Ostatnia wizyta - Jacek Ostrowski

Kup ebooka

44.90 zł
35.92 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1970

7 stycz­nia, środa

Mi­nęła go­dzina sie­dem­na­sta, mrok spo­wił Ko­nin i gdzie­nie­gdzie sto­jące la­tar­nie pró­bo­wały całą swoją mocą oświe­tlić za­mglone ulice. Stary, wy­słu­żony tra­bant po­woli to­czył się przez pu­ste mia­sto. Drzwi miał ob­dra­pane, lewy re­flek­tor świe­cił je­dy­nie ga­ba­ry­tem, tylny zde­rzak no­sił wy­raźne ślady spo­tka­nia z in­nym sa­mo­cho­dem.

Po­jazd co chwilę śli­zgał się na ob­lo­dzo­nej dro­dze, ale męż­czy­zna pro­wa­dził auto z dużą wprawą. Zręcz­nie kon­tro­lo­wał kie­row­nicę, dzięki czemu tra­bant wciąż upar­cie trzy­mał się jezdni. Sa­mo­chód mi­nął jedną prze­cznicę, póź­niej na­stępną, aż do­je­chał do celu, na ulicę Szpi­talną.

Kie­rowca miał pro­blem z za­par­ko­wa­niem, bo na chod­ni­kach za­le­gały zwały śniegu. Nie dość, że krót­ko­trwałe roz­topy nie zdą­żyły ich roz­pu­ścić, to jesz­cze utwar­dziły je nocne przy­mrozki. Kie­rowca za­par­ko­wał kil­ka­dzie­siąt me­trów od szpi­tala, tuż za starą cię­ża­rówką lu­blin, w sze­ro­kich śla­dach po jego opo­nach.

Z auta wy­gra­mo­lił się nie­wy­soki, za to ma­sywny męż­czy­zna, ubrany w długi ba­rani ko­żuch, z grubą fu­trzaną pa­pa­chą. Śnieg skrzy­piał płacz­li­wie, kiedy szedł w stronę szpi­tala, spo­rego kom­pleksu nie­wy­so­kich bu­dyn­ków pa­mię­ta­jące go za­bory i ce­sa­rza Wil­helma. Wej­ście na izbę przy­jęć znaj­do­wało się od strony ulicy, za pło­tem na te­re­nie sta­rego parku znaj­do­wały się po­zo­stałe pa­wi­lony.

Za­zgrzy­tały za­wiasy drzwi wej­ścio­wych, męż­czy­zna wszedł do holu. Kilka razy ener­gicz­nie ude­rzył bu­tami o po­sadzkę, zrzu­ca­jąc z nich zmar­z­nięte błoto i śnieg. Na ko­niec schy­lił się i strzep­nął biały puch z no­ga­wek spodni. Zu­peł­nie nie zwa­żał na to, że mógł to zro­bić na ze­wnątrz, jakby sprzą­taczki miały mało pracy z utrzy­ma­niem po­rządku.

Przy­bysz przyj­rzał się odra­pa­nej ta­blicy in­for­ma­cyj­nej z rzę­dami wy­bla­kłych na­pi­sów. W kilku wy­ra­zach bra­ko­wało li­ter, za­pewne od­kle­iły się i spa­dły. Nikt się nie po­fa­ty­go­wał i tego nie uzu­peł­nił. Przy odro­bi­nie wy­obraźni dało się wszystko od­czy­tać.

- In­terna, gi­ne­ko­lo­gia, la­ryn­go­lo­gia, neu­ro­lo­gia... - czy­tał po­woli, ale treść dużo mu nie mó­wiła.

Długi wą­ski ko­ry­tarz biegł w głąb bu­dynku, krę­ciło się w nim kilka osób. Nie­któ­rzy nie­śli wa­łówkę dla cho­rych, a inni ła­pówki dla ko­no­wa­łów. Męż­czy­zna wciąż się wa­hał, co da­lej ma ro­bić.

Ho­lem szła pie­lę­gniarka, wła­ści­wie to­czyła się, gruba, nie pierw­szej już mło­do­ści ko­bieta w bia­łym far­tu­chu z czep­kiem wpię­tym we włosy. Sa­pała przy tym ni­czym stary pa­ro­wóz. Męż­czy­zna za­stą­pił jej drogę, a ta spoj­rzała na niego wrogo.

- Dziś przy­wieźli moją żonę. W któ­rej sali leży?

- A skąd mam wie­dzieć?! - krzyk­nęła. - Tu co­dzien­nie przy­wożą czy­jeś żony. Pro­szę iść do re­je­stra­cji i tam za­py­tać.

Sio­stra ener­gicz­nym ru­chem ręki wska­zała małe okienko wi­doczne w od­dali na końcu ko­ry­ta­rza, po czym chciała omi­nąć na­tar­czy­wego nie­zna­jo­mego. Wszystko by­łoby w po­rządku, gdyby nie wi­jąca się tam ko­lejka. Męż­czy­zna nie za­mie­rzał tra­cić czasu. Zła­pał pie­lę­gniarkę za nad­gar­stek i ści­snął. Przy­cią­gnął do sie­bie po­bla­dłą ko­bietę i na­chy­lił się jej do ucha, tak że po­czuła od niego obrzy­dliwy smród prze­tra­wio­nego czosnku.

- Na­zy­wam się Pie­lach, dziś przy­wie­ziono tu moją żonę, pro­szę so­bie wy­obra­zić, o tym sa­mym na­zwi­sku. Tro­chę ład­niej­sza ode mnie i na pewno dużo głup­sza. Kurwa mać, gdzie ona leży, ty stara po­krako?! - wy­szep­tał.

Chciała mu się wy­rwać, ale wciąż trzy­mał ją w że­la­znym uści­sku.

- Ga­daj wy­włoko, bo po­ża­łu­jesz! - krzyk­nął. - Ze mną się nie za­dziera, bo wy­le­cisz na mordę z ro­boty! Znam to­wa­rzy­sza dy­rek­tora. I to bar­dzo do­brze.

Twarz pie­lę­gniarki po­kryły gę­ste kro­pelki potu.

- Pu­ści mnie pan, to boli! Pa­cjentka leży na pierw­szym pię­trze w sali dwa­dzie­ścia trzy - po­wie­działa drżą­cym gło­sem.

- No wi­dzisz, od razu pa­mięć ci wró­ciła.

Ro­ze­śmiał się, pu­ścił jej rękę. Ko­bieta na­tych­miast od­sko­czyła od niego jak opa­rzona i trzy­ma­jąc się za nad­gar­stek, po­bie­gła w stronę re­je­stra­cji. Po­pa­trzył chwilę za nią, jakby się upew­niał, czy nie za­alar­muje le­ka­rzy. Nie za­uwa­żył ni­czego po­dej­rza­nego, więc szyb­kim kro­kiem wspiął się na pię­tro po la­stry­ko­wych stop­niach wy­śli­zga­nych przez lata in­ten­syw­nej eks­plo­ata­cji. Te­raz wy­star­czyło zna­leźć od­po­wiedni nu­mer. Ru­szył ko­ry­ta­rzem, po ko­lei przy­glą­da­jąc się nu­me­rom. Zde­ze­lo­wane, brudne ja­rze­niówki da­wały tak słabe świa­tło, że le­dwo było coś wi­dać.

- Dzie­więt­na­ście, dwa­dzie­ścia, dwa­dzie­ścia je­den... - mam­ro­tał pod no­sem i wresz­cie za­trzy­mał się przed ob­dra­pa­nymi drzwiami z nie­chluj­nie na­ma­lo­wa­nym czarną farbą nu­me­rem dwa­dzie­ścia trzy.

Sala nie była duża, je­dy­nie dwa me­ta­lowe łóżka i dwie pa­cjentki. Pod­szedł do ko­biety le­żą­cej tuż przy oknie. Po­woli się zbli­żał, jakby nie chciał jej zbu­dzić, ob­ser­wo­wał ją w na­pię­ciu.

Pie­la­chowa była mało atrak­cyjną sta­rze­jącą się ko­bietą. Ni­ska i szczu­pła, można rzec, że fi­li­gra­nowa. Włosy miała za­nie­dbane, na twa­rzy na­wet śladu ma­ki­jażu. Rysy wy­ostrzone, czoło i po­liczki za­czer­wie­nione, być może od go­rączki.

Obok jej pry­czy na sta­lo­wym sto­jaku wi­siała kro­plówka, pod­łą­czona dłu­gim gu­mo­wym wę­ży­kiem do jej le­wej ręki. Męż­czy­zna ką­tem oka zer­k­nął na drugą ko­bietę. Spała. Sta­nął tuż przy łóżku, żona wciąż miała za­mknięte oczy. Też spała? A może nie od­zy­skała przy­tom­no­ści? Za­wa­hał się, spoj­rzał na po­duszkę pod jej głową, po­czuł cha­rak­te­ry­styczne, zna­jome swę­dze­nie w dłoni.

- To ty? - ode­zwała się nie­spo­dzie­wa­nie.

Nie za­re­ago­wał.

- Za­wsze cię roz­po­znam po cho­dzie. - Otwo­rzyła oczy. - Po co przy­sze­dłeś?

Męż­czy­zna po­now­nie spoj­rzał ukrad­kiem na drugą chorą, upew­niał się, czy śpi, po czym na­chy­lił się nad żoną. Ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Próżno było w nich szu­kać mi­ło­ści, na­wet odro­biny sym­pa­tii. Jej oczy po­zba­wione bla­sku, przy­ga­szone, zaś jego błysz­czące, prze­peł­nione nie­na­wi­ścią.

- Co im po­wie­dzia­łaś? - szep­nął jej do ucha. - Co po­wie­dzia­łaś mi­li­cji? Pa­mię­taj, je­dziemy na jed­nym wózku, je­śli tylko coś pi­śniesz, to cię znisz­czę. Wszystko im po­wiem! To spo­koj­nie wy­star­czy na do­ży­wo­cie, a może na­wet na czapę. Wszy­scy cię opusz­czą, na­wet dzieci.

Twarz ko­biety przy­brała śnież­no­białą barwę, oczy za­szkliły się od łez.

- Je­steś zwy­kłym ban­dzio­rem, wy­noś się! - z tru­dem wy­rzu­ciła z sie­bie.

- Ni­gdy mnie tak nie na­zy­waj, suko, bo cię za­ła­twię i to na amen. Nie uciek­niesz przede mną. Je­steś na to za głu­pia, na­wet dziś spie­przy­łaś sprawę. Zwy­kłe sa­mo­bój­stwo cię prze­ro­sło, ty nie­dojdo ży­ciowa.

Z tru­dem ha­mo­wał ogar­nia­jące go wzbu­rze­nie, ale jego twarz wy­ra­żała dużo wię­cej niż słowa. Hanka pa­trzyła na niego otę­pia­łym wzro­kiem. Na­gle przez jej ciało prze­szły silne dresz­cze, na­pięło się ono do gra­nic moż­li­wo­ści, a po chwili roz­luź­niło. Stra­ciła przy­tom­ność.

Pie­lach wyj­rzał na ko­ry­tarz. Aku­rat nie­opo­dal prze­cho­dził wy­soki, chudy i wy­gięty do przodu ni­czym cza­pla star­szy męż­czy­zna w bia­łym far­tu­chu. Za­wo­łał go.

- Pa­nie dok­to­rze, szybko! Moja żona po­trze­buje po­mocy, pil­nie!

Le­karz wbiegł na salę.

- Co się dzieje? - za­py­tał.

- Nie wiem, stra­ciła przy­tom­ność. To chyba na mój wi­dok, pew­nie wzru­szyła się, bie­daczka.

Tam­ten pod­szedł do łóżka, na­chy­lił się, spraw­dził ko­bie­cie tętno, słu­chaw­kami wy­chwy­cił bi­cie serca.

- Pie­lę­gniarka do sali dwa­dzie­ścia trzy, na­tych­miast! - krzyk­nął w kie­runku drzwi.

Zja­wiła się bły­ska­wicz­nie. Młoda, szczu­pła, wąt­pli­wej urody, ale w przy­ku­sym far­tuszku. Naj­wy­raź­niej pró­bo­wała za po­mocą zręcz­nych sztu­czek, wy­do­by­wa­ją­cych ko­biece wdzięki omo­tać ja­kie­goś le­ka­rza i póź­niej wy­ko­rzy­stać go na noc­nym dy­żu­rze. Od lat co i raz w służ­bie zdro­wia wy­bu­chał ja­kiś skan­dal oby­cza­jowy.

- Prze­wieź­cie chorą na in­ten­sywną te­ra­pię i to mi­giem, nie za­po­mnij­cie po­wia­do­mić o tym dok­tora Le­siec­kiego. Mó­wi­łem mu, że to za wcze­śnie, ale mnie nie słu­chał - le­karz mó­wił spo­koj­nym, ale sta­now­czym gło­sem.

Prze­rzu­cił wzrok z pie­lę­gniarki na męża cho­rej, do­słow­nie prze­wier­cał go na wy­lot na­tręt­nym spoj­rze­niem. Z twa­rzy Pie­la­cha ni­czym za ude­rze­niem cza­ro­dziej­skiej różdżki znik­nęła po­sępna mina, a po­ja­wił się de­li­katny cy­niczny uśmie­szek.

- Kim pan jest dla cho­rej? Co pan tu robi, to nie jest pora od­wie­dzin na tym od­dziale. Kto pana wpu­ścił?

- Spo­koj­nie, je­stem jej mę­żem. - Wy­cią­gnął dłoń w ge­ście po­wi­ta­nia, ale me­dyk udał, że jej nie wi­dzi.

- Pro­szę do mo­jego ga­bi­netu.

Od­wró­cił się na pię­cie i wy­szedł z sali. Pie­lach rzu­cił żo­nie na po­że­gna­nie ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie, tak na wszelki wy­pa­dek, gdyby uda­wała omdle­nie.

Był wście­kły. Nie cier­piał, kiedy go ktoś lek­ce­wa­żył, nie był byle kim. Każdy w Ko­ni­nie, kto nie chciał pod­paść wła­dzy lu­do­wej, mu­siał się z nim li­czyć. Znał wszyst­kich naj­waż­niej­szych pro­mi­nen­tów w oko­licy - se­kre­ta­rza par­tii, ko­men­danta i pre­zesa sądu re­jo­no­wego. Spo­ty­kał się z nimi i - co naj­waż­niej­sze - oni go sza­no­wali, a nie­któ­rzy na­wet się bali.

Prze­mie­rzali ko­ry­tarz w mil­cze­niu, szli wzdłuż brud­nych ścian z pę­ka­jącą, łusz­czącą się ja­sno­nie­bie­ską olejną lam­pe­rią. Mi­jali ko­lejne sale do gra­nic moż­li­wo­ści za­peł­nione pa­cjen­tami. Za ich ple­cami sły­chać było gło­śny ło­skot, za­pewne wy­ko­ny­wano po­le­ce­nie le­ka­rza i prze­wo­żono Hannę. Za­trzy­mali się przed drzwiami w końcu ko­ry­ta­rza z umiesz­czoną na nich wielką białą ta­bliczką "Po­kój le­kar­ski" z kra­wę­dziami prze­żar­tymi ko­ro­zją.

To był mi­kro­sko­pij­nych roz­mia­rów, za­gra­cony po­kój. Dwa stare roz­kle­ko­tane biurka stały przy po­dłuż­nej ścia­nie, na któ­rej umo­co­wano dużą ta­blicę ob­cią­gniętą ciem­no­zie­lo­nym suk­nem. Na niej za po­mocą szpi­lek z ko­lo­ro­wymi łeb­kami przy­twier­dzono mnó­stwo kar­tek. Jedne były za­pi­sane, na in­nych wy­ma­lo­wano ja­kieś ry­sunki, ta­bele. Przy prze­ciw­le­głej ścia­nie stała sta­lowa szafa i dwa fo­tele, oby­dwa mocno wy­słu­żone, a je­den z nich czę­ściowo za­rwany.

Le­karz usiadł na krze­śle przy biurku, ręką wska­zał fo­tele. Pie­lach rzu­cił czapkę na sto­lik i spo­czął na tym lep­szym z wy­glądu, ale za­raz tego po­ża­ło­wał, bo po­czuł sta­lową sprę­żynę wbi­ja­jącą mu się w po­śla­dek. Dok­tor tym­cza­sem jakby zu­peł­nie o nim za­po­mniał. Na­chy­lił się nad bla­tem biurka i za­brał się do wy­peł­nia­nia ja­kichś pa­pie­rów, było tego sporo.

W Pie­la­chu za­czy­nała na­ra­stać złość, znów ten ko­no­wał go lek­ce­wa­żył. Trzy­mał jed­nak emo­cje na wo­dzy, ha­mo­wał się i tylko gło­śno chrząk­nął. To nie po­dzia­łało, więc chrząk­nął drugi raz, tyle że gło­śniej.

- Nic mi pan nie ma do po­wie­dze­nia? - za­py­tał le­karz, pod­no­sząc wzrok znad pa­pie­rów.

- Nie ro­zu­miem, to wy mnie tu za­pro­si­li­ście.

Dok­tor odło­żył pióro, ele­ganc­kiego par­kera - ja­kim mało kto mógł się po­szczy­cić wśród oby­wa­teli - wcze­śniej skru­pu­lat­nie za­my­ka­jąc je skuwką. Prze­rzu­cił wzrok na ścianę. Ner­wowo się­gnął po pióro i za­czął nim ryt­micz­nie ude­rzać w blat biurka. Na­gle prze­rwał.

- Ile lat je­ste­ście pań­stwo mał­żeń­stwem? - za­py­tał.

Pie­lach chwilę się za­sta­no­wił, to był już szmat czasu.

- Będą dwa­dzie­ścia cztery lata i kilka mie­sięcy.

- Mają pań­stwo dzieci?

- Za­raz! Co to, prze­słu­cha­nie czy spo­wiedź? Przy­po­mnę wam, że je­ste­ście tylko zwy­kłym le­ka­rzyną w pod­rzęd­nym szpi­talu. Tak się składa, że wasz dy­rek­tor jest do­brym ko­legą mo­jego przy­ja­ciela. Wy­soko po­sta­wio­nego. Wy­star­czy je­den te­le­fon i oby­wa­tela dok­tora tu nie ma.

Męż­czy­zna za­czy­nał się na­krę­cać, mó­wił co­raz gło­śniej, jego głos na­bie­rał bar­dzo nie­przy­jem­nej chro­po­wa­tej barwy. Na le­ka­rzu jego groźby nie zro­biły więk­szego wra­że­nia.

- Pań­ska żona chciała so­bie ode­brać ży­cie, a pan za­miast się tym prze­jąć stra­szy mnie usto­sun­ko­wa­nymi ko­le­gami? Trzeba za­sta­no­wić się, co ją do tego skło­niło. To jest bar­dzo po­ważna sprawa, prze­cież chora może znów tar­gnąć się na swoje ży­cie, tyle że na­stęp­nym ra­zem może jej się to udać. Wtedy bę­dzie tra­ge­dia.

Twarz Pie­la­cha wy­krzy­wiła się w gry­ma­sie, osten­ta­cyj­nie wzru­szył ra­mio­nami.

- Jej ży­cie, jej sprawa. Chce ze sobą skoń­czyć, to trudno, nie będę jej za­trzy­my­wał siłą na tym świe­cie. A ty nie mu­sisz tego ro­zu­mieć, moja ro­dzina, mój pro­blem. Nie wci­skaj swo­jego za­sra­nego nosa w nie swoje sprawy, bo może ci go ktoś uciąć - po­wie­dział przez za­ci­śnięte zęby.

Me­dyk nie dał się spro­wo­ko­wać, wciąż mó­wił spo­koj­nym gło­sem, jakby bez emo­cji, choć na pewno w środku był wzbu­rzony.

- Fak­tycz­nie to nie moja sprawa, ale mi­li­cja wsz­częła do­cho­dze­nie. Je­śli jest prze­moc w tej ro­dzi­nie, to będą kło­poty i na­wet ko­lega zna­jący dy­rek­tora szpi­tala panu nie po­może.

- Czy stwier­dzi­li­ście ślady po­bi­cia na jej ciele?

- Nie, ale...

- Ale, ale! To czego się cze­pia­cie? O ja­kiej prze­mocy mó­wisz, czło­wieku? Puk­nij się fa­cet w głowę. Pie­przysz jak ja­kiś po­tłu­czony pro­stak, a nie wy­kształ­cony ko­no­wał.

Twarz le­ka­rza zro­biła się pur­pu­rowa, groź­nie zmarsz­czył czoło, ale po­ha­mo­wał się. Się­gnął do kie­szeni far­tu­cha i wy­jął z niej car­meny. Wy­cią­gnął paczkę do go­ścia, ale ten ener­gicz­nym ru­chem dłoni od­mó­wił. Za­iskrzył ka­mień za­pal­niczki, za­pach­niało ben­zyną. Cha­rak­te­ry­styczny aro­mat per­fu­mo­wa­nego ty­to­niu uniósł się w po­wie­trzu i na­tych­miast wy­peł­nił ga­bi­net.

- Nie trzeba ko­goś bić, żeby się nad nim znę­cać, i wy do­brze wie­cie, o czym mó­wię. Pań­ska żona po­bę­dzie w szpi­talu jesz­cze kilka dni. W tym cza­sie pro­szę so­bie wszystko do­brze prze­my­śleć.

- Szkoda mo­jego czasu! - Pie­lach po­de­rwał się z fo­tela, się­gnął po pa­pa­chę ze sto­lika. - Bę­dzie mnie tu ja­kiś ko­no­wał umo­ral­niać. Skła­dał przy­sięgę Hi­po­kra­tesa, a kie­sze­nie far­tu­cha ma pełne ko­pert od wdzięcz­nych pa­cjen­tów. W domu pie­ści żonę, a na noc­nych dy­żu­rach ska­cze po pie­lę­gniar­kach. Tfu! Je­ste­ście dia­bła warci!

Splu­nął na pod­łogę, rzu­cił ostrze­gaw­cze spoj­rze­nie le­ka­rzowi i trza­snął za sobą drzwiami.

Kiedy opu­ścił szpi­tal, oka­zało się, że znów się roz­pa­dało. Co chwilę mru­żył oczy, żeby ochro­nić się przed bia­łym pu­chem. Czuł płatki śniegu na karku, w rę­ka­wach ko­żu­cha, na­wet w mał­żo­wi­nach uszu. Od ziemi czuć było de­li­katny mróz. Nad­cho­dziło za­po­wia­dane przez pre­zen­tera Wi­cherka ozię­bie­nie.

Pró­bo­wał otwo­rzyć drzwi od sa­mo­chodu, jed­nak za­mar­z­nięty za­mek nie za­mie­rzał się ob­ró­cić. Po­chu­chał na niego i spró­bo­wał po­now­nie. Do­piero po kilku pró­bach za­mek w końcu za­sko­czył. Z dużą obawą wci­snął klu­czyk do sta­cyjki, bo aku­mu­la­tor li­czył so­bie kilka lat, a przez to mie­wał swoje hu­mory.

Za pierw­szym ra­zem roz­rusz­nik dziw­nie za­char­czał, po czym z tru­dem szarp­nął sil­ni­kiem. Przy dru­gim po­dej­ściu mo­tor za­ter­ko­tał nie­równo, ale jakże ty­powo dla dwu­suwa. Pie­la­chowi ka­mień spadł z serca. Wi­zja po­zo­sta­wie­nia sa­mo­chodu i po­wrotu pie­szo na szczę­ście się od­da­liła.

Za­pa­lił świa­tła, skro­baczką zdarł cienki szron po­kry­wa­jący od środka przed­nią i boczną szybę. Na­stęp­nie włą­czył wy­cie­raczki i ostroż­nie zje­chał na jezd­nię. Tra­bant po­je­chał kom­plet­nie pu­stą ulicą.

Pie­lach był wście­kły na żonę i zdaje się mniej zło­ści­łoby go, gdyby umarła. Ale już do pa­sji do­pro­wa­dzało go to, że czuł się po­ni­żony przez le­ka­rza. Jesz­cze go po­pa­mięta, on już tego do­pil­nuje. Jed­nak nie wszystko od razu, naj­pierw niech się sprawa uspo­koi, przy­schnie. Do­piero wtedy do­bie­rze mu się do dupy. Po­sta­no­wił, że po­gada z Hanną, obieca mu po­par­cie u se­kre­ta­rza par­tii, o które tam­ten od dawna tak za­bie­gał. Tak to ro­ze­gra, ale nie te­raz.

Do­tarł wresz­cie na Gro­dzi­sko. Wy­siadł z tra­banta i za­czął ze zło­ścią ko­pać w drzwi sta­rej skody. Sa­mo­chód są­siada wcale nie prze­szka­dzał mu wje­chać na pod­jazd do domu, ale je­dy­nie go tro­chę utrud­niał i to już do­pro­wa­dzało go do fu­rii.

"Stary ba­ran, nie ma gdzie sta­wiać tego ru­pie­cia?! - po­my­ślał. - Pa­skudna swo­łocz, szkoda, że czasy się zmie­niły, w czter­dzie­stym pią­tym było na nich le­kar­stwo. Pe­pe­szą zro­bił­bym po­rzą­dek...".

Pod­szedł do bramy, od­cią­gnął dolną za­suwę i pchnął jej skrzy­dła. Tra­bant wolno wto­czył się na po­dwó­rze i za­trzy­mał się tuż przed wjaz­dem do ga­rażu. Nie mógł do niego wje­chać, bo był za­wa­lony drew­nem opa­ło­wym i to pod sam su­fit. Ju­tro ko­niecz­nie musi tam uprząt­nąć. Już ma dość co­dzien­nego ła­do­wa­nia ba­te­rii i tego kosz­mar­nego skro­ba­nia lodu z szyb.

Z tru­dem wy­jął aku­mu­la­tor z auta. Był dość nie­ty­powy: duży i cho­ler­nie ciężki, oło­wiany. Ku­pił go za flaszkę naj­tań­szej wódki, tej z czer­woną kartką, od cie­cia, który wy­rwał aku­mu­la­tor po ci­chu z trak­tora, z po­bli­skiej bazy Spół­dzielni Kó­łek Rol­nych. Tra­fiła się mu praw­dziwa oka­zja.

Na ganku otrze­pał ko­żuch ze śniegu i po­wie­sił go na wie­szaku, zdjął buty. Ba­te­rię po­sta­wił na pod­ło­dze i po­zba­wił rzędu pla­sti­ko­wych kor­ków. Na­stęp­nie pod­łą­czył ją do pro­stow­nika, spraw­dził, czy do­brze pod­łą­czył klemy, ina­czej aku­mu­la­tor mógł wy­buch­nąć. Do­piero wtedy włą­czył za­si­la­nie. Przy­ło­żył ucho do obu­dowy ba­te­rii, usły­szał ci­chy cha­rak­te­ry­styczny bul­got, to ozna­czało jedno - ła­do­wał się.

W kuchni za­pa­lił gaz pod czaj­ni­kiem, z szafki wy­jął szklankę i wsy­pał do niej her­batę ulung. Więk­szość uzna­wała ją za naj­gor­szą ta­nio­chę, ale on uwiel­biał jej cierpki smak po moc­nym za­pa­rze­niu. Oprócz wódki uzna­wał tylko her­batę. To­wa­rzy­szyła mu od dzie­ciń­stwa - w domu mo­gło za­brak­nąć mleka, sa­mo­gonu, ale sa­mo­war za­wsze był pełny. Po chwili po­krywka za­częła jak osza­lała ska­kać na czaj­niku. Wy­łą­czył pal­nik i za­lał wrząt­kiem li­ście her­ba­ciane.

Ze szklanką po­szedł do ja­dalni. Za­pa­lił górne świa­tło i wielki ży­ran­dol roz­świe­tlił się bla­skiem se­tek ma­łych so­pli krysz­tału. Ta lampa miała wo­jenną hi­sto­rię. Pie­lach bez­praw­nie za­re­kwi­ro­wał ją pod­czas służby w IV Ba­ta­lio­nie Eks­plo­ata­cji Dróg Woj­ska Pol­skiego, w 1945 roku na pod­war­szaw­skim trak­cie. Przez lata wę­dro­wała ra­zem ze swoim no­wym wła­ści­cie­lem, żeby na ko­niec za­wi­snąć w ja­dalni przy ulicy Gro­dzi­sko 1.

Po­cią­gnął spory łyk her­baty, po czym po­sta­wił szklankę na stole. Pod­szedł do szafy i wy­jął z niej ma­szynę do pi­sa­nia, sta­rego znisz­czo­nego mer­ce­desa. Słu­żyła mu wier­nie od lat. To była bar­dzo udana in­we­sty­cja. Naj­pierw chciał ją wy­mie­nić za kar­ton pa­pie­ro­sów, jed­nak tam­ten od­mó­wił. Stra­cił więc nie tylko ma­szynę, pa­pie­rosy, ale i zdro­wie - zła­mana szczęka, wy­bite trzy zęby i po­gru­cho­tane że­bra. Nie warto było ob­sta­wać przy swoim.

Po­cząt­kowo miał z ma­szyną spore pro­blemy, bo nie miała pol­skich czcio­nek. To kom­pli­ko­wało mu sprawę, a szcze­gól­nie pi­sa­nie ar­ty­ku­łów do "Ga­zety Po­znań­skiej", kiedy zo­stał tam re­dak­to­rem. Po kilku mie­sią­cach po­ra­dził so­bie i z tym pro­ble­mem.

W Po­zna­niu zna­lazł rze­mieśl­nika, który za psie pie­nią­dze w miej­sce ty­powo nie­miec­kich li­ter wsta­wił mu pol­skie. Wpraw­dzie nowe czcionki róż­niły się kro­jem od po­zo­sta­łych, ale przy­naj­mniej ma­szyna nada­wała się do pracy.

Po­sta­wił ma­szynę na stole, usiadł przed nią i wpa­try­wał się jak urze­czony. De­li­kat­nie, nie­mal z czu­ło­ścią, prze­mknął ko­niusz­kami pal­ców po przy­ci­skach, ni­czym pia­ni­sta po kla­wi­szach for­te­pianu. Przez mo­ment jego su­rowa twarz na­brała ła­god­nego wy­razu, roz­ma­rze­nia, a może na­wet żalu. Lewa ręka męż­czy­zny się­gnęła do szu­flady i wy­jęła z niej kilka kar­tek pa­pieru. Jedną z nich wkrę­cił w ma­szynę i się za­wa­hał.

Ma­rzyła mu się po­wieść i to od dawna. Za­wsze cią­gnęło go w stronę kry­mi­nału, zbrodni, mrocz­nej strony du­szy czło­wieka.

Śmierć eks­pe­dientki - za­czął od ty­tułu.

Ostatni deszcz spadł na po­czątku czerwca, pro­mie­nie sło­neczne za­mie­niły zwy­kle zie­lony kra­jo­braz łąk w spa­lony step, zaś doj­rzałe zboże jak je­den mąż pa­dało na zie­mię, pod­da­jąc się ko­som żni­wia­rzy. Dzień chy­lił się za­cho­dowi. W ma­łym wiej­skim skle­piku na obrze­żach Żnina nie było już klien­tów. Eks­pe­dientka, młoda kor­pu­lentna dziew­czyna, myła po­sadzkę, przy­go­to­wy­wała lo­kal na na­stępny dzień.

Wła­śnie schy­liła się nad wia­drem i wy­ci­skała szmatę. Za­skrzy­piały drzwi wej­ściowe. Ko­bieta na­wet nie spoj­rzała w tam­tym kie­runku.

- Po­cze­kaj, Ja­nek, za­raz przyjdę! - za­wo­łała. Spo­dzie­wała się męża, który co­dzien­nie na ko­niec dnia po nią przy­jeż­dżał na sta­rej wu­efemce.

Nikt nie od­po­wie­dział. Na­gle uświa­do­miła so­bie, że nie sły­szała od­głosu sil­nika mo­to­cy­kla. Ze szmatą w dłoni wy­pro­sto­wała się i spoj­rzała z kie­runku wej­ścia. Zbli­żał się ja­kiś nie­zna­jomy, ka­wał chłopa, sze­roki w ba­rach, wy­soki pra­wie pod su­fit, w dłu­giej je­sionce i w woj­sko­wej pa­pa­sze na gło­wie. Słabo wi­działa jego twarz, silny czarny za­rost za­kry­wał mu po­liczki i brodę. Doj­rzała jego oczy, były straszne, coś w jego...

Palce za­wi­sły nie­ru­chomo nad kla­wia­turą. Pie­lach spoj­rzał z nie­za­do­wo­le­niem w lu­stro wi­szące na ścia­nie.

"Na­prawdę mam straszne spoj­rze­nie?" - za­sta­na­wiał się.

Nie, to było bez sensu, a tekst nada­wał się tylko do ko­sza.

Ener­gicz­nym ru­chem ręki wy­szarp­nął kartkę z ma­szyny. Z dziką pa­sją po­darł ją na drobne ka­wałki. Z szu­flady wy­jął nową ta­śmę bar­wiącą, bo stara była już mocno zu­żyta.

Na­gle usły­szał gło­śny ru­mor. To teść, pew­nie znów upadł. Sta­rzec zaj­mo­wał jedno po­miesz­cze­nie na pierw­szym pię­trze. Ko­lejny po­kój, który można by ko­muś wy­na­jąć, i za­ra­biać na nim kon­kretne pie­nią­dze. W Ko­ni­nie od lat pa­no­wało za­po­trze­bo­wa­nie na miesz­ka­nia, mia­sto roz­wi­jało się, po­wstała huta alu­mi­nium, elek­trow­nia, ko­pal­nia wę­gla bru­nat­nego. Wciąż na­pły­wali nowi miesz­kańcy, więc na wy­naj­mie można było nie­źle za­ro­bić.

Każdy nowy klient to spory grosz w kie­szeni, a w domu się nie prze­le­wało. Dwóch sy­nów na stu­diach, a w ban­kach kre­dyty do spła­ce­nia. Wszystko to przez mór dro­biu przed laty. Na spłatę za­le­głych zo­bo­wią­zań za­cią­gał nowe. Pró­bo­wał ra­to­wać się pie­czar­kami, ale tra­fił na kiep­skie grzyb­nie i to był gwóźdź do trumny jego no­wego przed­się­wzię­cia.

Teść to kula u nogi, ale był nie do ru­sze­nia. Ow­szem, kor­ciło Pie­la­cha, żeby to ja­koś roz­wią­zać. Nie­raz my­ślał o tym, żeby dys­kret­nie zdmuch­nąć pło­mień jego ży­cia. Jed­nak ze względu na swoją za­gma­twaną prze­szłość wo­lał nie bu­dzić za­in­te­re­so­wa­nia mi­li­cji i pro­ku­ra­tury. Bez­piecz­niej było trzy­mać ich wszyst­kich jak naj­da­lej od swo­jej ro­dziny.

Głu­pia Hanka, nie­po­trzeb­nie na­ro­biła za­mie­sza­nia, te­raz mogą paść nie­wy­godne py­ta­nia. Trzeba ko­niecz­nie ja­koś ukrę­cić łeb tej spra­wie.

Zer­k­nął na ze­ga­rek na ręku, ro­syj­skiego po­ljota. To były po­rządne cza­so­mie­rze, ja­ko­ścią do­rów­ny­wały le­gen­dar­nym szwaj­car­skim, a były od nich dużo tań­sze. Za ory­gi­nał omegi na ba­za­rze Ła­zar­skim w Po­zna­niu trzeba było dać bli­sko dzie­sięć ty­sięcy, a ru­ski ze­ga­rek kosz­to­wał nie­cały ty­siąc. Han­dlo­wano tam też nie­miec­kimi ener­dow­skimi ruh­lami z me­cha­ni­zmem o na­zwie ka­li­ber 24. Ale o nich iro­nicz­nie mó­wiono, że w środku za­miast ka­mieni mają wło­żone pu­staki. Je­dyną ich za­letą była ni­ska cena.

Do­cho­dziła dwu­dzie­sta, mu­siał dzia­łać, póki nie jest za późno. Wstał od stołu i wy­szedł do przed­po­koju do wi­szą­cego na ścia­nie te­le­fonu. Wy­krę­cił tar­czą czte­ro­cy­frowy nu­mer.

- Tak? - ode­zwał się mę­ski głos po dru­giej stro­nie słu­chawki.

- To ja. Zbi­gniew. Zbi­gniew Pie­lach. Prze­pra­szam, że dzwo­nię o tak póź­nej po­rze, ale mam pilną sprawę.

- Ser­wus, co tam u cie­bie? Dawno się nie wi­dzie­li­śmy, wpad­nij do mnie, po­ga­damy. Ty­dzień temu by­li­śmy na po­lo­wa­niu, szkoda, że z nami nie po­je­cha­łeś. Oj, działo się, szef sztabu po­strze­lił kie­rowcę. Miał­byś o czym pi­sać, choć nie do "Ga­zety Po­znań­skiej", ale do Biu­le­tynu We­wnętrz­nego PZPR. Tak ku prze­stro­dze dla in­nych to­wa­rzy­szy.

- Nic o tym nie sły­sza­łem. Z chę­cią zaj­rzę do cie­bie, że­byś mi wszystko opo­wie­dział, ale te­raz mam pro­blem.

- Wal pro­sto z mo­stu! Je­śli tylko będę mógł, to ci po­mogę. Co się stało?

- Moja baba wy­lą­do­wała w szpi­talu.

- Cho­lera, za­cho­ro­wała czy miała wy­pa­dek?

- Nic z tych rze­czy.

- Kurwa mać, mów ja­śniej.

- Chciała po­peł­nić sa­mo­bój­stwo.

Ci­sza za­le­gła w słu­chawce.

- Je­steś tam? - za­py­tał Pie­lach.

- Je­stem, je­stem, ale mnie za­sko­czy­łeś. Czemu to zro­biła? Masz coś na su­mie­niu? Pew­nie nie­jedno by się zna­la­zło, he, he, w końcu nie na jed­nej im­pre­zie się po­sza­lało.

- Prze­cież mnie znasz, je­stem ostrożny, to nie to. Nie wiem, co jej od­biło, pew­nie prze­kwit ją bie­rze, sta­rzeje się...

- No tak, po­dobno to trudny okres dla ko­biet. Moja jest tro­chę młod­sza, pew­nie i ją to nie­ba­wem do­pad­nie. Mu­szę mieć na nią czujne oko. Nie daj Boże i jej coś głu­piego przyj­dzie do głowy. Wtedy na­tych­miast do­stanę kopa w dupę. Znasz za­sady: zero to­le­ran­cji dla afer oby­cza­jo­wych. Prze­niosą mnie do ja­kiejś dziury na sta­no­wi­sko dy­rek­tora szkoły i będę tam gnił do eme­ry­tury. Wtedy to tylko so­bie w łeb strze­lić. No do­bra, czego ode mnie ocze­ku­jesz?

- Ukręć łeb spra­wie. Nie chcę do­cho­dze­nia. Lu­dzie we­zmą mnie na ję­zyki, na co mi to? Od­wdzię­czę się.

- Od­wdzię­czysz się? - głos po dru­giej stro­nie wy­raź­nie się oży­wił. - No tak, mógł­byś na­pi­sać ja­kiś ar­ty­kuł o mnie i za­ła­twić, żeby uka­zał się w po­znań­skiej pra­sie. Wiesz, to mo­głoby mi po­móc. Sły­sza­łem co nieco o pla­no­wa­nych prze­ta­so­wa­niach w Ko­men­dzie Wo­je­wódz­kiej. Po­noć puł­kow­nik Tur­ski od­cho­dzi do War­szawy i w Po­zna­niu będą po­trze­bo­wali no­wych lu­dzi. Rzy­gam już tym Ko­ni­nem. Baba też mi żyć nie daje, bo dzie­ciaki na stu­diach w Po­zna­niu i ra­czej tam zo­staną. Wiesz, tam mają per­spek­tywy, duże mia­sto, Mię­dzy­na­ro­dowe Targi, za­kłady Ce­giel­skiego, a u nas? Duża wio­cha. W Po­zna­niu jest gdzie się za­ha­czyć na dłu­żej...

- Zgoda, bę­dziesz miał piękny ar­ty­kuł, tylko to za­łatw.

- Umowa stoi, mu­szę koń­czyć, bo ktoś dzwoni do drzwi.

- Do­bra, ju­tro wpadnę do cie­bie na kie­li­cha.

Pie­lach od­wie­sił słu­chawkę i ode­tchnął gło­śno z ulgą. Osią­gnął wszystko, co chciał, a cena za to nie była wy­gó­ro­wana. Się­gnął po "Try­bunę Ludu". Co­dzien­nie czy­tał ją od de­ski do de­ski, od naj­waż­niej­szych in­for­ma­cji z po­li­tyki po dział spor­towy na ostat­niej stro­nie.

W tym nu­me­rze było pod­su­mo­wa­nie ubie­głego roku, same suk­cesy, nowe za­kłady wy­ra­stały ni­czym grzyby po desz­czu. Ro­bot­nicy bili wszel­kie re­kordy w wy­daj­no­ści pracy, opu­bli­ko­wano treść de­pe­szy, jaką wy­słał to­wa­rzysz Go­mułka do to­wa­rzy­sza Breż­niewa i brat­niego na­rodu ra­dziec­kiego z oka­zji ukoń­cze­nia pię­cio­latki i roz­po­czę­cia no­wej. To­wa­rzy­sze z Nie­miec­kiej Re­pu­bliki De­mo­kra­tycz­nej przy­słali de­pe­szę do to­wa­rzy­sza Cy­ran­kie­wi­cza, którą w ca­ło­ści przy­to­czono. Na Ślą­sku aresz­to­wano siatkę zło­dziei ko­le­jo­wych. To oni ukra­dli paczki świą­teczne prze­zna­czone dla dzieci przo­dow­ni­ków pracy z War­szawy. Wła­dza lu­dowa na pewno z całą su­ro­wo­ścią osą­dzi ra­bu­siów. W du­żych mia­stach na ba­lach syl­we­stro­wych ba­wiły się ty­siące ro­bot­ni­ków i chło­pów. Jac­kie Ste­wart, mistrz świata For­muły 1, być może przy­je­dzie do Pol­ski. Pił­ka­rze Cra­co­vii jak co roku jako pierwsi roz­po­częli se­zon pił­kar­ski, a ho­ke­iści Sza­ro­tek ob­jęli pro­wa­dze­nie w ta­beli, do Pol­ski przy­je­chał na to­ur­née ze­spół lu­dowy z Ha­wany. Opusz­cza­jąc lot­ni­sko, Ku­bań­czycy pierw­szy raz w ży­ciu zo­ba­czyli śnieg.

Odło­żył ga­zetę i spoj­rzał na ze­gar. Zbli­żała się dwu­dzie­sta druga, pora iść spać. Znów coś gruch­nęło na gó­rze, ale Pie­lach zu­peł­nie to zi­gno­ro­wał. Nie zno­sił sta­rych lu­dzi, we­dług niego po­winni jak naj­szyb­ciej umrzeć i ustą­pić miej­sca mło­dym.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki