Ostatnia Wiedźma - Maya Szymańska

Kup ebooka

20.19 zł
16.76 zł (17,16 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Minione czasy

To był piękny, słoneczny dzień. Jeden z nielicznych tej jesieni, kiedy na niebie nie było żadnej chmury. Choć w powietrzu dało się już wyczuć zapowiedź nadchodzących mrozów, to wciąż przeważało w nim przyjemne ciepło, przypominające upalne lato. W niewielkiej wiosce, położonej tuż obok lasu, panowała cisza.

Kilkudziesięciu mieszkańców zgromadziło się obok starej chatki, oddalonej od innych. Znajdowała się ona na granicy gaju i nigdy wcześniej nie cieszyła się aż tak dużym zainteresowaniem tutejszych. Tego dnia jednak wiele rzeczy uległo zmianie. Ludzie mogli tej zmiany nie wiedzieć, ale coś w ich przerażonych sercach ją wyczuwało, zmuszało do kulenia się w sobie. Nikt nie miał ochoty na rozmowy, nawet małe dzieci milczały jak zaklęte. Śmierć była tuż obok nich, jej zimny oddech mroził krew w żyłach. Wszyscy czekali.

Minęło południe. Słońce przemierzało niebo, cienie wydłużały się z każdą godziną, aż wielki dysk zaczął chować się za pobliskimi wzgórzami. Gdy tylko pomarańczowa łuna zalała okoliczne pola, ogorzałe twarze owiał lekki wiatr. Nikogo nie zdziwiło, że pojawił się on znikąd i zniknął po jednym podmuchu. Kilka kobiet otarło ukradkiem łzy, mężczyźni drżącymi dłońmi przyciskali swoje czapki do piersi, dzieci - niczego nie pojmując - z trwogą chowały się za spódnice matek. Jakby na potwierdzenie ich obaw gdzieś z oddali zaćwierkał smutnie zbłąkany ptak. Z niewielkiej chatki wyszła zapłakana dziewczyna, tuż za nią podążała starsza kobieta. Oczy mieszkańców natychmiast skupiły się na nich. Dziewczyna chciała coś powiedzieć, ale nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa. Starsza kobieta odsunęła ją na bok delikatnie, lecz stanowczo i sama zwróciła się do zebranych.

- Odeszła - powiedziała cicho, po czym z pokorą pochyliła siwą głowę.

Ludzie stali wciąż w milczeniu. Nie docierały do nich słowa wypowiedziane przed chwilą. Słyszeli je, rozumieli, ale mimo to nie potrafili pojąć ich sensu. Starsza kobieta o tym wiedziała. Ludziom potrzebny był czas, by słowa te przeniknęły przez otaczających ich mur świadomości. W końcu tego pięknego, słonecznego dnia Bóg zabrał im ostatnią żyjącą wiedźmę.

Kolejne twarze skłaniały się ku ziemi, by ukryć płynące łzy. Z żadnego gardła nie wydarł się dźwięk inny niż tłumiony płacz. Słońce skryło się za horyzontem, a temperatura gwałtownie spadła, ale mimo to nikt nawet nie drgnął. Wszyscy trwali, jakby wierzyli, że jeśli nie odejdą, to wiedźma ożyje, przebudzi się z zimnego snu i znów będzie im służyć pomocą. Starsza kobieta patrzyła na to, przerażona. Dopiero bezradność wyryta na tych prostych twarzach uzmysłowiła jej, jak słabi byli w starciu z okrutnym światem. Kto teraz przygotuje im maści przeciwbólowe? Kto poda zioła, gdy do domu zastuka choroba? Kto uwolni niespokojne duchy, kto zaklnie pogodę, kto rozstrzygnie największe spory? Ci ludzie nie mieli już na kim polegać i choć byli silni, choć potrafili ciężko pracować, to jednak potrzebowali kogoś, kto wskaże im drogę, postawi cele.

Dni tej małej społeczności zostały właśnie policzone. Gdy tylko starsza kobieta zdała sobie z tego sprawę, zrozumiała, że muszą pozostać tajemnicą ostatnie słowa nieboszczki:

Dziś umiera ostatnia wiedźma tego świata. Z chwilą mojej śmierci ludzie utracą władzę nad magią. Strzeżcie się dnia, gdy magię znów uda się zniewolić. Dokona tego dziecko wychowane przez duchy, uwiedzione przez demona.

Przepowiedziane dziecko

Minęło ponad czterysta lat, świat uległ zmianie, technika wyparła magię. Ludzie przestali wierzyć w zabobony, wyśmiewali przepowiednie. Czas oszalał, gnał na złamanie karku, a zapracowani, szarzy obywatele nowej rzeczywistości starali się za wszelką cenę dotrzymać mu kroku. Droga do samozagłady stała się modna tak samo jak depresja.

W tym szalonym świecie, znanym nam tak dobrze, narodziło się wiele dzieci i wiele umarło. Niektóre z nich nosiły przerażające znamiona, inne przychodziły na świat w czasie potężnej burzy, jeszcze inne... Zresztą to i tak bez znaczenia. Dziecko przepowiedziane przez starą wiedźmę swój pierwszy krzyk wydało w zwykłym szpitalu. Świat nie stanął, pogoda nie oszalała, wilki nie wyły, piorun nie spalił pobliskiego drzewa. Wszystko odbyło się bez większych problemów. Ojciec omal nie zemdlał ze szczęścia, gdy było już po wszystkim, matka w myślach przysięgała, że nigdy więcej nie zajdzie w ciążę. Lekarz zbadał dziecko, wdrożono standardowe procedury, a kilka dni później dziewczynka spała już smacznie w domu. Właściwie w tym momencie historia staje się dość nudna i taka zresztą pozostanie przez kolejnych kilka lat. Dziewczynka rozwijała się prawidłowo, wręcz podręcznikowo. Zaczęła mówić dokładnie wtedy, kiedy większość jej rówieśników, obfotografowano pierwsze kroki wraz z pierwszym potknięciem, a pierwszym jej słowem było "kaka". Potem przyszła pora na odkrywanie talentów. Najpierw wokalnych, co doprowadzało wszystkich do białej gorączki, potem - szerzej rozumianych muzycznych, które doprowadziły do wojny z sąsiadami. Miało to związek ze sprezentowaniem jej przez ukochanych rodziców dziecięcego zestawu perkusji. Po talentach muzycznych przyszła pora na taniec, ale ten etap minął już po kilku dniach, kiedy to mała główka spotkała się z framugą drzwi podczas wykonywania kolejnego piruetu.

W przedszkolu dziewczynka radziła sobie dobrze. Nie wyróżniała się ani nie pozostawała w tyle za innymi dziećmi. Była lubiana, nie sprawiała szczególnych kłopotów, wolała bawić się samochodzikami. Zawsze płakała, gdy kończyło się leżakowanie, nienawidziła posiłków serwowanych na stołówce, wpadała w panikę, gdy rodzice czasem spóźniali się po nią z powodu korków ulicznych. Kiedy rozmawiała z duchami, mówiła innym, że to jej wymyśleni przyjaciele. Nauczył ją tego pewien starszy pan z sąsiedztwa, który zmarł na zawał pewnego słonecznego popołudnia. Dziewczynka go lubiła. Szkoda, że tak szybko poszedł w stronę światła.

Wypadek i lekarz, który nie był lekarzem

To był pochmurny, deszczowy dzień. Zima właśnie dobiegała końca, temperatura powoli rosła, ale nadchodząca wiosna nie zapowiadała się zbyt malowniczo. Dziewczynka westchnęła cicho, przyglądając się szaremu światu zza szyby samochodu. Dlaczego rodzice uparli się, żeby jechać do cioci? Przecież ta ciocia nawet ich nie lubiła. Zawsze była niemiła, wszystko wiedziała lepiej i nigdy nie miała w domu nic słodkiego. Była jak ta ciężarówka jadąca obok. Ciągle gdzieś gnała, nie zwracała uwagi na uczucia innych, uważała się za lepszą i gdy tylko coś nie szło po jej myśli, wybuchała jak jedno z tych wielkich kół...

Ciemność dookoła zdaniem dziewczynki nie była taka zła. Na pewno podobała jej się dużo bardziej niż koziołkowanie w samochodzie zepchniętym przez ciężarówkę.

Bolało. Bolało ją wszystko, a dookoła panował straszny hałas. To chyba ciężarówka niszczyła kolejne samochody. Nie chciała tego słyszeć, więc znów udała się w stronę ciemności, ale ta jej już wcale nie chciała.

Mama ją wołała. Krzyczała tak głośno, a przecież dookoła zrobiło się już dużo ciszej. Tata prosił dziewczynkę, by otworzyła oczy i uciekała. Powtarzał, by była dzielna. Była dzielną dziewczynką, jak na swój wiek, a przynajmniej za taką się uważała, więc otworzyła posłusznie oczy. Pierwsze, co zobaczyła, to przednie fotele, a na nich - jej rodzice. Samochód musiał przekoziołkować i zatrzymać się na dachu, bo ich ręce opadły bezwładnie na podsufitkę. Dobrze, że mieli zapięte pasy, bo jeszcze by wypadli... Mama wciąż krzyczała, że dziecko musi się odpiąć i wyczołgać przez okno, bo samochód zaraz może wybuchnąć. Jakiś starszy pan próbował ją uspokoić. Chyba tłumaczył jej, że samochody wcale nie wybuchają tak łatwo, jak pokazują to filmy akcji. Tego pana nie powinno tam być, dlatego mama nie powinna go słyszeć...

...mama mu odpowiedziała...

...mamy nie powinno tu być...

...mama i tata są martwi.

Śniła, była tego pewna. Miała wrażenie, że już kiedyś coś takiego widziała. Dawno temu, być może też w swoich snach.

Noc, na niebie świeciły tysiące gwiazd, ale żadna z nich nie mogła się równać z okrągłą tarczą księżyca. Trwała pełnia - żadnej chmurki, by ten fakt ukryć. Srebrne światło odbijało się w tafli rzeki płynącej nieopodal. Dziewczynka miała wrażenie, że w wodzie zaklęty został drugi świat, lustrzany, taki sam, a jednak zupełnie inny. Niepokoiła ją ta druga rzeczywistość. Wydawała się wypełniona szaleństwem.

Kilka metrów od brzegu biegła ścieżka, przy której umieszczono drewnianą ławkę. Krok przed nią stała pierwsza postać, a tuż obok - druga. Ta pierwsza była wysoka, ale nie tak jak ta druga, o głowę niższa, a jednak wciąż emanująca siłą. Płaszcz sięgający kolan nie był w stanie skryć silnych mięśni, które drgały nerwowo pod skórą. A jednak brakowało jej majestatu, którym wręcz emanowała osoba stojąca nieopodal. W powietrzu czuło się napięcie. Dzisiejszej nocy zapaść miała ważna decyzja.

Dziewczynka otworzyła oczy i jedyne, co zobaczyła, to biel. Ktoś mówił do niej takim spokojnym głosem... Oczy zaczynały przyzwyczajać się do światła, zdradzając kolejne elementy wystroju pomieszczenia. Sufit, lampy, pikające urządzenia, kilkanaście pochylających się nad nią osób. "Tylko jedna żywa" - pomyślała, skupiając wzrok na pielęgniarce.

- Słyszysz mnie, kochanie? - spytała kobieta pochylająca się nad dziewczynką, a gdy ta z przerażenia nie była w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku, dodała: - Moje biedactwo, już wszystko dobrze. Ciocia już po ciebie jedzie.

Kłamała. Nic nie było dobrze. Jej rodzice nie żyli, ona leżała w szpitalu, wszystko ją bolało, a jedyną krewną, jaką miała, stała się znienawidzona siostra taty. Może dziewczynka była tylko dzieckiem, ale nie była głupia. Wiedziała, co teraz nastąpi. Oglądała taki film o chłopcu, którego rodzice zmarli, a poza tym słyszała rozmowy duchów pochylających się nad nią.

Nagle do jej oczu napłynęły łzy. Wcale nie okazała się dzielna. Była tylko dzieckiem i nie powinno ją nic takiego spotkać. Nie teraz ani nie przez najbliższych kilka lat. Powinna się bawić, uczyć, powoli dojrzewać, kłócić o wszystko, mieć mylne wyobrażenie o życiu. Co teraz? Jak ma sobie poradzić bez mamy i taty? Przecież tak wielu rzeczy jeszcze nie wiedziała o świecie, który ją otaczał.

- Och, moje biedactwo - powiedziała uspokajająco pielęgniarka. - Coś cię boli? Już idę po lekarza, kochanie. Już dobrze, nie płacz.

Kobieta wyszła, zostawiając dziewczynkę z rosnącą liczbą duchów. Ta spoglądała na coraz to nowe twarze przez łzy. Nigdy nie widziała ich tyle w jednym miejscu, ten widok zaczynał ją przerażać. Czego od niej chcieli? Poczuła, jak w pokoju robi się ciasno, jak zaczyna brakować jej oddechu. Nagle wszystkie martwe twarze zwróciły się w stronę drzwi. Atmosfera natychmiast uległa zmianie, w powietrzu czuło się panikę. Kolejne dusze pośpiesznie znikały, a czegoś takiego dziewczynka jeszcze nigdy nie widziała. Przez chwilę przyglądała się bezmyślnie. Przecież oni nie żyją, więc czego mogą się bać? Po kilkunastu sekundach pokój opustoszał niemal całkowicie. Zostały tylko dwie dusze... Mama i tata przyglądali się jej, bladzi i przerażeni, ale na twarzach mieli wypisaną dziwną determinację. W szpitalu coś się zatrzęsło, a potem kolejno gasły światła na korytarzach. Gdzieś w oddali dało się słyszeć krzyki pacjentów, pracownicy placówki starali się zorganizować pomoc i dopilnować porządku. Dziewczynka rozpłakała się, chowając głowę pod kołdrę. Cokolwiek przyszło do tego miejsca, nie chciała tego widzieć.

Bała się, a jak to zwykle w takich chwilach bywa, czas zwolnił swój bieg, sprawiając, że każda sekunda ciągnęła się w nieskończoność. Kiedy usłyszała, że drzwi do jej sali się otwierają, w pokoju zapanowała dziwna jasność. To nie było zwykłe światło. Widziała je już raz, a takich rzeczy nigdy się nie zapomina. To otworzyła się Droga i jej rodzice przeszli do Lepszego Miejsca. Wcale nie poprawiło jej to humoru. Zostawili ją w tak ciężkiej chwili? Nie mieściło się to w jej małej główce, ale jakaś część jej umysłu - część, która zdawała się o wiele doroślejsza i mądrzejsza - powiedziała, że tak właśnie przecież powinno to wyglądać. Powinna się cieszyć, że nie utknęli tu z nią. Powinna? Może i tak, ale w tej chwili płacz zaczął przeradzać się w atak histerii. Coś zbliżało się do jej łóżka, coś ściągało z niej kołdrę i...

Światło wróciło, krzyki momentalnie przycichły. Zobaczyła pochylającego się nad nią mężczyznę w białym fartuchu. Wyglądał młodo, ale miał oczy kogoś, kto widział w życiu już wiele. Jej serce zamarło. Lekarz uśmiechnął się lekko, delikatnie przyciągnął ją do siebie i tulił, głaszcząc po głowie. Poczuła, jak wbrew wszelkim prawom logiki jej serce uspokaja się, ból odchodzi, rozpacz przeradza się w smutek. Silne ramiona kołysały ją delikatnie, a ona czuła się bezpieczniej niż kiedykolwiek wcześniej w życiu.

- Jak się czujesz? - spytał lekarz, podając dziewczynce chusteczkę.

- Już lepiej - odburknęła, rumieniąc się i pośpiesznie wycierając nos i brodę. Zrobiło jej się nagle wstyd, że ktoś zobaczył ją w takim stanie.

- Będziesz dość silna?

Dziewczynka, jak zahipnotyzowana, spojrzała w niebieskie oczy mężczyzny. Nagle czas stanął, a świat przestał na chwilę istnieć. Byli tylko ona i on, nic więcej w tym momencie nie miało znaczenia.

- Jestem dość silna - powiedziała cicho, ale jej głos brzmiał obco, jakby odpowiedź padła wcale nie z jej ust.

Słysząc to, mężczyzna roześmiał się na całe gardło, a potem wstał i wyszedł drzwiami, których wcześniej w pokoju nie było. Strach, ból, rozpacz powróciły.

- On nie był lekarzem - szepnęła do siebie, czując, jak serce chce jej wyskoczyć z klatki piersiowej. - On nie był...

Tajemnicy spadek

Dziewczynka została odebrana ze szpitala przez znienawidzoną ciocię. Zgorzkniała kobieta zdecydowała się nią zaopiekować do czasu uporządkowania wszystkich spraw związanych z pogrzebem i podziałem majątku zmarłych. Oczywiście można by się pokusić w tym miejscu o długi opis trudnych relacji rodzinnych, które zapanowały wśród krewnych. Opowiedzieć o tym, jak rodzice jej rodziców przeciwni byli małżeństwu, jak wyrzekli się swoich dzieci, jak nie uznali jej jako wnuczki, jak odmówili uczestnictwa w pogrzebie... Smutna historia. Świat pełen jest takich smutnych historii, niechcianych dzieci też, więc nie ma co się nad tym rozwodzić.

Rodzice osieroconego dziecka byli spokojnymi ludźmi, zakochanymi w sobie bez pamięci. Za tę wielką i dosłownie dozgonną miłość przyszło im jednak słono zapłacić. Aby mogli się w spokoju pobrać, zmuszeni byli zerwać stosunki ze wszystkimi poza jedną tylko osobą, a okazała się nią starsza siostra taty. Tylko ona jedna nie sprzeciwiała się temu związkowi i choć sama nie raz powtarzała, że jest jej to po prostu obojętne, kto jak żyje, gdzieś głęboko wewnątrz zazdrościła bratu wielkiego uczucia, jakiego ona sama nigdy nie doświadczyła. Niestety, pomimo całej sympatii, jaką żywiła do brata i jego wybranki, nie mogła tego samego powiedzieć o ich córce. To nie tak, że jej nie lubiła. Po prostu jakiś hormon w jej ciele nie wytwarzał się w ilości wystarczającej, by przebudzić instynkt macierzyński. Nieważne, jak bardzo by chciała, nie potrafiła wykrzesać z siebie odpowiedniej troski, a zatem uznała, że najlepiej będzie, jeśli zadba o małą w tym najtrudniejszym czasie, a potem przekaże ją w odpowiednie ręce - do kogoś, kto pokocha ją bezgranicznie i najlepiej też bezkrytycznie, jak na prawdziwego rodzica przystało. Zresztą mała też za nią nie przepadała, więc po co się wzajemnie unieszczęśliwiać? Tyle w celu wyjaśnienia, że ciocia wcale nie była takim potworem, za jakiego mogła uchodzić w głowie dziewczynki.

Pogrzeb odbył się kilka dni po wypadku. Uczestniczyło w nim tylko parę osób, rodzina nawet w tej tragicznej chwili nie zdobyła się na wybaczenie. Dziewczynka spoglądała na dwie urny spuszczane kolejno do ziemi. Nie tak to powinno wyglądać. Z nieba nie lały się strugi deszczu, a w powietrzu nie wirowały melancholijnie płatki śniegu, a przecież tak to zawsze jest pokazane na tych wszystkich filmach. Pokazują, że świat zwalnia na chwilę i niebo płacze razem z bliskimi. Dziewczynka nie czuła wcale, aby świat zwolnił, nie była też pewna, czy poza nią i ciocią ktoś jeszcze naprawdę cierpi z powodu odejścia jej rodziców. Znowu poczuła się oszukana, w jakiś sposób po raz kolejny odarta z należnego jej dzieciństwa, a to uczucie wcale jej się nie podobało. W pełnym smutku serduszku dziewczynki, nie do końca pojmującej świat, zrodziło się dziwne przekonanie, że ktoś jej za to zapłaci. Jeszcze nie wiedziała, kto ani jak, ale czuła, że sama o to zadba, gdy tylko dorośnie.

Tydzień po pogrzebie ciocia porządkowała dokumenty rodziców. Dziewczynka siedziała na sofie w ciszy. Nie miała ochoty z nikim rozmawiać, bawić się, a nawet - specjalnie myśleć. Ciocia zaprowadziła ją do psychologa dziecięcego, ale nie był chyba za dobry, bo więcej czasu poświęcił na rozmowę z jej opiekunką niż z nią samą. Zresztą dziewczynka i tak go nie słuchała. Zamknęła się w swoim świecie, gdzie zły, łysy kapłan chciał ją pojąć za żonę, ale ona uciekła i żyła z buntownikami, szykując się do poprowadzenia wielkiego... wielkiego... takiego czegoś, żeby odzyskać władzę. Rewucji albo rolucji. Tak było na filmie, który oglądała z mamą i... Nie! Nie myśl o tym. Więc on już się szykuje. Wiesz, bo kucharka przyniosła list od twojej przyjaciółki zamkniętej w wieży. On zbiera wojska i chce przeszukać każdy dom, każdą uliczkę i nawet okoliczne parki, bo głupek myśli, że nie zeszłabym do kanałów, bo tam brzydko pachnie. Ale ja jestem sprytna, dlatego...

- Alicjo, mówię do ciebie. - Kobieta pochylała się z niepokojem nad dziewczynką. - Dobrze się czujesz?

- Tak, ciociu. - Ta odpowiedziała mechanicznie, ostrząc w wyobraźni zakrzywiony nóż.

- Jesteś pewna? Bo nie wyglądasz za dobrze. Jeśli nie chcesz tu być...

- Nic mi nie jest - szepnęła, czując, jak po twarzy spływają jej łzy. - To tylko ta cebula, którą kroimy, żeby zabić zapach kanałów...

Kobieta przez moment przyglądała się dziewczynce. Wyraz niepokoju zastąpiło zaskoczenie, a potem - cień zrozumienia i dziwny smutek. Alicja była niemal pewna, że przez krótką chwilę, nim ciocia zamrugała, w jej oczach również zabłyszczały łzy.

- Przepraszam, że cię zawołałam, Alicjo - szepnęła najciszej, jak tylko potrafiła. - Zostań w swoim świecie, jak długo tylko możesz.

Słysząc to, Alicja poczuła jakiś dziwny ucisk w brzuchu. Nagle dotarło do niej, że ciocia cierpiała, i to być może o wiele bardziej niż ona sama. Tak, świat nie był ani trochę taki jak w tych głupich filmach.

- Ciociu?

- Tak?

- Czy ty... - Przez chwilę szukała odpowiednich słów, ale nawet gdy je znalazła, poczuła, że nie może ich wypowiedzieć. Była tylko dzieckiem, a dzieci nie biorą na swoje barki problemów dorosłych, bo dorośli źle się potem z tym czują. Tak, dlatego właśnie dokończyła trochę wbrew sobie: - ...coś ode mnie chciałaś?

- A tak... - Kobieta uśmiechnęła się blado. - Powiedz mi, czy rodzice mówili ci coś o tym, że kupują dom?

Dziewczynka pokręciła główką, krzywiąc się delikatnie.

- A w ogóle o jakimś domu mówili?

Po chwili namysłu kolejne zaprzeczenie.

- To skąd, u licha, mają akt własności?

- Akt własności?

- Tak, Alicjo. Wygląda na to, że mój głupi brat wraz z żoną zapisali ci jakiś stary dom stojący w miejscu, o którym nawet nie słyszałam.

Nowy dom

Starsza kobieta stała przed domem jeszcze przez dłuższą chwilę. Z jej twarzy dawno już zniknął uśmiech, w oczach dało się dostrzec tylko ogromne zmęczenie. Zbyt wiele lat czekała na ten dzień, by móc się nim teraz cieszyć. Zbyt wiele lat oglądała też ten pędzący donikąd świat. Potrzebowała odpoczynku.

Westchnęła ciężko i odwróciła się powoli na pięcie. Nie musiała już udawać, że skręca ją reumatyzm. Szybko przeskoczyła kilka schodków, po czym weszła do starego budynku. Atmosfera zmieniła się nagle. Z rosnącym niepokojem weszła do pokoju, w którym wciąż słodko spała Alicja. On już tam był, stał oparty o parapet okna i palił papierosa, przyglądając się uważnie dziecku. Wysoki, szczupły, o długich, czarnych włosach i zimnych, błękitnych oczach. Nie wyglądał na kogoś, kto z dobroci serca zaopiekuje się sierotą. Otaczał go mrok. Jeśli w ogóle miał serce, to na pewno nie z kryształu.

- Ona jest jeszcze... - zaczęła starsza kobieta, ale przerwała, widząc, jak przeszywające spojrzenie przenosi się ze śpiącej dziewczynki prosto na nią.

Stali chwilę w ciszy. Nie mogła wydusić z siebie ani jednego słowa. On patrzył na nią z politowaniem, uśmiechał się w ten swój przerażający sposób, poniżający innych. Miała wrażenie, że bawi go, że w ogóle odważyła się odezwać, niepytana. Ona, niegodna mówić bez pozwolenia, i on, miłosierny potwór górujący nad wszystkimi.

- Miłosierny potwór... - powiedział cicho, po czym zaciągnął się dymem z papierosa.

Kobieta poczuła, jak paraliżuje ją strach. Wciąż nie mogła wydusić słowa.

- Nie musisz się tak bać. Podoba mi się to określenie. Miłosierny potwór... Tak, masz rację. Pasuje do mnie idealnie. A jeśli chodzi o dziecko, to zdaję sobie z tego doskonale sprawę. Obawiam się tylko, że to nie twoja sprawa, co zamierzam z nią zrobić.

- Wiem.

Tylko tyle zdołała z siebie wydusić w odpowiedzi. Mężczyzna roześmiał się głośno, po czym spokojnie dopalił papierosa. Bawiła go ta chwila. Napawał się każą sekundą, która kobiecie zdawała się ciągnąć w nieskończoność. Atmosfera stała się tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Alicja, choć pogrążona w głębokim śnie, też czuła, że wokół niej dzieje się coś złego. Jęknęła cicho, opuszczając powoli krainę błogiej nieświadomości.

- Wyjdź - powiedział cicho mężczyzna głosem nieznoszącym sprzeciwu. Kobieta odwróciła się natychmiast i opuściła pokój.

Dziewczynka otworzyła powoli oczy i, zaspana, próbowała sobie przypomnieć, gdzie właściwie się teraz znajduje. Rozejrzała się dookoła, ale nie natrafiła wzrokiem na ani jeden znajomy przedmiot. Nagle wróciły do niej wydarzenia kilku ostatnich godzin, a wraz z nimi dziwna pewność, że jej cioci nie ma w pobliżu. Zerwała się na równe nogi, już chciała wybiec z pokoju, gdy usłyszała za sobą ten dziwny, melodyjny głos.

- Witaj, Alicjo - powiedział mężczyzna, stojący pod oknem. Dziewczynka poznała go od razu, nie musiała mu się nawet przyglądać.

- Ty nie jesteś wcale lekarzem - powiedziała, z wyrzutem spoglądając wprost w te zimne oczy.

- Nie, nie jestem.

Na chwilę zapadła cisza. Stali naprzeciw siebie, mierząc się wzrokiem, jakby oceniali swoją siłę, szykując się do skoku. Jak czerwony kapturek, który spotkał w lesie złego wilka. Wreszcie mężczyzna przymknął na chwilę oczy i powiedział:

- Od dziś to twój nowy dom.

- Gdzie moja ciocia? - spytała dziewczynka, czując, jak łzy napływają jej do oczu.

- Twoja ciocia zapomniała o tobie.

- To nieprawda! - Alicja zerwała się do biegu, ale gdy tylko dotknęła zimnej klamki, zrozumiała, że to jednak jest prawda. Ciocia dosłownie o niej zapomniała, bo inaczej nie zostawiłaby jej tu samej. - To ty zmusiłeś ją, by zapomniała...

To nie był wyrzut, żadne oskarżenie. To było stwierdzenie faktu i choć padło z ust dziecka, wynikało z jakiejś dziwnej, dorosłej logiki. Mężczyzna o tym wiedział. Uśmiechnął się jeszcze szerzej i powiedział:

- Nie zmusiłem jej do niczego. Jej umysł przyjął sugestię, nie musiałem uciec się do żadnego mentalnego gwałtu.

- Moich rodziców też odesłałeś. - Dziewczynka otarła łzy i spojrzała wzrokiem pełnym gniewu wprost w te zimne, błękitne oczy, oczekując wyjaśnień.

- Tak, pomogłem im przejść do miejsca, do którego powinni byli przejść od razu. To naturalny porządek rzeczy, nie wyrządziłem im tym żadnej krzywdy.

- Ale ja zostałam sama i wcale nie jest mi z tym dobrze!

Alicja była wściekła i wcale nie zamierzała się z tym kryć. Zacisnęła drobne dłonie, zazgrzytała zębami, tupnęła nogą. Mężczyzna zaśmiał się cicho, co tylko jeszcze bardziej ją zdenerwowało. Ogień czystej, dziecięcej furii zapłonął w jej młodych oczach, ale ten paskudny typ wcale się tym nie przejął. Wręcz przeciwnie - zupełnie to zignorował, podchodząc do niej i kucając tuż przed nią.

- Nigdy nie byłaś sama, Alicjo - powiedział, wyciągając do niej szczupłą dłoń.

Kryło się w tym coś mistycznego, coś tajemniczego i magicznego zarazem. Jak scena z jakichś starych opowieści, gdy świat wypełniały jeszcze magia i zło, czyhające za każdym rogiem. Było w tym też coś na swój sposób przepełnionego erotyzmem: potężny mężczyzna przed nią na kolanach, ale to akurat Alicja zauważyć miała dopiero wiele lat później.

- Jestem teraz sama - odpowiedziała, uspokajając się powoli. Dłoń nie opadła, wciąż pozostawała wyciągnięta w jej stronę. Nie zastanawiając się długo, położyła na niej swoją, dużo mniejszą, delikatniejszą.

- Jestem przy tobie, Alicjo. Nawet jeśli fizycznie moje ciało jest daleko, oczy duszy zawsze śledzą każdy twój ruch. Nie opuszczę cię, nie zdradzę, nie zostawię.

- Obiecujesz?

- Obiecuję - powiedział, całując ją delikatnie w czoło. Dziewczynka osunęła się w jego ramiona z cichym westchnieniem, pogrążając w błogiej nieświadomości.

Wyszedł na korytarz, trzymając ostrożnie Alicję w swych ramionach. Skierował się w stronę schodów prowadzących na piętro, a dalej - do pokoju przygotowanego specjalnie dla niej. Nie zostało mu dużo czasu, ale nie zamierzał się śpieszyć. Ułożył ją ostrożnie w łóżku, przykrył kołdrą, pogładził niemal czule po głowie. Wiedział, że musi upłynąć wiele lat, nim stanie się kobietą, na którą tak długo czekał. Wiedział to i wiedział też, że gotów byłby czekać nawet do końca tego marnego świata, jeśli by musiał. Ona była tego warta.

Starsza kobieta wsunęła się cicho do pokoju. Mężczyzna skinął jej głową, jakby chciał ją powitać w tych skromnych progach, które przecież tymczasowo powinny należeć do niej. Jej wzrok przesunął się na śpiącą dziewczynkę, małego aniołka z zapuchniętą od płaczu buźką. Było jej żal tego dziecka. Przeszła stanowczo za wiele, a do tego teraz...

- Muszę odejść z tego świata, Heleno. - Melodyjny głos wyrwał ją z zamyślenia. - Im dłużej tu jestem, tym bardziej zaburzam równowagę i tym łatwiej mnie w nim wyczuć. Niebo nie może o mnie jeszcze wiedzieć.

- Kiedy pan powróci? - spytała kobieta, podchodząc do łóżka dziewczynki.

- Jak ona będzie gotowa. - Mężczyzna skierował się w stronę uchylonych drzwi. Zamykał je cicho, dodając: - Zaopiekujcie się nią najlepiej, jak potraficie. Musi się wiele nauczyć i jeszcze więcej zrozumieć.

- A co jeśli... - Kobieta zawahała się przez chwilę, wzięła głębszy oddech i dodała niepewnie: - ...jeśli nie wyrośnie na taką, jaką by pan chciał?

- Ona musi sama wybrać drogę. Niezależnie od jej decyzji, nie zamierzam w to ingerować. To, czego musimy jednak dopilnować, to przebudzenie w niej mocy. Wiem, że się boisz o Alicję, ale nie planuję jej skrzywdzić. Nie chcę jej złożyć w ofierze Lucyferowi na kamiennym ołtarzu.

- Ale...

- To już nie twoje zmartwienie, Heleno - warknął mężczyzna, otwierając drzwi i wchodząc w wylewającą się zza nich smolistą czerń.

Lekcja 8. Być dobrym

Alicja miała dużo czasu do namysłu w drodze powrotnej. Wiedziała jednak, co chce osiągnąć, więc dobór środków nie stanowił aż tak wielkiego wyzwania. Chciała być dobra, cokolwiek by to znaczyło. Chciała pomagać i zmieniać ten świat, ale do tego potrzebna jej była wiedza. Od czego miała zacząć? Co powinna zmienić w pierwszej kolejności? Podczas wielogodzinnej jazdy pociągiem wyobrażała sobie ludzi potrzebujących jej pomocy. Mogłaby uzdrawiać, mogłaby przepowiadać przyszłość, a może pomagać policji? Tak, podobała jej się ta wizja. Chciała też wypędzać złe duchy, odprawiać zbłąkane dusze na drugą stronę. To też wydawało jej się ważne, ale nie miała pojęcia, jak niby miałaby to osiągnąć. Nigdy wcześniej nie zajmowała się takimi rzeczami, choć z drugiej strony miała przecież dość silne pole energetyczne, więc nie powinno to dla niej stanowić większego problemu.

W domu powitano ją ciepło, zasypano pytaniami. Opowiadała niechętnie, raczej zdawkowo. Historię o grubym właścicielu pominęła zupełnie, bo nie czuła się na siłach, by o tym mówić. Miała wrażenie, że bliscy i tak o tym wiedzą. Nie, może nie o tym, ale wyczuwają, że coś jest nie tak. Nie chciała, by dalej drążyli temat, więc skupiła się na ataku ducha. Z ulgą zauważyła ich przejęte miny. Tak, fortel się udał.

- Dobry Boże, jakie to szczęście, że wyszłaś z tego cało - powtarzała Helena, ściskając dłoń dziewczyny. - Nie wybaczyłabym sobie, gdyby choć włos spadł ci z głowy.

- Już dobrze - odpowiedziała Alicja i uśmiechnęła się sztucznie. - Nic mi nie jest. Dałam sobie radę, choć było ciężko. Nie rozumiem jednak, dlaczego wcześniej go nie wyczułam...

- Ja chyba wiem czemu - powiedział Grzegorz po chwili namysłu. - Widzisz duchy od dziecka, prawda?

- Tak, dlatego tak mnie to dziwi.

- Nigdy ci nie zagrażały ani nie chciały ci zrobić nic złego, prawda?

- Tak, ale...

- To dlatego, że one same chcą ci się pokazać. Masz dar i to łatwo wyczuć. Wiedziałem, że możesz mnie zobaczyć, gdy tylko weszłaś do tamtego bunkra. Inni zapewne też to wyczuwają, dlatego przychodzą do ciebie, żebyś im pomogła lub gdy chcą po prostu porozmawiać. Tamten duch tego nie chciał. Był za słaby, żeby cię od razu zaatakować. Musiał się przygotować, dlatego wolał się ukryć.

- Ale...

- Alicjo... - zaczął z namysłem Walery. - Na świecie nie wszystko jest dobre i bezpieczne. Są dusze, które wcale nie chcą wracać do Boga. Nie można ich zmusić, by obrały inną drogę jak tę prowadzącą do wiecznego potępienia. Nie myśl o tym, nie zadawaj pytań. To nic nie zmieni, jedynie je przyciągnie.

- No ale...

- Alicjo! - krzyknął Walery, uciszając dziewczynę. Helena objęła ją delikatnie i głaskała przez chwilę po głowie, jakby chciała odpędzić od niej złe wspomnienia.

Alicja poszła do siebie do pokoju, czuła się w jakiś sposób odrzucona. Wiedziała, że to śmieszne i że nawet nie powinna tak myśleć, ale to było silniejsze od niej. Kiedy usiadła na swoim łóżku, żeby porządnie się nad wszystkim zastanowić, usłyszała ciche pukanie do drzwi.

- Wejdź, Grzesiek - powiedziała, przytulając jedną z poduszek leżących na łóżku.

- Przyszedłem porozmawiać o tym duchu.

Alicja ze zdziwieniem spojrzała na mężczyznę, wchodzącego do pokoju.

- Zamieniam się w słuch.

- Chyba wiem, na czym polega problem - powiedział i usiadł koło niej. - Alicjo, do tej pory miałaś do czynienia z duchami ludzi, którzy utknęli na tym świecie. Nie mieli złych zamiarów, po prostu nie potrafili pójść do Nieba, tak jak ja czy Helena albo Walery. Nie widzimy w tobie zagrożenia.

- I ujawniacie się sami, tak?

Alicja nie ukrywała irytacji. Czuła się jak dziecko, któremu tłumaczy się rzecz oczywistą. Grzegorz powtarzał dokładnie to samo, co słyszała przed chwilą w kuchni, a przecież nie była jakaś przygłupia, by nie rozumieć za pierwszym razem.

- Alicjo, chodzi o coś innego. Każdy z nas wytwarza określone pole energetyczne...

- Aura. Wiem, co to jest. Potrafię...

Dziewczyna była już naprawdę zła. Nie ukrywała tego nawet w najmniejszym stopniu, chciała po prostu zakończyć tę głupią rozmowę i położyć się na chwilę spać. Gdy Grzegorz jej przerwał, zobaczyła po raz pierwszy, że i on potrafi się zirytować.

- Jak nie chcesz, nie muszę ci tego mówić. Możesz Jego spytać, widać jestem za głupi, by to zrozumieć - powiedział, wstając z łóżka i podchodząc do drzwi. Zatrzymał się jednak, gdy usłyszał cichy głos.

- Przepraszam. Nie chciałam.

- Dobra, nie będę cię nudził. - Mężczyzna podjął temat na nowo, ale nie krył, że poczuł się dotknięty. - Spotykałaś się do tej pory tylko z jednym określonym typem energii o określonym przedziale częstotliwości. Tamten duch był inny, więc wytwarzał inną energię i pewnie dlatego nie wyczułaś go dość szybko. To tylko moja głupia teoria. Nie mam nic więcej do dodania, więc miłego dnia.

Wyszedł z pokoju, nie zważając na próby zatrzymania go przez dziewczynę. Dojrzewanie dojrzewaniem, ale kultura zawsze jest podstawą kontaktów międzyludzkich... Nawet jeśli jedna ze stron jest już mniej ludzka, niż była za życia. Dziewczyna stała przez moment przy zamkniętych drzwiach, zastanawiała się, czy iść przeprosić jeszcze raz, czy lepiej dać sobie spokój. Ostatecznie zdecydowała, że nie czuje się dość winna, by ciągle przepraszać. Wróciła do rozmyślania nad słowami Grzegorza. A jeśli ma rację? Co to za sobą pociąga? Czy ma to większe znaczenie dla niej? Pytania mnożyły się w jej głowie, ale odpowiedzi nie przybywało. Usiadła przed swoją toaletką, spojrzała w taflę lustra. Zobaczyła twarz, która nie należała już do dziecka, ale też nie należała do niej. To był ktoś obcy, ktoś, kogo zupełnie nie znała, jakaś dziewczyna, która nie mogła być nią. Nie, nie z tymi resztkami dziecięcej buty, głupiego uporu i oczami nieznającymi wcale świata.

- Kim jesteś? - spytała swojego odbicia, czując, jak zbiera się jej na płacz. - To nie jestem ja.

Patrzyła, jak łzy płyną. Ostatnio dużo płakała. Czy to przez hormony? A może nie była dość silna? Miała wrażenie, że wszystko idzie nie tak, jak powinno. Od lat sprawy układały się tylko coraz gorzej i gorzej, a gdy myślała, że gorzej być nie może... No cóż. Życie udowadniało jej, że jest zupełnie inaczej.

- Hej, przepraszam - szepnęła, myśląc o Nielekarzu. - Słyszysz mnie w ogóle? To ja, Alicja... Proszę, pojaw się.

Odpowiedziała jej cisza. W otoczeniu nic się nie zmieniło, wciąż nie powróciło to dziwne uczucie, że ktoś jest tuż obok. Czekała jeszcze chwilę, ale w końcu dotarło do niej, że to na nic. Rozpłakała się na dobre.

Znów ten park i ta noc, gdy księżyc jest w pełni, a dwie potężne kobiety rozmawiają ze sobą. Dziś było jednak inaczej. Czuła to. Wiedziała już, że ten sen jest tak naprawdę wspomnieniem. Mogła to kontrolować, mogła dowiedzieć się więcej, bo wkroczyła na drogę oświecenia i stała się panią swojego życia. Powtarzała to sobie, powtarzała, że jest gotowa poznać prawdę. Gdy przyszedł moment rozmowy dwóch kobiet, wstrzymała oddech i nasłuchiwała.

Z początku nic nie słyszała. Dwa głosy ginęły w szumie liści pobliskich drzew. Jednak tak bardzo pragnęła usłyszeć wszystko wyraźnie, że udało jej się dać niewielki krok do przodu, potem drugi i trzeci. Słowa, choć dalej ciche, stały się wreszcie zrozumiałe.

- Przyszłam się upewnić, że podjęłaś decyzję i nie chcesz jej zmienić - powiedziała czarnowłosa kobieta. Jej rozmówczyni zaciągnęła się papierosem i odpowiedziała:

- Klamka zapadła. Wiedziałam od początku, na co się godzę.

Zapanowała cisza. Serce Alicji waliło jak szalone. Nie rozumiała, o czym mówią, ale wiedziała, że właśnie zapadła kluczowa decyzja, która wymagała od niższej całkowitego poświęcenia. To był znak. To przekonało ją, że musi trwać, podążać obraną drogą zbawienia, bo ma na swych barkach ogromny ciężar dwóch żyć. O porażce nie mogło być mowy.

Rozpacz trwała kilka dni. Uczucie zaburzenia jakiegoś bardzo ważnego porządku nie dawało o sobie zapomnieć. W końcu jednak pokłady smutku zostały wyczerpane, a poczucie winy zmieniło się, jak to zwykle bywa, w dziecinną nienawiść. Alicja powtarzała sobie uparcie, że nie jest wcale odpowiedzialna za to wszystko, że mogło się to potoczyć zupełnie inaczej. W głowie odtwarzała raz za razem tamten dzień, wprowadzając coraz to nowe scenariusze i zapominając powoli, jak było naprawdę. Nielekarz nie skontaktował się z nią przez ten cały czas ani razu. Wołała i prosiła wielokrotnie, ale nie następował żaden odzew, aż wreszcie dała sobie spokój. Postanowiła zamiast tego udowodnić czarnowłosemu, jak bardzo się względem niej pomylił. Ćwiczyła, jak jeszcze nigdy w swoim życiu, dawała z siebie więcej niż kiedykolwiek. Efekty stawały się z każdym dniem coraz bardziej widoczne, ale pojawił się inny problem. Na co zużytkować ten cały potencjał? Jak pokierować swoją energią? W końcu chciała być dobra, prawda?

Czasem miała sny, w których była wielką lekarką dusz. Nielekarz wracał do niej i prosił o wybaczenie, a ona w dobroci swego serca przyjmowała je, a potem uleczała mężczyznę z całego zła, które zalęgło się w jego sercu. On, oczyszczony i zupełnie inny, patrzył na nią z wdzięcznością, jakby przebudziła go z najgorszego koszmaru. Miłość w jego sercu stawała się wtedy czysta, piękna, bezgraniczna, ale ona nie mogła jej przyjąć. Oczywiście była w tych snach za dobra, jej działania nie miały nic wspólnego z prywatną zemstą ani nic równie niedojrzałego... Im częściej jej się to wszystko śniło, tym częściej czuła potrzebę odnalezienia swojej drogi w życiu. Całymi dniami potrafiła przeszukiwać morze stron internetowych poświęconych oczyszczaniu energetycznemu świata. Im bardziej zagłębiała się w ten temat, tym mocniej chciała pojechać na jakiś kurs albo zjazd. Czy ci ludzie, tak oddani Bogu i Wszechświatowi, dostrzegą jej energię? Znów oczywiście przemawiała przez nią jedynie troska o swój rozwój, nigdy - zwykła próżność.