośny wrzask, który cichł szybko w oddali. Myśliciele minęli zakręt i zatrzymali się, blokując tunel. Reivan wyjrzała zza ich ramion i zobaczyła nierówny otwór w podłożu.

- Co się stało?

Myśliciele rozstąpili się, aby przepuścić Imenję.

- Ostrożnie, świątobliwa - odezwał się któryś cicho.

Jej twarz złagodniała lekko. Skinęła mu głową w podziękowaniu, a potem przeszła wolno do przodu.

Musi już wiedzieć, co się stało z Grauerem, uświadomiła sobie Reivan. Na pewno czytała jego myśli, kiedy spadał.

Imenja przykucnęła i dotknęła krawędzi otworu. Odłupała kawałek i wstała.

- Glina - oznajmiła, pokazując odłamek Myślicielom. - Uformowana ludzkimi rękami i wzmocniona słomą. Mamy tu sabotażystę zakładającego pułapki.

- Biali złamali porozumienie! - syknął jeden z Myślicieli. - Nie chcą pozwolić, abyśmy wrócili do domu!

- To pułapka! - wykrzyknął inny. - Kłamali o pułapkach na przełęczy po to, żebyśmy wybrali tę drogę! Jeśli tu nas pozabijają, nikt się nie dowie, że nas zdradzili!

- Wątpię, czy to ich dzieło - odparła Imenja, spoglądając poza skalne ściany wokół. - Glina jest sucha. Ktokolwiek to zrobił, działo się to wiele dni temu. Nie słyszę niczego, oprócz dalekich myśli pasterzy gowtów. Wybierzcie innego prowadzącego. Ruszamy dalej, ale ostrożnie.

Myśliciele zawahali się, wymieniając niepewne spojrzenia. Imenja patrzyła na nich kolejno, a na jej twarzy pojawił się gniew.

- Dlaczego nie zrobiliście kopii?

Mapy. Reivan odwróciła wzrok, próbując stłumić zniechęcenie. Przepadły razem z Grauerem. To typowe dla niego, że nie przygotował kopii dla innych.

I co teraz zrobimy? Poczuła chwilowy lęk, który jednak szybko minął. Większość szerokich tuneli w kopalniach prowadziła do głównego wejścia. W końcu celem dawnych górników nie było stworzenie labiryntu. Te mniejsze tunele, biegnące wzdłuż żył minerałów i naturalnego systemu jaskiń, były mniej przewidywalne, ale dopóki armia trzymała się od nich z daleka, musieli w końcu znaleźć wyjście.

Jeden z grupy wystąpił naprzód.

- Powinno nam się udać wyznaczyć drogę z pamięci. W zeszłym roku wszyscy spędziliśmy tutaj sporo czasu.

Imenja kiwnęła głową.

- W takim razie skupcie się na pamiętaniu. Poślę przodem kilkoro Sług, by uważali na pułapki.

Choć wszyscy Myśliciele pokiwali z wdzięcznością głowami, w ich zachowaniu Reivan dostrzegła oznaki niechęci. Nie byli ani tak głupi, ani tak dumni, by zrezygnować z magicznej pomocy. Na pewno rozumieli też, że na tamtych spadnie część winy, gdyby zdarzyło się coś niedobrego. Mimo to dwaj Słudzy, którzy wystąpili naprzód, zostali zignorowani.

Hitte zgłosił się do prowadzenia grupy i nikt mu się nie sprzeciwił. Zbadano otwór i stwierdzono, że jest to szczelina w podłożu, stropie i ścianach, jednak na tyle wąska, że można przez nią przeskoczyć. Przyniesiono lektykę, by użyć jej jako pomostu. Ładunek rozdzielono między i tak już obciążonych niewolników. Myśliciele przeszli przez szczelinę, a za nimi ruszyła armia.

Reivan domyślała się, że nie tylko na nią źle wpływa to powolne tempo. Byli już tak blisko końca tej drogi przez góry. Po hanijskiej stronie kopalnie były mniejsze i doprowadziły ich do niedostępnej kotliny, wykorzystywanej przez pasterzy gowtów. Dłuższa droga przez wielkie, naturalne groty pozwoliła uniknąć wspinaczki na strome grzbiety. Stamtąd podróżowali przez cały dzień po wąskich górskich ścieżkach. Kiedy mijali tę część szlaku w drodze na miejsce bitwy, wędrowali w nocy, żeby nie odkryli ich latający szpiedzy nieprzyjaciela.

Teraz musieli tylko znaleźć drogę przez kopalnie po sennońskiej stronie gór i...

I co? Skończą się nasze kłopoty? Reivan westchnęła. Kto wie, co nas czeka w Sennonie. Czy cesarz wyśle armię, żeby z nami skończyła? Czy w ogóle będzie musiał? Mamy niewiele zapasów, a musimy jeszcze przekroczyć sennońską pustynię.

Jeszcze nigdy nie czuła się tak daleko od domu.

Przez chwilę zatonęła we wspomnieniach z dzieciństwa. Siedziała w kuźni ojca i pomagała braciom budować różne rzeczy. Przeskoczyła krótki okres, gdy czuła się zraniona i zdradzona, po tym jak rodzice oddali ją Sługom, i przypomniała sobie radość, gdy nauczyła się czytać i pisać i przeczytała wszystkie książki z klasztornej biblioteki, zanim jeszcze skończyła dziesięć lat. Naprawiała też wszystko od wodociągów po szaty, wynalazła maszynę do skrobania skóry i przepis na konserwę z drimmy, dzięki której sanktuarium zarobiło więcej pieniędzy niż na wszystkich innych produktach klasztoru razem wziętych.

Reivan potknęła się o coś i o mało nie straciła równowagi. Uniosła głowę i ze zdziwieniem zauważyła, że grunt przed nimi był nierówny. Hitte doprowadził ich do naturalnych korytarzy. Spojrzała na nowego przywódcę Myślicieli i dostrzeg­ła ostrożną pewność jego ruchów.

Mam nadzieję, że wie, co robi. Zachowuje się, jakby wiedział. Wiele bym dała za umiejętność czytania w myślach, jaką mają Głosy.

Przypomniała sobie Imenję i zawstydziła się trochę. Zamiast zachować czujność i być użyteczną, zatonęła we wspomnieniach. Od tej chwili będzie skupiona.

W przeciwieństwie do prostych i szerokich tuneli w górach, te były wąskie i kręte. Wiły się nie tylko w prawo i w lewo, ale także wznosiły się w górę i opadały w dół, często stromo. Było coraz bardziej wilgotno i duszno. Imenja kilka razy nakazała postoje, by Słudzy zdążyli wciągnąć w te głębiny powietrze.

A potem nagle ściany tunelu rozstąpiły się, a światło Imenji ukazało ogromną jaskinię.

Reivan nabrała tchu. Wokół wyrastały fantastyczne blade kolumny, niektóre wąskie jak palce, inne grube jak pradawne drzewa Dekkaru. Jedne łączyły się ze sobą, tworząc zasłony, inne leżały połamane, a na ich kikutach pojawiły się podobne do grzybów czuby. Wszystko lśniło od wilgoci. Spoglądając przez ramię, Reivan zobaczyła, że Imenja się uśmiecha. Drugi Głos wyminęła Myślicieli i weszła do jaskini, spoglądając na niezwykłe formacje skalne.

- Odpoczniemy tu przez chwilę - oznajmiła.

Jej uśmiech zniknął, gdy spojrzała znacząco na Myślicieli. Potem odwróciła się i wprowadziła armię w tę ogromną pustą przestrzeń.

Reivan zerknęła na Hitte'a i przyczyna znaczącego wzroku Imenji stała się oczywista. Z niepokojem marszczył czoło. Myśliciele odsunęli się od wkraczających do jaskini ludzi i zaczęli rozmawiać przyciszonymi głosami.

Podeszła bliżej i usłyszała dość, by potwierdzić swe podejrzenia. Hitte nie wiedział, gdzie się znaleźli. Zamierzał unikać pułapek, wkraczając do naturalnych tuneli, gdzie wszelkie dzieła sabotażysty byłyby lepiej widoczne, ale tunele nie połączyły się z wykutymi przez ludzi, jak na to liczył. Bał się, że zgubili drogę.

Reivan westchnęła i odeszła. Gdyby usłyszała o wiele więcej, mogłaby powiedzieć coś, czego by potem żałowała. Idąc ścieżką między formacjami skał, odkryła, że jaskinia jest nawet większa, niż się z początku wydawało. Głosy żołnierzy ucichły, kiedy szła między kolumnami, wspinała się na nierówności i brnęła przez kałuże. Światło Imenji sprawiało, że wszystko było albo jasne, albo pogrążone w czarnym cieniu. W którymś miejscu teren się rozszerzał, a kałuże tworzyły zakrzywione tarasy. Reivan zauważyła otwory, które mogły być ujściami tuneli.

Kiedy badała jeden z nich, jakiś niski, cichy, pozbawiony słów dźwięk nadpłynął gdzieś z tyłu. Zamarła, a potem rozejrzała się niepewna, czy ktoś za nią nie idzie. Dźwięk stał się głośniejszy, bardziej naglący, zmienił się w gniewny skowyt. Czy to ktoś, kto zastawiał pułapki? Jakiś miejscowy, który postanowił się zemścić? Nie mógł zaatakować armii, ale nie bał się wymierzyć sprawiedliwości pojedynczej osobie? Poczuła, że oddycha ciężko ze strachu. Rozpaczliwie żałowała, że zostawiła armię za sobą, a jej magiczne talenty są tak słabe, że ledwo potrafi stworzyć jedną maleńką, żałosną iskierkę.

Gdyby jednak ktoś podążał za nią ze złymi zamiarami, to nie zdradzałby swojej obecności tym głośnym jęczeniem. Z wysiłkiem uspokoiła oddech. Jeśli to nie głos człowieka, to co takiego?

Gdy nadeszła odpowiedź, parsknęła śmiechem z własnej głupoty.

To wiatr. Wibruje w tunelach jak oddech w krtani.

Teraz, kiedy zaczęła na to zwracać uwagę, wykryła ruch powietrza. Schyliła się, zmoczyła dłonie w kałuży, a potem ruszyła w stronę źródła dźwięku, wyciągając ręce przed siebie. Powiew chłodził mokrą skórę, doprowadzając ją do dużego otworu z boku jaskini, gdzie stał się silniejszym prądem powietrza.

Uśmiechając się do siebie, ruszyła z powrotem w stronę wojska.

Ze zdziwieniem odkryła, że odeszła bardzo daleko. Zanim dotarła do grup żołnierzy, wszystkie pięć kolumn wojska było już na miejscu, tłocząc się wokół formacji skalnych. Coś jednak się nie zgadzało. Zamiast zachwytu i zdumienia, ich twarze były pełne lęku. Jak na takie duże zgromadzenie ludzi zachowywali się zbyt cicho.

Czyżby Myśliciele zdradzili, jaka jest sytuacja? A może Głosy postanowiły przekazać żołnierzom, że się zgubili? Kiedy Reivan podeszła bliżej, zauważyła, że wszystkie cztery Głosy stoją na półce skalnej. Wydawały się spokojne i pewne, jak zawsze. Imenja spojrzała w dół, prosto w oczy Reivan.

A potem jęczący dźwięk rozległ się znowu. Tutaj był słabszy i trudniej było rozpoznać w nim wiatr. Reivan usłyszała syki i ciche modlitwy od strony żołnierzy i zrozumiała, co ich tak bardzo przestraszyło. A równocześnie zauważyła, że Imenja z rozbawieniem zaciska wargi.

- To Aggen! Potwór! - zawołał ktoś.

Reivan zakryła usta, by ukryć śmiech, i spostrzegła, że inni Myśliciele też się uśmiechają. Jednak pozostała część armii wydawała się wierzyć w tę teorię. Mężczyźni i kobiety zbili się w ciasne grupki, a niektórzy płakali ze strachu.

- Pożre nas!

- Weszliśmy do jego legowiska!

Westchnęła. Wszyscy znali legendę o Aggenie, ogromnej bestii, która podobno żyła pod tymi górami i pożerała każdego, kto był tak głupi, by wkroczyć do kopalni. W starszych korytarzach zachowały się nawet rysunki przedstawiające potwora i małe ołtarzyki ofiarne, jak gdyby coś tak ­ogromnego mogło się zadowolić ofiarą, która zmieści się w tak małej przestrzeni.

Albo w ogóle potrafiło przetrwać. Żadne stworzenie tak ogromne jak ten Aggen nie mogłoby przeżyć, mając do dyspozycji tylko rzadkich głupich badaczy. Jeśli jednak żyło, musiało być o wiele mniejsze, niż głosiły legendy.

- Poddani bogów - w jaskini rozległ się głos Imenji, a jej słowa odbiły się echem w oddali, jakby ścigając te jęki. - Nie lękajcie się. Nie wyczuwam tu żadnych umysłów innych niż nasze. Ten dźwięk to tylko wiatr. Pędzi przez te jaskinie niczym oddech przez krtań... choć nie jest tak melodyjny - dodała z uśmiechem. - Nie ma tu żadnego potwora, jest tylko nasza wyobraźnia. Pomyślcie zatem lepiej o świeżym powietrzu, które ten wiatr nam przynosi. Odpoczywajcie i podziwiajcie otaczające was cuda.

Żołnierze ucichli. A teraz Reivan usłyszała, jak niektórzy naśladują ten hałas i drwią z tych, którzy głośno mówili o swoich lękach. Do Reivan podszedł Sługa.

- Myślicielka Reivan? Drugi Głos chce z tobą rozmawiać - rzekł.

Reivan poczuła, że zamiera jej serce. Podążyła za mężczyzną. Kiedy dotarła do Głosów, spojrzały na nią z zaciekawieniem.

- Myślicielko Reivan - odezwała się Imenja - czy odkryłaś drogę na zewnątrz?

- Możliwe. Znalazłam tunel, przez który wieje wiatr. Ten wiatr może dochodzić z zewnątrz, ale nie dowiemy się, czy tunel da się pokonać, dopóki tego nie sprawdzimy.

- A zatem sprawdź to - poleciła Imenja. - Weź ze sobą dwójkę Sług. Dostarczą ci światło i zawiadomią mnie, gdyby tunel okazał się użyteczny.

- Tak uczynię, świątobliwa - odparła Reivan.

Wykreśliła na piersi symbol bogów, a potem odeszła. Para Sług, mężczyzna i kobieta, wyszła jej na spotkanie. Skinęła im uprzejmie głową, a potem poprowadziła w głąb jaskini.

Bez trudu znalazła tunel i wkroczyła do środka. Podłoże było nierówne i miejscami musieli się wspinać po stromych podejściach. Jęki narastały; czuła wibrujący dźwięk. Słudzy pachnieli potem, choć wiatr był chłodny, ale nie wspomnieli o tym, że się boją. Ich magiczne światła były trochę zbyt jaskrawe, jednak Reivan się nie skarżyła.

Kiedy dźwięk był już ogłuszający, z rozczarowaniem odkryła, że tunel przed nią się zwęża. Poczekała, aż wiatr nieco osłabnie, a potem przesunęła się bokiem przez szczelinę. Słudzy przystanęli niepewnie. Szczelina była coraz ciaśniejsza i Reivan czuła ucisk skały na plecach i piersi. Przed nią korytarz zakręcał w ciemność.

- Możecie dać trochę światła dalej? - zawołała.

- Będziesz musiała mną pokierować - nadpłynęła odpowiedź.

Mała iskierka światła przesunęła się nad głową Reivan i znie­ruchomiała.

- Gdzie teraz?

- Trochę na prawo - zawołała.

- Na pewno chcesz to zrobić? - zapytał Sługa. - A jeśli tam utkniesz?

- To się wysunę - odparła w nadziei, że ma rację. Nie myśl o tym... - Dalej i trochę na prawo. Dobrze, a teraz w lewo, nie tak szybko.

Kiedy światło dotarło na koniec zakrętu, zobaczyła, że tunel znów się rozszerza. Potem może być węższy, ale nie dowie się tego, dopóki tam nie dotrze. Wcisnęła się głębiej, poczuła, że ucisk maleje, minęła zakręt...

...i odetchnęła z ulgą, zobaczywszy, że tunel nadal się rozszerza. Kilka kroków dalej mogła już rozłożyć ramiona, nie dotykając żadnej ze ścian. Przed nią był zakręt w prawo. Magiczne światło Sługi nie rozświetlało już otoczenia - pozostało w wąskiej szczelinie za nią. Widziała teraz dzięki słabemu blaskowi zza zakrętu. Szybko ruszyła naprzód, niemal ­potykając się na nierównym gruncie. Gdy minęła łuk, odetchnęła głęboko z ulgą. Tunel kończył się na zielono-szarej łące.

Drzewa i skały. Otwarta przestrzeń.

Z uśmiechem zawróciła do zwężenia i przekazała Sługom wiadomość o tym, co znalazła.

Reivan patrzyła, jak armia wylewa się z tunelu. Każdy, kto dotarł do wyjścia, przystawał na chwilę, aby się rozejrzeć z ulgą, nim ruszył dalej wąską ścieżką na krawędź wąwozu. Minęło ją już tak wielu, że straciła rachunek.

Słudzy magicznie poszerzyli tunel. Biały Las, jak nazwała go Imenja, nie będzie już niestety nawiedzany przez jęczące wiatry, ale niewielu żołnierzy zdołałoby się przecisnąć przez wąską szczelinę, jak zrobiła to Reivan.

Potem pojawiły się kolumny niewolników. Tak samo jak pozostali byli zadowoleni, że wydostali się z tuneli. Na końcu tej podróży zostaną uwolnieni i otrzymają normalną pracę za pieniądze - służba w czasie wojny zapewniła im skrócenie wyroku. Mimo to Reivan wątpiła, czy ktokolwiek z nich będzie się przechwalał swym udziałem w nieudanej próbie pokonania cyrklian.

W tej chwili jednak mało kto wspomina klęskę, myślała. Wszyscy są szczęśliwi, że widzą światło słońca. Wkrótce zaczną się martwić, jak przejść pustynię.

- Myślicielko Reivan - odezwał się znajomy głos tuż obok.

Podskoczyła i odwróciła się twarzą do Imenji.

- Wybacz mi, świątobliwa. Nie słyszałam, jak nadchodzisz.

Drugi Głos uśmiechnęła się.

- W takim razie ja powinnam przeprosić, że się tak skradam. - Skierowała wzrok w stronę niewolników, ale patrzyła raczej w pustkę. - Wysłałam resztę Myślicieli przodem, aby znaleźli drogę prowadzącą na pustynię.

- Czy nie powinnam do nich dołączyć?

- Nie. Chcę z tobą porozmawiać.

Imenja przerwała, gdy z tunelu wynurzyła się trumna Kuara. Patrzyła, jak ich mija, a potem westchnęła głęboko.

- Nie wierzę, by Talent był kluczowym wymaganiem dla Sług Bogów. Ważnym, owszem, ale powinniśmy uznać fakt, że niektóre kobiety i niektórzy mężczyźni mogą nam zaoferować inne zdolności.

Reivan wstrzymała oddech. Chyba Imenja nie ma zamiaru...

- Czy zostałabyś Sługą Bogów, gdyby ci to zaproponowano?

Sługą Bogów? Czymś, o czym Reivan marzyła przez całe życie?

Imenja zwróciła się ku niej, lecz Reivan nie potrafiła wydobyć głosu.

- Ja... będę zaszczycona, świątobliwa - wykrztusiła w końcu.

Drugi Głos uśmiechnęła się.

- A więc tak się stanie, po naszym powrocie.

1

Mężczyzna stojący przy oknie niemal cuchnął strachem. Zatrzymał się kilka kroków od szyby, jakby sam sobie rzucał wyzwanie, by pokonać lęk wysokości, podejść bliżej i spojrzeć z okna Wieży na ziemię daleko w dole.

Danjin robił to codziennie. Auraya nie chciała go powstrzymywać - ta walka ze strachem wymagała od niego sporo odwagi. Kłopot polegał na tym, że czytała w jego myślach, a zatem wyczuwała ten strach, a to utrudniało skupienie - w tej chwili na długim i nudnym liście od kupca, który prosił, by Biali wprowadzili prawo czyniące go jedynym człowiekiem mogącym legalnie handlować z Siyee.

Odwracając się od okna, Danjin spostrzegł, że Auraya mu się przygląda. Zmarszczył brwi.

- Nie przeoczyłeś niczego, co powiedziałam - uspo­koiła go.

Uśmiechnął się z ulgą. Teraz czytała już w umysłach odruchowo. Myśli innych były tak łatwo wykrywalne, że musiała się skupić, by ich nie słyszeć. W rezultacie normalne tempo rozmowy wydawało się jej irytująco wolne. Wiedziała, co kto ma zamiar powiedzieć, zanim to powiedział. Musiała powstrzymywać się przed odpowiedzią, póki nie padły słowa. Niegrzecznie byłoby odpowiadać na pytanie, nim mówiący zdołał je zadać. Czuła się przy tym jak aktorka, która z wyprzedzeniem wypowiada swoje kwestie.

Jednak przy Danjinie nie musiała się kontrolować. Jej doradca przyjmował czytanie w myślach jako element tego, kim była. Nie obrażał się, kiedy reagowała na pomyślane tylko słowa, jakby wypowiadał je głośno. I za to była mu wdzięczna.

Podszedł do krzesła i usiadł. Spojrzał na list w jej dłoni.

- Skończyłaś? - zapytał.

- Nie.

Spuściła wzrok i zmusiła się, aby kontynuować lekturę. Kiedy skończyła, zerknęła na Danjina. Patrzył w pustkę... Uśmiechnęła się, gdy zrozumiała, w jakim kierunku podążają jego myśli.

Trudno uwierzyć, że to już rok, dumał. Rok, od kiedy zostałem doradcą Białej. Zauważył, że mu się przygląda, i jego oczy błysnęły.

- Jak uczcisz jutro swoją rocznicę wśród Białych? - zapytał.

- Myślę, że pójdziemy gdzieś razem na kolację - odparła. - Spotkamy się też w Ołtarzu.

Uniósł brwi.

- Może bogowie pogratulują ci osobiście.

Wzruszyła ramionami.

- Być może. A może będziemy tylko my. - Rozparła się wygodniej na krześle. - Juran pewnie zechce omówić wydarzenia ostatniego roku.

- Więc będzie miał wiele do omówienia.

- Owszem - zgodziła się. - Mam nadzieję, że nie każdy rok mojego życia jako Białej będzie tak ekscytujący. Najpierw to somreyańskie przymierze, potem pobyt w Si, w końcu wojna... Chętnie odwiedziłabym inny kraj, powróciła do Somreyu i Si, ale w wojnie wolałabym jednak nie uczestniczyć.

Skrzywił się i przytaknął.

- Chciałbym z całą pewnością móc powiedzieć, że za mojego życia jest to mało prawdopodobne.

Ale nie mogę, dokończył w myślach.

Kiwnęła głową.

- Ja również nie.

Możemy tylko wierzyć, że bogowie mieli dobry powód, by nakazać nam wypuszczenie pentadriańskich czarowników, pomyślał. Kiedy najsilniejszy z nich zginął, pentadrianie są słabsi od cyrklian. Na razie. Bo gdy znajdą innego, aby go zastąpił, znów zagrożą Ithanii Północnej.

Kiedyś by się tym nie przejmowała. Czarownicy tak potężni jak przywódcy pentadrian nie rodzą się często, być może raz na sto lat. Jednak ta piątka objęła władzę w Ithanii Południowej w tym samym pokoleniu, co było czymś niezwykłym. Trudno liczyć, że minie kolejne sto lat, nim pentadrianie znajdą czarownika dość potężnego, by mógł zastąpić Kuara.

Powinniśmy zabić tę czwórkę, która przeżyła, myślała Auraya. Ale bitwa dobiegła końca. Wyglądałoby to bardziej na morderstwo. Jednak wolę, byśmy byli znani z naszego współczucia niż z okrucieństwa. Może taki był też zamiar bogów?

Spojrzała na pierścień na palcu. Poprzez niego bogowie podwyższyli jej naturalną magiczną moc i obdarzyli Darami, które posiadło niewielu czarowników. Była to prosta biała obrączka, nic niezwykłego, a jej dłoń wyglądała z nią tak samo jak rok temu. Jeszcze wiele lat upłynie, nim stanie się jasne, że od chwili, kiedy ją włożyła, nie postarzała się nawet o jeden dzień.

Inni Biali żyli o wiele dłużej. Juran był pierwszym z Wybranych, ponad sto lat temu. Widział, jak prawie każdy, kogo znał przed Wyborem, starzeje się i umiera. Nie mogła sobie wyobrazić, jakie to uczucie.

Dyara była następna, potem Rian i Mairae, w odstępach dwudziestopięcioletnich. Nawet Rian był nieśmiertelnym wy­starczająco długo, by ludzie, którzy pamiętali go sprzed Wybo­ru, zauważyli, że się nie starzeje.

- Słyszałem pogłoski, że w ciągu paru godzin po klęsce pentadrian cesarz Sennonu podarł przymierze, które z nimi podpisał - rzekł Danjin. - Nie wiesz, czy to prawda?

Auraya spojrzała na niego i parsknęła śmiechem.

- Widzę, że plotki krążą szybko. Jeszcze nie jesteśmy pewni. Po podpisaniu traktatu cesarz odesłał z Sennonu wszystkich naszych kapłanów i kapłanki, więc nie było tam nikogo, kto mógłby zaświadczyć, że je podarł.

- Najwyraźniej był jakiś tkacz snów - stwierdził Danjin. - Czy rozmawiałaś ostatnio z tkaczką snów, doradcą Raeli?

- Od naszego powrotu nie.

Od wojny, kiedy tylko ktoś wspomniał o tkaczach, czuła się, jakby dotykał gojącej się rany. Myśl o nich zawsze kierowała jej umysł ku Leiardowi.

Odwróciła wzrok, gdy napłynęły wspomnienia. W niektórych występował brodaty, białowłosy mężczyzna, żyjący w lesie niedaleko jej wioski - człowiek, który tak wiele nauczył ją o lekach, świecie i magii. Inne wspomnienia były świeższe - dotyczyły człowieka, którego uczyniła swoim doradcą w sprawach tkaczy snów, przezwyciężając ogólną niechęć cyrklian do przedstawicieli tego kultu. Pamięć drażniła ją także wizjami bardziej osobistych chwil z nocy, nim odleciała do Si, kiedy stali się kochankami... A potem także z połączeń snów, w których ujawniali swe tajemne pragnienia, i z sekretnych spotkań w jego namiocie, kiedy oboje osobno wędrowali na bitwę: ona by walczyć, on aby leczyć.

I wreszcie poczuła chłód, gdy napłynęło wspomnienie obozu ladacznic. Znalazła tam Leiarda, po tym jak Juran wykrył ich romans i go odesłał. Oczami duszy wciąż widziała z góry namioty skąpane w złotym blasku poranka.

Myśl, którą odczytała z jego umysłu, rozbrzmiewała bezustannie w pamięci: "Nie o to chodzi, że Auraya nie jest atrakcyjna, inteligentna i miła, ale zwyczajnie nie jest warta takich kłopotów".

W pewnym sensie miał rację. Ich romans wywołałby skandal i wybuch przemocy, gdyby wyszedł na jaw. Egoizmem było podążanie za własną rozkoszą, kiedy tylu ludzi mogło ucierpieć w razie wykrycia tej sprawy.

Ale wiedza o tym nie zmniejszyła wstrząsu... Tamtego dnia nie zobaczyła w jego umyśle ani miłości, ani żalu. Ta miłość, którą tyle razy wyczuwała, dla której ryzykowała tak wiele... ta miłość umarła, tak łatwo zabita strachem.

Powinnam podziękować za to Juranowi. Jeśli Leiard tak łatwo dał się zastraszyć i zrezygnował z miłości, to prędzej czy później coś innego lub ktoś inny i tak zabiłby to uczucie. Każdy, kto kocha Białą, musi być bardziej odporny. Dzięki temu wiem, żeby następnym razem unikać takich słabości u mężczyzn. Im szybciej zapomnę o Leiardzie, tym szybciej znajdę...

Co? Pokręciła głową. Za wcześnie, by myśleć o nowych kochankach. Jeśli znów pokocha, czy ponownie popchnie ją to do kolejnych nieodpowiedzialnych i hańbiących czynów?

Nie, powinna raczej zająć się pracą.

Danjin obserwował ją cierpliwie. A jego podejrzenia co do jej myśli wydawały się aż nazbyt dokładne. Wyprostowała się i spojrzała mu w oczy.

- A ty rozmawiałeś z Raeli? - spytała.

Wzruszył ramionami.

- Raz czy dwa, przelotnie, ale nie na ten temat. Czy chcesz, abym ją spytał?

- Tak, ale nie przed jutrzejszym spotkaniem przy Ołtarzu. Na pewno będziemy omawiać sprawę Sennonu i inni Biali mogą już znać prawdę. - Spojrzała na list kupca. - Zasugeruję, żebyśmy posłali kapłanów i kapłanki do Si.

Danjin nie wydawał się zaskoczony.

- Jako dodatkową obronę?

- Tak. Siyee doznali straszliwych strat podczas tej wojny. Nawet ze swoimi nowymi uprzężami łowieckimi nigdy nie zdołają odeprzeć najeźdźców. Powinniśmy przynajmniej ­dopilnować, aby mogli szybko nawiązać kontakt, gdyby po­trzebowali naszej pomocy.

Myśli o Siyee napełniały ją innym rodzajem tęsknoty i cierpienia. Miesiące, które spędziła na ich ziemi, były zbyt krótkie. Chciałaby mieć powód, aby tam wrócić. Wobec ich uczciwego i prostego sposobu życia, żądania i troski jej własnego ludu wydawały się śmieszne, albo też zbędnie samolubne.

Jednak jej miejsce było tutaj. Bogowie może i dali jej dar lotu, aby mogła przefrunąć nad górami i przekonać Siyee do sojuszu z Białymi, ale to nie znaczy, że powinna przedkładać jeden lud nad inne.

Tak, ale przecież nie mogę porzucić Siyee. Poprowadziłam ich na wojnę i śmierć. Muszę dopilnować, by jeszcze bardziej nie cierpieli z powodu przymierza, które z nami zawarli.

- Większa część ich terenu jest praktycznie niedostępna dla ziemiochodzących - zauważył Danjin. - To spowolni atakujących i da im czas na wezwanie pomocy.

Uśmiechnęła się, gdy użył określenia Siyee na zwykłych ludzi.

- Nie zapominaj o tej czarownicy, która wkroczyła do Si w zeszłym roku, i o tych dzikich ptakach, które ze sobą przywiodła. Nawet kilku pomniejszych czarowników może narobić wiele szkód, jeśli prześlizgną się tam niezauważeni.

- Być może, ale gdyby pentadrianie znów chcieli na nas uderzyć, wątpię, czy przejmowaliby się Si.

- Z naszych sprzymierzeńców Si leży najbliżej południowego kontynentu. Nie ma tam kapłanów ani kapłanek i niewielu Obdarzonych Siyee odebrało szkolenie. To nasz najsłabszy sojusznik.

Danjin zastanowił się i pokiwał głową.

- Poza tym to przecież nie jest tak, że Jarime nie może zrezygnować z kilku kapłanów czy kapłanek. A ci śmiali młodzi ludzie, których wyślesz do Si, powinni być też dobrymi uzdrowicielami. Chcesz przecież, żeby Siyee nadal byli ci wdzięczni. Za dwadzieścia lat tylko najstarsi będą pamiętać, że to ty ­zmusiłaś króla Berro, by wycofał z ich ziemi toreńskich osadników. Młodsi Siyee nie zrozumieją znaczenia tego czynu albo przekonają sami siebie, że mogliby tego dokonać bez twojego udziału. Być może już teraz tak twierdzą.

Pokręciła głową.

- Jeszcze nie.

- To możliwe. Ludzie potrafią się przekonać do czegokolwiek, jeśli tylko chcą na kogoś zrzucić winę.

Skrzywiła się. Zrzucić winę. Żal czy cierpienie skłoniły niektórych ludzi do obwiniania Białych, a nawet bogów za śmierć ich bliskich podczas wojny. Wyczuwała ten żal także u osób bardziej racjonalnych, co było kolejną ujemną stroną zdolności czytania myśli. Czasem miała wrażenie, że każdy mężczyzna, każda kobieta lub dziecko w mieście opłakiwali utraconego krewnego lub przyjaciela.

Byli też ci, co przeżyli. Nie ją jedną dręczyły niechciane wizje wojny. Każdy kto walczył, widział rzeczy straszne, i nie każdy potrafił o nich zapomnieć. Auraya aż zadrżała, myśląc o koszmarach, jakie ją nawiedzały. W snach szła przez nieskończone pole bitwy, a okaleczone trupy błagały ją o pomoc albo wykrzykiwały oskarżenia.

Musimy zrobić wszystko, co możliwe, aby uniknąć następnej wojny, pomyślała. Albo znaleźć lepszą metodę obrony. My, Biali, mamy wielką magiczną siłę. Z pewnością potrafimy odkryć sposób walki, który nie pociąga za sobą tak wielu ofiar.

Nawet gdy się to uda, być może i tak na nic się nie przyda, jeśli bogowie nieprzyjaciela są prawdziwi. Przypomniała sobie poranek na kilka dni przed bitwą, kiedy zobaczyła, jak pentadriańska armia wychodzi z kopalni. Ich przywódca przywołał lśniącą postać. Uznałaby to za iluzję, ale wszystkie jej zmysły krzyczały, iż postać aż promieniuje magiczną mocą.

Cyrklianie zawsze uważali, że pentadrianie wierzą w fałszywe bóstwa. Że Krąg Pięciorga to jedyni bogowie, którzy przeżyli Wojnę Bogów. Czy to możliwe, by wtedy widziała prawdziwego boga?

Po bitwie Biali pytali o to bogów. Chaia uznał, że owszem, po Wojnie mogli powstać nowi bogowie. On i inni z Kręgu badali sprawę.

Od tego czasu wiele razy dyskutowała z pozostałymi Białymi i omawiała różne możliwości. Rian nie chciał się pogodzić z szansą zaistnienia nowych bogów. Zwykle żarliwy i pewny siebie, denerwował się, a nawet gniewał na taką sugestię. Zaczynała rozumieć, że chciałby, aby bogowie byli w jego świecie siłą niezmienną. Siłą, na której mógł polegać, że będzie zawsze taka sama.

W przeciwieństwie do niego, Mairae się tym nie przejmowała. Idea, że na świecie pojawili się nowi bogowie, jakoś wcale jej nie niepokoiła. "My służymy naszym, i tylko to się liczy", powiedziała kiedyś.

Juran i Dyara nie byli przekonani, czy bóg, którego widziała Auraya, był rzeczywisty. A jednak niepokoiło ich to bardziej niż Mairae. Jak zaznaczył Juran, prawdziwi bogowie stanowiliby dla Ithanii Północnej wielkie zagrożenie. Jego zdaniem, rozpoczynając wojnę, pentadrianie powoływali się na boskie rozkazy, aby wymusić posłuszeństwo wśród swego ludu. Teraz okazało się, że ci bogowie mogą być realni i że zasugerowali - może nawet rozkazali - pentadrianom atak na ziemie cyrklian.

Wszyscy się zgodzili, że jeżeli jeden pentadriański bóg jest prawdziwy, to prawdopodobnie pozostali także. Żaden przecież nie pozwoliłby swym wyznawcom, by służyli fałszywym bożkom.

Auraya zmarszczyła brwi. Jestem pewna, że to, co widziałam, to był prawdziwy bóg, więc muszę wierzyć, że jest na świecie pięciu nowych. Ale to przecież...

- Aurayo?

Podskoczyła i spojrzała na Danjina.

- Tak?

- Czy słyszałaś cokolwiek z tego, co powiedziałem?

Uśmiechnęła się przepraszająco.

- Nie, przepraszam.

- Nie musisz przepraszać. Cokolwiek tak dalece zajęło twoją uwagę, musi być bardzo ważne.

- Tak, ale to samo rozpraszało mnie już tysiąc razy wcześniej. A co mówiłeś?

Danjin uśmiechnął się i zaczął powtarzać to, co jej tłumaczył.

Emerahl siedziała nieruchomo.

Dookoła słyszała głosy nocnego lasu: szelest liści, gwizdanie ptaków, gdzieś w pobliżu trzask gałązek, dźwięk tupiących nóżek.

Skoncentrowała się, gdy odgłos zabrzmiał bliżej. Jakiś cień przesunął się w świetle gwiazd.

Co to takiego? Mam nadzieję, że jadalne... Podejdź bliżej, mały stworze...

Był po zawietrznej od niej, ale to nie miało znaczenia. Wznios­ła wokół siebie magiczną barierę, która zatrzymała zapachy.

A tych nie brakuje, westchnęła żałośnie. Po miesiącu podróży bez zmiany ubrania każdy by brzydko pachniał. Rozea pękłaby ze śmiechu, widząc mnie teraz. Faworyta w jej zamtuzie, ubabrana błotem i śpiąca na ziemi, za jedynego towarzysza mająca obłąkanego tkacza snów...

Pomyślała o Mirarze siedzącym przy ogniu o kilkaset kroków za nią. Pewnie mamrotał do siebie, kłócąc się z tą drugą tożsamością w swojej głowie.

A potem stworzenie pojawiło się w polu widzenia i wszelkie myśli o Mirarze zniknęły.

Breem! ucieszyła się. Smaczny, tłuściutki breem!

Strzała ogłuszającej magii natychmiast zabiła zwierzę. Emerahl wstała, znalazła je i zaczęła przygotowywać do pieczenia. Całą jej uwagę zajęło obdarcie ze skóry, oczyszczenie i znalezienie­ porządnego kija. Na samą myśl o posiłku burczało jej w brzuchu.

Mirar wyglądał tak, jak sobie go wyobraziła. Wpatrywał się w ogień, poruszał wargami i w ogóle nie słyszał, że się zbliża. Starała się iść cicho, w nadziei że usłyszy choć część jego słów, zanim mężczyzna ją zauważy i umilknie.

- ...znaczenia, czy ci wybaczy, czy nie. Nie możesz jej znowu ujrzeć.

- Może mieć znaczenie dla naszego ludu.

- Być może. Ale co jej powiesz? Że nie byłeś wtedy sobą?

- To prawda.

- Nie uwierzy ci. Wiedziała, że istnieję w tobie, ale nigdy nie widziała dosyć, by zrozumieć, co to znaczy. Siedziałem cicho, kiedy byliście razem. Myślisz, że ze względu na dobre wychowanie?

Zamilkł.

Ona, co? myślała Emerahl. Kim jest ta ona? To ktoś, kogo skrzywdził, jeśli to wspomnienie o wybaczeniu ma być wskazówką. Czy ta kobieta była źródłem wszystkich jego problemów, czy tylko niektórych? Uśmiechnęła się. Typowe dla Mirara...

Czekała, ale nie odezwał się więcej. Znów zaburczało jej w brzuchu. Podniósł głowę, więc ruszyła naprzód, jakby dopiero co nadeszła.

- Udane polowanie - powiedziała, pokazując breema.

- To nieuczciwe wobec zwierząt - stwierdził. - Nie mają szans z wielką czarownicą.

Wzruszyła ramionami.

- Nie bardziej nieuczciwe, niż gdybym miała łuk i potrafiła dobrze strzelać. A co ty robiłeś?

- Myślałem, jak miło by było, gdyby bogowie nie istnieli. - Westchnął tęsknie. - Jaki jest sens być potężnym nieśmiertelnym czarownikiem, kiedy niczego użytecznego nie można zrobić ze strachu, że zwróci się ich uwagę?

Zaczęła ustawiać zwierzę nad ogniem.

- A co użytecznego chciałbyś zrobić, co mogłoby ściągnąć ich uwagę?

Wzruszył ramionami.

- Po prostu to, co by było użyteczne w danej chwili.

- Dla kogo użyteczne?

- Dla innych ludzi - odparł z niejakim oburzeniem. - Jak... na przykład oczyszczenie drogi po osunięciu ziemi. Albo uzdrawianie.

- Nic dla siebie?

Prychnął.

- Od czasu do czasu. Może potrzebowałbym ochrony.

Emerahl uśmiechnęła się.

- Może. - Zadowolona, że breem zawisł w odpowiednim miejscu, przykucnęła. - Zawsze będą jacyś bogowie, Mirarze. Tyle że ostatnio trochę im podpadliśmy.

Mężczyzna zaśmiał się z goryczą.

- Ja im podpadłem. Ja ich prowokowałem. Próbowałem powstrzymać przed oszukiwaniem ludzi, rozpowszechniając prawdę na ich temat. Ale ty i pozostali... - Pokręcił głową. - Nic nie zrobiliście. Nic oprócz tego, że byliście potężni. Za to nazwali nas "Dzikimi" i posłali swe sługi, aby nas po­zabijali.

Wzruszyła ramionami.

- Bogowie zawsze mieli nas na oku. Ale ty nadal możesz leczyć innych, nie zwracając ich uwagi.

Nie słuchał jej.

- To jak być zamkniętym w skrzyni. Chcę wyjść i się przeciągnąć.

- Jeśli to zrobisz, to proszę, z daleka ode mnie. Wciąż podoba mi się życie. - Uniosła głowę. - Jesteś pewien, że Siyee nie zobaczą naszego ogniska?

- Na pewno - uspokoił ją. - Niebezpiecznie jest latać nocą nad górami. Wzrok mają dobry, ale nie aż tak.

Poprawiła breema na rożnie, usiadła i wpatrzyła się w Mi­rara. Opierał się o pień drzewa, żółte światło ognia podkreślało rysunek jego szczęki i czoła, a niebieskim oczom nadawało odcień bladej zieleni.

Gdy odwrócił głowę i spojrzał jej w oczy, poczuła dreszcz bólu i radości. Nie sądziła, że znowu go zobaczy, a oto był przed nią żywy i...

...nie całkiem normalny. Opuściła wzrok, wspominając, jak próbowała go wypytywać. Nie mógł jej wytłumaczyć, w jaki sposób zachował życie. Nie miał żadnych wspomnień starcia, które powinno go zabić, choć słyszał o nim. A to dodawało wiarygodności twierdzeniom tej drugiej tożsamości, Leiarda. Leiard uważał, że nosi w umyśle przybliżenie osobowości Mi­rara, uformowane z wielkiej ilości wspomnień łącza martwego przywódcy tkaczy snów, które uzyskał w trakcie łączenia umysłów z innymi tkaczami.

Ale to jest ciało Mirara, pomyślała. Och, jest o wiele chudszy i z tymi białymi włosami wydaje się znacznie starszy, ale oczy pozostały te same...

Mirar wierzył, że to ciało należy do niego, ale nie potrafił wyjaśnić, jak to możliwe. Z drugiej strony Leiard uważał swoje podobieństwo do Mirara za zwykły zbieg okoliczności. Kiedy Leiard panował nad ciałem, poruszał się w zupełnie inny sposób niż Mirar i Emerahl zastanawiała się, jak w ogóle zdołała go rozpoznać. Tylko wtedy, gdy Mirar przejmował kontrolę, była pewna, że ciało jest jego.

Pytała Leiarda o wspomnienia łącza. Jeśli to jest prawdą, to jak do tego doszło? W jaki sposób zebrał tak wiele wspomnień Mirara? Czy jest możliwe, że Leiard albo ktoś, z kim się łączył, zebrał wspomnienia Mirara od wielu, bardzo wielu tkaczy snów?

Leiard nie przypominał sobie, od kogo te wspomnienia pochodzą. Prawdę mówiąc, jego pamięć wydawała się równie niepewna jak Mirara. Całkiem jakby obaj dysponowali połówką wspólnej przeszłości, ale żadna nie wypełniała luk w tej pozostałej.

Pytała ich obu o ten sen o wieży, który ją nawiedzał przez długie miesiące i który jej zdaniem dotyczył śmierci Mirara. Żaden go nie rozpoznał, choć wydawało się, że u Mirara wzbudził niepokój.

To irytujące. Nie była pewna, czego chciał od niej Mirar. Kiedy go znalazła na polu bitwy, uzdrawiał rannych, tak jak pozostali tkacze snów, ale najwyraźniej to mu nie wystarczało - inaczej nie prosiłby, aby zabrała go ze sobą. Nie powiedział jednak, dokąd powinna go zabrać. Pozostawił jej wybór.

Wiedząc, jak sprawnie mu szło wpadanie w kłopoty z bogami, ruszyła z nim do najbezpieczniejszego, najbardziej oddalonego miejsca, o jakim wiedziała. Wkrótce potem odkryła Leiarda. Wydawało się, że akceptuje jej towarzystwo tylko dlatego, że nie ma żadnego wyboru. Wyczuwała emocje obu mężczyzn. Odkrycie, że umysł Mirara jest otwarty i czytelny, było dla niej szokiem. Dopiero później przypomniała sobie, że Mirar nigdy nie był w stanie tak dobrze jak ona ukryć swoich myśli. Była to umiejętność, która wymagała czasu i pomocy kogoś potrafiącego czytać w myślach. I jak wszystkie Dary, trzeba było ją ćwiczyć, inaczej umysł zapominał.

A to znaczyło, że bogowie odczytają jego myśli, jeśli przypadkiem go dostrzegą, a poprzez niego wykryją i ją. Mirar wiedział przecież, kim jest.

Oczywiście mogą nie mieć żadnych powodów, aby w ogóle zwracać uwagę na tego wpół oszalałego tkacza snów. Jedyne, czego była pewna, to że bogowie nie mogą być w kilku miejscach równocześnie. Odległości mogli pokonywać w jednej chwili, lecz ich uwaga dotyczyła pojedynczych miejsc. A mieli ostatnio tak wiele spraw, które ich zajmowały, że szansa zauważenia Mirara pozostawała nikła.

Jeśli jednak spojrzą, kogo zobaczą? Leiarda czy Mirara? Mirar powiedział jej o bogach coś, czego wcześniej nie ­wiedziała: nie widzieli fizycznego świata inaczej, niż poprzez oczy śmiertelnych. Po stu latach nie pozostali już przy życiu śmiertelnicy, którzy spotkali wcześniej Mirara, a więc nikt nie mógł go rozpoznać. Nawet tkacze snów, mający wspomnienia z łączy umysłów z poprzednikami, mogliby go teraz nie poznać. Pamięć fizycznego wyglądu była rzeczą indywidualną.

Był więc rozpoznawalny jedynie dla nieśmiertelnych: dla niej, innych Dzikich i dla Jurana z Białych. Jednakże Mirar, którego pamiętali, wyglądał bardziej zdrowo niż ten. Miał starannie przystrzyżone blond włosy, a także gładką skórę i więcej mięśni na kościach. Kiedy wspomniała o tym, jak bardzo się zmienił, roześmiał się tylko i opisał, jak wyglądał dwa lata temu: miał długie włosy i brodę i był jeszcze chudszy niż teraz.

Mówił też, że bardziej się niepokoi, by nie rozpoznano w nim Leiarda, choć nie tłumaczył dlaczego. Wydawało się, że tkacz snów tak samo sprawnie pakuje się w kłopoty, jak wcześniej Mirar.

Podróż przez góry Si była trudna i powolna, ale nie niemożliwa dla kogoś tak Obdarzonego jak oni. Jeśli ktoś ich ścigał, to na pewno został daleko z tyłu.

Mirar ziewnął i zamknął oczy.

- Ile jeszcze?

- Długo by o tym mówić - odparła.

Nie chciała mu zdradzić, dokąd idą. Gdyby wiedział, bogowie mogliby odczytać to z jego umysłu i wysłać kogoś na spotkanie.

Wykrzywił wargi w uśmiechu.

- Pytałem, kiedy ten breem będzie gotowy.

Zaśmiała się.

- Akurat. Co wieczór pytasz, ile drogi nam jeszcze zostało.

- Faktycznie, pytam. - Uśmiechnął się. - Ile jeszcze?

- Godzinę - powiedziała, wskazując głową na breema.

- Czemu nie upieczesz go magicznie?

- Smakują lepiej, gdy piecze się je wolno, i jestem zbyt zmęczona, żeby się skoncentrować. - Spojrzała na niego bacznie. Wydawał się znużony. - Prześpij się. Obudzę cię, gdy będzie gotowy.

Prawie niedostrzegalnie kiwnął głową. Wstała i ruszyła na poszukiwanie opału. Jutro dotrą do celu. Jutro wreszcie będą ukryci przed wzrokiem bogów.

A potem?

Westchnęła.

A potem przekonamy się, czy zdołam jakoś uporządkować to, co się dzieje w tym jego poplątanym umyśle.

2

- Te są piękne - powiedziała Teiti, przesuwając się do następnego straganu.

Imi spojrzała na lampy. Każda z nich była ogromną muszlą, w której wyrzeźbiono maleńkie otworki, tak że płomień wewnątrz zapalał tysiące niewielkich świetlnych punktów. Były bardzo ładne, ale niedostatecznie cenne dla ojca. Dla niego potrzebne jest coś wyjątkowego.

Zmarszczyła nosek i odwróciła się. Ciotka Teiti nie mówiła już nic więcej o lampach. Wystarczająco długo była opiekunką Imi, aby wiedzieć, iż próba przekonania księżniczki, że coś jest piękne, poskutkuje tylko upewnieniem jej, że piękne nie jest.

Przeszły do kolejnego stoiska, na którym znajdowały się naczynia po brzegi wypełnione różnokolorowymi proszkami: koralem, wodorostami, kawałkami kamieni szlachetnych, suszonymi czy zakonserwowanymi morskimi stworzeniami i roślinami znad i spod wody.

- Patrz - zawołała Teiti - amma! Bardzo rzadkie. Wytwórcy perfum robią z nich wspaniałe zapachy.

Sprzedawca, gruby mężczyzna z lśniącą oleiście skórą, skłonił się przed nimi.

- Witaj, mała księżniczko. Czyżby amma zwróciła twoją uwagę? To suszone łzy wielkoryby. Bardzo rzadkie. Chciałabyś powąchać?

- Nie - odparła Imi, kręcąc głową. - Ojciec pokazał mi kiedyś ammę.

Skłonił się, gdy Imi odeszła. Teiti była chyba rozczarowana, ale milczała. Minęły jeszcze kilka straganów, a księżniczka westchnęła ciężko.

- Sama nie wiem, czy zdołam coś znaleźć - poskarżyła się. - Najrzadsze, najcenniejsze towary trafiają prosto do mojego ojca, a on i tak zatrudnia już najlepszych wytwórców w mieście.

- Cokolwiek mu dasz, będzie cenne - odparła Teiti. - Choćby to była garść piasku, przyjmie ją jak skarb.

Imi niecierpliwie zmarszczyła brwi.

- Wiem, ale to jego czterdziesty pierwszodzień. Wyjątkowa okazja. Muszę mu znaleźć coś lepszego niż wszystko, co dostał wcześniej. Chciałabym...

To zdanie pozostawiła niedokończone. Chciałabym, aby pozwolił na handel z ziemiochodzącymi. Wtedy mogłabym mu znaleźć coś, czego jeszcze nie widział.

Ale to było coś, o czym przecież nie powinna nic wiedzieć. W dniu kiedy ziemiochodząca czarownica wkroczyła do miasta, Imi siedziała zamknięta w swoim pokoju. Wysłała Teiti, żeby sprawdziła, co się dzieje, ale także po to, aby sama mogła zrobić coś w sekrecie.

Za starym rzeźbionym panelem w jej pokoju znajdował się wąski tunel, akurat tak duży, aby mogła się do niego wślizgnąć. Początkowo był zablokowany, ale oczyściła go już dawno temu. Na końcu znajdował się pokój o ścianach, po których biegły rury. Jeśli przyłożyła ucho do którejś z nich, słyszała, co się działo na drugim końcu. Ojciec kiedyś jej o tym opowiedział i wyjaśnił, że stąd zna tajemnice swych poddanych.

W tym dniu, kiedy ziemiochodząca weszła do miasta, Imi przecisnęła się przez tunel w nadziei, że dowie się, co zaniepokoiło straże. Usłyszała, jak ta kobieta proponuje ojcu przyjaźń między ziemiochodzącymi i Elai. W ramach tego sojuszu jej lud mógłby się pozbyć piratów, którzy od tak dawna mordowali­ i okradali Elai, zmuszając ich do życia w podwodnym mieście. W zamian Elai mieliby w razie potrzeby pomóc ludowi ziemiochodzącej. Mogliby także wymieniać różne rzeczy. Jej lud mógłby kupować od Elai, a Elai od jej ludu. Wydawało się to całkiem dobrym pomysłem, ale ojciec odmówił. Uważał, że wszyscy ziemiochodzący to niegodni zaufania kłamcy, złodzieje i mordercy.

Wszyscy nie mogą być tacy, myślała Imi. Prawda?

Gdyby tak, to ląd musiałby być straszliwym miejscem, gdzie każdy próbowałby okraść każdego, a ludzie cały czas byliby mordowani. Może i tak, bo przecież mieli mnóstwo cennych rzeczy, o które mogli walczyć.

Imi pokręciła głową.

- Wracajmy.

Ciotka przytaknęła.

- Może następnym razem znajdziemy coś niezwykłego.

- Może - odparła z powątpiewaniem Imi.

- Wciąż masz jeszcze miesiąc, żeby znaleźć prezent.

Targ znajdował się niedaleko Wrót, wielkiego jeziora, które było przejściem do podwodnego miasta. Kiedy zobaczyły ogromną mroczną jaskinię wypełnioną wodą, Imi poczuła tęsknotę. Tylko kilka razy w życiu wyprawiła się poza miasto, zawsze w towarzystwie licznej straży. Na tym polega problem bycia księżniczką. Nigdzie nie można się ruszyć bez eskorty.

Już dawno temu nauczyła się nie pamiętać o uzbrojonych strażnikach, którzy podążali za nią i Teiti. Potrafili być niezauważalni i nie wchodzili jej w drogę. Niezauważalni... Imi uśmiechnęła się. To było nowe słowo, którego niedawno się nauczyła. Powtórzyła je cichutko.

Zeszli z rynku w stronę Głównej Rzeki. Nie była to naprawdę rzeka, gdyż nie było w niej wody, ale wszystkie szlaki w mieście nazywane były rzekami, strumieniami, potokami czy strużkami. Duże publiczne jaskinie nazywano sadzawkami; czasem kałużami, jeśli ktoś chciał zakpić z danej okolicy.

Główna Rzeka była najszerszym szlakiem w mieście. Prowadziła prosto do pałacu. Imi nigdy nie widziała, żeby było tu pusto, nawet w środku nocy. Zawsze ktoś tędy przechodził, choćby tylko kurier spieszący do lub z pałacu. Albo nocna straż strzegąca pałacowej bramy.

Ale dzisiaj Rzeka była zatłoczona. Dwóch idących dotąd z tyłu strażników wyprzedziło ją, aby przypilnować, by ludzie schodzili z drogi. Gwar powstający z tak licznych głosów, człapiących stóp, muzyki i śpiewów ulicznych aktorów był ogłuszający.

Pochwyciła strzęp melodii i zatrzymała się. Była to nowa piosenka zatytułowana Biała Dama. Imi była pewna, że opowiada o ziemiochodzącej. Ojciec zabronił grania tej melodii w pałacu. Teiti chwyciła księżniczkę za ramię i pociągnęła za sobą.

- Nie utrudniaj pracy strażnikom - rzuciła cicho.

Imi nie spierała się.

I tak nie mogę za bardzo zainteresować się tą piosenką, uznała, bo się domyślą, że wiem o ziemiochodzącej.

Dotarły do końca Głównej Rzeki. Teiti odetchnęła z ulgą, kiedy porzuciły tłum i przeszły przez bramę do spokojnej pałacowej sadzawki. Strażnik wystąpił naprzód i skłonił się przed Imi.

- Król życzy sobie widzieć ciebie, księżniczko - oświadczył oficjalnie. - Czeka w głównej sali.

- Dziękuję - odparła, z trudem opanowując podniecenie.

Ojciec chciał się z nią spotkać w środku dnia! Nigdy przedtem nie miał czasu na rozmowy o tej porze. To musi być coś ważnego.

Teiti uśmiechnęła się z aprobatą, widząc opanowanie podopiecznej. Przeszły głównym strumieniem pałacu krokiem pełnym godności, ale irytująco powolnym. Strażnicy uprzejmie kiwali głowami, gdy ich mijały. Strumień był pełen mężczyzn i kobiet, czekających na audiencję u króla. Kłaniali się, gdy Teiti i Imi zmierzały prosto do otwartych drzwi sali tronowej.

Kiedy Imi wkroczyła do wielkiej komnaty, zobaczyła ojca opartego o poręcz tronu. Rozmawiał z jednym z czterech siedzących przed nim ludzi. Rozpoznała doradcę ojca, pałacowego szambelana i głównego krawca. Na jej widok ojciec uśmiechnął się szeroko i rozłożył ramiona.

- Imi! Chodź, uściskaj ojca.

Uśmiechnęła się i zapominając o wszelkich formalnościach, pobiegła przez komnatę. Kiedy wskoczyła mu w ramiona, poczuła mocny uścisk i wibracje śmiechu z głębi piersi.

Wypuścił ją i posadził sobie na kolanach.

- Musisz mi odpowiedzieć na ważne pytanie - rzekł.

Kiwnęła głową z bardzo poważną miną.

- Tak, ojcze.

- Jakie rozrywki chciałabyś ujrzeć na naszym przyjęciu?

Uśmiechnęła się.

- Tańce! Żonglerów i akrobatów!

- Oczywiście - zgodził się. - Co jeszcze? Czy masz pomysł na coś wyjątkowego?

Zastanowiła się głęboko.

- Latający ludzie!

Uniósł brwi i spojrzał na doradcę.

- Myślisz, że kilkoro Siyee zgodziłoby się tu przybyć?

Imi z podnieceniem podskakiwała mu na kolanach.

- Przylecą? Przylecą?

Doradca uśmiechnął się.

- Poproszę, ale niczego nie obiecuję. Może nie lubią przebywać pod ziemią, gdzie nie widać nieba, albo nie potrafią latać w małej przestrzeni. Tutaj nie ma dość miejsca.

- Oddamy im naszą największą, najwyższą jaskinię - zaproponowała Imi. - I pomalujemy strop na niebiesko jak niebo.

W oczach ojca błysnęło zainteresowanie.

- To byłby widok...

Uśmiechnął się do niej, a ona szukała nowych pomysłów, które mogłyby go ucieszyć.

- Połykacze ognia! - wykrzyknęła.

Skrzywił się, wspominając prawdopodobnie wypadek, który zdarzył się kilka lat temu, kiedy zdenerwowany połykacz oblał się płonącym olejem.

- Dobrze - rzekł. - To już wszystko?

Pomyślała jeszcze chwilę.

- Szukanie skarbu, dla dzieci.

- Chyba już jesteś na to za duża.

- Jeszcze nie... Nie, jeśli urządzimy to na zewnątrz.

Jego twarz wyrażała dezaprobatę.

- Nie, Imi. To zbyt niebezpieczne.

- Ale możemy zabrać straże i urządzić to gdzieś...

- Nie.

Nadąsała się i odwróciła głowę. Z pewnością na zewnątrz nie było aż tak niebezpiecznie. Z informacji, które podsłuchała w pokoiku z rurami, wynikało, że piraci nie krążyli wokół wysp przez cały czas. Ludzie codziennie wypływali na zewnątrz, aby zdobywać pożywienie czy towary do handlu. Kiedy jednak ktoś ginął, to zwykle na zewnętrznych wyspach albo w ogóle z dala od ich wysp.

- Coś jeszcze?

Słyszała udawaną wesołość w jego głosie. Poznawała, kiedy uśmiech ma wymuszony, gdyż zmarszczki wokół oczu się wtedy nie pogłębiały.

- Nie - odparła. - Tylko mnóstwo prezentów.

Tym razem zmarszczki się pojawiły.

- Oczywiście - zapewnił. - A teraz, wobec wszystkich tych sugestii, o które musimy zadbać, mam mnóstwo pracy. Wracaj do Teiti.

Pochyliła się i pocałowała go w policzek, potem zsunęła się z kolan i wróciła do ciotki. Ta uśmiechnęła się, wzięła ją za rękę i wyprowadziła z sali. W strumieniu na zewnątrz stała duża grupa kupców. Gdy przechodziła obok, słyszała, jak pomrukują do siebie.

- ...czekamy od trzech dni.

- To należy do mojej rodziny od trzech pokoleń. Nie mogą...

- ...nigdy nie widziałem tak wielkich morskich dzwonków. Ogromne jak pięści!

Morskie dzwonki? Imi zwolniła i udała, że otrzepuje ubranie.

- Ale odkryli je ziemiochodzący. Teraz ich dobrze pilnują.

- Może spróbujemy jakoś odwrócić ich uwagę? A wtedy...

Rozmowa stała się zbyt cicha, kiedy Imi ruszyła dalej. Morskie dzwonki wielkie jak pięści? Jej ojciec uwielbiał morskie dzwonki. Czy może poprosić tych kupców, aby zdobyli dla niej jeden? Zmarszczyła czoło. Brzmiało to tak, jakby planowali dużą wyprawę, aby zebrać wiele takich dzwonków. Kiedy im się to uda, wszędzie będą sprzedawać dzwonki wielkości pięści. Staną się czymś pospolitym i nudnym.

Chyba że namówię kogoś, aby zakradł się tam i zdobył dla mnie jeden, zanim dostaną się tam kupcy. Uśmiechnęła się. Tak! Muszę się tylko dowiedzieć, gdzie one są.

A to będzie łatwe. Dziś wieczorem znowu wyprawi się do pokoju z rurami.

:Idziesz, Aurayo? zapytał Juran.

Auraya podskoczyła, słysząc głos w umyśle. Upuściła zwój, który czytała - fascynującą opowieść żeglarza, uratowanego przed utonięciem przez kogoś z morskiego ludu. Poderwała się z krzesła. Nagły ruch zaalarmował veeza. Zwierzak pisnął, wbiegł po oparciu krzesła, na którym spał, i wspiął się na ścianę.

- Przepraszam cię, Figiel - powiedziała, podchodząc do ściany i wyciągając do niego rękę. - Nie chciałam cię wy­straszyć.

Patrzył na nią oskarżycielsko, rozczapierzonymi łapkami trzymając się ściany.

- Ałaja straszy. Ałaja niedobra.

- Przepraszam. Chodź, to cię podrapię.

Pozostał tuż poza zasięgiem. Wąsiki drżały mu lekko, jak wtedy, kiedy starał się być godzien swego imienia.

:Ałaja goni Figl, odezwał się cienki głosik w jej umyśle.

- Nie, Figiel. Ja...

:Aurayo? zawołał Juran.

:Tak. Już idę. Gdzie jesteś?

:U stóp Wieży.

:Zaraz tam będę.

Westchnęła i zostawiła Figla na ścianie. Umieściła puchar na brzegu zwoju, żeby wiatr go nie zdmuchnął, podeszła do okna i otworzyła je.

Gdy się skupiła, napłynęła świadomość świata. Jakoś wiedziała, gdzie się znajduje w relacji do gruntu w dole, do ziemi i nieba wokół. Ściągając do siebie magię, pomyślała o niewielkiej zmianie pozycji. Trochę wyżej, a potem na zewnątrz... Po chwili unosiła się już za oknem, pod stopami mając tylko powietrze. Znów zmieniła pozycję, odwróciła się i zamknęła okno.

Poniżej leżały tereny Świątyni. Unosząc się w powietrzu, miała wrażenie, jakby jedna jej stopa spoczywała na okrągłym dachu Kopuły, a druga na sześciokątnym budynku zwanym Pięć Domów, gdzie mieszkali kapłani. Poza Białą Wieżą za jej plecami cały teren Świątyni składał się ze starannie uprawianych ogrodów, ukształtowanych w formę kręgów - gdyż właśnie koło było symbolem bogów. Przed sobą, po prawej stronie widziała wstążkę odbitego nieba - to jedna z wielu rzek w Jarime zmierzała w kierunku morza.

Zaczęła opadać. Kiedy poruszała się w ten sposób, zupełnie nie przypominało to latania. Nazywała to lataniem tylko dlatego, że nie przychodziło jej do głowy żadne prostsze określenie tego, co robi. "Poruszanie się w relacji do świata" było trochę przydługie.

Oprócz świadomości świata pojawiła się też nowa świadomość magii w tym świecie. Podczas ostatniej bitwy, kiedy ściągnęła do siebie więcej magii niż kiedykolwiek wcześniej, uświadomiła ją sobie tak, jak jeszcze nigdy.

Cyrklianie i tkacze snów zgadzali się, że świat jest przesycony magią. Wszelkie żywe istoty mogły ściągać ją do siebie i przelewać do fizycznego świata. Sposoby jej wykorzystywania nazywano Darami i trzeba się ich było uczyć, tak jak dowolnej umiejętności fizycznej. Większość żywych istot, w tym ludzie, mogli korzystać z niewielkiej ilości magii, a zatem ich Dary były ograniczone, jednak niektórzy byli silniejsi i bardziej utalentowani. Jeśli byli ludźmi, nazywano ich czarownikami.

Sama byłam niezwykle potężną czarownicą, zanim bogowie powiększyli moją moc i uczynili Białą, przypomniała sobie, spoglądając na pierścień. Ciekawe jakie życie prowadziłabym, gdybym żyła w czasach przed cyrkliańskimi kapłanami.

Lubiła myśleć, że używałaby swych Darów, aby pomagać ludziom, że nie stałaby się istotą silną i okrutną, jak wielu potężnych czarowników w przeszłości. Osoby takie jak Dzicy, zdolni uzyskać nieśmiertelność, miały skłonność, by źle wykorzystywać swoją moc i swoje stanowiska.

Być może ludzie nie byli stworzeni, by posiadać taką moc. Być może fizyczne istnienie czyni ich podatnymi. Prawdziwi bogowie nie znali zepsucia. Nie posiadali fizycznej postaci, istnieli tylko w wypełniającej wszystko czystej magii, która ich stworzyła.

Auraya zatrzymała się gwałtownie.

Potrafię wyczuwać magię. Czy to znaczy, że ich także potrafię wyczuć?

Ta możliwość była jednocześnie niepokojąca i ekscytująca. Spojrzała w dół. Ziemia była już blisko. Ruszyła w jej kierunku, aż zrównała się ze szczytem wejścia do Wieży, potem zwolniła i łagodnie wylądowała.

Spoglądając pod łukami, ujrzała w holu innych Białych. Mairae zauważyła ją i się uśmiechnęła. Pozostali natychmiast podążyli za jej wzrokiem. Twarz Jurana złagodniała na widok Aurai. Ruszył w jej stronę, a pozostali pospieszyli za nim.

- Zrobiłaś sobie poranną wycieczkę dookoła Wieży? - zapytał, wskazując jej miejsce obok siebie i kierując się do Kopuły.

- Nie - odparła. - Muszę przyznać, że zupełnie zapomniałam o czasie.

- Zapomniałaś? - zawołała Mairae. - O swojej rocznicy?

- Nie o tym - odparła z chichotem Auraya. - Tylko o czasie. Danjin przyniósł mi do czytania fascynujący zwój o Elai. - Spojrzała na Jurana. - Czy wyślesz mnie do nich znowu, abym drugi raz zaproponowała im przymierze?

Juran uśmiechnął się.

- Omówimy to przy Ołtarzu.

Kapłani i kapłanki stojący albo spacerujący wokół Wieży i Kopuły zatrzymywali się, by na nich popatrzeć. Auraya z czasem przyzwyczaiła się do tych spojrzeń pełnych ciekawości i podziwu. Nauczyła się je przyjmować jako pewien element swojej roli i nie budziły już w niej zakłopotania.

Czy czyni mnie to istotą próżną i rozpieszczoną? zastanawiała się. Zadanie nie jest łatwe. Pracuję ciężko i nie dla własnej korzyści. Służę bogom, jak oni, lecz przypadkiem jestem bardziej Obdarzona i lepsza w tym, co robię. Ale nadal mogę popełniać błędy.

W jej pamięci błysnęła twarz Leiarda, a po niej jak zwykle uczucie bólu. Postarała się wypchnąć z umysłu jedno i drugie.

Przeszli pod jednym z szerokich łuków Kopuły, porzucając delikatne poranne słońce. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do mroku, ciemność wewnątrz nabrała kształtu. Pośrodku ogromnej sali na podwyższeniu stał Ołtarz.

Pięć trójkątnych ścian konstrukcji opadało do podłogi jak rozwijający się kwiat. Juran stanął na jednej z nich i przeszedł do środka, gdzie umieszczono stół i pięć krzeseł. Inni poszli jego śladem. Kiedy zajęli miejsca, ściany z wolna uniosły się w górę i zetknęły nad ich głowami, zamykając ich w czymś, co stało się teraz pięciościennym pokojem.

Auraya spojrzała kolejno na innych Białych. Juran nabierał tchu, gotów wymówić słowa rytuału. Dyara siedziała spokojnie. Rian marszczył czoło - od czasów wojny nie wyglądał na zadowolonego. Mairae skrzyżowała ręce, a palce jednej dłoni bębniły bezgłośnie o ramię drugiej.

- Chaio, Huan, Lore, Yranno, Saru - zaczął Juran. - Po raz kolejny dziękujemy wam za pokój, który przynieśliście Ithanii, i za dary, które pozwoliły nam go utrzymać. Dziękujemy za waszą mądrość i przewodnictwo.

- Dziękujemy wam - wymruczała Auraya wraz z innymi.

Skupiła się na magii wokół nich. Jeśli bogowie byli blisko, ona ich nie wyczuwała.

- Dziś mija rok od wyboru Aurai, kolejny rok naszej służby dla was. Omówimy wydarzenia tego okresu i zastanowimy się, co czynić dalej. Jeśli nasze plany będą się różnić od waszych, proszę, przekażcie nam swoje życzenia.

- Prowadźcie nas - wymruczeli pozostali.

Juran rozejrzał się wokół stołu.

- Wiele małych przymierzy pokojowych i jedna duża wojna - powiedział. - To jedno z możliwych podsumowań tego roku.

Auraya nie mogła powstrzymać krzywego uśmiechu.

- Najpierw zajmiemy się sprawami bliżej domu. - Zwrócił się do Dyary. - Jak wygląda sytuacja w Genrii i Torenie?

Kobieta wzruszyła ramionami.

- Właściwie bardzo dobrze. Król Berro zachowuje się ostatnio zaskakująco rozważnie. Król Guire jest wrażliwy jak zwykle. Obaj nawzajem łaskawie doceniają swój udział w wojnie i wyrażają podziw dla talentu wojowników. - Przewróciła oczami. - Czekam, aż im minie to całe samcze napuszenie i przejdą do sprzeczek.

Juran parsknął śmiechem i zwrócił się do Aurai.

- Jak się miewają Siyee?

Skrzywiła się tylko.

- Nie miałam od nich wieści od czasu, gdy odlecieli z pola bitwy. - Przerwała. - O wiele łatwiej byłoby się z nimi porozumiewać, gdyby byli tam kapłani. Obiecałam im, że wyślę do nich kilkoro jako nauczycieli i uzdrowicieli.

Juran zmarszczył czoło.

- To trudna podróż.

- Tak - zgodziła się Auraya. - Ale jestem pewna, że znajdziemy kilkoro młodych kapłanów, którzy podejmą ten wysiłek w zamian za szansę osiedlenia się w miejscu, które widziało niewielu ziemiochodzących. Możemy wynająć tego przewodnika, który przekazał naszą pierwszą propozycję przymierza.

- Dobrze. Zorganizuj to, Aurayo. I zapytaj, czy jacyś Siyee byliby zainteresowani dołączeniem tutaj do kapłanów. - Zwrócił się do Riana. - Co u Dunwayczyków?

- Teraz są szczęśliwi - odparł. - Dla ludu wojowników nie ma nic przyjemniejszego od szansy udziału w tak wielkiej wojnie. Są niemal rozczarowani, że się zakończyła.

Juran uśmiechnął się krzywo.

- Co z pułapkami na przełęczy?

- Wciąż je usuwają.

- Jak długo im to zajmie?

- Jeszcze kilka tygodni.

Mairae uśmiechnęła się, gdy Juran zwrócił się do niej.

- Żadnych skarg od Somreyan. Odeszli tydzień temu i dziś lub jutro powinni dotrzeć do Arbeem.

Juran kiwnął głową.

- To zostali nam Sennończycy.

Ku zdziwieniu Aurai, spojrzał na Dyarę, która zdała już relację z dwóch krajów, Torenu i Genrii. Z pewnością nie wzięłaby na siebie trzeciego, zwłaszcza że stanął on po stronie pentadrian, a praca z nim okaże się trudna i czasochłonna.

- Cesarz osobiście wysłał wiadomość, proponując "nową erę przyjaźni" - odparła Dyara, a jej pełen dezaprobaty wyraz twarzy zdradzał, co o tym sądzi. - Plotki głoszą, że podarł sojusz, który podpisał z pentadrianami.

- To dobrze - stwierdził zadowolony Juran. - Zachęcaj go, ale nie bądź zbyt gorliwa. - Spojrzał na Riana i Mairae. - Dopóki Somrey i Dunway nie sprawiają nam zbyt wielu problemów, chcę, abyście wraz z Dyarą popracowali nad tym. Wątpię, abyśmy w najbliższym czasie namówili cesarza na sojusz. Wie, że jeśli to uczyni, jego kraj stanie się pierwszym celem dla pentadrian, jeśli znowu wypowiedzą nam wojnę. Zobaczcie, do czego zdołacie go skłonić, póki wciąż ma wyrzuty sumienia, że stanął przeciwko nam.

Dyara, Rian i Mairae pracują razem nad Sennonem, pomyślała Auraya. A co ze mną? Siyee też nie sprawiają problemów... Ale oczywiście. Jest inny kraj, z którym szukamy sojuszu.

Juran zwrócił się do niej. Uśmiechnęła się.

- Elai?

- Nie - odparł. - Mam dla ciebie inne zadanie, ale porozmawiamy o tym później. Na razie omówmy sprawy bardziej oddalone od naszych brzegów. Co powinniśmy zrobić, by w przyszłości uniknąć inwazji pentadrian?

Porozumieli się wzrokiem.

- Co możemy zrobić? - spytał Rian. - Pozwoliliśmy im wrócić do ich domów, gdzie są najsilniejsi.

- Faktycznie, pozwoliliśmy - przyznał Juran. - Więc jaki mamy teraz wybór? Możemy nic nie robić i mieć nadzieję, że nie odzyskają sił i nie zaatakują nas znowu. Albo możemy postarać się temu zapobiec.

Dyara zmarszczyła czoło.

- Czy sugerujesz zawarcie sojuszu? Nigdy się na to nie zgodzą. Uważają nas za pogan.

- I w tym się mylą, więc jest to słabość, którą możemy wykorzystać. - Juran splótł palce. - Nasi bogowie są prawdziwi. Kiedy pentadrianie to zrozumieją, może porzucą swoich fałszywych.

- Jak ich przekonamy? - spytał Rian. - Czy bogowie zademonstrują swoją moc, gdy ich o to poprosimy?

- Jeśli tylko nie będziemy prosić za każdym razem, kiedy spotkamy pentadrian - odparł Juran.

Dyara mruknęła z dezaprobatą.

- Czy pentadrianie uwierzą w to, czy uznają, że przywołaliśmy iluzję?

Auraya parsknęła śmiechem.

- Dokładnie tak, jak ty i Juran uznaliście, że iluzją jest ten pentadriański bóg, którego widziałam - rzuciła lekko.

Dyara zmarszczyła brwi, ale Juran wyraźnie się zastanowił.

- Może byśmy się przekonali, gdybyśmy tam byli.

- Jeśli ich bogowie są prawdziwi, musimy ich przekonać, że nasi są lepsi - stwierdziła Mairae.

- Tak. - Juran kiwnął głową. - Na razie musimy skłonić pentadrian, żeby zmienili o nas opinię. Nie tylko musimy ich przekonać, że nasi bogowie są prawdziwi, ale też że lepiej się z nami przyjaźnić, niż nas napadać. Wszystko, czego w nas nie lubią, musi okazać się fałszywe. Uważają nas za pogan; udowodnimy, że się mylą. Uważają, że nie tolerujemy innych religii... - na moment skierował oczy na Aurayę - pokażemy im, że też się mylą.

Auraya zamrugała zdziwiona, ale Juran niczego nie tłumaczył. Pochylił się i złożył razem dłonie.

- Chcę, abyście wszyscy sobie to przemyśleli. - Popatrzył kolejno na każdego. - Dowiedzcie się, co uważają w nas za odpychające. Sprawcie, żeby przyjaźń z nami była dla nich korzystna. Nie chcemy następnej inwazji, a już najmniej mi zależy na podbiciu południowego kontynentu i na kłopotach, jakie przyniesie sprawowanie tam władzy.

- Jeśli potrzebujemy informacji, powinniśmy wzmocnić naszą siatkę szpiegów - zauważył Rian.

- Owszem - zgodził się Juran. - Zrób to.

Zwrócił się do Aurai.

- A teraz twoje zadanie.

Wyprostowała się.

- Tak?

- Pentadrianie wierzą, że jesteśmy nietolerancyjni wobec innych religii. Chcę, żebyś nadal pracowała z tkaczami snów. Zaimponowały mi ich wyczyny po bitwie. Wielu naszych uzdrowicieli wśród kapłanów i kapłanek wyraziło podziw dla ich talentów. Twierdzą, że wiele nauczyli się poprzez samo obserwowanie tkaczy snów. Ludzie w mieście skorzystają na współpracy tkaczy snów i cyrklian. Chcę, żebyś stworzyła miejsce, gdzie tkacze oraz uzdrowiciele spośród kapłanek i kapłanów będą mogli pracować razem.

Auraya wpatrywała się w niego i zastanawiała, czy wie, że to właśnie planowała. Czy jego motywy były tak szlachetne, jak sugerowały słowa? Czy zdawał sobie sprawę, jaki wpływ może to wywrzeć na tkaczy snów?

Istnienie tkaczy opierało się na ich wyjątkowych umiejętnościach uzdrawiania. Ludzie szukali ich pomocy, pomimo braku zaufania i nietolerancji, gdyż byli lepszymi uzdrowicielami niż cyrkliańscy kapłani. Większość ludzi, którzy decydowali się zostać tkaczami snów, robiła to, by zachować ich wiedzę o leczeniu.

Lecz czyniąc tak, skazywali swoje dusze. Bogowie nie przyjmą duszy umarłych, którzy za życia nie oddawali im czci. Jeśli cyrklianie będą wiedzieli o uzdrawianiu tyle, ile tkacze snów, mniej ludzi będzie chciało wstąpić do ich sekty i mniej dusz zostanie straconych.

Kosztem takiego rozwiązania będzie osłabienie, a może nawet zniszczenie ludu, który podziwiała. A jednak ta cena nie wydawała się tak wysoka. Zbawienie duszy było ważniejsze niż zachowanie pogańskiego kultu. Żyjący także na tym skorzystają - cyrkliańskich kapłanów i kapłanek jest przecież więcej niż tkaczy snów. Mogą ocalić więcej osób.

To, że Juran kazał jej zachęcać cyrklian i tkaczy snów do współpracy, było rzeczą niezwykłą. To przecież on z nakazu bogów zabił Mirara. Jak dalece się posunie w akceptacji ich talentów?

- Czy chcesz ograniczyć te umiejętności, których uzdrowiciele nauczą się od tkaczy snów? - zapytała. - Co powiesz o całym zakresie zdolności leczenia psychiki, o łączach umysłu i sennych połączeniach?

Przywódca Białych zmarszczył czoło. Ten pomysł wyraźnie mu się nie podobał.

- Zacznijmy od praktycznej informacji fizycznej. Jeśli te umiejętności ze snami okażą się użyteczne, pomyślimy, czy i nimi się zająć.

Kiwnęła głową.

- Jutro zacznę wszystko organizować.

Juran spojrzał na nią z namysłem, potem wyprostował się i nabrał tchu.

- Czy są jeszcze jakieś sprawy do omówienia?

Nastąpiła dłuższa przerwa. Czworo Białych pokręciło głowami.

- Więc na dzisiaj to wszystko - zakończył Juran.

- Postanowiłeś nie wzywać bogów? - spytała Dyara.

- Gdyby odkryli, że bogowie pentadrian są prawdziwi, pojawiliby się i powiedzieli nam o tym.

Mairae wzruszyła ramionami i wstała. Pięć ścian Ołtarza zaczęło się rozwijać. Uśmiechnęła się.

- Gdyby chcieli z nami rozmawiać, ściany pozostałyby zamknięte.

Gdy Biali zeszli z Ołtarza, Auraya skoncentrowała się na otaczającej ją magii. Nie było ani śladu bogów - w każdym razie niczego, co mogłaby wyczuć. Rozpoznała tylko drgania magii w miejscu, gdzie ściany Ołtarza dotykały podłogi.

- Aurayo - odezwała się Dyara.

Spojrzała na starszą Białą.

- Tak?

- Planujesz uczyć się jazdy?

- Jazdy? - powtórzyła zaskoczona Auraya.

Pomyślała o Nosicielach - dużych białych reynach, na których jeździli inni Biali. W przeszłości kilka prób jazdy na zwykłych reynach skończyło się kłopotliwie i krępująco. Nie wyobrażała sobie, żeby dosiadanie Nosicieli było łatwiejsze.

- Chyba nie. Nie potrzebuję.

- To prawda. Jednak mamy Nosiciela wyhodowanego specjalnie dla ciebie, więc mogę jedynie zakładać, że bogowie zaplanowali, żebyś na nim jeździła. Niezależnie od twojej umiejętności lotu.

- Możliwe, że wybrali mnie, kiedy ten Nosiciel już się pojawił - odparła wolno Auraya. - Zanim zrozumieli, że wybiorą kogoś, kto nie potrafi jeździć wierzchem. Może z tego powodu dali mi zdolność lotu.

Dyara zastanowiła się.

- Dla równowagi?

- Tak.

Usłyszały śmiech Mairae.

- Myślę, że nieco przesadzili z rekompensatą.

Juran parsknął i uśmiechnął się do Aurai.

- Tylko trochę... Ale jesteśmy im za to niezwykle wdzięczni.

3

O tej porze roku pogoda była sucha i wietrzna, a obiekty w oddali wydawały się widmowe, o ile w ogóle można je było dostrzec. Kiedy Reivan dotarła do Parady, na jej końcu ujrzała Sanktuarium. Coś ścisnęło ją w żołądku, więc zatrzymała się, z ulgą kładąc na ziemi ciężką sakwę.

Wielki kompleks budynków wyrastał na zboczu wzgórza na skraju miasta Glymma. Najpierw były szerokie schody, sięgające fasady łuków wielkiej hali. Poza tym budynkiem widziała ściany o konturach nieco zamglonych w pylistym powietrzu. Trudno było określić, czy łączyły się, czy stanowiły oddzielne budowle. Od frontu Sanktuarium było splątanym labiryntem murów, okien, balkonów i wieżyczek.

W najdalszym punkcie płonął ogień. To był płomień Sanktuarium, zapalony przez śmiertelnika, do którego sto lat temu bogowie przemówili po raz pierwszy. Od tamtego czasu płonął dzień i noc, podtrzymywany przez najbardziej lojalne Sługi.

Jak mogę wierzyć, że zasłużyłam na miejsce między nimi? pytała sama siebie.

Ponieważ wierzy w to Imenja, odpowiedziała. W tę noc, kiedy armia wynurzyła się z kopalni, Imenja wezwała Reivan do siebie na spotkanie Głosów i ich doradców, którzy omawiali czekającą ich drogę. Reivan czekała, by wydano jej jakieś polecenia, zadano pytania, ale nic takiego nie zaszło. Dopiero po spotkaniu, gdy leżała zdziwiona, nie mogąc zasnąć, ­uświadomiła sobie, że Imenja chciała, aby była tam i obserwowała.

Przez całą drogę Imenja pilnowała, aby Reivan zawsze była w pobliżu. Czasami pytała ją o opinię, czasem wydawało się, że chce jedynie porozmawiać. W takich przypadkach Reivan łatwo było zapomnieć, że rozmawia z jednym z Głosów Bogów. Kiedy Imenja rezygnowała ze swej pozy surowej przewodniczki, ujawniała dość oschłe poczucie humoru i współczucie dla innych, które Reivan uznała za wzruszające.

Lubię ją, pomyślała. Ona mnie szanuje. Od lat godziłam się na szyderstwa Myślicieli. Przydzielali mi najnudniejsze, najbardziej prymitywne zadania, jakie się trafiały. Bali się, że dorówna im zwykła kobieta. Pewnie uważali, że ciągła bieda zmusi mnie, abym wyszła za mąż, urodziła dzieci i przestała ich irytować. Jestem pewna, że Grauer wysłał mnie do kreślenia planów kopalni, żebym tylko zeszła mu z oczu.

Teraz były przywódca Myślicieli już nie żył. Hitte, jego następca, nie odezwał się do niej ani słowem, odkąd wyprowadziła wojska z kopalni. Nie była pewna, czy był zły dlatego, że wyprzedziła go, znajdując drogę do wyjścia, czy dlatego iż dowiedział się o obietnicy Imenji, że uczyni ją Sługą Bogów.

Pewnie jedno i drugie, pomyślała niechętnie. Ale może się wściekać, ile chce. Tak samo jak cała reszta. Gdyby traktowali mnie lepiej, okazując, że warto mnie czasem posłuchać, to im, a nie Imenji, powiedziałabym o tym tunelu wiatru. Wyprowadzilibyśmy wojsko jako zespół, a im przypadłaby cała chwała za sukces.

Uśmiechnęła się. Imenja i tak dostrzegłaby prawdę. Ona wie, że to ja ocaliłam armię. Wie, że jestem godna, by służyć bogom.

Przerzuciła sakwę do drugiej ręki i ruszyła dalej, do Sanktuarium. Wspięła się na stopnie i przystanęła obok jednego z łuków, aby nabrać tchu. Jak na tę porę roku Parada była nietypowo spokojna.

Odgadła, że mieszkańcy Glymmy siedzą w domach i opłakują tych, którzy nie wrócili. Odtworzyła w pamięci wczorajszy powrót armii do miasta. Zebrał się tłum, ale powitało ich tylko kilka słabych okrzyków.

Wojsko było o wiele mniejsze niż to, które wyruszyło na wojnę kilka miesięcy wcześniej. Co prawda większość tych, których zabrakło, zginęła w bitwie, ale wielu niewolników, żołnierzy i Sług umarło z pragnienia i wyczerpania podczas drogi powrotnej przez sennońską pustynię. Kupieckie karawany, handlujące pożywieniem i wodą, okazały się podejrzanie nieobecne. Przewodnicy, których przysłał poprzednio sennoński ambasador, nie powrócili. Tylko mapy Myślicieli, które na szczęście nie przepadły wraz z Grauerem, wskazywały im wodę.

Zastanawiała się, czy ludzie witający armię rozgniewają się na Głosy, które poprowadziły ich bliskich do boju, i na bogów, którzy pozwolili na tę klęskę. Ale ten gniew na pewno złagodniał, kiedy zobaczyli trumnę, którą niosły między sobą cztery Głosy, pomagając sobie magią. Oni także ponieśli stratę.

Rozglądając się, Reivan wyobrażała sobie, jak powrót musiał wyglądać z tego miejsca. Armia została ustawiona w kolejne formacje: najwyżsi rangą - Oddani Słudzy Bogów - na przodzie, dalej zwykli Słudzy, a potem żołnierze, uformowani w oddziały. Niewolnicy zeszli na bok, a Myśliciele stali u stóp schodów. Głosy przemówiły do tłumów niemal z tego samego miejsca, w którym teraz stała Reivan.

Pamiętała mowę Imenji.

- Dzięki ci, ludu Glymmy, za ciepłe powitanie. Przybywamy z daleka i w służbie bogów stoczyliśmy wielką bitwę. Nasze straty są też waszymi, tak jak i nasze zwycięstwa, bo choć nie zwyciężyliśmy w tej bitwie, przegraliśmy tylko odrobinę. Siły pentadrian i cyrklian były tak wyrównane, że jedynie przypadek mógł zdecydować o zwycięstwie. Tym razem to im sprzyjało szczęście. Następnym razem los może się odwrócić.

Uniosła ramiona i zacisnęła pięści.

- Wiemy, że jesteśmy tak silni jak oni. Wkrótce będziemy silniejsi!

Tłum, znając swoją rolę, zakrzyknął głośno, lecz w głosach zgromadzonych brakowało entuzjazmu.

- Na całym świecie głosiliśmy te imiona: Sheyr, Hrun, Alor, Ranah i Sruul! To imiona prawdziwych bogów. Nieprzyjaciele cyrklian przybędą tutaj, do nas. Przybędą do Glymmy. Dokąd przybędą?

- Do Glymmy! - krzyknęli bez przekonania obywatele.

- Ci, którzy chcą podążać za prawdziwymi bogami, przybędą tutaj. Dokąd przybędą?

- Do Glymmy! - Tym razem okrzyk był głośniejszy.

- Dokąd przybędą?

- Do Glymmy! - Odpowiedź zabrzmiała z większą mocą.

Imenja opuściła ramiona.

- Wielu utraciliśmy. Straciliśmy ojców i synów. Straciliśmy mężów i żony, matki i córki, siostry i braci, przyjaciół i towarzyszy, nauczycieli i przywódców. Utraciliśmy naszego przywódcę Kuara, Pierwszy Głos.

Schyliła głowę.

- Jego głos umilkł i my teraz zamilknijmy, dziękując tym wszystkim, którzy zginęli dla bogów.

Coś chwyciło Reivan za gardło. Twarz Imenji pokryły linie bólu, a Reivan wiedziała, że ten ból jest prawdziwy. Dostrzegła to w jej oczach i słyszała w głosie, tak wiele razy w ostatnim miesiącu.

Cisza ciągnęła się nieznośnie, aż w końcu Imenja uniosła głowę i podziękowała zgromadzonym. Powiedziała, że Pierwszy Głos zostanie wybrany po miesiącu żałoby. Potem Głosy i Słudzy weszli do Świątyni, żołnierze odeszli, a tłum się rozproszył. Reivan wróciła do niewielkiego pokoju, który wynajmowała na przedmieściach. Imenja dała jej dzień na załatwienie swoich spraw, zanim przyjdzie do Sanktuarium, aby rozpocząć swe szkolenie jako Sługa.

I oto jestem tutaj, pomyślała, przechodząc pod jednym z łuków.

Wielki hol był także wyjątkowo cichy. Wewnątrz zauważyła jedynie kilkoro Sług - stali w niewielkich kręgach po trzy, cztery osoby. Ich czarno okryte plecy zniechęcały do przeszkadzania, zatrzymała się więc i czekała. Podobno Słudzy mieli zaraz po przybyciu witać wszystkich gości, niezależnie od tego, czy pochodzą z najwyższych, czy z najniższych warstw społeczeństwa.

Żaden ze Sług do niej nie podszedł, choć kątem oka widziała, że jeden czy dwóch obserwuje ją, kiedy tylko nie patrzy w ich stronę. Czas mijał i czuła, jak odpływa jej pewność siebie. Czyżbym przyszła w niewłaściwej porze? Imenja kazała zjawić się tu dzisiaj. Czy powinnam sama podejść do Sług? Czy może będzie to złamaniem protokołu, czy coś w tym rodzaju?

W końcu jeden z mężczyzn zostawił swych towarzyszy i podszedł do niej.

- Goście nie przychodzą do nas podczas żałoby - powiedział. - Chyba że sprawa jest pilna i ważna. Czy czegoś od nas potrzebujesz?

- Aha. - Uśmiechnęła się przepraszająco. - Nie wiedziałam. Jednak Drugi Głos nakazała mi przybyć tutaj dziś rano.

- W jakim celu?

- By rozpocząć naukę jako Sługa.

Uniósł brwi.

- Rozumiem. - Wskazał na drugą stronę sali. Kolejna linia łuków biegła równolegle do tej przy wejściu. - Przejdziesz dziedziniec i znajdziesz korytarz. Kwatery nowicjuszy są po prawej stronie.

Kiwnęła głową, podziękowała, a potem wyszła z holu. Dzie­dziniec za nim był duży i zdominowany przez fontannę w kształcie gwiazdy, wzniesioną w samym środku. Minęła ją, trafiając do szerokiej bramy budynku po przeciwnej ­stronie. Korytarz prowadził w górę, a we wspinaczce pomagał czasem stopień czy dwa. Słudzy chodzili w obie strony. Zanim pokonała więcej niż kilka kroków, zatrzymała ją kobieta w średnim wieku.

- Dokąd idziesz? - spytała surowo z podejrzliwą miną.

- Do kwater nowicjuszy. Mam zacząć szkolenie.

Kobieta uniosła brwi.

- Imię?

- Reivan Reedcutter.

Jakoś zdołała jeszcze wyżej unieść brwi.

- Rozumiem. Chodź ze mną.

Sługa poprowadziła ją do drzwi po lewej stronie korytarza. Reivan przystanęła, potem wzruszyła ramionami i podążyła za kobietą. Szły wzdłuż długiego wąskiego przejścia, mijając wiele drzwi. Wreszcie kobieta zatrzymała się i zapukała.

Wewnątrz za biurkiem siedziała Oddana Sługa. Kobieta uniosła głowę, zobaczyła Reivan i zmarszczyła brwi. Sługa chwyciła Reivan za ramię i wepchnęła do środka.

- Reivan Reedcutter. - Głos przewodniczki aż ociekał dezaprobatą. - Przybyła służyć bogom.

Reivan zerknęła przez ramię i zobaczyła pełną niechęci twarz Sługi. Potem drzwi się zamknęły. Znów spojrzała na Oddaną Sługę i dostrzegła szybko stłumiony niepokój.

- A więc przybyłaś - stwierdziła kobieta. - Dlaczego sądzisz, że możesz zostać Sługą, skoro nie masz żadnych Talentów?

Reivan zamrugała zdumiona. Bardzo bezpośrednie pytanie, pomyślała. Odpowiedź "bo Imenja tak powiedziała" pewnie tej kobiety nie przekona.

- Mam nadzieję służyć bogom na inne sposoby - odparła.

Kobieta wolno kiwnęła głową.

- A więc musisz wykazać, że to możliwe. Jestem Oddana Sługa Drevva, mistrzyni szkolenia. - Wstała i obeszła biurko. - Przejdziesz to samo szkolenie i testy co wszyscy inni. Otrzymasz też taką samą kwaterę. Chodź za mną.

Poszły dalej wąskim przejściem, które po kilku zakrętach zwęziło się jeszcze bardziej. Wreszcie Drevva zatrzymała się przed drzwiami i otworzyła je.

Reivan zajrzała do środka i serce w niej zamarło. Pokoik był tylko niewiele większy od łóżka, które tam stało. Pachniał kurzem i stęchlizną. Piasek i kurz leżały w stosach na podłodze.

- Czy pozwalacie swoim nowicjuszom mieszkać w takich warunkach? - usłyszała własny głos. - Słudzy, którzy mnie wychowywali, kazaliby mnie wychłostać za takie zaniedbania.

- Jeśli to ci nie odpowiada, znajdź domowego, żeby tu sprzątnął - rzuciła Drevva. Odwróciła się na pięcie i odeszła, ale po chwili się zatrzymała. - Przyjdź do mojego pokoju po porannym dzwonie. Znajdę ci Sługę, abyś zaczęła testy. - Spojrzała na sakwę Reivan. - Co to jest?

- Moje rzeczy.

- To znaczy?

Reivan wzruszyła ramionami.

- Ubrania, instrumenty, książki...

Pomyślała o książkach, które sprzedała poprzedniego dnia, i poczuła ukłucie żalu. Wątpiła, czy Sanktuarium doceni, że przyniosła ze sobą niewielką biblioteczkę.

Drevva wróciła i zabrała jej sakwę.

- Słudzy nie mają osobistej własności. Wszystko co jest ci potrzebne, dostaniesz tutaj, w Sanktuarium. A jeśli uda ci się zostać nowicjuszką, nie będziesz potrzebowała niczego oprócz szaty.

- Ale...

Kobieta uciszyła ją spojrzeniem.

- Ale co?

- A jeśli nie przejdę testów?

Lekki uśmieszek rozciągnął wargi kobiety.

- Zatrzymam twoją sakwę w swoim pokoju. Zostanie zwrócona, kiedy będziesz odchodzić.

Kiedy będziesz odchodzić... Reivan spojrzała na plecy kobiety, westchnęła i zaczęła szukać domowego. Poszukiwania zawiodły ją daleko od pokoju i zrozumiała, że dotarła do kwater Sług, kiedy wreszcie znalazła domowego zamiatającego podłogę.

- Potrzebny jest mi ktoś, kto sprzątnie w moim pokoju - powiedziała.

Spojrzał na nią ponuro.

- Wszyscy domowi są zajęci sprzątaniem pokojów zabitych Sług - odparł, po czym odwrócił się plecami.

Sama sprzątnęłaby swój pokój, ale z odpowiedzi Drevvy jasno wynikało, że Słudzy nie zniżają się do takich prac. Jeśli nowo przybyła, bez Talentów, zacznie się zachowywać jak domowa, uznała Reivan, tak też będzie traktowana.

Inni domowi również powtarzali, że ich zadania są pilniejsze. W końcu podążyła za jakimś dzieciakiem do łazienki i groźbami zmusiła go do sprzątnięcia w swoim pokoju i do zmiany pościeli. Miała trochę wyrzutów sumienia, ale z lektur filozofów i słynnych uzdrowicieli wiedziała, że sen w brudnym pokoju prowadzi do choroby ciała i umysłu.

Zajęło to wszystko resztę dnia. Zanim dzieciak skończył, było już późno, a ona zgłodniała, zaczęła więc szukać jedzenia. Wyczuła kuchenne zapachy i podążyła za nimi do wielkiej sali pełnej Sług. Słyszała tylko ciche pomruki głosów i uznała, że zapewne jakaś ogólna zasada zabrania hałasowania. Kiedy weszła, jej kroki ściągnęły ku niej kilka gniewnych spojrzeń. Rozejrzała się i z ulgą dostrzegła, że jeden ze stołów zajęty jest przez młode kobiety i mężczyzn w zwykłych ubraniach. To pewnie inni kandydaci... Zajęła wolne miejsce. Pozostali spojrzeli na nią z zaciekawieniem, ale milczeli.

Domowy z rozmachem postawił przed nią miskę cienkiej zupy, a ona z rozczarowaniem zauważyła, że w koszyku na środku stołu zostało tylko kilka okruchów chleba. Gdy skończyła­ jeść, pochwyciła spojrzenie siedzącego obok młodego człowieka.

- Czy jakaś reguła zakazuje rozmów?

Kiwnął głową.

- Tylko w czasie żałoby.

Na końcu sali przy długim stole siedziało kilkoro Oddanych Sług. Przyjrzała im się dokładnie. Już za miesiąc Słudzy z całego świata wybiorą jednego z Oddanych, by był nowym przywódcą pentadrian. Przy tym stole siedziała Drevva. Zerknęła na Reivan, a potem odwróciła głowę.

Nie takiego przyjęcia się spodziewałam, pomyślała Reivan. Ci Słudzy są tak oschli, że nawet Myśliciele przy nich wydają się cierpliwi, łagodni i przyjaźni.

Przy stole było kilka pustych miejsc. Reivan poczuła chłodny dreszcz, kiedy uświadomiła sobie dlaczego. Oddani Słudzy, którzy je zajmowali, teraz pewnie nie żyli, zabici podczas wojny.

Może dlatego wszyscy w Sanktuarium są tak nieprzyjaźni, zastanawiała się. Porażka i straty sprawiły, że są tacy zrzędliwi i roztargnieni. Trudno było oczekiwać, że powitają ją radośnie i ciepło, kiedy opłakiwali przyjaciół i kolegów.

Rozległ się dzwon, oznaczający koniec posiłku. Reivan ruszyła za kandydatami do ich kwater.

Mirar lewą ręką mocniej chwycił wystający kamień i zajął się nogami. Ugiął lewe kolano i szukał dobrego miejsca, aby wsunąć czubek prawego buta. Trafił na twardy występ i ostrożnie przeniósł tam ciężar ciała.

Napięcie liny zelżało na jego piersi, gdy Emerahl ją poluzowała.

- Jesteśmy prawie na miejscu - zawołała nieoczekiwanie blisko.

Zatrzymał się i spojrzał w dół. Jego stopy były niemal na równym poziomie z jej głową. Uśmiechnęła się.

Jest taka piękna, usłyszał własną myśl. Uznał, że ta ocena należała jednak do Leiarda. Podobnie jak lekkie poczucie winy, że może uważać za atrakcyjną inną kobietę niż Auraya.

Bo jest piękna, odpowiedział mu. Nie widzę nic złego w tym, że to doceniasz.

A ty nie? spytał Leiard.

Ja też, ale znam ją od tak dawna, że już mnie tak nie oszałamia.

Jesteście przyjaciółmi, stwierdził Leiard.

W pewnym sensie. Zdążyliśmy... poznać się wzajemnie. Mamy podobne troski.

Byliście kiedyś kochankami.

Krótko.

Leiard umilkł. Mirar pokręcił głową. Towarzystwo Emerahl powodowało dziwną sytuację. To tak, jakby przedstawiać sobie dwóch przyjaciół, gdy jednemu z nich powiedział już wszystko, co wie o tym drugim. Było to trochę nieuczciwe wobec Emerahl.

Ale też przyjemnie było spojrzeć na nią w nowy sposób.

Jednak rozmowa z Leiardem sprawiła, że poczuł się trochę zdezorientowany. Odetchnął głęboko, oczyścił umysł i schodził dalej. Dopiero kiedy obie stopy oparł o ziemię, pozwolił sobie na rozluźnienie.

Emerahl odwiązała go, puściła jeden koniec liny i szarpnęła za drugi, aż zsunęła się w dół i splątanym zwojem opadła u jej stóp. Zwinęła ją szybko i sprawnie, przerzuciła przez ramię, a potem ruszyła dnem wąwozu. Mirar założył plecak i ruszył za nią.

Oboje nabrali już doświadczenia we wspinaczce. Nie pamiętał już, ile razy pokonywali skalne ściany. Był to typowy teren Si. Góry były strome, popękane, pełne pionowych warstw skalnych. Wyglądały, jakby ktoś rzucił na świat wielkie kopce gliny, a potem raz po raz przebijał ich powierzchnię gigantycznymi nożami. Nawet w niewielkiej skali powierzchnia gruntu była popękana i pełna szczelin, co czyniło marsz trudnym i niebezpiecznym. Dna dolin i wąwozów wydawały się prostsze, gdyż szczeliny i pęknięcia z czasem wypełniła gleba, co dawało równiejsze podłoże. Tam musieli tylko pokonywać gęste leśne poszycie.

Żaden człowiek nie zostawił śladów na tej ziemi. Nawet Siyee, którzy nie lubili żyć blisko osiedli ziemiochodzących. Od czasu do czasu trafiali na ślady zwierząt, które wydeptały kręte wąskie ścieżki pośród roślinności, jednak mimo to posuwali się wolno. Wędrowali już od miesiąca, ale płytko zagłębili się w północną część Si. Zanim Siyee zostali stworzeni, ta część Ithanii znana była jako Dzicz.

I tak teraz, według bogów, klasyfikuje się mnie i Emerahl, pomyślał Mirar. Dzicy. Ciekawe czy chodziło im o to, że jesteśmy nieudomowieni? Niecywilizowani? Może barbarzyńscy?

A może nieopanowani, niepodporządkowani, gwałtowni i groźni, podsunął Leiard.

Nic z tego nie jest prawdą, odparł Mirar. W swoim czasie on i Emerahl posiadali wielkie umiejętności magiczne. Jego tkacze snów gwarantowali porządek w chaotycznym świecie. Byli nastawieni pokojowo, unikali przemocy, na pewno nie byli groźni. Emerahl cieszyła się szacunkiem jako uzdrowicielka i mądra kobieta.

Jednak słowo "dziki" miało też inne znaczenie. Mogło być przypadkową siłą, która niszczy plany w sposób dobroczynny lub katastrofalny.

Może to jest prawdziwy powód, że bogowie wybrali dla nas taką nazwę, pomyślał Mirar. Zakłócanie boskich planów wydaje się sensownym powodem istnienia. Problem w tym, że nie wiem, jakie te plany są, więc jak mam je zakłócać?

Wąwóz się poszerzył. Słyszał już szum płynącej wody - całej masy wody. Pewnie zbliżali się do rzeki... W krokach Emerahl pojawiła się lekkość. Zobaczył, jak wychodzi na światło słońca, odwraca się w lewo i uśmiecha.

Wyraźnie jest z czegoś zadowolona... Wydłużył krok i dogonił ją. Stała na krawędzi przepaści, gdzie wąwóz kończył się gwałtownie. Podążając za jej wzrokiem, ujrzał powód jej uśmiechu.

Wodospad. Powyżej spotykały się dwa strome zbocza i prowadziły rzekę na krawędź urwiska. Dalej spadała ona kaskadami do głębokiego, szerokiego jeziorka, a potem płynęła pospiesznie kamienistym korytem, które zakręcało pod nimi, a wreszcie znikało po prawej stronie. Wokół wodospadu kłębiła się mgła, a powietrze było aż gęste od wilgoci.

- Piękne - zauważył.

Emerahl zerknęła na niego z ukosa.

- Prawda? Poszukajmy teraz drzewa, żeby owinąć wokół niego linę.

Po kilku minutach oboje zsunęli się w dół, najpierw magicznie opuszczając swój bagaż. Emerahl przekroczyła rzekę, skacząc z kamienia na kamień. Kiedy ruszyła w stronę wodospadu, Mirar zawahał się, zanim poszedł za nią. Od miesiąca wędrowali przez te trudne tereny i widział wiele wspaniałych naturalnych widoków. Nie miał ochoty badać tego wodospadu. Wolał raczej dotrzeć do celu szybciej i porządnie odpocząć.

Emerahl posuwała się bliżej i bliżej w stronę strumienia wody. Huk rozbrzmiewał mu w uszach coraz głośniej. Rozpoczął wspinaczkę po gładkich głazach obok kaskady. Zatrzymał się i spojrzał na nią. Obejrzała się, uśmiechnęła i skinęła zachęcająco.

Wzruszył ramionami i podążył za nią. Pokonywanie tych głazów pochłonęło całą jego uwagę. Kiedy dotarł do wąskiego kawałka gruntu pokrytego kamykami, uniósł głowę i zobaczył uśmiech Emerahl. Wtedy dopiero przekonał się, co odkryła. Za wodospadem była grota.

Kobieta weszła do środka. Czując lekkie zaciekawienie, podążył za nią. Jaskinia ociekała wilgocią i była większa, niż się spodziewał. Tylne ściany skrywała ciemność.

Obejrzał się i zerknął na kurtynę wody.

Ten stały, niezmienny ruch był wręcz hipnotyczny.

- Mirarze.

Oderwał wzrok, odwrócił się i zobaczył, że Emerahl spogląda na niego przez ramię. Stworzyła światło i teraz zrozumiał, że jego pierwsze wrażenie było błędne. Jaskinia nie miała tylnej ściany - to był początek tunelu.

Ciekawość narastała i pogłębiała się. Stanął obok kobiety.

- Znasz to miejsce? - spytał.

- Byłam tu kiedyś.

- Czy to jest nasz cel?

- Być może. A może tylko dobre miejsce, żeby zatrzymać się na noc. A teraz żadnych więcej pytań.

Ostatnie słowa zabrzmiały stanowczo. Uśmiechnął się rozbawiony i ruszył obok niej, gdy wstąpiła do tunelu.

Z przyzwyczajenia liczył kroki - przeszli trzysta, nim dotarli do wielkiej groty. Plecy Emerahl zdradzały napięcie, gdy zmierzała w stronę środka. Zwolniła... Zdawało się, że czegoś nasłuchuje.

Po chwili uśmiechnęła się. Ale nie przyspieszyła. W równym tempie maszerowała naprzód.

A kiedy stanęła pośrodku groty, odwróciła się do niego.

- Wyczuwasz to?

Zmarszczył czoło.

- Co wyczuwam?

Wzięła go za rękę, pociągnęła wstecz jakieś dziesięć kroków i znów się zatrzymała.

- Spróbuj użyć któregoś ze swoich Darów. Zrób światło, jak moje.

Sięgnął po magię, ale nic nie nadeszło. Spróbował znowu, też bez powodzenia. Zaskoczony spojrzał na Emerahl.

- Co...?

- Tu jest pustka. Miejsce w świecie, gdzie nie ma magii.

- Ale jak to możliwe?

- Nie wiem.

Położyła mu dłoń na ramieniu i delikatnie pchnęła go do środka komory. Ustąpił niechętnie. Spojrzał w górę i zauważył, że jej iskra wciąż płynie nad nimi.

- Więc jak ty to robisz?

- Ściągnęłam magię dla światła, zanim weszliśmy w pustkę - wyjaśniła. - A teraz spróbuj znowu.

Sięgnął po magię i poczuł, że napływa. Skierował ją na zewnątrz, by wykreowała światło.

- Dobrze. - Emerahl kiwnęła głową. - Wciąż jest tak samo. W samym środku jest magia, ale otoczona pierścieniem pustki. Bogowie, którzy są istotami magicznymi, nie mogą tej pustki przekroczyć, więc nie mogą zobaczyć, że tu jesteś. Chyba że spojrzą oczami kogoś, kto jest poza nią.

Wolno zatoczył krąg. Teraz, kiedy zwróciła mu uwagę na tę anomalię, łatwiej ją wyczuwał. Skierował kroki na drugą stronę.

- Nie wychodź! - ostrzegła go. - Wracaj. Teraz, kiedy już wiesz, czym jest to miejsce, nie możesz go opuścić. Jeśli bogowie obserwują, mogą odczytać twój umysł i... i...

Niepokój pokrył zmarszczkami jej czoło. Wrócił do niej.

- Jeśli widzieli, jak przybywam, to i tak wiedzą, gdzie jestem.

Spoglądała na niego niespokojnie.

- Myślisz, że faktycznie cię obserwują?

Skrzywił się i odwrócił.

- Możliwe. Sam nie wiem.

- I tak nie możesz stąd odejść. Jeśli nie wiedzą, czym jest to miejsce, wolałabym, żeby się nie dowiedzieli.

- Chcesz mnie tu trzymać na zawsze?

Pokręciła głową.

- Tylko tak długo ile trzeba, żebym nauczyła cię ukrywać przed nimi swe myśli.

Przyjrzał się jej w zadumie. Dawno temu opanował tę sztukę, a potem zapomniał o niej, kiedy stracił pamięć. Trudno było nauczyć się tego ponownie bez pomocy kogoś, kto wykrywa myśli lub emocje. Więc teraz był dobry moment, aby spróbować.

- A potem?

Wzruszyła ramionami.

- Nie wiem. Prosiłeś, żebym zabrała cię stamtąd. Nie mówiłeś dlaczego ani dokąd. Odgadłam, że szukasz bezpiecznej kryjówki, więc zabrałam cię do najbezpieczniejszego miejsca, jakie znam. - Uśmiechnęła się krzywo. - Domyślam się także, że musisz uporządkować parę rzeczy w umyśle. Jeśli chcesz, abym ci w tym pomogła, zrobię, co tylko zdołam.

Rozejrzał się po grocie. Nie była to przytulna chata pośrodku lasu, na jaką liczył, ale pustka wynagradzała te braki. Musi wystarczyć. Zsunął z ramion paski plecaka i zrzucił go na twarde kamienne podłoże.

- W takim razie lepiej zacznijmy się tu urządzać.

4

Była noc. Zawsze była noc.

Niesamowity blask zawisł nad ziemią. Nie widziała jego źródła, ale twarze w tym świetle wyglądały jeszcze bardziej upiornie.

Trup leżał na jej ścieżce. Przestąpiła nad nim i poszła dalej.

Szukam czegoś. Ale czego? zastanawiała się intensywnie. Wyjścia. Końca pola bitwy. Ucieczki. Ponieważ...

Jakiś dostrzeżony kątem oka ruch sprawił, że serce ze zgrozy zabiło jej jak szalone. Nie chciała patrzeć, ale nie mogła się powstrzymać. Wszystko pozostawało nieruchome.

Kolejne ciało zablokowało jej drogę: kapłan. Górna część tułowia i głowa były poczerniałe i spalone. Przestąpiła nad nim z wahaniem.

Nie patrz w dół...

Coś poruszyło się na ścieżce i oczy spojrzały odruchowo. Kapłan wpatrywał się w nią, a ona zamarła ze zgrozy. Potem wyszczerzył zęby i zanim zdążyła się cofnąć, poczerniała ręka chwyciła ją za kostkę.

:Ałaja!

Podskoczyła, słysząc w myślach ten naglący, nieoczekiwany krzyk. I nagle znów patrzyła na sufit własnej sypialni. Serce waliło jej jak młotem. Skóra wydawała się rozgrzana i wilgotna od potu, żołądek zaciśnięty.

:Straszy Ałaja?

Małe zwierzątko wskoczyło na łóżko. Księżyc świecił z tyłu, więc mogła dostrzec puszysty ogon i drgające z niepokoju małe uszka veeza.

- Figiel - szepnęła.

- Ałaja boi?

Podciągnęła się na łokciach.

- To tylko sen. Już minął.

Nie miała pojęcia, czy to zrozumiał, czy nie. Czy veezy rozumieją pojęcie snu? Widziała, jak mruczy coś i drży we śnie, więc prawdopodobnie śnił. Ale czy to pamiętał? Czy rozumiał, że sny nie są rzeczywiste? Tego się nawet nie domyślała.

Przebiegł po łóżku i zwinął się w kłębek przy jej nogach. Nacisk małego ciała niósł ulgę. Położyła się na plecach, spojrzała w sufit i westchnęła.

Jak długo jeszcze będą mnie dręczyć te koszmary? Miesiące? Lata?

Czuła się trochę rozczarowana sobą i bogami. Z pewnością fakt bycia Białą nie gwarantował spokoju od złych snów, będących skutkiem wojny w obronie Ithanii Północnej i wszystkich cyrklian. Wprawdzie Dary, które otrzymała, chroniły ją przed starzeniem się i ranami, ale chyba nie było wśród nich osłony od koszmarów. Jednak bogowie na pewno nie planowali, by tak cierpiała.

Tkacze snów mogliby mi pomóc.

Westchnęła znowu. Tkacze snów. To była sprawa, która budziła w niej wyrzuty sumienia. Wiedziała, że postępuje słusznie, próbując zmniejszyć wpływ tkaczy na ludzi. W tym celu miała zachęcać kapłanów i kapłanki, aby uczyli się od nich sztuki uzdrawiania. Chciała ratować dusze tych, którzy odwróciliby się od bogów. Tyle że wydawało się to zbyt... zbyt podstępne.

Po spotkaniu w Ołtarzu postanowiła, że lepiej sprawdzi, czy któryś z uzdrowicieli spośród kapłanów zechce pracować z tkaczami snów, a dopiero potem omówi plan z doradcą Raeli. Tłumaczyła sobie, że działa efektywnie. Przy okazji mogła też spytać, czy ktoś zechce wyruszyć do Si, ale wiedziała, że po prostu odsuwa w czasie moment, kiedy będzie musiała uciec się do podstępu.

Zgłosiło się kilku ochotników. Spodziewała się większego entuzjazmu w sprawie wyjazdu do Si, ale była też przyjemnie zaskoczona liczbą kapłanów i kapłanek zainteresowanych pracą z tkaczami snów. To, co widzieli po bitwie, nauczyło ich pokory i zaimponowało im. Wielu chciało się uczyć od tkaczy - choć dla części motywem była raczej determinacja, by dorównać i przewyższyć pogan w wiedzy i umiejętnościach, niż jakikolwiek szacunek dla tego kultu.

Odsunęła rozmowę z Raeli jeszcze dalej, szukając odpowiedniego miejsca, w którym mogliby pracować - najlepiej tam, gdzie ani tkacze snów, ani cyrklianie nie mają przewagi wpływów. Znalazła nieużywany skład niedaleko portu, w pobliżu biedniejszych dzielnic miasta. Musiała tylko dopilnować, aby został oczyszczony, odpowiednio wyposażony i umeblowany. A potem jakoś go nazwać.

Wcześniej jednak musiała uzyskać zgodę tkaczy snów. Nie mogła dłużej tego odkładać, więc umówiła się na spotkanie z Raeli.

Przewróciła się na bok. Była teraz całkiem rozbudzona i nie wierzyła, że w ciągu najbliższych godzin zdoła zasnąć. Serce nie biło już tak mocno, lecz wciąż odrobinę za szybko.

Przypomniała sobie pytanie, które zadała Juranowi: "Co z całym zakresem zdolności leczenia umysłu, z łączami umys­łu, połączeniami snów?". Wyraźnie nie podobało mu się, by kapłani i kapłanki uczyli się tych sztuk, jeśli jednak cyrklianie mają zastąpić tkaczy, muszą opanować także te pogańskie praktyki.

Westchnęła. Koszmary, które ją dręczyły, były dowodem, że nie powinni rezygnować z umiejętności leczenia snów. Doskonale rozumiała, dlaczego ludzie szukają pomocy tkaczy, by pozbyć się tego rodzaju koszmarów.

Być może ja także powinnam się zwrócić do tkaczy snów. Powinnam przekonać ludzi, że są nieszkodliwi... A co zadziała lepiej niż to, że sama skorzystam z sennego leczenia?

Nie wyobrażała sobie, aby Juran udzielił Białej zgody na wpuszczenie do swego umysłu tkacza snów. A nawet na to, by zwyczajny kapłan badał jej myśli i odkrywał tajemnice.

Może gdyby obserwowała umysł tkacza, leczącego złe sny jakiejś innej osoby, nauczyłaby się to robić... Może potrafiłaby przekazać wiedzę komuś z Białych... a oni z kolei...

Myśli zaczęły odpływać. Mówiła coś do Mairae, ale to były jakieś nonsensy. Inni Biali śmiali się tylko i powtarzali, że niczego nie rozumieją. Zniechęcona Auraya wyszła przez okno, aby odlecieć, ale nie całkiem panowała nad swymi ruchami. Wiatr szarpał ją na boki. Zdryfowała w chmurę i otoczyła ją chłodna biel.

Z tej bieli wynurzyła się jaśniejąca postać. Auraya poczuła, że ciężar spada jej z serca. Chaia zbliżył się z uśmiechem. Jego twarz była tak wyraźna... Widziała każdą rzęsę.

Moje sny nigdy nie były tak szczegółowe...

Pochylił się, aby ją pocałować.

...ani tak interesujące.

Ich wargi się spotkały. Nie było to niewinne braterskie muśnięcie magii. Czuła ten dotyk, jakby był rzeczywisty.

I nagle znowu siedziała na łóżku oparta na łokciach. Serce jej biło, ale tym razem nie ze strachu. Resztki euforii odpłynęły, pozostawiając niepokój.

O czym ja myślę? Bogowie, mam nadzieję, że Chaia mi się nie przyglądał.

Spróbowała zapanować nad myślami. To nie było świadome, to tylko sen. Nie mogła przecież kontrolować snów. Ach, gdyby tak mogła!

Położyła się ponownie i pogłaskała Figla, który zapiszczał cicho, czując jej dotyk.

Sen, powtórzyła sobie. Z pewnością Chaia nie byłby tym urażony.

Ale i tak minęło sporo czasu, nim znów zasnęła.

Niełatwo było zachować przytomność. Imi patrzyła w sufit, śledząc znaki pozostawione setki lat temu przez narzędzia rzeźbiarzy.

Z drugiej strony pokoju napłynęło ciche chrapnięcie.

Nareszcie!

Uśmiechnęła się i z wolna zaczęła wysuwać z basenu. Do obowiązków Teiti należało czuwanie przy niej w nocy, na wypadek gdyby zachorowała lub wzywała pomocy. Zasłony dzielące pokój dawały Imi trochę prywatności, ale nie blokowały dźwięków.

Zatroszczyła się o to lata temu. Dyskretnie poskarżyła się ojcu na chrapanie ciotki i zaproponowała zbudowanie ścian wokół basenu, w którym sypiała opiekunka. Zgodził się. Tylko dlatego, jak podejrzewała, że Teiti była pierwszą opiekunką, którą Imi polubiła. Nie chciał szukać nowej.

Wokół basenu ciotki wzniesiono wygiętą pojedynczą ścianę, niesięgającą jednak ścian pokoju. Imi tłumaczyła ojcu, że miała nadzieję na zupełnie osobne pomieszczenie, łącznie z drzwiami, ale on uśmiechnął się tylko i zapytał, jak Teiti miałaby usłyszeć wezwanie pomocy, gdyby była kompletnie odcięta.

Imi przekonała się jednak, że zakrzywiona ściana tłumi hałas wystarczająco, żeby mogła się poruszać, nie budząc ciotki. Co zabawne, Teiti wtedy jeszcze nie chrapała. Dopiero od niedawna pojawił się u niej taki nawyk. Teraz Imi miała dwa powody, aby być wdzięczna za tę ścianę.

Strzepnęła ze skóry kropelki wilgoci, a potem zatrzymała się, nasłuchując chrapania Teiti. Wcześniej tego dnia wysłała ciotkę z kilkoma zleceniami - zadaniami, które mogła wykonać wyłącznie opiekunka księżniczki. Chciała ją zmęczyć, i zgodnie z jej przewidywaniami, ciotka postanowiła położyć się wcześniej i szybko zapadła w głęboki sen.

Teiti wciąż cicho pochrapywała. Imi podeszła do rzeźby na ścianie, znalazła rygiel, chwyciła mocno i ostrożnie przesunęła na bok. Cały panel uchylił się na zewnątrz niczym drzwi, odsłaniając otwór w murze.

Na podłodze pod panelem leżała dość duża skrzynka. Imi weszła na nią, a potem wspięła się do otworu. Spojrzała za siebie, połączone błoną pławną palce stopy wsunęła w pętle zasuwki na panelu i go zamknęła.

W tunelu było całkiem ciemno. Imi czołgała się do przodu, a brak światła nie niepokoił jej tak bardzo, jak ciasnota. Sporo urosła w ciągu ostatniego roku. Wkrótce trudno będzie się jej zmieścić w tej wąskiej przestrzeni.

Kiedy odgłos jej własnego oddechu zmienił się subtelnie, wiedziała, że zbliża się do końca. Wyciągnęła rękę i dotknęła twardej powierzchni. Przesuwając po niej palcami, odnalazła zasuwkę i otworzyła.

Klapa stała się widoczna, gdy nieco się uchyliła, wpuszczając blade światło. Imi czołgała się dalej, aż wysunęła głowę. Wokół siebie widziała teraz wnętrze drewnianej szafy.

Znieruchomiała, nasłuchując, a potem wysunęła się jeszcze trochę, by przyłożyć oko do szczeliny w drzwiach szafy. Wąski pokój przed nią był pusty i pogrążony w półmroku... Imi chwyciła ramę klapy i wysunęła się z tunelu, po czym otworzyła szafę i wyszła na zewnątrz.

Podeszła prosto do drzwi pokoju i wyjrzała przez niewielki wizjer w samym środku. Był dość wysoko i dopiero od niedawna mogła do niego dosięgnąć. Wcześniej musiała uchylać trochę drzwi, aby sprawdzić, co się dzieje na zewnątrz.

Korytarz za drzwiami był pusty. Zadowolona, odwróciła się w stronę pokoju. Ściany pokrywała cała masa rur, a ich końce wygięte były do wewnątrz i uformowane w kształt uszu. Ojciec dawno temu mówił jej, że ma urządzenie pozwalające słyszeć rozmowy innych ludzi. Jednak nigdy nie zaprowadził jej do tego pomieszczenia. Znalazła je sama.

Ojciec pokazał jej jedynie otwór za rzeźbionym panelem w jej pokoju. Powiedział, że tam ma się ukryć, gdyby pałac zaatakowali źli ludzie. Nie wiedziała, czy bardziej obawiał się ataku ziemiochodzących, czy raczej złych Elai. Ziemiochodzący piraci, którzy w przeszłości napadali na Elai, nie mogli teraz wkroczyć do miasta. Nie potrafili wstrzymywać oddechów na czas dostatecznie długi, by przepłynąć podwodny tunel.

Gdyby ojciec nie chciał, aby odkryła pokój z rurami, pomyślała, to nie pokazywałby jej przejścia za panelem. Już od lat przychodziła tu co kilka tygodni, by podsłuchiwać rozmowy w pałacu i poza nim.

Dzięki temu urządzeniu dowiedziała się wielu rzeczy o różnych ważnych osobach, a także odkryła, że ludzie w innych częściach miasta prowadzili inny tryb życia. Czasami zazdrościła dzieciom, które słyszała. Czasami wcale nie.

Choć wiedziała, że ojciec korzysta z tego pokoju, nigdy jej tutaj nie przyłapał. Miała też szczęście, bo Teiti nigdy się nie obudziła i nie odkryła jej zniknięcia ani nie zobaczyła, jak Imi wsuwa się do otworu za panelem.

Podeszła do jednej z rur i przyłożyła do niej ucho. Szepczące głosy, jakie napłynęły, były ciche, ale wkrótce jej słuch się przystosował i zaczęła rozróżniać słowa.

- ...nie wyjdę za niego, mamo! Jest ponad dwadzieścia lat starszy ode mnie!

Był to głos jej kuzynki, Yiti. Imi zmarszczyła czoło. Czyżby wybrała nieodpowiednią rurę? Nie, stanowczo słuchała tej, która dochodziła z groty jubilerów. Znów przyłożyła ucho.

- Zrobisz to, co ci każe ojciec - odparła spokojnie kobieta. - Wyjdziesz za niego za mąż, urodzisz mu dzieci, a kiedy umrze ze starości, wciąż będziesz dość młoda, aby się bawić. A teraz popatrz na ten. Czyż nie jest piękny?

- Dość młoda? Będę starą wiedźmą! Kto mnie wtedy zechce?

- Nie będziesz starsza niż ja w tej chwili.

- No właśnie. Stara wiedźma i nic do...

Imi odsunęła się od rury. Wprawdzie współczuła Yiti, ale nie mogła spędzić na tym całej nocy. Jej kuzynka i ciotka pewnie odwiedziły grotę jubilerów, aby kupić coś na ślub.

Spróbowała najpierw tej rury, gdyż jaskinia jubilerów była miejscem, gdzie przychodzili kupcy, aby sprzedać swój towar. Istniała więc szansa, że będą rozmawiać o morskich dzwonkach.

A jednak ich tu nie było. Zastanowiła się, gdzie mogą przebywać. Może w domu? Przesunęła się do rury, która prowadziła do jednego z kupieckich domów, i zaczęła nasłuchiwać.

Ale ta rura przekazywała tylko ciszę. Sprawdziła jeszcze kilka, a nawet tę z głównego holu pałacu, i choć słyszała głosy członków rodzin albo służby, nie trafiła bezpośrednio na kupców.

Zniechęcona, zaczęła wybierać rury całkiem przypadkowo. Po wysłuchaniu niezliczonych urywków rozmów dobiegł ją śmiech, który brzmiał jak jednego z kupców. To był dobry śmiech - taki, jaki poprawia ludziom nastrój. A zatem był pewnie użyteczny dla kupca, uświadomiła sobie nagle. Chciał, żeby ludzie byli w dobrym nastroju, gdyż wówczas kupują rzeczy. Zauważyła to u ciotki. Jeśli podczas zakupów na targu Teiti była zirytowana lub nieszczęśliwa, niemal nie patrzyła na towary na straganach. Jeśli była wesoła, rosła szansa, że kupi Imi jakiś prezent.

- ...stawiasz?

- Tak. Dziesięć.

- Dwadzieścia.

- Dwadzieścia, co? Sprawdzam!

- A ty?

Westchnienie.

- Wypadam.

- Koniec? Tak? Pokazujemy.

Nastąpił tryumfalny chichot, potem jęk, a w końcu lekki stuk brzękających o siebie muszel corrie. Rozpoznała ­głosy kupców, których podsłuchiwała, oraz parę innych. Grali w kwad­raty, odgadła.

Przez kilka kolejnych rund rozmowy kupców ograniczały się do przebiegu gry. Potem zrobili sobie przerwę, aby coś przegryźć i napić się drai. Wtedy zaczęli rozmawiać o rodzinach. Czekała cierpliwie, aż zajmą się swoim fachem.

- Gili mówi, że trzy dni temu widział piratów z wyspy Xiti.

- Nie piratów - poprawił go szorstki głos. - Nurków.

Kilku kupców zaklęło.

- Wiedziałem, że nie powinniśmy czekać.

- To było ryzyko, które musieliśmy podjąć. Trzeba czasu, żeby morskie dzwonki urosły.

- Ale wystarczy o wiele mniej czasu, żeby ziemiochodzący je ukradli.

- Chudzi, bladoskórzy złodzieje!

Serce Imi zamarło na moment. A więc morskie dzwonki znajdowały się gdzieś w pobliżu wyspy Xiti...

- Ukradli? - Ten, który śmiał się tak wesoło, teraz parsknął ponuro. - To żadna kradzież, jeśli nikt nie jest właścicielem. A nikt nie jest właścicielem tego, czego nie może obronić. Nawet naszych własnych wysp nie możemy bronić.

- Huan stworzyła nas jako lud morza. Wszystkie skarby morza należą do nas.

- Więc dlaczego bogini nie ukarze tych nurków? Dlaczego nie ukarze piratów? Gdyby chciała, żebyśmy zdobywali wszystkie skarby oceanu, powstrzymałaby ziemiochodzących albo nam dała zdolność ich powstrzymania.

- Huan chce, abyśmy sami o siebie dbali.

- A niby skąd to wiesz?

- Albo planowała, aby sprawy tak się toczyły, albo popełniliśmy błąd.

Imi westchnęła z irytacją. Przestańcie gadać o bogach, pomyślała, a zacznijcie znowu o morskich dzwonkach!

Lecz rozmowa rozpadła się na dwie oddzielne dyskusje.

- Nie powinniśmy rezygnować z naszej wiedzy o metalurgii. Albo powinniśmy wymieniać nasze towary na miecze z kontynentu.

- ...samotnemu pływakowi może się udać to, co nie uda się grupie. Plon nie będzie wielki, ale lepsze to niż...

- A co by nam z tego przyszło? Przerdzewiałyby...

- ...niebezpieczne. A co jeśli...

- ...dbasz o nie właściwie. Musisz tylko...

- ...dobrze wyliczyć czas. Przy odpowiedniej pogodzie... trudniej widzieć poniżej...

- ...powierzchnię czymś, co zapobiega rdzy. Ziemiochodzący...

- ...nie będą nurkować przy złej pogodzie.

Imi zakręciło się w głowie z wysiłku rozszyfrowywania dwóch różnych rozmów. Kłopot w tym, że chciała usłyszeć obie. Rozmowa kupców o tym, jak samotny Elai może wpłynąć gdzieś i zebrać morskie dzwonki, była ekscytująca. Ale zaintrygowały ją także pomysły na handel z ziemiochodzącymi.

Jej uwagę zwróciło dalekie stukanie. Niechętnie odsunęła się od rury, a potem nagle serce zamarło jej z przerażenia, gdy zrozumiała, że słyszy zbliżające się kroki. Odskoczyła i błyskawicznie ukryła się w szafie. Zdążyła ją zamknąć za sobą, kiedy usłyszała otwierające się drzwi. Zamarła.

Zerkała przez szczelinę, czując dreszcz lęku, gdy rozpoznała szerokie ramiona mężczyzny, który podszedł do wylotów rur. Nie mogła też stłumić radosnego uśmiechu.

Jej ojciec nucił coś pod nosem. Była to nowa popularna melodia, którą wymyśliła Idi, piękna dyrygentka pałacowych śpiewaczek.

Ojciec pochylił się, nasłuchując przy rurze prowadzącej do jaskini śpiewaczek. Imi patrzyła, a serce biło jej mocno. Dzieliło ich tylko kilka kroków i drewniane drzwi szafy.

Po chwili wyprostował się, przygładził przepaskę biodrową i szybkim krokiem wyszedł z pokoju.

Odetchnęła z ulgą i odwróciła się. Chwyciła za ramę klapy i wciągnęła się do tunelu. Dopiero kiedy dotarła do drugiego końca, jej serce zaczęło bić spokojniej.

Cichutko wysunęła się z tajemnego przejścia, wcisnęła panel na miejsce i na palcach wróciła do swojego basenu. Bardzo ostrożnie, aby uniknąć plusku, wsunęła się do wody i poczuła wokół siebie przyjemny chłód.

Teraz wiem, gdzie są te morskie dzwonki, myślała. Muszę tylko znaleźć sposób, żeby wymknąć się Teiti i moim strażnikom i uciec z miasta. Zaledwie dwie drogi prowadzą na zewnątrz: schody do posterunku obserwacyjnego i Główne Jezioro. Wyruszyć sama czy lepiej kogoś posłać?

Dopiero następnego ranka zaczęła się zastanawiać, czemu jej ojciec podsłuchiwał, co się dzieje w jaskini śpiewaczek.

5

Stary magazyn pełen był egzotycznych aromatów. Zapachy drewnianych skrzyń i siana mieszały się z zapachami towarów, które w nich przewożono, przyprawionych słoną morską bryzą, docierającą tu z doków o kilka ulic dalej.

W jednej z sal wszystkie zapachy przytłaczał ostry odór barwnika hroomya, dającego intensywnie błękitny kolor. W drugiej dominowała przyjemna woń naoliwionej skóry. Kolejna sala była jak wyperfumowana, w innej poplamiona podłoga cuchnęła niczym tawerna. Magazynowano tu towary ze wszystkich krain Ithanii Północnej, z miejsc, których Auraya nigdy nie widziała.

Z zamyślenia wyrwało ją pukanie. Uświadomiła sobie, że zawędrowała daleko w głąb korytarza, więc zawróciła pospiesznie. Gdy dotarła do hali, gdzie były właściciel przyjmował klientów, zatrzymała się.

Czy jestem gotowa, aby to zrobić?

Odetchnęła głęboko i zmusiła się, aby podejść do frontowych drzwi.

Bardziej gotowa już nie będę, tłumaczyła sobie. Mogę tylko starać się maksymalnie ograniczyć te nieprzyjemne konsekwencje.

Wyprostowała się, podeszła do ciężkich drewnianych wrót, złapała za uchwyty i pociągnęła. Rozdzieliły się i odchyliły do wnętrza z należycie przenikliwym zgrzytem. Auraya uśmiechnęła­ się, widząc za nimi kobietę w stroju tkaczy snów.

Raeli, doradca Białych, spojrzała na nią podejrzliwie. Nigdy nie próbowała ukryć swojej nieufności do Białych, ale zawsze była skłonna do współpracy. Auraya odczytała z jej umysłu, że to spotkanie, w tym dziwnym miejscu, wzbudziło zarówno ciekawość, jak i czujność.

- Wejdź, tkaczko snów Raeli.

- Dziękuję, Aurayo z Białych - odparła Raeli i weszła do wnętrza.

Rozejrzała się nerwowo, badając wzrokiem halę magazynową i prowadzący w głąb korytarz.

- Dlaczego kazałaś mi tu przyjść?

Auraya zaśmiała się.

- Przechodzisz od razu do sedna i to mi się u ciebie podoba.

Skinęła na Raeli, a potem, nie sprawdzając, czy za nią idzie, ruszyła wolno korytarzem.

- Jarime to wielkie miasto i ciągle rośnie. Do tej pory, gdy ktoś potrzebował pomocy cyrkliańskich uzdrowicieli, musiał odwiedzić świątynię lub posłać kogoś, by sprowadził kapłana. - Zerknęła przez ramię i z satysfakcją stwierdziła, że Raeli podąża za nią. Zwolniła, by tkaczka snów mogła ją dogonić, a potem wskazała gestem puste sale. - Dla niektórych to bardzo długa podróż. Aby zaradzić tym kłopotom, chcemy zmienić to miejsce w szpital.

Raeli rozważyła te wieści. Dobry pomysł, uznała. Już czas, żeby cyrklianie lepiej zaopiekowali się biedakami w tej dzielnicy. Lecz odległość do świątyni to kłopot, który skłania niektórych, by prosić o pomoc nas, tkaczy snów. Czy cyrklianie próbują odebrać nam klientów? Dlaczego Auraya zaprosiła mnie tutaj, żeby mi to powiedzieć? Jej plany muszą jakoś obejmować tkaczy...

I Raeli natychmiast ogarnęły podejrzenia.

- Czego od nas chcesz? - zapytała.

Auraya zatrzymała się przy wejściu do sali pachnącej skórą i odwróciła się do tkaczki.

- Chcę zaprosić twój lud, aby się do nas przyłączył. Tkacze snów i kapłani uzdrowiciele mogliby pracować razem. Powiedziałabym, że po raz pierwszy, ale już się to zdarzyło.

- Kiedy? - Raeli zmarszczyła brwi.

- Po bitwie.

­Tkaczka snów wpatrywała się w Aurayę. A więc przyznają, że byliśmy użyteczni, pomyślała. Byłoby miło, gdyby nam podziękowali albo gdybyśmy w ogóle mogli liczyć na jakieś uznanie za naszą pracę. Ale przypuszczam, że to właśnie jest uznanie.

Jej sceptycyzm osłabł na moment, gdy poczuła niewielki przypływ nadziei.

Auraya odwróciła wzrok.

- Oczywiście, być może nic z tego nie wyjdzie. Kilku kapłanów uzdrowicieli zgłosiło się do pracy z wami, ale może się okazać, że są mniej tolerancyjni i otwarci, niż im się wydaje. Chorzy, którzy tu przyjdą, mogą nie przyjąć waszej pomocy. Wątpię, czy w ciągu kilku tygodni, miesięcy, a nawet lat uda nam się przezwyciężyć stulecie uprzedzeń. Ale... - Wzruszyła ramionami. - Możemy tylko próbować.

Marszcząc nos od unoszącego się zapachu, tkaczka snów przeszła do sali naprzeciwko.

- Nie mogę odpowiadać w imieniu całego mojego ludu. Taką decyzję muszą podjąć Starsi.

- Oczywiście.

Raeli obejrzała się.

- Trzeba będzie solidnie wyczyścić to miejsce.

Auraya uśmiechnęła się z żalem.

- Niektóre sale bardziej niż inne. Chcesz się trochę roze­jrzeć? - Wyczytała odpowiedź w jej myślach. - Więc chodźmy, pokażę ci wszystko i powiem, co chcę przerobić. Chętnie wysłucham twojej opinii na temat systemu doprowadzania wody.

Tym razem kiedy szły dalej korytarzem, Raeli maszerowała obok. Auraya opisywała jej, jak zimna i ogrzana woda popłynie rurami przez budynek. Każde pomieszczenie będzie zaopatrzone w ściek, aby pozwolić na łatwe zmywanie. Będą tu sale do przeprowadzania operacji chirurgicznych, magazyny na leki i narzędzia. Cichym spokojnym głosem Raeli udzielała prostych rad i często myślała o starszych, bardziej doświadczonych tkaczach snów, którzy lepiej się na tym znali.

Kiedy obejrzały już wszystkie pomieszczenia, wróciły do głównej hali. Raeli była milcząca i zamyślona - wspominała, jak to zawsze śmiała się ze swego tytułu doradcy, bo nie wierzyła, żeby Biali kiedykolwiek słuchali jej rad. I nagle spojrzała na Aurayę.

- Miałaś wiadomości od Leiarda? - spytała.

To pytanie wstrząsnęło Aurayą. Spojrzała zdziwiona na tkaczkę.

- Nie - zmusiła się do odpowiedzi. - A ty?

Raeli pokręciła głową. Przeglądając jej myśli, Auraya zrozumiała, że Leiard zniknął nie tylko z jej życia. Od bitwy nie widział go żaden z tkaczy snów. Starsza tkaczy Arleej niepokoiła się i prosiła wszystkich, by dali jej znać, gdyby go spotkali.

Poczuła niepokój i wyrzuty sumienia. Porzucił wszystko i wszystkich z lęku, że Juran albo bogowie ukarzą go za to, że ośmielił się być jej kochankiem? A może po prostu był posłuszny rozkazom Jurana? Ale przywódca Białych twierdził, że nakazał Leiardowi odejść, a nie całkowicie zniknąć.

Ruszyła w stronę korytarza, a za nią Raeli.

Nie nakazał też Leiardowi spać z ladacznicą, przypomniała sobie. Musiał wiedzieć, że odczytam to z jego myśli przy następnym spotkaniu, kiedykolwiek nastąpi, i że odkryję jego niewierność.

Uznał jednak, że romans dobiegł końca. Więc tak naprawdę nie był nielojalny, tłumaczyła sobie. Chociaż... Byłoby to może wybaczalne, gdybyśmy się nie widzieli od dłuższego czasu, ale przecież rozstaliśmy się dzień wcześniej... Stłumiła ­westchnienie. Przestań o tym myśleć, rozkazała sobie. To do niczego nie prowadzi.

Otwarła drzwi i wyszła na światło słońca. Przed budynkiem czekały dwa platteny: wynajęty, który przywiózł tu Raeli, oraz złocisto-biały, którym podróżowała Auraya. Spojrzała na tkaczkę snów.

- Dziękuję, że przybyłaś, doradco Raeli.

Tkaczka skłoniła lekko głowę.

- To była przyjemność, Aurayo z Białych. Przekażę twoją propozycję tkaczce snów Arleej.

Auraya kiwnęła głową. Patrzyła, jak Raeli wsiada do swego plattenu. Gdy ruszył, przyszedł jej na myśl pewien odgłos: skrzypienie sprężyny, kiedy napinało się pułapkę na grubego zwierza. Jestem jak łowca, myślała. Wiem, że dla dobra innych muszę zastawiać pułapki, ale wcale mi się to nie podoba.

Trzymając wiadro pod wodospadem, Emerahl czekała, aż się napełni. Chociaż tylko dotykało strumienia wody, prąd był tak silny, że bolały ją mięśnie.

Ostatnie kilka dni poświęciła, by zmienić grotę w wygodniejsze lokum. Przewróciła niewielkie drzewo, pocięła je i z drewna zbudowała dwa proste łóżka i parawan, za którym ona i Mirar mogli znaleźć trochę prywatności. Postawiła tam kubły wycięte z kawałków pnia; w takich samych trzymała też wodę do picia.

Ponieważ Mirar musiał pozostawać w kręgu pustki, chodzenie po wodę i zdobywanie pożywienia spadło na nią. Ale jej to nie przeszkadzało. Las był obfitą spiżarnią, pełną jadalnych roślin, zwierząt i grzybów. Od ostatniego razu, kiedy tu była, niewiele się zmieniło. Oczywiście, bez magii i setek lat nagromadzonej wiedzy, życie byłoby trudniejsze. I bardziej niebezpieczne.

W lesie było tyleż roślin trujących, co jadalnych. Zauważyła kilka przepięknych jadowitych owadów, ale kryły się w zakamarkach i otworach, w które tylko dureń wsadziłby rękę. Większe drapieżne zwierzęta, jak leramery czy vorny, mogłyby sprawić kłopoty, gdyby nie dysponowała magią, by je odstraszać. Uważała jednak na zwodnicze działanie sennorośli, która nadawała telepatyczne wezwanie, aby kusić zwierzęta wypoczynkiem na łożu miękkich liści, a jednocześnie oplatała je gałęziami w uchwycie, który dławił i rozczłonkowywał. Dawno temu poznała hodowcę, który zrobił majątek, sprzedając słabszą, karłowatą odmianę tej rośliny możnym tego świata, mającym kłopoty z zasypianiem.

Kubeł był pełny. Mocno chwyciła szorstki uchwyt z powroza i schyliła się po drugie wiadro. Tam trzymała plon popołudniowej wyprawy. Kołysząc się lekko, ruszyła do tunelu.

Wchodząc do groty, zobaczyła, że Mirar leży na swoim posłaniu i wpatruje się w wysokie sklepienie. Otaczała go aura melancholii. Odwrócił głowę, zauważył Emerahl, a potem usiadł powoli.

- Kolacja - powiedziała, gdy stanęła obok.

Milczał. Postawiła oba kubły i spojrzała na duży gładki głaz, który wtoczyła do groty dwa dni temu. To, co było naturalnym, płytkim zagłębieniem w kamieniu, teraz wyraźnie się pogłębiło.

- Dziękuję.

Spojrzał na nią, ale nic nie powiedział.

To Leiard sprawuje kontrolę, uznała. Ale nie melancholia jej to zdradziła - Mirar też miał skłonności do smętnych nastrojów. Jednak kiedy się pojawiła, pewnie rzuciłby jakiś żart czy komentarz. Z nich dwóch był o wiele bardziej gadatliwy.

Nalała wody do otworu w głazie i zaczęła drzeć listki na strzępki.

- Chyba nie zamierzasz tego gotować, co?

Uniosła głowę i zobaczyła, że z powątpiewaniem przygląda się grzybom.

- Nie. - Uśmiechnęła się. - Później je wysuszę. Do mojego nowego zbioru.

- Zbioru czego?

- Leków. Różnych środków. Rozrywek.

- Aha. - Uniósł brwi.

Wyczuła zastanowienie, a potem dezaprobatę. Ta ostatnia, jak odgadła, pojawiła się wraz ze zrozumieniem, co miała na myśli, mówiąc o "rozrywkach".

Rozmowa z Leiardem była jak nieustanne przypominanie starcowi informacji, których zapomniał. Nic dziwnego, że słuchając jej odpowiedzi, równocześnie sięgał do wspomnień Mirara na jej temat. Dowiedział się, że czasami pracowała jako uzdrowicielka, a czasami sprzedawała wywary dla uciech bogatej szlachty.

Miał niekiedy skłonność do nazbyt pochopnych sądów.

Niełatwo było z nim rozmawiać. Nie potrafił odpowiedzieć na pytania, które zwykle zadawała, kiedy chciała kogoś poznać. Pytania takie jak: Od jak dawna jesteś tkaczem snów? Gdzie się urodziłeś? Rodzice? Rodzeństwo?

Powstrzymywała ją też niechęć do przyznania, że jest rzeczywistą osobą. Wydawał się aberracją, osobowością, która jakoś została wszczepiona Mirarowi. Wprawdzie Mirar nie pamiętał, jak i dlaczego to się stało albo czy zgodził się na wszczepienie, czy nie, ale teraz wyraźnie nie był zadowolony z sytuacji. Martwiła się, że przez rozmowy z Leiardem może wzmocnić jego poczucie tożsamości, a zatem zwiększyć przewagę nad Mirarem. Wątpiła jednak, że Leiard odejdzie, nawet jeśli będzie go ignorować.

A może powinnam rozmawiać z nim tak, żeby go osłabiać? Mogę spróbować budzić w nim zwątpienie co do własnej osoby. Dzięki temu może Mirar odzyska pełną kontrolę.

Ale jeśli się myliła? Jeśli to Leiard jest prawdziwy, a Mirar to tylko resztka wspomnień łącza - jak uważał Leiard? Czy istniała metoda sprawdzenia, kto jest rzeczywistym właścicielem tego ciała?

Przerwała pracę i spojrzała w kamienne zagłębienie wypełnione wodą. W jej powierzchni odbijała się twarz Mirara, lecz jej wyraz należał do kogoś innego.

Mirar jest Dzikim, ma dar, którego nie posiada żaden zwykły czarownik. Ma zdolność powstrzymywania starzenia swego ciała. Potrafi perfekcyjnie uzdrawiać, bez żadnych blizn. Jeśli nadal umie robić takie rzeczy, to jest Mirarem.

Mogłaby go wypróbować. Wystarczyłoby kilka doświadczeń, aby sprawdzić, czy jest Dzikim.

Chyba że i Leiard nim jest.

Pokręciła głową. Choć nie niemożliwe, byłoby to chyba zbyt nieprawdopodobnym przypadkiem. Jaka jest szansa, że urodzi się nowy Dziki, który wygląda dokładnie jak Mirar?

Chyba... Chyba że nie urodził się, wyglądając jak Mirar, ale kiedy zyskał tak wiele wspomnień łącza, że nie był już pewien swojej tożsamości, podświadomie zaczął zmieniać wygląd. Mirar powiedział jej, że dwa lata temu wyglądał inaczej.

Zadrżała na tę myśl. Pozwolić, by własna osobowość powoli przemieniała się pod wpływem cudzej, i to do tego stopnia...

A jednocześnie odczuwała egoistyczną radość. Czy naprawdę tak bardzo się martwiła, że ktoś, kogo nie znała, straci tożsamość, jeśli w ten sposób ona odzyska Mirara?

Jestem złą, bardzo złą kobietą, pomyślała.

Wyjęła z kubła grzyby i odłożyła je na bok. Na dnie wiadra, w głębokiej na palec wodzie, leżało kilka ­słodkowodnych shrimmi. Ich czułki wciąż się jeszcze lekko poruszały. Ściągnęła odrobinę magii i podgrzała wodę w kamiennym zagłębieniu. Kiedy już wrzała, chwyciła shrimmi i cisnęła je do wrzątku, dwa naraz. Krzyknęły piskliwie, umierając, ale i tak była to szybsza śmierć, niż pozwolić, by z wolna udusiły się na powietrzu.

Leiard drgnął lekko, a potem pochylił się. Wyczuła nagłą poprawę jego nastroju. A kiedy spojrzał i uśmiechnął się do niej, wiedziała, że powrócił Mirar.

- Mhm. Kolacja wygląda nieźle. Co mamy na deser?

- Nic.

Skrzywił się.

- Siedzę tu i przez cały dzień tyram przy garach, a ty nie potrafiłaś znaleźć dla mnie jakiegoś owocu czy odrobiny miodu?

- Mogłam przynieść trochę ognistych jagód. Słyszałam, że są całkiem słodkie, na języku.

Wykrzywił się.

- Nie, dziękuję. Wolę być błogo nieświadomy moich wnętrzności i ich działania.

Wyjęła shrimmi z wody i wsypała pokruszone liście. Zmiękły szybko. Kiedy uznała, że są już gotowe, sięgnęła po dwa drewniane talerze i rozdzieliła posiłek. Ze stojących obok słojów wyjęła trochę soli i garść smażonych orzechów; posypała nimi jarzyny, przyprawiając mdłe, ale pożywne danie.

Mirar wziął talerz i jadł ze swym zwykłym entuzjazmem. Ten jeden odruch okazywał też Leiard. Obaj doceniali jedzenie. Emerahl uśmiechnęła się lekko. Człowiek, który nie cieszył się dobrym jedzeniem, musiał mieć jakieś braki charakteru.

- Co jeszcze robiłeś, kiedy mnie nie było? - spytała.

Wzruszył ramionami.

- Myślałem. Rozmawiałem ze sobą. - Zmarszczył nos. - Kłóciłem się ze sobą.

- Och? I kto wygrał?

- Chyba ja.

- A o co się kłóciłeś?

Obrał shrimmi i wrzucił skorupkę do kubła.

- Kto jest właścicielem tego ciała.

- Do czego doszliście?

- Że ja. - Spojrzał na siebie. - Rozpoznaję je. Ty mnie rozpoznajesz. A zatem musi być moje.

Uśmiechnęła się.

- Wydawało mi się, że wpadłam na pomysł, jak tego dowieść. Gdybyś potrafił wykazać, że jesteś Dzikim, wiedziałbyś, że ciało jest twoje.

Zaśmiał się.

- Ale?

- Ale może Leiard jest nowym Dzikim? Jeśli został zakażony twoimi wspomnieniami łącza, a ty używałeś jego mocy, by zmienić ciało i uczynić je podobnym do twojego?

- Zakażony? - Zrobił urażoną minę. - To niezbyt pochlebne określenie.

- Nie - zgodziła się. Przez chwilę patrzyła mu w oczy.

Odwrócił wzrok.

- To możliwe. Nie wiem. Chciałbym pamiętać.

Wyczuła jego zniechęcenie i ogarnęło ją współczucie. A potem pojawił się nowy pomysł.

- Pamięć. Może ona jest kluczem. Aby wiedzieć, kim jesteś naprawdę, musisz odzyskać wspomnienia.

Mirar zaniepokoił się.

- Jeśli jestem manifestacją wspomnień łącza, nie ma nic do odzyskiwania.

Wstała i zaczęła krążyć po jaskini.

- Tak, ale jeśli nie jesteś, to będziesz miał wspomnienia, których nie mógłby mieć Leiard.

- Na przykład?

Nabrała tchu.

- Ten sen o wieży. Przypuszczam, że to wspomnienie twojej śmierci.

- Sen o śmierci, który dowodzi, że żyję? - Uśmiechnął się drwiąco. - Niby jak z tego wynika, że to moje ciało? To przecież może być następne wspomnienie łącza. Mogłem myślowo nadać to doświadczenie, ktoś je odebrał i przekazał innym, a ci inni Leiardowi.

- Ale ani ty, ani Leiard nie pamiętacie, żebyście mieli ten sen.

- Nie. - Zastanowił się. - A jednak wierzysz, że to ja jestem źródłem...

Usiadła.

- Sen stawał się coraz silniejszy, im bliżej byłam ciebie. Teraz jesteśmy bardzo daleko od innych ludzi, a jednak wciąż jest bardzo silny. I śni mi się tylko wtedy, gdy ty także za­sypiasz.

- Jak mogę nadawać sen, o którym nie wiem, że go śnię? - zapytał.

Lecz z jego tonu wiedziała, że odgadł już odpowiedź. W końcu dobrze się znał na materii snów.

- Nie zawsze pamiętamy nasze sny - przypomniała mu. - A to jest sen, którego może nie chcesz pamiętać.

- Więc jeśli zmuszę się, aby go pamiętać, to może będę mógł przypomnieć sobie inne rzeczy. Na przykład dlaczego w mojej głowie jest inna osoba.

- To nie powinno być takie trudne dla założyciela sekty tkaczy snów.

Zachichotał.

- Muszę zadbać o swoją reputację.

- Owszem. - Wytrzymała jego spojrzenie. - Reputację, która nie ucierpiała przez ostatnie sto lat. Jeżeli jesteś Mirarem, bogowie raczej nie ogłoszą święta, aby uczcić twój powrót. A więc pora już, bym zaczęła cię uczyć ukrywać myśli. Zaczniemy od razu?

Z rezygnacją pokiwał głową i odstawił pusty talerz.

Starsza tkaczy snów Arleej nalała dwa pucharki ahmu, zaniosła je do krzeseł przy kominku i wręczyła jeden Neeranowi. Stary tkacz z wdzięcznością przyjął napój i wychylił go jednym haustem.

Arleej upiła łyk i z uwagą przyglądała się przyjacielowi. Nic nie mówił o nowinach. Przeszedł tylko do krzesła i osunął się na siedzenie. Zajęła miejsce naprzeciw i odstawiła pucharek.

- Jak myślisz, co powinniśmy zrobić?

Neeran ukrył twarz w dłoniach.

- Ja? Nie mogę podjąć takiej decyzji.

- Nie, nie możesz. O ile pamiętam, nie jesteś przywódcą tkaczy snów.

Opuścił dłonie i spojrzał na nią morderczo.

- Więc dlaczego zawsze słuchasz moich rad?

Parsknęła śmiechem.

- Bo zawsze są dobre.

Skrzywił się.

- Doradzałbym ostrożność, ale jakaś część mnie chce to wykorzystać, zanim okaże się, że Aurai znudzi się kolejny kaprys i znajdzie sobie jakieś inne zajęcie.

Arleej zmarszczyła czoło. Czasem niemal żałowała, że powiedziała Neeranowi o romansie Leiarda z Aurayą z Białych. Nie wpłynęło to dobrze na jego opinię o jednej z przywódców cyrklian, a ta dezaprobata przypominała jej, aby nie dała się oczarować tej Białej, która lubi tkaczy. Kiedy Neeran uznał, że to Auraya była przyczyną upadku Leiarda, nie był daleki od prawdy.

Lecz Arleej nie miała pojęcia, gdzie teraz przebywa Leiard. Zniknął zaraz po bitwie i nie umiała skontaktować się z nim przez sny. Była zmuszona przejąć szkolenie Jayima, ale na razie tego nie żałowała. Chłopak okazał się zdolnym i posłusznym studentem.

Niezależnie o tego, czy to Auraya była powodem zniknięcia Leiarda, czy nie, wydawało się, że nadal chce działać dla pokoju i zgody między cyrklianami i tkaczami snów. Ta ostatnia oferta - utworzenie w Jarime szpitala, gdzie tkacze i uzdrowiciele mogliby pracować razem - była zaskakująca, ale nadeszła w samą porę. Cyrklianie wiedzieli, ile tkacze snów uczynili dobrego dla rannych na polu bitwy. Poganie wykazali swą wartość kapłanom uzdrowicielom. A zatem było rozsądne, że najlepsza droga do pokoju i tolerancji prowadzi poprzez leczenie.

- Ale gdzie tu jest haczyk? - spytała głośno.

Neeran spojrzał na nią i uśmiechnął się lekko.

- Haczyk?

- Tak. Czy tkacze snów uznają, że cyrkliański sposób życia jest lepszy, porzucą nas i przyłączą się do nich?

Starzec zachichotał.

- A może cyrklianie stwierdzą, że wolą nasz styl życia i zdobędziemy zbyt wielu nowych studentów?

Sięgnęła po pucharek, upiła trochę, a potem znów go odstawiła.

- Jak blisko będą pracować ich i nasi ludzie? Jeśli nagle zdecydują, że nasze leki i metody są skuteczne, czy spróbują je stosować?

- Prawdopodobnie. Ale przecież nigdy nie robiliśmy z nich tajemnicy.

- Nie. Zresztą wątpię, że ich zainteresowanie i tolerancja obejmą także umiejętności łączenia umysłów.

Neeran zmarszczył nos.

- W większej części Ithanii Północnej wciąż obowiązuje prawo zakazujące sennych połączeń. Tkacze snów powinni unikać wszelkich tego typu połączeń z pacjentami, jeśli cyrklianie to obserwują. Nie sądzę, by Biali chcieli nas skłonić do zakazanych działań, żeby potem uwięzić, ale w tych sprawach nadal powinniśmy zachować ostrożność.

- Owszem - zgodziła się i spojrzała na niego z uwagą. - Mam wrażenie, że sugerujesz, bym przystała na tę propozycję.

Popatrzył jej w oczy, a potem odwrócił wzrok i wolno pokiwał głową.

- Tak. Ale... uzyskaj też zgodę pozostałych.

- Dobrze. Będziemy głosować. Dziś w nocy połączę się we śnie z przywódcami w innych krainach. - Podniosła pucharek i oddała go Neeranowi. - Potrzebny mi będzie jasny umysł.

Wziął od niej naczynie z napojem, ale go nie wypił. Popatrzył na nią tylko z dziwną miną.

- Mam straszne przeczucie, że oto stajemy wobec chwili wielkiej przemiany. Albo stracimy cudowną okazję, aby udowodnić naszą wartość mieszkańcom Północnej Ithanii, albo staniemy się zbędni.

Arleej pokręciła głową.

- Nawet jeśli cyrklianie przewyższą nas w uzdrawianiu, nawet jeśli nauczą się leczyć przez sny i łącza umysłów, nigdy nie staną się tym, kim my jesteśmy. Ci, którzy szukają prawdy, zawsze przyjdą do nas.

- Tak. - Uśmiechnął się i uniósł naczynie. - Wypiję za wspomnienia łącza.