Rozdział I
Komandor podporucznik Stefan Kwiatkowski minął mroczny tunel bramy i wyszedł na ulicę. Rojna i gwarna zwykle, jak przystało na jedną z głównych gdyńskich arterii, ulica 10 Lutego była o tym wczesnym poranku
wyludniona i cicha. Tylko od strony wypiętrzających się po lewej stronie
nasypów kolejowych niosło się posapywanie stojącej gdzieś pod sygnałem
lokomotywy.
Krzątający się z miotłą stróż wojskowej kamienicy, stary, wysłużony
podoficer Strączek, wyprężył się i dziarsko zasalutował:
- Dzień dobry, panie komandorze! Coś wcześnie dziś do służby...
Oficer przytknął niedbałe dwa palce do daszka. Zwykle zamieniał parę
słów ze starym, ale dziś nie miał na to ochoty.
- Bywa, panie Strączek. Służba...
Przeszedł na drugą stronę i spod murów banku popatrzył w okna swego
mieszkania na czwartym piętrze. Były zasłonięte - żona i córka jeszcze
spały. Przywykły zresztą do tego, że wychodził i wracał o najrozmaitszych porach: stanowisko dowódcy okrętu niesie ze sobą nie
tylko zaszczyty.
Właśnie to stanowisko, które spadło nań przed miesiącem jak grom z jasnego nieba, było powodem jego rozterek. Ukrywał je starannie przed
żoną. Dla niej awans męża na dowódcę największego we flocie wojennej
okrętu, stawiacza min ORP "Gryf", był oczywistym wykładnikiem jego
zasług i umiejętności oraz ich wspólnym awansem w hierarchii
towarzyskiej. Cieszyła się, że teraz będą mogli nareszcie opuścić
wojskowe kwaterunkowe mieszkanie na "czwartaku", rozejrzeć się za czymś
lepszym, przyjmować gości, a i bywać... Kwiatkowski nie podzielał zapału
żony ani w części, ale nie chciał odbierać jej radości. Od miesiąca więc
sam gryzł się swoimi wątpliwościami, zachowując na zewnątrz maskę dawnej
jowialności. Ciążyło mu to coraz bardziej i coraz częściej wolał być
sam.
Wolno, niespiesznie ruszył uśpioną jeszcze ulicą ku Skwerowi Kościuszki
i połyskującemu za nim skrawkowi morza. Miał sporo czasu. Motorówka z "Gryfa" miała przybyć do basenu numer jeden, jak polecił wczoraj, o siódmej, tak, by zdążył jeszcze skontrolować okręt przed podniesieniem
bandery. Do tej chwili mógł raz jeszcze, gruntownie i sam, przemyśleć
swoją sytuację. Po to zresztą wyszedł tak wcześnie z domu.
Zaczęło się to wszystko gdzieś w końcu lipca 1939 roku, w dniu, w którym
wezwał go do siebie szef Sztabu Floty, komandor dyplomowany Marian
Majewski, i polecił bez ogródek: "Obejmie pan, komandorze, dowództwo
"Gryfa"". Zatkało go wówczas. Wiadomość była nagła, a przy tym
przekazana tak kategorycznym tonem rozkazu, że zdołał tylko wybąkać:
"Tak jest..." - choć od razu ogarnęły go jakieś niejasne przeczucia
związanych z tym awansem trudności i kłopotów. Nie, nie bał się
trudności wynikających bezpośrednio ze służby na morzu. Znał ją
doskonale, a swoje obowiązki traktował zawsze poważnie i sumiennie, ale
w przypadku "Gryfa" sprawa wyglądała nieco inaczej.
Dlaczego właśnie jemu, rozważał po raz setny, powierzono to dowództwo?
Przecież we Flocie było wielu oficerów z większym od niego stażem i doświadczeniem, z ukończoną we Francji Morską Szkołą Wojenną, a nawet
kilkoma jej wydziałami. Byli specjaliści od artylerii i broni podwodnej,
właśnie tacy, jakich potrzeba było na "Gryfie", a dowództwo oddano jemu,
który ukończył zaledwie krajowy kurs Szkoły Oficerskiej Marynarki...
Nie, komandor podporucznik Stefan Kwiatkowski wcale nie cierpiał na
kompleks niższości. Potrafił po prostu patrzeć trzeźwo i realnie oceniać
szanse. Nauczyło go tego życie, urozmaicone, a i niekrótkie już
przecież: za kilka miesięcy, bo w listopadzie 1939 roku, kończył 55 lat,
z których znakomitą większość pozostawił na morzu. Wyruszył nań
wcześnie. Z rodzinnego, polskiego domu, gdzieś w głębi Rosji, wygnała go
po trosze i żądza przygód, i konieczność rozejrzenia się za chlebem.
Ukończył szkołę morską marynarki handlowej w Odessie i przez następne
lata wolno, ale nieustępliwie piął się po szczeblach marynarskiej
kariery, przemierzając morza i zawijając do rozmaitych portów. I brakowało już niewiele, by objął stanowisko "pierwszego po Bogu" na
którymś ze statków swojej kompanii żeglugowej, kiedy wybuchła wojna.
Zmobilizowano go rychło i carska admiralicja wyznaczyła mu miejsce na
torpedowcach Czarnomorskiej Floty. Otrzymał oficerskie galony, ale
traktował to po prostu jako smutną konieczność: nie lubił drylu
panującego na okrętach wojennych, nie lubił obowiązujących tam
obyczajów. Oficerowie z korpusu zawodowego stanowili zamknięty,
ekskluzywny klan, traktujący z wyższością i niechęcią wszystkich spoza
swojej sfery. Dla nich oficer floty handlowej, choćby opłynął pół
świata, był zawsze kimś gorszym i Kwiatkowski odczuł to nieraz boleśnie.
W głębi duszy czuł się bliższy załodze, ale od niej dzieliły go znów
oficerskie galony.
Ten stan zawieszenia między dwoma skrzydłami okrętowej hierarchii okazał
się zbawienny w dniach rewolucji. Nie podzielił losu innych oficerów.
Wypchnięto go po prostu dobrotliwie z okrętu na ląd: "Idź"! Poszedł.
Miał wtedy już trzydzieści pięć lat, spędzonych przeważnie z dala od
lądu i jego spraw.
Na Kwiatkowskiego spada wówczas wieść, że Polska odzyskała
niepodległość. Teraz już ma wytknięty cel: za wszelką cenę dotrzeć do
ojczystego kraju, o którym tyle mówiono w rodzinnym domu! Nadarza się
okazja: świeżo utworzona misja polska w Odessie organizuje przerzut
Polaków do kraju i Kwiatkowski niebawem stąpa już po polskiej ziemi.
Pierwsze kroki skierował, oczywiście, nad morze.
Ubogo tu było wtedy, piach i rybackie wioski. Jedyny port, Gdańsk,
podobało się wielkim mocarstwom osłonić - mocą traktatu wersalskiego -
statusem "wolnego miasta", praktycznie odbierając go Polsce. Marzenia
Kwiatkowskiego wzięły w łeb: nie będzie dowodził polskim statkiem
handlowym pod biało-czerwoną banderą, bo statków takich po prostu nie
było.
Ale potrzeba było ludzi morza, fachowców i przyjmowano ich w Warszawie
chętnie, a najchętniej do organizujących się właśnie sił zbrojnych,
które w swoich planach rozwoju na najbliższą przyszłość przewidywały
utworzenie Marynarki Wojennej. Rad nierad zgłosił się Kwiatkowski do
służby i ta wciągnęła go wkrótce w swoje tryby.
Spotkali się wtedy, u samych początków, oficerowie morscy polskiego
pochodzenia ze wszystkich zaborów. Powstała istna wieża Babel, bo
niektórzy słabo sobie nawet radzili z językiem ojczystym w potocznej
mowie, nie mówiąc już o różnicach w sposobie szkolenia, języku komend
czy nazewnictwa morskiego. Ten podział na "prawosławnych" i "awstryjców"
utrzymywał się jakiś czas i choć stopił się wreszcie, to jednak pewne
nawyki pozostały. Kwiatkowski widział to wyraźnie, szczególnie w dziedzinie obyczajów: oto w Marynarce Wojennej niepodległej
Rzeczypospolitej odrodziły się stare, klanowe ciągoty oficerów
zawodowych, a hołdowali im zarówno dawni wychowankowie petersburskiego
korpusu gardemarinów, jak i ci z cesarskiej, niemieckiej Hochseeflotte.
Temu właśnie w głównej mierze przypisywał Kwiatkowski fakt, że awansował
wolno, znacznie wolniej niż inni, że omijały go skierowania na
zagraniczne studia wojennomorskie i eksponowane stanowiska. Pamiętano
mu, widać, ową "handlową" karierę i dla wielu był wiecznym "oficerem
rezerwy"...
I nagle - awans na dowódcę największego okrętu we Flocie!
Kilka ostatnich lat spędził komandor podporucznik Kwiatkowski na
pokładach torpedowców. Stareńkie to były jednostki, sypało się w nich
dosłownie już wszystko i w maszynach, i na pokładzie, ale zżył się z nimi, polubił i z żalem żegnał spisywane ze stanu bojowego Floty, a odchodzące do służby pomocniczej. Przypominały mu zresztą jego młode,
wojenne lata, ale lubił je głównie dlatego, że najmniej było na nich
owej morskiej fanfaronady, sztywnego celebrowania służby i zbędnych -
jego zdaniem - rytuałów. Załoga - niewielka zresztą - była zżyta i zgrana, nieliczna obsada oficerska, a i panująca na tych okrętach
ciasnota sprzyjały szybkiemu nawiązywaniu dobrych, koleżeńskich
stosunków, a to cenił sobie Kwiatkowski najwyżej. Był człowiekiem
otwartym, pogodnym i towarzyskim, taktownym, starał się unikać
jakichkolwiek zadrażnień. Jednało mu to zaufanie i wielką sympatię
podwładnych, a i on sam dokładał starań, aby na swoich okrętach
wprowadzać i utrzymywać tę przyjazną atmosferę. W zamian wymagał tylko
dobrej, uczciwej roboty - i otrzymywał ją, choć inni dowódcy w tym celu
musieli sypać karami.
Przejście na "Gryfa" oznaczało całkowitą zmianę dotychczasowych nawyków
i upodobań, a w przekonaniu Kwiatkowskiego zaszczyt dowodzenia
największym we Flocie Wojennej okrętem wcale nie równoważył tych strat.
Na dużych okrętach Floty panowały inne rygory. Szczegółowe przepisy, a i tradycyjne obyczaje, stawiały między dowódcą okrętu a podległymi mu
oficerami potężne bariery, nie mówiąc już o bezpośrednich kontaktach z załogą. Dowódca "Gryfa" miał własny apartament, obowiązany był nawet
jadać sam: święciły tu triumfy owe klanowe ciągoty, wynoszące dowódcę na
niedostępny wręcz piedestał. Jeśli dodać jeszcze do tego cały ten galowy
blichtr, towarzyszący nieustannie wszystkim służbowym czynnościom na
tego rodzaju okręcie, to dopełniał on akurat miary tego, czego
Kwiatkowski jak najbardziej serdecznie nie lubił. Pierwszy miesiąc
dowodzenia "Gryfem" utwierdził go zresztą głęboko w tym przekonaniu.
Obok spraw natury czysto emocjonalnej wystąpiły jeszcze, i to ostro,
sprawy inne, a nie mniej ważne. Trzeba było przecież gruntownie poznać
nowy okręt i załogę - a do tego nie dano mu ani czasu, ani warunków.
Wyobrażał sobie w początkach, że będzie mógł wyjść na dłuższe, ćwiczebne
pływanie, w czasie którego odsłonią mu się tajniki i okrętowych, i ludzkich wnętrz, ale Dowództwo Floty zdecydowanie ucięło te plany: "Nie
przewidujemy". Tkwił więc w porcie, dwa czy trzy razy wychodząc tylko na
Zatokę. Wyniki tych króciutkich rejsów przeszły jego najczarniejsze
oczekiwania: z portu trzeba było "Gryfa" wyprowadzać przy pomocy aż
dwóch holowników, a na morzu zachowywał się jak narowisty koń, głównie
zresztą dzięki elektrycznej maszynce sterowej, którą sprytni Francuzi
wlepili jako najnowszy cud techniki. Mizerna prędkość najwyżej 20 węzłów
i słaba zwrotność dopełniały miary "zalet nawigacyjnych" "Gryfa", przy
których Kwiatkowski wspominał stare torpedowce z rozrzewnieniem...
Te sprawy znał już wcześniej. Kiedy tylko minęła pierwsza euforia po
uroczystym, oficjalnym powitaniu w Gdyni tego "największego we flocie"
okrętu, a było to dnia 6 marca 1938 roku o godzinie 8.30, zaczęli
specjaliści przyglądać się bardziej krytycznym okiem nowemu nabytkowi.
Komandor Dzienisiewicz, który przyprowadził okręt do kraju, nie był nim
zachwycony, a znany z ciętego języka komandor Steyer z miejsca, po
pierwszym rzucie oka na sylwetkę, nazwał go "wyrośniętą barką rzeczną".
Reszta usterek ujawniała się kolejno w czasie ponad rocznej dotychczas
służby tego okrętu pod biało-czerwoną banderą.
"Gryf" nie miał zresztą szczęścia od początku, od samego poczęcia na
deskach projektowych biura konstrukcyjnego kierownictwa Marynarki
Wojennej w Warszawie. Przeholowano już na wstępie, usiłując stworzyć
okręt uniwersalny, wielozadaniowy, "do wszystkiego". Oprócz głównej roli
stawiacza min, wymagającej wielkich komór amunicyjnych dla jednorazowego
zabrania aż trzystu tych śmiercionośnych kul, przewidziano dla niego
również rolę okrętu artyleryjskiego, zakładając uzbrojenie w sześć
120-milimetrowych luf artylerii głównej, rozmieszczonych w czterech
wieżach, i broń przeciwlotniczą - cztery 40-milimetrowe działka i cztery najcięższe karabiny maszynowe. Ponieważ miał jeszcze pełnić
obowiązki okrętu szkolnego, więc rozbudowano jego pomieszczenia załogowe
tak, że sięgał 103,2 metra długości i 13,1 metra szerokości, a przy 3,6
zanurzenia miał jeszcze dość wysoko sterczącą ponad wodę wolną burtę.
"Gryf" wypierać miał 2250 ton, o całe 100 ton więcej niż
najnowocześniejsze wówczas "angliki", kontrtorpedowce klasy "Grom", ale
wyposażono go jedynie w dwa spalinowe, wysokoprężne silniki
Diesel-Sulzer o łącznej mocy zaledwie 6 tys. KM, co pozwalało mu osiągać
najwyższą prędkość rzędu 20 mil morskich na godzinę. Nie rekompensował
tego zasadniczego braku stosunkowo duży, bo wynoszący przy prędkości 10
węzłów 9500 mil morskich, zasięg pływania. Brak opancerzenia, mała
zwartość konstrukcji i duża cyrkulacja przy zwrotach, wynikająca z jego
długości, szerokości i małej prędkości dopełniały reszty.
Niewydarzony projekt trafił w ręce nielepszych wykonawców. W dniu 11
maja 1934 roku złożono zamówienie we francuskiej stoczni Chantiers et
Ateliers Augustin Normand w Hawrze i od tego dnia przez następne cztery
lata trwały nieustające zmagania polskiego zleceniodawcy z opieszałymi i beztroskimi stoczniowcami. Poprawiono całe, wadliwie wykonane partie
kadłuba, polska komisja odbiorcza musiała patrzeć pracownikom na ręce,
bo zdarzało się, że w ukończonych już i pomalowanych nawet przedziałach
inne, pracujące obok ekipy czyniły szkody. Dopiero po dwóch latach, w listopadzie roku 1936, udało się okręt zwodować, ale wyposażanie jego
trwało jeszcze do początków roku 1938.
Dla Kwiatkowskiego, jak i zresztą dla wszystkich, blisko związanych z wybrzeżem i wojenną flotą fakt powierzenia budowy tego i innych okrętów
Francuzom nie stanowił żadnej tajemnicy. Wiadomo było, że nie najlepszy
to kontrahent, że stocznie francuskie nie były ani dokładne, ani tanie,
ale wiadomo też było, że od powierzenia tych poważnych zamówień
stoczniom francuskim ówczesny rząd Francji, choć w sposób zawoalowany...
uzależniał zaakceptowanie pożyczki, o którą akurat starał się rząd
polski. W handlu nie ma przyjaciół... Kiedy wreszcie udało się jakoś
przełamać te profrancuskie sympatie i przeforsować zawarcie umów na nowe
okręty - kontrtorpedowce klasy "Grom" - z Anglikami, okazało się, że
stocznia Samuela White'a w Cowes na wyspie Wight potrafi budować
szybciej, taniej i lepiej. Kontrtorpedowce, zamówione tam o rok później,
przyszły do kraju wcześniej niż "Gryf"...
Ślady owej niedbałej roboty spotykał Kwiatkowski dziś, po półtorarocznej
eksploatacji.
I takim oto okrętem, niezbyt sprawnym, a i niepoznanym jeszcze do końca,
przyszło Kwiatkowskiemu dowodzić - i to niemalże u progu wojny!
To była ta największa troska, która świeżo upieczonemu dowódcy "Gryfa"
spędzała sen z oczu. Gdyby mieć jeszcze czas, więcej czasu, na poznanie
okrętu i załogi! Kwiatkowski był przekonany, że wybuch wojny jest
nieunikniony, że jest to w najlepszym razie sprawa tygodni, a może tylko
dni... Jak pójść do walki wiedząc, że okręt i załoga nie stanowią
jeszcze tej zwartej całości, znanej do najdrobniejszych szczegółów
broni, która ujęta mocno w jednym ręku potrafi skutecznie zadawać i odbijać ciosy?!
Symptomów nadchodzącej wojny było aż nadto, tylko ślepy mógłby ich nie
dostrzec. Wojownicze wystąpienia ministra spraw zagranicznych
niemieckiej Rzeszy von Ribbentropa, domagającego się udzielenia
korytarza do Prus Wschodnich przez tereny Polski i przyłączenia Gdańska
do Rzeszy, aneksja Czechosłowacji, najazd Kriegsmarine i Wehrmachtu na
Kłajpedę i triumfalny powrót stamtąd niemieckiej floty, któremu
przyglądać się tylko mogły polskie okręty, stojące w dozorze u skraju
wód terytorialnych, znana wreszcie wszystkim przemowa ministra Becka w Sejmie, wygłoszona pod naciskiem opinii publicznej, odrzucająca
bezczelne żądania hitlerowców, a tym samym przekreślająca możliwości
porozumienia, w jakie niektórzy jeszcze wierzyli... Wiara to była raczej
ślepa, bo przecież oni tu, na Wybrzeżu, mieli pod bokiem Gdańsk,
opanowany brunatną zarazą, dudniący butnym marszem faszystowskich
bojówek, zbrojony cichaczem, o czym doskonale wiedzieli oficerowie
polskiego wywiadu. Starszym oficerom marynarki przekazywano na poufnych
odprawach wiadomości, zdobywane przez II oddział Sztabu Głównego, a tyczące Kriegsmarine: były zatrważające. Hitlerowska flota liczyła w początkach maja 1939 roku ponad 65 tysięcy marynarzy, wśród których
kadra oficerska sięgała 5 tysięcy ludzi; stan Marynarki Wojennej wynosił
na dzień 1 stycznia tego samego roku 537 oficerów i 6184 marynarzy...
A przewaga w uzbrojeniu, w liczbie i jakości okrętów? Ba, wiadomo było i Kwiatkowski zdawał sobie z tego sprawę, że potencjał gospodarczy Polski
mimo optymistycznych, mocarstwowych haseł nie może sprostać pracującej
na najwyższych obrotach zbrojeniowej machinie niemieckiej. Tylko w roku
1937 niemiecka flota wzbogaciła się o ciężkie krążowniki "Blücher" i "Admiral Hipper", w Kilonii zaś zwodowano pancernik "Gneisenau", który
już w połowie roku następnego wszedł do służby; w tym samym 1938 roku
zwodowano ciężki krążownik "Prinz Eugen", a w roku 1939 oddano do służby
pancernik "Scharnhorst"; zwodowano w Bremie "Seydlitza", w Hamburgu
"Bismarcka" - wszystko to jawnie, buńczucznie i z ogromną pompą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki