Rozdział 1
Mamusia jest niemożliwa. Stale nalega, że powinnam nauczyć się szyć, a ja całym sercem tego nie cierpię. Teraz też się uparła, że jeśli nie
opanuję ściegów, wykrojów i wreszcie nie uszyję samodzielnie
dwuczęściowego kostiumu na zimę z szarej, miękkiej wełny, to nie puści
mnie do Warszawy.
Kocham mamę i tylko dlatego, nie chcąc jej sprawiać zawodu, ślęczę nad
naszym czarnym mundlosem, usiłując po raz enty nawlec nitkę. W jego
dwóch szufladkach mama ukrywa swoje największe skarby: barwne guziki,
mieniące się kolorami tęczy nici, gumki, ostre szpilki i skrawki
koronek. Gdy byłam mała, uwielbiałam do nich zaglądać i bawić się
guzikami. Udając, że są ludźmi, łączyłam je w rodziny, obdarowywałam
przyjaźniami, miłościami, zazdrościami i wreszcie konfliktami, by pod
koniec dnia wrzucić je z powrotem na dno szufladki.
Lubię monotonny stukot maszyny do szycia, miarowe obracanie się
połyskującego srebrnego koła i równomierne opadanie igły na tkaninę, ale
tylko wtedy, gdy siedzi przy niej mama. To ona opanowała tę sztukę do
perfekcji i jest tu mistrzynią. Szyje nie tylko dla domowników,
nieustannie przerabiając, co się da, ale też dla naszych sąsiadów i mieszkańców miasteczka. Lata temu skończyła w Warszawie kurs dla
szwaczek i w niewielkim zakładzie krawieckim zdobywała pierwsze szlify
pod czujnym i surowym okiem właściciela, pana Baumana.
Jest krawcową, bardzo dobrą krawcową, i jest z tego dumna. My zresztą
też.
- Mamo, może ty dokończysz? - Naiwnie i raczej bez większej nadziei
próbuję się wyzwolić od znienawidzonego zajęcia.
- Kochanie, musisz mieć jakiś fach w ręku. - Niewzruszona mama starannie
składa wilgotną lnianą ściereczkę, którą przed chwilą wycierała talerze,
i kładzie ją na stole.
Powtarza to za każdym razem, gdy usiłuję z nią dyskutować i wymigać się
od szycia. Zafrasowana spogląda na mnie uważnie, jakby chciała
przeniknąć moją duszę i przepowiedzieć mi przyszłość.
- I będę miała, przecież chodzę do szkoły. - Jak zwykle staram się ją
przekonać, że moje stopnie i zaangażowanie mogą sprawić, że w przyszłości będę zarabiać, robiąc to, co lubię, a nie to, co po prostu
potrafię i czego szczerze nienawidzę.
- To nie to samo - odpowiada twardo.
- Może zostanę nauczycielką albo lekarką? Przecież wiesz, że mam
najlepsze stopnie w klasie i mogę...
- To nie to samo - upiera się. - Masz umieć robić coś, czego ludzie
zawsze będą potrzebowali i za co ci zapłacą. Nigdy nie wiadomo, co się w życiu przyda, co się wydarzy, a szycie ci zagwarantuje zarobek. Musisz
mieć fach w ręku.
- Moim zdaniem za dużo ode mnie wymagasz. - Dąsam się coraz bardziej i czuję, że za chwilę, wbrew mej woli, jakaś nieznana siła wyciśnie z moich oczu łzy.
- Może, ale zrozum, że to była jedyna umiejętność, która tutaj, z dala
od domu, we Francji, mi się przydała. Nikt nie zatrudniłby mnie w szkole
czy w biurze, przecież nie znałam francuskiego.
- Czasy się zmieniły.
- Obawiam się, że nie aż tak.
- Moim...
- Lepiej pokaż, co tam znowu sknociłaś. - Mama się pochyla, muskając mój
policzek kosmykiem kruczoczarnych włosów.
Wyraźnie czuję konwaliowy, słodkawy aromat jej perfum i mimowolnie
przymykam oczy, jakbym podświadomie chciała nauczyć się go na pamięć.
Zapamiętać na zawsze.
- Tylko się nie denerwuj - uprzedzam. Nie lubię tych chwil, gdy
przygląda się mojej pracy, wskazuje błędy i niedociągnięcia, bo wiem, że
każe mi pruć, zrobić wszystko od nowa, i jak zwykle powie, że za mało
się przykładam.
- No, no, muszę powiedzieć... - mówi ku mojemu zaskoczeniu, jednocześnie
ciągnąc za nieodciętą nitkę. Zawija ją na palec wskazujący i szybkim,
zdecydowanym szarpnięciem urywa - że jestem miło zaskoczona. Prawie
idealnie.
Od tego "prawie" zaczynają się wszystkie moje krawieckie kłopoty, ale
tym razem, o dziwo, jest inaczej. Mama uważnie ogląda obszycie dziurek,
sprawdza, czy rękawy żakietu są równe, czy dobrze przyszyłam guziki, i wreszcie, odłożywszy robótkę na stół, patrzy mi prosto w oczy.
- Brawo, jesteś gotowa. Gdybyś zrobiła w spódnicy o trzy centymetry
dłuższą podszewkę, byłoby idealnie. - Uśmiecha się promiennie, a w jej
policzku pojawia się dołeczek. - Mireille, uroczyście oświadczam, że
nauczyłaś się szyć.
- Naprawdę?
- Tak, kochanie, jestem z ciebie dumna. - Poklepuje mnie po ramieniu.
- Obiecaj, że już nigdy nie będę musiała ślęczeć przy maszynie. - Przy
okazji sukcesu, jaki właśnie stał się moim udziałem, usiłuję na zawsze
uwolnić się od tego zajęcia.
- Ja mogę ci tylko obiecać, że cię przy niej nie posadzę. - Wzdycha
cicho i po chwili dodaje: - Ale nie wiem, co zaplanował los.
Gdybyśmy tylko wtedy wiedziały... Dzięki jej uporowi to właśnie szycie,
do którego mnie przymuszała, w późniejszych latach nieraz ratowało mnie
przed biedą i beznadzieją. Pozwalało zarobić na chleb. Nie zostałam
bowiem ani nauczycielką, ani lekarką, ani nikim innym, kim sobie
wymarzyłam. Los wszystko pogmatwał tak, że gdyby w tamtym dniu ktoś
uchylił rąbka tajemnicy i ukazał mi mój świat za dziesięć-dwadzieścia
lat, nie uwierzyłabym i zwyczajnie go wyśmiała.
- Dobre i to. Czyli mogę jechać? - Podekscytowana, nie wierząc w swoje
szczęście, klaszczę w dłonie z nadzieją, że wreszcie się zgodzi.
- Do Warszawy? - Mama się droczy, udając, że nie wie, o czym mówię.
- Wiesz, jak nie mogę się doczekać.
- Wiem, wiem. I owszem, możesz jechać.
Mimi, Francja 1939
Przypadam do niej i ściskam ją tak, że niemal traci oddech. Serce bije
mi jak oszalałe i miałabym ochotę skakać radośnie jak dziecko, ale tego
nie robię, w obawie, że mama uznałaby takie zachowanie za niedojrzałe i na powrót dostrzegła we mnie małą dziewczynkę, po czym cofnęła zgodę na
eskapadę.
Jestem podekscytowana. Jest początek sierpnia 1939 roku i wreszcie będę
mogła pojechać do miasta, o którym tyle słyszałam, miasta, za którym
rodzice tak tęsknią. Na własne oczy zobaczę Zamek Królewski, Syrenkę,
Łazienki, może uda nam się nawet wyprawić do Wilanowa. A przede
wszystkim w końcu poznam rodzinę. Co prawda mam wrażenie, jakbym znała
ich od dawna, w zasadzie od zawsze, bo żyją każdego dnia w opowieściach
rodziców i wujka Stanisława, ale w rzeczywistości widziałam wujków,
ciocie i kuzynów tylko na zdjęciach.
Rodzice przeprowadzili się do Montceau-les-Mines2 we
Francji z początkiem lat dwudziestych, gdy miałam zaledwie dwa lata.
Europa, przeorana i wycieńczona wojną, stała się tyglem zmian, biedy,
kryzysu, a życie nie gwarantowało niczego: ani pracy, ani stabilizacji,
ani bezpieczeństwa, ani nadziei, że znowu będzie dobrze. Z perspektywy
czasu wydaje się, że rodzice podjęli słuszną decyzję.
Mama, zakochana w Warszawie, w której się urodziła w 1890 roku i wychowała, gdzie podjęła pierwszą pracę w zakładzie krawieckim na
Saskiej Kępie, z bólem serca zaakceptowała pomysł męża, by wyjechać z Polski i szukać szczęścia, a przede wszystkim pracy, z dala od
rodzinnego domu. Wiązało się to z porzuceniem przyjaciół, rozłąką z rodziną, z tym wszystkim, co znała i co wydawało się bezpieczne. Zamiast
tego, gdzieś tam daleko, w miasteczku, o którym wcześniej nawet nie
słyszeli, czekała na nich jedna wielka niepewność.
W dodatku miała świadomość, że wyrusza z gromadką dzieci w drogę bez
powrotnego biletu, a strach podszeptywał, że powinna dobrze się
zastanowić i przeanalizować wszystko kolejny raz. Że może tylko się
wydaje, że trawa jest bardziej zielona tam, gdzie ich nie ma. Ponadto
przeprowadzka łączyła się ze sporym wydatkiem i mama nie mogła liczyć na
to, że w razie niepowodzenia ot tak, po prostu wróci do domu. Oczywiście
rodzice przyjęliby ją z otwartymi ramionami, ale przecież miała też
swoje ambicje i honor. A przede wszystkim kochała Janka i nie zniosłaby
dłuższej rozłąki.
Z Janem poznali się na Pradze. On, wysoki, postawny, śniady, dusza
towarzystwa, od razu zwrócił jej uwagę. Potem się okazało, że ona też mu
się spodobała od pierwszego przelotnego spojrzenia. W świąteczne
wieczory przy suto zastawionym stole mama uwielbia opowiadać rozmarzonym
głosem, jak to tata podszedł i zapytał, czy może ją odprowadzić do domu.
Jak w pierwszej chwili się przestraszyła i jakim Jan okazał się
fantastycznym mężem i dobrym człowiekiem.
- Zapada zmrok, a obawiam się, że okolica nie należy do
najbezpieczniejszych. Może pozwoli pani, bym służył jej ramieniem?
Nazywam się Jan Guzik, jestem mechanikiem i zapewniam, że nie musi się
pani mnie bać.
Onieśmielona Karolina nie wiedziała, co odpowiedzieć. Umówiła się w kawiarni z kuzynką, która jednak nie wiedzieć dlaczego nie przyszła.
Wiedziała, że w pobliskiej zniszczonej kamienicy w mieszkaniu wujostwa,
którzy akurat wyjechali na pogrzeb jakiegoś kuzyna na wsi, nie ma
nikogo. Po chwili wahania spłoniła się niczym włożony do wrzątku rak i przyjęła propozycję. Zrobiła to nawet z pewną ulgą. Za nic nie chciała
samotnie się błąkać po podejrzanie wyglądających uliczkach, gdzie w bramach czaiło się zło. Tak jej się przynajmniej wydawało. Niezbyt
dobrze znała tę część miasta i bywała w niej tylko z braćmi albo
rodzicami. Nigdy sama.
- Bardzo dziękuję, jeśli to nie kłopot. - Wyciągnęła ku niemu chłodną,
szczupłą dłoń, nad którą on od razu się pochylił i złożył na niej
pocałunek. - Karolina Wygnaniec.
Nie dodała, że jest Żydówką, że pierwszy raz przebywa w towarzystwie
obcego mężczyzny, nie zdradziła też, jak bardzo jest podekscytowana i skrępowana tą sytuacją.
Dla Janka nie było kłopotem ani odprowadzenie jej pod same drzwi
mieszkania, ani towarzyszenie w spacerach po Warszawie w następnych
dniach. W rzeczywistości w kolejnych tygodniach robił wszystko, by być
przy niej jak najbliżej i jak najdłużej.
Zawsze szarmancki, uśmiechnięty i tryskający humorem zarażał ją swoim
optymizmem i w końcu sprawił, że nie mogła przestać o nim myśleć.
Zamieszkał w jej głowie, marzeniach, pragnieniach i snach. To przy nim
czuła się bezpieczna, piękna i kochana. To on dał jej poczucie, że jest
najważniejsza na świecie, wyjątkowa, a jednocześnie sam stał się centrum
jej wszechświata.
Był nietuzinkowym człowiekiem. Zafascynowany technicznymi nowinkami
pracował jako mechanik samochodowy, naprawiał też motory i zawsze, mimo
kąpieli i wody kolońskiej, roztaczał lekki zapach smaru. Był on niejako
jego znakiem rozpoznawczym i Karolina za nim też tęskniła. Do końca
życia kojarzył jej się z tym cudownym, ulotnym wirem w brzuchu, który
wywołuje miłość.
Po ślubie rodzice początkowo zamieszkali w maleńkim mieszkanku w centrum
miasta. Było tak ciasne, że ledwie mieściło łóżko i stolik z trzema
krzesłami. Ciemne, ponure, z horrendalnym czynszem nie zapowiadało
lepszej przyszłości. Choć nieopodal mieszkała starsza siostra Jana,
Paulina, która pomagała młodym, jak tylko mogła, to i tak życie wydawało
się nieść wyzwania, którym nie byli w stanie podołać.
Mimi z rodzicami.
Od lewej: Tolek, Karolina, Mimi, Jan, Jan Junior, stoi Zbyszek
Na szczęście do
przytłoczonych problemami małżonków wyciągnęli rękę rodzice Karoliny.
Estera, z domu Stader, i Bruno Wygnańcowie zaproponowali przeprowadzkę
do Szymanowa, do starego domu babci Karoliny, Małgorzaty Stader. I chociaż nie było to spełnieniem marzeń, zmiana miejsca zamieszkania i przenosiny do oddalonego o czterdzieści kilometrów od stolicy miasteczka
dawała nadzieję na łatwiejsze życie. Dom co prawda był małą, tu i ówdzie
porośniętą mchem drewnianą chałupą, której ściany pokrywała glina, z okien odłaziła płatami biała farba, a na krzywym kominie zadomowiły się
w wielkim gnieździe bociany, ale przynależał do niego całkiem spory
kawałek ziemi.
Czteroletnia Mimi, Francja
Spędzili w nim kilka szczęśliwych, ale też pełnych wyrzeczeń lat,
doczekawszy się pięciorga dzieci, synów: Zbyszka, Jana Juniora, Tolka i Cześka, który niestety zmarł tuż przed swoimi pierwszymi urodzinami.
Ostatnia, w lipcu 1920 roku, urodziłam się ja - Mira, dla przyjaciół
Mimi.
Z każdym dzieckiem dom stawał się ciaśniejszy i coraz trudniej było
wykarmić tak liczną gromadkę. Mama stale powtarza, że odetchnęła z ulgą,
gdy przyszłam na świat, ponieważ tatuś marzył o córce i ku jej
przerażeniu zapowiedział, że będzie tak długo płodził dzieci, aż w ich
domu pojawi się dziewczynka, jak zwykł mawiać - mała księżniczka, czyli
ja. Odkąd pojawiłam się na świecie, stałam się jego skarbem, perełką,
oczkiem w głowie, osłodą wszystkich trosk. I choć wstyd to przyznać i nie chciałabym urazić mamusi, bo kocham ją szalenie, to jednak jego
darzę niewyobrażalną miłością i to on jest najważniejszy w moim życiu.
Gdy byłam dzieckiem, to jego powrotu do domu wyczekiwałam z noskiem
przyklejonym do szyby. To on najradośniej się ze mną śmiał, podrzucał
mnie, łaskotał i rozpieszczał. Zresztą jako najmłodsze dziecko byłam
hołubiona przez wszystkich: braci, sąsiadów, znajomych.
Nie wyobrażam sobie, jak zdeterminowani byli moi rodzice, że zdecydowali
się na wyjazd z Polski za chlebem, i ile odwagi musiało to od nich
wymagać. Najstarszy syn Nowickich, sąsiadów mieszkających na skraju
Szymanowa, tuż nad Pisią3, namówił ojca do podjęcia tego ryzyka,
przekonując, że wszędzie będzie lepiej niż tu. Sam pracował już ponad
rok we Francji jako górnik i gwarantował, że Janek znajdzie pracę w tej
samej kopalni. Dziadkowie początkowo byli przerażeni i nie chcieli
słyszeć o pomyśle męża najmłodszej córki. Wreszcie po kolejnych
naradach, spazmatycznym płaczu babci, rozpaczy i wątpliwościach
uradzili, że bezpieczniej i raźniej im będzie, jeśli w drogę wyruszy nie
jeden, a dwóch mężczyzn z rodziny.
I tak się stało.
Ojciec pożegnał się z moją mamą, Staszek z ciotką Józią, uściskali
dzieci - naszą czwórkę i wujostwa dwójkę, Staśka Juniora i Lilę, i...
ruszyli przed siebie.
Montceau-les-Mines okazało się przyjaznym, choć nieco nudnawym
miasteczkiem, z przyjemnym, ciepłym klimatem i zadbanymi uliczkami, a przykopalniane osiedla dwurodzinnych, niemal identycznych domów - oazą
ciszy i spokoju. Wszystko było lepsze niż ciasny domek babki Małgorzaty.
Zostali ulokowani we wspólnym, kilkuosobowym pokoju w jednym z sąsiadujących z kopalnią budynków. Mieszkali w nim mężczyźni bez rodzin,
dla których ta forma zakwaterowania była najtańsza. I choć ani Jan, ani
Staszek nie fedrowali węgla, praca była na tyle opłacalna, że już po
kilku miesiącach ściągnęli do Francji oszołomione i pełne obaw, ale też
nadziei, żony z dziećmi.
Zaraz po przyjeździe zajęliśmy jeden z domów z małym ogródkiem, mając do
dyspozycji trzy pokoje, wygodną kuchnię i maleńką łazienkę. Wujostwo
osiedli ulicę obok w podobnym mieszkaniu, z podobnym widokiem na
pobliską hałdę węgla.
Zaczęliśmy normalne życie, bez obaw, że niebawem nie będzie czego włożyć
do garnka, że nie wystarczy na opłacenie rachunków i ubrania dla dzieci.
Nie opływaliśmy w dostatki, ale też nie cierpieliśmy biedy. Po raz
pierwszy rodzice mogli bez lęku patrzeć w przyszłość, snując plany na
lepsze życie swoje i dzieci.
Dziesięcioletnia Mimi, Francja
Wyzwaniem dla nas było nauczenie się zupełnie obcego języka, ale kontakt
z rówieśnikami i zajęcia w szkole sprawiły, że coraz lepiej mówiliśmy po
francusku. Nasze szkoły okazały się nader przyjazne, zapewniały
swobodniejszy oddech i większą przestrzeń niż ta, do której bracia
chodzili w Polsce. Trzymaliśmy się razem, ja jako najmłodsza oczywiście
byłam ich pupilką, ale to nie przeszkadzało nam w nawiązywaniu bliskich
relacji z miejscowymi dziećmi.
Mimi (piąta od lewej w drugim rzędzie od dołu) w szkole niedzielnej
zorganizowanej dla dzieci emigrantów. W tygodniu uczęszczała do
elementarnej szkoły francuskiej
I z rodziny mam tutaj tylko ich. Dlatego jestem tak podekscytowana myślą
o tych wszystkich, którzy gdzieś tam mają te same korzenie, geny,
opowieści rodzinne i, mam nadzieję, też z tęsknotą na mnie czekają. W drogę mam wyruszyć z bratową. Zośka jest żoną mojego najstarszego brata
Zbyszka i to pod jej czujnym okiem mam odwiedzić bliskich. Bardzo chuda,
drobna, starsza ode mnie zaledwie o sześć lat, odpowiedzialna i czasem
nieco przygaszona, a może zwyczajnie zmęczona opieką nad półroczną
córeczką Janinką, wydaje się nad wyraz poważna. Ale na szczęście jest
gadatliwa i ma jedyne w swoim rodzaju poczucie humoru, co sprawia, że
podwójnie się cieszę na naszą eskapadę.
Wybieramy się na jakieś trzy-cztery tygodnie i przez ten czas Janinką
będzie się zajmować moja mama, która uwielbia małe dzieci i gdyby mogła,
przygarnęłaby wszystkie maluchy z naszej ulicy.
Zosia jest rozdarta między tęsknotą za rodzicami i siostrami a Janinką.
Szczebiocze do niej dwa razy więcej i tuli co chwila, jakby już teraz
chciała wynagrodzić jej rozłąkę.
- Przestań ją stale nosić na rękach, będzie tęsknić jeszcze bardziej -
utyskuje mama, przeczuwając, że mała może rozpaczać za Zosią.
Janka jest bardzo bystra i już doskonale rozpoznaje twarze i głosy
bliskich i reaguje histerią, gdy zbliża się ktoś obcy, co babci nie
wróży lekkich dni z maleństwem.
- Ja tylko na chwilę.
- Chwila tu, chwila tam i mała ma wrażenie, że jest do ciebie
przyklejona. Dla jej dobra pozwól, że teraz ja się nią zajmę. Niech się
przyzwyczaja.
Mama sięga po małą i teraz to ona szczebiocze do niemowlęcego uszka.
Zachowują się jak dwie sroki zazdrośnie wpatrzone w połyskujący
papierek.
- Już za nią tęsknię.
- Zobaczysz, trzy, góra cztery tygodnie szybko miną. Nim się obejrzysz,
będziecie z powrotem w domu. - Mama unosi dziecko na wysokość swojej
twarzy i rozczulona wpatruje się w pulchną twarzyczkę.
- Ależ ona jest podobna do Zbyszka.
- A ja uważam, że raczej do mnie.
Spoglądam na maleństwo z buzią okrągłą jak bułeczka, w której giną
niebieskie oczy otulone koronką ciemnych rzęs. Trudno dopatrzyć się w dzieciaku podobieństwa do kogokolwiek. Mam wrażenie, że Janka
najbardziej jest podobna do innych niemowlaków wożonych w wózkach przez
sąsiadki po chodnikach miasteczka. Zaraz po narodzinach małej, gdy
jeszcze tak nie przybrała na wadze, wydawało mi się, że jest kopią Zosi,
ale teraz sama już nie jestem pewna.
Mimi z przyjacielem domu tuż przed wyjazdem
do Warszawy, Francja 1939
Mimi (trzecia od lewej) z przyjaciółkami, niedługo przed jej wyjazdem do
Warszawy, jako druhny na ślubie brata Mimi,
Jana Juniora, Francja 1939
- Najważniejsze, że jest zdrowa. - Babcia przerywa licytację, oddaje
Jankę jej mamie, po czym stawia na stole pękaty porcelanowy imbryk w drobne kwiatuszki z czarną cejlońską herbatą. Jej ulubioną.
Ślub Janka Juniora z Henriettą. Mimi trzecia od lewej
Janusz Wygnaniec (ur. 25.01.1895), Warszawa 1939
Zwykle w dzbanuszku stojącym nieopodal kuchenki, ze śmiesznym sitkiem
wciśniętym w dzióbek, najpierw zaparza mocny, niemal czarny napar, a potem rozlewa odrobinę do szklanek i kubków i dodaje wrzątku. Teraz, z uwagi na gości, wyjęła z szafki przywieziony z Polski dzbanek i cztery
maleńkie filiżanki od kompletu.
***
- To co, dziewczęta, spakowane?
- Boże! - Zośka znowu zaczyna lamentować. - Nie mam pojęcia, co powinnam
zabrać. Niby jadę tylko na kilka tygodni, a najchętniej zabrałabym pół
szafy. W końcu nigdy nie wiadomo, jak będzie: ciepło, zimno, może padać...
- Zamyśla się na chwilę. - Z pewnością będzie padać.
- Bez przesady, przecież gdy będzie ci czegoś brakowało, możesz liczyć
na rodzinę, a w ostateczności dokupić.
- No tak, tylko że ja lubię mieć wszystko pod kontrolą i wolę się
przygotować.
- Bardzo rozsądnie, ale nie miotaj się tak.
- Mimi, a ty jesteś gotowa?
Mama patrzy na mnie uważnie. Dostrzegam w jej oczach troskę i wiem, że
choć tego nie okazuje, potwornie się denerwuje. Dla mnie wyprawa do
Warszawy jest przygodą życia. Jestem podekscytowana, ciekawa, trochę też
zaniepokojona, czy wszystko pójdzie po naszej myśli. Czy się nie
zgubimy? Czy ja nie zgubię Zosi? Czy nie pomylimy pociągów, przecież
mamy dwie przesiadki? Jak poradzę sobie z wielką, ciężką walizką? Czy
rodzina przyjmie mnie z życzliwością, jak zapewniają rodzice? Czy nie
będę za bardzo tęsknić i wreszcie po raz kolejny zadaję sobie pytanie:
jak tam jest? Czy aby będę bezpieczna, czy tego kraju nie należy się
obawiać? Czy w sklepach jest to samo co u nas? Czy ludzie są dla siebie
mili? Co dadzą mi do jedzenia i czy mi to zasmakuje? Ganię się w duchu,
bo im dłużej się zastanawiam, tym więcej niespokojnych myśli naciera na
mój mózg. Ale z drugiej strony nie sposób nie myśleć.
- Mimi, co z tobą?
- Słucham? - Budzę się jak z letargu. - Co mówiłaś, mamo?
- Pytałam, czy jesteś gotowa.
- Chyba tak, ale trochę się obawiam, że mogłam o czymś nie pomyśleć.
Dobrze by było, gdybyśmy razem przejrzały walizkę.
Walizka jest wielka, brązowa i stara. Pamięta czasy, gdy rodzice
przewozili do Francji swoje rzeczy. Nikomu niepotrzebna, zakurzona, w otulinie pajęczyn przeleżała na strychu jakieś siedemnaście lat i teraz
aż jęczy pod naporem rzeczy, które do niej wpakowałam. Mam tylko
nadzieję, że na dworcu nie urwie się jej rączka ani nie puszczą dwa
zardzewiałe zamki i zawartość nie wysypie mi się do stóp. Byłby to
największy wstyd. Aż przeszywa mnie zimny dreszcz, gdy wyobrażam sobie,
jak moje niewymowne, zaplątane w pończochy i sukienki, leżą na chodniku,
wystawione na ironiczne spojrzenia przechodniów.
Mama natomiast patrzy na nią z sentymentem. Wiem, że to ona chciałaby
spakować swoje rzeczy i choć na chwilę wrócić na stare śmieci. Widzę,
jak tęskni i ukradkiem ociera oczy, z jakim rozrzewnieniem wspomina
minione czasy i opowiada, co koniecznie muszę zobaczyć, kogo odwiedzić i czego spróbować. Tak bardzo chciałabym ją zabrać ze sobą, ale z oczywistych względów jest to niemożliwe. Nie stać nas na jeszcze jeden
bilet, mama ma swoje zobowiązania w pracy, a w domu nie miałby kto
gotować i troszczyć się o ojca. Nie żeby nie był samodzielny, po prostu
ona uważa, że jako dobra żona jest mu to winna. Zresztą moja wyprawa
porusza też tatkę. Wczoraj, gdy sądzili, że nie słyszę, pocieszali się
nawzajem, siedząc na ławce przed domem. Przez otwarte okna dolatywały
mnie czułe, smutne słowa.
- Kochanie, zobaczysz, my też wybierzemy się do Warszawy. - Tata niemal
szeptał mamie do ucha.
- Tak myślisz?
- Oczywiście. Daj mi tylko trochę czasu, a uzbieramy na bilety.
- Kochany, wiesz, że zawsze są ważniejsze wydatki. - W głosie mamy
pobrzmiewała tak smutna nuta, że aż ścisnęło mi się serce i miałam
ochotę odstąpić jej swoje miejsce w pociągu.
- To też jest ważne. Zaufaj mi.
- Wiesz, że ci ufam, tylko jakoś przestałam w pewne rzeczy wierzyć. Od
tylu lat planujemy wizytę w domu i co? I nic.
- Bo jakoś się nie składało, ale teraz będzie inaczej.
- Wątpię.
- Ejże, kochanie, gdzie twój optymizm i wiara, że nam się uda?
- Mam złe przeczucia.
- Ty i te twoje przeczucia! - Tata się zaśmiał. - Zawsze wyobrażasz
sobie najgorsze i to zaczarowuje twój świat. Nastaw się pozytywnie.
- Jestem pozytywnie nastawiona, ale naprawdę czuję, że wydarzy się...
- Błagam, nie kończ. Co może się wydarzyć? Jesteśmy zdrowi, silni, nie
tacy znów starzy, wbrew pozorom życie stoi przed nami otworem.
Pamiętasz, jak panikowałaś przed wyjazdem do Francji? Że nie znasz
języka, gdzie zamieszkamy i co poczniemy z dziećmi. I co? Jest
fantastycznie.
- Lepiej niż w Polsce, to prawda, ale brakuje mi najbliższych.
- Przecież stale pisujecie do siebie.
- Listy to nie wszystko.
- Wiem, ale daj mi jeszcze trochę czasu, a gwarantuję, że będziesz mogła
planować własną sentymentalną podróż.
- Obiecujesz?
- Obiecuję. Chodź tu, głuptasie, kocham cię najbardziej na świecie.
- Ja ciebie też. Ale martwię się o naszą córcię.
- Wszystko będzie dobrze. Mogłabyś się niepokoić, gdyby jechała sama, do
obcych ludzi, a przecież tak nie jest.
- Zawsze uważasz, że szklanka jest do połowy pełna.
- Bo tak trzeba. Tak trzeba.
Tata stara się wspierać mamę, ale też przeżywa mój wyjazd. Widzę, jak
wodzi za mną wzrokiem i z niepokojem zerka na wystawioną w korytarzu
walizkę, pewnie się zastanawiając, jak jego mała księżniczka sobie z nią
poradzi.
Co rusz zamykam dwa zdezelowane zameczki i chwytając za chybotliwą
rączkę, sprawdzam jej ciężar, rozważając, czy nie wyjąć jakiegoś
sweterka albo książki. Oczywiście nie ma mowy, żebym pozbyła się dopiero
co kupionej powieści, która ma umilić mi podróż, ale niepokój podsuwa
różne dziwne pomysły. Wczoraj wyjęłam zapasową parę wygodnych brązowych
sznurowanych butów i od razu naraziłam się na burę mamy.
- Oszalałaś? W samych czółenkach cię nie puszczę. Musisz mieć solidne
buty do spacerowania z wujostwem.
- Mamo, przecież nie jadę do Zakopanego, tylko do Warszawy.
- Wiem, co mówię - fuka niezadowolona. - Buty na obcasie ładnie
wyglądają, ale nie nadają się na taką wyprawę.
Mama stwierdza to z takim przekonaniem, jakbym wybierała się w podróż w butach na wysokich obcasach. Tymczasem moje wysłużone buciki mają
zaledwie dwucentymetrowy słupek i są naprawdę wygodne.
- Mam jeszcze sandały.
- A jak spadnie deszcz? Pomyślałaś o tym?
Oczywiście mama stawia na swoim. Zabieram niepotrzebną parę ciężkich
buciorów, zbyt gruby, uszyty przez mamę na wiosnę płaszcz, dodatkowy
ciepły sweter, bo przecież nie wiadomo, jaka będzie pogoda, kilka fiolek
leków, gdyby którąś z nas rozbolała głowa albo dopadło przeziębienie, i wielką wałówę. Suszona kiełbasa pachnie tak, że aż przeraża mnie myśl,
że gdy zajmę swoje miejsce w pociągu, jej aromat zawładnie całym
wagonem. Tak bardzo chciałabym być choć trochę światowa, a tymczasem
będę roztaczać woń zwykłej kiełbasy.
Rozdział 2
Jest cudowny letni poranek. Słońce leniwie wdrapuje się na nieboskłon,
ptaki kłócą się w ogrodzie, obsiadłszy jabłoń pod oknem, a dwie
zagubione muchy z nerwowym brzęczeniem tłuką w szybę, usiłując wydostać
się na zewnątrz. W normalnych okolicznościach wzięłabym leżącą na stole
gazetę i je utłukła, jednak dziś jest szczególny dzień i dlatego
otwieram okno, żeby umożliwić im ucieczkę.
W domu panuje nerwowa atmosfera. Mama co rusz dopytuje, czy zabrałam to
lub tamto, czy zapakowałam prowiant, czy się wyspałam i jak się czuję.
Im więcej zadaje pytań, tym bardziej rośnie moje zaniepokojenie.
- Karola, daj jej spokój. - Ojciec próbuje przyjść mi w sukurs, choć
jego sztywne ruchy i szkliste oczy zdradzają, ile kosztuje go mój wyjazd
i jak bardzo jest poruszony.
- Tak, tak - gdera mama. - Mam dać jej spokój, ale jak czegoś zapomni,
to będzie nieszczęście i co wtedy zrobi?
- Mamuś, mam wszystko.
- Siostra, uważaj tam na siebie. - Jak na złość na porannym posiłku
stawili się zaniepokojeni bracia, którzy najchętniej wpakowaliby się do
pociągu razem z nami, żeby nas chronić.
- Będę, obiecuję.
- Nie chodź nigdzie z nieznajomymi.
- Jakbym kiedykolwiek chodziła. - Śmieję się perliście, nie mogąc się
doczekać chwili, gdy wreszcie zajmę miejsce w przedziale, z dala od ich
troski, porad i obaw.
- Tu zawsze możesz na nas liczyć, ale tam...
- Tam będą kuzynowie - ucina dyskusję tata.
- To nie to samo.
- Chłopaki, przecież ona nie jedzie w dzicz, tylko do rodziny.
- Ale po drodze mogą się zdarzyć różne rzeczy.
- Nie przesadzajcie, jestem dużą dziewczynką i dam sobie radę. Lepiej
powiedzcie, co wam przywieźć. - Nie mam pojęcia, co powinnam nabyć dla
nich w kraju przodków i czy jest tam coś, czego tutaj nie można kupić.
- Przywieź siebie całą, to będzie najlepszy prezent.
- Wiecie, mam wrażenie, że to "ostatnie pożegnanie". - Gdybym tylko
wtedy wiedziała, jak prorocze wypowiadam słowa... - Przecież za trzy
tygodnie znowu się zobaczymy i błagam, przestańcie tak marudzić, bo
odbieracie mi całą przyjemność z wakacji.
- Wiesz, że nie takie mamy intencje.
- Wiem, ale na to wychodzi.
Dalej się przekomarzamy, lecz atmosfera, mimo pozornego luzu, nie staje
się lżejsza. Podskórnie wyczuwam napięcie mojej kochanej rodzinki, jej
niepokój i zatroskanie.
- Będę za wami tęsknić. - Wbrew woli wyrywa mi się szczere wyznanie.
- My za tobą też. Wracaj jak najszybciej i pamiętaj, żeby mówić o nas
rodzinie same dobre rzeczy. Że jesteśmy fantastyczni, mądrzy, że...
- Ty i twoje pomysły. - Szturcham brata w bok. - Wiesz, że nie mogłabym
inaczej.
Śniadanie ciągnie się w nieskończoność, a udzielający się wszystkim
stres w końcu sprawia, że rozmowa jakoś się nie klei. Tyle stoi między
nami słów, miłości, czułości, że z trudem przełykam posmarowany grubą
warstwą masła kęs bagietki. Sączę gęstą czarną kawę, która po chwili
zaczyna rozpychać się w żyłach, dzięki czemu krew nabiera animuszu i radośniej uderza do głowy, dając przyjemne orzeźwienie i tak potrzebną
energię.
Żegnamy się, ściskając i szepcząc ciepłe słowa, magiczne zaklęcia, że
jesteśmy dla siebie najważniejsi, że się kochamy, że mam bezpiecznie
wracać i bawić się dobrze. Wreszcie z tatą zostawiamy ich na progu i pożyczonym samochodem, z walizką, która ledwie mieści się w bagażniku,
podjeżdżamy pod dom Zosi.
Tu jest jeszcze gorzej. Mała Janka płacze spazmatycznie i nie daje się
odkleić od matki, jakby przeczuwała, że ta opuszcza ją na dłużej. Zalewa
łzami sukienkę Zosi, której też, mimo że robi dobrą minę do złej gry,
trzęsie się broda.
- Jedziemy! - Choć ojciec wkłada w tę zachętę cały swój optymizm, nie
brzmi specjalnie przekonująco. - Żegnajcie się, bo pociąg nie będzie
czekał.
Zosia tuli córeczkę, przytula się do męża i bez skrępowania całuje go w usta, po czym wreszcie pakuje się do samochodu. Jej walizka, nieco
mniejsza i zdecydowanie szykowniejsza od mojej, ląduje na siedzeniu z tyłu, tak że teraz nieco się kulę w niewygodnej pozycji.
Jeszcze raz, niczym na nudnej lekcji, ojciec monotonnie powtarza plan
naszej wycieczki. Wsiadacie do pociągu tu i tu, przesiadka będzie tam,
macie dwie godziny zapasu, warto w tym czasie coś zjeść, lepiej nie
oddalajcie się zanadto od peronu, nie rozmawiajcie z nieznajomymi,
trzymajcie się raczej większych grupek, nikomu nie ufajcie, dobrze
schowajcie pieniądze, najlepiej podzielcie je na kilka części, gdybyście
którąś zgubiły lub wam ją ukradziono, to zostaną inne, wujek ma czekać
na dworcu w Warszawie, tylko nie zapomnijcie o walizkach, uważajcie na
siebie...
- Tato, daj spokój.
Ojciec spogląda na mnie we wstecznym lusterku.
- Lepiej się skup.
- Znam to na pamięć i przysięgam - wystawiam dwa palce - będę miała to
wszystko na uwadze i wrócę do was, nim zaczniecie za mną tęsknić.
- Oby, córcia, oby.
- Ej, tatku, uśmiechnij się.
- Zobaczysz, jak to jest, kiedy sama będziesz miała dziecko. Jak
człowiek się zamartwia, niepokoi.
- Błagam, przestańcie. Jeśli jeszcze raz uderzycie w takie tony, jestem
gotowa zawrócić do małej. A przecież mamy zamiar dobrze się bawić,
prawda, Mimi?
- Właśnie, to mają być wakacje mojego życia, więc przestań mnie
straszyć.
- Dobrze, już dobrze. - Ojciec wzdycha ciężko i parkuje przy krawężniku.
- Ja tylko tak z troski.
Peron jest mały i niewielu na nim ludzi. Drewniane zielone zadaszenie
tuli się do niewielkiego budynku dworca zwieńczonego zabytkowym zegarem,
który nieubłaganie odmierza krótkie minuty spóźnialskim i leniwe,
powolne, ciągnące się w nieskończoność tym, którzy od jakiegoś czasu
czekają na pociąg. Dla mnie to wszystko jest nowe i ekscytujące. Już
tutaj czuję się wyjątkowo, jakbym była podróżniczką, która właśnie
wybiera się na eskapadę w nieznane. Z drugiej strony, z walizką w ręce,
a w zasadzie w dłoni ojca, czuję się niezwykle dorosła. Mam na sobie
zwiewną błękitną sukienkę z dwiema falbankami, którą mama uszyła
specjalnie na tę okazję, twierdząc, że nie mogę zaprezentować się
rodzinie jak obdartuska. Jakbym kiedyś nią była! Koleżanki zawsze
zazdrościły mi strojów szytych przez mamusię, która z niczego potrafi
wyczarować coś modnego i stylowego. Moi bracia, ojciec i ona sama
wyglądają, jakby ubierali się u najlepszych krawców w Paryżu, tak że
przyciągają spojrzenia nieznajomych na ulicy. Jesteśmy jak wizytówka
mamusinej pracowni i szczerze mówiąc, bardzo nas to cieszy.
A w powojennych biednych czasach przecież niełatwo było się wyróżnić. My
mieliśmy to szczęście.
Ojciec, jakby niósł koszyk jajek, z atencją lokuje walizki na półkach
nad naszymi głowami i gdyby nie gwizdek konduktora i groźne sapnięcie
lokomotywy, pewnie by się stąd nie ruszył. Pochyla się teraz nade mną,
ściska mocno jak nigdy wcześniej i pieści moje ucho najczulszymi
słowami.
- Do zobaczenia, księżniczko. Kocham cię najbardziej na świecie. Wracaj
szybko, kochanie. Już za tobą tęsknię.
- Też cię kocham najbardziej na świecie.
Całuję jego chropowaty policzek pokryty gęstą siateczką drobnych
zmarszczek i patrzę, jak odchodzi. Widzę go jeszcze przez chwilę w kłębach pary na peronie. Machamy do siebie zawzięcie, dopóki gwałtowne
szarpnięcie lokomotywy nie zmusza mnie do zajęcia miejsca.
Nim na dobre ruszymy, czuję, jak skręca mi się żołądek. W pierwszej
chwili nie potrafię ocenić, czy to na myśl o ugotowanych na twardo
jajkach i soczystym dojrzałym pomidorze, które spakowała mama, czy z podniecenia. Widzę, że Zośka jest bardzo poruszona, a jej szkliste oczy
tępo wpatrują się przed siebie.
Ludzi w wagonie jest niewielu. Jakiś robotnik, który ciągle mnie w dłoniach wytarty kaszkiet, dżentelmen w nie najlepiej skrojonym
trzyczęściowym garniturze i dwie hałaśliwe kobiety, które usiadły
nieopodal i teraz skrzekliwie przekrzykują stukot kół pociągu.
Skupiam się na widokach. Lesie, który przemyka za oknem, kilku nieśmiało
przycupniętych na jego skraju domkach, pasących się krowach, a mimo to
dociera do mnie ich rozmowa.
- Powiadam pani, pani Barral, nic dobrego z tego nie wyniknie, będzie
wojna jak nic - mówi grubsza, wymalowana jak wampirzyca na pierwszego
listopada.
Blada, z nienaturalnie uczernionymi brwiami i przesadnie czerwonymi
ustami, które co chwilę układa w ciup. Pewnie poprawiała szminką ich
kontur, bo teraz nieładna karmazynowa czerwień pokrywa również zęby.
Mamusia na jej widok miałaby jednoznaczne skojarzenia, ja zaś nadstawiam
uszu, zastanawiając się, o czym tak pytlują.
- Pani Fresnel, pani Fresnel! - Pulchna blondynka prycha
zniecierpliwiona, jednocześnie wzruszając ramionami. - Jak pani coś
wymyśli... Jaka wojna? Dopiero co się skończyła jedna, to niby miałaby być
druga? To jakaś wierutna bzdura.
- Mój René tak twierdzi, a on zna się na rzeczy. Jest przemysłowcem,
czyta gazety, można powiedzieć, że trzyma rękę na pulsie.
- Głupoty! Ot, naczytał się gazet i wierzy pismakom. Hitler nie byłby
takim durniem, wystarczy mu, że zajął...
- Durniem powiada pani? - mówi z naciskiem. - On nie jest głupi, tylko
pazerny. Wspomni pani moje słowa.
- A co mnie on obchodzi? Czechosłowację ponoć zajął i co z tego? Nam nic
nie grozi, mamy, jak to się mówi, podpisany z Niemcami pakt i tego
trzeba się trzymać.
- Mój René twierdzi, że ten cały Adolf Hitler nic sobie nie robi z umów,
że nie powinniśmy...
- Béatrice, niech mnie pani z łaski swojej nie próbuje straszyć.
- A gdzieżbym śmiała? Mówię tylko, jak jest.
Kobiety niespodziewanie się dąsają, milkną, po czym ostentacyjnie
odwracają głowy i skupiają na widokach za oknem.
Wzbiera we mnie zaciekawienie. Wojna? Jaka wojna? Owszem, ojciec z braćmi rozprawiali przy stole o Hitlerze, ale raczej jako o małym
krzykaczu, któremu się wydaje, że może zawładnąć światem. Przeraża mnie
jego polityka wobec Żydów i zakusy polityczne, ale ojciec niezmiennie
powtarza, że nie mamy się czego bać. Mamy robić swoje i nie przejmować
się tym wrzaskliwym kurduplem, który jest zwykłym mitomanem i fantastą.
Teraz rozmowa kobiet, która przykuła moją uwagę, spowodowała, że na
chwilę wracam do tego trudnego tematu.
W moim przekonaniu Hitler dla Niemców jest wizjonerem, który sprawił, że
jako naród uwierzyli w siebie i odzyskali dumę, ale czy komuś
rzeczywiście zagraża? Nie byłabym taka pewna.
W kwietniu sąsiadka spod czwórki wróciła z wakacji w Niemczech.
Pojechała do siostry pod Berlinem i była zachwycona. Ład, porządek,
dyscyplina, tak z zazdrością i podziwem mówiła o domu rodzinnym.
Odniosła też wrażenie, że młodzi Niemcy, zarówno dziewczęta, jak i chłopcy, są niezwykle wysportowani. Wiecznie w coś grają, ścigają się,
ćwiczą. Nawet młode kobiety w tym uczestniczą. Urzekły ją wyzwolenie i nowoczesne podejście kobiet do stylu życia, mody. Większość z nich
przedkłada tam wygodę i praktyczność ponad elegancję i sąsiadka
przekonywała nas, że to modny trend, którego należy się spodziewać i u nas. Osobiście nie chciałabym rezygnować z ładnych sukienek na rzecz
sportowych strojów i obiecałam sobie w duchu, że nie dam się ponieść
modowemu zaślepieniu. Teraz na myśl przychodzi mi zawartość upchniętej
na półce walizki. Mam nadzieję, że nie będę musiała nosić tych okropnych
buciorów, które kazała mi spakować mama.
Pociąg, sapiąc i prychając, z rytmicznym stukotem kół wlecze się w nieskończoność. Czarna, połyskliwa lokomotywa ciągnąca sześć wagonów co
rusz leniwie zatrzymuje się na kolejnych stacjach, jakby nie zależało
jej na czasie, obojętna na zniecierpliwienie podróżnych. Jestem znużona,
straciłam ochotę na czytanie, nawet krajobraz wydaje się mniej
interesujący. Z Zosią co chwilę zapadamy w drzemkę, budząc się
gwałtownie, gdy lokomotywa gwiżdże albo niespodziewanie szarpie.
Podróżni wsiadają i wysiadają, zmieniają się walizki i ploteczki, w które coraz chętniej się wsłuchuję...
Gdy zatrzymujemy się na stacji w Niemczech, po peronie kręci się kilku
żołnierzy. Sztywni, nadęci, dumnie wyprostowani kroczą przed siebie,
głośno się śmiejąc i paląc papierosy. Popatrują w okna pociągu, uważnie
lustrując pasażerów. Nasze okno jest otwarte i to najwyraźniej zachęca
ryżego młodego wojaka z mauserem na ramieniu do zbliżenia się i zagajenia rozmowy.
- Z daleka jedziecie? - pyta niby od niechcenia.
- Z Francji - odpowiada lakonicznie Zosia niezainteresowana pogaduszkami
ze sprawiającym niezbyt sympatyczne wrażenie nieznajomym.
- E, Francja - prycha tamten lekceważąco i zaciąga się papierosem. -
Słyszałem, że tam tylko żaby jecie.
- Bynajmniej - unosi się Zosia i aby zakończyć tę wymianę zdań, odwraca
się ostentacyjnie w drugą stronę, ignorując smarkacza, który pewnie
skłamał, że jest pełnoletni, żeby zaciągnąć się do wojska.
- A dokąd jedziecie? - woła niezrażony.
- Do Polski - odpowiadam z dumą i po chwili dodaję: - Do Warszawy.
Jestem naprawdę ciekawa, jak ją skrytykuje i jakie ma uprzedzenia. On
jednak tylko ironicznie się uśmiecha i rzuca jakby mimochodem:
- Niedługo też tam będziemy.
W tym momencie lokomotywa szarpie wagonami, z mozołem rusza, by zaraz
nabrać animuszu i energicznie przyspieszyć. Nim zdążę zapytać, co ma na
myśli, jego postać się oddala, aż wreszcie staje się niemal niewidocznym
punktem na tle ceglanego dworca.
Przez chwilę się zastanawiam, co znaczą jego słowa. Też wybierają się do
Warszawy? Jeśli tak, to dlaczego nie wsiedli do pociągu i skąd ten
ironiczny ton? A jeśli jadą całą grupą, która tłoczyła się w drzwiach
dworca, to jakie mają plany i co będą robić w stolicy Polski? Wreszcie
wzruszam ramionami i daję sobie spokój z wątpliwościami, na które i tak
nie znajdę odpowiedzi, i usiłuję czytać.
Pachniało sianem. Krowy pasły się leniwie na pastwisku, szukając cienia
rzucanego przez jedyne rosnące w tym miejscu drzewo. Joanna na powrót
skupiła się na drożdżowym cieście wyrabianym na zniszczonej stolnicy.
Dziś wieczorem miał wreszcie wrócić Maciej. Tak bardzo go kochała, tak
za nim tęskniła. W chacie paliło się w kominku, na stole dumnie prężyły
brzuszki dwie porcelanowe miski, a w nich...
Nim się dowiem, co było w miskach, najwyraźniej znużona przymykam oczy i zapadam w drzemkę. Śnię o rodzinnym domu, o tym, co robią bracia,
rodzice, senne majaki przywołują ich roześmiane twarze. Zatapiam się w nich, pragnąc, by pozostały ze mną jak najdłużej. Mimo że ławka jest
twarda i niewygodna, zasypiam na dobre, oparta o ściankę wagonu, ze
zwiniętym w kulę swetrem pod głową.
- Papieren bitte.
Słyszę obcy szorstki głos i sztywnieję przerażona. Początkowo nie
orientuję się, gdzie jestem i co się dzieje. Chwilę zajmuje mi
oprzytomnienie i wyjęcie z torebki właściwych dokumentów, które
oczywiście jak zwykle zaplątały się gdzieś na dnie między chusteczką a ołówkiem i puderniczką.
Wreszcie oddycham z ulgą, uświadamiając sobie, że w końcu jesteśmy na
granicy, ostatniej granicy, i sprawdzają nasze paszporty. Już niedługo
spełni się moje marzenie. Znajdę się w tej magicznej, legendarnej
Polsce, za którą tak tęsknią rodzice. Jeszcze tylko kilka godzin i dotrzemy do Warszawy. Czuję ogromną ekscytację i ciekawość i uśmiecham
się całą sobą. Tyle się spodziewam po tej eskapadzie, tyle będę miała do
opowiadania po powrocie! Przywiozę prezenty, usiądziemy wieczorem przy
herbacie, przyjdą wujostwo i będziemy z Zosią wspominać nasz wakacyjny
wyjazd, przekazywać uściski i pozdrowienia od najbliższych.
Emocje udzielają się niemal wszystkim podróżnym, którzy spieszą do
swoich domów, rodzin, interesów, ale z pewnością nikt nie jest tak
ciekaw tego, co go czeka, jak ja. Nareszcie poznam ich wszystkich.
Jestem pełna obaw, a zarazem ciekawa, jakie zrobię na nich wrażenie, czy
mnie polubią, czy jesteśmy do siebie podobni, czy się zaprzyjaźnimy? Z pewnością to będzie cudowny czas.
Tymczasem ze zdziwieniem odkrywam, że Polska niewiele się różni od
Francji, w której wyrosłam, zapuściłam korzenie i która stała się moim
miejscem na ziemi. Może trochę inne są drzewa i kwiaty, jakby mniej
znajome, mniej okazałe, ale poza tym zaczynam się czuć jak w domu.
- Coś taka radosna? - Zosia uśmiecha się promiennie i najwyraźniej
podziela mój nastrój. - Masz ochotę na jabłko? Przed chwilą jedno
ostrugałam, ale spałaś i nie miałam sumienia cię budzić.
- Nie, dziękuję, nie jestem głodna. - Sadowię się wygodnie, poprawiając
sukienkę i rozmyślając, jak to możliwe, że się tu znalazłam.
- Podekscytowana?
- Jak rzadko. Ale też trochę się boję - odpowiadam cicho.
Przecież to moja pierwsza tak daleka wyprawa bez rodziców, Zośka zresztą
też ma mnie opuścić po dwóch dniach i ruszyć dalej, na Mazury, do swoich
najbliższych.
- Nie martw się na zapas. - Uspokajająco gładzi mnie po ręce i znowu się
uśmiecha. - Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
- Łatwo ci mówić.
- Oczywiście, że łatwo - delikatnie szczypie mnie w bok - bo dobrze znam
ich wszystkich i wiem, że będą cię rozpieszczać.
- Tere-fere.
- No, daj spokój, nie przejmuj się tak. - Rozradowana Zosia teraz
szturcha mnie łokciem i zaraz lekko sztywnieje. - Lepiej pomyśl, co
warto zobaczyć, dokąd pójść i kogo odwiedzić. Jeśli będziesz miała
ochotę, zabiorę cię do mojego ulubionego sklepu z porcelaną, kupisz
sobie coś ładnego na pamiątkę.
- Może, sama nie wiem... - Im bliżej celu, tym więcej we mnie pytań i wątpliwości, a z drugiej strony rozkoszna błogość rozsiada się na moich
kolanach i wprawia żołądek w niespokojne drżenie.
- Koniecznie musisz się wybrać do wujostwa w Wilanowie i do pałacu, tam
jest przepiękny park, będziesz zachwycona. Łazienki, Zamek Królewski -
Zosia przymyka oczy i daje się ponieść wspomnieniom - zdecydowanie są
warte obejrzenia. Do tego Ogród Saski, ponoć najstarszy park w stolicy,
i oczywiście Pałac Saski, poza tym...
- Obawiam się, że nie zapamiętam tego wszystkiego, no i nie wiem, czy
będzie tyle czasu na zwiedzanie. Chyba powinnam zdać się na wujostwo.
Wreszcie we wtorek 15 sierpnia o siedemnastej osiemnaście docieramy na
dworzec w Warszawie4. W moim kalendarzu na ten dzień zapisano
cytat z Bertranda Russella: "To smutne, że głupcy są tak pewni siebie, a ludzie mądrzy tak pełni wątpliwości". Zastanawiam się, ile w tym
prawdy, i przychodzi mi na myśl moja szkolna koleżanka Ana?s. Wyjątkowo
pewna siebie, bezczelna i przy tym niezbyt bystra.
Nie mam pojęcia, że tego dnia w Tatrach wydarzy się tragedia: od
uderzenia pioruna na szczycie Świnicy zginie pięciu harcerzy i ich
opiekun. Ani o tym, że w Świętoszowie, nieopodal Żagania, podczas
prezentacji sił bojowych przed dowódcami Luftwaffe rozbije się
trzynaście bombowców i dwudziestu sześciu niemieckich lotników pożegna
się z życiem. Że niespełna rok później do obozu w Auschwitz trafi
pierwszy transport więźniów z Warszawy5. Dla mnie to jeden z najbardziej ekscytujących dni w życiu, po którym wiele sobie obiecuję.
Jestem oszołomiona. Pociąg z niemiłosiernym zgrzytem i snopami iskier
sypiących się spod kół wreszcie zatrzymuje się na dworcu6. To
jeden z największych, jeśli nie największy, budynek, jaki widziałam.
Oczywiście nie zdaję sobie sprawy, że 18 lutego tego roku generał
Kordian Józef Zamorski wraz z kompanią reprezentacyjną Policji
Państwowej witali
tu Reichsführera
SS Heinricha
Himmlera ani że w czerwcu, przed naszym przyjazdem, gmach w części strawił pożar. Dla mnie
jest nowoczesny, przytłaczający wielkością i zdumiewający architekturą.
Jest tak inny od tego, co znam, wydaje się wręcz krzyczeć, że oto
właśnie on staje się wielkim krokiem w nową epokę i architektoniczną
przyszłość. Po plecach przebiega mi dreszcz dumy, że jestem Polką i że
to po części należy też do mnie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki